Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieuchwytna Pieśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieuchwytna Pieśń. Pokaż wszystkie posty

17 kwietnia 2022

Od Żałobnej Pieśni CD Jazgotu


 Żałobna Pieśń miała to do siebie, że najchętniej pomogłaby absolutnie wszystkim wojownikom świata. Niezależnie od tego, czy ich lubiła, czy raczej trzymała się z boku. Jeśli tylko widziała, że coś może być nie w porządku, od razu łagodniała i stawała się skora do pomocy. Co dopiero można powiedzieć o tych, których naprawdę darzyła sympatią? Usiadła obok Jazgotu i ostrożnie przytuliła go. Nie ruszył się, ale odrobinę rozluźnił. Serce jej się krajało, kiedy widziała go w złym stanie. Będąc przy nim, miała mieszane uczucia. Jazgot był jej pierwszą miłością i niełatwo jej było odsunąć to od siebie nawet mimo tego, że teraz miała szansę być szczęśliwa z Ciepłą Pleśnią. Zdawała sobie sprawę z tego, że bezgwiezdny miał teraz znacznie większe problemy na głowie i tylko to powstrzymywało ją od opowiedzenia mu wszystkiego, co działo się u niej. Dziwiła się, że nie zauważył dużego, ciężarnego brzucha, ale uznała, że to nie jest teraz najważniejsze. 
Nie miała pojęcia, że ciężarny brzuch uważał inaczej.
— Innym klanom jest łatwiej — zaczęła, zyskując jego uwagę.
— Wiem. Nie są traktowane jako banda wyrzutków — mruknął w odpowiedzi.
— To nawet nie o to chodzi — pokręciła głową. — Wyobraź sobie móc zrzucić wszystkie niepowodzenia i sukcesy na wolę Gwiezdnych. Powiedzieć, że tak musiało być, bo sobie tego zażyczyli i koniec
— To głupie. — Zmarszczył brwi.
— Owszem. — Przytaknęła. — Ale jednocześnie w pewien sposób uwalniające. Zrzucasz z siebie ciężar odpowiedzialności, możesz całą swoją złość przełożyć na niebo. Bo to oni tak zadecydowali. Oni tak postanowili. To oni akurat teraz odebrali jedyną nadzieję i kto wie, co jeszcze mogą szykować. Nie możesz przecież mieć wpływu na coś, co jest odgórnie ustalone. Rozumiesz, o co mi chodzi? Myślę, że wielu wojowników w ten sposób radzi sobie z problemami. Modlą się o lepszy los. Proszą o pomoc, aby cierpieć mniej. Lub obwiniają Gwiezdnych za wszystko, co tylko mogło się dziać.
Jazgot pokręcił głową, wyrażając swoją niemą dezaprobatę. Uśmiechnęła się widząc to. Tęskniła za nim. Za podważaniem wszystkiego, czego nie znał. Za dyktowaniem własnego sensu bądź jego braku. Za tym, że nie poddawał się nawet, kiedy brakowało mu już sił. Jak teraz. Nie wiedziała, jak go podnieść na duchu inaczej, niż zwykłą rozmową. Sama przechodziła żałobę, o czym najlepiej świadczyło jej imię. Pamiętała, że najbardziej drażniło ją udawanie, że nic się nie dzieje i unikanie tematu. Jakby Migoczące Światło przestał istnieć. Obwiniała Gwiezdnych za to, że go zabrali. Nienawidziła ich, nawet poddawała wątpliwości ich istnienie, dopóki nie przyszedł do niej we śnie.
— A ty, wierzysz w Gwiezdnych? — zapytał po dłuższym milczeniu.
Skinęła głową.
— Tak. Ale nie sądzę, aby mogli tak bardzo ingerować w nasz świat, jak niektórym się wydaje. — Odparła.
Miał obojętną minę. Była niemalże pewna, że w głowie podważał jej światopogląd.
— Kiedy mój brat odszedł, nie mogłam się pozbierać. Byłam pewna, że Gwiezdnych nie ma, bo inaczej nie pozwoliliby na to, aby tyle nieszczęść spadło na jedną osobę.
Jazgot prychnął, ale niezrażona tym Żałobna Pieśni kontynuowała.
— Wtedy przyszedł do mnie we śnie i złagodził mój ból. Uraczył rozmową, której tak bardzo w tamtym momencie potrzebowałam. Od tamtej pory wiem, że istnieją i jestem pewna, że mogą dawać nam jedynie sugestie. Rady. Ostrzeżenia. Nie sterują nami, mamy znaczący wpływ na nasze życia. Ale oni mogą nam pomóc. — Uśmiechnęła się.
Pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego. Wiedziała, że nie uwierzy w nich sobie ot tak, może nawet uzna to za absolutną bzdurę.
— Zdając się tylko na siebie, utrudniasz sobie życie — podsumowała.
— Wiara magicznie nie rozwiąże moich problemów — dalej był spokojny, ale jego głos nabrał chłodu.
— Nie mówię o wierze — pokręciła szybko głową. — Sens był taki, że w klanach zazwyczaj każdy ma kogoś, komu mówiłby o wszystkich okropnościach, którymi obrzuca go los. Bo jeśli nie ufa nikomu, może powiedzieć o tym Gwiezdnym. Ty uważasz ich za bzdurę. Ale czy w takim razie masz kogoś, kto może zdjąć odrobinę ciężaru z twoich barków?
Nie odpowiadał.
— Wiem, że nie uznajesz mnie za kogoś bliskiego, ale jestem tu, gdybyś potrzebował chociażby z kimś pobyć. Nie będę znała pełnej sytuacji twojego klanu, co ma swoje plusy i minusy. Znamy się długo, chociaż tak naprawdę nie- — urwała nagle, wydobywając z siebie okrzyk bólu.
— Nieuchwytka?! — Jazgot poderwał się z niemałym strachem. — Co ci jest?
Zbladła i skuliła się, zaciskając zęby. Kolejny skurcz przeszył jej ciało.
— Nie teraz… — stęknęła.
— Co się dzieje?!
— Rodzę, Jazgot — warknęła, a on kompletnie zdębiał.
— Ale że szczeniaki? — duknął.
— Nie, drzewa — nie mogła powstrzymać się od sarkastycznej wypowiedzi. — Nie stój tak, tylko pomóż mi przejść do klanu! — podniosła się, ale zaraz prawie przewróciła.
Na szczęście Jazgot oprzytomniał na tyle, żeby ją podeprzeć.
— Nie lepiej, żebyś urodziła tu? Pobiegnę po medyka i…
— Nie zostawiaj mnie! — zestresowała się wyraźnie.
Syknął, bo wbiła mu pazury w łapę, chcąc zatrzymać go przy sobie.
— Dobrze, dobrze, już, już idziemy — podparł ją i zaczęli powoli sunąć przed siebie.
To nie działało. Oboje byli poddenerwowani. Czas naglił. Nie było go wystarczająco, żeby małymi kroczkami, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, poruszać się spacerkiem do stadniny.
— Na litość Gwiezdnych, w tym tempie urodzę na stojąco! — jęknęła.
— Mówiłem ci, że szybciej będzie, jeśli…
— Zanieś mnie — przerwała mu.
Nie miała teraz ani siły, ani cierpliwości do tłumaczenia, jak wolno porusza się medyk wietrznych i jak beztrosko potraktuje tę sprawę. A Cynamonowa Pestka nie była w danej chwili… osiągalna, że tak to sobie pozwolę nazwać.
— Zwariowałaś?! — wypalił w pierwszej chwili.
— Nie uszkodzisz ich, po prostu mnie podnieś! — jęknęła, znów się skręcając.
Usłuchał jej próśb. Prawdę mówiąc Żałobna Pieśni sama nie była pewna, czy to zadziała, ale żadne z nich nie miało lepszego pomysłu. Nie spodziewała się, że z taką łatwością ułoży ją sobie na grzbiecie. Nie wiedziała, jak silny jest Jazgot i gdyby nie to, że akurat nie miała chwili na myślenie o tym, bardzo by jej zaimponował.
W jak komicznej sytuacji znalazła się ta dwójka? Wyobraźmy sobie starych znajomych, wpadających na siebie zupełnym przypadkiem, bo akurat oboje postanowili przejść się po zioła na opuszczony dworzec. Mający tak wiele do nadrobienia. I nagle ona zaczyna rodzić, a on kompletnie nie ma pojęcia, co z tym fantem zrobić. Bo przecież to nie może wyglądać dobrze. Zastępca bezgwiezdnych, wkraczający nagle na tereny innego klanu, niosąc na plecach skręcającą się, krzyczącą raz za razem wojowniczkę tegoż klanu. Czy ich życie mogłoby się bardziej skomplikować? Może nawet i by mogło, ale obecnie nie byli w stanie sobie tego wyobrazić.
Kiedy zastępca Bezgwiezdnych przekroczył granice neutralne, wkraczając tym samym na tereny Wietrznych, oczywiście trafił na patrol. Zwijająca się z bólu wojowniczka ich klanu nie wyglądała dobrze na plecach intruza, ale jednym, porządnym wydarciem się sprawiła, że pozwolili mu przebiec dalej. Nikt nie chciał zadzierać z rodzącą suką, gotową rozerwać wszystkich, którzy staną jej na drodze do medyka. I słusznie.
Chyba nie trzeba wspominać, że mina Ciepłej Pleśni była bezcenna. Może z tego powodu, jeśli nie tych wytoczonych wyżej, Jazgot błyskawicznie zmył się z terenów obcego klanu. Może gdyby wiedział, że i tak będzie miał z nimi do czynienia, zostałby na trochę dłużej.
 
✿•.¸,¤°`°¤,¸.•✿
 
Żałobna Pieśni miała niesamowicie mało czasu, odkąd na świecie pojawiły się Wieczorynka, Szept i Różyczka. Może nie była najmłodszą suką, ale szczeniaki miała pierwszy raz i zupełnie nie wiedziała, jak się z nimi obchodzić. Bo co innego być mentorką i prowadzić już nieco dojrzalszą osobę, a co innego być całodobowo uwięzionym w żłobku i musieć zabawiać własne smarki. Żeby była jasność, kochała je najbardziej na świecie i robiła wszystko, żeby były szczęśliwe, przede wszystkim unikała powielania schematów Złotej Gwiazdy jak ognia. Niemniej jednak czas pokazał, że czasem nawet wszystko może nie być wystarczające. Szczególnie, kiedy twoją córką jest Wieczorynka. Jakby tego było mało, Pora Nagich Drzew przyniosła ze sobą epidemię pcheł i chyba tylko cud sprawił, że ominęła ona szczeniaki. Cały ranek spędzili u Manaciego Olbrzyma, aby się ich pozbyć. I kiedy usłyszała magiczne "Gotowe" z pyska medyka, nie czekała nawet na ukochanego. Pognała natychmiast do swoich maleństw.
Miała duże opory, kiedy któregoś dnia ukochany stanowczo oświadczył, że ma pójść odpocząć. Była jednak w zbyt dużym szoku spowodowanym nieugiętością ognistego wojownika i w końcu uległa. Młody tatuś został więc z dzieciakami, a nieco mniej młoda mama miała cały dzień dla siebie. I kompletnie nie wiedziała, co z tym fantem zrobić.
W pierwszej chwili uznała, że uda się na polowanie. Pochwyciła nawet jakiś trop, ale nie udało jej się schwytać zwierzyny. Trudno się dziwić, skoro przez swój stan błogosławiony wyszła z wprawy codziennych obowiązków wojowniczki. Zrezygnowana postanowiła dołączyć do najbliższego patrolu, który dostrzegła na horyzoncie.
— Witajcie Wilczy Cieniu, Jaskółcza Burzo, Kaczy Plusku. — Odparła nad wyraz radośnie.
Zastępca Wietrznych skinął jej głową, chociaż jego wzrok nie wyrażał zbytniego zadowolenia z tego spotkania. Jaskółczy mruknął coś pod nosem, nie przywiązując zbytniej wagi do swojej towarzyszki, Kaczy natomiast prawdopodobnie nawet jej nie usłyszał. Włóczył łapami po ziemi w pewnym odstępie od idących nieco szybciej wojowników. Pewnie na początku był blisko, jednak z czasem dystans między nimi zwiększał się. Żaden z samców nie wyglądał na skorego do rozmowy, ale naszej bohaterce nie przeszkadzało to ani trochę, wręcz przeciwnie. Roznosiła ją energia po czasie spędzonym w żłobku i musiała w jakiś sposób znaleźć jej ujście. Padło na pierwszego z wymienionych.
— Spokojnie dzisiaj? Bez żadnych niespodzianek? — zagaiła.
— Zgadza się. I oby tak pozostało — odparł spokojnie.
Posłała mu ciepły uśmiech, a jak wiadomo, Żałobna posiadała niebywałą zdolność do zarażania nim. Kąciki pyska Wilczego mimowolnie również się uniosły.
— Co sprawiło, że opuściłaś żłobek? — zapytał.
Jej ogon mimowolnie zaczął się kołysać. Cieszyła się, że kontynuował rozmowę.
— Ciepły powiedział, że powinnam chociaż chwilę odpocząć od młodych.
Cień pokiwał głową, a jego pysk powrócił do naturalnej pozycji, pozbywając się tym samym delikatnego uśmiechu. Pieśni wiedziała, że nie do końca ufał ognistemu wojownikowi. I miał do tego pełne prawo, był w końcu zastępcą klanu i w jego interesie było dbanie o jego bezpieczeństwo.
— Jesteś szczęśliwa, Żałobna Pieśni? — zapytał nieoczekiwanie.
Zaskoczył ją, ale nie musiała zastanawiać się nad odpowiedzią.
— Tak. Myślę, że tak. Dzięki decyzji Brązowej Gwiazdy, moje szczenięta mają pełną rodzinę. Żałuję tylko, że Ciepła Pleśń nie może czuć się w pełni swobodnie, ale nie można przecież mieć wszystkiego — przez jej pysk mimowolnie przeszedł grymas.
— Podjęliście bardzo ryzykowną decyzję.
Spojrzała na niego, niemo prosząc, aby kontynuował.
— Dużo prostszym byłoby udawanie, że nie wiesz, kim jest ojciec szczeniąt.
— Nie interesowało mnie prostsze rozwiązanie. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. I jest nią zarówno klan wietrznych, jak i Ciepła Pleśń wraz z naszymi dziećmi. — Przez jej głos przemawiała determinacja.
— Mogłaś stracić wszystko.
— Musiałam spróbować. Inaczej straciłabym jego, a na tym straciłyby też moje dzieci. — Odwróciła wzrok.
— Nie było to rozważne.
Milczała.
— Aczkolwiek szanuję cię za to.
Spojrzała na niego wyraźnie zdziwiona.
— Jak to?
— Nie popieram romansu z wojownikiem z obcego klanu, żeby była jasność. Aczkolwiek widzę, że jesteś odważna i zrobisz wszystko, aby chronić swoich bliskich. To dobrze o tobie świadczy.
Żałobna Pieśni poczuła, jak ciepło rozlewa jej się po serduszku, a promienny uśmiech znów przyozdabia jej pyszczek.
— Dziękuję, Wilczy Cieniu. To wiele dla mnie znaczy — odparła szczerze.
I znów zastępca odwzajemnił drobny, lecz istotny gest.
— A ty, jesteś szczęśliwy? — zapytała.
— Można tak powiedzieć. — Stwierdził.
Nie była pewna, czy wypadało jej drążyć temat. Już otwierała pysk, aby zaryzykować, jednak ten zdążył ją uprzedzić.
— A teraz przepraszam, ale muszę rozwiązać pewną kwestię z Jaskółczą Burzą — odparł.
Wojowniczka skinęła głową.
— Dziękuję za rozmowę, Wilczy Cieniu.
Samiec odpowiedział skinieniem głowy. Pożegnała się więc z resztą towarzyszy i odłączyła od patrolujących psów, kierując w stronę dworca. Coś mówiło jej, że powinna się tam znaleźć. Spodziewała się co prawda Cynamonowej Pestki, ponieważ nie było jej, gdy wychodziła ze stadniny, ale zamiast niej dostrzegła zastępcę bezgwiezdnych. Musieli mieć niedobór rosnących w tych okolicach ziół, ponieważ ponownie znalazła go w tym samym miejscu, robiącego dokładnie to samo, co ostatnio. Tym razem jednak ich spotkanie miało szansę nie zakończyć się traumatycznym dla obu stron porodem.
— Jazgot! — krzyknęła wesoło.
Podniósł głowę.
— Cześć, Nieuchwytka — był znacznie mniej entuzjastyczny, niż ona.
Podbiegła znacznie bliżej. Widząc, jaki kształt mają rośliny, które podnosi, zdecydowała się mu pomóc. Nie miała co prawda pojęcia co dokładnie zrywa, ale nie było to zbyt istotne.
— Chyba jestem ci winna wyjaśnienia — przyznała, a on skinął głową. — Szczenięta są całe i zdrowe. Nazwaliśmy je Wieczorynka, Szept i Różyczka — uśmiechnęła się promiennie.
— To dobrze, ale nie powinnaś była tu przychodzić w takim stanie. Gdybym cię nie znał pomyślałbym, że chcesz zostawić te dzieci na pastwę losu.
— Martwiłam się o Cynamonkę. Nigdzie jej nie było, więc poszłam jej szukać, ale znalazłam ciebie. Poza tym nigdy bym ich nie zostawiła — obruszyła się w pierwszej chwili. — Nawet, gdyby Ciepły się do nas nie przyznawał…
— Ciepły? — uniósł brew.
— Ciepła Pleśń.
Przez chwilę starał się połączyć wątki. Widać było, że coś mu się nie zgadzało.
— A on nie był z Industrii.
— Owszem.
Nastała długa, niezręczna cisza.
— Jesteście nieodpowiedzialni — burknął.
— Postąpiliśmy nieodpowiedzialnie — poprawiła go, kładąc nacisk na pierwsze słowo. — Ale wzięliśmy to na siebie. Szczenięta mają pełną rodzinę. Ciepły nie wyparł się ich, wręcz przeciwnie. Dogadaliśmy się z Brązową Gwiazdą i Rzepakową Gwiazdą, aby wpierw on mógł przebywać na terenach wietrznych, a potem ja na ognistych. Będą mogły same wybrać, gdzie chcą przynależeć — powiedziała spokojnie.
Samiec pokiwał głową.
— Cieszę się. Za dużo jest porzucanych szczeniaków.
Samica podrzuciła mu ziele, które udało jej się zebrać.
— Będę do nich wracać. Trzymaj się, Jazgot — odparła z uśmiechem.
— Dzięki, Nieuchwytka. — Odpowiedział tylko.
Kiedy oboje odchodzili w swoje strony, Żałobną nękało dziwne przeczucie, że niedługo spotkają się znów.
 
