Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borsuczy Upadek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borsuczy Upadek. Pokaż wszystkie posty

27 września 2021

Od Borsuczego Upadku CD Karmazynowej Łapy


Gdy podczas ceremonii mianowania nowych uczniów do uszu Borsuczego Upadku dotarło jego własne imię, miał wrażenie, że cały świat brutalnie się zatrzymał.
On? Mentorem?
Ledwie radził sobie ze samym sobą, a szkolenie skończył wcale nie tak dawno temu (i to z wynikiem dość mizernym, jak przypominał mu Płomienny Krzew). Jak miał wziąć na siebie odpowiedzialność za wychowanie nowego wojownika? Nie czuł się na to gotowy ani w jednej setnej.
Nie miał jednak żadnego wyboru — co prawda matka poinformowała go przed, ale odmówienie nie wchodziło w grę, więc tylko niemrawo przytaknął. Nie mógł zawieść jej jeszcze bardziej. Samym swym istnieniem robił to już dostatecznie.
Dlatego właśnie mimo bycia wrytym w ziemię, poderwał łapy i wspiął się na Długi Blat, by delikatnie zetknąć się nosem z brązowawym uczniem.
Teraz Karmazynowa Łapa stał przed nim, zdyszany po pierwszej próbie walki próbując złapać oddech.
Czarno-biały wojownik przyjął to z zadowoleniem; ćwiczenia walki całkowicie go przerażały. Bał się, że uderzy szczeniaka za mocno lub przytrzyma o chwilę za długo. Nie mógł pozwolić sobie na kolejny taki błąd, i ta wiedza go paraliżowała.
Jego nowy uczeń tymczasem merdał już ogonem, wpatrzony w niego w oczekiwaniu na opowieść.
Borsuczy Upadek odkaszlnął niezręcznie i usiadł na suchej trawie, tuż obok Karmazynka.
— Pewnie słyszałeś już o tym od rodziców, ale tak czy siak, powtórzymy sobie wszystko.
Młody przytaknął, więc jego świeżo upieczony mentor rozpoczął swą historię, próbując ukryć łamiący się głos i zachować swój (nawet jeszcze nie zbudowany) autorytet.
Na chwilę pamięcią przeniósł się do lat, gdy wszystko było o wiele prostsze. Jego świat ograniczał się do czterech ścian żłobka, grupki rodzeństwa i ciepłego ciała matki. Z utęsknieniem wyczekiwał kolejnych jej opowieści. Już wtedy na pamięć znał legendarną czwórkę, twórców klanów, oraz brutalną wojnę, która wygnała ich z lasu. Wtedy wydawała mu się niczym więcej, niż ciekawą bajką — teraz sierść stawała mu dęba na karku, gdy myślał o jej okrucieństwie.
— Borsuczy Upadku? — Po zakończonej opowieści poczuł wlepiony w siebie wzrok. — Czy pamiętasz las?
Pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
— Nie. Ale może kiedyś uda nam się tam wrócić, wiesz? — Jego rozmowa z matką wyglądała tak samo, i nie wiedział, czy świadomość, że powtórzył jej słowa, budziła w nim bardziej komfort, czy strach.
Różnica między nimi była taka, że Biała Gwiazda przeżyła wojnę. Po raz pierwszy w życiu Borsuk zdał sobie sprawę, jak dobrze jego matka musiała znać okropny, metaliczny smak krwi.
Zadrżał.
Na całe szczęście, jego uczeń chyba tego nie wyłapał: gdy mentor przestał do niego mówić, mały szybko zainteresował się węszeniem pośród liści. Pewnie po raz pierwszy miał okazję przebywać tu dłużej, niż na krótkich wycieczkach z matką.
— Co czujesz? — Przerwał mu Borsuczy Upadek, podchodząc do niego bliżej.
— Nie jestem pewien, ale to na pewno jakieś małe zwierzę!
— Brawo! — Karmazynowa Łapa uśmiechnął się tak szeroko, że serce Borsuka ścisnęło się z bólu. W środku sam wciąż chciał zasłużyć na to głupie brawo, nędzny kawałek bycia docenionym. — Wytropiłeś mysz. Spróbuj podążać za jej zapachem, zobaczymy, gdzie poszła.
Młodziak czym prędzej popędził między krzakami, niemal potykając się o własne łapy, w próbie jak najszybszego dotarcia do myszy.
Borsuczy Upadek powoli udał się za nim, jednak nim zdążył się do niego dowlec, usłyszał cichy, błagalny głos, który sprawił, że od razu przeszedł do biegu.
— Borsuczy Upadku, chyba utknąłem!
<Karmazynowa Łapo?>
[535 słów: Borsuczy Upadek otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, a Karmazynowa Łapa 2 Punkty Treningu]

26 września 2021

Od Borsuczego Upadku CD Jaszczurczego Ogona


Głos Jaszczurczego Ogona wyrwał go z zamyślenia — a raczej panicznej gonitwy myśli i żałosnych prób powstrzymania tego szalonego wyścigu dziejącego się w jego głowie.
Odkąd stało się to (Borsuczy Upadek nie miał odwagi nawet nazywać tej sytuacji, chociaż cichy głos w jego głowie uparcie wyszeptywał słowo morderstwo, gdy tylko o niej myślał), działał całkowicie mechanicznie. Walka, polowanie, sen, jedzenie: wszystko działo się tak, jakby sterowała nim maszyna. Nie myślał, co robi, bo całą energię poświęcał na zadręczanie się sekretem, którego nie znał nikt poza nim i Jaszczurczym Ogonem.
No właśnie, Jaszczurczy Ogon właśnie do niego mówił. Co gorsza, mówił o tym zdarzeniu (morderstwie, uparcie podpowiedział głos. Gdyby Borsuk chciałby być choć trochę bardziej niemiły dla własnego umysłu, odpowiedziałby zamknij się.).
Niezależnie, ile razy łaciaty wojownik się do niego odzywał, za każdym razem powodowało to szok. Borsuczy Upadek miał wrażenie, że taki odważny i silny pies, jak on, nie miał powodu, żeby rozmawiać z nim z własnej woli, nawet jeśli rozmowa oznaczała zaledwie wymianę dwóch zdań między sobą. Co więcej, Jaszczurczy Ogon był dla niego miły: znaczy się, na tyle, na ile dało się go miłym nazwać. Ale po Płomiennym Krzewie standardy Borsuka sięgnęły poniżej punktu zero, więc jeżeli ktoś nie nazywał go chodzącą porażką w średnio co drugim zdaniu i nawet mówił mu, że wcale nie jest złym psem, dla niego był kimś wyjątkowym.
Borsuczy Upadek nie kontynuował rozmowy; nie uważał, żeby był jej godny. Sprężystym, wyuczonym krokiem ruszył za wojownikiem na patrol.
Jak za każdym razem, w jego pamięci nie zostało ani jedno zdarzenie. Mózg niczym zepsuta płyta wyświetlał wciąż jeden obraz, niezmiennie splamiony czerwienią.
***
Życie Borsuka się zmieniało: jego matka odeszła na zasłużoną emeryturę i coraz więcej czasu spędzała w legowisku starszych, klan się rozwijał, czarny pies otrzymał nawet stanowisko mentora.
W jego nędznym istnieniu pozostawały tylko dwie stałe: wygrawerowane w pamięć okrutne wspomnienie i Jaszczurczy Ogon.
Po takim czasie powinieneś już o tym zapomnieć, Borsuczy Upadku, powiedziałby każdy, gdyby ktokolwiek znał jego tajemnicę. Był w końcu wojownikiem: w życiu wojownika walka była nieunikniona, a w parze z walką nieuchronnie szło zabijanie. Taka była teoria; w praktyce Borsuk czuł się brudny.
Dbał o futro jak nigdy wcześniej (matka żartobliwie rzucała, że teraz lśniło bardziej, niż to należące do Liska-pedanta), bo za każdym razem, gdy na nie spoglądał, miał wrażenie, że pokrywa je obrzydliwa, zaschnięta krew. Nieważne jednak, ile razy je wylizywał, nie mógł pozbyć się tej myśli. Sierść na łapach zaczynała się przerzedzać od uporczywego czyszczenia ich całymi dniami, ale to go nie powstrzymywało. Chciał móc w końcu zapomnieć.
Znienawidził smak krwi tak bardzo, że nie miał ochoty jeść: do tej pory kuszący zapach świeżo zabitej zwierzyny kojarzył mu się tylko z odrzucająco metalicznym posmakiem, który poczuł wtedy w pysku. Choć różnica była wyczuwalna, Borsukowi i tak wydawało się, że dopiero co upolowany królik smakuje tak samo, jak rozerwane gardło kompana Łaty.
A Jaszczurczy? Choć wiedział, co okrutnego zrobił Borsuk — coś, co sprawiało, że czuł się najgorszą osobą na świecie — wcale nie traktował go jak mordercy. Na dodatek, jako jeden z niewielu psów w klanie spędzał z nim czas. Może i ten czas tak naprawdę był niczym więcej niż wspólnymi patrolami i polowaniem, ale jednak kiedy wszystko wewnątrz Borsuczego Upadku drżało w posadach, Jaszczurczy Ogon był obok. Czasem nawet posyłał mu nikły uśmiech.
Był za niego cholernie wdzięczny, bardziej niż kiedykolwiek mógłby przyznać.
Dziś czekało ich kolejne polowanie. Tym razem czarno-biały wojownik nie zabierał ze sobą Karmazynowej Łapy — uczeń był dość zmęczony po wczorajszym wieczornym treningu i pewnie wciąż go odsypiał. Borsuk nie miał bladego pojęcia, jak pełnić rolę odpowiedzialnego mentora, ale był pewien jednego: nie chciał wywierać na młodym żadnej presji, jeżeli nie był do tego zmuszony.
Zbyt dobrze pamiętał gniewny głos Płomiennego Krzewu.
Karmazynek był jednak naprawdę świetnym uczniem: chętnym do nauki, otwartym i posłusznym. Nie było potrzeby specjalnie go ustawiać. Dostawał zadania do wykonania i starał się spełniać wszystkie swoje obowiązki jak najlepiej. Chyba tylko to ratowało go przed całkowitą mentorską porażką, myślał Borsuk.
Zmęczony uśmiechnął się do Jaszczurczego Ogona, łapa w łapę wychodząc z nim z obozu. Jak zwykle, nie rozmawiali zbyt wiele, ale Borsuczemu wystarczała sama jego obecność i świadomość, że jest ktoś, kto go nie nienawidzi. To było nawet więcej, niż mógł kiedykolwiek sobie życzyć.
Spokojnie tropienie wśród wysokich traw przerwał im jednak ostry, nieprzyjemny zapach.
Borsuk, pomyślał Borsuczy Upadek, co zaraz później słownie potwierdził jego towarzysz.
Co robił borsuk w okolicy domostw Dwunogów? Nie mieli pojęcia, ale jeśli zbliżyłby się do obozu, Tenebris mogłoby mieć kłopoty.
<Jaszczurczy Ogonie?>
[746 słów: Borsuczy Upadek otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia, a Karmazynowa Łapa 2 Punkty Treningu]

