Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowe Szczęście x Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowe Szczęście x Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty

1 stycznia 2022

Od Sikorkowego Szczęścia CD Konwaliowego Szronu

Pora zielonych liści
Konwalia była całkiem urocza. To plus. I wierzy w Gwiezdnych. To też jest duży plus. I całkiem ładna. A to jest już naprawdę ogromny plus. Taki gigantyczny, złoty, z podświetlanym napisem „Jestem dużym, (nie, raczej: gigantycznym) plusem”. I jadalny. Taki ładny ten napis, jaki powstał w mojej głowie, że aż bym chciała go schrupać.
Znaczy… Czy to normalne, że zastanawiam się nad plusami i minusami innych? I czy to normalne, że tworzę w swojej głowie jadalne napisy?
Dobra, w zasadzie to rozmyślałam tylko nad plusami. O minusach Konwalii wolę nie myśleć, bo jeszcze odkryję coś strasznego. Pewnie ma ich sporo. Dużo przeżyła, więc jej się nazbierały (…ona jest młodsza ode mnie? Nie. Chyba nie).
Wojowniczka zaczęła opowiadać mi o swoich wszystkich nieszczęściach, zaczynając od młodu dochodząc niemal w przyszłość, do swej starszyzny i samotnej śmierci, której wcale, ale to wcale się nie boi, a ja słuchałam jej jednym uchem, zajęta wylizywaniem popiołu z jej sierści. Wiecie, to nie tak, że miałam ją gdzieś. Po prostu, naprawdę, nie mogła zostać czarna! Już wystarczająco ciemna jest naturalnie, a zdecydowanie nie chcę, by ten brud przeszedł na mnie. Dlatego go zlizuje. I nie jestem rasistką.
To chyba nie ma sensu, okej, wiem, właśnie zjadam jej kurz i spaleniznę, którą chciałam w ten sposób trzymać na odległość. Ale nie wszystko, co robimy, musi mieć sens, co nie? Na przykład mogę wziąć to, że tańczę. A to nie ma sensu. Znaczy ma, ale wiecie, taki ukryty, dostępny tylko dla mnie. Więc do zły przykład? Szczerze wam powiem, że się pogubiłam w tym wszystkim.
W głowie powstał mi taki zajebisty pomysł, że aż szkoda go nie wykonać.
— Kurde, Konwalia, skończyłaś? — spytałam się jej nieobecnym, acz napalonym tonem.
Mruknęła coś na potwierdzenie.
— Chodź za mną! Wiem, co poprawi ci humor!
I tak zostawiłam całą swoją rodzinę, nawet nie wiedząc, w jakim jest stanie. Zostawiłam też Aroniową Gałąź, i byłam pewna, że suka nigdy mi tego nie wybaczy. Ale chyba mogę przyjaźnić się też z jej siostrą, nie? Ona przynajmniej nie ma innych przyjaciół! Aronia lgnie do każdego i ciągle mnie zdradza!