✿•.¸,¤°`°¤,¸.•✿

Czas mijał, a dzieci rosły. Nadszedł czas, kiedy to jej przyszło przebywać na terenach obcego klanu. Będąc zdaną na mniejszą lub większą gościnę ognistych wojowniczka zaczynała rozumieć, jak bardzo nieswojo musiał czuć się Ciepła Pleśń. Dlatego świadomie korzystała z tego, że jej maleństwa nie są już takimi maleństwami i mogła nieco częściej udawać się na spacery poza granice klanu. Chociaż wszyscy wiemy, że “nieco częściej” wcale nie oznaczało, żeby naprawdę robiła to jakoś często.
Jednak tego dnia bardzo wyraźnie słyszała, że wiatr pragnie jej coś powiedzieć i zwyczajnie nie mogła usiedzieć w miejscu. Powiadomiła więc Kolorowy Wiatr, której przyszło pilnować Żałobnej na czas jej mieszkania pośród ognistych, że pragnie się przejść, na co ta skinęła głową i obiecała w razie czego przypilnować jej córek, gdyby ich babcię wezwały inne, pilniejsze sprawy. Żałobna Pieśni dobrze dogadywała się z wojowniczką i cieszyła się, że to jej przyszło “niańczyć” wietrzną. Była bardzo uprzejma i ciepło traktowała szczenięta, a także ją samą. Żałobna popatrzyła jeszcze chwilę, jak Rzepakowa Gwiazda bawi się z Różyczką, Szeptem i nieco mniej chętną Wieczorynką, rzuciła szybkie “niedługo wrócę” i czmychnęła czym prędzej na zewnątrz.
Moment, w którym poczuła wiatr we włosach był tym niezapomnianym. Przymknęła oczy i przez chwilę pozwoliła sobie trwać w takim bezruchu. Skupiła się na kierunku, który jej nakazuje i dopiero, kiedy dokładnie go poczuła, ruszyła z miejsca. Żałobna Pieśni prawdopodobnie była najszybszą osobą spośród wszystkich pięciu klanów. Kiedy biegła, robiła to z niesamowitą, niepodobną do niej gracją. Nie można było odwrócić od niej wzroku, odnosiło się wręcz wrażenie, że razem z wiatrem stanowią jedność. Dokładnie czuła jego rytm i pozwalała nieść się tam, gdzie prowadził. Ufała mu i polegała na nim, jakby był jej partnerem w szalonym tańcu. Odpuścili oboje, gdy powoli opadała z sił i potrzebowała przerwy. Z daleka już widziała znajomą sylwetkę.
— Cześć, Jazgot. — Odparła zaskakująco spokojnie, chociaż serce kołatało jej jak szalone po wysiłku fizycznym. Oddychała głęboko, przywracając mu naturalny bieg.
— Cześć, Nieuchwytka. Co tu robisz? — zapytał.
Byli na terenach neutralnych, pomiędzy bezgwiezdnymi a ognistymi.
— Wiatr mnie przyprowadził. — Odparła zgodnie z prawdą.
— Aha — rzucił krótko.
Nie musiał rozumieć. Nie miał styczności z kulturą jej klanu. Nie rozumiał, jak wielkie znaczenie miał wiatr i jak ważnym było go słuchać.
— Co u ciebie? — zapytała luźno.
— Mam szczeniaki. — Wypalił.
Zamrugała kilkakrotnie zastanawiając się, czy się nie przesłyszała. Przez jej pyszczek przeszedł potężny szok.
— To… duża informacja — przyznała nie wiedząc, co właściwie powinna powiedzieć. Czuła dziwne kłucie, które ustąpiło z jego następnym zdaniem.
— Matka je u nas zostawiła, ktoś musiał się nimi zająć.
Widziała ból w jego oczach. Pamiętała, że u niego wyglądało to bardzo podobnie.
— Przykro mi. Ale cieszę się, że je przygarnąłeś. Opowiesz mi o nich? — zapytała łagodnie, chcąc zająć jego myśli czym innym.
— Wymyślnik jest najspokojniejszy i najbardziej ugodowy, ale martwi mnie to, jak często wpakowuje się w kłopoty pilnując Śnieżynki, która jest jego przeciwieństwem. Orchidea jest bardzo pewna siebie i ma cięty język, a Szakłak to mały marzyciel. — Ożywił się, kiedy o nich mówił.
Żałobna roześmiała się ciepło.
— Myślę, że dogadaliby się z moimi córkami, może poza Wieczorynką — suczka westchnęła. — Nie wiem, skąd jej się wzięła ogromna niechęć do nas, ale odnoszę wrażenie, że gardzi wszystkim, co nie podąża ślepo za kodeksem. I nie potrafię nic z tym zrobić.
— Zupełnie odwrotnie niż ty. — Stwierdził Jazgot.
— Dokładnie! — zgodziła się z nim. — Chciałabym otworzyć jej umysł, ale jednocześnie bardzo nie chcę narzucać jej tego, kim powinna być.
— Jest jeszcze młoda. Daj jej czas. — Położył jej łapę na grzbiecie.
Spojrzała na niego z wdzięcznością za okazane wsparcie.
— Dam. Szept mogłaby dogadać się z Wymyślnikiem. Jest bardzo cichutka i odnoszę wrażenie, że potrzebuje mniej energicznego towarzystwa, niż Różyczka. Ta to jest dopiero wulkanem! Przypomina mi siebie samą, gdy byłam w jej wieku — roześmiała się znów.
— Jak wam się żyje pośród ognistych? — zapytał po chwili.
— Dobrze. Już u siebie nauczyłam się ignorować nieprzychylne spojrzenia i konfrontować niemiłe komentarze. Dzieci zdają się dobrze czuć. Na pewno bardzo pomocne jest to, że ich babcia jest liderką. Niewielu wojowników ma tupet jawnie podważać jej decyzję o wpuszczeniu nas. Chociaż mam wrażenie, że większość je lubi.
— Rzepakowa Gwiazda zdaje się kochać każde szczeniaki.
— Powiem ci, że nie tylko ona. Brązowa Gwiazda zmiękł, kiedy tylko Różyczka zwróciła się do niego per “wujku” — roześmiała się znów i tym razem samiec jej zawtórował.
 
✿•.¸,¤°`°¤,¸.•✿

— Widziałem, że wróciłaś do siebie. — Zagaił, kiedy zupełnie przypadkowo spotkali się po raz kolejny.
Pokiwała głową, wyraźnie przygaszona tym tematem. Nie musiał pytać, o co chodzi. Potrzebowała otworzyć się przed kimś.
— Wiedziałam, że czeka nas rozłąka, ale nie byłam w stanie się na to dokładnie przygotować. Ciepła Pleśń został w Industrii, a razem z nim Wieczorna Łapa. Różana Łapa i Szepcząca Łapa wróciły ze mną. Z jednej strony jestem szczęśliwa, że nie został tam sam, z drugiej nie mogę znieść rozłączenia rodziny. — Pokręciła głową.
Jazgot słuchał jej w milczeniu.
— Mimo wszystko jestem bardzo dumna ze swoich dzieci. Mianowanie ich… Uświadomiło mi to, jak szybko rosną. Są już uczennicami, niedługo zostaną wojowniczkami… Jeszcze przed chwilą były takie malutkie! — oczy jej się zaszkliły.
— Wymyślnik, Śnieżynka, Orchidea i Szakłak też dostali swoich mentorów — odpowiedział.
— Czyli rozumiesz, co czuję — pociągnęła nosem.

<Jazgot? Spieszmy się kochać dzieci, póki nie obrócą się przeciwko nam>
 [3038 słów: Żałobna Pieśń otrzymuje 50 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczona z pcheł przez Manaciego Olbrzyma]

22 lutego 2022

Od Żałobnej Pieśni do Wieczorynki — Event Walentynkowy

Odkąd na świecie pojawiły się szczeniaki, praktycznie w ogóle od nich nie odchodziła. Nie tylko z obawy, że coś mogłoby im się stać, ale również z potrzeby przebywania przy nich. Miała rodzinę. Swoją rodzinę. Ukochanego partnera. Najdroższe dzieci. Czego mogła chcieć więcej? Chyba tylko tego, aby jej najbliższa siostra wróciła do pełni zdrowia. Bardzo na to liczyła, a w swoich modlitwach do Gwiezdnych błagała ich o to, by przywrócili jej świadomość. Nie wiedziała, czy przodkowie nie są obrażeni na nią za jej wyskok i miała nadzieję, że jeśli już mieliby ingerować w negatywny sposób w jej życie, to na niej samej, a nie jej najbliższych. Zawsze, kiedy odbiegała myślami do tego, czy na pewno dobrze zrobiła, starała się usprawiedliwić niesprecyzowanym kodeksem. Nigdzie tego nie zabroniono. W takim razie skąd pojawiało się poczucie, że zdradziła klan?
Wietrzni różnie przyjmowali tę informację. Część wojowników zdystansowała się bardzo i mimowolnie unikała towarzystwa Żałobnej, nie mówiąc o pogardliwych spojrzeniach posyłanych przebywającemu z nimi Ciepłemu. Byli nawet tacy, którzy głośno wyrażali swoje niezadowolenie, co niestety udzieliło się Wieczorynce — pierworodna, mimo ogromnych starań swojej mamy, nabierała coraz więcej niechęci zarówno do rodziców, jak i rodzeństwa. Martwiło to bardzo Żałobną Pieśń. Wyobrażała sobie bowiem swoje szczeniaki jako dobry powód do zacieśnienia relacji między klanowych, a może nawet zjednoczenia z Ognistymi?
Rosnąca niechęć własnego dziecka sprawiała, że suka obwiniała się o niewłaściwe wychowanie potomstwa i mimo ogromnej miłości, którą darzyła szczenięta, nie uważała się za dobrą matkę. Ciepła Pleśń nie przywiązywał do tego szczególnej wagi powtarzając partnerce, że to tylko taki okres buntu i na pewno jej przejdzie. Mimowolnie Pieśń zaczęła się zastanawiać, czy o Omszonej Krtani mówił to samo, a wtedy jej niepokój wzrastał znacząco. Nie mówiła jednak o tym partnerowi. Nie wiedziała tylko, czy nie chce denerwować tym jego, czy siebie samej.
Neutralne stanowisko było najczęściej spotykanym. Większość klanu albo to nie obchodziło, albo zwyczajnie nie miało znaczenia, jakiego pochodzenia są szczenięta. Równie dobrze mogły być to przybłędy, może nawet byłyby traktowane lepiej. Ale przybłędami nie były. Żałobna nie rozumiała, czym właściwie różni się rodzic szczeniąt swoich od tego, który dzieci poniekąd adoptował. Albo jakie znaczenie ma to, czy dzieci były planowane i wyczekiwane, czy powstały kompletnie przypadkowo, skoro finalnie miały kochających rodziców. Pod tym względem stawiała siebie na równi z Brązową Gwiazdą.
Na szczęście znaleźli się również entuzjaści małych kulek, chociażby wspomniany wcześniej lider, któremu serce zmiękło przy pierwszym “wujku Brązowa Gwiazdo”, które wypłynęło z pyska Różyczki. Manaci Olbrzym także miłował trójkę sióstr i z radością witał je na badaniach, które (przez nadopiekuńczość młodej mamy) odbywały się odrobinę częściej, niż się odbywać powinny. Nie było jednak tego złego, tym samym odwiedzały ciocię Cynamonową. Gwiezdni musieli zlitować się nad rozpaczającą siostrą, bowiem stan Pestki zaczął się nieznacznie poprawiać. Żałobna popłakała się, kiedy Owsianka odpowiedziała jej jednym słowem na rzucone w przestrzeń pytanie. Starała się nie być natrętna i nie zamęczyć siostry i chyba właśnie dzięki szczeniakom udało się jej nie ślęczeć przy niej nieustannie. Cieszyło ją bardzo to, że przy Wieczorynce rozkwitała i nie miała problemu z tym, aby spędzały czas sam na sam. Miała nadzieję, że dzięki temu córka odrobinę bardziej polubi swoją rodzinę.
Martwiło ją natomiast to, że nieubłaganie zbliżał się czas opuszczenia terenów Wietrznych. Obawiała się, że Wieczorynka utraci więź z ciocią. A szczenięta rosły i rosły, aż dobiły do wieku trzech księżyców. Wiedziała, że niedługo będą przechodzić do klanu Ognistych. Zdążyła porozmawiać już o tym z Szeptem i Różyczką, które wykazały się zrozumieniem. Obawiała się natomiast reakcji Wieczorynki, dlatego zdecydowała się z nią porozmawiać o tym oddzielnie.
— Kochanie? — zwróciła się do czarno-białej suni.
Młoda powoli przeniosła na nią swoje spojrzenie, wbijając w matkę zniecierpliwiony, wyczekujący wzrok. Pieśń uśmiechnęła się do niej ciepło.
— Jesteście już dosyć duże, poznałyście zwyczaje mojego rodzinnego klanu, niebawem przyjdzie czas na to, abyście poznały również klan, z którego pochodzi wasz tato — odparła.
— Po co? — spytała, a na jej pysku ukazał się grymas niezadowolenia.
Żałobna obawiała się, że tak właśnie będzie.
— Żebyś mogła poznać swoją babcię, innych wujków i ciocie, zobaczyć, z jakimi tradycjami dorastał tato. Kiedy dorośniesz, od ciebie będzie zależało, gdzie wolisz zostać — tłumaczyła cierpliwie.
Wieczorynka zamilkła na moment. Przyglądając się jej Pieśni wiedziała, że nawet, jeśli zdecyduje się pozostać z Płomiennymi, będzie robiła wszystko, aby kontakt z córką nie umarł. Jakby nie patrzeć robiła wszystko, żeby jej dzieci czuły się chciane, kochane, potrzebne i szczęśliwe. Poświęcała im czas. Bawiła się razem z nimi mając w pamięci to, jak okropnie czuła się, kiedy Złota nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Uczyła, dbała i cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania dokładnie tak, jak robiła Biała Zamieć. Otaczała troską, ale nie rozpuszczała ich. Dawała z siebie wszystko, żeby być najlepszą matką, jaką szczenię mogłoby sobie wymarzyć. Ale czy to było wystarczające? Nie wiedziała. Jedno było pewne. Żałobna Pieśń kochała swoje dzieci najbardziej na świecie.
— Co z ciocią Cynamonową? — zapytała w końcu.
— Będziemy ją odwiedzać. Jestem pewna, że ona także chętnie spotka się z tobą na terenach neutralnych. Na pewno zrobimy tak, żebyś mogła się z nią widzieć.
— Aha. — Mruknęła tylko po chwili namysłu.
— W porządku? — dopytała Żałobna, której ta odpowiedź najwyraźniej nie wystarczała.
— I tak nie mam wyboru — oznajmiła.
Oczy Pieśni przygasły odrobinę, jej uśmiech zaś zdawał się być odrobinę smutniejszy.
— Nie traktuj tego jako karę, Skarbie. Nasze przenoszenie się jest właśnie po to, żebyś miała wybór, gdy podrośniesz. Będziesz mogła zdecydować, gdzie chcesz się uczyć, które zwyczaje są ci bliższe. — Mówiąc to liznęła ją czule po czółku.

<Wieczorynko? Może mama wcale nie jest taka okropna? ♥>
[900 słów, Żałobna Pieśń otrzymuje 9 punktów doświadczenia + 9 punktów doświadczenia za event]