17 maja 2021

Od Borsuczej Łapy CD Jaszczurczego Ogona

Gdy poczuł metaliczny smak krwi w pysku, cały świat na chwilę się zatrzymał.
Nie, tak naprawdę wcale tak nie było. Ziemia nadal kręciła się wokół Słońca, ptaki skakały po gałęziach, gdzieś niedaleko Jaszczurczy Ogon warczał na drugiego z napastników. A jednak Borsucza Łapa miał wrażenie, jak gdyby wszystko stanęło w miejscu w momencie, kiedy ciało jednego z samotników zaczęło powoli wiotczeć.
Spojrzał na czarno-białe łapy spoczywające na ziemi. Czy należały do niego? Całe ciało wydawało się nie mieć w sobie żadnego czucia, jakby Borsuk opuścił je i obserwował wszystko gdzieś spoza, niczym jeden z Gwiezdnych.
Albo Zgaszonych, przemknęła mu przez głowę natrętna myśl.
Nie, to tak nie działa. Dobrzy wojownicy nie trafiają do Infernum! A on właśnie takim planował się stać. Spróbował rozejrzeć się po wciąż przerażająco statycznym świecie, ale jego wzrok napotkał na zwłoki kompana Łaty, ozdobione wstęgą wypływającej z szyi krwi. Po grzbiecie przebiegł mu dreszcz. Odsunął się, starając się powstrzymać coraz silniejsze mdłości.
Widok przed jego oczami nagle stał się rozmydlony jak przez zaparowane okulary. Borsucza Łapa sterczał więc gdzieś pośrodku polany, nie widząc nic i nie myśląc o niczym, jakby zaraz miał się wyłączyć. Nie wiedział, ile czasu tak spędził — czy było to tylko uderzenie serca, czy raczej księżyc. Jedyne, czego był pewien, to że z transu wybudził go czyjś głos. Po kilku nieudanych próbach oczy złapały obraz i zauważyły stojącego przed nim Jaszczurczego Pazura. Wojownik wypowiadał kolejne zdania, a Borsucza Łapa jedynie przytakiwał, nie będąc w stanie skupić się na ani jednym jego słowie.
— ...potknął się, upadł i rozszarpał sobie gardło o ostry kamień. — Wybiła go z rytmu wypowiedź, której początku nawet nie dosłyszał. Zdziwiony spojrzał na łaciatego psa, który powtórzył całe zdanie. Nie miał odwagi mu się sprzeciwiać. Zresztą… może Jaszczurczy Ogon miał rację? Przecież Borsucza Łapa nigdy by nie– nie zabił. To słowo na nowo przywołało obrzydliwy smak krwi, choć był pewien, że już dawno oczyścił z niej cały pysk.
Przyjaciel Łaty rozszarpał sobie gardło upadając na ostry kamień.
Próbował uwierzyć w to zdanie. Przecież i tak nie pamiętał, co się stało, czemu to nie miałaby być prawda? Borsuk jeszcze tego nie wiedział, ale wspomnienie czerwonej cieczy spływającej po jego języku miało budzić go każdej nocy, niezależnie, co wmawiałby sobie za dnia.
Posłusznie udał się za Jaszczurczym Ogonem do obozu, nie mówiąc już ani słowa. Przebiegał po kamieniach, które nagle straciły swoją chropowatą do tej pory fakturę. Próbował uderzyć w coś łapą, nawet mocno, byleby odzyskać czucie, byleby poczuć cokolwiek, choćby miał to być ból… Przestał, gdy starszy wojownik zauważył jego żałosne próby.
Na miejscu Jaszczurczy Ogon zamienił kilka słów z liderką. Z mamą, poprawił się w myślach Borsucza Łapa. Suczka przytakiwała i co chwilę spoglądała ze zmartwieniem na swojego syna, a on za każdym razem zamierał.
Przyjaciel Łaty rozszarpał sobie gardło upadając na ostry kamień.
Nie chciał słyszeć tego, co towarzyszący mu wojownik opowiadał Białej Gwieździe. Ostatnie, czego teraz pragnął, to przenosić się na tę polanę, widzieć Łatę i drugiego samotnika, odsuwać się od rażącej oczy czerwieni.
— Dziękuję, że pomogłeś Borsuczkowi. Czy mógłbyś zabrać go jutro ze sobą na patrol? Płomienny Krzew będzie zajęty czymś innym. — Dobiegło do jego uszu. Nie zrozumiał odpowiedzi Jaszczurczego Ogona, wymamrotanej nieco ciszej.
Patrol.
Miał ochotę błagać, żeby mógł zostać w obozie, wciśnięty w kąt legowiska uczniów. Mógł nawet wyciągać kleszcze starszym, jeśli byłaby taka potrzeba. Byle nie wychodzić poza teren Ruin i nie odwiedzać tej przeklętej polany. Nie mógł tam wrócić.
Nie powiedział ani słowa. Dlatego, że głos znowu uwiązł mu w gardle? Albo, bo nie wolno mu podsłuchiwać? Czy też dlatego, że wojownik powinien przyjmować każde powierzone mu zadanie? Jeśli Gwiezdni znali powód, to mieli szczęście, bo Borsuk nie miał pojęcia. Popatrzył na liderkę, gdy tylko odpowiedziała spojrzeniem spuszczając głowę, i prędko udał się do legowiska uczniów.
Skulił się w stosie starych materiałów Dwunogów i błagał o sen. To pozwoliłoby choć na chwilę oddalić uporczywe myśli ściskające jego żołądek. Ale dla Borsuczej Łapy los jeszcze nigdy nie był łaskawy, więc jedyne, co dostał, to wspomnienia palące go od środka przez resztę nocy.
<Jaszczurczy Ogonie?>
[668 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

