Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza × Wojowniczy Mróz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza × Wojowniczy Mróz. Pokaż wszystkie posty

9 maja 2021

Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy

Gdyby głupota była śniadaniem, to Wojowniczy Mróz codziennie polewałby ją jakimś tanim słodzikiem i popijał sokiem pomarańczowym (no bo kto normalny, do cholery, pije sok pomarańczowy?).
Tego dnia porcja była wielka, on głodny, a droga na szczyt głupoty usłana wnykami.
Przystanął dopiero kiedy zapach Tenebris wymieszał się z Ventusem, ukrywając ogołocone ze żniw pola.
— Biała Gwiazdo, nie musisz się chować — westchnął.
Odpowiedziała mu cisza.
Był impulsywny, cholernie roztargniony, ale był też wojownikiem z nadwrażliwym uchem, którego rozpraszał najdrobniejszy szelest z okolicy kilku metrów. Jakkolwiek głupi by nie był, wiedział też, że Biała Gwiazda nie ufa Bryzowej Gwieździe; albo gorzej, nie ufa jemu.
— Wiem, że nie ufasz Bryzowej Gwieździe, ale możesz zaufać mi, okej? Wiem, co robię.
— Uważaj.
— Co?
— Uważaj!
Ufał Białej Gwieździe. Odwrócił się w jedno uderzenie serca i, zamachnąwszy się łapami, odrzucił od siebie skaczącego wojownika wielkości Podgrzybkowej Sierści, ba, może nawet mniejszego.
— Pieszczoch? — jęknął, robiąc krok w tył, podczas gdy napastnik otrzepywał się ze śniegu.
— Pieszczoszka, jeśli już — mruknął Wietrzny o złotym futrze.
— Ty kretynie — warknęła trzecia z patrolu — wojowniczka, nie pieszczoszka.
— Czemu…
— Bo stałeś na naszych terenach. — Bananowa Skórka ani trochę nie przejmowała się rozmowami za jej plecami i zdekoncentrowanym Wojowniczym Mrozem, patrząc mu w oczy tak, jakby była co najmniej jego wzrostu, albo, o zgrozo, większa. — Już nie stoisz.
Wojowniczy spuścił wzrok na swoje łapy. Od suczki dzieliła go gałązka.
— Poważnie? To jakaś długość króliczego ogona…
— Nie interesuje mnie, co robi tu młodzik Flumine i liderka Tenebris tak długo, jak nie stoicie na naszych terenach — westchnęła.
— ...tylko poprawiałem… — dobiegało zza pleców najniższej Wietrznej.
— Jesteś idiotą! ...skupiasz się na…
Wojowniczy szybko uznał, że szczurosuczka stanowiła największe zagrożenie z całego patrolu.
— Chcielibyśmy pomówić z Bryzową Gwiazdą — odezwała się Biała Gwiazda.
Bananowa Skórka rozejrzała się to po Wojowniczym, to po Białej.
— Ja rozumiem dwie liderki… ale tak w zasadzie, to na Gwiezdnych on ma z nią rozmawiać?
— Ja… yyy… byłem świadkiem, jak jeden z członków Tenebris zaplątał się we wnyki i…
— Gdzie? Musimy mu pomóc! — syknęła Bananowa Skórka.
— Nieaktualne — przerwała im Biała, gromiąc wzrokiem Wojowniczego. — Wojowniczy Mróz i ja chyba znaleźliśmy nowy sposób neutralizowania pułapek na lisy. Chcielibyśmy go przedstawić Bryzowej Gwieździe.
Bananowa Skórka westchnęła, posyłając zmartwione spojrzenie dwóm kłócącym się debilom za nią, po czym odwróciła się i przemaszerowała kilka centymetrów w głąb klanu.
— Niech będzie, jeśli to dla dobra klanu — mruknęła — ale nie spuszczę was z oka nawet na chwilę przy legowisku liderki.
 
Bananowa Skórka spuściła ich z oczu, bo — jak Wojowniczy Mróz i Biała Gwiazda chwilę później poznali ich imiona — musiała pilnować Jaskółczą Burzę i Brunatny Horyzont, żeby się nie pozabijali.
Dla Wojowniczego był to nawet dobry znak; pierwszy raz to on mógł krzyczeć na Białą Gwiazdę, że pieprznęła głupotą, z której teraz nie będą umieć się wytłumaczyć, no bo przecież, cholera, jak mają neutralizować te wnyki…
— Jeszcze słowo i wylądujesz z łopianem w pysku.
Zatkał się. Nie na długo.
— Czemu traktujesz mnie jak dziecko, Biała Gwiazdo? — jęknął. Niesprawiedliwość przejęła uczucie złości; zawsze myślał, że skoro Flumine traktuje go jak bachora, który nie zasłużył na bycie wojownikiem, to chociaż Biała Gwiazda, jego prawdziwa mentorka będzie w niego wierzyć.
— Bryzowa Gwiazda śmierdzi. — Wojowniczy otworzył pysk z dezorientacją, ale Biała Gwiazda zgromiła go wzrokiem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. — Nie, nie tak śmierdzi. Śmierdzi, jakby coś ukrywała.
— Ty też nie jesteś ze mną do końca szczera — warknął. — Jesteśmy z różnych klanów, nie pamiętasz, Biała Gwiazdo? Klany powinny dbać tylko o siebie.
Pierwszy raz od dawna jego impulsywne paplanie nabrało emocjonalnej barwy, prawdziwej kwintesencji tego, co leżało mu na sercu. Wyobrażał sobie księżycami, jak przez łzy wygarnia całemu cholernemu Flumine to, że zostawiło go samego po śmierci Odważnego Kła, myślał o pogardzeniu Nakrapianą Gwiazdą w taki sposób, w jaki ona potraktowała jego, ale nigdy w życiu przez łeb nie przemknęło mu, żeby nakrzyczeć na Białą Gwiazdę.
— Co tu się dzieje?
Na rudej kufie Bryzowej Gwiazdy zakwitł równocześnie szeroki uśmiech do Wojowniczego Mrozu i zaciekawione spojrzenie posłane Białej Gwieździe.
— Wojowniczy Mróz wszystko ci opowie — mruknęła liderka Tenebris, oddalając się w stronę granicy.
— Biała Gwiazdo…
Bryzowa Gwiazda zatrzymała go machnięciem łapy.
— Przyszedłeś na trening, prawda, Wojowniczy Mrozie? Biała Gwiazda sobie poradzi.
Uśmiechnął się krucho do Wietrznej. Nie było to w żaden sposób przekonujące, a jego myśli pływały daleko w Tenebris; ale wiedział, że nie przyszedł tu na marne i udowodni Białej Gwieździe, że i Bryzie, i jemu można ufać.
 
Śnieg topniał pod łapami Wojowniczego Mrozu z każdym kolejnym dniem. Pora nowych liści zajrzała do obozu Flumine i tak jak wiosna jest zazwyczaj zwiastowaniem nowych początków, tak Wojowniczy Mróz nabrał motywacji na to, żeby przybrać na sile.
Z Białą Gwiazdą nie widział się już niemalże księżyc i sam Wojowniczy nie wiedział, co było tego przyczyną. Było mu głupio, że wytknął jej rzeczy, które przecież nie były barierą ku ich relacji. Podczas ostatniego księżyca trenował także ciężko z Bryzową Gwiazdą, co — o, ironio — wywoływało u niego wyrzuty sumienia, przez co znowu było mu głupio przed Białą Gwiazdą.
— Wojowniczy Mrozie, widziałeś gdzieś Nakrapianą Gwiazdę? — Irysowe Serce zajrzała do obozu.
Wojownicy trudzili się zwyczajnymi codziennościami, choć jeszcze chwilę temu wszyscy Wodni biegali w popłochu pomiędzy sobą, w totalnym chaosie próbując pomóc sobie wzajemnie. Brzozowy Kieł został ranny podczas patrolu wzdłuż granicy z Ventus. Dwunożny postrzelił go w łapę, ale pozostali wojownicy doczołgali go aż do legowiska medyka i, choć zarówno Podgrzybkowa Sierść, jak i Rumiankowa Łapa byli obecni, wszyscy chcieli w jakiś sposób im pomóc.
Pokręcił głową w odpowiedzi.
Irysowe Serce westchnęła. Gdyby była człowiekiem, pod oczami prawdopodobnie rozwinęłyby się jej zmarszczki od ciągłego marszczenia czoła i zamartwiania się. Zastępczyni była jedną z niewielu osób w życiu Wojowniczego, które nie wystawiły go po śmierci Odważnego Kła i szczerze pragnął odciążyć ją od problemów, ale był co najwyżej nie do końca lubianym wojownikiem, który nijak nie wspomoże ją po stracie córki czy po postrzeleniu jednego z wojowników.
— Przejdę się — mruknął, otrzepawszy się z niewidzialnego kurzu — i przy okazji jej poszukam.
 
Nie trzeba mieć więcej niż dwie komórki mózgowe, żeby domyślić się, że Wojowniczy Mróz wybrał drogę do Tenebris.
Zakradł się do obozu jak ninja, w popłochu rozglądając po wszystkich pyskach w poszukiwaniu Białej Gwiazdy, a nuż ktoś go zauważy, zanim go wyciągnie.
— Biała Gwiazda jest tam — odezwał się znajomy głos za jego plecami.
— Ćśś, Jasne Serce! Muszę być in-co-gni-to!
— Ejże, Wojowniczy Mrozie, wypad z obozu, nie będziemy znowu wietrzyć Ruin po twoim smrodzie! — Paru półgłówków zaśmiało się razem z Nocną Furią.
Rutynowe przekrzykiwanie się nad kamuflażem Wojowniczego Mrozu zaalarmowało Białą Gwiazdę, która wyszła ze swojego legowiska. Zaskoczona na widok Wodnego zamrugała oczami, szybko jednak wróciła do swojego chłodnego jak cień pyska.
— Dzień dobry, Wojowniczy Mrozie, co…
— Biała Gwiazdo, słuchaj, jest taka sprawa życia i śmierci, możemy porozmawiać, wiesz, na boku? — Odchrząknął, odpędzając od siebie Jasne Serce.
— Czy ta sprawa dotyczy Bryzowej Gwiazdy?
Nie usłyszał. Albo chociaż udawał, że nie słyszy.
W grobowym milczeniu przeszli na ścieżkę neutralnych terenów, omijając łagodnym krokiem pagórek Szczytu, dopóki Wojowniczy Mróz nie wyprzedził liderki i nie stanął z nią nos w nos.
— Biała Gwiazdo, przepraszam!
Uniosła brew.
— Nie chciałem być… półgłówkiem. Znaczy, wiem, że zawsze jestem półgłówkiem, ale takim większym niż zawsze półgłówkiem, rozumiesz? Byłem niemiły, bo myślałem, że mi nie ufasz, ale zobacz, żyję, Bryzowa Gwiazda nie zrobiła mi krzywdy! Wiem, co robię! Dzięki temu będę mógł być silniejszy, a jeśli będę mógł być silniejszy, będę mógł cię ochronić, a wtedy wiesz co? Nie będę potrzebował cię już jako mentorki. Ale będę potrzebował cię jako swoją rodzinę! I ty mnie też będziesz potrzebować! A rodzina powinna się chronić razem, i… i…
— Cholera jasna.
— Co?
— Cholera. Jasna.
Odwrócił się w kierunku, w którym patrzyła Biała Gwiazda. Zanim zdążył jednak przetrawić jakikolwiek obraz, realia rozmazały mu się, kiedy liderka wepchnęła go w krzaki.
Wychylając się spomiędzy liści, wreszcie zobaczył „cholerę jasną”. Była to Bryzowa Gwiazda i choć początkowo Wojowniczy Mróz myślał, że Biała klęła, bo jej nie lubi, to kiedy jego oddech się uspokoił, dostrzegł drugi punkt, rozmazaną, różnokolorową plamę futra, która brodziła we własnej krwi, próbując się wyszarpać.
— Bryzowa Gwiazda zabiła… lisa?
Biała Gwiazda mu nie odpowiedziała. Wpatrywała się przerażonymi oczami we wnyki, a kiedy Wojowniczy Mróz spojrzał jeszcze raz, dostrzegł szamoczącą się, półżywą Nakrapianą Gwiazdę, nad której karkiem dyszała Bryzowa.
<ty wez jej nie zabijaj bo nie będę miał kogo torturowac>
[1352 słowa: Wojowniczy Mróz otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

30 kwietnia 2021

Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu

Kurwa.
Choć Biała Gwiazda nie przeklinała jakoś szczególnie często, żadne inne (a już na pewno cenzuralne) słowo nie oddawało odpowiednio tego, co obecnie czuła. Była po prostu, najzwyczajniej w świecie wkurwiona, tak, jak nie była chyba od momentu, w którym Ciemny Kieł wypaplała Lisiemu Wrzaskowi (wtedy jeszcze Lisiej Łapie) kto był ojcem jego i reszty potomstwa liderki klanu Ciemnych.
A wszystko to oczywiście za sprawą Wodnych, których miała serdecznie po dziurki w nosie. 
Z całej tej bandy znośni byli jedynie Wojowniczy Mróz, czyli nadpobudliwy dzieciak, i Irysowe Serce, o której Biała co prawda nie mogła powiedzieć złego słowa, lecz jednocześnie niekoniecznie dobrze ją znała, więc i ona może miała jakieś swoje skrywane przed liderką obcego klanu dziwne wady. W każdym razie, jeśli młodzik, któremu kiedyś musiała wyciągać łopian z okolic tyłka, należał do najbardziej przyzwoitych członków tej społeczności, zapewne świadczyło to szalenie źle o pozostałych jej członkach.
Ba, cała reszta tej spółki strasznie źle kryła się ze swoim obgadywaniem jej klanu. Nie raz i nie dwa bezpośrednio do jej własnych uszu docierały ich szepty (nierzadko o niej samej), a jeszcze częściej stawało się to tematem rozmów pomiędzy Ciemnymi. To nie tak, że Ciemni nie obgadywali Wodnych — obgadywali, czasem nie zostawiając na nich ani jednej suchej nitki, a ona sama również od czasu do czasu wtrącała w te dyskusje swoje trzy grosze — ale, jak jej się zdawało, robili to z większym rozmysłem, najpierw rozejrzawszy się, czy w najbliższej okolicy nie znajdował się jeden z osobników stanowiących temat rozmowy.
Najgorsza była jednak nie ich głupota, lecz to, co jeszcze, oprócz nich, żyło na tych terenach czy raczej sam fakt, że oni, niczym stereotypowi Francuzi, wpieprzali te obrzydliwe kreatury na śniadanie. Biała nie była pewna, czy nie powinna udać się do medyka (zwłaszcza korzystając z faktu, że miała teraz do dyspozycji również medyka Wodnych, który może i przypominał szczura, lecz prawie na pewno był bardziej kompetentny od Ciemnego Kła i Lisiego Wrzasku) — codzienne wymioty wywołane piknikami tych żabojadów chyba nie wpływały najlepiej na jej zdrowie.
Błagała Gwiezdnych o litość. Nie wiedziała, ile jeszcze mogła tak wytrzymać.
Kurwa. Po prostu kurwa. 
Może powinna rzeczywiście pozwolić Płomiennemu Krzewowi ich zjeść?