— Serio, to, co wymyśliłam, jest super. — Zaczęłam paplać, targając za sobą niezbyt zadowoloną i zdrową przyjaciółkę. Chyba powinnam opatrzyć jej rany? — Bo wiesz, ja jestem dość utalentowana, i umiem robić dużo rzeczy. I bardzo je lubię! Także teraz, żebyś już nie musiała się martwić, nauczę cię jednej z tych rzeczy! To odciągnie od ciebie uwagę i da ci szansę na wyładowanie negatywnych emocji. Pewnie domyślasz się, co to takiego, i myślisz „Ja nie umiem tańczyć!”, ale zapewniam cię, że tańczyć każdy mo-
Przerwałam, uświadamiając sobie, że powiadomiłam ją. O tym. Delikatnie za daleko poszłam z tym tematem. 
— Nie słyszałaś, tego, co powiedziałam, prawda? — zestresowana spytałam.
— Czego? Tego fragmentu o tańcu?
Westchnęłam.
— No dobrze, niespodzianka się nie udała. Jesteś zbyt spostrzegawcza — oznajmiłam, skrzywiając wyraz swojego pyska. — Ale tak czy siak, potańczymy.
Obiegłyśmy dookoła pewnie całe tereny klanu, zanim znalazłyśmy jakąś muzykę. Pochodziła ona z wnętrza potwora, w którego środku siedział dwunożny. Wyglądał, jakby na kogoś czekał, gdyż zostawił otwarte drzwi. Ale tym razem nie będę wchodzić do środka, o nie! Mój ogon mimowolnie zaczął kręcić się jak szalony, gdy do moich uszu dotarły pierwsze dźwięki.
Zaczęłam wywijać to prawo to lewo, a Konwaliowy Szron patrzyła się na mnie otwartymi oczami. Zero emocji. Zero czegokolwiek. Jak ktokolwiek może być tak obojętny w obliczu muzyki?! Jak może nieruchomo stać, i patrzeć-
Zrobiła to.
Pierwszy krok.
— Super! — zachęciłam ją z entuzjazmem. — Dalej! Spróbuj! Teraz druga łapa! Obróć się wokół własnej osi! Teraz do tyłu, do przodu, do tyłu, w prawo… W to drugie prawo znaczy się! Nie zasady, tylko kierunek, ha, ha!
Ale jestem dowcipna!
Szron próbowała nadążyć za moimi poleceniami, ale nie wiem dlaczego, nie wychodziło jej to. Kiedy ja mówiłam dwa, ona wykonywała jedno, także szybko się pogubiła.
— To nie ma sensu — westchnęła zrezygnowana. — Możesz albo mówić wolniej, albo przestać?
— Przecież mówiłam, że musisz wyładować złe emocj-
Znowu przerwałam. Ale tym razem przez pomysł, który przyszedł mi do głowy.
Z dziwnym uśmieszkiem podeszłam do niej.
— Zawsze możemy poprawić sobie humor w inny sposób — zniżyłam głos, szepcząc, przykładając pysk do jej ucha. Znieruchomiała. Mam nadzieję, że nie dostała zawału czy czegoś podobnego, bo to zdecydowanie zepsułoby mi zabawę.
— Bitwa na ziemię! — wrzasnęłam, rzucając w grudką ziemi. 
He, he. 
He.