23 kwietnia 2021

Od Borsuczej Łapy do Jaszczurczego Ogona

Borsucza Łapa czuł się źle.
Nie, żeby było to coś nowego. W ostatnim czasie poczucie winy i własnej beznadziei systematycznie powracało do niego niczym bumerang, szczególnie w trakcie treningów z Płomiennym Krzewem. Mentor nigdy nie był zadowolony ze swojego ucznia (a kto by był, myślał żałośnie Borsuk), choć ten wkładał całe serce w każde otrzymane zadanie.
Do tej pory jednak szczeniak uporczywie ignorował próby sabotażu podejmowane przez jego mózg i zatapiał się w marzeniach. Jeszcze tylko kilka treningów, kilka prób i to wszystko się skończy. Zostanie wspaniałym wojownikiem, najlepszym, jaki istnieje! Mama będzie z niego dumna, a cały klan opanuje radość, że mają w szeregach kogoś tak wyjątkowego. Te wyobrażenia zazwyczaj pocieszały go, gdy po raz kolejny miał ochotę się poddać.
Tym razem eskapistyczne wizje złośliwie nie chciały działać. Borsucza Łapa próbował z całych sił wmusić w siebie optymizm, niczym matka w naburmuszone dziecko wciskała kolejną łyżkę kaszki. Widocznie umysł Borsuczka wolał paść z głodu, niż zaakceptować, że przyszłość miała się jawić w wyłącznie różowych barwach.
Jestem do niczego.
W końcu gdyby Borsucza Łapa był czegoś wart, to ktoś by go lubił. Cholera, nawet Lisek, jedna z bardziej upierdliwych postaci w klanie (a był to wyczyn, biorąc pod uwagę, jakie jednostki dominowały w Tenebris) trafił na osoby, które miały do niego słabość. Borsuk i tak uważał, że gdyby był lepszym bratem dla młodego medyka, może zasłużyłby na lepsze traktowanie. To mu nie wychodziło, niezależnie od wkładanych starań, więc z grupy potencjalnych znajomych rodzina odpadała z góry.
Skoro już nikt specjalnie za nim nie przepadał (bo i kto z Ciemnych chciałby z własnej woli spędzać czas z pizdowatym szczeniakiem?), chciał na tę uwagę zasłużyć. Nie mówił tego głośno, ale chciał być popularny, chciał być podziwiany. Pragnął kąpać się w dobrych słowach swoich przyjaciół i podziwie bijącym od nieznajomych.
Ale kiedy jest się Borsuczkiem, takie rzeczy są raczej nieosiągalne.
Z tego powodu tkwił teraz na kolejnym treningu ze swoim psychopatycznym mentorem. Znów próbował wszystkiego, by tylko perfekcyjnie wykonać choć jedno z jego poleceń, by usłyszeć dobre słowo, na Gwiezdnych, chociaż zwykłe całkiem całkiem.
Całkiem całkiem nigdy nie przychodziło. Zawsze słyszał tylko zirytowane westchnienia, zauważał wywracanie oczami z frustracji. Czasami, kiedy odważył się poprosić o jakąkolwiek opinię, do jego uszu docierało tylko spróbuj jeszcze raz, na razie wolę tego nie komentować. Dlatego próbował i próbował, coraz bardziej mając wrażenie, że nigdy nie osiągnie nawet połowy dystansu do przeskoczenia tej wysokiej poprzeczki, którą ustawił sobie we własnej głowie.
Szwendał się teraz gdzieś między Lodowiskiem a Gwiezdnym Szczytem, niedaleko granicy terytorium klanu. Płomienny Krzew monotonnym tonem kazał mu zająć się sobą i nie zawracać mu dupy. Miał nie wracać do obozu, dopóki nie uda mu się upolować choćby nędznej myszy (chociaż, rzucił mentor ze znużeniem, gdy zlecał mu zadanie, może lepiej postaraj się o coś większego. Nie chcę się znowu za ciebie wstydzić). A uczeń bardzo nie chciał przynosić komukolwiek wstydu. Tropił więc rozpaczliwie po całej okolicy. Nie chciał sam wracać do domu po ciemku. Wolał załatwić sprawę przed zachodem słońca, ale póki co powodzenie jego działań było równe zeru.
Każde uderzenie serca wydawało się zajmować godzinę, gdy nie potrafił zlokalizować ofiary. Powoli przestawało mu zależeć na nie zawiedzeniu mentora — rosło natomiast znaczenie nie popłakania się przez własne niepowodzenia. Nie chciał płakać. Robił to już za często, i za każdym razem Lisia Łapa nie omieszkiwał odnotować głośno, jak źle to o nim świadczyło. Mocno zacisnął powieki, ale łzy i tak by z nich wypłynęły, gdyby nie to, że coś go rozproszyło.
Królik.
Wszystkie jego zmysły nagle się wyostrzyły. Z załzawionymi oczami przyjął pozycję do skradania i rozejrzał się dookoła. Gdzie on był? Pociągnął nosem, błagając w myślach, by zwierzak go nie usłyszał, i zaczął węszyć. Już po chwili udało mu się zlokalizować ofiarę. Puchaty zwierzak jakimś cudem nadal był nieświadomy obecności ucznia i wesoło żuł zielone źdźbła trawy. Borsucza Łapa nie mógł zmarnować tej okazji, więc czym prędzej udał się w jego stronę.
Wszystko działo się tak szybko, że czarno-biały dzieciak nawet nie wiedział, jak to się stało, ale już po chwili stał ze zwiotczałym ciałkiem w pysku. Upuścił je na ziemię, by jeszcze raz mu się przyjrzeć. Poprzednio błyszczące oczy stały się matowe i puste, a po szarawej szyi zwierzęcia spłynęły krople krwi. Borsuczek odkaszlnął. Na języku nadal czuł metaliczny smak czerwonej cieczy.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co właśnie zrobił. Wesoły wrzask ucznia przeszył powietrze, płosząc ptaki z pobliskich drzew.
— Udało mi się! Płomienny Krzewie, udało się! — Skakał wokół burego ciałka, nie umiejąc poradzić sobie z przytłaczającą go radością. Całe szczęście, że jego mentora tu nie było. Inaczej niewątpliwie otrzymałby reprymendę za darcie się.
Szczęśliwy taniec trwał jeszcze trochę, jednak po jakimś czasie Borsucza Łapa zmusił się do uspokojenia. Musiał przecież zanieść klanowi posiłek i pokazać zdobycz mentorowi. Czym prędzej wziął ofiarę w zęby i uniósł wzrok. Już miał kierować się w stronę obozu, ale przeszkodził mu w tym napotkany widok.
Niedaleko stało dwóch włóczęgów.
Nie wyróżniali się specjalnie od reszty tej zgrai — byli tak samo brudni, potargani i śmierdzący krwią. Obaj przewyższali Borsuczą Łapę wzrostem, jak i (zapewne) umiejętnościami. Szczeniak zamarł.
— Łata, kto tu tak wrzeszczał? To my tu jesteśmy od obdzierania ze skóry — prychnął jeden z psów.
— Nie mam pojęcia, ale zaraz się dowiemy — odpowiedział drugi, najwyraźniej nazywający się Łata, i zaczął węszyć w trawie.
Serce Borsuczej Łapy waliło w piersi, jakby próbowało wydostać się zza żeber na wolność. Musiał uciekać, i to w tej chwili. Nie miał szans samodzielnie poradzić sobie z tą dwójką. Wiedział jednak, że wojownik powinien przeciwstawić się każdemu, kto przekroczy granicę. Nie mógł pozwolić, żeby włóczędzy panoszyli się po terenach Tenebris! Dobrze pamiętał opowieści matki z czasów, gdy całe dnie spędzał w żłobku, i wiedział, co mówi kodeks wojownika. Gdyby nic nie zrobił, zawiódłby wszystkich. Nie mógł na to pozwolić.
Organizm Borsuczka lubił jednak robić mu na złość, bo na podjęty przez ucznia zamiar zareagował dygotaniem. Czarna sierść szczeniaka nastroszyła się ze strachu, a łapy wydawały się wrosnąć w ziemię, ale on nie chciał się poddać. Wyszedł ze swojej tymczasowej kryjówki za krzakiem i stanął naprzeciw psów.
— Wy- wynocha… — spróbował warknąć, ale dźwięk, który wyszedł z jego gardła, przypominał raczej tchórzliwy pisk. Włóczędzy wybuchli śmiechem.
— Widzisz tego wypłosza? — zwrócił się Łata do towarzysza, wciąż dławiąc się własnym rechotem. — Wracaj do mamy, maluchu. Szczeniaki nie powinny się pałętać po mieście.
— Jestem uczniem! — powiedział na tyle zdecydowanie, na ile umiał, choć jego łapy drgały.
— Ach tak… — wybrzmiało sarkastyczne zainteresowanie. — Ciekawe, czego się uczysz, ssania cycka?
Borsucza Łapa zapowietrzył się zirytowany.
— Niedługo będę wojownikiem! A wy- wy macie stąd iść, bo to teren mojego klanu.
— Byłem całkiem miły, ale zaczynasz działać mi na nerwy, gówniarzu. — Łata wyszczerzył zęby. — Wracaj do mamusi, albo…
— Nie boję się ciebie! — wrzasnął łamiącym się głosem Borsuczek. To zdanie było zdecydowanie fałszywe.
— Naprawdę? — Na pysku włóczęgi zagościł uśmiech. Łagodnie podszedł bliżej wrytego w ziemię szczeniaka. — Bu.
Pokazał kły, a Borsucza Łapa się zachwiał, wywracając się na ziemię, co wywołało salwę śmiechu u towarzysza Łaty. Skulony uczeń roztrzęsiony leżał na ziemi, nie potrafiąc się ruszyć, do jego uszu dobiegały tylko przytłumione słowa dwóch psów.. Po chwili tocząca się rozmowa włóczęgów ustała.
Cisza była jeszcze bardziej przerażająca niż wcześniejszy hałas. Szczególnie gdy Borsuk mimo zamkniętych oczu poczuł zbliżające się cielska napastników i ledwo utrzymując oddech zaczął przygotowywać się na śmierć.
<Jaszczurczy Ogonie?>
[1205 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Trenignu]