Gwiezdni w końcu ją wysłuchali i przegnali Hycla z terytorium jej klanu. Nie wiedziała, czy to było w ogóle potrzebne, bo sama w pewnym momencie była gotowa dobrowolnie oddać się w jego ręce (byle jak najdalej od tego wariatkowa, mogłaby już nawet zostać pieszczochem lub po prostu zimnym trupem), ale nie zamierzała narzekać. Do jej zdaniem piękniejszych niż kiedykolwiek wcześniej znajomych okolic wracałaby w podskokach, a tamtejszą ziemię najchętniej by wycałowała, gdyby nie to, że miała już wypracowany wizerunek dumnej liderki, którego nie chciała zepsuć.
Szybko i z niezmierną ulgą wróciła do normalnego funkcjonowania — była na swoich terenach, miała przy sobie tylko członków swojego klanu (chociaż niektórzy mogliby się jednak zgubić na terenach Flumine i już tam zostać), sypiała w swoim legowisku i nie napotykała szczególnie wielu problemów, do których nie byłaby już przyzwyczajona i którym nie potrafiłaby zaradzić. 
Jak to mówią, wszędzie dobrze (no nie do końca), ale w domu najlepiej.
Gdyby tylko Wojowniczy Mróz przestał wreszcie pakować się w kłopoty, mogłaby może wreszcie odpocząć...
 
Ta cała Bryzowa Gwiazda zwiastowała kłopoty, a może i sama kłopotami była. Gdyby Biała Gwiazda miała taką możliwość, zapewne zrobiłaby jakiś background check na temat jej osoby, ale wolała nie podchodzić do Wietrznych z uśmiechem na pysku i słowami w stylu: „Cześć! Czy wasza liderka ma równo pod sufitem i czysto za uszami?”. 
A szkoda, bo może wtedy dowiedziałaby się, że w rzeczywistości suczka nie miała ani równo pod sufitem, ani czysto za uszami, a Wojowniczemu zakazałaby kontaktów z nią, bo, jak się okazywało, najwyraźniej tamta przyczepiła się jej przybranego syna (samemu Wojowniczemu zapewne nie należało mówić, że liderka Ciemnych uważała go właśnie na przybranego syna, bo biedny chyba zapłakałby się na śmierć ze szczęścia czy zrobił cokolwiek innego, lecz równie głupiego) niczym tamte rzepy całe księżyce temu.
— Bryzowa Gwiazda to naprawdę świetna liderka, wiesz? No... To znaczy oczywiście nie taka świetna jak ty, Biała Gwiazdo, ty jesteś najświetniejszą liderką w całej historii wszystkich klanów, ale i tak jest świetna. Powiedziała mi, że jeśli tylko zechcę, mogę odwiedzić ją na terenach jej klanu, a ona pokaże mi co i jak — paplał Mróz, ilekroć znalazł się w towarzystwie starszej suczki. Pomijając oczywiste zirytowanie jego zachwytem nad tą podejrzaną osobą, liderka miała jedynie nadzieję, że nikomu innemu nie opowiadał o tym tak często i tak głośno. — Właściwie to pomyślałem sobie, że może ją rzeczywiście odwiedzę. Bryzowa ostatnio coraz częściej o tym mówi, biedaczka chyba jest bardzo samotna. Może nawet dzisiaj? Jak już tu jestem, to jestem przecież w środku drogi, wystarczy przemknąć się przez resztę twoich terenów et voilà... jestem na miejscu!
— Nie sądzę, żeby... — zaczęła, ale on oczywiście nawet jej nie słuchał.
— Tak, pójdę tam nawet teraz. Do widzenia, Biała Gwiazdo! — oznajmił i tyle go widziała.
A raczej tyle by go widziała, gdyby nie to, że nie zamierzała mu pozwolić samotnie wyruszyć na spotkanie z suczką, do której nie miała za grosz zaufania. Odczekała więc chwilę i ruszyła za nim, mając nadzieję, że po drodze nie natknie się na żaden patrol obcego klanu. Musiała przypilnować tego młodzika, nie mogła pozwolić, by cokolwiek mu się stało.
<Wojowniczy?>
[865 słów] 

10 kwietnia 2021

Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy

— Tak jest, daj czadu, Biała Gwiazdo! Pokaż jej! — wykrzyczał entuzjastycznie Wojowniczy Mróz. — Zaraz, co?
— Ten przygłu- znaczy, ten młodzieniec tutaj, miał rację — westchnęła wspomniana nieznajoma, otulając pysk Wojowniczego swoim ogonem, jakby chciała elegancko, acz niezbyt subtelnie przekazać mu, żeby się zamknął. — Po co te nerwy? Przyszłam tutaj w pokojowych zamiarach, porozmawiać jak liderka z liderką, bez żadnych gapiów — tok zwieńczony syknięciem zakończyła posłaniem wojownikowi Flumine surowego spojrzenia.
— Liderka z… Och. — Biała Gwiazda wlepiła w nią oczy.
— Och? — powtórzył Wojowniczy.
— Złota Gwiazda nie żyje. Dopiero wróciłam z Płycizny. Gwiezdni zaakceptowali moje stanowisko i mój wybór zastępcy, Berberysowe Wzgórze. — Wojowniczy Mróz nie miał pojęcia, o kim mowa, ale był przekonany, że Berberysowe Wzgórze chociaż raz udziabał go w tyłek, kiedy próbował przegonić intruza ze swojego terytorium. — Możemy pogadać na osobności? Myślę, że przyda ci się moja pomoc.
Sposób, w jaki Bryzowa Gwiazda nacechowała swoje słowa, wywołały gęsią skórkę u Wojowniczego. Nie, żeby się bał — do nowej liderki czuł jedynie podziw, jak zresztą do każdego na tym stanowisku — ale duma, jaka od niej biła, jeżyła mu sierść na karku. Ciekawość związana z nową przywódczynią Ventusu mieszała się razem z chęcią odgryzienia jej futra za samą sugestię, że Biała Gwiazda może sobie nie radzić bez pomocy innego klanu.
— CHWILECZKĘ! — jęknął, stając z Bryzową Gwiazdą pysk w pysk. — Tak się składa, że ja też chcę zostać liderem. Trochę mi do tego brakuje, wiesz. Trochę bardzo. I oczywiście nie chcę, żeby Nakrapiana Gwiazda albo Irysowe Serce umarły, nie, nie! Ale rozumiesz, memento mori, parostatkiem w ostatni rejs, życie się kiedyś kończy, więc muszę się uczyć, kiedy tylko mam okazję! A TAKA WSPANIAŁA LIDERKA JAK TY…
Biała Gwiazda wzruszyła ramionami.
Ego Bryzowej Gwiazdy wzruszyło ramionami.
Bryzowa Gwiazda wzruszyła ramionami, po czym spojrzała na drugą liderkę, jakby Wojowniczy Mróz nigdy nie istniał.
— Nasz patrol doniósł o obecności Hycla na waszych terenach. — Sierść Białej Gwiazdy zjeżyła się. — Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że każdy patrol w ostatnim czasie o tym donosi. Nie zniknęło wam paru wojowników w ostatnim czasie?
— Gwiezdni jaśniejący, co jeśli porwą moją mentork- znaczy, co jeśli porwą ciebie, Biała Gwiazdo?! — zawtórował Mróz, nagle przypominając o swojej obecności. — Co jeśli zaginie jedno z twoich dzieci?! Jestem- eee, znaczy, będę liderem! Muszę rozwiązywać sprawy jak lider! Muszę zaprowadzić was do Nakrapianej Gwiazdy, dopóki niebezpieczeństwo nie minie! Słyszałaś kiedyś, żeby były trzy klany? Trzy pory roku? Nie?! NO WŁAŚNIE!
Biała mamrotała coś pod nosem o Lisim Wrzasku i o tym, że w sumie to załatwiłoby jej problem, wspomniała też coś o Ciemnym Kle, ale zanim Wojowniczy Mróz otrzymał od niej odpowiedź, Bryzowa Gwiazda posłała mu zaciekawione spojrzenie, uśmiechając się ukradkiem.
— Będzie z ciebie niezły lider, co?
— Tak jest, madam! — skromnie przytaknął.
— Odwiedź mnie czasem — westchnęła. — Dobrze byłoby mieć przyszłego lidera za sojusznika.
— Czy to nie nielegalne, madam? No wiesz… wchodzenie na tereny innych klanów. — Odchrząknęła tak głośno, że nawet Biała Gwiazda uniosła głowę. — Och, no tak.
— Muszę to przemyśleć — bąknęła Biała Gwiazda, zawracając w kierunku obozu. — Bryzowa Gwiazdo, jeśli zaraz nie znikniesz z terytorium Tenebris, poszczuję cię Płomiennym Krzewem. Wojowniczy Mrozie, ciebie też.
 
Do Wojowniczego Mroza można przypiąć odznakę dzielnego debila, może nawet kilka takich oznak, ale kto, do chuja, przypiął ją Białej Gwieździe?
— Taaak się cieszę, Biała Gwiazdo! — westchnął. Liderka nastąpiła mu na ogon, żeby choć na sekundę powstrzymać energiczne merdanie, kiedy obok rozbitego tymczasowo obozu klanu Tenebris przeszli członkowie Flumine. — Jesteśmy teraz prawie jak rodzina!
— Wojowniczy Mrozie, dogadujesz się już ze swoją nową liderką? — Brzozowy Kieł wystawił mu język.
— T-to nie tak!
Jasne Serce przycupnął pomiędzy wojownikiem Flumine a swoją przywódczynią, jakby próbując osłonić jej zanurzony z zażenowaniem w jesiennych liściach pysk przed atakiem przyszywanego uczniaka.
— Nie przejmuj się nimi, kochaniutki — mruknął, poklepując przyjaźnie młodszego po głowie. — Kodeks wojownika nie zakazuje przyjaźni pomiędzy klanami. Najważniejsze, żeby zawsze bronić swojego klanu, nawet jeśli będziesz musiał bronić go przed Białą Gwiazdą.
— Bi-białą Gwiazdą? — powtórzył, niezręcznym śmiechem ukrywając zająknięcie.
Był głupi. Może i należał do tych osób, które bez czytania instrukcji obsługi próbowałyby włączyć odkurzacz młotkiem, ale bliskość była jedną z dwóch najważniejszych wartości w jego życiu i, nawet gdyby miało to zaważyć na tej drugiej, to jest: zostaniu liderem, nie odpuściłby czyjegoś życia na rzecz kompletnie niezgodnych z jego moralnością zasad.
Był przecież dobrym wojownikiem, prawda? Byłby jeszcze lepszym liderem. Nikt nie powinien podawać wątpliwości jego lojalności dla klanu, a jednak nagle poczuł się zupełnie obco, jak wtedy, kiedy opuścił go Odważny Kieł. Patrząc na członków Tenebris — Białą Gwiazdę, która nigdy mu nie odmówiła, Jasne Serce, który mimo niespełna dwudziestu księżyców różnicy zachowywał się jak dziadzio, nawet Ciemny Kieł, która okazała mu dobroć przez tak prostą czynność, jak pomoc w zbieraniu ziół. Dopadła go nagła ślepota: dlaczego wcześniej nie doszedł do tego, że gdyby nie Biała Gwiazda i reszta Tenebris, we Flumine nadal czułby się tak osamotniony, jak po śmierci Odważnego Kła? Stali się jego nową rodziną, a jednak zasady wpajane od szczeniaka piekły głębiny jego duszy.
Otrzepał się, posyłając Jasnemu Sercu niemrawy uśmiech.
— Dziękuję, Jasne Serce! Już będę wiedział, co robić! — Chuja wiedział.
 