11 stycznia 2022

Od Żałobnej Pieśni CD Ciepłej Pleśni

— A może powinnam odwołać spotkanie? Przyjść i powiedzieć tylko, że bardzo mnie teraz potrzebują w klanie i niestety muszę natychmiast wracać? Wolę to niż się ośmieszyć, przyjść z czymś przylepionym do futra, czego oczywiście nie zauważę, bo jakże by inaczej albo niż zrobić z siebie idiotkę, żeby stwierdził, że nie warto już się ze mną zadawać. Nie przeżyłabym tego, Cynamonko — trajkotałam siostrze.
Wiedziałam, że mi nie odpowie. Wciąż była w głębokim transie. Ale mimo to bardzo potrzebowałam wygadać się jej teraz. Przez dobre pół nocy nie spałam z tych emocji, ale paradoksalnie zamiast być przeokrutnie niewyspaną, włączyła mi się wyjątkowo upierdliwa nadpobudliwość. Ale jak miałabym ją wyłączyć, kiedy to on zaproponował spotkanie? Sam, zupełnie sam, bez mojej sugestii bądź działania przypadku! Chociaż gdyby tak przeanalizować dokładnie nasze poprzednie spotkania, ciężko było nie odnieść wrażenia, iż sami Gwiezdni chcieli nas do siebie zbliżyć. Czasem wyobrażałam sobie, że to Złota Gwiazda i Biała Zamieć (z większym naciskiem na tą drugą) posuwały nas ku sobie mając nadzieję, że ich córeczka wreszcie zazna odrobinę szczęścia.
— Pójdę. — Oznajmiłam po dłuższej pauzie, spędzonej na głębokich oddechach i wewnętrznych przemyśleniach. — Pójdę tam aby powiedzieć mu, co do niego czuję. Pójdę i wreszcie będzie wiedział, jak wiele w moim życiu znaczy. Jak bardzo przywiązałam się do jego obecności i jak bardzo pragnę zatrzymać go przy sobie, jeśli tylko on także tego chce. W najgorszym wypadku mnie odrzuci i jeżeli tak się stanie, uznam to za znak z niebios. Znak, że powinno być inaczej i ktoś inny jest mi pisany. Chociaż bardzo chciałabym, żeby to był akurat Ciepła Pleśń. Nawet, jeśli jest z innego klanu. Nawet, jeśli mają mną za to gardzić. W końcu ja też zasługuję na trochę radości w życiu. Na ciepło, na bliskość, na… Na miłość. — Podsumowałam dziarsko, a mój ogon mimowolnie zaczął kiwać się na boki.
Jak można się było spodziewać, młoda medyczka nie zareagowała na moje monologi, więc jej przypadkowo rzucone, nieco zaćmione spojrzenie w bok uznałam za niemą zgodę. Co więcej czułam, że gdyby była bardziej obecna, naprawdę wspierałaby mnie. Może nie moją międzyklanową miłość, ale jakoś by ją zaakceptowała. Bo akceptowała i kochała mnie, a rodzina zawsze była dla niej niezwykle istotna. Szkoda, że tak późno to do mnie dotarło. Po tym uzewnętrznianiu moje kroki w stronę terenów Ognistych były nieco mniej przerażone, niż gdyby zaistniały bez tego. Wciąż nie czułam się pewnie, jakby opuszki moich łap miały stanąć za chwilę na nieznanym dotąd gruncie, ale przynajmniej się tak nie bałam. Ze względu na mój szacunek do nieprzekraczania granic (który istniał mimo wyboistej i zachwianej wiary w Gwiezdnych) oraz innych punktów kodeksu, obrałam sobie drogę dłuższą, wiodącą po terenach neutralnych. Uniknęłam w ten sposób wtargnięcia Cienistym w paradę, nie naruszyłam także przestrzeni osobistej Bezgwiezdnych. Wpierw dreptałam polami, ale chcąc nie chcąc natrafiłam na wstrętną, twardą, asfaltową powierzchnię paskudnych dwunogów, którzy absolutnie wszędzie, gdzie się pojawiali, musieli zaznaczyć swoją obecność. Tam zaczynały się schody w postaci panicznego unikania głośnych, szybkich potworów za każdym razem, kiedy zjawiały się na horyzoncie. A ten dzień musiały obrać sobie na łowy, bowiem pojawiało się ich niesamowicie dużo. Każdy sygnał ich obecności, rozpoczynający się oślepiającymi światłami bądź drżeniem podłoża, był dla mnie jasnym komunikatem do ucieczki. Czym prędzej czmychałam wtedy w pobliskie krzaki, czasem za śmietnik, czasem w stertę liści, którymi Pora Opadających Liści uraczyła całą ziemię. I mimo obecnej Pory Nowych Liści, wciąż funkcjonowały na ziemi, ujawniając się po tym, jak tylko śnieg opuścił nas razem z pożegnaniem Pory Nagich Drzew. Każdy taki wyskok oznaczał kolejną pamiątkę w mojej sierści. O ile na co dzień nie miało to dla mnie większego znaczenia, tak dziś chciałam jednak coś sobą reprezentować. I dzisiaj właśnie, jak na złość, takich błahostek wyłapywałam niesamowicie dużo.
Pierwszym co uczyniłam, gdy dotarłam na miejsce spotkania, było wyjęcie wszystkich tych pasażerów na gapę. Nie było to ani proste, ani przyjemne, ponieważ niektóre skurczybyki nie miały zamiaru opuszczać miękkiego, ciepłego i zapewne wygodnego miejsca pośród mojego włosia. Poza tym siedziałam pod pylącym drzewem, obudzonym do życia o tej porze roku. Niby mogłam się przesunąć, ale miałam do niego sentyment. W końcu było to miejsce, w którym czekałam na Ciepłego przy naszym pierwszym spotkaniu. Oczywiście nie licząc zgromadzenia, ale wtedy poniekąd w swojej obecności przebywaliśmy przymusowo. Każde z nas musiało się na nim stawić, więc nie liczyłam go w taki sposób.
— Cześć Żałobna, miło cię widzieć — usłyszałam dokładnie w momencie, w którym zmusiłam ostatnią gałązkę do opuszczenia mojej sierści.
— Cześć Ciepły! Ciebie również miło widzieć — podniosłam się z ziemi, a mój ogon zamerdał wesoło na boki mimo moich usilnych prób stłumienia odczuwanego entuzjazmu.
— Kłaczasta Łapa jest już w drodze na targ. Jeśli teraz wyruszymy, powinniśmy dostrzec go z pewnej odległości. Lepiej, żeby nie wiedział, że mamy go na oku. Będzie czuł się swobodniej — poinstruował mnie przyjaciel.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. Przyznam szczerze, że z tych całych emocji zupełnie zapomniałam, że nasze spotkanie miało jakiś konkretny cel oprócz samego zobaczenia się. Na szczęście nie było to nic bardzo zajmującego, więc już podczas przechadzki mogliśmy przejść na luźniejsze tematy.
— Jak tam dzisiejszy trening? — zagaiłam, żeby od razu nie wyjeżdżać z “hej Ciepły chyba cię kocham”.
— Całkiem nieźle, chociaż jak zwykle powoli. Nagietkowa Łapa potrzebuje trochę czasu, ale bardzo ładnie sobie radzi. — Odparł.
Pokiwałam głową doskonale rozumiejąc, o czym mówi.
— Masz bardzo rozsądne podejście. Zresztą z moim uczniem wygląda to dosyć podobnie i już zaczynałam się martwić, że może jestem nieodpowiednią mentorką… Uspokoiłeś mnie trochę — przyznałam i posłałam mu promienny uśmiech.
— Nie mogłabyś być nieodpowiednią mentorką, skoro już jedna wojowniczka wyfrunęła spod twoich skrzydeł — szturchnął mnie delikatnie.
— Trudno by było jej nie wyszkolić, jest niesamowicie zdolna, bardzo sprawnie jej poszło. Czasami miałam wrażenie, że tak naprawdę mnie potrzebuje jedynie do drobnej korygacji. Pięknie wszystko przyswajała, wielu rzeczy uczyła się lub domyślała sama, pytała mnie jedynie o poprawność nabytej informacji. — O Sarniej Łapie, a właściwie już teraz Sarnim Tupocie, mogłam opowiadać w samych superlatywach. Lubiłam ją chwalić i byłam naprawdę bardzo dumna, kiedy została mianowana na wojowniczkę.
— Miała po prostu świetny wzorzec do naśladowania — spojrzał na mnie tak, że i bez rosnących powoli temperatur mogłabym się tu i teraz rozpuścić.
Zrobiło mi się ciepło na serduszku, a co tego doszło dziwne, aczkolwiek przyjemne mrowienie w podbrzuszu.
— Dziękuję — odpowiedziałam spokojnie, chociaż moje serduszko znacznie przyspieszyło swoją pracę. — Ty również jesteś cudownym mentorem, tylko pozazdrościć twoim uczniom — dodałam.
Chociaż… Gdybym była jego uczennicą, nasza relacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Bywały psy, które znajdowały w swoich mentorach późniejszego partnera, ale ciężko było mi to sobie wyobrazić. Może dlatego, że moimi mentorkami były moje mamy?
— Widzę go — Ciepła Pleśń zatrzymał się nagle, wybijając mnie z rozmyślań.
Rzeczywiście, uczeń z jego klanu spokojnie obserwował jakąś roślinkę. Zioło. Chwasta. Jak dla mnie wszystkie te (mniej lub bardziej zielone) badyle wyglądały tak samo, mimo niezliczonych godzin spędzonych w legowisku medyka ostatnimi czasy. Rozejrzałam się szybko za kryjówką, w której oboje moglibyśmy usiąść spokojnie, aby móc dalej rozmawiać, ale jednocześnie obserwować Kłaczastą Łapę. Moją uwagę zwróciło kiepsko prosperujące stoisko z niechlujnie zwisającym, słabo ułożonym materiałem, który niby miał skryć stojące pod nim, kartonowe pudełka. Swoje przeznaczenie spełniał jedynie częściowo, najwyraźniej jakiemuś dwunogowi nieszczególnie chciało się zadbać o to, by nieproszona widownia miała wgląd na zaplecze. Między pudłami z zapasem sprzedawanych produktów było akurat wystarczająco miejsca, abyśmy mogli dosyć swobodnie tam przebywać.
— Chodź — trąciłam wojownika nosem i ruszyłam przodem.
Ruch tego dnia był niewielki na nasze szczęście, bowiem z doświadczenia już wiedziałam, że swoim wyglądem przykuwam uwagę lepkich, szczenięcych rączek dwunożnych. Dodatkowym zabezpieczeniem było miejsce, do którego się kierowaliśmy. Żaden szanujący się, nieofutrzony dorosły nie posłałby swojego maleństwa ku tak dziwnie pachnącym przedmiotom. Wolałam nawet nie zagłębiać się w to, co właściwie sprzedaje.
Byłam absolutnie zbyt pewna siebie i los postanowił mnie za to solidnie pokarać. Mój tylny, lewy pazur zahaczył o materiał. I pewnie bez problemu bym się z tego wyplątała, gdyby tylko mój mózg zdecydował się jednak skoordynować jakkolwiek moje ruchy. Jednocześnie starając się odczepić upierdliwą płachtę i nie zatrzymywać chodu, przewróciłam się i solidnie przekoziołkowałam, ściągając ze sobą część tkaniny, w którą z kolei wleciał Ciepły. Musiał zapatrzeć się na to, co akurat robi uczeń, bo nie zdążył zareagować i poleciał na mnie, przygniatając swoim ciężarem. W ten oto sposób dzieliły nas milimetry, a dziwne mrowienie w podbrzuszu znacznie się nasiliło. Zrobiło mi się gorąco i zaczynałam rozumieć przeznaczenie jego imienia. Przynajmniej tej pierwszej połowy. Kiedy zawstydzony spróbował się podnieść, poślizgnął się i naparł na mnie jeszcze mocniej, w efekcie zakleszczając nasze ciała znacznie bardziej. Temperatura robiła się nie do zniesienia, wzrastając wprost proporcjonalnie do nasilania się skrywanych pod sierścią rumieńców. Wydałam z siebie bliżej nieokreślony, kompletnie niekontrolowany pomruk, co wprawiło mnie w jeszcze większe zawstydzenie, ale powoli przestawało to dla mnie mieć znaczenie. Coś w jego wzroku zmieniło się. Zwyczajowa troska i łagodność ustępowały miejsca temu dziwnemu spojrzeniu, które wywołało u mnie dreszcze. Lustrował mnie swoimi oczami bardzo uważnie, jakby samym wzrokiem chciał mnie pochłonąć.
— C-ciepły — wydusiłam tylko, sama nie poznając swojego głosu. Brzmiał inaczej. Nie potrafiłam opanować przyspieszającego oddechu i drżenia.
Pragnął mnie. Widziałam to. A to, że ja pragnęłam jego, znacznie przysłaniało mi potencjalne konsekwencje. Myśl, że właśnie robię coś wbrew klanowi odpłynęła gdzieś w dal, skutecznie odganiana pożądaniem. Niemo błagałam go, aby zrobił to wreszcie, a on tego błagania usłuchał. Pozwoliłam chwili ponieść się przez pierwsze takie, niezapomniane wrażenie. Nie wiem, ile to trwało. Leżał na mnie, dysząc równie ciężko, powoli uspokajając swój puls. Wtuliłam się delikatnie w jego sierść, wciąż nie dowierzając w chemię między nami, której nie byliśmy w stanie dziś stłumić. A potem usłyszałam niewzruszony głos cholernej, ciemnobrązowej kępki futra i zesztywniałam.
— Intrygująca pozycja bracie, ale wydaje mi się, że gdyby leżała na brzuchu, byłoby wam przyjemniej.

~***~
 
— Jeszcze raz, Klematisowa Łapo. Wczoraj pokonałeś tę trasę znacznie szybciej. Jeśli wydaje ci się, że pozwolę ci zostać z takim wynikiem, to… — urwałam czując, że za chwilę zwymiotuje. W popłochu przebiegłam w stronę krzaków, gdzie przywitałam się ponownie z moim śniadaniem. Nie byłam z tego powodu zadowolona.
— Żałobna Pieśni? Wszystko w porządku? — zapytał ostrożnie mój uczeń.
— Mhm — wymamrotałam niemrawo, odwracając wzrok pełen obrzydzenia od resztek szczura, który jeszcze rano wydawał mi się całkiem smaczny. Mój wstręt do jedzenia znacznie wzrastał za każdym razem, kiedy to się działo. A niestety ostatnio mdłości nie opuszczały mnie na krok.
— Wiem, że mówiłaś, że to jakieś paskudne zatrucie, ale zaczynam się martwić, Żałobna Pieśni. Twój stan nie polepsza się od kilku treningów i z całym szacunkiem do ciebie, twojej wytrzymałości, twoich zapewnień, że wszystko jest w porządku, chciałbym zaprowadzić cię do medyka — wyrecytował szybko Klematisowy.
Musiał sobie przećwiczyć tę formułkę, bo mało kiedy sprzeciwiał się moim słowom, a już na pewno nie z taką pewnością i zdecydowaniem. Byłam już bardzo zrezygnowana i jeszcze bardziej zmęczona, dlatego nie protestowałam, kiedy prowadził mnie do Manaciego Olbrzyma. Niech jednak nie myśli sobie, że miało to oznaczać koniec treningu.
— Aksamitkowa Chmuro, czy… — zaczepiłam przechodzącą tuż obok nas suczkę, ale przerwała mi wpół słowa.
— Żałobna Pieśni! Jak ty okropnie wyglądasz! — palnęła, co spotkało się z moim pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
Powstrzymałam się od uszczypliwości, które same cisnęły mi się na język.
— Ciebie też miło widzieć. Idę właśnie do Manaciego Olbrzyma. Czy mogłabyś dopilnować, żeby Klematisowa Łapa nie przerywał treningu, dopóki nie przebiegnie trasy, którą wyznaczyłam w mniej niż piętnaście uderzeń serca? — poprosiłam.
Nie wyglądała na zachwyconą, ale skinęła głową.
— Oczywiście. Nie ma sprawy — uśmiechnęła się nieco sztucznie.
— Ale Żałobna Pieśni, miałem cię odprowadzić… — mruknął nieśmiało uczeń.
— Jeśli myślisz, że na tak krótkim odcinku umrę od głupiego zatrucia, niech Gwiezdni cię mają w opiece — fuknęłam zirytowana.
Ostatnio zrobiłam się znacznie bardziej nerwowa. I kompletnie nie pomagał tu fakt, że już jakiś czas nie widziałam się z Ciepłą Pleśnią, wstydząc się bardzo rozmawiać o tym, co między nami zaszło, a jeszcze bardziej wstydząc się tego, że wtedy uciekłam. Ta kilkuksiężycowa przerwa była najdłuższą, jaką mieliśmy od widzenia się odkąd się poznaliśmy i zaczynało mi powoli od niej odbijać. Tęskniłam za nim, jednak to cholerne zażenowanie było zbyt silne, żebym mogła je w tak prosty sposób pokonać. Jeszcze ten uczeń medyka od siedmiu boleści… Gdyby nie on, pewnie doszłoby między nami do jakiejś rozmowy po fakcie… Zamiast tego tkwiliśmy w dziwnym, przerastającym mnie milczeniu.
— Klematisowa Łapo, to nie jest temat do dyskusji. Wiem, że jesteś w stanie to zrobić, jesteś bardzo zdolny — złagodniałam, widząc jego niepewne spojrzenie.
W końcu skinął głową i poganiany przez moją biologiczną matkę, opuścił razem z nią stadninę, żebym ja mogła dojść do legowiska medyków. Manaciego Olbrzyma przywitałam wymiotując do wiadra z wodą, które stało nieopodal ziół. Ich zapach, zwykle stosunkowo neutralny, teraz był zdecydowanie za mocny i wprawiał mnie w jeszcze gorszy humor, o tym kręceniu się w głowie nie wspominając.
— O rajuśku! Co ci dolega, Kochanieńka? Chodź, już zabieram się za badania — doskoczył do mnie znacznie szybciej, niż standardowo się poruszał, a ja wszystkimi siłami powstrzymywałam się od warczenia na niego i narzekania na ostrą woń medykamentów.
— No, Malutka! — na jego pysku malowała się rozbrajająca radość.
I pewnie w normalnych okolicznościach zaraził by mnie pozytywnym nastawieniem, może nawet przestałabym się tak denerwować. Ale teraz tylko rozdrażnił mnie bardziej.
— No? — spojrzałam na niego zniecierpliwiona, a grymas niezadowolenia przeszedł przez mój pysk.
— Kim jest ten szczęśliwiec? — zapytał, a jego ogon poszedł w ruch.
— Jaki znowu szczęśliwiec? — fuknęłam. Poziom mojej irytacji rósł. — Możesz wreszcie przejść do rzeczy, a nie zasypywać mnie jakimiś durnymi zagadkami?!
— Jak to jaki? — roześmiał się pogodnie, niezrażony budzącą się w moich oczach chęcią mordu. — No przecież ten, który zostanie ojcem przesłodkich maluszków, które nosisz przy sercu! Gratulacje, Żałobna Pieśni! Jesteś w ciąży!
Kiedy wreszcie połączyłam wątki, zrobiło mi się słabo i gdyby samiec nie stał obok, poleciałabym na ziemię.
— No no, Kochaniutka! Ostrożnie, ostrożnie, nie możesz się teraz przemęczać — pomógł mi się ułożyć. — Niech no tylko znajdę… — wymamrotał i upewniając się, że nic mi się teraz nie stanie, zaczął szukać jakiś ziół. — O! To ci nieco ułatwi, powinnaś poczuć się lepiej — wsadził mi do pyska jakiś korzeń, który odruchowo zaczęłam memłać.
Zaraz okazało się jednak, że będzie musiał mi podać też coś na uspokojenie. Moje przerażenie bowiem rosło z każdą kolejną sekundą, kiedy to postawiona przez niego diagnoza przestała być koszmarnym snem, z którego się zaraz wybudzę, albo bardzo nieśmiesznym żartem.
— Jak ja mu teraz spojrzę w oczy? — wydukałam tylko, po czym rozpłakałam się na dobre.
Aż do zachodu słońca medyk nie mógł ze mnie wyciągnąć, co się właściwie stało i dlaczego tak źle przyjęłam wiadomość o nowym życiu, która przecież zawsze powinna być chwilą piękną i wzruszającą. Potem, kiedy zielska zaczęły działać, a ja byłam absolutnie wypruta z emocji, opowiedziałam mu o mojej relacji z Ciepłą Pleśnią, a także o naszym ostatnim spotkaniu, które zakończyło się dosyć nieoczekiwanie. Pominęłam jedynie fakt bycia obserwowanymi przez ucznia…
— Co ja mu teraz powiem? O Gwiezdni, a co ja powiem tutaj? Przecież Brązowa Gwiazda wyrzuci mnie z klanu! — zaczynałam się znów nakręcać.
— Hej, Maleńka, spokojnie. Nie pozwolimy mu na to. — Zmartwiony medyk położył mi łapę na barku. — Chcesz, żebym to ja mu o tym powiedział?
— Nie, Manaci Olbrzymie — pociągnęłam nosem. — Ja muszę przekazać naszej Gwieździe tą wiadomość. Ale najpierw… Najpierw muszę porozmawiać z Ciepłym — głos mi zadrżał.
— Najpierw to ty musisz odpocząć. Wyspać się, ochłonąć, dać sobie czas, żebyś była gotowa na tę rozmowę. No już, Mała. Odpocznij, potrzebujesz tego teraz — podał mi coś jeszcze. Prawdopodobnie na sen.
— Dziękuję — szepnęłam tylko, bo nie było mnie stać na nic więcej.
Cynamonowa Pestka, chociaż wciąż w transie, leżała tuż obok mnie. Jej obecność, mimo, że niekoniecznie świadoma, działała na mnie kojąco. Wtuliłam się w siostrę i łkałam cichutko, dopóki nie usnęłam. W całym tym napadzie paniki nie zauważyłam białej, kropkowanej sylwetki, która ulotniła się z miejsca zdarzenia, kiedy tylko podsłuchała wystarczająco.