28 marca 2021

Od Borsuczej Łapy CD Płomiennego Krzewu

Już wiele razy zwracał uwagę na nietypowy ogon mentora. Dlaczego tak wyglądał? Może go bolał… Jeśli tak, czemu Płomienny Krzew nie odwiedził medyka? Borsucza Łapa dobrze wiedział, jak przerażający są Ciemny Kieł i jej młodociany adept, ale ból to ból — lepiej dać sobie pomóc, niż się męczyć.
— Jeśli boli cię ogon, Płomienny Krzewie, Ciemny Kieł na pewno ci pomo-
— Cicho. Mamy trening do zrobienia.
Zamilkł posłusznie i wpatrzył się w swoje biało-czarne łapy. Od czasu swojego mianowania niewiele zdołał się nauczyć, ale jedną rzecz zapamiętał bezbłędnie — jeśli mentor mówił, żeby zamknąć jadaczkę, trzeba było to zrobić najszybciej jak to możliwe. Z tego powodu wszystkie swoje myśli przekierował na trening polowania. Przez poprzednie próby przynoszenie zwierzyny kojarzyło mu się jedynie ze stresem, lecz czy miał inne wyjście, niż próbować dalej? Borsucza Łapo, dasz radę! Zostaniesz najlepszym z wojowników, ale żeby to zrobić, musisz nauczyć się polować. Nie ma wojowników, którzy nie polują, rzucił do siebie w myślach i spróbował zakraść się do ptaka.
Jak zwykle musiał sobie radzić bez żadnych wskazówek od Płomiennego Krzewu. Z oczu psa biło znudzenie, jakby mentor czekał tylko, aż dzieciak liderki w końcu capnie jednego z wróbli i da mu święty spokój.
Nabrał powietrza w nozdrza i pozwolił zapachom rozgościć się w umyśle. Trawa, liście, Płomienny Krzew...
Przykucnął, uważnie przyjmując pozycję do skradania i udał się wprost do stada ptaków. Wbił wzrok w jednego z gromadki i dał poprowadzić się instynktowi, jednak gdy był już blisko, ofiara rozejrzała się zaniepokojona. Borsucza Łapa zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie krzyk mentora przy swojej poprzedniej porażce.
Z zastoju wybudziło go furkotanie ptasich skrzydeł w powietrzu. Spróbował skoczyć do jednego z ptaków, ale było już za późno. W pysku Borsuczej Łapy zostało tylko jedno pióro, klejące się do języka i nieprzyjemne. Ptak zaskrzeczał z irytacją i wykonał iście baletowy obrót, próbując chronić cenny kuper.
Uczniak zawstydzony podszedł do mentora, wciąż międląc w pysku nieszczęsne pióro.
— Ne udalo se.
— To próbuj dalej.
— Płomienny Ksewie. — Wypluł pióro, żeby móc przestać seplenić niczym ledwo półksiężycowe szczenię. — Chcę wiedzieć, jak polować…
— Nauczysz się sam. — Czarne pazury Borsuka wciąż były zagrzebane w ziemi. Uczeń nie zamierzał ruszyć się z miejsca. Płomienny Krzew westchnął. — Jedna rada, o więcej nie proś: musisz skoczyć, zanim ptak zdąży się wzbić. A teraz idź, zanim tego pożałuję.
Pokiwał głową i radośnie odbiegł w stronę grupy ptaków. Po jego pierwszym (i podkreślmy to raz jeszcze, ewidentnie nieudanym) ataku, brązowe gnojki przeniosły się nieco dalej, ale część z nich wciąż stała wśród traw, nieudolnie szukając robaków i ziaren w suchej ziemi. Jeden z ptaków od razu stał się jego celem. Wydawał się dość niezdarny, gdy grzebał w opadłych liściach i skrzeczał piskliwie.
Tym razem wszystkie ruchy Borsuka były absolutnie przemyślane (choć wciąż koślawe, nie można było oczekiwać niczego innego). Łapy powoli skradały się przez zielone źdźbła, a żadna z ofiar nie zwracała na nie uwagi. Szybki skok zaprowadził Borsuczą Łapę tuż do jednego z wróbli. Ptak spróbował uciec, ale uczeń szybko zatopił w nim zęby.
— Udało się! Płomienny Krzewie, udało się! — wykrzyknął, skacząc radośnie po polanie wokół ptasiego ciałka. Borsuk był pewien, że teraz wszyscy będą z niego dumni. Upolował jedzenie i zrobił to wspaniale!
Mentor wywrócił oczami, a szczeniaka coś zakuło w sercu. Nie zasłużył na pochwałę..? Myślał, że poszło mu bardzo dobrze, ale widocznie się mylił. W końcu wojownik znał się na tym lepiej, niż on. Następnym razem musiał postarać się bardziej, żeby mu zaimponować.
Los nie pozwolił mu jednak długo się tym przejmować, od razu oferując kolejny powód do zmartwień. Łapy Borsuczka obłaziła właśnie cała gromada mrówek, widocznie zirytowana rozdeptaniem ich mrowiska. Histeryczny wrzask ucznia, słyszalny zapewne nawet przez członków Quintusa, przeszył powietrze, gdy ten rozpaczliwie próbował pozbyć się z siebie małych żyjątek.
<Płomienny Krzewie?>
[616 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

10 lutego 2021

Od Borsuczej Łapy

Niepotrzebnie zmarnowali na niego zioła.
Udało mu się wyzdrowieć — jak widać brat tym razem podał mu to, czego potrzebował. Kichanie ustąpiło, gardło drapało go już tylko okazjonalnie, a głowa nareszcie nie wydawała się ważyć tyle, co dwa spasione lisy.
Borsucza Łapa widział jednak, że coraz więcej psów w klanie choruje. Może i traktowali go, jakby był niespełna rozumu, ale nie był ślepy. Członkowie Tenebris czuli się źle, a Lisia Łapa zużył medykamenty na żałosnego Borsuka. Borsuka, który przecież nawet nie przydawał się klanowi.
Nie mógł sobie pozwolić na dalsze złe samopoczucie. Po co? Przecież w tym czasie miał szansę czymś się przysłużyć. Poczuł, jakby tuż nad jego łebkiem zajaśniała ogromna żarówka. Mógł udać się po zioła! Znalazłby ich o wiele więcej, niż zjadł i wszyscy byliby z niego dumni. Może nawet dostałby imię wojownika? Mama na pewno by go doceniła.
Skoro już o mamie mowa, teraz zdecydowanie go potrzebowała. Objawy pojawiły się też u niej, i choć przekonywała syna, że nic się nie dzieje, Borsuk zauważał ukradkowe kaszlnięcia Białej Gwiazdy. A co, jeśli to on ją zaraził? Nie wybaczyłby sobie, gdyby przeniósł wirusa prosto do matki… Niezależnie od źródła choroby liderki, musiał się jej odwdzięczyć. Ona znalazła zioła dla niego — przyszedł czas oddać przysługę i uchronić ją od poważniejszych powikłań.
Teraz trzeba było tylko znaleźć kogoś, kto pójdzie z nim.
Jasne, mógł iść sam, ale nie chciał ryzykować. Uczniom nie wolno było samodzielnie wychodzić z obozu! Borsucza Łapa zdecydowanie nie chciał łamać kodeksu, a tym bardziej robić sobie problemów.
Pomoc Płomiennego Krzewu wykluczył od razu. Gdyby mentor usłyszał, że ma poświęcić mu choćby o uderzenie serca dłużej, niż wymagał tego trening, chyba wydrapałby mu oczy. Czarno-białe ciało wzdrygnęło się. Nie, Płomienny Krzew nie mógł o niczym wiedzieć. Kto z Tenebris byłby chętny do zabrania szczeniaka-łamagi gdzieś poza Ruiny? Myśl, Borsucza Łapo, myśl! Kto nie wygryzłby ci nosa za taką prośbę…
— Jasne Serce! Znaczy… Dzień dobry, Jasne Serce, proszę, czy możesz mi pomóc?
Wojownik posłał mu szeroki uśmiech. Po tylu spięciach z Płomiennym Krzewem Borsuczkowi wszystkie uśmiechy wydawały się niebywale fałszywe, ale postanowił zagłuszyć to wrażenie.
— A w czym, młody?
— Chcę znaleźć trochę ziół dla Bia-, to znaczy biednych, chorych psów. Poszedłbym sam, ale nie mogę wychodzić z obozu bez wojownika…
— Nie ma problemu! I tak muszę iść na polowanie. Ja złapię jakiegoś królika, ty znajdziesz zielsko, stoi?
***
Jasne Serce chyba lubił Ogrody.
Łapa Borsuczka jeszcze nigdy tam nie postanęła, więc całe jego ciałko wypełniała buzująca ciekawość. Ogrody wydawały się logicznym miejscem na szukanie ziół. W końcu rosło tam tyle roślin! Musiała być tam chociaż jedna, która będzie w stanie uleczyć jego mamę.
Gdy tylko dotarli na miejsce, rozdzielił się z wojownikiem. Beżowo-czarne futro zniknęło między drzewami, szukając łatwej zdobyczy. Borsucza Łapa został sam.
Nabrał powietrza w nozdrza, napawając się zapachami. Ogromne, przez cały rok zielone iglaki i rozłożyste drzewa liściaste, na których rozwijały się pierwsze pąki otaczały go ze wszystkich stron. Musiał się skupić. Gonił go czas, a on miał misję: znaleźć lek dla Białej Gwiazdy. Wtedy pomoże Tenebris, a w dodatku każdy go pochwali!
Popędził w stronę niewysokich krzaków, by tam rozejrzeć się za ziołem. Przez chwilę przedzierał się przez nie, próbując nie zaczepić się o żadną z gałęzi. Tym razem los był dla niego łaskawy — szybko udało mu się wydobyć z gąszczu zapachów ten, którego szukał. Nieprzyjemną, ale charakterystyczną woń leku.
Choć szybkość nie była jego mocną stroną, porwał się pędem w stronę, z której dochodził zapach i odnalazł zadowalających rozmiarów kępę. Udało się! A to znaczyło, że był dobrym uczniem i mógł zostać jeszcze lepszym wojownikiem, prawda?
Nim udało mu się zabrać do wygrzebywania chwastów, coś — a raczej ktoś — zdecydowało się mu przerwać. Tuż obok niego pojawił się rudy kocur, który syknął wściekle na widok zbliżającego się do roślin ucznia. Borsucza Łapa mimowolnie podkulił ogon, ale zaraz otrzepał się i stanął zdecydowanie. To był tylko głupi pchlarz, a on był wspaniałym wojownikiem! Spróbował osłonić roślinę swoim ciałem, na co futrzak wydał z siebie kolejne fuknięcia i ruszył w jego kierunku z wyciągniętymi pazurami.
Borsucza Łapa kończy konfrontację z małym zadrapaniem, ale udaje mu się odepchnąć kota i zabrać ze sobą medykamenty. Tenebris otrzymuje 15 ziół.
[669 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