Skończył, przepychając się pomiędzy dwoma klanami. Nie miał gwiezdnego pojęcia, jakim cudem Nakrapiana Gwiazda i Biała Gwiazda dogadały się w kwestii sojuszu, bo teraz wolały posyłać sobie wzajemnie piorunujące spojrzenia z bezpiecznej odległości, co jakiś czas przekrzykując się w rozkazie: „Wojowniczy Mrozie, chodź tu na chwilę!˜”. Członkowie obu klanów jedynie napędzali się wzajemnym gniewem liderek, a Nakrapiana Gwiazda uroczyście obwieściła, że jeszcze jeden raz, kiedy Krwawy Zew rzuci się na jakiegokolwiek wojownika Flumine, wypieprzy ich wszystkich na pożarcie Hyclom. „Spróbuj”, otrzymywała odpowiedź. Tylko Irysowe Serce była w stanie udobruchać obie przywódczynie na sześć minut maks.
— Burza — wysapał Brzozowy Kieł, przemoczony wracając z wieczornego, ostatniego już patrolu. — Może pozbędziemy się Tenebris szybciej, niż przy pomocy Hycla.
Muszelkowy Nos zdzieliła go po uszach.
— Powinniśmy im pomóc. To nie ich wina, że stracili dom.
— Pomóc? W czym? Nie ułaskawimy Gwiezdnych, żeby przepędzili burzę — prychnął Burzowe Gardło, zgarniając do siebie Tulipanową Łapę, której długa sierść przypominała teraz mopa.
— Na jedną noc przygarniemy ich pod swój dach do obozu? — zasugerowała Słoneczko, spotykając się jedynie z głośnymi syknięciami dezaprobaty.
— Zwariowałaś? Ta banda emo szczurów wykorzysta każdą chwilę, żeby przepędzić nas z terenów! Nie mają nic do stracenia, jeśli Hycel zajął ich obóz, to teraz oni zajmą nasz! — Brzozowy Kieł fuknął, podjudzany przez równie zirytowanego syna.
— Właśnie! Widzieliście kły Płomiennego Krzewu?! — dodał Płonąca Łapa.
— Pokażę im miejsce, gdzie mogą się schronić przed deszczem i piorunami — wymruczał na wpół do siebie, na wpół do reszty klanu Wojowniczy Mróz, nie oglądając się za siebie, szturmując drzwi obozu.
— Nie są mysimi móżdżkami — zaprotestowała Irysowe Serce. — Znajdą sobie miejsce. To niebezpieczne wychodzić z obozu podczas burzy.
— Nie znają naszych terenów tak dobrze, jak my!
— Niech poznają je lepiej — wysyczał Burzowe Gardło. — Niech poznają każdą najlepszą kryjówkę, żeby wiedzieli, od której strony zacząć nas atakować.
Kodeks moralny Wojowniczego Mroza miał swoje zasady, wśród których jedną z nich było: „Nie denerwować Burzowego Gardła”. Szacunek do starszych pozwolił mu tylko na zirytowane kłapnięcie szczękami, zanim nie wyszedł z obozu, mokrymi łapami uderzając w gwieździste kałuże.
Nie czuł takiej złości, odkąd Nakrapiana Gwiazda nie przestała go doceniać jako swojego ucznia. Gniew wezbrał w nim jak wtedy, kiedy umarł Odważny Kieł, a Flumine zostawiło go niemalże samego. Dlaczego każdy klan to banda narcystycznych egocentryków, którzy myślą tylko o sobie? Złość smagała go niczym ulewa, a wraz z nią pytanie bez odpowiedzi: dlaczego klany stawiają siebie ponad czyjeś życie, nawet jeśli chodzi o głupią burzę?
<poszczuj go płomiennym krzewem>
[1230 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

1 marca 2021

Od Białej Gwiazdy CD Wojowniczego Mrozu (do Bryzowej Gwiazdy)

— Biała Gwiazdo? Wszystko w porządku? — piskliwym głosem paplał jej tuż nad uchem jakiś młody wojownik czy inny uczniak, którego w tej chwili nie rozpoznawała.
Zadrżała, rozdrażniona przez nieprzyjemny głos młodzika. Posłała mu nieco rozbiegane spojrzenie, które w założeniu miało być groźne.
Nie. Nic nie było w porządku. Wszystko posypało się wraz ze śmiercią Ciemnej Gwiazdy. A może nawet jeszcze wcześniej? Ten głupiec naprawdę nie powinien był mianować jej swoją zastępczynią, pieczętować w ten sposób jej losu. Gdyby nie to, nie zbliżyłaby się z nim tak niebezpiecznie. Gdyby nie to, nie zaszłaby w ciążę, nie zostałaby pozostawiona z tym sama sobie przez niego i Ciemnego Kła, która odmówiła jej pomocy i nie urodziłaby szczeniąt, których nigdy nie chciała mieć. Gdyby nie to, myśl o Deszczyku, który żył zaledwie chwilę, nie byłaby tak bolesna — Deszczyk po prostu by wtedy nie istniał. Gdyby nie to, nie miałaby teraz wciąż na głowie czwórki szczeniąt, które teraz chorowały na potęgę i z których jedno musiała prowadzić w treningu, choć zdecydowanie nie miała na to już sił. Gdyby nie to, być może wciąż by żył — gdyby wybrał sobie lepszego zastępcę, ten może znalazłby dla niego pomoc, zanim zrobiło się na to zbyt późno. 
Gdyby nie to, nie musiałaby teraz przeżywać napadu hiperwentylacji.
— Dajcie jej spokój. Odsuńcie się! Nie widzicie, że potrzebuje teraz spokoju? — warczał gdzieś w pobliżu jakiś znajomy głos, Nocna Furia, jak zrozumiała chwilę później. Odganiał od niej gapiów tak, jak odganiał ich od umierającego na zgromadzeniu klanów Ciemnej Gwiazdy.
Ciemna Gwiazda nie żył, hasał sobie teraz radośnie z Gwiezdnymi po jakichś przeklętych elizejskich łąkach. Zostawił ją samą z całym tym bałaganem, z klanem, epidemią i jej własnymi, prywatnymi problemami. Z zastępczynią ona sama też trafiła naprawdę w dziesiątkę — Mleczne Oko dostała jakiś sen od Gwiezdnych i wybyła z klanu prawie że od razu po swoim awansie. Do tej pory nie wracała. Być może nie miała już nigdy wrócić, a Biała miała sama do śmierci użerać się z całym tym cyrkiem na kółkach. 
— Biała Gwiazdo, spójrz na mnie, proszę — powiedział cicho i spokojnie kolejny głos.
Spojrzała na psa tylko i wyłącznie dlatego, że nie rozpoznawała, z kim ma do czynienia. Samiec. Dość niski, czarno-biały samiec. Nie był to ani jej Borsuczek, ani należący do starszyzny Mroźny — nie zgadzał jej się układ czerni i bieli. Kojarzyła już tylko jednego psa o takim umaszczeniu — Jasne Serce, który, jak jej się zdawało liderce, był jakoś spokrewniony z Mlecznym Okiem. O, ironio...
— Świetnie. Musisz uspokoić oddech. Najłatwiej będzie chyba, jeśli będziemy oddychać razem. Dobrze? — Nie czekał na odpowiedź. Nie mieli na to czasu. — Wdech. — Powoli wciągnął haust powietrza. — I wydech. — Wypuścił go.
Nie wiedziała, jak długo to trwało. Nie liczyła ani wdechów, ani wydechów. Zauważyła jednak, że z czasem coraz łatwiej było jej dopasować oddech do niego. Gonitwa myśli zaczęła cichnąć, by w końcu zamienić się w ciche szemranie, które ostatnio towarzyszyło jej nieustannie. 
— Dziękuję — wyszeptała w końcu nieco zdławionym głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie delikatnie i zniknął w tłumie. Szukała go wzrokiem, gdy Nocna Furia odprowadzał ją do legowiska, lecz już nie była w stanie dostrzec. Najwyraźniej tak to już miało być, krótkie spotkanie ratujące jej skórę i tyle.
— Jesteś pewna, że powinnaś teraz zostać sama? A co jeśli zacznie się jakiś kolejny atak? — mruknął Nocny tonem z pozoru zupełnie obojętnym. Białej zdawało się jednak, że słyszy za tym wszystkim jakąś troskę i tej właśnie myśli kurczowo się uczepiła.
— Poradzę sobie. Jestem w końcu silną, nietykalną liderką — prychnęła, zbywając go szybko, choć tak naprawdę miała ochotę poprosić go, by tu z nią został. Potrzebowała kogoś, kogokolwiek, w kogo mogłaby się wtulić, by choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co miała na głowie.
Zamiast tego jak zawsze zmuszona była wtulić się w pomięte szmaty służące jej za legowisko. Znowu była sama. Jak zwykle.
Sen przyszedł do niej szybko. Był płytki, na tyle płytki, by nie musiała znowu męczyć się z koszmarami, które zawsze wyglądały niezwykle podobnie — jak przeklęta karuzela wspomnień, poprzetykana jej największymi strachami i niepewnościami. Czasami budziła się dopiero wtedy, gdy po ponownym przeżyciu wszystkich cudownych i okropnych chwil rzucała się pod metalowego potwora Dwunogów czy w dół jakiegoś pierwszego lepszego skalnego urwiska.
Czasami miała ochotę powtórzyć to w rzeczywistości, lecz potem zbierała się w sobie i wracała do obowiązków. Może kiedyś, gdy jej potomstwo zostanie już mianowane na wojowników...
Teraz jednak, gdy się zbudziła, musiała jak najszybciej opuścić legowisko. Czuła, że jeśli za chwilę nie znajdzie się na świeżym powietrzu, może znowu doświadczyć problemów z oddychaniem. Wstała więc i na chwiejnych łapach wyruszyła na spacer. (Jakoś w końcu musiała nazwać swoją ucieczkę od miejsca, które otrzymała w spadku po Ciemnej Gwieździe i przed jego duchem.)
— To już czwarty raz podczas tego księżyca! — lamentował gdzieś w pobliżu znajomy głos. 
Wojownicza Ła... to znaczy, Wojowniczy Mróz? Czy on naprawdę nie wyrósł z tych swoich eskapad wraz z mianowaniem na wojownika? (Pytanie oczywiście było retoryczne. Biała była prawie pewna, że młody pies miał już nigdy nie wyrosnąć ze swoich niekoniecznie rozsądnych pomysłów.)
Scena, którą zastała po wynurzeniu się zza rogu ruin, była co najmniej ciekawa, jeśli nie przynajmniej dziwna. Jasna suczka, której Biała nigdy nie widziała na oczy, wbiła w nią przerażone spojrzenie i, wycofując się, natrafiła na coś, co zmusiło ją do zatrzymania się. Owo coś szybko wyjrzało zza jej ogona i posłał w jej stronę pełen zakłopotania uśmiech.
— Kim, na Gwiezdnych, ona jest? — wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć nad jakimiś mniej wrogimi słowami.
— Cioteczko! To znaczy kuzyneczko, oczywiście, że kuzyneczko! — wykrzyknął Wojowniczy, doskakując do niej szybko. — Właśnie mówiłem tej miłej suczce, że przyszedłem ci się wypłakać, bo... bo moja dziewczyna, eee... — Rozejrzał się gorączkowo po ich otoczeniu. — Bo Łopianowy... Kuper — wymyślił wreszcie, zapewne przypominając sobie pewne zdarzenie z dnia, gdy po raz pierwszy się spotkali. — Łopianowy Kuper ze mną zerwała! Prawda? — Obejrzał się za siebie, by zauważyć, że nieznajoma zaczęła się powoli oddalać.
— Stój — warknęła liderka klanu Ciemnych w kierunku drugiej suczki.
— Po co te nerwy, madam? — wtrącił się Mróz, a Gwiazda posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Jeśli dobrze pamiętała, zdradziła mu dokładnie i obrazowo, co zamierzała z nim zrobić, jeśli jeszcze raz nazwie ją w ten sposób, co właśnie uczynił. — Co ta twoja znajoma tak właściwie ci zrobiła, co? 
— Żadna z niej moja znajoma — uciszyła go Biała, zanim zdążył zacząć snuć domysły na ten temat. — Pierwszy raz widzę ją na oczy. Na pewno nie należy do mojego klanu. Dlatego może też sama zechciałaby wyjaśnić, co tu robi, hmm? — warknęła w kierunku stojącej sztywno kilka kroków przed nimi samicy.
<Bryzowa Gwiazdo?>
(1117 słów, punkty niewpisane) 

24 lutego 2021

Od Wojowniczego Mrozu do Białej Gwiazdy (i Bryzowego Szeptu)