<Konwaliowy Szronie?>
[710 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

23 grudnia 2021

Od Konwaliowego Szronu CD Sikorkowego Szczęścia

Pora zielonych liści
Sapałam głośno, klucząc w dymie i ogniu. Czułam gorąco, które prażyło moją skórę, a z oczu wyciskało łzy.
Usłyszałam wołanie Sikorki: kazała mi pójść po starszyznę. Spróbowałam odkrzyknąć, ale gdy otworzyłam pysk, na języku osiadł mi piekący dym. Zaniosłam się paskudnym, ochrypniętym kaszlem. Na jedyne, na co się zdobyłam, to kiwnięcie głową. Nie wiedziałam jednak, czy Sikorkowe Szczęście dostrzegła mój ruch. Gęsta zasłona dymu i ognia odcięła mi do niej dostęp.
Mam nadzieję, że Gwiezdni mają nas w opiece — pomyślałam, na oślep skręcając do legowiska starszych.
Spróbowałam zawołać kogoś po imieniu; ,,Biała Tęczo!’’, ,,Ciemny Kle! Hej, Proszę Pani!’’ jednak dym nie dał mi dokończyć słów. Wycharczałam coś mało zrozumiałego, jednakże nikt mi nie odpowiedział. W pierwszej chwili zakładałam, że po prostu odzywałam się niewystarczająco wyraźnie i głośno, więc postanowiłam powęszyć.
Oczywiście czułam głównie dym. Miał tak intensywny zapach, że poczułam kłucie w głowie. Gdy się skupiłam, co było bardzo trudne, bo zaczynałam się dusić, to wyczułam stary zapach starszych. Czyli wyszli stąd. Są bezpieczni.
Na wpół martwa udałam się w drogę powrotną. Nie dość, że intensywne zapachy normalnie powodują u mnie ból głowy, to do tego teraz dochodziły jeszcze duszności, gorąco i stres.
Bardzo, bardzo rzadko się stresuje, więc trudne do zidentyfikowania (jak wszystkie tak naprawdę) emocje były dla mnie podwójnym zaskoczeniem.
Nagle w dymie dostrzegłam różnokolorową sylwetkę i błękitne oczy. Nie przyśpieszałam, myśląc, że to omamy, a ja stoję już jedną łapą w Coelum. Pies jednak był coraz wyraźniejszy.
Zaskoczona zobaczyłam, iż to Cytrynowy Liść. Szturchnęłam go nosem i dostrzegłam, że nie wygląda zbyt dobrze — zresztą tak jak ja, tak naprawdę. Po szybkim rozmyśleniu, czy mam go zostawić, bo Gwiezdni go wezwali do siebie, czy może oczekują ode mnie jego uratowania, postanowiłam, że razem dojdziemy do wejścia.
— Konwalio… — zaczął Cytrynowy, lecz przerwał. Kaszlał. Obserwowałam go w miarę możliwości spokojnym wzrokiem.
Poczekałam na niego. Razem podpieraliśmy się barkami, wychodząc z zadymionych, palących się Ruin.
