Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowa Melodia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorkowa Melodia. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2022

Od Sikorkowej Melodii do Kurzu

Sikorka dostała dziś dyżur w żłobku. Nie powierzono jej jeszcze nigdy żadnych dzieciaczków, więc pierwszy raz miała okazję wykazać się w roli niańki. Znalazca szczeniąt, Szlochająca Wierzba przekazał jej to zadanie, pod nieobecność Iskrzącej, która wybrała się z własnymi dzieciakami na spacer, sam idąc ze swoim przyjacielem, Kawką seniorem, na wspólne polowanie. Wyglądało na to, że jej pozytywna energia była dobrze znana w całym klanie. Łaciata wojowniczka słyszała o tych małych kudłaczach przeróżne legendy, przede wszystkim o tym, jak to są oni podmiotami Infernum oraz o tym jak to nie można spuścić ich z oka nawet na chwilę, ponieważ w innym wypadku doprowadzą w rekordowym czasie do uszkodzenia swoich małych ciałek lub kompletnej destrukcji wszystkiego w okolicy. Sikora nie wierzyła, żeby tak małe i urocze stworzonka mogły kogoś skrzywdzić, ale na wszelki wypadek przyjęła margines błędu na ewentualne problemy wychowawcze. Nie miała wiele czasu na przemyślenia. Nawet nie zorientowała się, gdy siedziała już w żłobku, z czwórką malutkich borzojowych główek kręcących się wokół.
— A proszę Paniiii? — jęknęła Kawka — A dlaczego słońce tak jasno świeci?
— Żebyśmy mogli wszystko dokładnie widzieć moja droga — odpowiedziała z uśmiechem Sikorka.
— Hm. — Zaakceptowała odpowiedź mała sunia. — W takim razie co musi świecić, żebyśmy mogli słyszeć, albo węszyć?
— Trudne pytanie. Nie mam pojęcia. Musimy zapytać się kogoś mądrzejszego. Może Pani Rzepakowa Gwiazda zna odpowiedź? Jeśli chcecie, możemy do niej iść i się zapytać, jeśli nie robi teraz nic ważnego.
Odpowiedział jej trzask kartonowego pudła spadającego z półki na ziemię. Prawdopodobnie rzeczy, które były w środku, przestały mieć funkcje użytkowe w momencie zetknięcia się z ziemią. Spojrzała na psiaka stojącego bezpośrednio pod pierwotną lokacją pakunku, który wpatrywał się w swoje dzieło z zadowoleniem.
— O nie mój mały robaczku, tak to się nie bawimy, jakby spadło na ciebie, to byś się kompletnie potłukł — łagodnie skarciła dumnego z siebie Kurza.
Podeszła do niego i odsunęła pudło pod ścianę.
— Nikt cię nie pytał głupia babo! — odpowiedział ze śmiechem szczeniak, patrząc jej wyzywająco w oczy.
— Oho, pana chyba nikt nie nauczył kultury. — Uśmiechnęła się z przekąsem suczka. — Chyba to ja będę musiała-
Zamilkła na dźwięk skrzypiącej podłogi za nią. Odwróciła się i zobaczyła Kiełbaskę, jak gdyby nigdy nic wychodzącego przez otwarte drzwi i zaczynającego schodzić po schodach. Jednym susem doskoczyła do niego, złapała za ten puchaty, czarno-biały kark i odstawiła obok reszty rodzeństwa. Mając ich wszystkich na oku, tyłem podeszła z powrotem do drzwi, wspięła się na tylne łapy, i używając pyska, zamknęła je.
— Skoro nie chcecie współpracować, posiedzimy sobie tutaj i nie będziemy nigdzie wychodzić do powrotu waszych opiekunów — oznajmiła, suczka.
— A proszę Pani? Spać mi się chce. — Kawka patrzyła na nią zmęczona, przymykając swoje brązowe oczka.
— Kochanie, w takim razie połóż się na tamtych poduszkach — wskazała pyskiem na zakurzony stosik miękkich przedmiotów, przygotowanych do spania specjalnie dla szczeniąt, który okupował już jej brat, Iskierek, który dopiero wybudzał się ze snu.
Rudawa suczka skinęła podłużną główką i poddreptała, rozpędzając się i wskakując z radością na stosik. Wojowniczka uśmiechnęła się dobrodusznie, widząc jak uroczo wyglądają małe, borzojki. Miała nadzieję popatrzeć dziś na ich urok, ale oceniając po zachowaniu, raczej się przeliczyła.
— No dobrze maluszki, co chcielibyście robić? Nie jesteście śpiące? — zapytała.
— Przede wszystkim nie jesteśmy maluszkami! — oburzył się Kiełbaska, robiąc obrażoną minę. Rozejrzał się po rodzeństwie — Przynajmniej nie ja.
— W takim razie, jak was nazywać?
— Yyyym… Sama coś wymyśl, to nie jest mój problem! — burknął pod nosem.
— Odnoszę wrażenie, że jednak troszkę jest — Posłała mu uśmiech — W takim razie ty będziesz Grahamkiem, ty Sezamkiem, a ty Pączuszkiem — nazwała po kolei Kiełbaskę, Kurza i Iskierka, który obgryzał kawałek poduszki, nie zwracając szczególnej uwagi na resztę — wasza siostra będzie Preclem. Musicie jej powiedzieć jak wstanie, dobrze?
— Strasznie głupie te imiona — zauważył Grahamek.
— To wymyśl lepsze — Wojowniczka wystawiła język do szczeniaka i przymknęła oczy w zamyśleniu. — Dwunożni tak nazywają swoje jedzenie, przynajmniej tak opowiadał mi kiedyś tata. Moglibyśmy wybrać się na wycieczkę i poszukać pierwowzoru waszych nowych imion, ale niestety, żeby robić takie rzeczy, trzeba być grzecznym. No dobrze, co powiecie słodziaki na… zabawę w berka?
Gdy znów spojrzała w miejsce, które powinny zajmować te dwa małe, pyskate nicponie, było ich zero, jak dało się łatwo przewidzieć. Westchnęła zawiedziona i rozejrzała się dookoła. Oczywiście Kurz i Kiełbaska nie mogli ustać w miejscu. A lepszym określeniem było raczej „Nie mogą wytrzymać chwili, bez dążenia do czyjejś złości”. Jeden szarpał się o poduszkę Iskierka, a drugi siedział obok Sikorki i robił do niej głupie miny.
— Grahamku, zostaw tę poduszkę! Pączuś jest tutaj jednym porządnymi kulturalnym psem — Spojrzała na śpiącą obok Kawkę. — Jedynym nieśpiącym. A ty Sezamku, nie mam pojęcia co w tych twoich minach takiego przezabawnego. Są raczej trochę… głupie i durne? Dokładnie. Głupie i durne. Chociaż jak podejrzewam, o to właśnie chodzi.
Suczka wzięła wdech i spróbowała się opanować. Nie może na nie krzyczeć, to będzie je tylko stresowało, a w taki sposób do niczego nie dojdą. Z drugiej strony, jeśli pokaże im, że to ona jest tu najsilniejsza… Nie, to było okropne podejście, stałaby się wtedy tym, czym gardziła. Podeszła do Kiełbaski i zdenerwowanego wyraźnie Iskierka. Swoją łapą szturchnęła czarno-białego, kudłatego psiaka i powaliła go jak najostrożniej się dało na ziemię, przyciskając na tyle mocno, by nie mógł się podnieść, ale nie wystarczająco mocno, by zrobić mu krzywdę.
— No i co teraz cwaniaczku? — Zaśmiała się pogodnie, do wyrywającego się szczeniaka.
— Zostaw mnie! — pisnął rozzłoszczony, ale Sikorka nie zdążyła nawet przeanalizować tej prośby, ponieważ w jej ogon wbiły się z całej siły malutkie szpileczki, powodując natychmiastową bezwarunkową reakcję wojowniczki, wyćwiczoną przez księżyce treningów, w formie strząśnięcia atakującego z siebie, przy okazji zostawiając Kiełbaskę wolnego.
Kurz trzymał się mocno, ale nie wystarczająco mocno, by dać radę wytrzymać nagły wstrząs, więc zanim suczka zorientowała się, że to skrajnie nieodpowiedzialne z jej strony, szczeniak już został odrzucony na ziemię.
— Przepraszam! — krzyknęła przerażona, podbiegając do leżącego na ziemi psa — To był odruch! Bardzo cię boli? Idziemy do medyka?
Mały prychnął i podniósł się, tylko lekko chybocząc na boki. Nie wyglądał na mocno poszkodowanego, może siniak, czy dwa oraz lekki szok. Sikorka była pewna, że jeśli tylko dowie się o tym ktokolwiek, już nigdy nie dopuszczą jej do absolutnie żadnych szczeniąt, a przez kolejny księżyc, w najlepszym przypadku, będzie musiała wymieniać posłania i wyciągać kleszcze codziennie.
— Mogłam wziąć Nagietkowy Poranek, on pewnie lepiej się dogaduje z dziećmi niż ja, a co dwa pyski to nie jeden — mruknęła pod nosem zła na siebie.
<Kurz?>
[1053 słowa, Sikorkowa Melodia otrzymuje 10 punktów]