7 lutego 2021

Od Borsuczej Łapy CD Lisiej Łapy

Borsucza Łapa zwlekał z wizytą u medyka i, będąc całkowicie szczerym, trudno było go za to winić. Kilka razy nieśmiało napomknął mentorowi o drapaniu w gardle i cieknącym z nosa katarze, który utrudniał mu tropienie na treningach polowania, ale za każdym razem słyszał jedynie wariacje słów takich jak pizda, łajza czy niewydarzony gówniarz (a chociaż odzywanie się tak to dziecka było co najmniej wysoce niestosowne, trudno było odmówić Płomiennemu Krzewowi racji), więc w końcu dał sobie spokój. W nocy pociągał nosem i starał się zagłuszać kolejne kichnięcia, a gdy po raz kolejny czuł ból gardła, po prostu pił wodę. Dużo wody.
Kolejnym czynnikiem, który skutecznie zniechęcał Borsuka do wizyty w legowisku medyka była krew z krwi, jego rodzony brat. Od kiedy Lisia Łapa oficjalnie objął stanowisko ucznia medyka, Borsuczek zaczął ostrożniej przechodzić obok drzwi pomieszczenia dotąd zajmowanego tylko przez Ciemny Kieł. Z początku bywał tam, kiedy tylko źle się poczuł, ale każda kolejna konfrontacja z bratem sprawiała, że pojawiał się u medyczki coraz rzadziej i coraz później.
W końcu jednak matka, ostatnio wiecznie zajęta przez nagłą śmierć Ciemnej Gwiazdy, zauważyła swoje niedorobione, zasmarkane dziecię, udające w dodatku, że wszystko jest w najlepszym porządku. Cóż, Biała Gwiazda nie była głupia — a nawet, gdyby miała ujemny iloraz inteligencji, ciężko byłoby jej nie zauważyć, jak jej szczeniak na każdym kroku praktycznie wypluwa płuca, w dodatku roznosząc dookoła cholerne zarazki.
W tym momencie Borsucza Łapa nie miał już wyboru. Wymówki i błagania, czy tłumaczenie, że to tylko alergia (W Porze Nagich Drzew? Chyba alergia na medyka), na nic się zdały, bo matka za fraki (metaforyczne, bo Borsuk fraku nie posiadał, choć zapewne wyglądałby w nim niebywale przystojnie) zaciągnęła go do Ciemnego Kła, a przy tym, do Liska.
Na Gwiezdnych, tym razem nie miał szans wyjść stamtąd żywy.
Nadzieja Borsuczka na wyzdrowienie umarła jeszcze szybciej, niż ostatnim razem, bo gdy stanął w progu wypełnionego ziołami pomieszczenia, zauważył, że jest tam tylko jego brat. W panice rozejrzał się za czekoladową suką. Może i nie był jej fanem, ale tylko ona mogła go uchronić przed otrzymaniem zabójczych ziół. Nie pojawiła się nigdzie w zasięgu jego wzroku, dlatego zrezygnowany podreptał do Lisiej Łapy.
Otrzymał kilka ostrzegawczych fuknięć i nieprzyjemnych słów, a potem zielsko, które wylądowało tuż pod jego białymi łapami. Obwąchał je ostrożnie. Nie pachniało najpiękniej, ale nie wydawało się być trujące.
— No żryj. — Czarnowłosy wywrócił oczami. — Chyba, że wolisz, żebym poszedł po cis. Wystarczy, że powiesz.
Taka zachęta zdecydowanie mu wystarczyła. Zabrał się do przeżuwania twardych liści. Jeśli miał umrzeć… mógł umrzeć. Bał się tego, ale czy to miało mieć takie wielkie znaczenie? I tak każdemu tylko zawadzał. Albo zabije go to nieszczęsne lekarstwo, albo sama choroba. Tak, jak Ciemną Gwiazdę.
Przełknął medykament, co po raz kolejny wywołało falę bólu w jego gardle, ale spróbował się nie skrzywić. Minęło kilka uderzeń serca, a Borsucza Łapa wciąż stał prosto, zamiast słaniać się na nogach. Czyli to nie była trucizna. Albo działała bardzo powoli.
— Widzisz, jeszcze żyjesz — fuknął Lisia Łapa, akcentując środkowy wyraz w zdaniu. — Zadowolony?
Borsuczek podrapał pazurami podłoże.
— Dlaczego nie możesz mnie lubić..? — Spojrzał prosto w oczy brata. No właśnie, dlaczego? Czy naprawdę był aż taki beznadziejny?
<Lisia Łapo?>
[520 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia oraz 1 Punkt Treningu i zostaje wyleczony z choroby]

24 stycznia 2021

Od Borsuczej Łapy CD Lisiej Łapy

Po drodze do legowiska medyka strategicznie zabrał z klanowego stosiku całkiem przyzwoitą mysz. Skoro szedł prosić o przysługę, wypadało jakoś wynagrodzić zmarnowany przez siebie czas. Z gryzoniem w pysku podreptał dalej, do jednego z pokojów Ruin, w którym swój magazyn oraz legowisko miała Ciemny Kieł, a od niedawna także jej uczeń, brat Borsuka.
Na wejściu uderzył go przytłaczający zapach wielu zmieszanych ze sobą medykamentów. Ostrożnie zajrzał do środka. W pokoju nie było nikogo poza Liskiem.
— Mam nadzieję, że nie prze- — wydukał, ale nie dane było mu dokończenie zdania.
— Przeszkadzasz! Właśnie, że przeszkadzasz. I to bardzo — warknął Lisia Łapa, unosząc czarne uszy.
— Przyniosłem ci mysz… — Wiotkie ciałko gryzonia upadło na podłogę z delikatnym plasknięciem, a szarawy ogon ułożył się w łuk.
— Nie chcę twojej żałosnej myszy, ok? Wyjdź i się nią udław! — Borsucza Łapa po raz kolejny polizał zraniony nos, na co jego organizm automatycznie zareagował przeszywającym bólem. Podkulił ogon i cofnął się o kilka kroków. Chyba nie miał szans na otrzymanie lekarstwa. — Na co jeszcze czekasz, mysi móżdżku?
Łapy już prowadziły go do wyjścia, ale w momencie, gdy przekraczał próg, zetknął się oko w oko (a może bardziej nos w nos) z nikim innym, jak medyczką Ciemnych. Może dla jego niewyleczonej rany była jeszcze jakaś nadzieja?
Suka przyjrzała mu się uważnie.
— Co ci się stało, Borsucza Łapo?
Usłyszał ciche fuknięcie Liska i skulił uszy.
— Podrapała mnie łasica, podczas polowania z Płomiennym Krzewem.
— Na Gwiezdnych, czemu nie przyszedłeś wcześniej? — Uniosła wzrok w górę, na chwilę wpatrując się w brudny sufit pokoju. — Pazury łasic były w każdym brudnym miejscu, jakie tylko zdołałbyś sobie wyobrazić. Lepiej od razu oczyścić takie rany, nim wda się zakażenie.
Jego brat wyraźnie wzdrygnął się na wzmiankę o zanieczyszczeniach przenoszonych przez niedoszłą ofiarę Borsuczka.
— Przepraszam, Ciemny Kle… — Czarno-biały uczeń spuścił głowę. — Następnym razem przyjdę wcześniej.
— Ważne, że w ogóle tu jesteś. Lisia Łapo? — Zawołała ucznia, w którego oczach malowało się przerażenie. — Przygotuj lecznicze zioła dla brata. Uznajmy to za część treningu.
Borsucza Łapa czym prędzej podszedł do przyszłego medyka, niecierpliwie oczekując na lekarstwo. Ten w odpowiedzi warknął prosto do jego ucha.
Dzięki, fajtłapo.
Kilka uderzeń serca oboje siedzieli nieruchomo, wpatrując się w siebie, ale gdy tylko Ciemny Kieł stanęła tuż nad Liskiem, ten od razu udał się do magazynku po konieczne zioła. Wrócił już po chwili, w pyszczku targając dwa sporawe liście — jeden z wyrastającym z łodygi drobnym, białym kwiatem, a drugi śmierdzący czymś pikantnym.
— Trybula i szczaw. Dobry wybór, Lisia Łapo. — Pochwaliła go mentorka, a ten dumnie wypiął pierś. Gdy tylko suka się odwróciła, szepnął do brata: gdyby nie ona, dostałbyś owoce cisu
Borsuczek powoli tracił jakąkolwiek wiarę w to, że wydostanie się z tego miejsca żywy.
Lisek tymczasem zajmował się dokładnym przeżuwaniem trybuli, a zaraz później też szczawiu. Wypluł papkę na czarny nos brata i rozsmarował ją niedbale, powodując u Borsuczego nagłe szczypanie narządu węchu. Cóż, przynajmniej mógł opluć brata bez żadnych konsekwencji.
Uczeń Płomiennego Krzewu zagryzł zęby w próbie dzielnego zniesienia bólu i zmrużył oczy. Nie chciał przecież, żeby Ciemny Kieł też uważała go za słabeusza. W końcu miał zostać wojownikiem, a wojownik musi ignorować te wszystkie głupie dolegliwości. Już i tak sprawił sobie dziś dość wstydu...
<Lisia Łapo?>
[523 słowa: Borsucza Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