Emocje, jakie czułam jeszcze niedawno do samca, odezwały się. Starałam się odzyskać jasność umysłu, ale dym i ból głowy nie ułatwiały zadania. Patrzyłam się jak głupia na zastępcę klanu nawet wtedy, gdy medyk nas już ogarnął.
Jak głupia, jedyne, co robiłam, to gapiłam się. Chociaż… Dlaczego jak głupia? Jak pies, który ma oczy. I… I jest pod wpływem emocji. Wyższych emocji.
Dopiero Sikorka, która do mnie podeszła, spowodowała, że jakoś się ogarnęłam. Ach, ta jej bezpośredniość.
— Ej, Konwaliowy Szronie, co się tak gapisz? Cytrynek wpadł ci w oko? Wiesz, to mój brat, mogę mu cię polecić! Ale będzie fajnie.
Fakt, że ktoś może z kogoś tak łatwo coś odczytać, lekko mnie przestraszył. Albo raczej fakt, że to mnie, spokojną i neutralną suczkę można łatwo rozczytać.
— Słucham? — spytałam się obojętnym tonem. Ku mojej wewnętrznej uldze ogarnęłam rozszalałe we mnie emocje. Cytrynek mnie nie kocha. Czas to zakończyć. Rady Aroniowej Gałęzi na nic się nie zdały. Trudno!
— Nie mów, że nie słyszałaś! Ty wszystko słyszysz, serio. Uszy jak u królika. A wiesz, Cytrynowy lubi króliczki — mrugnęła do mnie okiem, a ja o mało nie zachłysnęłam się powietrzem. Że ktoś potrafi być taki… bezpośredni. Nie powinno mnie to dziwić, w końcu każdy pies jest inny, jednakże… No cóż. Dziwi mnie. — Psiapsiółko, znamy się od szczenięcia. Powiedz mi wszystko.
WSZYSTKO to trochę za dużo; nie mogę jej powiedzieć WSZYSTKIEGO, bo nie znam WSZYSTKIEGO. Nie wiem, co to jest to WSZYSTKO.
— No cóż… — powiedziałam zamiast tego, siadając wygodniej. Wzrok Sikorki mówił mi, że łatwo nie odpuści.
Szczęka zatrzęsła mi się. Naprawdę byłam zdziwiona, gdy poczułam łzy w oczach; ja, płacząca? Nigdy nie płakałam. Chociaż idiotycznie używać tego słowa, bo, logicznie myśląc płakałam, gdy byłam szczenięciem, prosząc o mleko.
Ale naprawdę, nie pamiętam, kiedy płakałam.
Nie płakałam, gdy Skalny Potok topił mnie i Aronię za karę. Nie płakałam, gdy z moją starszą siostrą walczyłyśmy za dzieciaka z menelami. Nawet nie płakałam, gdy Cytrynek dał mi kosza. Nie płakałam też przed jakąś godziną, gdy widziałam palący się mój dom.
A tutaj ktoś zaproponował mi, żebym mu się wygadałam. Jakby wiedział, że nawet ja mam jakieś emocje i uczucia, chociaż ich nie pokazuję. Zostawiam je zwykle w umyśle i sercu — tam, gdzie ich miejsce.
A tym kimś była Sikorkowe Szczęście.
Ze łzami w oczach wpadłam w jej szyję. Moje łzy moczyły jej rude futro. Kątem oka zauważyłam jej uśmiech.