30 kwietnia 2022

Od Sikorkowej Melodii CD Nagietkowego Poranku

Początek opowiadania ma miejsce na zimowym zgromadzeniu, druga część po przejściu w teraźniejszości.
— No wiesz, Mech zwykle na zewnątrz nie lubi chyba wszystkich psów — stwierdziła Sikorka, wciskając po dzisiejszym zajściu do tej kategorii i Białego — Ale wydaje mi się, że tak naprawdę niektóre lubi. Pewnie gdzieś w środku ciebie też kocha na swój dziwny omszony sposób. W końcu jesteście rodziną!
— Mam nadzieję — Uśmiechnął się syn Rzepy.
— Wiesz, że nawet przyszedł na ostatnie dwa treningi? Myślę, że też zaczyna mnie lubić. Może uda mu się utrzymać taką frekwencję dłużej?
— Serio? — Rozpromienił się Nagietek. — Czyli chyba faktycznie udało ci się go do siebie przekonać. Gratulacje!
Sikorkowa Łapa również się rozpromieniła. Ta pochwała bardzo jej się spodobała, szczególnie że pochodziła od przyrodniego brata jej mentora, musiał wiedzieć coś na ten temat, prawda?
— Tak w ogóle, to jak u twojego mentora? Znaczy Ciepłej Pleśni — dodała, ponieważ nie chciała przypadkiem zmylić rozmówcy, bo wydawało się jej, że w miarę wiedziała co u Drżącego Szeptu.
Uczeń nagle spoważniał. To był jego czuły punkt. Jakaś część mózgu Sikorki zaczęła migać na czerwono, ostrzegając ją, że stąpa po kruchym lodzie, ale suczka rzadko kiedy zwracała uwagę na takie sygnały. Pamiętała, jak nie raz widziała trening tej dwójki dzieciaków Rzepakowej. Była zachwycona tym, jak dobrze się dogadywali! To było okropnie urocze. Podejrzewała, że te całe legendarne już dzieci Ciepłego i jego partnerka — jak przypuszczała Sikorka, chociaż jak się już dawno przekonała, niekoniecznie musiała być to ona — prawdopodobnie odstawiły ucznia na dalsze miejsce. Wręcz na pewno, przecież brat Mcha dosłownie odszedł do innego klanu, dla nich. Uczennica miała nadzieję, że kiedyś też będzie miała kogoś, dla kogo byłaby w stanie coś takiego zrobić. Chociaż… znając swój własny charakter, nie miała pewności, czy kogoś takiego nie było. Bardzo łatwo było jej się przywiązywać, nawet bez wiedzy drugiej osoby.
— Nie widziałem go od dawna… tęsknię za nim. Wierzę, że niedługo się zobaczymy — Jego głos brzmiał, jakby za chwilę miał się złamać. Co robiło wrażenie, udawało mu się utrzymać neutralny ton.
— Jak mógł cię tak zostawić? Co za kurwa. — Zrobiło się jej okropnie szkoda Nagietka.
To jedno słowo, zapożyczone oczywiście od Mcha, wypadło z pyska Sikorki tak niespodziewanie, że sama była nim nawet zaskoczona. Pierwszy raz użyła sformułowania aż tak wulgarnego. Prawdopodobnie wszystkie stworzenia na Ziemi poczuły potężne zaburzenie w mocy po tych słowach. Czerwona lampka w jej mózgu przestała migać, świeciła się teraz oślepiającym światłem i wydawała głośny odgłos syreny alarmowej. Do suczki dotarło, że chyba złamała pod swoimi łapkami ten kruchy lód. Pożałowała, widząc minę Nagietka.
— Nie mów tak o nim. — Speszył się. — Musi opiekować się swoimi szczeniakami. To… nie jego wina.
Uczennica zdziwiła się, że jego reakcja była na tyle spokojna. Czuć było z daleka, jak w jego wnętrzu emocje buzują, niczym ogromne stado szerszeni, zamknięte w niewielkim plastikowym pudełku. Doszło do niej, jak paskudnie się zachowała. Nigdy jeszcze nie obraziła świadomie i na poważnie innego psa!
— Przepraszam! — odpowiedziała ze szczerym żalem — Wymsknęło mi się… Nie powinnam cytować Omszonej Krtani — skarciła samą siebie.
— Nic się nie stało — powiedział krótko.
Po raz pierwszy zapadła niezręczna cisza. Sikorka czuła się okropnie, a kolega z klanu chyba nie lepiej. Nie wiedziała co zrobić. Pospiesznie próbowała wymyślić jakiś żart lub coś w tym rodzaju, by trochę rozluźnić atmosferę, ale jej umysł nagle stał się całkiem pusty.
— Chyba powinnam już wracać, inaczej tu zamarzniemy — stwierdziła.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Od jej ostatniej głębszej rozmowy z Nagietkiem minęło na tyle dużo czasu, że z Sikorkowej Łapy stała się Melodią, a i jej przyjaciel, jak nazywała go z dumą i nadzieją w umyśle, był teraz Nagietkowym Porankiem. Czas pomiędzy zgromadzeniami wydawał się nudny i spokojny, pomimo iż działo się wtedy naprawdę wiele. Zaczęło się lato, Flumine zostało odbite i zginęła masa psów: dwóch przywódców i medyk oraz kilku zwykłych wojowników. Sikorka trochę o tym myślała. Czy nazwanie ich zwykłymi byłoby odpowiednie? W końcu mieli pewnie swoje rodziny i przyjaciół, dla których byli ważni. Tak samo jak Lelek był ważny dla niej. Większość toków myślowych kropciatej wojowniczki sprowadzało się ostatnio do najciekawszego, możliwe, że kulminacyjnego, ale i najbardziej tragicznego do tej pory momentu w jej życiu. Nie mogła przestać się zastanawiać, jak, czemu i co gdyby. Co ją lekko przerażało, nie miała ochoty lamentować, raczej kierowała nią chłodna ciekawość. Pierwsze chwile, zaraz po wypadku były wyjątkiem, szok i ogólna grobowa atmosfera były ciężkim do przezwyciężenia połączeniem, ale później… wiedziała, że powinna być smutna i tego się od niej wymaga, nawet szczególnie od niej, znając jej charakter, w końcu umarła jedna z najbliższych jej osób, której nigdy już nie spotka. Umysł suczki przeszedł z tym jednak po prostu na porządek dzienny. Stał się może bardziej ponury i skomplikowany, ale nie mokry od łez. Bardziej niż żal, czuła swego rodzaju nostalgię i zmęczenie, ale niewiele więcej.
O zaproponowanym podczas rozmowy z Nagietkowym Porankiem na zgromadzeniu spacerze, przypomniała sobie kilka dni później. Zamierzała to wykorzystać, dopóki pamiętała. Jak chciała zdobyć rangę przyjaciółki, skoro go unika? Czym prędzej zaczęła go szukać. Nie zajęło jej to długo.
— Cześć Nagietek, mogę cię wyrwać na obiecany spacer, czy robisz coś ważnego? — zagadała wojownika.
Pies odwrócił się zaskoczony, ale widząc ją uśmiechnął się.
— Oczywiście, to dla mnie zaszczyt — odpowiedział śmiejąc się pogodnie.
— W takim razie zapraszam — oznajmiła suczka i zadowolona, że udało jej się tak łatwo, starając się nie ukazywać nadmiernej euforii, żeby nikt nie wyzywał jej od psycholi, za nie przeżywanie żałoby, podreptała w kierunku wyjścia z Magazynu, mając nadzieję, że czarno-biały pies idzie za nią.
<Nagietkowy Poranku?>
[886 słów, Sikorkowa Melodia otrzymuje 8 punktów doświadczenia]