~***~
 
— Dobrze! Dokładnie o to mi chodziło! — pochwaliłam ucznia, który położył pod moimi łapami sporych rozmiarów królika. — Idzie ci coraz lepiej, Klematisowa Łapo.
Na samą zwierzynę spoglądałam jedynie przez chwilę, ponieważ przez cholerne hormony zrobiło mi się jej naprawdę żal. Nie mówiąc już o widoku krwi, który po dziś dzień wywoływał we mnie nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Mimowolnie wzdrygnęłam się, ale uczeń zdawał się tego nie zauważać. Był uśmiechnięty, chociaż wiedziałam, że przez jako bardzo ambitna osoba, długo nie będzie z siebie dumny. Zaraz pewnie postawi sobie poprzeczkę za wysoko i wrócimy do punktu braku motywacji i wiary w siebie. Przynajmniej nigdy nie odpuszczał. Nawet, jeśli powoli tracił pewność.
— Żałobna Pieśni — usłyszałam.
Odwróciłam się i skinęłam głową w ramach przywitania Bolesnemu Barku, który był właścicielem głosu. O ile się nie mylę, właśnie schodził z patrolu.
— Jakiś pies chce z tobą rozmawiać. Przedstawia się jako Ciepła Pleśń, pachnie Ognistymi. Czeka na granicy, koło dworca. — Powiedział.
Zesztywniałam.
— Dobrze, już idę. — Odparłam, usiłując nie pokazać żadnemu z nich swojego strachu.
— Pójść z tobą? — zapytał wojownik, jakby wyczuł moją niepewność.
— Nie — rzuciłam zdecydowanie za szybko, zyskując zaskoczone spojrzenie Klematisowego. — Nie, dziękuję. — Odkaszlnęłam. — Spodziewam się go dzisiaj, nie ma złych zamiarów.
Nie była to do końca prawda. A przynajmniej część o spodziewaniu się, bo nie wierzyłam, żeby Ciepły miał w zanadrzu zamach na cały klan i chęć przejęcia władzy nad klanem Wietrznych. W każdym razie nie sądziłam, że to on przyjdzie pierwszy. To ja zaszłam w ciążę. To ja musiałam go o tym poinformować. Ale to jego szósty zmysł, albo inny znak od Gwiezdnych sprawiły, że przyszedł jeszcze zanim byłam psychicznie gotowa na to, by go powiadomić. Minęło dopiero kilka dni, odkąd się dowiedziałam…
Bolesny wzruszył tylko Barkami, skinął mi łbem i oddalił się od nas. Zapadła cisza.
— Skończymy wcześniej, Klematisowa Łapo. To wszystko na dziś. Odnieś zwierzynę na stos i odpocznij, muszę załatwić swoje sprawy. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. — Powiedziałam po kilku głębszych oddechach.
— Nie mam. Dziękuję za trening — posłusznie podniósł królika i odszedł, zostawiając mnie samą. Potrzebowałam dobrej chwili na gapienie się w nicość, zanim zebrałam się w sobie, żeby ruszyć ku granicy klanu.
Byłam przerażona i nie zdziwiłabym się, gdybym idąc tam wyglądała tak, jakbym szła na ścięcie. Mój poziom stresu wzrósł do tego stopnia, że zastanawiałam się tylko, czy raczej zwymiotuję, czy zemdleję. Obawiałam się tej rozmowy. Wiedziałam, jak bardzo Ciepła Pleśń ceni sobie swój klan. Zdawałam sobie sprawę z jego wartości moralnych, które tylko utwierdzały moją czarną wizję o samotnym wychowywaniu szczeniaków. Byłam spięta. Miałam ochotę po prostu odwrócić się i odbiegnąć jak najdalej stąd, ale zamiast tego stawiałam małe, niepewne, powolne kroczki. I chociaż wydłużałam w ten sposób podróż, nie zatrzymywałam jej. Siłą rzeczy musiałam kiedyś dojść tam i go zobaczyć. I to wcale nie była ta zła część. Dawno go nie widziałam i nie byłam z tego powodu zadowolona. Wiedziałam jednak, że to czas na tę rozmowę. I właśnie to sprawiało, że odchodziłam od zmysłów.
— Hej — wstał i uśmiechnął się pogodnie, jak gdyby nigdy nic.
Zupełnie jakbyśmy nie przespali się na terenach neutralnych, na oczach jego młodszego, przyrodniego brata, którego mieliśmy pilnować. Nawet w mojej głowie brzmiało to bardzo kiepsko. A on stał tutaj. Spokojny, beztroski. No, może to zbyt wiele powiedziane…
— Cześć — powiedziałam cicho, spoglądając na niego niepewnie.
Zawisła między nami niezręczna atmosfera, którą on także odczuł. Odchrząknął.
— Wszystko u ciebie w porządku?
— Nie do końca — przyznałam, powstrzymując się od typowego, wciskanego innym kłamstewka pod tytułem “tak, pewnie, wszystko w porządku, czemu pytasz?” Byłam już tym zmęczona, poza tym bardzo nie chciałam go okłamywać.
Zasługiwał na szczerość.
I tak ciężko by mi było powiedzieć to wiarygodnie. Czułam się, jakby coś mnie przemieliło, przeżuło, połowicznie strawiło, a potem wyrzygało bez powodu. Byłam zmęczona, Aksamitkowa wielokrotnie wypominała mi wory pod oczami, a fakt, że przynajmniej połowa posiłków trafiała z powrotem na światło dzienne przyczynił się do schudnięcia.
— Coś się stało? Czy z Cynamonową Pestką jest gorzej? — Brzmiał na rzeczywiście zmartwionego.
Gdyby nie stres, byłabym pełna podziwu tego, jak dobrze mnie słucha. Zazwyczaj, kiedy coś ze mną było nie w porządku, chodziło o zamartwianie się stanem medyczki. Teraz jednak sprawa dotyczyła mnie i jego. Nas. Sprawa dotyczyła nas. Wzięłam głębszy oddech.
— Z Cynamonką nie jest ani lepiej, ani gorzej. Wciąż jest nieobecna... Ciepły, ja muszę ci o czymś powiedzieć — przestąpiłam nerwowo z łapy na łapę.
Położył po sobie uszy, a ja zestresowałam się jeszcze bardziej.
— To... słucham — powiedział ostrożnie.
Wróciło do mnie znajome uczucie narastającego nieoczekiwanie strachu.
— Ja.. bo.. bardzo mi na tobie zależy i.. i to nie miało tak wyglądać, bo... Proszę nie zostawiaj mnie z tym samej — wybełkotałam, a mój głos zaczął się łamać.
Był spokojny. Zaskakująco spokojny. Patrzył na mnie łagodnie.
— Będziemy mieć szczeniaki, prawda? — zapytał w końcu, kończąc moje nieudolne próby wysłowienia się.
Zesztywniałam, ale pokiwałam powoli głową. Byłam niesamowicie wdzięczna Gwiezdnym za to, że nie musiałam sama wypowiedzieć tego na głos. Naprawdę nie byłam w stanie.
Odwrócił wzrok, przyprawiając mnie przy tym o mały zawał. Przed oczami miałam już najgorszy scenariusz jak odwraca się i odchodzi. Widziałam, jak zostaję ze szczeniakami sama, a wiadomość, że mają one w sobie krew Płomiennych doprowadza do wydalenia mnie z Wietrznych.
— Poradzimy sobie — odpowiedział w końcu podnosząc na mnie wzrok. I mimo, że nie brzmiał zbyt pewnie, uspokoił mnie odrobinę.
— Przepraszam — wymamrotałam, biorąc głębszy oddech.
Samą siebie błagałam w myślach, żeby udało mi się opanować. Usiłowałam skupić się na oddychaniu, co zalecił mi zresztą Manaci Olbrzym, ale w takiej sytuacji nie było to proste. Ciepły odetchnął cicho i polizał mnie po czółku, co odrobinę mnie rozluźniło.
— W porządku... po prostu chyba wolałbym się dowiedzieć od ciebie, a nie mojego szurniętego brata — odparł.
— Zbierałam się do tego, żeby ci powiedzieć... — zaczęłam się tłumaczyć, kiedy dotarł do mnie sens jego wypowiedzi. — Poczekaj, od kogo? Skąd on niby o tym wie? W tej chwili wiedzą tylko Cynamonowa Pestka, jeśli ta informacja dotarła gdzieś do jej świadomości i Manaci Olbrzym, bo mnie zbadał. Prosiłam, żeby nie mówili nikomu, że sama poinformuję ciebie i klan, jak już będę gotowa. Ewentualnie Klematisowa Łapa może się domyślać, ale nie widzę powodu, żeby miał się tym z kimś podzielić... Czy po mnie już widać? — zerknęłam nerwowo na swój brzuch.
W całym tym stresie nie zorientowałam się nawet, że tamten bezczelny ćpun nie miałby nawet kiedy mnie zobaczyć, więc nie miało znaczenia to, czy nabrałam już krągłości. Pomijając fakt, że wręcz przeciwnie. Przecież odkąd się dowiedziałam, nie opuszczałam granic klanu, a medyk poprosił Brązowego, aby przez kilka dni nie przypisywał mnie do obchodu granic. Omszonej Krtani zresztą także nie było tutaj w tym czasie, jakiś patrol na pewno zauważyłby jego obecność… Ciepły zerknął na mnie niepewnie.
— Nie. Z tego, co mówił powiedział mu to Biały? — podsunął.
Zmarszczyłam brwi. Biały? Biała Łapa? Niemożliwe, przecież… Zaczęłam łączyć kropki, a cały strach zmienił się teraz w niechęć, a nawet złość na przybranego syna mojej siostry. Biały, kurwiu mały…
— Nie było go tam — pokręciłam głową, wstrzymując się od przeklinania na głos. — Musiał podsłuchać — zacisnęłam zęby, żeby nie dodać jakiejś zbędnej uszczypliwości.
— Najważniejsze, że wiem i możemy się zastanowić jak to rozwiązać — odparł wojownik, wracając do bardziej istotnego tematu.
Myślałam o tym. Myślałam o tym długo, kiedy nie mogłam zasnąć. W tym temacie byłam przygotowana. Spędziłam na tym wszystkie noce, odkąd wiem.
— Tak, ja... Chciałabym, żeby miały pełną rodzinę. Żeby budząc się codziennie widziały mamę i tatę. Zasługują na to — uśmiechnęłam się blado. — Potem, jak już dorosną... — wzięłam głębszy oddech. — Nie będziesz musiał chcieć mieć coś ze mną wspólnego — wydusiłam, odwracając wzrok.
Wyglądał na delikatnie zmieszanego moimi słowami.
— Ja chcę mieć z tobą coś wspólnego — zaprzeczył od razu — ale nie zostawię mojego klanu, reszty rodziny. Nie widzę się w Ventusie.
Spodziewałam się tego i bardzo zdziwiłaby mnie inna odpowiedź z jego strony, ale mimo wszystko zrobiło mi się przykro. Nadzieja jednak umiera ostatnia, a ja karmiłam się nią nieświadomie niczym głupiec. Tylko głupcy pozwalają ją do siebie dopuścić…
— Tylko przez te kilka księżyców, nie wymagałabym od ciebie nigdy porzucenia klanu — dopowiedziałam szybko, żeby nie zrozumiał mnie źle. — Ja też mogę się na jakiś czas przenieść, o ile z Cynamonową nie będzie gorzej, tylko niech młode trochę podrosną, żeby nie narażać ich, jak dopiero przyjdą na świat.
— Myślę, że możemy porozmawiać z Brązową Gwiazdą i moją mamą, by zgodzili się na taki układ. Mój brat chyba nie zginie beze mnie przez te kilka księżyców. Ale... chciałbym, by poznały kulturę obu naszych klanów. By mogły zdecydować, gdzie chcą należeć — powiedział powoli, jakby obawiając się mojej reakcji.
Byłam pełna podziwu zarówno jego opanowania, jak i przemyślanych słów, chociaż nie mógł się przygotować do tego typu rozmowy tak dobrze, jak ja. Nie wyobrażałam sobie, żeby potraktował plotki od Mcha poważnie, więc naturalnie musiał mieć mniej czasu.
— Tak, to brzmi rozsądnie — odetchnęłam z ulgą.
Prawda była taka, że gdyby nie Cynamonowa Pestka, byłabym w stanie pójść za nim wszędzie. Bardzo się do niego przywiązałam i teraz, kiedy wreszcie się znów spotkaliśmy, docierało do mnie jak bardzo za nim tęskniłam. Zdecydowanie bardziej, niż mi się wydawało.
— A jak się czujesz? Nie wyglądasz za dobrze — zmartwienie zabarwiło jego głos.
— Teraz lepiej — przyznałam. Bo rzeczywiście, kiedy ciężar zostania samej ze szczeniakami spadł ze mnie, poczułam się znacznie lepiej. — Mdłości nie odpuszczają, a nie zawsze są na miejscu zioła — skrzywiłam się — ale zajmuje się mną Manaci, więc na pewno będzie dobrze. Będę tylko musiała poprosić Brązową Gwiazdę, żeby nie zdejmował mnie z patroli, nie chcę być bezużyteczna...
— Pamiętaj, żeby się nie przemęczać. Nie chcę, żeby coś ci się przez to stało — mówił dość łagodnie, nawet jak na niego.
— Dobrze, nie będę — odpowiedziałam lekko zaskoczona jego troską.
Wiedziałam, jak dobrą, kochaną osobą jest, ale z jakiegoś powodu ciężko mi było oswoić się z tym, że mógłby tak zachować się również w stosunku do mnie. Moje serduszko znów przyspieszyło, gdy rozlało się po nim znajome ciepło. Dlatego postanowiłam dłużej już nie czekać. Wzięłam głębszy oddech.
— W zasadzie to muszę ci powiedzieć coś jeszcze — przyznałam po chwili ciszy i od razu przeszłam do rzeczy, nie chcąc go znów trzymać w napięciu. — Przepraszam, że w takich okolicznościach. Chciałam powiedzieć ci przy naszym poprzednim spotkaniu, ale wiesz, jak wyszło — odwróciłam wzrok zawstydzona. — W każdym razie... Już od jakiegoś czasu zależy mi bardzo na tobie. Jesteś mi bardzo bliski i bardzo nie chciałabym tego zmieniać.
Długo bałam się, co będzie, bo każde z nas ma swój klan, swoje życie, ale obecna sytuacja i tak zmusiła nas do kombinowania i nie wiem, czy będę w stanie to dłużej tłumić, kiedy będziesz tak blisko. Lubię cię, bardzo cię lubię i… tak... Ja.. ja myślę, że... jachybaciękocham — starałam się mówić spokojnie, ale pod koniec zaczęłam się plątać, a ostatnie zdanie w ogóle wykrztusiłam w wielkim pośpiechu i niesamowicie nieskładnie, zlewając ze sobą słowa.
Ciepły wyglądał, jakby przytłoczyła go ta informacja, czym odrobinę mnie zmartwił. Może nie powinnam była mu teraz tego mówić? Łudziłam się, że po prostu go tym zaskoczyłam. Ale cholera jasna, kiedy niby będzie odpowiednia chwila? Czekanie na dobry moment już przyprawiło mnie o szczeniaki. Co gorszego może się wydarzyć?
— Ja ciebie też — powiedział wreszcie, a ja na moment zapomniałam, jak się oddycha.
Spojrzałam na niego z mieszaniną zaskoczenia i powracającej do życia nadziei. Tej samej, za którą plułam sobie w brodę, której usiłowałam się wyrzec. Nigdy się nie nauczę.
— Naprawdę? — palnęłam odruchowo. Musiałam się upewnić, chociaż mój ogon już mimowolnie zaczął kiwać się na boki. Jeszcze nie docierało to do mnie do końca, dlatego niewielki uśmiech zaczął pojawiać się ze sporym, nieproporcjonalnym do niego opóźnieniem. Czy to oznaczało, że nareszcie zasłużyłam na odrobinę szczęścia, a moje… a właściwie nasze dzieci będą miały może nie do końca typową czy też normalną, ale pełną, prawdziwą rodzinę?
— Tak, naprawdę — odpowiedział równie pewnie, bez zastanowienia.
O mojej emocjonalności wiadomo nie od dziś, więc nietrudno domyślić się jak bardzo pogłębiła się teraz, kiedy moje hormony szalały. Sięgała wręcz zenitu. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, które paradoksalnie szły w parze z coraz szerszym uśmiechem. Zbliżyłam się do niego i delikatnie wtuliłam głową, jakby jeszcze nie wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dopiero jego ułożenie głowy na moich barkach sprawiło, że docierała do mnie rzeczywistość. Pragnęłam, żeby niż nigdy nie wypuszczał mnie ze swoich objęć.

~***~

— Brązowa Gwiazdo! — zawołałam widząc, że lider ma wolną chwilę.
Samiec uśmiechnął się na mój widok.
— Co się stało, Żałobna Pieśni? — zapytał, kiedy już podbiegłam na tyle blisko, aby nie wydzierać się do siebie z odległości parunastu ładnych susów zająca.
— Muszę z tobą porozmawiać. Bez zbędnych par uszu — poprosiłam.
Pies skinął głową i zaprowadził mnie do pustego obecnie pomieszczenia, które było legowiskiem starszych. Obecnie nie mieliśmy takich w klanie, więc było w tej chwili najlepszym miejscem na temat, który musiałam poruszyć. To od mojej Gwiazdy zależało teraz, czy Ciepła Pleśń będzie mógł przebywać na terenach Wietrznych przez pierwsze trzy księżyce, czy będę musiała wynieść się z klanu i zaufać innemu medykowi, że przeprowadzi moją ciążę. Bardzo nie chciałam, żeby ktokolwiek poza Manacim Olbrzymem zajmował się mną teraz. No, może Cynamonowa Pestka, ale ona była lekko… nieosiągalna. Dlatego kiedy tylko przebrnęliśmy przez siodlarnię, odpaliłam się z przygotowanym w głowie monologiem.
— Jestem w ciąży. — Wyrzuciłam z siebie błyskawicznie. Gwiezdni pewnie spoglądali teraz na mnie pobłażliwie, zważywszy na to, jak bardzo męczące było powiedzenie tego Ciepłemu. Ale mówiąc to partnerowi, nie miałam powoli widocznego już brzuszka i stabilności emocjonalnej, którą sam mi zagwarantował swoim spokojem i wsparciem. W każdym razie zanim Brązowa Gwiazda zdążył mi współczuć, pogratulować lub zareagować w jakikolwiek inny sposób, niż poszerzającym się uśmiechem, kontynuowałam wywód, który koniecznie musiałam powiedzieć, zanim dojdzie do głosu. — I w relacji. Z psem z innego klanu. Wiem, co pomyślisz o mnie, Brązowa Gwiazdo, ale przysięgam, nigdy nie chciałam, ani nie miałam zamiaru porzucić albo zdradzić Wietrznych. To mój klan. To mój dom. To moja rodzina — wyrzucałam z siebie szybko. Na jego pysku pojawił się grymas, a ja spanikowałam i przyspieszyłam swój słowotok nie wiedząc, czy w ogóle nadąży za moim tempem mówienia. — Wiem, że pewnie korzystniejszym dla ciebie i klanu byłoby, gdybym się wyniosła i zaczęłam z bólem serca to rozważać, ale Brązowa Gwiazdo, ja nie mogę zostawić Cynamonowej Pestki. Wiesz dobrze jak wygląda od wypadku z Bryzową, ona mnie teraz potrzebuje. Nie zostawię jej. Dlatego myślałam bardzo długo. Wiem, że możesz się nie zgodzić, nie ufać mi, mieć wątpliwości, ale muszę poprosić cię o ogromną przysługę. Bo, widzisz, bardzo długo miałam wyrzuty sumienia spowodowane tym, że w ogóle pokochałam wojownika z innego klanu. Czułam się źle. Czułam się jak zdrajca. Ale Brązowa Gwiazdo, czy ja nie zasługuję na odrobinę szczęścia w życiu? Trochę miłości? Ciepła, dotyku, wsparcia? Wiem, dużo jest psów pośród Wietrznych, na pewno równie dobrych kandydatów, ale przecież serce nie sługa. To on okazał mi zainteresowanie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. To do niego mogłam się zwrócić ze wszystkim i nigdy nie zostawił mnie samej. Nigdy nie odtrącił. Jego zawsze obchodziłam i nigdy mnie nie zawiódł. Żadne z nas też nie złamało kodeksu. Spotykaliśmy się na terenach neutralnych. Kodeks przecież nie zabrania kochania psa z innego klanu, wymaga jedynie stawienia się w obronie własnego nawet, jeśli trzeba będzie walczyć z ukochanym. Póki co nie trzeba. Kiedy dowiedziałam się o ciąży, byłam przerażona. Byłam pewna, że zostanę z tym sama. Że on mnie porzuci, a klan wyprze się mnie, że zostanę wywalona i nie będę w stanie zadbać ani o siebie, ani o młode. Ale stanął na wysokości zadania. Ja chcę mu to tylko ułatwić. Brązowa Gwiazdo, marzę o tym, żeby moje szczenięta miały pełną rodzinę. — Tutaj jego wyraz pyska nieco złagodniał, pojawiło się na nim współczucie. — Żeby budząc się, widziały nie tylko mamę, ale też tatę. On ma prawo być przy nich, a one na pewno będą go potrzebowały. Dlatego proszę cię, chociaż rozważ moją prośbę, żeby Ciepła Pleśń z klanu Ognistych mógł przebywać na naszych terenach przez pierwsze trzy księżyce. Rzepakowa Gwiazda zgodziła się, aby kolejne trzy nasza rodzina spędziła pod opieką Płomiennych, więc w razie czego i ja mogę przenieść się tam wpierw, ale obawiałabym się o szczenięta dopiero co poczęte. Bardzo zależy mi na tym, żeby mogły poznać kulturę obu klanów, a następnie, gdy dorosną do wieku uczniów, zdecydować do którego pragną przynależeć. Wiem, że to kontrowersyjna prośba…
— Słonko, wiesz… Nie za bardzo ufamy obcym klanom — odparł zmartwiony, jednak nie mogłam pozwolić mu mówić dalej, to było zbyt ważne.
— Ja wszystko wiem, ja doskonale to rozumiem, ale ja przysięgam odpowiadać za niego, jestem w stanie zadeklarować poniesienie konsekwencji za jakiekolwiek problemy, które miałby przynieść, chociaż w nie nie wierzę, Ciepły jest bardzo odpowiedzialny. Jest bardzo dobrym wojownikiem, nie przynosiłby kłopotów. Rozumiem twoje wahanie. Wiem, że jako lider chcesz jak najlepiej zadbać o cały klan, świetnie sprawdzasz się w tej roli i chwała Gwiezdnym, że ktoś tak szalony i niezrównoważony jak Bryzowa zdecydował się obrać cię na zastępcę. Dlatego chciałabym, żebyś chociaż to przemyślał. Nie prosiłabym o to, gdyby nie szczeniaki noszone pod sercem.
Pamiętam, w jak wielkim bagnie znalazłam się, kiedy zabrakło obok mnie mam i chociaż to nie jest tego typu sytuacja, nie chciałabym, żeby moje dzieci miały rozbitą rodzinę. Bardzo mi na tym zależy, one naprawdę zasługują na to, żeby ich tato był obecny w ich życiu i wychowaniu. Nie wiem, jak miałabym im wytłumaczyć, gdyby miało go nie być. Nie wiem, czy wybaczyłabym sobie odebranie Ciepłemu szansy na więzi z dziećmi, na dobre relacje z nimi. Nie wiem, czy byłyby w stanie zrozumieć brak taty nawet, jakbym im wszystko dokładnie wyjaśniła. To trudna sytuacja, zazwyczaj takie szczeniaki były gdzieś podrzucane lub w ogóle zostawiane same sobie. Nie mogę na to pozwolić. Wiem, że jeszcze ich nie ma i nie mam pojęcia ile ich będzie, jakie będą, jak będzie wyglądać moja rodzina… Ale kocham je, Brązowa Gwiazdo i chcę zapewnić im jak najlepszy byt.
— Dobrze, Żałobna Pieśni. Jeśli będzie go jeszcze inny wojownik pilnował, to mogę się na to zgodzić…
— Dziękuję! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję! Brązowa Gwiazdo, mam wobec ciebie ogromny dług, dziękuję ci bardzo. Nie pożałujesz tej decyzji, przysięgam! Zrobię wszystko, żeby nikomu w klanie obecność Ciepłego nie zawadzała, a moje dzieci nie sprawiały kłopotu. Dziękuję, Brązowa Gwiazdo, dzięki tobie mają szansę na spokojne dzieciństwo — rozpłakałam się ze wzruszenia i objęłam swojego lidera. W normalnych okolicznościach trzymałam z nim raczej formalne stosunki, ale jak wiadomo, ciąża nie pozwalała mi na normalne okoliczności. Dlatego właśnie płakałam w futro liderowi mojego klanu, będąc z nim sama w pomieszczeniu dla starszych. Kto by pomyślał, dokąd to prowadzić może życie.