<Uwu. Moja ulubiona Sikorkowa wojowniczko?> 
[705 słów, Konwaliowy Szron otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

7 grudnia 2021

Od Sikorkowego Szczęścia CD Konwaliowego Szronu

Z rosnącą adrenaliną przemierzałam nasz obóz, mając ochotę wyć z podekscytowania i tańczyć w miejscu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w każdej chwili mogę umrzeć, bo w zasadzie… I tak mogę umrzeć w każdej chwili, nie? Jakaś nienazwana choroba, rozjechanie przed dwunożnych, czy ze starości. Niemal instynktownie poszłam szukać w tym dymie Aroniowej, Słodkiej oraz zastępcy naszego przywódcy, Cytrynowego Liścia (kolejność przypadkowa). Jeżeli już ktoś ma przeżyć, to najlepiej, aby był to ktoś z nich!
Sorry, Stokrotka, że o tobie nie pomyślałam, mam nadzieję, że nie czytasz mi w myślach, ale ty musisz być odporna na ogień, skoro nie zginęłaś od swojego własnego gorąca.
O moi Gwiezdni, muszę jej to powiedzieć! Ten pożar daje mi tak wiele inspiracji do tworzenia podrywów roku!
— Hej, Konwalia! — rzuciłam do suki, którą właśnie zobaczyłam. Jak miło, że zechciała dołączyć do zabawy! — Weźmiesz sprawdzisz, czy starszyzna jakoś zipie? Ja pójdę po rodzinę, zobaczyć, jak sobie radzą! Trzymam za ciebie palce u łap!
Nie jestem pewna, czy mnie usłyszała, ale bardzo prawdopodobne, gdyż zniknęła w płomieniach. Ja sama, nie zrażając się niezbyt przyjemną dusznością w płucach, wyruszyłam na poszukiwania tych psów, o których wspomniałam.
— Nie jest tak źle, kurwa? — spytała się mnie Aroniowa na moje gadanie. Wybaczam jej ten brak miłości w tonie! Pewnie lewą łapą wstała! — Zdajesz sobie sprawę, ile psów teraz zginie?
Zapytałam się jej o Stokrotkową i resztę.
— Stokrotkę widziałam, jak wychodzi. Szukała Cytrynowego, ale go nie znalazła — ponuro odwarknęła Gałąź. — A teraz, wybacz, ale zaraz się spalę, jeżeli tutaj zostanę na pogaduszki!
Także zostawiła mnie, niewdzięczna! I tak mi się odpłaca za przyjaźń?!
Wzięłam Słodką za kark złapałam, bo coś jej się chyba stało, i wyciągnęłam ją na zewnątrz, przy okazji opowiadając jej o systemie przeciwpożarowym, w który postanowiłam wyposażyć obóz. Jeżeli coś z niego zostanie, oczywiście! Wiecie, potrzebuję mieć na co zamocować kubki dwunożnych, i jakieś miejsce, z którego będzie zwisała lina, odpowiedzialna za-
— Dwunożni! — parę psów krzyknęło, a ja pierwszy raz w życiu cieszyłam się z obecności tych gadów w naszym obozie.
— Czekaj, Słodka, ktoś się tobą zaraz zajmie! Muszę zobaczyć, jak działa to coś! — krzyknęłam pośpiesznie do siostry, i nie czekając dłużej, podbiegłam do dużych butli, z których sączyła się woda.
Nie mogłam wyjść z podziwu! Ci to dopiero agenci! Faktycznie, przez pył niewiele widziałam, ale to, co zobaczyłam, było wspaniałe! Woda nie była chyba taką wodą-wodą, ale chyba z wodą-wodą powinno też działać, nie? Mam nadzieję, bo nie wiem, skąd bym wytrzasnęła tą nie wodę-wodę!
Dwunożni jeszcze chwilę pobyli, ale wszystko się pięknie wypaliło, więc po jakiś paru godzinach odjechali. Nie była to taka profesjonalna drużyna dwunożnych, która gasiła pożary, bo tą widziałam nie raz! To byli chyba zwykli, najzwyczajniejsi, z jakimiś butlami pełnymi wody-niewody. Ważne, że nam pomogli, i byłam im za to wdzięczna! Jakby szukali kogoś, kto załatwi im coś do latania, to służę pomocą!
Gdzieś tam w tle latali nasi medycy, Aroniowa Gałąź chodziła w kółko, Słodki Pysk dostawała zawału, a Konwaliowy Szron siedziała obok Cytrynowego Liścia. Widocznie uratowała go. Jak romantycznie!
O ja cię, kiedy Stokrotkowa wreszcie wyzna mi tę miłość? Też tworzyłybyśmy taką fajną parę!