18 kwietnia 2022

Od Sikorkowej Melodii (Sikorkowej Łapy)

Nie były to najciekawsze chwile w życiu Sikorkowej Łapy, co było dziwne, bo zawsze myślała, że najważniejsze chwile życia równają się najciekawszym chwilom życia. Sikorka nie była dobra z matematyki. Podreptała za mentorem i czekała, aż wszystkie problemy rozwiążą się za nią, co było jej ulubionym sposobem na rozwiązywanie problemów. Szkoda tylko, że tak rzadko spotykanym. Omszona Krtań przedyskutował z Rzepakową Gwiazdą, że fajnie by było, jakby załatwiła dla nich jakąś ceremonię, a ona, jako dobra przywódczyni, słuchająca swojego ludu, odpowiedziała "ok" i bez chwili zawahania, skierowała swoje kroki, pod Wężowy Regał, który zawsze, ale to zawsze zastanawiał, jak już ustaliliśmy, nieobdarzoną umysłem ścisłym uczennicę. Czemu ktoś miałby rysować na nim węża? Choćby nie wiedziała, ile razy przejrzała tę półkę, nigdy nie wytropiła tam nawet dżdżownicy.
— Jak chcesz mieć na imię? — rzuciła w eter Rzepak, prawdopodobnie celując tym pytaniem w Sikorkę.
Łaciata sunia została metaforycznie strącona z łap. Przez calutkie swoje już prawie dwuletnie życie, zastanawiała się nad tą kwestią miliardy razy. Przeanalizowała prawdopodobnie wszystkie istniejące na świecie drugie człony imion i po prostu nie była w stanie wybrać tego jedynego. Sikorkowy Puch, Harmonia, Pieśń, albo Sadzawka... Jedyną nadzieją suczki było to, że ktoś po prostu wybierze to za nią i nie będzie musiała robić tego sama. Ale ona nienawidziła wyborów. To mogła być najważniejsza decyzja jej życia i nigdy już może nie mieć okazji jej zmienić! Rzepa spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem, dając do zrozumienia, że nie mają całego dnia i albo wybierze teraz, albo liderka nie będzie marnować swojego cennego czasu na mianowanie jakiegoś psiaka. Suczka złapała pierwszą lepszą opcję ze swojego umysłu i z całej siły pociągnęła, wypluwając ją, zlepioną w dwa słowa:
— Sikorkowa Melodia — powiedziała najmniej pewnym siebie głosem prawdopodobnie w całym swoim życiu.
Rzepakowa Gwiazda skinęła głową, zatwierdzając jej imię bezpowrotnie. Już nie było odwrotu. Wskoczyła na pudło z taką sprawnością, że gdyby odbywały się zawody we wskakiwaniu na pudło, musiałaby mieć naprawdę mocnych przeciwników, by nie uzyskać złota. Zwołała klan. Kilkanaście ciekawskich psich łebków wychynęło ze wszystkich zakamarków magazynu, by kilka chwil później znaleźć się razem z resztą ciała pod rzepakowym pudłem, z oczami wlepionymi w majestat przywódczyni. Sikorka wystąpiła na środek, tym razem ze zdwojoną pewnością siebie, którą oszczędzała przez całe swoje istnienie, na tę właśnie chwilę. Pomyślała sobie, że jest teraz Panią Życia, nie ma nic do stracenia, nikt nie może jej nic kazać, a gdy pomyślała sobie o Mchu, który był dla niej miły, od razu zrobiło się jej na serduszku jeszcze przyjemniej.
— Ja, Rzepakowa Gwiazda, liderka Industrii, wzywam naszych wspólnych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę — zaczęła bez ostrzeżenia Rzepa — Sikorkowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę własnego życia?
— Oczywiście, że obiecuję, zawsze będę go chronić — musiała wyróżnić się Sikora. Nie mogła zwyczajnie powiedzieć, że obiecuje. To nie wchodziło w grę, Pani Życia nie była taka jak inne.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojowniczki. Sikorkowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Sikorkowa Melodia. Gwiezdni honorują twój optymizm i oddanie, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Industrii.
Łaciata suczka z dumą pochyliła głowę, pozwalając Rzepakowej zeskoczyć na ziemię i położyć swój pysk na głowie suczki, która była jeszcze kilka minut temu uczniem. Ciężko było opisać uczucie, które wypełniło wnętrze białej suczki. Troszkę jakby taki silny, ale delikatny industrialny płomień dumy przebiegł od jej czoła aż po samiutki ogon, rozpalając w niej na nowo żywy patriotyzm wobec klanu. Można by to tak określić, chociaż brzmi to bardzo dziwnie. Właściwie... kto pytał, jak to brzmi? Na pewno nie Sikorka. Przyjęła to gorące uczucie na klatę i wytrwale stała w bezruchu, czekając, aż wszystkie nieco znudzone lub zmęczone psy skończą składać jej gratulacje, by mogła na spokojnie uczcić ceremonię ze swoim byłym mentorem. Kurczaczki, jak to dziwnie brzmiało! Wszystko szło pomyślnie, aż gdy tłum powoli się rozszedł, a na końcu zostało tylko jej własne rodzeństwo. Cała trójka przytuliła Sikorkę z całej siły, czego suczka kompletnie się nie spodziewała, ale przyjęła ten gest z ogromną przyjemnością.
— Wiecie co? Kocham was koledzy — odpowiedziała im świeżutka wojowniczka ze śmiechem. Jak to się stało, że oni zostali mianowani już tak dawno temu? Przynajmniej w końcu i jej się udało!
Drozd liznął ją czule w nos, uśmiechnięty radośnie od ucha do ucha, co nie było trudne, ponieważ jego uszy były strasznie długie. Biorąc pod uwagę ten fakt, uśmiechnął się nawet ponad własne uszy. Puchaczka, wbrew swojej zwykłej niechęci do zabaw z rodzeństwem, również wyszczerzyła zęby w lekko nieśmiałym, ale prawie równie szerokim uśmiechu. A Lelek... nie, on... coś było nie tak. Biała suczka spoważniała, wpatrując się uważnie w udawane szczęście bliźniaczo podobnego brata. Umiała rozpoznawać takie rzeczy, szczególnie u bliskich, a do Lelka odczuwała najbliższą braterską więź ze wszystkich dzieciaków Jagodowej Mgły. Nie była pewna czy z wzajemnością, ale wierzyła, że ich niemal identyczny wygląd jakoś ich mistycznie łączy. W każdym razie... coś mu doskwierało, a Sikorka musiała jakoś to naprawić. Jak można było w jej szczęśliwym dniu mieć smutną minę? No nie można!
— Co się stało, Lelek? — zapytała — Jakiś się smutny wydajesz. To nie jest dobry dzień na smutki!
Pies spojrzał na nią zaskoczony, ale szybko się opanował i westchnął smutno:
— Nic mi nie jest. Po prostu mam kiepski dzień, nie musisz się mną martwić — próbował silić się na pogodny ton, ale wojowniczka nie miała problemu z wyłapaniem jego prawdziwego nastroju.
Z szacunku do brata nie chciała wypytywać go o powody. Zamyśliła się na chwilę. Wpadła na pewien pomysł.
— W takim razie chodź ze mną, poprawimy ci go raz-dwa! Puchaczka, Drozd, chcecie pójść z nami?
— Przepraszam Sikorka, bardzo bym chciał, ale zobowiązałem się dziś u Sowiego Pazura, że pójdę na wieczorny patrol, wiesz, jaki on jest, wolę mu nie podpadać — odpowiedział Drozdowy Szlak.
— Ja ledwo wróciłam z polowania i Łabędzi Gwizd trochę mnie na nim przez przypadek poturbowała, więc ledwo udało mi się wynegocjować z nią, żebyśmy przed wizytą u medyka tu przyszły i ci pogratulowały. Chyba już tam stoi i na mnie czeka — dodała Puchacza Duma, po czym kiwnęła głową na pożegnanie rodzeństwu i odbiegła pospiesznie w kierunku legowiska Szarej Skały.
— W takim razie zostaliśmy sami — podsumowała łaciata wojowniczka, patrząc, jak Drozd znika między półkami.
Lelek ponuro skinął głową, wyglądając, jakby już miał powoli dość towarzystwa nadpobudliwej suczki. Na szczęście dla Sikory, ani ona tego nie zauważyła, ani on nie chciał tego pokazywać. Pora było wyruszyć po raz kolejny nad Jezioro, tym razem zamiast z Mchem lub samotnie, z ukochanym braciszkiem.
W końcu dotarli na miejsce. Łaciata wojowniczka bywała tu ostatnio częściej niż było to konieczne. Na tyle często, by po niejednokrotnym zgubieniu trasy i błąkaniu się przez kilka godzin bez celu, w poszukiwaniu obozu, udało się jej w końcu wyryć w mózgu trasę. Nie miała najlepszej orientacji w terenie. Suczka wbiegła entuzjastycznie na polankę przy brzegu zbiornika wodnego i westchnęła z zachwytem, na widok różowiutkich i białych magnolii, kwitnących po przeciwnej stronie Jeziora, ledwo widocznych dla każdego przeciętnego psa. Sikorka nie była przeciętnym psem. W dodatku, gdyby ktoś użył przy niej określenia "przeciętny pies" prawdopodobnie byłaby zawiedziona, ponieważ uważa, że każdy pies jest specjalny i unikatowy.
— Są takie piękne! — skomentowała, nie mając zielonego pojęcia, jak mogą się nazywać jej obiekty westchnień. Nie była przecież od tego, by znać się na jakichś kolorowych drzewach, uważała się raczej za swego rodzaju sędzię lub obserwatora, którego zadaniem było wystawić ocenę tworom Matki Natury. Jej oceną zwykle było dziesięć na dziesięć.