~***~
 
Były tu. Patrzyłam jak zaczarowana na moje śliczne, kochane maleństwa, których wydanie na świat zużyło resztki mojej energii. Nie dałam rady nawet podnieść pyska. Urodziłam je późnym wieczorem, zmuszając swoim wyciem trzy czwarte klanu do ucieczki poza stadninę. Ale kiedy je zobaczyłam wiedziałam, że mogłabym to dla nich przechodzić nawet i sto razy, żeby tylko móc podziwiać moje piękne, najcudowniejsze dzieci. Ciepła Pleśń położył się przy mnie i liznął czule w czółko, a ja posłałam mu zmęczony, ale szczery uśmiech i wtuliłam się w niego delikatnie. To, że był tutaj teraz uznawałam za najpiękniejszy dar od Gwiezdnych.
— Powinniśmy nazwać ją Wieczorynka — odparł Ciepły, trącając czule nosem pierwszą z naszych córek, bowiem wszystkie trzy były suczkami.
— Wieczorynka? — zapytałam cicho.
— Wszystkie przyszły na świat wieczorem, trzeba to upamiętnić. Ona jest pierworodna — wyjaśnił, a ja uśmiechnęłam się na tyle, na ile byłam w stanie się uśmiechnąć po godzinach spędzonych na wypluwaniu z siebie szczeniąt. Niby były tylko (a może aż?) trzy, a jednak skubane wcale nie chciały wyłazić.
Wieczorynka, swoją drogą, wyglądem przypominała swoją babcię, Rzepakową Gwiazdę. Chociaż wcześniej nie pałałam do liderki Ognistych szczególną sympatią, teraz nie mogłam się doczekać, aż pozna swoje wnuki.
— To będzie Szept — liznęłam po główce najspokojniejszą, najcichszą z córek. — Pierwsza przestała płakać. Uspokoiła się od razu, kiedy Manaci Olbrzym ułożył ją przy mnie.
— Szept — powtórzył mój partner.
Jej z kolei wyglądem bliżej było do Ciepłego. Miała piękne, bardzo charakterystyczne umaszczenie. Kiedy wzrokiem zahaczyłam o trzecią, na myśl przyszła mi Biała Zamieć. I już zdecydowałam się na nazwanie jej po babci, właśnie ze względu na śnieżnobiałą sierść, kiedy do legowiska medyków wróciła Cynamonowa Pestka, dalej nieobecna. W pysku niosła jedną, czerwoną różę, którą upuściła przy mnie, po czym rozejrzała się pustym, zamglonym wzrokiem i położyła się niedaleko nas. Po moim policzku spłynęła łza.
— Różyczka. Ty będziesz Różyczką — szepnęłam i otuliłam szczelniej najmłodszą córkę.
Ciepły przytulił mnie odrobinę mocniej. Nawet Manaci Olbrzym wydał z siebie ciche, wzruszone szlochanie.
<Ciepły? ♥> 
[5952 słów, Żałobna Pieśń otrzymuje 59 punktów doświadczenia, a Klematisowa Łapa 1 punkt treningu]

15 grudnia 2021

Miot w... trudno powiedzieć Industrii i Ventusie?? [Żałobna Pieśń x Ciepła Pleśń]

historia

Zawsze marzyłeś o byciu małym smrodem? Nie? Super, teraz masz okazję być nie tylko małym i smrodem, ale nawet małym MIĘDZYKLANOWYM smrodem!!! Wyobraź sobie Żałobną Pieśń. Taka stara panna z depresją, która ponad pół swojego życia myślała, że bombelki wychodzą z dwóch samic. Teraz wyobraź sobie najgłupsze słowo, którym można nazwać psa. Pleśń. I to jeszcze Ciepła. Połącz ze sobą kropki — kodeksowego fanatyka i straumatyzowany kłębek nerwicy, który jest od niego starszy na tyle, że mógłby być jego matką. Uwaga uwaga, zamiast tego będzie matką jego kaszojadów. Niesamowity zwrot akcji. Gwarantujemy rozbitą rodzinę, nieodpisujących miesiącami starych, którzy znikają po mleko, szaloną babcię-liderkę i nieobecną ciocię-medyczkę. Czego chcieć więcej? Wyboru klanów? Proszę bardzo, możesz być Szybkim Tyłkiem albo Przysmolonym Tyłkiem, wedle życzenia przy zostawaniu uczniakiem, wcześniej niestety wszyscy gnieździmy się pod rządami przewracającej się w Infernum Bryzowej, bo ta wariatka nigdy nie zejdzie ze stołka. Nawet po śmierci. Zapisy do tego domu wariatów u karo lub senshi, buźka (edytowane)

[prawdopodobnie opis zostanie wkrótce zmieniony na mniej pijany]

Opowiadanie z historią

aparycja
Wielkość psa:
○ średnia
Uszy:
○ stojące
Oczy:
○ brązowe
○ bursztynowe
○ niebieskie (ewentualnie)
Długość sierści:
○ półdługa
Kolory:
○ solid czarny
○ solid brązowy
○ solid rudy (nie intensywny)
○ solid złoty/beżowy
○ solid biały (jeden na miot!)
○ czarny z rudymi tan points
○ czarny z beżowymi tan points
○ brązowy z rudymi tan points
○ brązowy z beżowymi tan points
○ rudy z czarnym sable
○ rudy z brązowym sable
○ złoty/beżowy z czarnym sable
○ złoty/beżowy z brązowym sable
Wszystkie powyższe muszą mieć znaczenia irish spotting albo white factored, MOGĄ ale nie muszą mieć roaning.

Uwagi
Budowa raczej lekka, bardziej w typie border collie niż aussie.

LINK DO DOCU Z PROPONOWANYMI, ZATWIERDZONYMI MAŚCIAMI
 
formularz
Miot jest zamknięty, ale jeśli ktoś miałby bardzo ochotę i pomysł zajebisty, to może pisać do OrangeMind#5703 na pw.

Uwaga! Miot rodzi się 28 grudnia i oficjalnie pojawi się wtedy na stronie, ale kartę postaci należy odesłać do 26 grudnia
 
zapisani
1. Wieczorynka, suczka
fley#9531
2. Szept, suczka 
Ja#4101
3. Różyczka, suczka
kovansky#0451

25 listopada 2021

Od Żałobnej Pieśni CD Cynamonowej Pestki

Pytanie siostry dudniło mi w głowie. Chciałam. Owszem. Chciałam, żeby nazywała mnie inaczej. Chciałam, żeby cały klan nazywał mnie inaczej. Żeby to paskudne, wymyślone w akcie czystej podłości przez liderkę imię po prostu przestało istnieć. Już wolałabym być Nieuchwytną Łapą. Nigdy nie zostać mianowana. Wiecznie trenować i zostać przy mianie uczniowskim. Dlaczego zabrała mi tak dumny człon? Tak piękny, tak zgodny z rodziną, której częścią miałam szczęście być. Nieuchwytna Pieśń z klanu wietrznych… Ale nie! Musiała zadrwić sobie ze mnie! Spojrzałam na Cynamonową.
— Nie wiem — burknęłam tylko.
Tego dnia nie zadawała mi już więcej pytań. Odnosiłam wrażenie, że ogólnie usiłowała mnie unikać. Może to i lepiej? Mimo melisy, mój gniew słabł bardzo powoli, jakby sami Gwiezdni nie chcieli pozwolić mu wyparować. I chociaż powoli zaczynały pojawiać się wyrzuty sumienia, że tak okrutnie ją potraktowałam, wciąż stanowiły zbyt małą część odczuwanych przeze mnie emocji, aby odrzucić dumę i przeprosić siostrę.
Jeśli mam być szczera, nasze relacje poprawiły się dopiero po zgromadzeniu w trakcie Pory Zielonych Liści, na którym Cynamonowa bardzo mi zaimponowała. Czułam, że źle ją oceniłam i przez większość swojego życia traktowałam bardzo niesprawiedliwie. Przecież była moją siostrą. Ona także straciła mamy, jej również los odebrał przedwcześnie brata. Sama doszłam do takich wniosków, a jednak w dalszym ciągu ciężko mi było wyciągnąć łapę w ramach przeprosin, okazać skruchę i przyznać się do win. Chyba… Chyba się bałam. Bałam się, że wcale nie będzie chciała mi wybaczyć. Zajmowałam się więc szkoleniem moich uczniów (w końcu dostałam aż dwóch jednocześnie), odkładając poprawę relacji z siostrą na później. Przecież kiedyś przyjdzie na to czas, a dzieciaki wiecznie dzieciakami nie będą i wypadałoby je wytrenować, żeby przypadkiem nie poszły w moje ślady i nie zostały wojownikami w wieku obśmiewanym przez liderów. Nie powiem, że po cichu nie liczyłam na to, że Bryzowa przypadkiem odejdzie troszkę wcześniej, bo przecież nikomu nie powinno się źle życzyć… Ale jednocześnie na pewno bym nie płakała, gdyby tak się stało. Nie wiem, czy ktokolwiek z klanu Wietrznych by płakał…
Nawaliłam już pierwszego dnia bycia mentorką. Co prawda nie zrobiłam tego celowo, ale nasza Gwiazda starała się za wszelką cenę wyperswadować mi, że wszystko było moją winą. Tamtego dnia zdecydowałam się zabrać Klematisową Łapę na patrol, aby z Sarnią spotkać się odrobinę później. Na naszej drodze stanął włóczęga i tak jakoś wyszło, że przekonana przez Gołębią Łapę wsparłam inicjatywę pomocy obcemu, który utrzymywał utratę czucia w tylnych łapach. Zupełnie jak Sosnowa… Właśnie dlatego zdecydowałam się zabrać go do Cynamonowej. W życiu do głowy by mi nie przyszło, że będzie miał zamiar ją zaatakować.
Pies był nieco wyższy ode mnie. Miał krótką, brązową, gdzieniegdzie podpalaną sierść. Miał smukłą sylwetkę i szpiczaste uszy, a także czarny nos. Gdybym znała określenia, jakimi dwunożni nas nazywali, opisałabym go jako “kundel w typie owczarka niemieckiego”, aczkolwiek ani “owczarek”, ani “niemiecki”, ani nawet “kundel” nic a nic mi nie mówiło, więc posiłkowałam się innymi słowami, które opisywały jego posturę.
— Cynamonowa Pestko? — rzuciłam w przestrzeń, jeszcze zanim zauważyłam siostrę.
— Witaj, Pieśni! — zaszczebiotała wesoło.
Zupełnie jakbym nie ignorowała jej przez ostatnie księżyce. Uśmiechnęłam się do niej niemrawo, po czym szybko odwróciłam wzrok. Jej pogodne spojrzenie tylko przysparzało mi więcej wyrzutów sumienia, jakbym i tak się z nimi już nie zmagała…
— Znaleźliśmy chorego na naszych terenach. Jest byłym pieszczochem, ale… Cynamonko, on cierpi na to, co Sosnowa — spojrzałam na nią błagalnie.
— Zajmiemy się nim. Nie bój się — spoważniała.
Byłam jej bardzo wdzięczna za zachowany profesjonalizm. Prędko zwołała Manaciego Olbrzyma. Z jednej strony, chciałam przy tym zostać. Miałam dziwne, złe przeczucia. Z drugiej natomiast wiedziałam, że będę jedynie im przeszkadzała, więc nie spytałam nawet o to, czy mogę. Po prostu wyszłam. Udało mi się zrobić tylko kilka kroków, kiedy do moich uszu dotarł krzyk Cynamonowej. Oblał mnie zimny pot. Na szczęście trzeźwość umysłu przywróciła mi natychmiastowa reakcja przechodzących akurat wojowników, którzy ruszyli biegiem w kierunku medyków. Wykonałam zwrot i wyprzedziłam całą trójkę, wpadając do pomieszczenia z hukiem. Pieszczoch stał nad moją siostrą i przymierzał się do ataku. Czas jakby zwolnił, kiedy na moich oczach przybliżał swoje zęby do jej krtani. Doskoczyłam do niego i moment przed tragedią zrzuciłam z siostry, skutkiem czego oboje przeturlaliśmy się po podłodze. Rzucał się do mnie i kłapał, ale reszta także wkroczyła do akcji i wspólnymi siłami obezwładniliśmy go.
— Co tu się dzieje?! — usłyszałam znajomy, najbardziej irytujący głos świata.
— Włóczęga zaatakował naszych medyków — zrelacjonował jeden z wojowników liderce.
— Wrzućcie mi tego skurwysyna do pustego pomieszczenia, teraz ja się nim zajmę — warknęła Bryzowa Gwiazda.
Udało jej się zmusić go do gadania. Nie wiedziałam, jak to zrobiła. Zamknęła się z nim sama w pomieszczeniu. O ile się nie mylę, kazała go czymś lekko podtruć. Konsekwencje przyszły później, kiedy zaprosiła do siebie cały patrol i wydzierała się na nas niemiłosiernie. Myślałam, że się obejdzie bez awantury i wtedy rzeczywiście nie usiłowała zagrozić mi w żaden sposób. Zwyzywała, jak to Bryzowa, ale obyło się bez szantaży i gróźb wydalenia. Byłam bardzo naiwna wierząc, że tak to się skończy.