— Wojownicza Łap- Wojowniczy Mrozie, jakiś kot nasrał na wycieraczkę, posprzątaj to!
Wojowniczy Mróz sam nie wiedział, czego się spodziewał. Zakończenie treningu miało być przepustką do… no właśnie, czego? Nie wiedział, co będzie kryć się za obowiązkami wojownika, ale z całą pewnością nie przeszło mu przez myśl, że reszta klanu będzie traktowała go dalej jako ucznia.
Przynieś, wynieś, pozamiataj. Średnio trzy razy dziennie przeganiał koty z werandy Starego Domu, średnio trzy razy dziennie wybierał kleszcze z sierści Burzowego Gardła i średnio trzydzieści razy dziennie poprawiał wszystkich dookoła: „Nie jestem już Wojowniczą Łapą, jestem Wojowniczym Mrozem, proszę pana”.
Starał się znaleźć pozytywy. Przecież jest już wojownikiem, nie? Co prawda nie otrzymał imienia Wojowniczy Wojownik jak oczekiwał, ale zaliczył pierwszy krok w hierarchii swojego klanu. Ma jeszcze dwa cele!
W zasadzie to nawet trzy, jeśli uznać za cel umocnienie członków klanu w tym, że nie jest już uczniem.
Poza tym przestał mieć problemy z bezsennością. Do tej pory nie rozumiał podwórkowych pieszczochów, którzy — całymi dniami jedynie goniąc dachowce — wieczorem padały w kompletnej ciszy w budach. Teraz był tak zmęczony, że był w stanie przymknąć oczy i odpłynąć z poczuciem, że nie ma czasu nawet na sen. (Ostatnio w pogoni za kotem prawie wlazł na dach, wspiął się po kontenerach i z gracją ześlizgnął się z dachówki. Wojowniczy sam nie wiedział, czy Podgrzybkowa Sierść jest zawiedziony tym, że Mróz znowu wylądował u medyka, na szczęście tylko ze skręconą łapą, czy uszczęśliwiony, że jego najczęstszy pacjent nie skręcił sobie karku. Przy okazji odkrył, że jego ulubionego towarzysza ziół dopadło choróbsko, czego — mimo zatkanego nosa — Wojowniczy Mróz nawet nie zauważył. Mimo wetknięcia w pysk epidemicznej mieszanki zielska odmówił zostania w zielarskim legowisku dłużej niż kwadrans).
Dni mijały. Miał wrażenie, że — przeciwnie do oczekiwań — jego życie stało się nudniejsze. W środku skręcało go od rutyny i nawet jemu samemu zaczęło brakować wrodzonego debilizmu, ale, czy tego chciał, czy nie, nie mógł wrócić do dawnego debilizmu, dopóki nie wypełni wszystkich klanowych obowiązków.
Wyrwał się, kiedy klan nie mógł już się nim zasłaniać. Wiosenne porządki zwiastowały zmiany w obozie. Co prawda Flumine mogło co najwyżej sprzątać dla Gwiezdnych, a nie dla Jezusa, ale klan przemienił się w organizację przestępczą konserwatorów podłóg™. Burzowe Gardło grzmiał nad hordą wojowników, którzy porządkowali omszone legowiska, krzyczał coś o pizd… to znaczy, słabeuszach, lamusach i takie tam, którzy dostawali ataku kaszlu od tumanów kurzu, nawijał, że kiedyś to szczyle były silniejsze, żadnych alergii porą nowych liści i finalnie dyrygował czarnym ogonem, a niezdolna do przeciwstawienia się mu była nawet Nakrapiana Gwiazda.
Wojowniczy Mróz miał wyrzuty sumienia, że znowu wystawił klan, nawet jeśli chodziło o taką głupotę, jak sprzątanie Starego Domu. Ale wiedział też, że istnieje jedna osoba, która będzie traktować go jak (idiotę) równego sobie, nieważne czy jeszcze byłby uczniem, czy stałby się właśnie liderem. Jeszcze większe wyrzuty sumienia niż przekroczenie terenów klanu chodziły za nim, kiedy osobiście nie przedstawił się Białej Gwieździe nowym imieniem, a przecież nawet jego mentorka zmieniła swoją funkcję w klanie.
Wychodząc z parku, szedł wzdłuż granicy Ventus. Ciepły wiatr biegnący z pól owiewał jego futro — tęsknił za chłodem pory nagich drzew, ale wiosna napawała go świeżością, czymś, czego teraz naprawdę potrzebował: poczuciem, że w końcu zbliża się coś nowego. Wyminął Gwiezdny Szczyt, nie mogąc doczekać się swojego pierwszego zgromadzenia jako wojownik i — już bardziej czujny — skierował się w stronę Ruin.
Wreszcie zobaczy Białą Gwiazdę stojącą przy Srebrzystym Drzewie, oko w oko z Nakrapianą Gwiazdą. Nie mógłby być dumniejszy.
Postanowił nie popełniać tego samego błędu co poprzednio. Nie mógł opanować żwawego machania ogonem z ekscytacji — wreszcie robi coś ciekawego! Miło znowu było poczuć tętent adrenaliny w żyłach, która wyostrzała wszystkie jego zmysły. Miał wrażenie, że usłyszy nawet stąpanie myszy w trawie, tym bardziej nie powinien zaskoczyć go więc patrol Tenebris.
Zaskoczyć może i nie, ale to, jak uciec, byłoby już kwestią sporną. Mianowanie nie dodało Wojowniczemu Mrozowi dodatkowych komórek mózgowych, więc zwyczajnie nawet o tym nie pomyślał.
Trochę go zaskoczyło, kiedy jego ogon omiótł coś ciepłego i futrzastego. Początkowo pomyślał, że to drzewo, nagrzany kamień, cholera, cokolwiek, nie byłby przecież tak głupi, żeby przeoczyć zapach osoby stojącej obok! Najwyraźniej jednak epidemia zapchlonego COVID-19 miała swoje powikłania w postaci utraty węchu, bo kiedy się odwrócił, stanął pysk w pysk (to jest: dosłownie pysk w pysk) z rudo-białą suką, wyglądającą na tak samo zaskoczoną jak on.
Oczy obojga rozszerzyły się z zaskoczenia pomieszanego z przerażeniem. Co prawda nie wiedział, dlaczego wojowniczka wyglądała na wystraszoną — to on wkradł się na teren Tenebris. Jak na kodeks przystało, właśnie powinna go przegonić. Ale ona stała jak kołek, nie poruszając nawet gałkami ocznymi, tylko tępo wpatrując się w oczy Mroza.
Podobno im dłużej patrzy się sobie wzajemnie w oczy, tym bardziej jest się zakochanym. Wojowniczy Mróz niekoniecznie chciał spojrzeć w oczy swojej potencjalnej śmierci.
— Eee… eee — odezwał się.
Nie dałoby się lepiej podsumować jego osobowości niż tym nagłym zwarciem.
— Ja… yyy… przyszedłem do Białej Gwiazdy.
W odpowiedzi nieznajoma jedynie zamrugała.
Na zgromadzeniu nie był już od paru księżyców, więc kompletnie nie kojarzył nieznajomej; nawet zapach wydał mu się obcy, a przecież na terytorium Tenebris wkradał się już wielokrotnie. Zwalił to na wiosenną alergię (co z tego, że wcale nie był alergikiem) i multum świeżych bodźców. Ptaki zagłuszały jego słowa, promienie słoneczne czyniły sierść wojowniczki złocisto-brzoskwiniową, pąki kwiatów mieszały mu w nosie, debilizm tańczył makarenę z komórkami mózgowymi.
— W sensie… Biała Gwiazda to… to moja… jestem jej kuzynem — wydukał. — Tak, kuzynem. Przepraszam, nie chciałem wchodzić na twój teren, zaraz pójdę, po prostu… zerwałem z… chłopakiem… nie, znaczy, z dziewczyną. Zerwałem z dziewczyną. Bo… yyy… moja dziewczyna, znaczy, była dziewczyna, powiedziała, że nie umiem pływać. Tak, właśnie dlatego.
— I? — Wojowniczy prawie zemdlał na widok jej szczerego zaciekawienia.
Chociaż stała kilka dobrych kroków dalej, poczuł, że wojowniczka rozluźniła swoje mięśnie. Może faktycznie uwierzyła w jego bajeczkę? Makaron zamiast mózgu jednak czasem się przydaje.
— I… i chciałem się wypłakać Białej Gwieździe. Nasmarkać jej w futerko, wiesz, jak przyjaciel z przyjaciółką. Z rodziny została mi tylko ona! Moi rodzice… och… eee… zjedli za dużo mięsa. Tak, oboje. A w mięsie były owsiki. Zmarli przez owsiki.
Pokiwała głową z dziwnym błyskiem w oczach.
— To już czwarty raz podczas tego księżyca! — kontynuował. Wczuł się na tyle, że naprawdę poczuł potrzebę wysmarkania się komuś w futerko, a przecież rodziców nigdy nie poznał, a o partnerstwie wiedział tylko tyle, co… no, nie wiedział. Nigdy wcześniej nawet o tym nie myślał. Zachlipiał, pociągając cieknącym nosem.
Nieznajoma odwróciła się od niego. Wydało mu się, że nie jest już nim zainteresowana, albo że zaraz wezwie patrol Ciemnych, ale ona — ponownie sparaliżowana strachem, jak wtedy, kiedy go zobaczyła — cofnęła się o krok, nieumyślnie wpadając zadem w pysk Wojowniczego Mrozu.
Wyjrzał zza jej futerkowego kuperka i ujrzał przed sobą białą plątaninę sierści.
— Kim, na Gwiezdnych, ona jest?
<Biała Gwiazdo?
psst, kolejność Wojowniczy>Biała>Bryzowa>Wojowniczy>(...)>
[1120 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony z choroby]

1 lutego 2021

Od Wojowniczej Łapy (Wojowniczego Mrozu) CD Białej Tęczy (Białej Gwiazdy)

Ledwo członkowie Tenebris (na czele z Irysowym Sercem) zdążyli wyjść.
Nakrapiana Gwiazda pchnęła drzwi z takim trzaskiem, jakby chciała to samo zrobić z Białą Tęczą. Najwyraźniej liderka wyczerpała wszystkie zasoby swojej cierpliwości podczas pobytu zastępczyni Ciemnych na terenach Flumine. Nawet Burzowe Gardło cofnął się o krok, kiedy suka przeszła wzdłuż tabunu zebranych wojowników Wodnych, piorunując schody na wyższe piętro takim wzrokiem, jakby jedno jej spojrzenie bursztynowych oczu miało zaraz zawalić cały obóz klanu.
Wojownicza Łapa być może i miał poważne problemy z myleniem odwagi z głupotą, ale nie wymagało od niego godzin dedukcji, żeby zrozumieć, że Nakrapianej Gwieździe lepiej nie wchodzić w drogę. Dręczyła go mieszanina uczuć, kiedy myślał o tym, jak właśnie czuje się jego mentorka. Zawiodła się nim? Zawiodła się sobą, że nie była w stanie wytrenować swojego ucznia? Oddzieliła kodeks od własnego honoru i jedyne, na co mogła się wkurzać, to pycha Tenebris? Przez chwilę miał ochotę pójść za nią. Wyjaśnić, przeprosić. Mimo tego, co między nimi się wydarzyło w ciągu ostatnich księżyców, uczeń nadal czuł silne przywiązanie do swojej nauczycielki — takie samo, jak wtedy, kiedy Nakrapiane Ucho prowadziła go wzdłuż portu, uśmiechając się z dumą, kiedy złapał swoją pierwszą rybę. Podgrzybkowa Sierść stanął mu na drodze, kręcąc głową z politowaniem.
— Daj jej czas — mruknął medyk, przestępując nerwowo na swoich sarnich łapkach. — Lepiej poczekać, aż Irysowe Serce wróci.
Irysowe Serce? Wojownicza Łapa nie miał pojęcia, co zastępczyni ma do rzeczy, ale szczurzy zielarz wydawał się jakoś inteligentniejszy od małego móżdżku czarno-białego uczniaka.
 
Kiedy Irysowe Serce wróciła do obozu podczas pory dzielenia się zapachami, wojownicy udawali, że wcale nie podsłuchują rozmowy z legowiska przywódcy. Brzozowy Kieł i Rozżarzony Język nadstawiali uszu jak najbliżej dzielących pomieszczenia drzwi, próbując wyłapać każdą najmniejszą plotkę. Wojownicza Łapa karcił się w myślach za to, że w ogóle ma czelność podsłuchiwać; przecież to niegrzeczne, poza tym uczniowie (ani nawet wojownicy) nie powinni mieszać się w sprawy głowy klanu. Ale Nakrapiana Gwiazda nie oszczędzała swojego głosu, delikatniejąc jedynie pod wpływem kojących zdań swojej zastępczyni.
— Za długo zwlekasz z jego mianowaniem.
— Gdyby Wojownicza Łapa był gotowy, już dawno jakiś wojownik przeprowadziłby jego test.
— Nakrapiana Gwiazdo, to ty jesteś jego mentorką. Jesteś odpowiedzialną liderką, dlaczego nie możesz być taką samą mentorką?
Westchnęła. Kiedy drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, wszyscy Wodni odwrócili nagle wzrok, udając niezainteresowanych rozmową przywódczyni z Irysowym Sercem. Wojownicza Łapa wbił wzrok w swoje łapy, wystraszony, że Nakrapiana Gwiazda zaraz zruga go i wyrzuci z klanu za bycie najgorszym uczniem Flumine.
— Wojownicza Łapo. — Stanęła przed nim, mierząc go spojrzeniem z góry. W jej oczach przez chwilę tliła się życzliwość, która tak samo szybko zgasła, jak i się pojawiła. — Jutro odbędziesz swój test. Jeśli przejdziesz go dobrze, ceremonia mianowania powinna odbyć się jeszcze podczas pory wysokiego słońca.
Wojownicza Łapa nie wiedział, czy powinien dziękować Gwiezdnym, Nakrapianej Gwieździe czy Irysowemu Sercu, która ostatecznie przekonała liderkę do tej decyzji. Miał wrażenie, że zaraz zza drzwi wychyli się twarz Marcina Dubiela w akompaniamencie „Never Gonna Give You Up” Ricka Astleya, a wszyscy wojownicy zaczną klaskać przy towarzyszącym im nagraniu śmiechu z sitcomu. Kiedy nic takiego się nie pojawiło, podskoczył, jakby rażony piorunem, po czym rozpoczął swój słowotok powtarzanego: „dziękuję, dziękuję, dziękuję”, ale Nakrapiana Gwiazda oddaliła się z powrotem do swojego legowiska.
W pierwszej chwili miał ochotę pobiec z powrotem do Tenebris, aby oznajmić Białej Tęczy, że w końcu może być z niego dumna, ale powstrzymał się, przypominając sobie incydent przecież jeszcze z tego samego dnia. Z drugiej strony zdał sobie sprawę, że kiedy zostanie mianowany, prawdopodobnie relacja z jego przyszywaną mentorką na zawsze się skończy. Biała Tęcza zajmie się życiem jako zastępczyni, on wreszcie będzie upragnionym wojownikiem, ale… co z tego?
Nagle poczuł się niespodziewanie przytłoczony faktem, że obowiązki wymagają od niego porzucenia wszystkiego, do czego udało mu się przywiązać. Czy jeśli pomiędzy Flumine a Tenebris wywiązałaby się bitwa, musiałby zaatakować sukę, która przez kilka księżyców uczyła go — o, ironio — jak walczyć? Czy Biała Tęcza udawałaby, że nigdy nic ich nie łączyło i potraktowałaby go jak faktycznego wroga?
 