Brat odpowiedział jej krótkim "yhm" i rozejrzał się wokół, z niekrytym zachwytem. Nieco bliżej od magnolii, rósł ogrom przeróżnych kwiatów, zielenić zaczynały się drzewa, a uroku dodawała temu leciutka mgiełka, unosząca się nad powierzchnią wody. Sikorkowa Melodia była niemal pewna, że zaraz, gdy słońce wysunie się zza chmur, pojawi się tęcza. Przynajmniej miała na to ogromną nadzieję.
— To jest to, co chciałaś mi pokazać? — zapytał po chwili, obserwując budzącą się do życia roślinność — Masz rację, bardzo tu ładnie.
— Ooch... Nie do końca o to mi chodziło — odpowiedziała suczka, po czym wczłapała do wody, przebierając długimi nogami, szukając czegoś wzrokiem.
Nagrodą za nauczenie się drogi, był niemal nieograniczony dostęp do pewnego śmiesznego kwiatu, który pokazał jej kiedyś Mech. Nie miała pojęcia, jakie szkody wyrządzić może użytkowanie go, ale nie było nikogo, kto mógłby jej to uświadomić. Odgarnęła łapą liście, opadłe z drzew kilka księżyców temu, jeszcze niestrawione przez... coś, co je trawiło, i znalazła to czego szukała! Dwa błękitno-żółte kwiaty, unoszące się na wodzie. Chwyciła je delikatnie zębami, po czym wyrzuciła na brzegu pod łapy Lelka. Pies przyjrzał się im podejrzliwie, po czym spojrzał na Sikorę.
— Co to jest? — zapytał.
— Twoja droga do szczęścia — odparła z uśmiechem suczka, po czym zaczęła konsumować roślinę, jakby była to najzwyklejsza leśna mysz, a nie jakieś dziwaczne, podejrzane zielsko, wyłowione z wody.
Lelkowy Las ufał siostrze. Ufał, że nie wkręci go ona w łamanie kodeksu, ponieważ doskonale wiedziała, jakie miał on wobec takiego postępowania zdanie. Ale co mogło być złego w jedzeniu jakiegoś kwiatu? Może był on szczególnie smaczny, albo coś w tym rodzaju? Wojownik ugryzł niebieski płatek.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Dwójka dorosłych białych psów w czarne łaty leżała pod gałęziami rozłożystego dębu i zaśmiewała się wniebogłosy. Nie było w ich rozmowie nic szczególnie śmiesznego, ale nie powstrzymywało to ich umysłów od dopełniania nudnej rzeczywistości przeróżnymi halucynacjami. Lelkowy Las śmiał się niezwykle rzadko w towarzystwie Sikorki, ale jej mózg był na tyle wciąż zaćmiony przez narkotyk, że nie zwracała na to w tym momencie uwagi. Ważne było, że jej kuracja działała na smutki brata. Nie zdawała sobie też sprawy z upływu czasu, księżyca, który już prawie wisiał nad nimi, ani ilości kwiatów, które w siebie wcisnęli. Na pewno nie skończyło się na jednym. Powinna w tym momencie odbywać swoją niemą straż przy wejściu do Magazynu, ale nie miała do tego głowy. Puchata, biała ćma przeleciała przed jej oczami i usiadła na źdźble trawy. Wojowniczka ostrożnie wstała, po części, by jej nie przestraszyć, ale po większej części przez obolałe mięśnie, po różnych dziwactwach, które zaczęli we dwójkę odprawiać w tych wesołych chwilach czystej endorfiny. Zwierzaczek miał uroczy, mięciutki, jak wyobrażała sobie suczka, szaliczek z futerka, a na białych skrzydłach malutkie, czarne cętki, jakby był irbisem śnieżnym i biegał po górach, a nie obijał się o świecące żarówki. Albo tylko to sobie wyobrażała? 
— Proszę, żeby już każdy dzień był tak przyjemny jak dziś — zaskoczył i ją i ćmę, własnym głosem Lelek — Wydaje mi się, że zanoszą modlitwy do Coelum — wyjaśnił pełen nadziei i szczęścia w głosie pies, gdy nocny motyl odleciał.
Suczka pokiwała lekko głową, przymknęła oczy, zastanawiając się nad słusznością tej teorii. W tym stanie mogłaby uwierzyć w naprawdę wiele niezbyt oczywistych rzeczy.
— Myślisz, że w takim razie motyle w dzień zanoszą je do Infernum? — zapytała.
Brat nie odpowiadał. Nie przejęła się tym na początku, ale po dłuższej chwili ciszy, gdy otworzyła oczy i spojrzała na Lelka, cała przyjemna psychoaktywna otoczka wyparowała, zwalniając w końcu miejsce na chociaż odrobinę zdrowego rozsądku. Wojownik leżał na ziemi, wstrząsany przez drgawki. Jego źrenice były nienaturalnie powiększone, a z krótkiego futra kapał pot. Sikorka stanęła jak wryta. Co się właśnie działo z jej bratem? Klatka piersiowa wojowniczki zaczęła unosić się i opadać z rekordową szybkością, a ogon podwinął się pod ciało ze strachu.
— Lelek! Słyszysz mnie? — zawołała przerażona, ledwo mogąc wydobyć z siebie krzyk.
Brak odpowiedzi. Podbiegła do psa i spróbowała przytrzymać go łapami, ale nic to nie dało. Przeanalizowała wszystkie możliwości. Nie było ich wiele. Mogła albo spróbować pomóc mu sama, do czego nie miała absolutnie żadnych kwalifikacji, albo pobiec do obozu i przyprowadzić medyka.
Postanowiła uwierzyć w możliwości swoich długich nóg, w końcu miały się na coś przydać.
— Wytrzymaj, zaraz wrócę z pomocą, dobrze? — poinformowała brata, mając nadzieję, że mógł ją usłyszeć.
Sikorkowa Melodia zerwała się do biegu. Wymijała drzewa i krzewy, przeskakiwała nad powalonymi pniami i kałużami, wszystko, byleby nic jej nie zatrzymało. W rekordowym tempie wpadła do magazynu, nie pozwalając żadnemu z psów pilnujących obozu się zatrzymać. Miała ważniejsze sprawy na głowie niż oni wszyscy razem wzięci — powtarzała sobie. Wbiegła do legowiska Szarej Skały, ledwo wyhamowując się przed ścianą.
— Panie Peterze, Lelek, znaczy Lelkowy Las... — krzyknęła zaaferowana, głośno charcząc i łapiąc oddech po biegu.
— No dalej, wypluj to młoda — zachęcił medyk, któremu ta nagła napaść przerwała najwidoczniej jakieś ważne zadanie, związane z ustawianiem ziół. 
Kłaczasta Łapa leżący w kącie, zainteresowany podniósł głowę.
— Coś mu jest! Nie mam pojęcia o co chodzi, ale musi mu Pan pomóc! — prawie zadławiła się słowami sunia — Drgawki, płytki oddech, pot lał się z niego strumieniami... Nie wiem co jeszcze, leży pod drzewami przy Jeziorze, nie ma czasu.
Peterowa Skała odgarnął łapą kilka wiązanek zielska.
Pomimo ogromnego zmęczenia, adrenalina pulsowała w jej łapach, pozwalając na bieg równie szybki jak w stronę obozu, ale musiała zwolnić, by dotrzymał jej kroku niewielki patrol złożony z jednego wojownika i dwójki medyków, każdy pies z tej czwórki miał pysk wypchany zielem, które potencjalnie mogło uratować jej brata. Miała szczęście, że na drodze nie napotkali żadnych przeciwności i udało im się bezpiecznie dobiec na miejsce zdarzenia. Niestety szczęście skończyło się jej właśnie w tej chwili. Nieruchome ciało Lelka smutno dopełniało mroczną atmosferę skąpanego w czerni nocnego krajobrazu. Peter podszedł do niego, upuścił zioła na ziemię i wykonał kilkunastosekundową analizę.
— Piana w pysku, pogryziony język, ogromne źrenice... — wymamrotał pod nosem — Jest już zimny, nie oddycha, przykro mi, ale przybyliśmy za późno. Wygląda na to, że idiota zaćpał się na śmierć.
Sikorka zamarła. Jak to za późno? Niemożliwe! Przywarła do boku Lelka i poczuła, jak łzy w końcu mają czas na spłynięcie z jej oczu. Do jej umysłu dochodziły tylko wymieszane głosy innych psów wokół. Nie rozumiała, co mówią. Nie miało to dla niej znaczenia. Dosłownie może nawet niecałą minutę przed rozpoczęciem tych paskudnych wstrząsów Lelek poprosił Gwiezdnych o szczęście. Czy to było za dużo? Może tak. A może Gwiezdni nie mają wpływu na śmierć psów, a to właśnie ona wpadła na ten genialny, śmiertelny pomysł, żeby dać mu coś tak paskudnego i niegodnego zaufania? Jakim cudem ona zażywała tego dziadostwa tyle razy, a nic jej się nie stało? Musiała się z tym pogodzić, ona, Sikorka, jest morderczynią. Nie cofnie czasu. Mogłaby popełnić samobójstwo, sama zeżreć wszystkie te pieprzone kwiatki i okazać się ohydnym tchórzem, albo żyć dalej z tą myślą. Pewnie wszyscy ją znienawidzą, gdy tylko dowiedzą się, co zrobiła. Może nawet sami ją zabiją i rozwiążą ten problem za nią? Byłoby to świetne. Skąd jeden tak beznadziejny pies, który nawet nie umie utrzymać przy życiu brata, jak ona, może mieć tak ogromną moc, by spowodować czyjąś śmierć? Zapłakała głośniej. Ta moc była cholernie przerażająca.
[2412 słów, Sikorkowa Melodia otrzymuje 24 punkty doświadczenia i zostaje wojowniczką, a Lelkowy Las umiera]