~***~

Przychodząc na zgromadzenie, byłam zmotywowana. Wiedziałam, że Bryzowa Gwiazda nie przekaże nic o napastniku, który natarł na nas z Quintusu. Czułam, że ta odpowiedzialność leży na moich barkach. Wszystkim nam groziło ogromne niebezpieczeństwo. Musiałam przekazać im tę wiedzę, zanim liderka zamknie mi usta. Kto wie, czy nie będzie chciała zachować tej informacji tylko dla Wietrznych? Przypatrywałam jej się bacznie, przez co prawie potknęłam się o jakiś kamyk, kiedy już tam szliśmy.
Wyjątkowo nie rozglądałam się po klanowiczach. Byłam zdeterminowana i przygotowywałam się mentalnie do przekrzyczenia zdziczałego tłumu, który i tak prawdopodobnie nie będzie chciał mnie słuchać. Inne psy nie podzielały mojego skupienia. Rozmowy zaczęły się, jeszcze zanim którykolwiek z liderów miał szansę zabrać głos.
— Hej Biały! — usłyszałam krzyk.
Dziwnie wesoły samiec z Industrii zbliżył się do naszego klanu. Skrzywiłam się. Pamiętałam go z poprzedniego zgromadzenia. Był pyskatym, bezczelnym, przesadnie pewnym siebie wojownikiem o bardzo ciętym języku. Synem liderki. Starałam się, żeby nie widział, że obarczam go wzrokiem pełnym niesmaku. Jak mógł tak po prostu olewać tradycje? Wiedziałam jednak, że nie warto wdawać się z nim w dyskusje.
— He-ej — mruknął przybrany syn mojej siostry, zdecydowanie mniej pewnie i entuzjastycznie, niż jego znajomy.
Bryzowa Gwiazda mordowała go wzrokiem, kiedy przysiadał się do Białego. Był wystarczająco blisko, żebym słyszała, co mówi.
— I co, zaciągnęli cię na ten kabaret? — zapytał.
— Proponowałbym już zacząć. Lepiej szybciej zacząć i szybciej skończyć — rzekł jego lider.
— Zgadzam się — powiedział szybko jakiś pies z Tenebrisu. Siedział na miejscu lidera.
— Sowi Pazurze, mogę się znowu pierwsza odezwać? Muszę się im przecież pochwalić, na pewno się ucieszą! — do moich uszu dotarł wesoły pisk liderki Płomiennych.
Widziałam tylko, jak poruszył ustami. Widocznie nie podzielał jej wielkiej radości.
— No właśnie zaczynam, nie ciskaj się tak! — usiadła po prawej stronie swojego zastępcy. — Słuchajcie wszyscy, mam świetnie wieści! Niedługo przyjedzie nowa dostawa mini Rzepakowych Gwiazdek!
— Gratulacje. — Powiedział Jazgot i uśmiechnął się do niej.
— Gratulacje. — Powtórzył Brązowy, siadając obok Bryzowej Gwiazdy.
— Gratulacje. — Rzekłam i ja, zmuszając się do uśmiechu.
Cud narodzin cudem narodzin, ale po cichu współczułam im przyszłych imion.
— Obstawiam piątkę — oznajmił ich medyk, nachylając się do zastępcy.
— Rzepakowa, to na pewno dobry pomysł byś miała więcej dzieci, skoro już nad tymi, które masz nie panujesz? — mruknęła wrednie Bryzowa, patrząc na Omszoną Krtań.
Chyba po raz pierwszy w życiu się z nią zgodziłam, czego nigdy bym na głos nie przyznała.
— Gwiezdni, spierdalaj, gadam z przyjacielem — intruz z Industrii wywrócił oczami.
— Piątkę? Pięć smarków? — zastępca Płomiennych zajęty był dyskusją ze swoim medykiem. — Zdziwię się, jeśli trafisz.
— Olej tę starą prukwę — popisał się elokwencją mój siostrzeniec.
Mech wybuchł śmiechem. Liczyłam na to, że Cynamonka zwróci uwagę swojemu synowi.
— Skarbie, cichutko, już się zaczyna.
No, to zwróciła.
— Chcesz się założyć? Jeśli przegram, przez dwa księżyce będę reagował tylko na Szarą Skałę. Jak wygram, będziesz musiał mówić do mnie Peter. — Zaproponował Sowiemu ich medyk.
Zmarszczyłam brwi. Czemu miałby sam się pokarać jakimś dziwnym imieniem? Może tak naprawdę chciał przegrać ten zakład? Kto wie.
— Jazgocie, jakieś nowe wieści? Czy sprawa została rozwiązana? — Rzepa zignorowała moją wredną liderkę i przeszła do istotnych tematów.
— Owszem, nowy lider dostarczył nam sprawiedliwości — odparł Bezgwiezdny.
A więc jednak. Nowy lider.
— Sprawczyni została ukarana na oczach bezgwiezdnych. — Oznajmił.
Wiedziałam o tym, że sprawa została rozwiązana z rozmowy z Jazgotem. Nie zdążyłam jednak jemu przekazać o Quintusie.
— Nowy lider? — Zauważył w końcu Sowi Pazur. — W końcu nie wiemy, czy został dobrze ukarany.
— Sprawczyni jest zabita. Czego świadkiem byłem ja, nasza liderka i trzy inne psy z naszego klanu, oraz z ich. Wziąłem ze sobą również towarzyszy z obozu. Uznałem, że warto by bezgwiezdni mieli trochę większą reprezentacje, niż ja sam. — Odpowiadał Jazgot grzecznie się przy tym uśmiechając.
— Z Białą wszystko w porządku. Postanowiła zrezygnować ze stanowiska, jest na zasłużonej emeryturze. Gwiezdni zgodzili się z jej wyborem. — Odparł nowy lider Tenebrisu.
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam, że można zrezygnować. A gdyby tak przymusić Bryzową do rezygnacji..?
— Czyli nie mamy już czym się martwić — westchnęła z ulgą Gwiazda Płomiennych. — Widzisz, Sowi? Nie musisz już srać w gacie ze strachu przed tym kanibalem. Cynamonowa Pestka zjeżyła się, co było dość widoczne.
— Za... Zabiliście ją?! — podniosła się. — Ale przecież... Czy ona kogoś wtedy zaatakowała? Groziła wam? Dostaliście znak od Gwiezdnych? Przecież to przeciwko kodeksowi wojownika! — wybuchła, wstając.
— A jaka jest twoja propozycja? Wygnać ją? Puścić wolno? Zatrzymać w klatce? — zapytał Jazgot. Brzmiał na szczerze zainteresowanego. — Co zrobiłabyś z suką, która zarżnęła nasze dziecko?
— Nie popieram tego do końca, ale... była zagrożeniem. — Odezwał się inny bezgwiezdny.
Co prawda wiedziałam, że udało się wyjaśnić sprawę, ale nie zostałam wtajemniczona w to, jakim sposobem. Dopiero teraz poznawałam szczegóły. Czy morderstwo mordercy jest czymś innym, niż morderstwem? Czy nie było... innych, środków?
— Uznaliśmy to za odpowiednią opcję — powiedział mój były przyjaciel. — Taką, która pozwoli na usatysfakcjonowanie Bezgwiezdnych, jak również wyzbycie się zagrożenia. Ta samica zaatakowała również mnie jak i moje dzieci. Kodeks nie mówi nic o tym, jak zachowywać się z mordercą szczeniąt. Ja również go znam.
— Na pewno nie to! — Zbulwersowała się Cynamonka. — Nie różnicie się od niej niczym, zabiliście kogoś bo taki był wasz osąd. Nie wiecie nawet, jaka była wola Gwiezdnych.
— Chcesz usprawiedliwiać morderczynię i wplątywać w to Gwiezdnych? — znów zabrał głos tamten drugi bezgwiezdny.
— Owszem, nie wiem tego, jestem niewierzący. Jednak zapytałem cię o inne rozwiązanie, chętnie je usłyszę. Jeszcze chętniej usłyszałbym je księżyce temu, gdy sprawa była ignorowana przez klany. — Jazgot zaczynał robić się bardzo nieprzyjemny. Znaczy nie po tonie, bo cały czas zachowywał spokój. Czułam jednak, że jest… toksyczny. Że wybiera złą drogę. Że nie rozumie, że zamordowanie kogoś wcale nie jest żadnym rozwiązaniem.
— Nie usprawiedliwiam jej. — Zmarszczyła brwi moja siostra. — Kurcze, przecież... — Spojrzała na Białego, przełykając ślinę. — Zrobiliście to w przynajmniej honorowy sposób? — Uspokoiła się, pytając ciszej. — Podaliście jej jagody śmierci?
— Nie można było jej przegonić? — niepewnie wtrącił ktoś z tłumu. — Nie jestem przekonany, by odważyła się wrócić, by zaatakować w pojedynkę klan składający się z tylu psów. Dla klanów nie stanowiłaby zagrożenia jako samotnik…
— Proszę, nie dajmy się poróżnić jeszcze bardziej! — wykrzyknęłam nerwowo, nie mając lepszego pomysłu na to, co mogłabym powiedzieć.
Było mi głupio. Nie broniłam Cynamonki. Ona na pewno stanęłaby w mojej obronie…
— Śmierć była honorowa i szybka — odparł już delikatniej Jazgot. — Nie darzyłem jej nienawiścią, nie po takim czasie. Jednak była niebezpieczna. Co dałoby jej przegonienie? Kto by pilnował, że nie wróci? Włóczęgi również były przegonione i nic to nie dało.
— Pozostało nam mieć nadzieję, że nawet bez pomocy Gwiezdnych wytypowaliście dobrą osobę. — Powiedział spokojnie medyk Wodnych, również widocznie sceptycznie nastawiony, czym zyskał słaby uśmiech Owsianki.
— Gwiezdni pozostawali głusi na nasze prośby — powiedział nowy lider z wyraźnym żalem w głosie. — Jest nam bardzo przykro, że musiało do tego dojść. Jeśli jednak karą za nasze działanie miałaby być śmierć większej ilości szczeniąt albo gorzej, wojna, woleliśmy zdać się na rozsądek i dowody.
Widziałam, jak Biały szepcze coś do Mcha, ale nie to było teraz ważne. Nie wnikałam nawet w to, co mu odpowiedział, chociaż bez problemu mogłam to usłyszeć. Chwila ciszy po wyjaśnieniu spraw między Bezgwiezdnymi a Tenebrisem była luką, która oznaczała moją szansę wypowiedzenia się.
— Na pewno przyłożyli się należycie do rozwiązania sprawy. Oszroniona jednak nie była jedynym, czyhającym zagrożeniem. Ja... Czy mogę prosić o uwagę? — wzięłam głębszy oddech licząc na to, że inne klany łaskawie na mnie spojrzą. — Jeśli chodzi o Włóczęgów... Mieliśmy w Ventusie atak na medyków. Włóczęga z Q-Quintusu wdarł się w naszą czujność podstępem!
— Podstępem — zarechotała Bryzowa. — To ty go do nas wpuściłaś.
Wiedziałam, że to zrobi. Wiedziałam, że zrobi wszystko, żeby mnie upokorzyć, że to będzie dla niej ważniejsze, niż przekazanie wieści o czyhającym niebezpieczeństwie.
— Czy komuś coś się stało?
— Co dokładnie się stało?
— Włóczęga? Jaki był jego cel?
Byłam zestresowana. Fala pytań wybrzmiała niemalże jednocześnie z drwiną mojej Gwiazdy od siedmiu boleści.
— Na szczęście nie zdążył nic... — zamarłam na moment. Zaczęło się we mnie gotować.. — Znaleźliśmy w trakcie patrolu psa, który utrzymywał, że jest ciężko chory. Że ma niesprawne tylne łapy. W mojej rodzinie... zaistniała taka choroba — w oczach stanęły mi łzy. Uspokój się, Żałobna... — Myślałam, że zdążymy mu pomóc. Zabraliśmy go do medyków. Nie zostawiłabym nikogo w potrzebie. — Spojrzałam wrogo na Bryzową.
Wdech i wydech. Spokojnie, nie daj się sprowokować…
— Okazało się, że nie potrzebował pomocy. Przesłuchiwany przyznał, skąd przybył. Jego zadaniem było wyeliminować naszych medyków. — Kontynuowałam. Cynamonowa przyciągnęła bliżej swojego syna.
— Chciała pomóc — warknął na liderkę zastępca, za co byłam mu niesamowicie wdzięczna.
— Cieszymy się, że nic poważnego się nie stało. — Usłyszałam Jazgota. — Czy wiemy o nim coś więcej? Imię? Wygląd?
— Może gdybyś się tym zainteresowała i zostawiła przy nim jakąś wartę nic by się nie stało — rzucił cierpko Biały do Bryzowej.
— Gdyby siostrzyczka twojej ukochanej opiekunki mi cokolwiek powiedziała, wywaliłabym tego przybłędę na zbity pysk — warknęła w odpowiedzi.
I bez wyrzutów Bryzowej czułam się winna zaistniałej sytuacji. Wytężyłam swoją pamięć, aby jak najlepiej zwizualizować napastnika.
— Nie wiem, czy wyjawił swoje imię. Prawdę mówiąc, nie pomyślałam o zapytaniu — skuliłam się mimowolnie. — Był średnich rozmiarów, wyższy ode mnie. Jego sierść była głównie brązowa, ale gdzieniegdzie wpadała w czerń. Sylwetką odrobinę przypominał zastępcę Ognistych, ale miał krótsze futro. Nie miałam wstępu na przesłuchanie, które przeprowadziła liderka, może ona wie coś o imieniu.
— Dobrze, to przydatna informacja... moja droga. — Zabrał głos lider Tenebrisu. — Myślę, że wszystkie klany powinny obserwować swoje otoczenie szczególnie uważnie, zgadzamy się do tego, prawda? — zapytał, zatrzymując wzrok na Bryzowej.
Medyka Płomiennych natomiast musiało bardzo rozbawić moje porównanie, bo postanowił znów nachylić się do swojego zastępcy.
— Nie martw się, przefarbujemy cię.
Bryzowa westchnęła i pokiwała głową.
— Tak. Powiedział, że nazywa się Kwaśny. Wyglądał jak wypłoszony cień wojownika — parsknęła.
— Przepraszam, Sowi Pazurze, nie chciałam urazić. Uznałam, że łatwiej będzie zobrazować — podkuliłam ogon. Byłam jeszcze bardziej zestresowana.
— Ona mówiła o sylwetce. — Zwrócił uwagę medykowi wspomniany Sowi.
— A nie, ja tak po prostu mówiłem. Uważam, że złoto bardziej by ci pasowało niż brąz. — Medyk Ognistych był strasznie zabawnym gościem i pewnie by mnie to rzeczywiście bawiło, gdyby nie sytuacja, w której byłam.
— Dzięki? — powiedział Pazur wędrując wzrokiem między mną a tamtym śmieszkiem.
— Wszyscy zrozumieliśmy porównanie — powiedział lider Tenebrisu. — Dziękuję.
— Myślę, że warto, aby każdy z klanów zachował szczególną ostrożność. Mam przeczucie, że to mogła nie być jednorazowa, samozwańcza misja jakiegoś szaleńcza, tylko coś gorszego. Coś większego, bardziej rozplanowanego… — odezwałam się znów, prostując się nieznacznie.
— Tak, również wyznaczymy odpowiednie patrole. — Oznajmił mój rozmówca.
Tymczasem moja siostra odchrząknęła, wychodząc nieco naprzód.
— Myślę... Że to dobry pomysł, by powiedzieć wam wszystkim o przepowiedni od Gwiezdnych — mruknęła, patrząc na resztę medyków. Była lekko spięta. — Widzieliśmy gwiazdy. Pięć gwiazd i... Dwie z nich spadły. Boję się, że może być to związane z tym atakiem…
— Ale jak to... spadły? — jęknęłam, bo na nic innego nie byłam w stanie się zdobyć słysząc taką wiadomość.
— Bardzo możliwe. — Potwierdził nasz zastępca.
— A może jedną z owych Gwiazd była Biała? — zasugerował lider Ciemnych. — Przestała być Gwiazdą, stała się na powrót Tęczą.
— Jeżeli to przepowiednia, to i tak nic się z nią nie zrobi. — Odparł medyk Ognistych.
— Jestem pewien, że rozmawiałaś o tym z innymi medykami. Czy oni także otrzymali taką samą wizję? Jesteście zgodni co to znaczenia tej przepowiedni? — odezwał się pies siedzący na miejscu zastępcy Tenebrisu. Wyglądał bardzo młodo.
— W takim razie kto może być drugą gwiazdą? — zapytał Brązowy. — Jeśli mają to być akurat przywódcy.
Nie powiem, że nie zaczęłam cicho liczyć na to, że to Bryzowa kopnie w kalendarz, bo nikomu nie wolno źle życzyć, ale… No, cicho na to liczyłam.
— Pozostaje nam mieć nadzieję, że znaczenie tej przepowiedni jest mniej nieprzyjemne, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. — Odparł spokojnie Jazgot.
— Bryzowa. Bądź Nakrapiana lub ja, nie mam pewności oczywiście. — Odpowiedział nowy lider.
— I tak wszyscy kiedyś umrzecie, jednak to liderzy dostali ostrzeżenie — zabrał głos medyk Płomiennych. Szara Skała, tak? Chyba tak.
— Było pięć gwiazd na niebie, prawda? — zastanowił się na głos zastępca Ciemnych. — W takim razie może też chodzić o liderkę Bezgwiezdnych.
— Nie widzę, aby którykolwiek z tych psów szykował się na opuszczenie swojej pozycji. — Odchrząknął nasz zastępca.
Wyłapałam jednak jego krótkie spojrzenie na Bryzową Gwiazdę i uśmiechnęłam się mimowolnie.
— Czemu akurat Bezgwiezdnych? — wtrącił Jazgot.
— Nie wiemy, kogo dokładnie ta przepowiednia dotyczy. — Wzruszył barkami. — Równie dobrze może chodzić o inne klany.
Cynamonowa Pestka spuściła głowę.
— Reszta widziała to samo — mruknęła.— Myślimy, że może chodzić o liderów i ich odejście z pozycji, w jeden czy inny sposób.
— Spokojnie, jeśli to wola Gwiezdnych to sobie poradzimy. — Uspokoił ją mój siostrzeniec.
— A jeśli to chodzi o klany? — rzucił szybko Sowi.
Nie panikuj, nie panikuj, nie panikuj...
— To może wtedy nie jest przepowiedzenie naszej czarnej przyszłości, tylko ostrzeżenie? Może dwa klany graniczące z Quintusem powinny zachować szczególną ostrożność, albo uzyskać wsparcie reszty klanów? Może pora znów się zjednoczyć? — podsunęłam ostrożnie.
— Widzisz, Sowi Pazurze, jeśli chodziłoby o klany wizja raczej byłaby o wiele mocniejsza. To naruszyłoby całą naszą strukturę. — Stwierdził medyk Wodnych, kręcąc swoim małym łebkiem.
— Jak ktoś moją matkę dotknie to odgryzę wam wszystkim głowy — warknął pod nosem Omszona Krtań.
O, więc jednak miał jakieś dobre odruchy w sobie.
— Możemy ją w razie czego wymienić na naszą Gwiazdę? — zażartował sobie Biały.
Było to nie na miejscu, ale… Tak, też chyba wolałabym Rzepakową. Nawet, jeśli była szalona i niezrównoważona.
— Możliwe, że tak. Jednak moim zdaniem powinniśmy przede wszystkim myśleć o teraźniejszości. Zwiększyć ilość patroli, można również wzmocnić przekaz informacji między klanami... — Jazgot zawahał się przez moment. — Oczywiście to jedynie pomysł, ale można wybrać posłańców z danych klanów, którzy w razie ewentualności przekazaliby innym niepokojące informacje. Nie ma co czekać do zgromadzeń z takimi rzeczami.
— Myślę, że na wszelki wypadek dobrze byłoby ustalić, abyśmy my, Wietrzni i nasi również graniczący z Quintusem sąsiedzi, Wodni, mieli gdzie się podziać w razie nagłego zagrożenia. Posłańcy są dobrym pomysłem. Takie osoby, które mogłyby przekraczać granicę w celu przekazywania wiadomości, nie będąc posądzonym o naruszenie kodeksu. — Poparłam go.
— Odbiło ci? — nasza Gwiazda wybuchła śmiechem. — Mamy się zjednoczyć z tymi moczonymi szczurami? — jej brew poszybowała ku górze. — Nie wiem czemu cię tutaj zabrałam.
— Którzy to moczone szczury? — zainteresował się Skała.
— Nie ma zakazu odwiedzania innych klanów, jeśli ma to być tylko przekazanie informacji. — Poinformował mnie zastępca, po czym spojrzał ostro na naszą liderkę.
Chyba tak jak ja nie dowierzał, że to powiedziała.
— Moczonymi szczurami?! — zapowietrzyłam się. — Jakim cudem Gwiezdni zgodzili się na to, żebyś kiedykolwiek pełniła władzę nad kimkolwiek! — wybuchłam wreszcie.
Miałam serdecznie dosyć jej wątpliwej jakości rządów!
— Nikt nie jest moczonym szczurem. — warknął na Bryzową Gwiazdę jej własny zastępca. — Tak samo jak sądzę, że to nie jest zły pomysł na tę chwilę.
— Uuu, dymy, stawiam dwie myszy na Żałobną — usłyszałam Białego.
— Pfft! Wziąłeś se najlepszą — wyszczerzył się, swoją drogą dalej siedzący z nami, Omszony. — Kogo mam niby brać?
— Owszem, możemy od razu ustalić posłańców, będziemy mieli to z głowy — Jazgot próbował przejść do rzeczy i zignorować konflikt.
— Przecież nie będę Bryzowej kibicował — parsknął siostrzeniec.
— A ja to co? Mam jej lizać dupę? — żachnął się Mech.
— Możecie przestać mówić o lizaniu dup? Róbcie to prywatnie. — Jasny lider Ciemnych, jakkolwiek zabawnie to nie brzmi, postanowił ukrócić ich kompletnie niezwiązaną z tematem dyskusję.
Gotowało się we mnie, ale dzięki temu, że Brązowa Blizna zachował spokój, siedziałam w miejscu. Miałam nadzieję, że jakiś magiczny piorun od Gwiezdnych strzeli zaraz Bryzową, aby zastępca natychmiast mógł wskoczyć na jej miejsce.
— Myślę, że najszybsze psy powinny zostać posłańcami, żeby usprawnić przepływ informacji — siliłam się nie mordować Bryzowej wzrokiem i skupić się na rzeczach ważnych.
— Zaproponowałbym ze swoich Wojowniczy Mróz. Jest znany klanowi wodnych, mogą o nim poświadczyć. Nie będzie sprawiał wam problemów. — Stwierdził lider Tenebrisu.
— Od nas Żonkil — oznajmił Jazgot.
Bryzowa natomiast warknęła głośno i kiedy tylko skończyłam mówić, skoczyła na mnie niespodziewanie i przycisnęła do ziemi.
— Stul swój głupi pysk, jesteś tylko kolejnym wojownikiem! Zostałam liderką bo walczyłam o tą pozycję kłami i pazurami, nie dam komuś takiemu jak ty tego zniszczyć.
— Kły i pazury to trochę za mało, żeby rozsądnie rozporządzać żywymi istotami! Kły i pazury mamy wszyscy! — krzyknęłam, starając się nie syczeć z bólu. Cudem powstrzymałam się od splunięcia na nią.
— Bryzowa Gwiazdo, podczas zgromadzenia panuje pokój — rzucił ktoś z tłumu. — Zapomniałaś? rzucanie się na członkinie swojego klanu nie jest dobrym pomysłem…
— Bryzowa Gwiazdo! — Brązowy doskoczył do nas, usiłując zrzucić ją ze mnie. — Ogarnij się w końcu! Nie możesz atakować wojowników ze swojego klanu! — Zostaw ją Bryzowa Gwiazdo! — krzyknęła Cynamonowa.
Cieszyłam się, że reagowali, bo powoli zaczynało brakować mi powietrza. Nawet Jazgot podszedł do naszego klanu.
— Liderko, przestań — warknął.
Pod naporem wojowników, Bryzowa wreszcie odsunęła się ode mnie.
— Ta wojowniczka to nic innego poza problemami! Ściągnęła na nas wojownika Quintusu, uważa się za ważniejszą niż reszta, mimo, że nie potrafiła nawet skończyć treningu — roześmiała się podle.
Zignorowałam ją. Zajęta byłam nabieraniem powietrza do płuc.
— U nas najszybsza jest Żałobna — rzucił od niechcenia syn Cynamonki.
Jazgot wycofał się do swoich, nie spuszczając wzroku z Gwiazdy Wietrznych dopóki nie był na miejscu.
— Nic Ci nie jest? — zapytał mnie cicho zastępca.
— Teraz nie, dziękuję — odpowiedziałam równie cicho. — Potem... Potem nie chcę myśleć, co ze mną zrobi — dodałam jeszcze ciszej.
Wiedziałam, że po tym zebraniu absolutnie nie mogę dopuścić do sytuacji, w której zostanę sam-na-sam z tą wariatką.
— Dobrze, coś jeszcze? Skończyliście gadać o tych posłańcach? — prychnęła nasza niepoważna, najgorsza na świecie liderka.
Brązowy tymczasem usiadł obok mnie i spiorunował Bryzową Gwiazdę wzrokiem.
— Od nas pójdzie Żałobna Pieśń. Żonkil od Bezgwiezdnych, Tenebris Wojowniczy Mróz. Co z Flumine i Industrią?
— Jak Ciepły biega to się za nim kurzy — wyszczerzył się Mech.
— Od nas Szarakowy Obłok. — Odparła siedząca dotąd cicho liderka Wodnych.
— Flumine Szarakowy Obłok. Dobrze. — Powtórzył Brązowy i skinął łbem.
— Ciepła Pleśń od Industri. — Odezwał się Sowi Pazur.
— Świetnie. Ventus Żałobna Pieśń. Żonkil od Bezgwiezdnych, Tenebris Wojowniczy Mróz. Flumine Szarkowy Obłok i Industria Ciepła Pleśń. — Podsumował zastępca, kończąc ten temat.
— Przechodząc dalej, czy na waszych terenach również zdarzyły się nieprzyjemne przypadki z wnykami? — spytał ktoś.
Połowicznie skupiałam się na tej rozmowie, mimowolnie zerkając co trzy sekundy na Bryzową, czy przypadkiem coś jej znowu nie strzeli do tego pustego łba i nie zostanę zaraz uduszona na widoku wszystkich klanów.
— Leszczynowa Łapa z Flumine wpadła w nie na granicy z Ventusem, ale się nią zajęłam — uśmiechnęła się lekko Pestka.
— Nasz Kruczek też już sobie świetnie radzi. — Odparł Szara Skała.
— U nas Krtań, ale żyje. — Sowi spojrzał na wspomnianego przez siebie psa, po czym na liderów. — Również Krucza Łapa, ale żyją wszyscy. — Dodał.
— Dzięki zajebistemu medykowi. — Dorzucił skromnie medyk.
— Makowe Wzgórze także wpadła we wnyki, ale odprowadziłam ją do naszych medyków. — Dorzuciłam, nie spuszczając wzroku z Bryzy.
— U nas też jeden uczeń ucierpiał, ale nic poważnego się nie stało. Czy ktoś jeszcze ma temat do poruszenia? — zabrał głos Jazgot, jednak odpowiedziała mu cisza.
Wszystkie psy zaczęły się zbierać. Szłam tuż obok zastępcy, mając w zasięgu wzroku Cynamonkę. Byłam uczepiona tłumu i liczyłam na to, że nie wpadnę dziś więcej na własną liderkę. Miałam zamiar zaszyć się gdzieś do jutra. Albo w ogóle dopóki nie umrze. Nie sądziłam, że moje błagania mają się niebawem wypełnić…