19 stycznia 2021

Od Borsuczej Łapy CD Płomiennego Krzewu

Wlepił przerażony wzrok w mentora. O co chodziło..? Mama mówiła mu o nauce polowania, ale chociaż słyszał o niej tylko historie, był pewien, że miała wyglądać zdecydowanie inaczej.
— Czy na pew-
— Jeśli chcesz zostać wojownikiem, lepiej zamknij jadaczkę — wymruczał Płomienny Krzew niskim głosem, mocniej przyciskając ofiarę do ziemi. — No dalej, nie mam całego dnia.
Borsucza Łapa uważnie przyjrzał się miotającej się pod pazurami mentora łasicy. Futrzaste zwierzątko piszczało przeraźliwie, szarpiąc się w żałosnej próbie ucieczki. Było jednak przygwożdżone do podłoża i nie miało żadnych szans na wyrwanie się. Uczeń jadł już tego typu zwierzynę, którą przynosiła mu matka, ale nie spodziewał się, że trzeba ją zabić tak... okrutnie. Jęknął cicho, za wszelką cenę nie chciał zwrócić na siebie uwagi mentora.
Czując na sobie jego zirytowany wzrok, zrobił kilka kroków w stronę zwierzaka, teraz orającego pazurami w ziemi. Spróbował zignorować ścisk w żołądku, który sprawiał, że miał ochotę zwrócić dwa ostatnie posiłki i chwycił podłużnego ssaka zębami. Zwierzę ledwo mieściło mu się w niewielkim pysku, w dodatku zdecydowanie nie było chętne do szykowania się na śmierć. Zanim zdążył zmusić się do zaciśnięcia szczęki na tyle mocno, żeby ruchliwe ciałko zwiotczało, łasica postanowiła wykorzystać swoją szansę. Szarpnęła zębami za pysk Borsuczka, w tym samym czasie wyciągając łapę w kierunku jego nosa.
Odskoczył, na tyle szybko, na ile pozwoliło mu nadal nieskoordynowane ciało, ale nie udało mu się uniknąć obrażenia. Ostre, zakrzywione pazurki zwierzęcia, idealne do kopania dziur, zaryły w jego nos, na co pisnął przeraźliwie. Ofiara czym prędzej pobiegła dalej w akompaniamencie własnych fuknięć i prychnięć.
Szybko zamrugał, już czuł napływające do oczu łzy. Spróbował polizać zranione miejsce i syknął, gdy zaszczypało. Na jego języku rozlał się metaliczny smak krwi, która powoli kapała z jego czarnego nosa.
— Płomienny Krzewie, boli, czy... czy mogę iść do medyka? — Spojrzał błagalnie, ale mentor wydawał się nieprzejęty.
— Masz już 12 księżycy, nie 2, więc przestań jęczeć. — Szczeniak podkulił ogon. — Tamta ofiara uciekła, musisz upolować coś innego. 
Usiadł i posłusznie czekał na dalsze wskazówki, powstrzymując drżenie przerażonego ciała. Kiedy jednak nie doczekał się żadnych rad, a jedynie zniecierpliwionego warknięcia, nie miał innego wyjścia.
Chcesz umieć polować? To musisz nauczyć się tego sam, ofermo.
Jak miał to zrobić? Nie wiedział, jak najlepiej podejść zwierzynę lub skradać się, nie powodując hałasu. Do tej pory nie miał zbyt wielu okazji do obserwowania polujących wojowników, dlatego brak było mu pojęcia, jak się do tego zabrać. Jego mentor zaczynał być na niego coraz bardziej zły, więc Borsucza Łapa z westchnieniem udał się na poszukiwanie zwierzyny. I tak nie miał szans niczego złapać. Był zbyt słaby.
Zawęszenie w powietrzu nie za wiele mu dało, bo jedyny zapach, jaki w tej chwili odczuwał, to ten należący do czerwonej cieczy powoli zasychającej na jego nosie. Zatrząsł się. Skoro nie mógł nawet tropić, upolowanie czegoś było niemożliwe.
Przed jego oczami przemknęło coś małego, na czym zaraz skupił wszystkie swoje osłabione już zmysły. Całkiem pulchna mysz skryta gdzieś między źdźbłami traw jak gdyby nigdy nic chrupała brązowe ziarenko. Jeszcze ich nie zauważyła! Może jednak złapie coś dla klanu i Płomienny Krzew będzie z niego dumny?
Ciało naturalnie przyjęło pozycję do skradania — przez to, że niewyćwiczona, wyglądała dość koślawo. Łapy powoli wyciągały się w przód, robiąc kolejne, jak najcichsze kroki. Z nerwów kręciło mu się w głowie, a całą swoją energię wkładał w to, żeby zwierzątko się nie spłoszyło.
Gdy był już o pół długości lisa od celu, mały nosek myszy zaczął poruszać się z niewiarygodną szybkością. Ofiara utkwiła w nim błyszczące, czarne oczy, a on zastygł. Już wiedziała o jego obecności.
Zamiast przemyśleć następny krok, rozpaczliwie rzucił się na mysz, która z piskiem umknęła między jego łapami. Do jego uszu dotarło zirytowane westchnienie mentora, przez co czarne uszy od razu powędrowały w dół.
Szykował się ciężki dzień.
***
Po paru kolejnych nieudanych próbach Płomienny Krzew uznał najwidoczniej, że ze swojego, na Gwiezdnych, ucznia, nic już porządnego nie zrobi i pozwolił mu odejść ( a raczej wywarczał do ucha, żeby wreszcie dał mu spokój). Borsuk rozpoczął monolog, w którym co najmniej piętnaście razy powtórzył słowo przepraszam, ale nie na wiele mu się to zdało, bo mentor nakazał mu tylko być cicho.
Teraz musiał udać się do medyka, bo pulsujący ból w miejscu zranienia nie pozwalał mu skupić się na niczym innym. Z żalem udał się do legowiska Ciemnego Kła, próbując odegnać myśl o jutrzejszym treningu, który wcale nie zapowiadał się dobrze.
<Płomienny Krzewie?>
[721 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu oraz traci 20 Punktów Zdrowia]