20 lutego 2022

Od Sikorkowej Łapy do Nagietkowej Łapy — Zgromadzenie klanów

   Czyż to nie była piękna noc na zgromadzenie? Czyż każda noc nie była piękną nocą na zgromadzenie? Dla Sikorkowej Łapy zdecydowanie była. Bycie na zgromadzeniach należało do jednego z jej ulubionych przywilejów klanowych. Omszona Krtań, wydawał się bardziej zły, niż zwykle. Albo miał tylko taką minę, by nikt go nie zaczepiał? Możliwości było wiele. W każdym razie, nauczona doświadczeniem, suczka postanowiła zachować bezpieczną odległość od swojego mentora. Nie warto go denerwować jeszcze bardziej, prawda? Może wciąż nie była w pełni bezpieczna, ale przynajmniej lekko bezpieczniejsza, czyli jakieś pięć metrów przed nim, w otoczeniu wojowników ognistego klanu. Nie rozmawiała z nikim, bo czuła, że atmosfera jest jakaś strasznie napięta. Uznała, że powodem tego jest „sytuacja we Flumine”, jak nazywało ją wielu, ale była to tylko teoria. Pieskowa teoria. Zatopiła się we własnych myślach, by jakoś spożytkować czas na wędrówkę. Jedną z jej myśli było to, czy jej otp, Szczurek x Kłaczek, dziś ma szansę zbliżyć się bardziej do istnienia. Nie spodziewała się kompletnie, że ta „sytuacja”, czymkolwiek była, w klanie Wodnych zaszła tak daleko, że nie przyjdzie żaden z nich. Miejsce zgromadzeń było wyjątkowo puste tej nocy. Brak jednego z klanów widać było na pierwszy rzut oka. Jazgot powitał wszystkich jako pierwszy. Sikorka sama ledwo pamiętała, że kiedyś spotkała go a swojej wyprawie do lasu, jakieś dwanaście księżyców temu, a może i więcej, a on prawdopodobnie ledwie pamiętał ją. Funkcjonowali jak osoby, które skończyły jedną klasę, a potem rozeszły się w świat i przy każdym przypadkowym spotkaniu, udawały, że nigdy nie miały ze sobą nic wspólnego, by nie narazić się na krępującą sytuację. Przynajmniej Sikorka tak funkcjonowała, nie wiedziała, co o tym myśli Pan Jazgot. Wszyscy wymienili pozdrowienia (z wyjątkiem wybitnych jednostek, zbyt dumnych, by kogoś pozdrawiać).
 Widzę, że wszyscy są już na miejscu  Zaczął przemowę Brązowa Gwiazda – W takim razie, chciałbym jako pierwszy zabrać głos. Nie ma z nami Flumine. Nakrapiana Gwiazda nie żyje. W skrócie dużo psów z Industrii musiało uciec. Prawdziwy terror dzieje się u Wodnych.
Sikorkowa Łapa po raz pierwszy usłyszała wypowiedź jakiegoś autorytetu, o tej całej „sytuacji we Flumine”. Były co prawda plotki, ale w pysku przywódcy, brzmiało to dużo poważniej, niż „No, Piaskowa Mara podobno przyszła do ich klanu, zabiła Nakrapianą Gwiazdę i mianowała się przywódcą”. 
 Aha, czyli to tam uciekli ci popaprańcy?  nie mógł się prawdopodobnie powstrzymać Mech.
Czy to tylko takie wrażenie, czy każde zgromadzenie, na którym była, zaczynało się praktycznie od jakiegoś zdania jej mentora, które wiele psów uznawało za obraźliwe, wobec którejś grupy społecznej? Jeśli mogła pozwolić sobie przewidzieć, co stanie się zaraz: ktoś się zdenerwuje, zacznie się wykłócać z Omszonym, ktoś inny im przerwie, zrobią skrót wydarzeń z sytuacji w klanach i wszyscy się rozejdą. Jedną z tych ktosiów mógł właśnie stać się Nagietkowa Łapa:
  Um, nie jestem pewny, czy to adekwatna reakcja…  zapieczętował swój los uczeń.
Uczennica nie spodziewała się, że jej rówieśnik ma odwagę postawić się Omszonej Krtani! Temu strasznemu, gburowatemu wojownikowi, który wygląda, jakby w każdej chwili mógł kogoś pobić i zostawić na poboczu, by się wykrwawił. Cieszyła się, że według prawa nie może tego tu zrobić i że technicznie rzecz biorąc, Sikorka jest po jego stronie. Spojrzała na Nagietka z zaskoczeniem i podziwem. Jazgot udał, że nie widzi, że zaraz może wybuchnąć bójka.
 To tragedia. Rozumiem, że masz z kimś stamtąd kontakt?  zapytał Brązowego.
  Mam kontakt z Klematisowym Korzeniem. Piaskowa Gwiazda przejęła tam dowodzenie. Oczywiście wiemy, skąd Piaskowa się wzięła. Tak czy siak, proponowałbym pomoc dla Klematisa i…  Po co pomagać, skoro nie potrafi swojego klanu obronić, przed kilkoma psami?  prychnął, jak zwykle rozpromieniony Sowi Pazur.
 Dobra, nie zesraj się stary dziadzie — warknął Mech.
Ciekawą sytuację spróbowała przerwać Górski Trel.
 Chyba właśnie z tego powodu powinni dostać pomoc, czyż nie?  zapytała nerwowo.
— Mógłbyś się chociaż trochę tym przejąć – syknął Biały, który nagle pojawił się obok, wyraźnie ignorując próby zachowania spokoju, przez kogokolwiek.
Mech również nie próżnował, by przypadkiem nie okazać się gorszym, we wszczynaniu kłótni.
 Może ty się tym przejmij i idź pomóc swojej dziewczynie.
Sikorkową Łapę kompletnie zbiło to z tropu. Myślała, że Biały i Omszony są very much gej, a tu niespodzianka, jednak nie do końca. Nie była na bieżąco z dramami miłosnymi swojego mentora, więc przysłuchiwała się tej kłótni z bezpiecznej odległości. Warto wiedzieć na wszelki wypadek, co tam się dzieje między nimi.
  Już się nie lubicie?  zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi.
  Sowi Pazurze, myślę, że to nie jest dobra droga. Bezgwiezdni... Nie będą się w to mieszać, ale Brązowa Gwiazdo, jeśli możesz, przekaż im, że każdy pies, który tego potrzebuje, znajdzie schronienie u nas - dobrodusznie odpowiedział z jednej strony Jazgot.
 Żebyś, kurwa, wiedział, że pomogę  równie dobrodusznie odparł z drugiej strony Biały, swojemu… swojemu Mchowi.
Słuchanie dwóch rozmów naraz nie było łatwym zadaniem, ale Sikorka była na tyle zdolna, że jakoś dawała sobie radę. Co prawda bardziej pasjonująca była kłótnia jej mentora z jego… ex? Chyba? Uczennica ciągle nie miała pewności, kim w tym momencie dla siebie są. Jednak informacji o sytuacji w innych klanach też należało wysłuchać, chociaż z przyzwoitości. Kilka kolejnych, dość brutalnych i złośliwych zdań wyleciało z pysków dwójki wojowników, niczym rozżarzone węgliki, z gorącego pieca. Sikorka uważała, że każdego zraniłyby wyzwiska, którymi siebie nawzajem określali, ale tamci pozostawali nieugięci. Uczennica podejrzewała, że ich serduszka były połamane, ale nie mogli okazywać słabości, którą według nich prawdopodobnie był smutek. To raniło i Sikorkową Łapę, która nie lubiła, gdy ktoś tłamsił emocje, bo doprowadzało to tylko do frustracji i smutku takiej osoby, a Sikorka nie lubiła, gdy ktoś był smutny.