~***~

Moja dyskrecja weszła na najwyższy możliwy poziom, kiedy robiłam wygibasy we wszystkie możliwe strony, żeby tylko nie spotkać na swojej drodze liderki. Nie powiem, posiadanie dwóch uczniów jednocześnie było w tej chwili ogromną zaletą. Jak jedno się zmęczyło, mogłam uciec od przebywania w obozie poprzez zajęcie się drugim. Jeśli akurat oboje mieli przerwę, wymigiwałam się polowaniem bądź patrolem, na który absolutnie, koniecznie, bezdyskusyjnie musiałam się wybrać. Przecież nie mogłam zaniedbywać obowiązków klanu i dokładnie o nich wtedy myślałam. Wcale nie o ucieczce przed szaloną liderką, skądże znowu! Mówiąc o treningu, Sarnia Łapa była niesamowicie zdolną uczennicą. Błyskawicznie pojęła całą teorię, nie odstając również od strony praktyki. Ciężko mi było zaskoczyć ją czymkolwiek. Cieszyłam się, że mam ją pod swoimi skrzydłami wierząc, że prędko utrę nosa Bryzowej, wypuszczając bardzo wcześnie młodą wojowniczkę.
Klematisowa Łapa… Cóż. Również był niewątpliwie zdolny, ale najwyraźniej potrzebował innego toku treningu niż ten, który byłam w stanie mu zaoferować. Mimo tego, że stawiał się regularnie na ćwiczeniach i uczył się pilnie kodeksu, często miewał z tym dalsze problemy. Zdarzyło mu się zapomnieć rzeczy, które poprawiłam u niego dosłownie dzień wcześniej, a czasem nie mógł przebiec dystansu, który dosłownie dnia poprzedniego bez problemu wykonywał. Wysłałam go dyskretnie z tego tytułu na badania do medyków, aczkolwiek nic nie wykazały. Uznałam więc, że taka jego natura i nie warto dociskać go bardziej, kiedy akurat nie był to najlepszy dzień na trening.
W międzyczasie zwiększała się ilość moich spotkań z Ciepłą Pleśnią. Powoli przestawały być takie znowu przypadkowe, przez co zdarzyło mi się zapomnieć sprawdzić, czy u Jazgota wszystko w porządku. Obawiałam się teraz za każdym razem, kiedy motyle wirowały mi w brzuchu nie chcąc znów zostać skrzywdzoną przez swoje naiwne wierzenia i oczekiwania względem kogoś. Byłam przecież od niego znacznie starsza, czemu miałby kiedykolwiek się mną zainteresować? Nie dzieliłam się jednak z nikim swoimi uczuciami, wolałam je zachować dla siebie. Niegdyś ze wszystkim poleciałabym do Migoczącego Światła, ale od dawna już nie żył. Mogłabym co prawda szukać wsparcia u Cynamonowej Pestki, z którą relacje znacznie mi się poprawiły, ale w pewien sposób krępowałam się przed nią, wciąż nie będąc w stanie wybaczyć sobie swojego zachowania względem niej.
Jakoś jednak zaczynało się układać, ale szybko przekonałam się, że tylko pozornie. Ktoś zwołał zebranie klanowe, na które oczywiście się udałam mimo tego, że od kilku dni przebywałam raczej poza obozem i kompletnie nie orientowałam się w tym, co się działo. W związku z ostrymi mrozami, które zaskoczyły nas wszystkich, po którymś z polowań zostałam kompletnie odcięta od stada razem z dwójką innych wojowników. Musieliśmy zatrzymać się w starym, opuszczonym budynku nieopodal torów, żeby nie dać się pokonać śnieżycy. Dlatego zaskoczyło mnie niemałe zamieszanie, które zdążyło się w tym czasie zrobić, a jeszcze bardziej zaskoczyła mnie Cynamonka, która znalazła się na stogu siana i wpatrywała z przerażeniem w tłum, który natychmiast zamilkł do tego stopnia, że byłam w stanie wysłyszeć własne bicie serca i niespokojny, nieznacznie zestresowany oddech. Nawet stukot moich pazurów w takiej ciszy zdawał się być czymś niezwykle głośnym.
— Drogi... Klanie. Chciałam coś ogłosić. — Moja siostra wyglądała na przestraszoną i niepewną, spoglądała zresztą na Manaciego Olbrzyma, szukając w nim wsparcia.
Żałowałam, że nie ma mnie tam bliżej, że nie mam pojęcia, o co chodzi i dlaczego to ona przemawia. Że nie ma mnie przy niej, kiedy dzieje się coś istotnego.
— Bryzowa Gwiazda nie żyje — wydusiła wreszcie.
Przez całą salę przebiegł szmer. Mój pysk nie drgnął nawet o centymetr, chociaż w duchu odczuwałam niesamowitą ulgę. Wiedziałam jednak, że powinnam zachować się z szacunkiem. Nawet, jeśli była już liderka na to wcale nie zasługiwała.
— Co się z nią stało? Ktoś ją zaatakował? — głos świeżego lidera wybił się z tłumu.
— Przechodząc... Do tego. Dzisiejszej nocy wiecie... Bryzowa Gwiazda przyszła do mnie, z ranami, które były w serio okropnym stanie — wzięła głęboki wdech. Wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć. Zaczęłam przeciskać się nieco do przodu, aby być bliżej. — Pomyliłam zioła i podałam jej cykutę.
Zamarłam. Tłum wręcz przeciwnie. Rozległy się krzyki. Ktoś rzucił, że ją otruła. Inny pies wspomniał o niekompetencji medycznej i powinności wydalenia jej. Jeszcze ktoś cieszył się z takiego stanu rzeczy twierdząc, że Bryzowej się to absolutnie należało. Otrząsnęłam się szybko i prędzej, bardziej natarczywie przekopywałam się przez rozemocjonowany tłum Wietrznych, chcąc znaleźć się przy siostrze, zanim ktoś wpadnie na jakiś głupi pomysł.
— Przepraszam! Nie chciałam tego zrobić, nie chciałam, nie chciałam nie chciałam! — zawyła medyczka, kuląc się coraz bardziej. — Nie wiedziałam po prostu, nie wiedziałam jak zareagować na wiadomość, że zabiła Złotą Gwiazdę!
Ta informacja uderzyła mnie tak, że na moment straciłam stabilność w łapach. Runęłam na ziemię, a wszystkie odgłosy rozmywały się wokół mnie, jakby dochodziły do mojego umysłu zza grubego, tłumiącego dźwięk muru. Bryzowa zabiła Złotą Gwiazdę. Nie zauważyłam nawet momentu, kiedy łzy napłynęły mi do oczu. Nie żalu. Nie smutku. Czułam złość. Nie. Czułam niewyobrażalną wściekłość i pragnienie zemsty, której nie będę w stanie nigdy już wyświadczyć. Bryzowa pozbawiła mnie mentorki. Liderki. Mamy. Ktoś spróbował mnie podnieść. Wyrwałam się i odepchnęłam go, po czym ruszyłam biegiem do wyjścia ze stadniny. Kopnęłam po drodze absolutnie wszystko, co się na niej znajdowało. Dudnienie w mojej głowie wciąż zagłuszało cały świat, nawet powiew lodowatego powietrza nie ostudził emocji, które targały mną, gdy ślepo podążałam w nieznanym kierunku. Nie mam nawet pojęcia, jak długo.
Chrzanić uczniów. Chrzanić Gwiezdnych. Chrzanić przyzwyczajenia i tradycje. Chrzanić to, że prawie zdechłam na tym zasranym chłodzie, na którym nie wiem nawet ile czasu spędziłam i gdyby nie zwidy, pewnie znaleźliby mnie dopiero o Porze Nowych Liści, tak samo wkurwioną, jak teraz. Nie chciałam tam wracać. Miałam to wszystko w dupie.
— Nieuchwytko, Skarbie, nie możesz tutaj umrzeć — Biała Zamieć trąciła mnie delikatnie nosem.
— Ty mogłaś, a mnie przy sobie nie chcesz? — syknęłam w odpowiedzi, znów czując tą samą bezsilność i nieokiełznany nadal żal.
— Ona cię potrzebuje, kochanie. — Trąciła mnie mocniej.
Otworzyłam oczy. Pewnie, że jej tu nie było. Przecież od księżyców leżała głęboko w ziemi. Podniosłam się. Ledwo czułam swoje zmarznięte, skostniałe łapy. I tak miałam to gdzieś. Znów zbierało mi się na płacz. Nie miałam zamiaru zostać w tym miejscu ani chwili dłużej. Rozejrzałam się. Byłam na granicy Wietrznych. Tym lepiej. Szybciej opuszczę to miejsce.
Wtedy poczułam, jak ktoś mnie trąca. Odwróciłam głowę z zamiarem warknięcia na delikwenta, kiedy zobaczyłam Cynamonową Pestkę. Mamrotała coś pod nosem. Poczułam się teraz jak największa idiotka. Przecież nie tylko ja to przeżywałam. Jak mocno musiało to dotknąć siostrę? Jak winna musiała się czuć? — Cynamonko? Ja… Ja ci się wcale nie dziwię. — Powiedziałam.
Nie zareagowała. Miałam wrażenie, że w ogóle nie zarejestrowała mojej obecności. Stanęłam przed nią. Weszła we mnie, mruknęła coś pod nosem i ominęła, jak przeszkodę. Najpierw byłam tym zaskoczona. Zamrugałam kilkukrotnie. Potem podeszłam do niej jeszcze raz.
— Cynamonowa Pestko? Słyszysz mnie? — zamachałam jej łapą pod oczami.
Nie reagowała. Zaczynałam panikować, ale tylko trochę. Na szczęście popchnięta szła tam, gdzie ją popychałam. W ten sposób udało mi się zaciągnąć ją do Manaciego Olbrzyma. Powoli. Ostrożnie. Uważając na każdy krok. Nie przepychając jej za mocno, żeby tylko się nie przewróciła. Usuwając sprzed niej wszystkie potencjalnie zagrożenia. Trwało to wieczność, ale zaowocowało bezpiecznym dostaniem się do stadniny. Dopiero tam poczułam, jak bardzo zimno mi było. Ale nie o mnie teraz chodziło.
— Manaci Olbrzymie? Manaci Olbrzymie! — wołałam gorączkowo, prowadząc ostrożnie siostrę.
— Co tam, kochaniutka? — odwrócił się do mnie z tym swoim ciepłym uśmiechem.
— Coś jest nie tak z Cynamonową — byłam dosłownie na granicy rozpłakania się. Znowu.
— Wiem. Próbowałem jej pomóc, ale nie wiem, co jeszcze mogę zrobić. Bardzo ciężko przechodzi wszystko, co się stało i w ten sposób jej organizm się przed tym broni. — Medyk spoważniał, patrząc na nią ze swojego rodzaju czułością i współczuciem.
— Czyli..?
— Czyli możemy tylko czekać. Być przy niej i czekać. — Podsumował.
Czułam, jak osuwa mi się grunt pod łapami. Manaci podtrzymał mnie w ostatniej chwili.
— Jestem straszną egoistką — wyszeptałam, nie wiedząc do końca, czy mówię do siebie, czy do niego. — Cynamonko, przepraszam! — wybuchłam wreszcie, podbiegając do mamroczącej coś znów siostry. — Przepraszam cię za wszystko. Przepraszam za to, że byłam do ciebie taka okropna, a potem nie potrafiłam się do tego przyznać! Tak bardzo chciałabym być przy tobie, być częściej dla ciebie… Może gdybym była przy tobie częściej… Ja… Ja naprawdę cię kocham! Przepraszam, że nigdy nie umiałam ci tego pokazać, że nigdy przy tobie nie byłam, że nawet nie pomyślałam o tym, żeby być… Jestem okropna, wybacz mi to, proszę! Gdybym tylko wiedziała, jak ci pomóc…
Od tamtego momentu byłam przy niej prawie codziennie. Opowiadałam jej o swoim dniu, o tym, co się dzieje w klanie, o postępie moich uczniów, przynosiłam przeróżne plotki i informacje, prosiłam o rady i zwierzałam z problemów, chociaż oczywiście nigdy nie dostawałam odpowiedzi. Wierzyłam jednak, że w jakiś sposób rozpoznaje moją obecność. Towarzyszyłam jej, kiedy wychodziła ze stadniny. Zazwyczaj szukała ziół w odosobnieniu. Wtedy również mogła nie zdawać sobie sprawy z tego, że jestem, chociaż szłam tuż obok. Pilnowałam, żeby była bezpieczna. Rozmawiałam z nią. Oczywiście bardziej mówiłam do niej, domyślając się, co mogłaby odpowiedzieć, ale byłam dobrej myśli. Manaci mówił, że na pewno tym jej nie zaszkodzę, a może poczuje się mniej odosobniona. Każdego dnia liczyłam na to, że wyrwie się z tego dziwnego transu. Każdego dnia spotykał mnie zawód. Ale nie traciłam nadziei. Wierzyłam, że któregoś dnia otworzy oczy, uśmiechnie się do mnie promiennie i zacznie opowiadać o jakimś niesamowitym śnie, który miała.