<Konwaliowy Szronie?> 
[530 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 5PD]

3 grudnia 2021

Od Konwaliowego Szronu CD Sikorkowego Szczęścia

Sikorka, czyli suczka, którą znałam z dzieciństwa, była dziwna.
— Więc kiedy poszłaś… Znaczy, poszliście, bo ty, Skalny i Konwi, znaczy się, Konwalia, to… — Sikorkowa Łapa urwała swoją opowieść kierowaną do Aronii, drapiąc się za uchem, jakby szukała odpowiednich słów.
— Sikorkowa Łapo, skąd pomysł, by nazywać mnie Konwi? — przerwałam jej, dość zaintrygowana. Mało psów wołało na psy inaczej, niż brzmią ich imiona, z obawy, że się obrażą. Poza tym Konwi nie było ładne. Ale najważniejsza jest intencja, czyż nie?
— No nie gniewaj się, Konwi…aalio… — Rudawa suczka przewróciła oczami. — Jejciu, ale jesteście dziecinne, naprawdę. No dobra, słuchajcie. 
— Sikorkowa Łapo, zostaw swoje koleżanki. Oszroniony Pysk cię woła. Czyżbyś zapomniała, że kazała ci się stawić na patrol?
— Jej, naprawdę? — wykrzyknęła suczka, zupełnie zapominając o tym, że miała dokończyć historię. Mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, jednak Aronia wyglądała na zawiedzioną. — Jeszcze nigdy nie byłam na patrolu! Na polowaniu i treningu tak, ale patrol! To zupełnie co innego! Jak myślisz, mamo, czy na naszym terenie spotkam psy z innych klanów?! I będzie walka? Gwiezdni, Gwiezdni, łapcie mnie, bo zaraz umrę ze szczęścia! 
Gwiezdni obdarzyli ją niesłychanie dziwnym rozumem. Mimo to, wojowniczka ma głęboką wiarę. Ah, to takie miłe... — nie. Miłe nie jest właściwym słowem. To dobre, to dla mnie dobre, iż psy, mimo swoich wad, czasami poważnych, są w stanie nadal wierzyć w swoich przodków. Taka Sikorka na przykład.
Zaraz przed oczami stanęli mi Bezgwiezdni. Biedne psy, niewierzące w Gwiezdnych. Pewnie już i przodkowie przestali w nich wierzyć.
Nie.
Nie wolno mi tak myśleć. Nie wiem, o czym myślą przodkowie. Nie wiem, kogo przekreślili. Może nawet mnie (wątpię). O, taki Laurency. Coelum go wybrało, okrzyknęło wybrańcem. To jeden z psów, które uratowały wszystkich wojowników przed epidemią. 
Ale, moim skromnym zdaniem jednego z miliona psów, jednej z tysiąca suczek, które przewinęły się przez Tenebris, twierdzę, że Bezgwiezdni to niewdzięczne gówno.
Tak sobie rozmyślając o religii, Gwiezdnych, odrobinę o Sikorce idącej obok, zobaczyłam coś okropnego.
Ruiny stały przed nami.
Rozwalone ściany, obrośnięte zielskiem, miejscami zaśmiecone rupieciami, otoczone znaną mi, bliską sercu aurą - drogie Ruiny.
I te ruiny, o których jeszcze wczoraj wymyślałam poemat, w których spędziłam dzieciństwo, mój dom... stał w ogniu. Tak o. Stał sobie w ogniu. Albo raczej to ogień stał w nim.
Sikorkowa z paniką spojrzała na mnie, otwierając niezwykle szeroko ślepia. Obie, zarówno ja jak i moja przyjaciółka rozwarłyśmy pyski, drąc się w niebogłosy.
 — GWIEZDNI!!!
Krzyknęłyśmy te same słowo i puściłyśmy się biegiem w stronę Ruin.
Starałam się opanować walące serce, wyciszyć. Skoro zapalił się obóz, pewnie i Gwiezdni mają swój plan. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam tak wiele silnych emocji. Dłuższą chwilę zajęło mi wyciszenie się. W końcu nie cofnę czasu. Nic nie mogę zrobić; ogień jest silniejszy ode mnie, przodkowie są silniejsi. 
Pierwsza dobiegłam do obozu, a po chwili dołączyła do mnie dusząca Sikorka. Stanęłyśmy, patrząc w pożerającą nasz dom szeroką ścianę niezliczonych języków ognia.
Pochyliłam głowę w akcie żalu. Modliłam się cicho do Gwiezdnych.
,,Przodkowie! - zaczęłam - Czy nie widzicie tej plagi? Czyż nie słyszycie jęczenia waszych dzieci? O, najświętsze Coelum! To wasza moc na nas spłynęła, to wasza moc stworzyła tą katastrofę, tą karę, czy to złe Infernum planuje przeciw wam? Zlitujcie się! Wierzymy w Was! Błagam, nie pozwólcie-
Zamilkłam, gdy Sikorkowe Szczęście zawyła z determinacją rzucając się w płomienie. Moja dusza zadrgała ze zdziwienia, a oczy rozszerzyły się.
— Na ratunek braciom i siostrom! - wrzasnęła, wbiegając do Ruin. Usłyszałam jej kaszel. Wszędzie unosił się dym.
Również pokasłując, cofnęłam się od wejścia, bijąc się z myślami.
Czego oczekują ode mnie Gwiezdni? 
Czy powinnam oddać się modlitwie, sprawdzić tyły obozu, czy rzucić się w ogień?
Przełknęłam cicho ślinę, obserwując jak wściekły żywioł liże ściany mego domu.
Wybrałam trzecią opcję.
Za śladem Sikorki, wstrzymując powietrze i zaciskając powieki, weszłam do płonącego obozu.
W labiryncie ognia poczęłam kierować się nosem i wspomnieniami. Piekący dym nie pozwalał mi otworzyć oczu.
<Sikorkowe Szczęście?>
[640 słów: Konwaliowy Szron otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