30 grudnia 2020

Od Borsuczej Łapy do Płomiennego Krzewu

Wraz z upływem kolejnych ciemnych wieczorów i chłodnych poranków, miot Białej Tęczy powoli dorastał. Łapy Borsuczka stawały się coraz dłuższe — dopiero co udało mu się zdobyć nad nimi całkiem dobrą kontrolę, a one złośliwie urosły, na nowo utrudniając skoordynowanie ruchów. Powoli godził się z prychnięciami, jakimi raczył go Lisek za każdym razem, gdy poślizgiwał się na drewnianej podłodze żłobka lub źle wymierzał wysokość przy skoku i uderzał czarnym nosem w obiekt, na który zamierzał się dostać. Tak miało chyba wyglądać całe jego życie. Widocznie bycie Borsuczkiem-łamagą było mu pisane.
Teraz jednak te czarne myśli opuściły Borsuczka, ponieważ na horyzoncie pojawiło się wydarzenie wyjęte wprost z jego snów. Ceremonia mianowania na ucznia. Gdy tylko Biała Tęcza wspomniała o niej po raz pierwszy, ciemne oczy szczeniaka rozbłysły radością. Będzie uczniem! W końcu nauczy się walczyć, a potem zostanie silnym wojownikiem i wszyscy będą go lubić! Na pewno uda mu się znaleźć całą masę przyjaciół — w końcu kto nie chciałby się przyjaźnić z tak wyjątkowym i dzielnym psem?
Od tej pory serce Borsuczka biło zasilane wewnętrzną dumą i niecierpliwym oczekiwaniem na ceremonię. Miał tak wiele pytań! Kto będzie jego mentorem? Czego będzie się najpierw uczył? Co znajduje się poza obozem? Na myśl o wszystkich nowych miejscach, które czekały na postawienie w nich czarno-białej łapy, jego ogon merdał niekontrolowanie. Co prawda lęk siedział gdzieś we wnętrzu szczeniaka, co jakiś czas na nowo dając o sobie znać, ale Borsuczek z całych sił starał się go ignorować. Przecież wszystko się ułoży, nie było szans, żeby stało się inaczej… prawda?
W dniu ceremonii Borsuczek nie czuł się ani trochę gotowy. Choć codziennie przed snem zapraszał tę chwilę do swoich snów, w tym momencie wydawała się czymś surrealnym. Jak to… już? Miał zostać uczniem? Nie wiedział co powiedzieć, jak się zachować. Nawet słowa matki, powtarzane z uporem kilka razy, w jego uszach przypominały wyłącznie niezrozumiały szum. Nie chciał zawieść, ale jak miało mu to wyjść, jeśli nie wiedział, co miał zrobić?
Biała Tęcza zaprowadziła ich do jednego z wielu pokojów w Ruinach. Był naprawdę wielki — gdyby nie to, że stres odbierał Borsuczkowi zdolność do racjonalnego (nieracjonalnego zresztą też, będąc szczerym) myślenia, szczeniak zapewne z zachwytem zabrałby się za eksplorację nowego pomieszczenia. W tej chwili tylko kroczył roztrzęsiony na samym końcu sznureczka szczeniąt podążających za Białą.
Złociste promienie słońca otaczały zebranych wojowników, uczniów i piątkę maluchów, zaglądając do pokoju przez wielkie okna, częściowo zakryte grubymi, opadającymi na podłogę zasłonami. Łapy czarno-białego szczeniaka zdawały się być stopione w jedno ze starą, drewnianą podłogą. Nie chciały mu dać tej przysługi i ruszyć się w żadną stronę, uparcie przylegając do podłoża.
Zwinny skok pozwolił liderowi znaleźć się na niewysokim stole, skąd otaczał spojrzeniem cały swój klan. Ciemna Gwiazda odchrząknął i rozpoczął ceremonię.
Choć Borsuczek z całego serca starał się uważnie słuchać i zapamiętywać każdy szczegół, jego wspomnienia z ceremonii najbardziej przypominały podarty papier lub kilka zagubionych fragmentów puzzli. Nie pozwalały złożyć się w sensowną całość, do której brakowało znacznej ilości kawałków. 
Co wiedział?
Ciemna Gwiazda mówił naprawdę dużo słów. Naprawdę dużo naprawdę poważnie brzmiących słów. Jakie to były słowa? Borsuczek nie miał pojęcia. Pamiętał natomiast, że jako pierwszego wymienił Liska. 
Słysząc imię brata, ochłonął nieco. Przynajmniej nie musiał wychodzić na sam środek jako pierwszy. Mógł jeszcze przez chwilę pozostać w błogiej nieświadomości, strefie względnego komfortu. 
Gdy usłyszał, że Lisek — teraz już dojrzalej brzmiący Lisia Łapa — dostał za mentorkę Ciemny Kieł, rozejrzał się zdziwiony. Może i wiedział, że jego brat podchodził do stanowiska wojownika, łagodnie mówiąc, bez entuzjazmu, ale jego decyzja go zaskoczyła. Bycie medykiem wydawało się czymś niesamowitym i zdecydowanie dziwnym. To Lisek miał objąć tę funkcję po aktualnej medyczce? Nie tego się spodziewał.
Pełen skupienia przyglądał się Liskowi, który z wyniosłym wyrazem czarnego pyszczka dumnym krokiem podszedł do swojej mentorki. Suczka zetknęła się z nim nosem i zabrała go na bok. Borsuczek uważał to za magiczny, uświęcony wręcz moment. Ciekawość, jak będzie wyglądać ta chwila dla niego, powoli brała górę nad przejmującym strachem.
Potem na środek wyszły jego siostry. Z emocji nie zapamiętał nawet imienia mentorki Srebrnej Łapy, jedynie jej wilcze futro i czarny nos. Stokrotka natomiast trafiła wygrany los w życiowej loterii i miała zdecydowanie łatwiej — nie dość, że z wyglądu mogłaby z powodzeniem udawać mniejszą i nieco bardziej puchatą wersję matki, to właśnie rodzicielka została jej mentorką.
A Borsuczek?
Tak, jak ostatni się urodził, ostatni dostawał swoją porcję jedzenia i ostatni szedł na to klanowe zebranie, teraz został ostatnim mianowanym. Jeśli jest się Borsuczkiem, jest się ostatnim — to po prostu jedna z zasad wszechświata. Widocznie gdyby ktoś się jej przeciwstawił, równowaga zostałaby zaburzona. A jako że Borsuczek niespecjalnie lubił mieszać w równowadze wszechświata, przyjmował bycie ostatnim.
Ciemna Gwiazda po raz kolejny wylał z siebie potok dojrzale brzmiących słów. 
— Borsuczku, od dziś będziesz nazywał się Borsucza Łapa. Twoim mentorem zostanie Płomienny Krzew. — Zakończył, po czym zwrócił się do psa o szarym futrze i stojących uszach. — Płomienny Krzewie, okazałeś się odważnym i silnym wojownikiem. Te cechy przekażesz swojemu uczniowi, Borsuczej Łapie.
Lider skinął głową, czekając aż nowo mianowany uczeń podejdzie bliżej, jednak łapy Borsuczego uporczywie stały w miejscu. Minęło zaledwie kilka uderzeń serca, zanim udało mu się wstać i chwiejnym krokiem podejść do mentora, ale dla niego zdawały się trwać nieskończoność. Wypełniony emocjami aż po brzegi swojego malutkiego ciała stanął przy Płomiennym Krzewie i wyciągnął pyszczek w jego stronę, jednak zamiast pełnoprawnego zetknięcia nosami otrzymał tylko pobieżne trącenie. Czy tak miał wyglądać ten wyjątkowy moment..? Mentor rzucił mu niezadowolone spojrzenie, a uczeń mimowolnie opuścił uszy. Odszedł z nim na bok, nie odrywając wzroku od podłogi.
Po zakończeniu ceremonii, nieśmiało zwrócił się do Płomiennego Krzewu:
— Czy… czy pójdziemy dziś na trening? — wydukał zestresowany, wpatrując się w resztę rodzeństwa, która właśnie rozpoczynała swoje szkolenie.
— Płomienny Krzewie. Tak masz do mnie mówić — Borsucza Łapa opuścił ogon i skinął głową. — I nie, dziś nie mam na to czasu. Szczególnie przez to, że jesteś taki ślamazarny.
— Ale jest dopiero ranek… — przerwał na chwilę, czując na sobie spojrzenie mentora — Płomienny Krzewie.
— Borsucza Łapo, kto z nas jest wojownikiem? — Szczeniak nie odpowiedział. — Jeśli tak dobrze wiesz wszystko, może wcale nie musisz trenować, co? Sprawdzimy to jutro. Będę czekał na ciebie o świcie. A teraz lepiej idź do legowiska uczniów, zamiast sprawiać kłopoty.
Samiec odwrócił się w swoją stronę i wyszedł z Ruin, a Borsucza Łapa zadrżał. W jego snach wyglądało to zdecydowanie inaczej.
<Płomienny Krzewie?>
[1048 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