~***~

— Nie uwierzysz, Cynamonko! — wykrzyknęłam, kiedy tylko zlokalizowałam siostrę.
Szła nieopodal torów, zbierała spokojnie zioła. Nie zareagowała na to, że się pojawiłam tuż obok mimo tego, że ledwo wyhamowałam swój dziki rozpęd i cudem nie wylądowałam na niej. Grunt, że się udało.
— Moja uczennica została właśnie mianowana! — pisnęłam radośnie. — Wyobrażasz to sobie? Wiedziałam, że jest już gotowa, bardzo dobrze to wiedziałam, a ona potwierdziła to tylko przynosząc najpiękniejszą sarnę, jaką ten klan od księżyców nie widział! I to jeszcze upolowała ją zupełnie sama, rozumiesz? Popłakałam się, kiedy przyjęła miano Sarniego Tupotu. Ale tylko troszkę. Ja ją pamiętam jeszcze z czasów, kiedy była taka tycia! A teraz jest dużą, niesamowicie zdolną wojowniczką! To najpiękniejsze mianowanie, na którym dotychczas byłam. Swojego nie liczę z wiadomych powodów — prychnęłam.
Suczka zerwała roślinkę, której nigdy w życiu nie potrafiłabym nazwać, po czym ruszyła dalej.
— Sarni Tupot… Bardzo urocze, a jakie wdzięczne! Cieszę się, że Brązowy wymyślił tak ładny człon. Bardzo do niej pasuje. Jest przesłodki! — kontynuowałam swój wywód. — Bryzowa nigdy w życiu nie wymyśliłaby czegoś tak ładnego. Pewnie strasznie by ją skrzywdziła swoim... — Urwałam i spojrzałam spanikowana na Cynamonową. — Przepraszam. Nie wiem, czy powinnam wymawiać TO imię. We mnie wywołuje frustrację i gniew, nie mam pojęcia, co w tobie. Jeśli cokolwiek. — Westchnęłam i położyłam się na trawie, patrząc w niebo. — Pozbawiła nas mamy. Jakim cudem tak długo się to nie wydało? Zniszczyła nam życie, wiesz? Bardzo mi przykro, że to twoja trauma, ale uważam, że to dobrze, że już jej nie ma. Szczególnie, że to był przypadek. Nie wierzę, żebyś naprawdę celowo kiedykolwiek kogokolwiek otruła. Jesteś za dobra, Cynamonko. Masz dobre serduszko. Nie skrzywdziłabyś nawet muchy. Nigdy nie przestanę tak o tobie myśleć. Kiedy na nią spojrzałam, patrzyła w moim kierunku. Poderwałam się.
— Cynamonko? — mój głos zadrżał.
Wyglądała, jakby mnie słuchała. Jakby pierwszy raz od dawna naprawdę docierało do niej to, co powiedziałam. Zrobiłam krok w jej stronę. I wtedy wróciła do podnoszenia kwiatków. Zacisnęłam zęby. Oczywiście, że tego nie słyszała. Oczywiście, że tylko popatrzyła w losową stronę. Czułam się jak straszna idiotka. Musiałam zmienić temat, żeby się nie rozkleić.
— W każdym razie, Klematisowemu idzie gorzej. Wieki miną, zanim będzie gotów na samotne polowanie. — Westchnęłam, znów kładąc się pośród dzikich kwiatów. — Czasem kiedy wydaje mi się, że robi naprawdę duży postęp, na następnym treningu okazuje się, że to był chyba jednorazowy cud. Może tak naprawdę jestem dla niego źle dobraną mentorką? Może potrzebuje innych metod? Sama już nie wiem. Staram się nie być zamkniętą i go słuchać, obserwuję uważnie, zmieniam sposoby… A może niepotrzebnie się przejmuję i on po prostu potrzebuje więcej czasu? To przecież nic złego, prawda? — zerknęłam na nią. Wąchała coś. — Dokładnie to mu powtarzam. Że wcale nie jest słabym wojownikiem i że Gwiezdni się nie pomylili. Chociaż… Wiesz, ja sama czasem wątpię w Gwiezdnych. No bo gdyby istnieli, mogliby przestrzec nas przed tym całym bałaganem, który się zrobił. Nie wiem, czy kiedykolwiek przeboleję wieść o śmierci Złotej, a co dopiero sposób jej śmierci — warknęłam. — Przepraszam. Nie potrafię od tego odsunąć myśli… To dalej świeża rana. Zresztą ty to rozumiesz najlepiej. Powinnam się chyba bardziej pilnować ze słowami… Wiesz co, tak w ogóle to robi się ciemno, powinnyśmy powoli wracać. Już jak wychodziłam cię szukać słońce było dalej niż bliżej.
Podniosłam się i podeszłam do siostry.
— Chodź kochana, czas już wracać. Nie ma sensu włóczyć się po ciemku — trąciłam ją delikatnie.
Na szczęście sama zaczęła kierować się w stronę stadniny, jakby instynktownie chcąc wrócić już do obozu. Co prawda znacznie ucierpiał na powodzi, kiedy to cały ten śnieg z Pory Nagich Drzew wreszcie stopniał, ale powoli wszystko wracało do ładu.

~***~

Idąc na zgromadzenie miałam raczej kiepski humor. Co prawda absolutnie każde zgromadzenie, na którym byłam było w jakiś sposób traumatyczne i niemalże zawsze byłam wystawiana na upokorzenie, ale tym razem nie dlatego miałam obojętny wyraz pyska, gdy kierowałam się nań z moim uczniem.
Odkąd dowiedziałam się, że Bryzowa Gwiazda zamordowała Złotą Gwiazdę, moja wiara w Gwiezdnych stała pod znakiem zapytania. Tak naprawdę w klanie zostałam tylko i wyłącznie ze względu na Cynamonową, zgromadzeniu natomiast nie protestowałam, ponieważ miało być to pierwsze Klematisowej Łapy. Beze mnie by się na nim nie znalazł, a uznałam, że warto aby wiedział, jak to wszystko wygląda naprawdę. Nawet, jeśli wyglądało bardzo źle.
— Nie wychylaj się i staraj się słuchać — poinstruowałam go, na co grzecznie skinął głową.
Rozejrzałam się po schodzących się psach i mimowolnie uśmiechnęłam na widok Ciepłej Pleśni, zapominając na chwilę o odczuwanym żalu i pogardy do wszelkich tradycji, które zwykłam wcześniej szanować i wyznawać.
Jak zwykle, psy rozmawiały między sobą, również między klanowo, poznając się, wymieniając grzecznościami, uspokajając wzajemnie (jak widać zgromadzenia były wszechobecnie stresującym wydarzeniem) i kompletnie ignorując cel tego zebrania. Czyli w zasadzie zaczynało się zupełnie normalnie. Klasyczne zgromadzenie klanów.
Złapałam moment, w którym Ciepły śmiał się z czegoś i znów na moim pysku pojawił się delikatny, może odrobinę rozmarzony uśmiech. Oczywiście dlatego, że uśmiech jest rzeczą zaraźliwą i cieszyło mnie to, że wojownik Industrii jest akurat w tej chwili szczęśliwy. Bo jaki miałby być inny powód mojego zerkania na niego? Przecież to oczywiste, że skoro się zaśmiał, to zwrócił na siebie przynajmniej część mojej uwagi, prawda?
Zastępca jego klanu natomiast nie podzielał tego dobrego humoru. Odchrząknął znacząco.
— Już zaczynamy, czy jeszcze będą pogaduszki? — burknął niezadowolony.
Westchnęłam cicho. Udzielił mi się wyraz Sowiego Pazura i liczyłam na to, że ten cały cyrk zacznie się jak najprędzej i równie szybko się skończy. Niewiele osób jednak podzielało moje skupienie i dalej zajęci byli swoimi pogaduszkami. Kto by się spodziewał?
— Hej, słuchajcie, mam takiego newsa! — wrzasnęła Rzepakowa Gwiazda, rozpychychając się między wojownikami ze swojego klanu. — Ogólnie to zalało nam magazyn, nieźle co?
— Żałobna? Mogę iść? — moją uwagę przyciągnął uczeń.
W pierwszym odruchu chciałam mu powiedzieć, że chyba sobie żartuje i powinien uważać, ale zaraz stwierdziłam, że po co? Po co mam go trzymać na siłę, znudzonego, zniecierpliwionego, ze złą opinią o zgromadzeniach, skoro może pójść, poznać kogoś z innego klanu, być może zyskać jakiegoś przyjaciela na przyszłość… I tak najwyraźniej niewiele się miało dziać, to czemu miałabym mu zabronić? Sama przecież zaczęłam bardziej sceptycznie podchodzić do tradycji… — Możesz, tylko staraj się nie kręcić po innych klanach bez celu i mimo wszystko słuchać, co liderzy mają do powiedzenia. — Odpowiedziałam, na co uśmiechnął się szeroko i podziękował mi, po czym nieco niepewnie ruszył ku jakiejś grupce.
— Mieliście powódź w magazynie. U nas też było bardzo dużo powodzi w ostatnim czasie. — mruknął spokojnie Brązowa Gwiazda.
— Okej, to fajnie. — Oznajmiła Rzepa.
Liderka Płomiennych chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Byłam w ciężkim szoku, ale też swojego rodzaju podziwie, że tak szalona osoba jest w stanie zarządzać klanem w taki sposób, że jeszcze nie rozsypał się na kawałki. Podejrzewałam, że Sowi Pazur bardzo pomagał jej w tym zadaniu.
— Och, tak Rzepakowa Gwiazdo, Brązowa Gwiazdo. Przez ostatnie tygodnie gwiezdni na nas także zesłali zdecydowanie za dużo wody. Może to rekompensata za lato? — medyk Wodnych zabrał głos. Zerknęłam na jego liderkę, która spojrzała na niego z wdzięcznością. Najwyraźniej miała inne problemy na głowie, niż prowadzenie zgromadzenia.
Przesunęłam się bliżej Cynamonowej Pestki, opierając się o nią bokiem. Wiedziałam, że nie zarejestruje mojego przytulenia, ale chciałam pokazać jej, że jestem obok. Jak zwykle. Chciałam, żeby poczuła moje ciepło. Kto wie, może w jakiś sposób zdawała sobie sprawę z mojej obecności przy niej? Miałam na to nadzieję.
— Brązowa Gwiazdo, a jak się miewa ostatnimi czasy Ventus po zmianie lidera? — kontynuował niewielkich rozmiarów samiec.
— Ruiny również ucierpiały w powodzi — odezwał się zastępca Tenebrisu, wychodząc nieco naprzód. — Jednak sytuacja została opanowana. Nasi uczniowie starają się jak mogą i myślę, że już za niedługo otrzymają swoje wojownicze imiona.
— Śmierć Bryzowej Gwiazdy była dla nas szokiem. — Odpowiedział medykowi Wodnych Brązowy. — Chociaż szczerze to nie przesadzajmy. — mruknął po chwili ciszej, jakby do siebie. No, ja byłam w stanie to usłyszeć. Reszta Wietrznych pewnie także. — Klan ma się dobrze. Będziemy jeszcze silniejsi niż dotychczas. — powiedział pewny.
Mimowolnie poczułam się lepiej ze swoją przynależnością do klanu. Brązowa Gwiazda miał naprawdę dobre zdolności przywódcze. Był rozsądnym, rozważnym samcem.
— Bryzowa nie była liderem, była wrzodem na dupie — mruknęłam pod nosem, chociaż pewnie tak, jak do mnie dotarł cichy ton lidera, tak do niego i reszty klanu mógł dotrzeć mój komentarz.
— Życzę wam tego. Wasza siła to nasza siła, równowaga w klanach jest najważniejsza — odparł patetycznie wodny medyk.
Zgromadzenie było wyjątkowo spokojne, więc odpuściłam sobie bardzo uważne słuchanie i zerkałam co jakiś czas na Ciepłego. Cały czas jednak nie odchodziłam od siostry. Miałam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z samcem i zaczęłam nawet zastanawiać się nad tym, czy nie zaproponować mu spotkania, gdy odprowadzimy już swoich uczniów do naszych klanów, ale bałam się, że odmówi. Ostatnimi czasy widywaliśmy się trochę częściej i zaczynałam się do niego przywiązywać, więc taka odmowa byłaby niezwykle trudna do przełknięcia… Dlatego tylko spoglądałam na niego co jakiś czas, nie zawsze świadomie i zaraz odwracałam wzrok, żeby przypadkiem się na niego nie gapić. Nie chciałam wyjść na jakąś dziwną albo coś… Chociaż czy było coś złego w patrzeniu na swojego przyjaciela?
Co ciekawe, złapałam się na tym, że nie szukałam wzrokiem Jazgota, nawet przez chwilę o nim zapomniałam. Co prawda nie było go tu, więc mogło mi się to zdarzyć, jednak czułam się dziwnie z tym, że zaszła w moim życiu taka zmiana. Chyba naprawdę czas leczył rany. Postanowiłam któregoś dnia zajść i zapytać go, dlaczego akurat się nie zjawił. Zawsze przecież się zjawiał. Ostatnio zresztą został zastępcą Bezgwiezdnych, powinien więc tym bardziej stawić się na zgromadzeniu...
Odszukałam wzrokiem swojego ucznia. Dobrze, nie zgubiłam go. Siedział przy Płomiennych. Być może to właśnie mógł być mój pretekst, aby podejść do Ciepłego? — Mamy nowego wojownika w naszych szeregach. — mój lider kontynuował tematy typowe dla zgromadzeń. Słusznie, był w końcu dobrym liderem. — Pszczeli Taniec, gdyż takie zdobył imię wojownicze, jest od teraz naszym nowym wojownikiem.
— No generalnie też mamy nowego wojownika. Jest to Drżący Szept. Dumna wojowniczka naszego klanu. — Rzekł na to Sowi.
— Gratulacje wam, u nas także nowa wojowniczka została mianowana, nazywa się Zroszona Ptaszyna — spośród Wodnych ewidentnie to medyk dziś zajmował się dostarczaniem nam informacji.
Kiedy spojrzałam na Ciepłego, akurat jego wzrok spoczywał na mnie. Szybko odwróciłam wzrok udając, że wcale nie zerkam na niego całe zebranie. O Gwiezdni, co się ze mną dzieje? Zachowywałam się jak szczeniak… W tle medyk Wodnych zaczął swój monolog o radzeniu sobie z powodziami, a ja wróciłam wzrokiem do miejsca, gdzie siedział Ciepły. Jakże zaskoczyło mnie to, że właściwie teraz to nie było go na tym miejscu.
— Hej. Wzięłaś Klemantisową Łapę na zgromadzenie? — zagadnął wspomniany wojownik Płomiennych, który nagle znalazł się obok mnie, przez co prawie podskoczyłam. Na szczęście się opanowałam.
— Tak. — Odchrząknęłam, żeby ukryć swoje zakłopotanie. — Chciałam, żeby zobaczył, jak to wygląda. Trafiło mu się spokojne, może nie złapie z niego traumy — dodałam pół żartem.
— Mam nadzieję, że uda im się pozostać przy takich spokojnych zgromadzeniach — westchnął mój towarzysz rozmowy.
Pokiwałam głową.
— Tego im życzę — odparłam, odsuwając myśli o swoich, traumatycznych zgromadzeniach.
Jak chociażby tym, podczas którego lider Tenebrisu umarł. Wzdrygnęłam się. Postanowiłam wrócić do myślenia o czymś miłym. Albo KIMŚ miłym. To była moja szansa na zaproponowanie przechadzki po Zgromadzeniu, ale nie mogłam się jeszcze na to zdobyć. A czas mijał nieubłaganie, liderzy zaczynali powoli być znudzeni monologiem medyka z Flumine… Cisza, która na chwilę między nami zapadła wbijała się w mój umysł niczym niewielka, bardzo ostra szpileczka. — Ładny księżyc — wypaliłam nagle.
— Fakt — przytaknął, ale na szczęście nie został przy rozmowie o pogodzie. — Może chciałabyś spotkać się jutro, po treningu? Obiecałem Szarej Skale, że zerknę na Kłacz..astą Łapę podczas zbierania ziół na targu. Miał iść sam, ale lepiej zerkać na niego z daleka, a z kimś może być ciekawiej. — Zaproponował. Radość, która w tamtej chwili się we mnie kotłowała, wybijała właśnie poza skalę.
— Pewnie, dlaczego nie — starałam się brzmieć spokojnie i stłamsić odrobinę entuzjazm, który ulatniał się ze mnie mimowolnie poprzez tańczący na boki ogon. Nie byłam w stanie się przestać uśmiechać.
Ciepła Pleśń również uśmiechnął się i to właśnie ten uśmiech w tej chwili uznałam za najpiękniejszy uśmiech na świecie. Myślami kompletnie odleciałam od zgromadzenia, przez co w pierwszej chwili nie zarejestrowałam momentu, w którym psy zaczęły się zbierać. Dopiero Klematisowa Łapa wybudził mnie z tego stanu. Wymigałam się oczywiście tym, żeby przeczekać idący tłum, po czym ruszyłam razem z Cynamonową Pestką.
Kiedy zostałam z siostrą sama (bowiem Manaci Olbrzym był na tyle uprzejmy, aby każdego wieczora dawać nam czas na rozmowę w cztery oczy mimo tego, że zawsze były to po prostu moje monologi), dotarło do mnie, że muszę jej coś wyznać.
— Cynamonowa Pestko, ja… Ja chyba się zakochałam — wydusiłam z siebie, układając siostrę na legowisku. — Powinnam się cieszyć, zaproponował spotkanie. Powinnam skakać z radości, wygadywać ci największe głupoty, przejmować się tym, czy sierść ułoży mi się odpowiednio i czy nie zrobię z siebie idiotki, jak to zrobiłam przed Jazgotem… Ale Cynamonko, on jest z innego klanu. Był przy nas dzisiaj, na zgromadzeniu. Jest z Industrii, jak tamten bezczelny pies, który spotyka się często z twoim synem. Jest zresztą jego bratem i czasem ciężko mi w to uwierzyć, przecież jest taki… elokwentny i bystry, w dodatku szanuje kodeks i jest naprawdę dobrą osobą, kompletnie nie jak Omszona Krtań — westchnęłam. — Boję się, Cynamonko. Boję się, że przez to, że jestem z Wietrznych, nigdy nie będę miała u niego szans. Zresztą… Po co ja sobie robię nadzieję? Przecież jestem od niego znacznie starsza, czemu miałabym mu się spodobać? Jestem dużo starsza, jestem z innego klanu, jestem… Strasznie samotna. — Położyłam się obok niej, opierając głowę na jej bark. — Wiem, że mam ciebie. Wiem, że jest z nami Sosnowa. Ale to nie to samo, Cynamonko. Nie zostawiłabym cię nigdy, dlatego nie odejdę. Ale… Czy ja nie zasługuję na chociaż odrobinę szczęścia? Wiem, że nie jestem dobrą osobą, mam swoje za uszami. Ale pracuję nad tym. Naprawdę się staram poprawić. Myślisz, że zawsze już będę sama?
Zamyśliłam się.
— Od dawna pragnę, aby wszystkie klany były na równi. Pamiętasz? Mówiłam ci o tym ostatnio, że chciałabym, aby bezgwiezdni byli także traktowani, jak normalny, pełnoprawny klan. Nawet, jeśli nie wierzą w Gwiezdnych, przecież to dalej nasi przyjaciele. Nasze rodziny. Dlatego… Chciałabym kiedyś zostać liderką. Wiem, że to wielka odpowiedzialność. Wiem, że kompletnie się nie nadaję. Musiałabym być bardziej opanowana. Mniej emocjonalna. I nad tym też ciągle pracuję. Ale teraz nie jestem słuchana. Będąc kimś ważnym, będę miała większe szanse na bycie usłyszaną. Myślisz, że to się wyklucza? Miłość i bycie odpowiedzialnym za klan? Niby dużo liderów ma kogoś, ale… Kurcze, Cynamonko, prawie zawsze te “ktosie” są z tego samego klanu. Albo nawet zawsze są. A jak nie są, to przestają być liderami. A ja… Ja nie wiem, co mam robić. Zresztą, co ja wygaduję… Przecież nie ma szans na to, żeby on mnie pokochał. Podniosłam się z miejsca.
— Nie będę ci już zabierać nocy. Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Jak zawsze — uśmiechnęłam się niemrawo.
Cynamonowa podniosła głowę i przysięgam, znów narodziła się we mnie nadzieja, że to ten moment, kiedy mur, za którym skrywa się jej świadomość runie i wróci do mnie moja kochana, cudowna, entuzjastyczna siostrzyczka, której brakowało mi teraz najbardziej na świecie.
— Cynamonko? — zapytałam niemalże szeptem. Mój głos, przepełniony cichym błaganiem, drżał, kiedy zwracałam się do niej. — Cynamonko, wróć do mnie — znów do oczu napłynęły mi łzy. W tamtej chwili przestałam chcieć bycia liderką, miłości Ciepłego, ani nawet powrotu matek i brata do życia. Modliłam się w duchu tylko o to, żeby Pestka znów była sobą.

<Cynamonko? </3>
[8019 słów: Żałobna Pieśń otrzymuje 80PD + Klematisowa Łapa otrzymuje 1PT]