25 listopada 2021

Od Sikorkowego Szczęścia do Konwaliowego Szronu

 Ostatnio w obozie było cieplutko! Nie, żeby przeszkadzało mi to w czymś; tak czy siak dokończyłam swój projekt skrzydeł, chociaż nie wyszedł on tak, jak zamierzałam. Oryginał powinien mieć dwie części z ptasich piór, a to coś bardziej przypomina reklamówkę dwunożnych porwaną przez wiatr. Ale i tak jestem z siebie dumna! Najważniejsze, że powinno działać!
Początkowo zamierzałam sprawdzić, dlaczego dwadzieścia księżycy temu katapulta od Cytrynka nie zadziałała, ale kiedy wybrałam się tam z Konwaliową owe narzędzie już nie istniało. Marne szczątki, porozrzucane dookoła — tym musiałam się zadowolić.
— Trudno — westchnęłam wtedy do Konwaliowej. — Zbuduje ją od nowa. Ale najpierw mój projekt Latająca Sikorka!
— Co, przepraszam? — spytała powoli wojowniczka, chociaż bez irytacji, jakby wskazywała treść jej wypowiedzi.
— Dzięki, że mi pomożesz! — z uśmiechem odparłam. — Aroniowa Gałąź ma już dosyć moich wynalazków — wyjaśniłam.
— Aha — niezbyt inteligentnie powiedziała.
— Nabierasz patyków, szmatek i liści? 
Pokiwała spokojnie głową w zgodnym geście. Jak dobrze jest mieć  taką przyjaciółkę! Może nawet zaproszę Stokrotkowy Płatek? Ja nie mogę, byłoby super, gdyby przyszła! Wyobraźcie sobie, że zobaczyłaby, jak Konwalia dzięki mnie unosi się w powietrzu, a ja, jako specjalista, wyznaczam jej trajektorię lotu i krzyczę: ,,Leć, leć pod niebiosa, czarna ptaszyno!" 
Zapowiada się zarąbiście! Nie mogę się doczekać!
Pełna zapału przekąsiłam coś, zupełnie nie zwracając uwagi, co właściwie jem. Potem natomiast poszłam na poszukiwania Stokrotkowego Płatka, jednak, o dziwo, jej nie znalazłam — wyszła na patrol. Byłam co najmniej zawiedziona. Eh... Czemu moje życie jest takie smutne? Chyba dostaje depresji.
Postanowiłam razem z moją testerką, że pójdziemy na Gwiezdny Szczyt. Oczywiście nie powiedziałam jej, po co tam idziemy, bo przecież niespodzianki są takie zabawne! Cóż, ona chyba tak nie uważała, bo kiedy wyjaśniłam jej, że obwiążę ją sznurkami i zepchnę z klifu nie wyglądała na zadowoloną. Dziwne! Ja bym się na jej miejscu cieszyła.
— Nie zamierzam popełniać samobójstwa. Gdyby Gwiezdni chcieli mnie przywołać do siebie, zesłali by na mnie chorobę.
— Więc ochronią cię, żebyś się nie zabiła! — ze zdziwieniem nie umiałam przyjąć jej odmowy. — No weź! Proooszę!
Nie chciała się zgodzić, a ja nie chciałam zrezygnować. Zdenerwowałam się, ładnie mówiąc. Sama założyłam mój sprzęt i przygotowałam się do rozbiegu, z wesoło skaczącym sercem. Trudno stwierdzić, czy waliło ono z ekscytacji czy z nerwów.
— Co ty robi...
Skoczyłam.
— WOW! WIDZISZ MNIE?!
Mój wynalazek dziwnie trzeszczał, ale leciał — powiedzmy. Ledwo unosił się w powietrzu, wciąż spadając w dół, ale robił to powoli i równomiernie, przez co mogłam oglądać okolicę z góry; a było na co patrzeć. 
— WOAHAHA! 
Spróbowałam skręcić, ale nie doceniłam zwinności Latającej Sikorki. Błyskawiczne odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni w pionie, żeby po chwili z łopotem walnąć w Gwiezdny Szczyt.
— Ooch... — westchnęłam, powoli się osuwając. Konwalia zasłoniła pysk swoją łapą, nie wierząc, co właśnie widziała. 
— Gwiezdni, trzymajcie mnie  cicho mruknęła, bynajmniej nie zadowolona.
— Leciałam! — wrzasnęłam, podbiegając do niej. — Jestem pierwszym, latającym psem! Czy to nie super? Wiesz co, myślę, że możemy udoskonalić nasz pojazd i sprawić, żeby tak nie spadał ciągle! Mogłybyśmy latać nim księżycami... Lepiej nad księżycem! Albo to i to! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Wątpliwe, że moja partnerka biznesowa śledziła z uwagą to, co mówię.
— Masz mnie w dupie — powiedziałam zasmuconym tonem. — A ja mówię naprawdę ważne rzeczy. Opowiadam ci o naszych planach. 
— Słucham cię z uwagą — z wrodzonym spokojem oznajmiła. — Mogę ci pomóc, jeżeli mej pomocy potrzebujesz, ale nie oczekuj, że będę latać. Nie zamierzam testować twoich... wyrobów.
— Nie ma sprawy! — mój ogon zaczął merdać. — Dobra, to co robimy? Proponuje relaks przy koktajlach, a w międzyczasie obmyślimy plan Latającej Sikorki 2. Albo katapulty. Po co się ograniczać! Zrobimy obie rzeczy!
— Skoro chcesz — odparła bez przekonania.
Poszłyśmy więc obie za mną w stronę śmietnika, a w trakcie naszej drogi gadałyśmy obie wesoło (chociaż, o dziwo, Konwalia praktycznie tylko słuchała). Słońce nadal świeciło, a mi nadal to nie przeszkadzało! Najważniejsze, że nie przeszkodzi to nam w naszych pla—
Obóz w płomieniach? Co do kurwy nędzy?

<Konwaliowy Szronie?>
[638 słów: Sikorkowe Szczęście otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]