W nocy na zmianę prześladowały go koszmary i bezsenność. Wykończony targanymi go problemami moralnymi od razu zerwał się na równe łapy, kiedy Irysowe Serce przyszła o świcie, aby obudzić go na test.
— Musisz iść sam, Wojownicza Łapo. — Usiadła przed nim, tłumacząc wszystko łagodnym tonem. — Nakrapiana Gwiazda będzie gdzieś w pobliżu, żeby obserwować cię, jak sobie radzisz.
Zjeżyła mu się sierść na karku, ale postanowił ukrywać strach. Co, jeśli Nakrapiana Gwiazda uzna, że tak naprawdę nie jest godny zostania wojownikiem? Będzie uczniem już do końca życia czy własna mentorka wyrzuci go z klanu?
— ...na plaży.
— Co? — dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że kompletnie się wyłączył.
— Mówiłam, że twój test powinien odbyć się na plaży.
— Na plaży? — Zmarszczył czoło. — Nie powinienem iść gdzieś, gdzie będzie więcej zwierzyny?
— Choćbyś miał ukraść rybę Dwunożnemu. Idź. Na. Plażę. — Nie rozumiał, czemu Irysowe Serce tak bardzo na to naciskała, ale po chwili rozchmurzyła się, wyglądając na dziwnie zbyt miłą wobec niego. — Kto wie, może kiedy niebo zbieleje, ujrzysz na nim tęczę?
Jego trzy komórki mózgowe tańczyły makarenę, próbując ruszyć synapsy na tyle, żeby zrozumieć, co Rysa miała na myśli. Tęcza? W zimie? Nie widział deszczu od pory opadających liści; prędzej spodziewałby się zamieci, niźli burzy. Otworzył pysk, chcąc zalać rudą falą kompletnie zbędnych, ale zaprzątających jego mysi móżdżek pytań, ale Irysowe Serce przerwała mu, zanim w ogóle zaczął mówić:
— Idź już.
Więc ruszył, a za nim poszły także nurtujące go zmartwienia.
 
Kierując się w stronę plaży, rozglądał się dookoła, jakby za każdym krzakiem czy budką z kebabem miała się kryć Nakrapiana Gwiazda. Jej zapach kompletnie nie wyróżniał się spomiędzy smrodu spalin, dlatego zaczął się zastanawiać, czy to wszystko faktycznie nie było jedynie żartem wobec niego. Najwyraźniej jego mentorka w ogóle nie miała zamiaru się pojawić, albo wręcz przeciwnie; sam nie nadawał się na wojownika, bo był na tyle tępy, że nie potrafił rozróżnić zapachu własnej liderki od przechodzącego pieszczocha. Niezawodnie poznał jednak wtłaczający się do jego nozdrzy świeży zapach morza, który uderzył go wraz z pierwszym postawieniem łapy na zaśnieżonym piasku.
Psy rzadko odwiedzały plażę zimą. Wiało tutaj pustkami, zupełnie przeciwnymi do tych latem, kiedy ciężko było znaleźć skrawek wolnego miejsca na piasku bez obecności Dwunożnych. Nawet morze wydawało się martwe, zbyt lodowate, żeby cieszyć się zabawą z falami. Wojownicza Łapa uznał to jednak za najpiękniejszy widok, jaki było mu dane poznać; szum koił jego nerwy, śnieg i piasek przyjemnie chłodziły łapy, a otaczająca go cisza, przerwana jedynie miarowymi odgłosami morza, kompletnie nie rozpraszała jego myśli.
Podążając jak najbliżej brzegu, postanowił iść w stronę portu. Zaświerzbiły go łapy na myśl, że być może nie zda testu właśnie przez to, że plaża wydawała się martwa. W morzu co najwyżej mógł znaleźć meduzę, na deptaku pochwaliłby się jedynie lichą mewą; jak skromnym łupem miałby udowodnić pozostałym, że zasługuje na miano wojownika? Choćby miał wrócić do obozu dopiero porą nowych liści, postanowił, że za nic nie zawiedzie Flumine.
Rzucił się w wir sprzecznych emocji z kolejnym uderzeniem serca. Momentalnie miał wrażenie, że — nim w ogóle zdążył cokolwiek zrobić — zawiódł klan. Równocześnie wypełniło go ciepło, adekwatne do pory nagich drzew, jakby wracając do domu z ciężkiego, zimowego dnia, sączyłby gorącą herbatę pod kocem. Zaraz potem młócił łapami zwalające go z nóg fale, które przejmującym chłodem pozbawiały jego płuca powietrza.
Tak właśnie czuł się przy Białej Tęczy i Nakrapianej Gwieździe.
— Szukasz może kogoś?
Biała Tęcza wyszczerzyła się z nutą rozbawienia i złośliwości równocześnie. Szczerze cieszył się, że zastępczyni Tenebris o nim nie zapomniała; uratowała go w oczach Nakrapianej Gwiazdy poprzedniego dnia i nie wyglądało na to, żeby miała się poddać z jego szkoleniem, nawet jeśli jej klan miałby w tym przeszkodzić.
A potem przypomniał sobie, że jego prawdziwa mentorka tym razem jest w pobliżu. Nie wiedział, czy Nakrapiana Gwiazda najpierw wydłubie oczy Białej Tęczy, czy jemu, ale niezaprzeczalnie by się nie powstrzymywała.
— Eee… tak, w zasadzie to tak — wymamrotał, unikając kontaktu wzrokowego z suką. Zmarszczyła czoło, najwyraźniej znając już mimikę Wojowniczej Łapy na tyle, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. — Szukam mew. Dla klanu. Tak, właśnie, mew dla klanu.
Naprawdę chciał, żeby Biała Tęcza zapolowała z nim. Pokazałaby mu dokładne ustawienie, które najefektywniej łapało zwierzynę. Mówiłaby powoli, co chwilę rzucając jakimś złośliwym komentarzem, niekoniecznie oznaczającym szczerą niechęć do ucznia; od razu po wrednych uwagach wracała do cierpliwego tłumaczenia zasad.
Miał już dzisiaj zostać wojownikiem. Nie powinien potrzebować niczyjej pomocy w polowaniu, a tym bardziej, o zgrozo, pomocy członkini innego klanu.
— Poradzę sobie. Widziałem spore stado w okolicach portu — dodał, wymijając sukę.
— Masz zamiar spłoszyć stado samym oddychaniem?
Nie podążyła za nim. Wydawało się to błahe, ale poczuł, jakby coś stracił; musiał dokonać wyboru pomiędzy własnym klanem a bliską mu mentorką, ale nie był do końca pewien, czy jego decyzja była właściwa. To nie był jednak czas na odwracanie swojej uwagi osobistymi problemami. Flumine go potrzebowało. Nakrapiana Gwiazda go potrzebowała. Czy Biała Tęcza też będzie z niego dumna, jeśli udowodni wszystkim swoją wartość?
Mógł tylko wdrapać się na betonowy pomost. Dwunożni krzątali się tutaj w nużącym zawirowaniu, na tyle wielkim, że nikt nie zwrócił uwagi na bezpańskiego (nieco śmierdzącego) psa. Wojownicza Łapa przysiadł kilka metrów dalej, nagminnie upominając siebie w myślach: skup się, skup się, skup się (co, o, ironio, tylko odwracało jego uwagę, bowiem skupił się na tym, żeby się… skupić).
Jego poświęconą autoskupieniu atencję odwrócił zapach. Ślina napłynęła mu do pyska, kiedy rozpoznał ulubiony smakołyk praktycznie wszystkich Wodnych: ryby. Słyszał, jak starsi opowiadali o rzece przepływającej na dawnym terytorium. Flumine od wielu pór roku znane było z tego, że doskonale pływali, a w ich jadłospisie zdecydowanie dominowała wyciągnięta z wody zwierzyna. W takich chwilach czuł silne powiązanie ze swoim klanem; nawet jeśli nie urodził się w lesie, idealnie wpasowywał się w stereotyp Wodnego wojownika. No, może mniej konserwatywnego.
Dwunożni wyciągali ogromne sidła ze swojego dużego, pływającego Potwora. Najwyraźniej to ze statku pochodził znajomy psu zapach; ludzie musieli wrócić ze świeżym połowem. Uderzenie serca później Wojowniczą Łapę olśniło. To nie mógł być przypadek. Co Flumine będzie po jednym, wychudzonym ptaku, jeśli ich uczeń przyniesie im cały wór pełen ryb?
Przemykał pomiędzy zaśnieżonymi straganami. Latem ludzie wystawiali tutaj kuszące do kradzieży pojedyncze ryby, nawołując przy tym swoich klientów, choć niekoniecznie cieszyli się entuzjazmem na widok śliniących się psich pysków. Teraz stragany były zamknięte, a codzienny gwar portu ograniczał się jedynie do naglących pokrzykiwań Dwunogów na statku.
Prawdopodobnie nie uniknie spostrzeżenia. Będzie musiał działać tak, aby złapać sidła, ale nie pozwolić złapać siebie. Z całą pewnością zadanie utrudniała mu otwarta przestrzeń portu i chaos, jaki roztaczali Dwunodzy samą swoją liczebnością.
Skrył się pod najbliższym od morza straganem. Myśli zagłuszało mu wycie ludzi, którzy na zmianę krzyczeli coś do siebie, podając rzeczy ze statku z rąk do rąk. Zapach naprawdę obfitej zwierzyny mącił mu w głowie; zapasy, jakie zebrali Dwunodzy, starczyłyby przecież Flumine do końca pory nagich drzew, chociaż Wojownicza Łapa najchętniej przekąsiłby wszystko na popołudniowym obiedzie.
Musiał wziąć pod uwagę kilka czynników: przede wszystkim nie dać się złapać ludziom, znaleźć idealny moment, żeby porwać sidła i zaciągnąć je w oddalone miejsce, nim Dwunożni zorientują się o kradzieży.
Czołgał się w stronę brzegu. Znajdując się pod straganem, mógł czuć się bezpieczny, ale wraz ze znalezieniem się na odkrytym terenie, będzie miał tylko jedną szansę na udany połów. Adrenalina dodawała mu determinacji; nie chciał wrócić do klanu z niczym, albo z tak marnym łupem, że nie starczyłby nawet na wykarmienie dwóch szczeniaków Muszelkowego Nosa.
Zanim zdążył stanąć na czele portu, biała smuga przemknęła przed jego nosem, rzucając się prosto do upatrzonego przez Wojowniczą Łapę celu. Spojrzał na swoje łapy i, upewniwszy się, że z całą pewnością to nie on jest białą smugą, wytrzeszczył oczy, żeby ujrzeć Białą Tęczę. Suka chwyciła najbliżej leżącą siatkę wypełnioną rybami i zaczęła ją ciągnąć przez labirynt straganów. Nawet nie udawała przed Dwunożnymi niewinnej — wyglądało na to, jakby specjalnie się z nimi bawiła, złośliwie naprzemiennie przybliżając i oddalając od nich o krok. Wsunęła nos do materiału i kłapnęła szczękami na jedną z ryb, co wywołało niewyjaśnioną wściekłość u jednego z goniących ją Dwunożnych.
Odczekał kilka uderzeń serca. Rick Astley nie wyszedł na rufę statku, komórki mózgowe Wojowniczej Łapy zdawały się siedzieć w miejscu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że Biała Tęcza nie przyszła tu bez powodu, nie droczy się z ludźmi też z czystej złośliwości psiej damy; Biała Tęcza próbuje dać mu czas.
Wyskoczył spod straganu, jakby włożył całą swoją kilkuletnią energię w osobisty motorek w dupie. Schował się za najbliższą statku budką, a kiedy Dwunożni ruszyli na pomoc pozostałym, żeby odzyskać ukradziony przez Białą Tęczę łup, wykorzystał daną mu szansę. Rzucił się przodem, szczękami łapiąc za materiał, który zaciął ciągnąć wzdłuż portu. Kiedy ludzie zorientowali się, że brakuje kolejnej porcji ryb, Wojownicza Łapa ciągnął już torbę przez piasek, modląc się do Gwiezdnych, żeby jego komórki mózgowe dały siłę łapom do ciągnięcia tego ustrojstwa.
Kiedy jego oczom ukazał się chodnik, spojrzał w stronę oddalonego już portu. Zmartwienie wypełniło ucznia aż po koniuszek ogona; czy Biała Tęcza została schwytana przez Dwunożnych? Wytężył wzrok, a kiedy dostrzegł, że widziana wcześniej biała smuga wymyka się z rąk ludzi, pędząc w przeciwnym do Wojowniczej Łapy kierunku, odetchnął z wyraźną ulgą. Uśmiechnął się ukradkiem, chwytając ponownie siatkę w zęby. Zalało go przyjemne uczucie, jakiego nie czuł już, odkąd oddalił się od Nakrapianej Gwiazdy. Biała Tęcza, w przeciwieństwie do tej „właściwej” mentorki, nigdy go nie zawiodła. Poczuł się bezpiecznie na samą myśl o tym, że kiedy zaczął wątpić w lojalność Ciemnej, ta postanowiła udowodnić mu przywiązanie choćby drobnym gestem.
Nawet jeśli drobny gest był kradzieżą. Bonnie i Clyde; chociaż Wojownicza Łapa nie bardzo zdawał sobie sprawy z moralności złodziejstwa, a w związku z tym nie czuł się winny za ukradzione Dwunożnym ryby, to przez chwilę nadal cieszyły go przebiegające przez ciało wesołe iskierki, wywołane nieoczekiwaną współpracą.
 