 Obawiam się, że nie dasz rady ich powstrzymać  powiedziała Nagietkowej Łapie, który, wbrew przewidywaniom suczki, nie ucierpiał cieleśnie, co było dobrym znakiem. Ciągle za to próbował rozdzielić niemal już skaczących sobie do gardeł wojowników, jakby jednak bardzo chciał ucierpieć.
  Nie da się ukryć, że mój brat ma niezły temperamencik — odpowiedział jej rówieśnik.
To zdanie otworzyło w umyśle Sikorki jakiś kolejny wymiar. Na początku nie zrozumiała, którego z psów bratem jest Nagietek, ale po chwili doszło do niej, że przecież jego matką, tak samo jak Omszonej Krtani, jest Rzepakowa przywódczyni jej klanu. I wszystko się wyjaśniło. Na przykład to, czemu ten psiak wyglądał jak jej kopia.
Kolejna lawina wyzwisk, uszczypliwości i otwartej wrogości przeleciała niczym wodospad między Mchem i Białym. Górka i Nagietek próbowali coś zdziałać w tej sprawie, ale nie dało to absolutnie nic. W końcu odezwał się Jazgot i zakończył to całe przedstawienie:
 Jeżeli skończyliście swoje przekomarzanie... Czy u was też jest problem z pchłami?
Faktycznie był. Uczennica Omszonego widziała osobiście, jak kilka psów niemal wyrywa sobie łapy, nie mogąc przestać się drapać. Była bardzo zadowolona, że jej nie dopadł ten problem. Kątem oka, Sikorka zobaczyła, że Biały odchodzi z dala od jej mentora. Przynajmniej Gwiezdni nie będą musieli nas karać  uznała.
 Naprawdę jesteś bratem Omszonej Krtani?  spytała Nagietka, chcąc potwierdzić w pełni swoją prawie potwierdzoną teorię.
 Cóż, tak, mimo że przyrodnim  odpowiedział szeptem, a później dodał już głośniej - W Industrii również są pchły.
 Ja też. Jak ćwierć klanu, która jest spokrewniona w zasadzie  wtrąciła się Górski Trel.
Sikorka posłała jej rozbawiony uśmiech. Najwidoczniej naprawdę wszystko kręciło się wokół Mcha.
 Szaleją chyba po każdym klanie — odpowiedział Jazgot na temat pcheł, a później, jakby chcąc przerwać niezręczną ciszę stwierdził  Adoptowałem szczenięta.
 Naprawdę?  ożywił się Nagietek  Jakie mają imiona?
 Szczeniaczki?  zawtórowała Nagietkowi uczennica Omszonego  Jak uroczo!
 Śnieżynka, Szakłak, Wymyślnik i Orchidea  dumnie oznajmił ojciec.
 Miejmy nadzieję, że urosną zdrowe i silne . Mają śliczne imiona  pogratulował uczeń.
 Zgadzam się w pełni  oznajmiła uradowana Sikorka, zakochana już w tych maluchach, nawet ich nie poznając   Gratuluję, będzie pan świetnym ojcem.
Jazgot grzecznie podziękował. Tym razem nie miał chyba pomysłu, jak przerwać krępującą ciszę. Mech prychnął coś jeszcze o tym, że Ciepła Pleśń uciekł z klanu i ma szczeniaki, a Nagietek bardzo ładnie go zgasił, co niezmiernie Sikorce zaimponowało po raz kolejny. Jej mentor był pierwszym, który postanowił wybyć, a ona nie wiedziała, czy powinna iść z nim, czy zostać z klanem. Zdecydowała, że woli żyć. Śmieszne jest to, że jej przepowiednia co do przebiegu zgromadzenia spełniła się całkiem nieźle.
 Już myślałem, że życie ci nie miłe  zaśmiał się Nagietek.
 Moje życie niemiłe jest chyba Rzepakowej Gwieździe, że mnie do niego przydzieliła  odpowiedziała półżartem. Lubiła Mcha, jak każdego innego psa, ale jakby nie zgodziła się ze zdaniem ucznia, mógłby uznać ją za stukniętą, a nie był to najlepszy wstęp do przyjaźni.
 Moja mama na pewno nie chciała źle... Pewnie jej celem było, żeby się wreszcie do czegoś przydał oprócz narzekania i przekleństw  bronił matki uczeń.
 Nie jest tak źle  pocieszająco mruknęła. Co prawda głupio było jej być uczniem w wieku dwudziestu księżyców, ale tak naprawdę nie winiła mentora. Nie był złą osobą, po prostu troszkę niemiłą, ale była pewna, że w środku jest po prostu pokrzywdzonym, małym i biednym pieskiem, albo coś w tym rodzaju.
Zamiast kontynuować rozmowę, zamilkła i spojrzała, na psy, powoli opuszczające miejsce zgromadzeń. Nie miała ochoty jeszcze wracać. To całe zgromadzenie nie było aż tak ciekawe, jak myślała, że będzie. Przynajmniej mogła przekonać się, że to, iż nigdy wcześniej nie miała okazji, by zaprzyjaźnić się z Nagietkową Łapą było bardzo smutne, bo wydawał się sympatycznym gościem. Musiała nagromadzić sobie pomysły na pytania, do nowego kolegi, więc by zagrać trochę na czas i nie pozwolić ciszy trwać dłużej, postanowiła skomentować tak ważny w rozmowach temat, jak pogoda. Obróciła pysk w kierunku księżyca w pełni i zmrużyła oczy.
 Bardzo przyjemna dzisiaj noc, prawda? Gwiazdy tak ładnie świecą  rozmarzyła się.
  Masz rację  odpowiedział Nagietek, który skierował oczy w to samo miejsce  Tamtym dwóm idiotom nie udało się na szczęście rozgniewać Gwiezdnych.
Uczennica zaśmiała się.
— Nigdy nie słyszałam kogoś, kto odważył się tak nazwać Omszoną Krtań.
 Naprawdę? Cóż, czasem ktoś musi to zrobić – odpowiedział z uśmiechem Nagietek.
— Hm, w każdym razie, jesteś bardzo odważny.
Uczeń skinął głową i podziękował nieśmiało za komplement. Nastała chwila ciszy, w której oboje bez słowa podziwiali gwiazdy, które wydawały się aż zaskakująco wyraźne na atramentowo-czarnym tle, jakim było niebo. Może Sikorka po prostu dawno na nie nie patrzyła? Srebrzyste Drzewo dodawało temu krajobrazowi dodatkowego uroku, wyglądając, jakby na jego liściach objawił się jakiś święty. W końcu milczenie przerwał syn Rzepy.
— Nie powinniśmy już wracać?  zapytał.
Suczka zorientowała się, że przez zagapienie, nie zauważyła, że pozostali już kompletnie sami na wzniesieniu.
  Wiesz, ty możesz już iść, jeśli chcesz, ale ja chyba tu zostanę. Tu jest całkiem miło. Jakoś nie chce mi się spać, a poza tym, boję się, że spotkam zdenerwowanego Mcha. Nie chcę mu przeszkadzać.
Jej łapy trzęsły się z zimna, ale nie zwracała na to uwagi. Odgarnęła śnieg wokół siebie i położyła się na zamarzniętym piasku.