8 grudnia 2020

Od Borsuczka CD Liska

Po konfrontacji z bratem zmieszany udał się w kąt pokoju. Z zaangażowaniem i nadmierną wręcz delikatnością odłożył błyszczący guzik na zakurzoną, drewnianą podłogę, niedokładnie przykrywając go skrawkiem tkaniny. Jego małemu ciałko ciężko był znieść tego rozmiaru przykrość. Był pewien, że Lisek doceni jego staranie, a jedynym, co dostał w zamian, był przeszywający uszy krzyk.
Widząc białe łapy matki przekraczające próg żłobka, powoli podreptał w jej kierunku. W końcu wróciła! Może przyniosła ze sobą coś ciekawego? Mimo przejmującego smutku po kłótni, która skończyła się dosłownie przed kilkoma uderzeniami serca, jego ogon zadrżał z radości. Lubił słuchać Białej Tęczy i leżeć niedaleko niej — może i nie miała dla nich bardzo dużo czasu, ale jej zapach był dla niego czymś kojącym.
Reszta rodzeństwa zebrała się wokół matki, Borsuk natomiast stanął za jednym z nich, starając się nie kichnąć na czyiś ogon, łaskoczący go w nos długą sierścią. Wsłuchał się w piszczące głosy sióstr, proszące o opowiedzenie im historii, a gdy mama się zgodziła, na jego pyszczku zalśnił uśmiech. Opowieści białej suczki były jednym z jego ulubionych momentów dnia. Ułożył się wygodnie i czym prędzej uniósł oklapnięte uszy, aby jak najlepiej docierało do nich każde jedno słowo.
Po chwili słuchanie informacji o kodeksie przerwało mu fuknięcie. Obejrzał się i zauważył koło siebie Liska. Czyżby chciał się z nim pogodzić? Może gdy mama skończy opowiadać, pójdą się razem pobawić!
Nadzieja wśród swoich głupich dzieci miała najwidoczniej i Borsuczka. Brat warczał na niego, próbując oderwać go od historii mamy. Szczeniak zebrał całą odwagę, jaką zdołał w sobie odnaleźć (a trzeba było przyznać, że znajdowało się jej tam raczej niewiele) i wykorzystał ją, aby poprosić Liska o nieprzeszkadzanie.
Dlaczego sądził, że Borsuczek był głupi? Jemu samemu wydawało się wszak, że chociaż nieśmiały, to jest całkiem mądry. Pamiętał w końcu wszystkie ważne szczegóły z opowieści Białej Tęczy, wiedział też, jak znaleźć w pokoju ładne, mieniące się przedmioty. Czy bycie mądrym mogło określać coś jeszcze? Czarno-biały szczeniak nie miał pojęcia, co mogłoby to być, ale najwidoczniej Lisek to wiedział. A skoro on mówił, że Borsuczek jest głupi, to pewnie rzeczywiście tak było. Piesek smutno opuścił uszy. Był absolutnie beznadziejny.
— Nawet jabyś ciał byci tym głupim wojownikiem… i tak nie dałbyś lady! Jesteś zia ślaby! — warknął brat i odszedł, nie poświęcając mu już ani chwili swojego cennego czasu więcej.
Borsuczek rzucił wzrokiem na swoje łapy. Może i były nie do końca skoordynowane, często zawodziły go przy biegu, plącząc się i powodując upadki, ale nie były słabe… prawda? Nie wiedział nawet, czy rzeczywiście choć w małym stopniu nadaje się na wojownika, którym tak bardzo pragnął być, już od chwili gdy po raz pierwszy usłyszał o tym stanowisku z pyska matki. Nikt nie bawił się z nim w walkę, więc nie mógł udowodnić, że rzeczywiście coś potrafi. Spuścił głowę. Lisek miał rację — brakowało mu i siły, i odwagi.
Tej nocy położył się dalej, niż reszta rodzeństwa, mimo otaczającego go chłodu.
***
Życie Borsuczka składało się z kilku elementów: spania, szukania ciekawych przedmiotów, siedzenia samotnie, bo nikt go nie lubił oraz jedzenia. Aktualnie zajmował się tym drugim, w przerwie od pozostałych.
Jako że on i jego rodzeństwo osiągnęli magiczny wiek sześciu miesięcy, matka postanowiła zabrać ich poza żłobek — pod ścisłą kontrolą, ma się rozumieć. Siedzieli teraz na wyschniętej trawie, a szczeniak po raz pierwszy doświadczył ogromu otaczającego go świata. Pokój, w którym spędzał dotychczas wszystkie dni, był co prawda o wiele cieplejszy, ale też absurdalnie mały. To, co widział teraz, było natomiast niezmierzone. Mógł dreptać sobie od jednego krańca obszaru ruin do drugiego i oglądać każde źdźbło czy uschnięty kwiat. Do eksplorowania tego, co było dalej, zniechęcał go wyłącznie troskliwy, a jednocześnie poważny głos matki, który z uporem zwracał uwagę każdemu szczeniakowi chętnemu na opuszczenie wyznaczonego im obszaru.
Siostry psiaka bawiły się wspólnie, wydając z siebie udawane warknięcia i szczeki, a on spoglądał na nie z zazdrością. Też pragnął się tak bawić… Wiedział natomiast, że suczki nie chcą, aby im przeszkadzał, dlatego nieśmiało udał się w stronę brata, oglądającego teraz opadłe z drzew liście.
Nie rozmawiał z nim zbyt wiele. Czasami słuchał złośliwych docinków, spuszczając głowę, lub patrzył, jak ten wykłóca się z matką czy resztą rodzeństwa. Zwykle pomiędzy dwójką braci nie dochodziło do dialogu, ale szczeniak zapragnął to zmienić.
— Lisku, chcesz się pobawić?
<Lisek?>
[701 słów: Borsuczek otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

25 listopada 2020

Od Borsuczka CD Liska

Borsuczek pojawił się na świecie ostatni i niespodziewany. Szczeniaczek z białym paskiem przez środek głowy wylądował na zimnej podłodze, jednak zanim zdążył zaprotestować tej przerażająco nieczułej zmianie środowiska, poczuł na sobie ciepły, szorstki język mamy.
Pierwsze jego dni na tym łez padole przeżył całkiem przyjemnie — wokół było ciemno, ciepło i miękko. Leżał całymi dniami otulony czymś, próbując wstać i doczołgać się jeszcze bliżej matki jedynie, gdy dawał o sobie znać głód. Jasne, czasami pojawiał się hałas, ktoś wchodził mu na głowę lub piszczał do ucha, ale szczeniak nie narzekał. Inna sprawa, że jeszcze nie za bardzo miał jak.
Potem przyszedł moment otwarcia oczu i dla Borsuczka było to doświadczenie absolutnie niesamowite. Wokół siebie widział mnóstwo przedmiotów, których nie znał, mamę, której zapach kojarzył od początku z pysznym mlekiem i trzy szczeniaki w gruncie rzeczy nieco podobne do niego, podobno będące jego rodzeństwem. Maluch spojrzał w dół i z zadziwieniem odkrył swoje łapy, zauważając, że jako jedyny ma w swojej sierści dwa różne kolory. Zamerdał ogonem i rozejrzał się po otoczeniu. Pokój, w którym się znajdował, wydawał się mu niezmierzony, i choć za jakiś czas miał już powoli zacząć nudzić się w tych czterech ścianach, znając każdy zakamarek i kulkę kurzu, to na razie był dla niego całym światem, czekającym na jego odkrycie. Szeroko otworzył ślepka i z westchnął z zachwytu. Brudne ściany i krzywe deski na podłodze były dla niego niewymownie piękne, ale jak można było się mu dziwić — w końcu to jedyne, czego do tej pory doświadczył jego wzroku.
Spróbował pokracznie wstać, ślizgając się na łapach, które niekoniecznie były chętne do kooperacji. Fuknął niezadowolony, próbując chwiejnie dojść do błyszczącego przedmiotu przyczepionego do miękkiej tkaniny. Spodobał mu się, od razu przyciągając jego wzrok. Spróbował szarpnąć za niego małymi ząbkami i ze zdziwieniem odkrył, że w przeciwieństwie do materiału, rzecz jest twarda. Chwycił ją mocniej i z całej siły cofnął się do tyłu, przy okazji prawie się przewracając.
Zaaferowany misją, którą dopiero co sobie wyznaczył, nie zauważył zbliżającego się do niego czarnego pieska. Na dźwięk jego niezadowolonego głosu, drgnął. Ogon szczeniaka sam z siebie powędrował między nogi, uszy opadły, a Borsuczek poczuł, jak jego serce bije szybko, jakby miało uciec z piersi. Nie rozumiał, co się dzieje, dlaczego brat krzyczy. Myślał, że przyjdzie się z nim pobawić, ale on chyba był na niego zły. Biało-czarny szczeniak zdecydował, że Lisek, bo tak nazywała go mama, nie widział pewnie jeszcze wszystkich zachwycających rzeczy w tym pokoju, i dlatego się na niego denerwuje, dlatego postanowił czym prędzej pokazać mu swoją zdobycz. Uśmiechnął się, wciąż trzymając w zębach nieszczęsny guzik, nadal przyczepiony do reszty materiału i z dumą zaprezentował go bratu.
— Ale zobać! Mogę ci go dać… — wyszeptał, chociaż wizja utraty skarbu uderzyła boleśnie w jego malutkie serduszko. Przede wszystkim chciał jednak, żeby Lisek nie podnosił już na niego głosu. Może jeśli podaruje mu coś tak wyjątkowego, to ten nie będzie się więcej złościć, a nawet się z nim pobawi..? Ogon Borsuczka zadrżał lekko z radości wywołanej tą myślą. Wszystkie marzenia, szybujące już w jego umyśle jak majestatyczne ptaki, upadły jednak z chwilą, gdy brat po raz kolejny otworzył czarny pyszczek, krzywiąc się.
— A po cio mi taki śmieć? Po cio mi ty? — warknął cicho na niego, a czarno-biały znów skulił się cały, próbując całym ciałem przeprosić za wszystko, co złego zrobił, mimo że wciąż nie miał pojęcia, co to takiego. Gdyby tylko wiedział! Gdyby mógł cofnąć czas! Naprawiłby wszystko, zachowałby się lepiej i na pewno by się zaprzyjaźnili… Ale nie, będąc Borsuczkiem zepsuł wszystko.
Odpadnięty guzik leżał pod jego łapkami. Spróbował schylić się i chwycić go zębami, zabrać go gdzieś w bezpieczne miejsce i ułożyć się obok zawstydzony, ale roztrzęsiony po konfrontacji wywrócił się. Skarb poleciał wprost do łap Liska.
<Lisek?>
[618 słów: Borsuczek otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]