Na końcu drogi do Starego Domu poczuł znajomy zapach przedzierający się przez falę rybiego smrodu. Nakrapiana Gwiazda chwyciła zębami drugi koniec siatki, pomagając Wojowniczemu dociągnąć zapas do końca. Stanąwszy przed nim, uśmiechnęła się zadziornie kątem pyska — tak samo, jak na początku ich relacji.
— Jakie imię chciałbyś mieć jako wojownik?
Wojownicza Łapa nieszczególnie się nad tym zastanawiał. Miał zmienić imię już trzeci raz: wcześniej, nazywany przez Odważnego Kła Nate, dopiero po dołączeniu do Wodnych zaczęto nazywać go Wojowniczą Łapą. Obecne imię oddawało jego osobowość idealnie, a sam pies szczycił się szczególnie pierwszym członem. W klanie były najróżniejsze imiona, pochodzące od kwiatków, kolorów czy innych pierdół, ale czuł, że to jego imię naprawdę było mu przeznaczone. Wojowniczy. Człon, który wyznaczał mu jego ścieżkę do tego, kim ma zostać.
— Wojowniczy Wojownik byłoby wspaniałe! — powiedział, z pełnią radości machając ogonem.
Nakrapiana Gwiazda na początku wpatrywała się w niego, czekając na puentę, aż jej uczeń skwituje swoją wypowiedź śmiechem. Kiedy jednak to się nie stało, sama zachichotała niezręcznie, popychając barkiem drzwi obozu, żeby zrobić Wojowniczej Łapie przejście ku stosowi jedzenia.
— Wydaje mi się, że mam lepsze imię, które będzie do ciebie pasować.
Część wojowników parsknęła na widok zdobyczy Wojowniczej Łapy. Część wpatrywała się zdumiona. Jakby nie było, podzielał zdanie ich obu; być może i kradzież jedzenia Dwunogów nie była najgodniejszą miana, ale zmęczone porą nagich drzew kundle nie powinny narzekać na całkiem soczysty łup.
— Niech wszystkie psy zdolne polować zbiorą się pod Wyszczerbionym Stołem!
Wodni przeciągnęli się, wiedząc, czego się spodziewać. Wojownicza Łapa z błyskiem w oczach wpatrywał się w gromadzących się wojowników, tak dumny z siebie jak nigdy. Szczeniaki Muszelkowego Nosa wychyliły się zza ścian żłobka, żeby obejrzeć ich pierwszą w życiu ceremonię, której kiedyś sami będą świadkami, stojąc naprzeciw Nakrapianej Gwieździe, kiedy będą otrzymywać nowe imiona.
— Wojownicza Łapo, podejdź. — Drżał na całym ciele, ale posłusznie zbliżył się do mentorki. — Ja, Nakrapiana Gwiazda, liderka Flumine, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tego ucznia. Ciężko pracował, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam go jako wojownika. Wojownicza Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Wyobrażał sobie tę chwilę wielokrotnie, ale kiedy tylko otworzył pysk, głos uwiązł mu w gardle. Jego napędzany nieskończoną energią ogon gibał się na boki, wywołując wśród zgromadzonego tłumu ciche podśmiechiwania; czuł się szczeniak, jak zresztą traktowali go pozostali wojownicy Flumine, ale nie potrafił nic poradzić na przejmujące go szczęście.
— O-obiecuję.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojownika. Wojownicza Łapo, od dzisiaj będziesz znany jako Wojowniczy Mróz. Gwiezdni honorują twoją determinację i dobroć, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine.
Nakrapiana Gwiazda położyła głowę na szyi ucznia. Wojowniczy Mróz wciągnął znajomy zapach swojej (byłej już mentorki) i liznął ją w bark, ale — zamiast skupić się na tym, że wreszcie osiągnął swój cel, a jego klan właśnie skanduje nowe imię, jego myśli zaprzątały tylko to, żeby wymknąć się z klanu i móc z dumą obwieścić nowe miano Białej Tęczy.
Koniec wątku Wojowniczego Mrozu i Białej Gwiazdy.
[2759 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 27 Punktów Doświadczenia oraz nowe imię i rangę wojownika]

19 stycznia 2021

Od Białej Tęczy CD Wojowniczej Łapy

Ciemna Gwiazda odkaszlnął. Jak zdawało się Białej Tęczy, nie była to jednak próba zwrócenia na siebie uwagi, a efekt prawdziwego dyskomfortu w gardle. Suczka skrzywiła się delikatnie i, jak miała nadzieję, niedostrzegalnie odsunęła się od lidera. Ostatnie, na co miała ochotę to przeziębienie czy inne mniej lub bardziej poważne choróbsko.
Włoski połaskotały ją po nosie, lecz nie kichnęła. Zamiast niej uczynił to jednak Ciemny. Postanowiła to zignorować, nie uraczyła go nawet prostym „Na zdrowie!”. Zapach, który wyczuwała z kępki sierści, którą jeden z wojowników jej klanu właśnie wręcz wpychał jej w pysk, oczywiście był znajomy. Gdyby nie wyczekujące spojrzenie, jakie wbijał w nią właśnie Ciemna Gwiazda, skrzywiłaby się, a może nawet przeklęła pod nosem. Oczywiście, że ten uczniak musiał dać się zaatakować patrolowi i zostawić za sobą mnóstwo wręcz ociekających jego wonią włosków.
— I jak? — spytał z naciskiem lider klanu Ciemnych, który nagle znalazł się bardzo blisko niej.
Zesztywniała i, zanim odpowiedziała na jego pytanie, posłała mu twarde, zimne spojrzenie. Jak zauważyła z satysfakcją, zadziałało, odsunął się od niej.
— To z całą pewnością sierść jednego z Wodnych, ale to, jak sądzę, wszyscy już wiecie. Nie jestem jednak w stanie wskazać konkretnego psa, prawdopodobnie nawet go nie znam. Z tego wynikałoby, że nie był on obecny na zgromadzeniu. 
Kłamstwo zawsze przychodziło jej łatwo, zwłaszcza jeśli służyło jej w dobrym celu. Czuła, że tak właśnie było w tym przypadku — chroniła Wojowniczą Łapę przed konsekwencjami wtargnięcia na tereny obcego klanu. Chroniła również siebie (jeśli odkryliby jej powiązanie z uczniem wojownika z innego klanu, oboje mogliby mieć poważne kłopoty), a może i nawet swoje potomstwo. Chcąc wmawiać sobie, że nie łgała jak najęta, tylko nieco naginała prawdę, zauważyła, że Wojowniczy rzeczywiście nie był obecny na zgromadzeniu klanów. Myśl ta dodała jej nieco otuchy.
— Ciemny Kle?
Wyrwana z zamyślenia, wbiła spojrzenie najpierw w Ciemną Gwiazdę, który gestem nakazał wojownikowi podetknąć sierść medyczce, a po chwili właśnie na nią. Suka, która sympatią zastępczyni swojego klanu przestała się cieszyć, gdy nie chciała jej pomóc „znaleźć innego wyjścia”, gdy zaszła ona w ciążę, uważnie obwąchała kępkę z futra nieuważnego młodzika.
— Znam ten zapach — ogłosiła, a stojąca obok niej Biała zamarła na chwilę. Szybko jednak wzięła się w garść, mając nadzieję, że nikt nie zauważył jej podejrzanej reakcji. — To sierść jednego z uczniów Wodnych. Spotkałam go kilka dni temu, gdy zbierałam zioła.
Czy Ciemny Kieł, jeśli nie potrafiła zdobyć się na załatwienie byle jakich ziółek o działaniu poronnym, kiedy została o to delikatnie poproszona, nie mogła teraz chociaż łaskawie zamknąć pyska i przemilczeć sprawy?
— Pamiętasz, jak brzmiało jego imię? — Ciemna Gwiazda wpatrywał się w medyczkę z wyczekiwaniem.
— Nie, nie pamiętam. Ale na pewno byłabym w stanie go rozpoznać.
— Świetnie. Biała Tęczo, udasz się z Ciemnym Kłem na tereny Wodnych. Powiesz, że przychodzicie w pokoju, pokażesz im tę sierść i... — chciał kontynuować, by przekazać jej cały swój plan, ale przerwała mu nagle, nie zwracając uwagi na to, że właśnie podważa w ten sposób autorytet swojego lidera.
— Poradzę sobie — mruknęła, może i zbyt ostro, ale jakie miało to znaczenie, kiedy i on już wcześniej wkopał ją w beznadziejną sytuację, a teraz jeszcze w jakiś sposób zagrażał Wojowniczemu, jej szczeniętom i jej samej? — Im szybciej wyruszymy, tym szybciej załatwimy tę sprawę. Ciemny Kle?
Nawet nie spojrzała na ciemną suczkę. Po prostu ruszyła przed siebie, nie oglądając się już na nikogo — ani na nią, ani na Ciemną Gwiazdę, którego reakcji na jej przejaw buntu mimo wszystko już zaczynała się bać, ani na żadnego ze zgromadzonych przy nim wojowników. Zdecydowanym, choć może nieco zbyt sztywnym krokiem ruszyła prosto ku terenom Flumine. 
Pojawienie się zastępczyni i medyczki obcego klanu, wywołało dość duże poruszenie wśród Wodnych. Do uszu Tęczy dobiegło między innymi głośne warknięcie jakiegoś samca. Miał nieprzyjemny głos, który sprawił, że po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Miała ochotę osobiście odpowiedzieć mu warknięciem, w jej stanie prawdopodobnie czymś równie mało inteligentnym jak „No i po co tak się drzesz?”, lecz wiedziała, że przyniosłoby to zdecydowanie więcej krzywdy niż pożytku. Przybyła tu przecież, by zapobiec wojnie, a nie ją wywoływać, czyż nie?
— Przychodzimy w pokoju — zaznaczyła spokojnie, stając tuż przed liderką obcego klanu. 
Przez chwilę wzajemnie mierzyły się spojrzeniem — obojętny, zimny niczym lód wzrok Białej ściął się z tym pełnymi waleczności i wrogości, należącym do Nakrapianej.
— W pokoju? — powtórzyła liderka, a Tęcza nabrała nagłej ochoty, by rzucić jej się do gardła tylko i wyłącznie za ten złośliwy ton. Pieprzyć pokój. — W takim razie mam nadzieję, że to coś ważnego. 
Jedynie siła woli, i tak nadszarpnięta przez ostatnie wydarzenia, powstrzymuje jasnowłosą suczkę przed parsknięciem pełnym kryjącego się w niej jadu. Ten ktoś miał być prawdziwym mentorem Wojowniczej Łapy? To ona nie chciała (bo Biała już dawno przestała wierzyć w tłumaczenie o jej braku czasu — ona sama była zastępcą, wychowywała samotnie czworo szczeniąt i szkoliła tego nadpobudliwego młokosa!) go szkolić, co skłoniło go do szukania pomocy u zastępczyni innego klanu? 
Jeśli ta cała sytuacja rzeczywiście miała wywołać wojnę, winni jej nie byli Wojowniczy czy Biała. To Nakrapiana Gwiazda miała odpowiedzieć za nią przed Gwiezdnymi, Tęcza była tego pewna.
Z zamyślenia wyrwała ją medyczka, wypuszczając z pyska kłębuszek uformowany z sierści ucznia. Jego oficjalna mentorka obwąchuje go, obserwowana uważnie przez sukę, która szkoliła go na boku, nielegalnie. Gdy Biała oderwała od niej wzrok i rozejrzała się dyskretnie, kątem oka dostrzegła przyglądającego się tej scenie Wojowniczego. Ma ochotę uśmiechnąć się do niego, zamachać ogonem, dodać mu otuchy i spróbować przekonać, że wszystko będzie w porządku, że ona o wszystko zadba. Zamiast tego postarała się, by w jej spojrzeniu nie było żadnego wyrazu innego niż spokój. 
— Jestem Biała Tęcza, zastępczyni Tenebris — przedstawiła się, gdy Nakrapiana już się wyprostowała i ponownie wbiła w nią spojrzenie. — Dziś o świcie nasz patrol zwęszył obcego na naszym terenie.
— Znowu?
Biała Tęcza znowu miała ochotę rozszarpać gardziel Nakrapianej Gwiazdy. Znowu musiała jednak stłumić w sobie tę żądzę.
— Tak, znowu. Wdali się w walkę, a po szamotaninie znaleźliśmy kępkę sierści nieznajomego. — Zamilkła na chwilę, by wskazać zarówno kupkę sierści, jak i brązową suczkę stojącą w milczeniu u jej boku. — To Ciemny Kieł, nasza medyczka. Ona… rozpoznała ten zapach jako należący do jednego z waszych uczniów. Czy to prawda? — Wbiła wyczekujące spojrzenie w liderkę Wodnych.
Słyszała już swoje o tej suczce. Opinie, które krążyły wśród Ciemnych na jej temat, zdecydowanie nie pozwalały Białej zaufać stojącej przed nią samicy. Rzadko tak mocno dawała się ponieść swoim uprzedzeniom, ale w tym przypadku coś uwierało ją jeszcze bardziej niż plotki. Nakrapiana Gwiazda była mentorką Wojowniczej Łapy. To ona miała być świadkiem jego testu, ba, nawet miała nadać mu imię wojownika, choć część treningu musiał on odbyć samodzielnie lub uczepiając się innych wojowników, w tym tych spoza swojego klanu...
— Tak, to prawda — odpowiedziała w końcu Nakrapiana. Najwyraźniej uznała, że tu nie ma szans sprytnie skłamać. Zapach był zbyt wyraźny. — To był uczeń z naszego klanu. — Zamilkła z nieodgadnionym wyrazem na pysku.
I tyle? „Tak, to ktoś od nas wdarł się wam na tereny. Dzięki za rozmowę, pa.”
— Jak brzmi jego imię? — wymruczała, z całej siły próbując powstrzymać warkot, który sam się rwał, by się wydobyć z jej pyska. To nic, że znała jego imię. To już była sprawa pomiędzy nią a liderką Wodnych.
— Jakie to ma znaczenie, Biała Tęczo? Nasz uczeń, podkreślam, uczeń, został zaatakowany przez wasz patrol.
— Wasz uczeń wtargnął na tereny naszego klanu. Złamał zasadę zawartą w Kodeksie. Nasz patrol jedynie postąpił tak, jak powinien. „Staw czoła każdemu psu, który naruszy granice twojego klanu.” 
— Nawet jeśli ten pies to bezbronny uczeń, który zgubił się w drodze do swojego obozu?
— Z opowieści naszych wojowników wynika, że był to uczeń już starszy, bardziej postawny. Tacy raczej nie gubią się w drodze do legowiska, a już na pewno nie są zupełnie bezbronni w walce. — Biała Tęcza prychnęła. Zdążyła już zapomnieć, że rozmawiały o Wojowniczym. Teraz mowa była po prostu o jakimś bezimiennym uczniu, chodziło o sam konflikt między suczkami, coraz bardziej zagorzały.
— Byli w ferworze walki. Było ciemno. Mogli odnieść błędne wrażenie. Atak na ucznia to atak na ucznia. 
— A wtargnięcie na terytorium obcego klanu to wtargnięcie na tereny obcego klanu — warknęła Biała, tracąc już panowanie nad sobą. — Sami Gwiezdni raczą wiedzieć, czy nasi wojownicy postąpili dobrze. Tylko Oni są w stanie ocenić, czy ów uczeń jest winny złamania kodeksu, czy niewinny — dodała po chwili, próbując się uspokoić. — My, pozbawione Ich wiedzy, musimy jednak dojść do jakiegoś kompromisu. Porozmawiam z wojownikami, którzy zaatakowali tego ucznia. Jego osądem zajmiesz się sama, ale uważam, że nie powinien ponosić wysokiej kary. Jak sama podkreśliłaś, to tylko uczeń, popełnił błąd, z którego powinien się czegoś nauczyć.
Porozmawiasz z wojownikami?
— A co, twoim zdaniem, powinnam uczynić? Postąpili zgodnie z Kodeksem. Zajmę się naszymi wojownikami, ty zajmiesz się waszym uczniem. Nie uważasz, że to najrozsądniejsze rozwiązanie?
— Mimo to i tak postanowiłaś poradzić mi, co powinnam uczynić z owym uczniem.
— Nie, Nakrapiana Gwiazdo. Stwierdziłam jedynie, że nasz klan wybacza mu jego błąd. — Zmierzyła liderkę chłodnym spojrzeniem. — Ciemny Kle — zwróciła się do milczącej medyczki — wracamy do naszego obozu.
— Do naszych granic odprowadzi was moja zastępczyni. Nie możemy przecież pozwolić, by nasz patrol uznał was za wrogich intruzów, czyż nie? — wtrąciła Nakrapiana.
Biała Tęcza jedynie skinęła łbem, choć w słowach tych wyczuła groźbę. Postanowiła ją zignorować. Powinna wracać do obozu. Jeśli Ciemnej Gwieździe rzeczywiście coś dolegało, powinna być u jego boku, gotowa zastąpić go w choć części obowiązków, gdy poczuje się jeszcze gorzej.
Trzy suczki ruszyły w kierunku granicy terenów Wodnych. Szły w milczeniu. Dopiero już przy samej granicy, gdy Ciemny Kieł ruszyła przodem, Biała Tęcza zatrzymała się na chwilę i uśmiechnęła się delikatnie do Irysowego Serca.
— Plaża jest podobno niezwykle piękna w Porze Nagich Drzew, zwłaszcza o zachodzie słońca. Ktoś o wojowniczym sercu na pewno czerpałby wiele przyjemności ze spaceru tam — wymruczała i odeszła.
Miała nadzieję, że suczka o rdzawej sierści zrozumiała jej wiadomość. 
 