<Nagietkowa Łapo?>
[1748 słów, Sikorkowa Łapa otrzymuje 17 punktów doświadczenia i 5 punktów treningu]

27 stycznia 2022

Od Sikorkowej Łapy CD Jazgota

Szesnaście księżycy temu.
— O, a co tam jest? — zapytała Sikorka i nie czekając na odpowiedź, podreptała najszybciej jak umiała, w stronę takiego śmiesznego, dużego, jaskrawo-czerwonego kamienia, który ledwo dostrzegła, bo cwaniak chował się za krzakami. Jazgot coś tam krzyczał z tyłu, ale suczka była zbyt zaaferowana swoim znaleziskiem, by zwracać na cokolwiek uwagę, nawet na straszne wnyki, które chwilę temu sprawiły, że całe jej króciutkie życie przeleciało jej przed oczami. Miała szczęście, że na nie nie wpadła. Zatrzymała się, niemal uderzając nosem w śliską i lśniącą powierzchnię zwierzo-kamienia, przyglądając się mu uważnie. Zaczęła głośno szczekać, próbując to przegonić, ale chyba nie była wystarczająco przekonująca, bo nieznajomy starannie ją ignorował. Może spał? Ale jaki głupek, będąc w takim jaskrawym kolorze, zasypia w środku lasu, w dodatku na widoku? Sikorka zaczęła okrążać niezidentyfikowany obiekt, ale w połowie okrążenia, przerwał jej Pan Jazgot, który lekko zaaferowany, odepchnął ją od jej własnego znaleziska.
— Co to takiego? — zapytała, chowając dumę w metaforyczną kieszeń, licząc, że i na to pytanie wojownik zna odpowiedź.
— To, moja droga, jest tak zwany „potwór” — odpowiedział spokojnie. — Widziałaś kiedyś Dwunożnych?
Suczka pokiwała głową. Zawsze marzyła, by ich zobaczyć. Słyszała tyle opowieści o tym, jak ogromne istoty, stojące na dwóch nogach robią to czy tamto. Właściwie, to dzisiejsza wycieczka poza mury obozu miała poboczny cel o treści: znaleźć Dwunożnego i go sobie dokładnie obejrzeć. Głównie chodziło jej o to, by dojść do obozu innego klanu i poprosić ich, by ją przyjęli, bo obraziła się na swoje rodzeństwo, gdy powiedzieli, że nie chcą się z nią bawić, a Puchaczka nawet pokazała jej język! Na szczęście lub nieszczęście, znalazła tyle różnych pięknych roślin, motyli i ptaszków, że zapomniała o obrażaniu się.
— Dużo o nich słyszałam — odpowiedziała, z błyskiem w oku, uznając się prywatnie za eksperta w ich dziedzinie.
— W takim razie na pewno słyszałaś, że wsiadają do takich potworów jak ten i się w nich przemieszczają.
— O, faktycznie — zdziwiła się, że dopiero teraz sobie o tym przypomniała.
Jej nowy wujek, Jazgot uśmiechnął się do niej i rozejrzał wokół, rejestrując możliwe niebezpieczeństwa. W tym czasie sunia podeszła do tyłu jak się okazało, pojazdu i spojrzała w dziwne ślady na ziemi, próbując coś z nich wyczytać. Okazały się one nieskończonym pasmem grudek brązowej ciapy, uformowanej w ładny wzorek.
— Lepiej do niego nie podchodź od tyłu, bo może cię nie zauważyć i się z tobą zderzyć – ostrzegł dobrotliwie jej tymczasowy opiekun.
Nie chcąc być niegrzeczną, Sikorka odeszła od potworzych śladów i zaczęła dreptać za wojownikiem.
— Już jesteśmy niedaleko — stwierdził Jazgot. — Czujesz zapach swoich kolegów z klanu?
Sunia zastanowiła się. Powąchała ziemię, potem powietrze. Jeszcze nie była na tyle zorientowana w świecie, by rozróżniać zapachy różnych klanów, ale ktoś pachnący bardzo podobnie do jej mamy gdzieś tu był w okolicy niedawno. Im więcej kroków zrobili, tym jakby więcej psów o takim zapachu było czuć w okolicy.
— O tak! Czuję — odpowiedziała zachwycona Sikorka.
— W takim razie masz bardzo dobry węch — pochwalił ją.
Szczeniak szeroko się uśmiechnął i podskoczył radośnie, przypadkiem potykając się o własne łapki i lądując na brzuchu. Jej towarzysz zaśmiał się pogodnie i pomógł jej wstać. Sikorka już otworzyła pyszczek, by powiedzieć, że nieładnie się tak z kogoś śmiać, ale ostatecznie zrezygnowała i też parsknęła śmiechem. Otrzepała się z mokrych liści oraz błota i ruszyła w dalszą trasę. Jakieś dziesięć minut później, widać już było wejście do obozu ognistych. Suczka padała już z nóg, ale nie chcąc robić złego wrażenia na starszym wojowniku, powstrzymywała się od narzekania.
— No mała, miło było mi cię poznać, ale niestety pora się pożegnać — Jazgot przykucnął i liznął ją po główce, na do widzenia.
— Naprawdę? A będę mogła jeszcze kiedyś cię zobaczyć? — zapytała ze smutkiem.
Pies zamyślił się na chwilę.
— Jak już zostaniesz uczniem i będziesz mieć już swojego super fajnego mentora, będziesz mogła wychodzić poza obóz codziennie, może kiedyś się jeszcze spotkamy. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Suczka zamerdała ogonem i usatysfakcjonowana odpowiedzią, po czym pobiegła, ile sił w łapkach z powrotem do obozu, trochę odpocząć po tej męczącej przygodzie.