<no coś Ty, kogo jak kogo, ale Wojowniczego to bym nie skrzywdziła>
[1612 słów: Biała Tęcza otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

15 grudnia 2020

Od Wojowniczej Łapy CD Białej Tęczy

Przez kilka kolejnych dni moje rozmowy z kimkolwiek ograniczane są do minimum.
Irysowe Serce, zabierając mnie na pomoc Podgrzybkowej Sierści w gromadzeniu zapasów, doskonale wiedziała, jak nasza rozmowa się zakończy — wie już, że jestem „zdrajcą” (a przynajmniej według Kodeksu Wojownika, bowiem mój kodeks moralny tego nie uznaje), ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu milczy, zgrywając przed Nakrapianą Gwiazdą mysi móżdżek. Za wszelką cenę unikam więc terenów Tenebris i samej Białej Tęczy w oczekiwaniu na to, aż sytuacja się uspokoi, chociaż nie będąc pewnym zamiarów zastępczyni, nie wiem, jak będzie chciała wykorzystać informacje o mnie w przyszłości. Brońcie Gwiezdni, żebym odezwał się do kogoś we Flumine; mój niewyparzony język przypadkiem może powiedzieć im coś, co tylko ułatwi rozgryzienie zagadki tajemniczego intruza na terenie Ciemnych.
Każde słowo Nakrapianej Gwiazdy i Irysowego Serca zarówno bezpośrednio do mnie, jak i zwracając się do całego klanu, powoduje u mnie przyspieszone bicie serca. Choć na myśl o potencjalnej bitwie pomiędzy Flumine a Tenebris do gardła podchodzą mi mdłości, wiem, że za wszelką cenę będę musiał ukończyć trening u boku Białej Tęczy. Moje stosunki z oficjalną mentorką z każdym dniem robią się coraz chłodniejsze, ale nie wiem, czy to wynik Pory Nagich Drzew, czy podejrzanego podejścia liderki w stosunku do mnie.
Przed świtem postanawiam więc odwiedzić zastępczynię Ciemnych. Liczba patroli prawdopodobnie zwiększyła się, odkąd wojownicy wykryli na swoim terytorium obecność Wodnego, ale od początku treningu zdążyłem zorientować się nieco w słabych punktach ich obozu. Może jeśli mi się uda, będę w stanie przekraść się do środka? Rzecz jasna w ramach szkolenia…
Kroczę drogą do Gwiezdnego Szczytu, po drodze zbierając na swoje futro wirujące płatki śniegu. Z uśmiechem pocieszającym ostatnio stresujące dla mnie momenty wyobrażam sobie, jak jako przyszły lider prowadzę tą samą ścieżką swój cały klan. Wszyscy liczą na mnie i podziwiają, dumni z tego, że Gwiezdni wybrali akurat mnie na swojego poplecznika, mnie zaś wypełnia honor, że mogę przewodzić Wodnym. Moja głowa doskonale odwzorowuje zapachy widoczne ze wzgórza czy zapach rozkwitającego Porą Nowych Liści Srebrzystego Drzewa. Oczami wyobraźni wciągam w nozdrza zapachy kilku klanów, łapy odważnie stawiając przed siebie w kierunku pozostałych liderów.
Zbaczam ze szlaku, skupiając się na rzeczywistości. Wytężam wszystkie zmysły, odraczając od siebie szczenięce wizje: nigdy nie zostanę przywódcą, jeśli nie zostanę mianowany, nie zostanę mianowany, jeśli nie skończę treningu, a nie skończę treningu, jeśli dam się złapać na szkoleniu z Białą Tęczą! Napinam mięśnie, wkraczając na teren Tenebris, a od tej chwili moje łapy cicho zatapiają się w śniegu, ograniczając każdy możliwy dźwięk.
Ruiny leżą stosunkowo blisko od punktu centralnego naszych zgromadzeń. Z zazdrością marszczę nos, przypominając sobie ból łap, kiedy okresowo przemierzaliśmy pół miasta, aby tutaj dotrzeć. Teraz wyklinam na Gwiezdnych, że moja nowa mentorka pochodzi z tych okolic. Nie mogłem wpaść w rzepy, nie wiem, na terenach Industrii? Magazyn Ognistych widoczny jest nawet przez okno na piętrze Starego Domu.
Widząc przed sobą poszarpane ściany, przytulam brzuch do śniegu z nosem przy ziemi. W duchu proszę Gwiezdnych, aby świeże płatki przysypały moje ślady przed wzrokiem pierwszego patrolu. Zanim jednak dotrę do parapetu komnaty Białej Tęczy, do moich uszu docierają niepokojące dźwięki, które zdecydowanie nie są adekwatne do wczesnej pory, jaką wybrałem na odwiedzenie mentorki.
— Co za idealny moment na patrol dla rozprostowania kości — słyszę przedłużone ziewnięcie.
— Ciemna Gwiazda przesadza — ochrypły głos jego towarzysza wywołuje u mnie ciarki. Brzmi, jakby w gardle utknęła mu niedawna ofiara. — Kto normalny napadłby na nas o tej godzinie? Jest prawie ciemno.
Drugi ignoruje jego szczerze rozzłoszczone prychnięcie, obrzucając go krótkim: „im szybciej, tym lepiej”.
Równocześnie roztargniony i przerażony tak wczesnym patrolem nie zauważam, kiedy ktoś czai się za mną. Z sykiem bólu odskakuję na bok, odsłaniając się dwóm usłyszanym wojownikom, a cięższe ode mnie cielsko ora mi plecy pazurami. Szamocząc się pod naporem wojowniczki, siłą przetrwania próbuję ją z siebie zrzucić.
— Drewniany Pazurze, Płomienny Krzewie! Tutaj! — alarmuje, kiedy wyswobadzam się lekko spod jej uścisku, zęby wbijając w wilczą łapę. W reakcji obronnej suka wysuwa pazury, oddając mi atak szramą na pysku, ale nie zwracam uwagi na palący ból, myśląc jedynie o tym, że nieznajoma już mnie nie przytrzymuje. Wszystkie moje zmysły krzyczą, próbując znaleźć lukę w ich obronie; przewaga trzy do jednego jest zbyt znacząca, żebym w ogóle starał się odbić szamotaninę.
Odskakuję od wojowniczki, z krwią szumiącą w uszach biegnąc w kierunku granic. Nie jestem jednak na tyle szybki, aby uciec przed trójką wojowników. Choć pozostała dwójka zwalnia, osłaniając tyły trzeciego, to wojownik o wilczej posturze, nazwany wcześniej Płomiennym Krzewem, ani trochę nie wygląda na miłego. Z wyskoku atakuje mój kark, wgryzając się w futro. Plując i sycząc, tarmoszę się z większym psem, turlając się po śniegu. Ten żarliwie toczy się za mną, z całą siłą przerośniętego wojownika wbijając mi szpony w brzuch. Kątem oka dostrzegam, jak krople krwi spadają na biały puch, ale ja wszelkimi możliwymi sposobami próbuję się bronić.
— Płomienny Krzewie, nie! — znajomy głos przerywa szum krwi w uszach. Wojownik na zawołanie zastępczyni puszcza mnie, ale nie odsuwa się. — Mamy chronić klan, a nie zabijać niewinnych!
Wykorzystując chwilę nieuwagi, puszczam się pędem przed siebie. Szkarłat plami moje ślady, a z każdym krokiem przed oczami pojawiają mi się mroczki, ale równocześnie czuję się, jakby Gwiezdni dodawali mi siły. Wiatr targa moje zakrwawione futro, pchając mnie przez znane okolice ku obozowisku Flumine.
Na widok Starego Domu cała energia się ze mnie ulatnia. Coelum chciało, żebym dotarł do domu, ale czy zapewni mi dalsze przetrwanie? Może wreszcie ponownie spotkam się z Odważnym Kłem? Przecież tego chciałem od początku… to dlaczego, zamiast skupiać się na sobie, myślę o tym, że za moją obecność na terytorium Tenebris Biała Tęcza może zostać wygnana, lub gorzej, zamordowana?
Półprzytomny ląduję w kopcu śniegu, niemą prośbą wypowiadając słowa do Gwiezdnych, aby uchronili mnie do czasu, aż upewnię się, że moja mentorka jest bezpieczna.
 
Kiedy ponownie otwieram oczy, na moment jestem pewien, że przed sobą zastanę Dawny Dom, las, o którym inni członkowie tyle mi opowiadali, a wraz z nim ciepły pysk Odważnego Kła. Nie spodziewam się jednak tej dziwnej, szczecinowatej istoty, która kruchą łapą wymachuje mi przed oczami.
— Szczur! — syczę, przetaczając się w bok.
— Nie, ty mysi móżdżku! Nie wstawaj! — reaguje przeraźliwie szczuropies, z uwagą sprawdzając, czy okłady nałożone na rany nie zostały naruszone przed moją responsę na jego widok.
— Przepraszam, Podgrzybkowa Sierści — mamroczę, nagle zdając sobie sprawę, gdzie się znajduję i kto nade mną czuwa. Najwyraźniej poranny patrol Flumine musiał zauważyć omdlałe ciało na środku drogi i przytaszczyć jej tutaj. Dreszcz przebiega mnie wzdłuż kręgosłupa na myśl o plotkach, które będą chodzić między Wodnymi po ataku na mnie.
— Zawołam Nakrapianą Gwiazdę i Irysowe Serce, że już się obudziłeś. Chciały z tobą pomówić — tłumaczy, kręcąc się na krótkich łapkach.
— Nie, nie, nie. — Kręcę głową, a żołądek podchodzi mi do gardła. — Jestem… wyczerpany. Potrzebuję chwili spokoju. Sam.
Rozumiejąc aluzję do ostatniego słowa, medyk posłusznie wspina się po schodach na dół, zostawiając mnie w pustce poddasza.
To już niemal nieuniknione. Nakrapiana Gwiazda z całą pewnością mnie wywali, kiedy dowiedzą się, co zrobiłem. Może zostanę jeńcem Wodnych? Będę musiał żyć znowu jako włóczęga, w samotności, bez Odważnego Kła ani jakiegokolwiek innego psa przy moim boku? Co, jeśli Biała Tęcza została oskarżona o zdradę i skończyła na wygnaniu? Czy Ciemna Gwiazda ją zabił? Co stanie się z jej szczeniakami, jeśli odejdzie?
— Tenebris! — alarmuje mnie rozjuszone warknięcie Burzowego Gardła. Na Gwiezdnych, kolejne kłopoty. Z bólem przełykam ślinę, czołgając się po drewnianej podłodze do schodów, skąd mogę podsłuchać rozmowę pozostałych wojowników. — Co Tenebris robi na terenach Flumine?!
Zamieram, przysuwając się bliżej. Pomiędzy szparami balustrady dostrzegam dwie znajome mi członkinie Ciemnych — Ciemny Kieł, medyczkę, która pomogła mi i Irysowemu Sercu zbierać zioła kilka dni temu, oraz stojącą obok niej Białą Tęczę. Mój ogon drga mimowolnie, nagle rozweselony, że moja mentorka żyje.
— Przychodzimy w pokoju — mówi zastępczyni Tenebris, kiedy staje pysk w pysk z Nakrapianą Gwiazdą.
— W pokoju? — powtarza przywódczyni z nutą złośliwości w głosie. — W takim razie mam nadzieję, że to coś ważnego.
Brązowa medyczka upuszcza czarno-biały kłębek pod łapy liderki. Suka pochyla szyję, obwąchując uważnie futro. Dostrzegam, że Biała Tęcza zauważa kątem oka moją obecność na schodach, ale milczy, a jej wzrok wydaje się równie spokojny, co zimny.
— Jestem Biała Tęcza, zastępczyni Tenebris — przedstawia się. — Dziś o świcie, nasz patrol zwęszył obcego na naszym terenie.
— Znowu?
— Tak, znowu. Wdali się w walkę, a po szamotaninie znaleźliśmy kępkę sierści nieznajomego. — Wskazuje pyskiem to na kłębek, to na stojącą obok jej towarzyszkę. — To Ciemny Kieł, nasza medyczka. Ona… rozpoznała ten zapach jako należący do jednego z waszych uczniów. Czy to prawda?
Wycofuję się w kąt strychu. Choć oczy mam rozszerzone z przerażenia, mam wrażenie, że świat obserwuję jak przez mgłę, zupełnie jak kilka godzin temu, kiedy traciłem krew po walce. Czyżby Biała Tęcza, mentorka, której ufałem, okazała się dla mnie zdrajczynią? 
<nawet nie próbuj krzywdzić mojego syna>
[1441 słów: Wojownicza Łapa otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia i 2 punkty do treningu]

11 grudnia 2020

Od Białej Tęczy CD Wojowniczej Łapy

Świt przychodzi okrutnie szybko. Jego nadejście obwieszczają dla niej jednak nie pierwsze tego dnia promienie słońca — nie dostrzega ich, pogrążona wciąż w lekkim śnie — lecz głuchy łomot czegoś uderzającego o szybę, tuż nad jej głową. „Coś” szybko okazuje się być „ktosiem”, a owego „ktosia” Biała Tęcza jeszcze szybciej rozpoznaje jako Wojowniczą Łapę. Młodzik jest zbyt energiczny jak na tak wczesną porę, zwłaszcza po nocy, podczas której ledwo co spała, tak energiczny, że aż kolacja niebezpiecznie przewraca się w jej żołądku. Szczeniaki, które kilka godzin temu dawały jej popalić, nie chcąc zasnąć, a przed chwilą jeszcze spały sobie w najlepsze, teraz zaczynają piszczeć niespokojnie, zbudzone okrzykiem ucznia.
Po krótkiej wymianie zdań między nią a Wojowniczym on zamyśla się — Biała zdecydowanie nie chce wiedzieć o czym — co suczka postanawia wykorzystać. Uspokaja maluchy szeptem najsłodszym i najdelikatniejszym, na jaki może się zebrać samotna matka czwórki nieplanowanych szczeniąt, z których jeden na każdym kroku niezmiernie ją irytuje (gdyby Lisek nie był jej synem, już dawno by go gdzieś porzuciła; on sam zresztą też zdaje się niekoniecznie za nią przepadać, jeśli to w ogóle możliwe, żeby maluch zdany jeszcze na swoją matkę tak nią gardził), drugi jest małym buntownikiem (Stokrotka jest naprawdę uroczym szczenięciem, lecz męczące są jej niezdarne próby stawiania na swoim; Biała nie chce nawet myśleć, jak będzie wyglądać sytuacja, gdy jej potomstwo jeszcze nieco podrośnie), trzeci stara się ukrywać swoje wady, a na domiar złego jeszcze za jakiś przeklęty punkt honoru stawia sobie wyciągnięcie z niej, kto jest ich ojcem (po co Sreberku w ogóle jest ta wiedza? I kto, do stu Dwunożnych, powiedział jej, że w ogóle istnieje coś takiego jak „ojciec”? Już ona znajdzie tego zdrajcę...), a czwarty, choć chyba najmniej problemowy (i, nawiasem, w tajemnicy przed pozostałą trójką, mówiąc, chyba ulubieniec Białej), jeśli ma być szczera, niekoniecznie nadaje się do życia w tym okrutnym świecie (ma tylko nadzieję, że zły psy nie rozszarpią nigdy, ani dosłownie, ani w przenośni, biednego małego Borsuczka). Wstaje i, niedostrzeżona przez ucznia z klanu Wodnych, wychodzi z budynku, by już po chwili stanąć tuż za nim.
Coś musiało ją zdradzić, zapewne szelest krzewów łopianu. Młody pies przyjmuje pozycję bojową. Jest spięty, gotowy do walki. Biała początkowo planowała go znienacka powitać, nieco nastraszyć, lecz teraz w jej głowie pojawia się nowa myśl. Doskakuje do niego i jednym szybkim ruchem podcina mu łapy, by już po chwili stanąć nad nim, dociskając jego pysk do pokrytej śniegiem ziemi. Jego reakcja jest szybka, co suka chwali w myślach. Już po chwili nie ma jednak czasu na analizowanie jego poczynań, ponieważ cięższy od niej samiec naskakuje jej na grzbiet. Czuje jakieś mrowienie w okolicach karku, lecz postanawia je zignorować. Skupia się na zrzuceniu z siebie ucznia. Kilka uderzeń o popękany mur ruin i zsuwa się on, znowu ryjąc pazurami w jej skórze. 
Wojowniczy przeprasza. Biała nie wie, dlaczego to aż tak chwyta ją za serce — może przez to, że stosunkowo niedawno została matką, jest wrażliwsza na krzywdę innych młodych? Nie chce tego jednak okazać, więc szybko bagatelizuje sprawę, rana i tak jest dość płytka. Omiata wzrokiem śnieg, na którym dostrzega kilka kropel własnej krwi. Skrobie po nim pazurami, starając się przykryć ten szkarłat nową warstwą śniegu. 
Ruszają w drogę. Opuszczają tereny klanu, na których, choć to jej dom, Biała nie czuje się teraz bezpiecznie. Nie jest na nich bezpieczna, gdy towarzyszy jej członek innego klanu, z którym w jakiś sposób współpracuje. Zatrzymują się na skraju parku, w tej jego części, która nie należy jeszcze do terytorium Wodnych. Na terytorium neutralnym są bezpieczniejsi, tu mogą udawać, że spotkali się przypadkiem, gdyby zaszła taka potrzeba. 
— Widzisz te gołębie? — odzywa się w końcu Biała, wpatrując się w otyłe ptaszyska. — Dzięki Dwunożnym są teraz rozleniwione i ufne. To nie powinien być trudny cel, więc upolujesz jednego. Lub dwa, jeśli chcesz coś zjeść. Ja będę w pogotowiu, jeśli będziesz potrzebował pomocy, lecz tak naprawdę po prostu czekam na śniadanie. 
Chcąc jeszcze bardziej podkreślić swoje słowa, Tęcza siada na śniegu, wpatrując się wyczekująco w ucznia. Wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, lecz ostatecznie się nie odzywa. (To musi być cud zesłany Białej przez samych Gwiezdnych!) Zamiast tego od razu zabiera się do wykonania polecenia. Tak, jak podejrzewała, nie zabiera mu to zbyt dużo czasu. Już po chwili truchło ptaka ląduje przed jej łapami, a przed jej pyskiem pojawia się wyszczerzony w uśmiechu pysk. 
— Proszę bardzo, posiłek podano. 
W Białej znowu budzi się instynkt macierzyński. Dociera do niej, że młodzik prawdopodobnie też jest głodny, może nawet jeszcze bardziej od niej.
— Zjedz. — Przesuwa jego ofiarę łapą po śniegu, tak, że teraz leży pod jego łapami. — Upoluję sobie coś swojego.
— Nie, nie! — Ptak znowu zostaje przesunięty po ziemi. Jego piórka są coraz bardziej zmierzwione, a ciałko wykrzywia się pod coraz mniej naturalnym kątem. — To dla ciebie. Upoluję sobie drugiego. Poćwiczę. Chcę też jakoś ci zadośćuczynić za to. — Wskazuje na ranę, którą wcześniej jej zadał.
Suczka uśmiecha się delikatnie. Kiwa łbem i zaczyna jeść. Chwilę później jedzą już oboje.
— Następnym razem może poszukamy jakiejś trudniejszej ofiary, co ty na to? — proponuje Biała, gdy kończą posiłek. 
Wojowniczy zgadza się, uśmiechając się szeroko i żywiołowo kiwając głową. 
— Muszę wracać do szczeniąt — zauważa w końcu suczka, podnosząc się z ziemi. 
Nie chce tego. Nie chce wracać do tego przeklętego legowiska, do maluchów, którym zależy na niej obecnie tylko dlatego, że daje im pożywienie i opowiada o Kodeksie. Wie, że to prawdopodobnie czyni z niej złą matkę, lecz nie dba o to. Nigdy nie lubiła szczeniąt. A czas ma zapewne przynieść jeszcze więcej problemów z nimi... Zaciska zęby. Musi się uspokoić. Gdy do nich wróci, musi być kochaną mamusią. Nie może rozszarpać Liska za jego głupie uwagi, których jedynym celem jest zranienie jej lub któregokolwiek szczenięcia spośród jego rodzeństwa. Nie może nakrzyczeć na Stokrotkę za jej wybryki czy na Sreberko za kolejne pytanie o ojca. Nie może prychnąć, widząc, jak Borsuczek znowu upada, prawdopodobnie w akompaniamencie drwin swojego starszego brata. 
Żegna się z Wojowniczą Łapą, który chyba nawet mimo swego irytującego charakteru jest w jakiś sposób łatwiejszy do zniesienia od maluchów. Z nim umie się obchodzić. Nie musi uważać, żeby na niego nie nadepnąć. Pomaga mu szlifować jego umiejętności w walce i polowaniu, co jest o wiele łatwiejsze od opowiadania po raz setny tej samej głupiej historyjki czy pocieszania któregoś z jej własnych potomków, gdy coś mu się stanie.
Zaraz po przekroczeniu granic obozu swojego klanu, spotyka Ciemną Gwiazdę. Przeklina to w duchu. Naprawdę wolałaby przemknąć do swojego legowiska niezauważona przez nikogo. 
— Biała Tęczo! Szukałem cię właśnie. — Uśmiecha się delikatnie, choć nie udaje mu się ukryć zmartwienia. — Nasz patrol wyczuł przy oknie do komnaty będącej twoim legowiskiem zapach psa należącego do klanu Wodnych. Dodatkowo pod śniegiem znaleźli kilka kropel dość świeżej krwi. Potem nie znaleźliśmy cię przy szczeniętach i... — milknie nagle, zauważywszy czerwień na jej sierści. — Kto tu był? Zrobił ci krzywdę? Zrobił coś szczeniętom? Posłałem do nich Ciemnego Kła, powiedziała, że wszystko z nimi w porządku, ale... — warczy, wyraźnie przejęty. Biała przez chwilę myśli nawet, że to słodkie, że tak się o nią martwi, lecz szybko dusi w sobie tę myśl. 
— Nic się nie stało. Ten pies pewnie nawet nie zauważył szczeniąt. To był jakiś uczniak, prawdopodobnie pojawił się tu przez przypadek, nie znając jeszcze granic. Zaskoczyłam go, zaatakował mnie, myśląc, że mam złe zamiary. Niedługo później się stąd zwinął. Naprawdę nic złego się nie stało — kłamie. Kłamie jak najęta. Nie chce jednak narażać na żadne nieprzyjemności ani siebie, ani Wojowniczą Łapę.
— Pachniesz Wodnymi. Pachniesz nimi bardzo mocno. Jesteś pewna, że to była tylko krótka walka, po której sobie poszedł? — Ciemna Gwiazda najwyraźniej martwi się już nieco mniej, lecz za to zaczyna nabierać podejrzeń. — I gdzie po tym wszystkim poszłaś?
— Umówiliśmy się chyba, że nie będziemy się bawić w rodzinkę, czyż nie? — warczy cicho w odpowiedzi. Nie wie, czy powinna odpierać jego atak swoim atakiem, kompletnie z nim nie związanym, lecz postanawia zaryzykować. I tak nie ma żadnego lepszego pomysłu. — Nie jesteś moim partnerem, ojcem tych szczeniaków jesteś jedynie biologicznie. Masz się więc nie bawić ani w jedno, ani w drugie. Nie powinno cię obchodzić, gdzie byłam.
— Jestem twoim liderem! Do stu Dwunożnych, po pierwsze mam nad tobą władzę, więc musisz odpowiedzieć na moje pytanie, a po drugie jako lider martwię się o was jak o każdego innego członka naszego klanu — wybucha. 
Jego słowa zabierają jej pewność siebie. Kuli się nieco i odpowiada na zadane jej wcześniej pytanie:
— Przez tę sytuację z Wodnym wstałam bardzo wcześnie, więc postanowiłam coś zjeść. Chciałam zapolować. Nie chcę wyjść z wprawy, nawet przy szczeniakach. I tak spały, więc je zostawiłam — mówi cicho. Czuje się jak zbesztany przez rodzica czy mentora szczeniak.
— W porządku. — Kiwa głową, znowu łagodniejąc. Gdy Tęcza tak na niego patrzy, przez chwilę zastanawia się, dlaczego tak właściwie tak uparcie go od siebie odpycha. Przecież, mimo tego, co mu powiedziała, mogliby być rodziną. Szybko jednak karci samą siebie. Nie wierzy przecież w miłość, więc co jej po takim teatrzyku? Po co jej ciepło jego boku w nocy, gdy i tak nie doceniłaby tego tak, jak powinna? — Idź już. Malce już się obudziły, na pewno na ciebie czekają.
Oniemiała przez własne myśli i uczucia, jedynie kiwa łbem i odchodzi. Wraca do szczeniąt, zanim Ciemny zrozumie, że nie znalazł wciąż odpowiedzi na pytanie, dlaczego od jego zastępczyni można wyczuć aż tak mocną woń członków innego klanu.
<Wojownicza Łapo?>
[1539 słów: Biała Tęcza otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]