Koniec wątku Sikorkowej Łapy i Jazgota
[657 słów: Sikorkowa Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

2 stycznia 2022

Od Sikorkowej Łapy CD Omszonej Krtani

Podczas Pory Zielonych Liści
— Nic nie czuję — oznajmiła stanowczo Sikorkowa Łapa — Może nie działa?
Omszona Krtań uśmiechnął się tylko dziwnie złowieszczo. Sikorka kichnęła, zrzucając pozostałości błękitnego kwiatu z pyska. I nagle to poczuła. Świat wokół zaczął jakby wirować. Zachwiała się, próbując nie upaść na ziemię. Otępiale rozejrzała się wokół, zdając sobie sprawę, że widzi więcej, lepiej i dokładniej niż zwykle. Żywe barwy, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkała, tańczyły dookoła, sprawiając, że kręciło się jej w głowie. Powstrzymała odruch wymiotny, zachwycona tym nadzwyczajnym stanem. Omszona Krtań miał rację! Teraz mogła wyczyścić ze zwierzyny pół lasu, nawet się nie męcząc. Zatoczyła się, próbując zrobić krok w przód i zwaliła się na ziemię. Kręciło jej się w głowie coraz bardziej, ale gdy podniosła się na łapy, znowu poczuła siłę.
— Łaaaaał – pisnęła oszołomiona — Naprawdę czuję się świetnie!
Zatoczyła się w miejsce, gdzie według jej obliczeń powinien stać jej mentor, ale on prawdopodobnie odsunął się w bok, bo suczka zamiast niego napotkała pyskiem glebę.
— Co teraz? Jak odkryłeś, że dziwny wodny kwiatek działa w ten sposób? Ale odjazd! — szczeknęła.
— To tajemnica — mruknął pod nosem, prawdopodobnie bojąc się, że uczennica przypadkowo lub specjalnie go wyda, w jakimś swoim napadzie gadatliwości.
Sikorka nie byłaby w stanie przejść sama w tej chwili nawet kilku kroków, bez ryzyka upadku, więc Mech musiał ją na wpół dopchnąć, na wpół ciągnąć… gdzieś. Suczka nie miała pojęcia, gdzie. Nawet gdyby interesowało ją cokolwiek, poza odkrywaniem świata w nowych barwach, nie byłaby pewnie w stanie rozpoznać teoretycznie znajomych miejsc na terytorium Ognistych. Ku swojemu zdziwieniu, zauważyła, że gdy przymyka oczy, wciąż może widzieć jakieś dziwaczne wizualizacje otoczenia. Przez moment zaczęła się pijacko chichrać, głucho ciesząc się swoim stanem. Nie zastanawiała się, czy Meszek w końcu zacznie ją trenować, czy po prostu prowadzi ją do legowiska medyka, bo czuła, jakby mózg jej się stopił i wypłynął uchem, pozostawiając tylko śmieszną pustkę.
— No to pokaż, co potrafisz — zaśmiał się sucho mentor, stając w miejscu i popychając ją do przodu w stronę krzaków.
Suczka ponownie prawie sturlała się z pagórka, z powrotem do Jeziora, ale udało jej się resztką świadomości, która powoli ulatywała gdzieś daleko, utrzymać się na nogach. Wiewiórka, która najwidoczniej nie czuła zagrożenia ze strony naćpanego szczeniaka i roześmianego Mcha, przycupnęła na drzewie i z konsternacją obserwowała tę niecodzienną sytuację. Sikorka zawęszyła w powietrzu, próbując, bezskutecznie, oddzielić wszystkie te nowe, niesamowite zapachy od zwierzyny łownej. Po kilku sekundach, pełnych skupienia i wysiłku, odwróciła się w stronę burego psa, nie wiedząc, co dalej ma zrobić. On tylko zrezygnowany westchnął i spojrzał na nią ponurym wzrokiem, bezgłośnie sugerując, że ma sobie sama poradzić. Dał, jej czego potrzebuje i teraz jej kolej by to wykorzystać. Sikorka, wiedząc już, że węch jej nie pomoże, skupiła się na wzroku. Niestety widok wciąż był cudowny i aż skłaniał do biegu przed siebie i odkrywania świata na nowo, ale wszystko zlewało się w jedną masę, falując lub tworząc spirale, przez które wciąż nic konkretnego nie mogła ujrzeć. Ostatnim ratunkiem były uszy. Resztki swojej rozsypaną po całym otoczeniu uwagi zgarnęła w jedną kupkę i skupiła w pełni na dźwiękach lasu. Na wszystkie płatki śniegu! Coś było w tamtych krzakach! Czując się jak władca lasu, Sikorka ustawiła się w najbardziej pokracznej pozycji łowieckiej, jaką widział Mech i kilka linii pokoleniowych przed nim, po czym wskoczyła w krzaki. Jednak zamiast myszy, czy innego dziadostwa, które dla suczki było aktualnie ważne tak samo, jak to, co Omszony ma do powiedzenia o jej ciągłym gadulstwie, upolowała jakiegoś wojownika Industrii. Kogoś rudego. Albo czarnego…? Sikorka usiadła, wpatrując się pusto przed siebie. Pies zdezorientowany i przestraszony, gotowy do ucieczki przed niebezpieczeństwem, spojrzał na swojego napastnika i widząc jakiegoś kropkowanego, nieobecnie zezującego kaszojada, z wyciągniętym jęzorem w radosnym uśmiechu, mógł domyślić się, kto doprowadził do tej sytuacji i wycofał się w strachu, przed napaścią naczelnego psiego narkomana w klanach. Mech podszedł do Sikorki i szturchnął ją łapą, by upewnić się, że jeszcze żyje. Uczennica mrugnęła leniwie, dając znak, że jeszcze chwilę pociągnie.

<Omszona Krtani?>
[651 słów: Sikorkowa Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

Od Sikorkowej Łapy CD Promiennej Łapy

Podczas wiosny
Sikorka czekała i czekała, i czekała, i czekała, aż w końcu znudziło jej się czekanie i zaczęła się zastanawiać, co ten Promyk tam robi. Pokręciła się trochę dookoła, rozejrzała się, czy nie ma w okolicy Dwunożnych i poobserwowała śmieszne żaby, skaczące po błotnistych kałużach, obwąchała wszystkie kąty budynku, napiła się trochę z kałuży. Nic się nie działo. Co zaczęło ją lekko niepokoić. A co, jeśli jakiś Dwunożny już tam był, gdy Promienna Łapa przyszedł? Sikorkowa Łapa nie mogła pozwolić, by coś mu się stało, bo to oznaczałoby, że nie można jej zaufać i, że to jej wina, jeśli jej kolega przez nią zostanie uszkodzony! Niewiele myśląc, wparowała do magazynu i biegiem wyminęła kilka pudeł, potykając się tylko o ostatnie, ale umiejętnie utrzymując się na czterech łapach. Zatrzymała się przed drzwiami do pomieszczenia z wodą. Były uchylone. Suczka wzięła głęboki wdech i wkroczyła do środka, starając się nie wdychać nieprzyjemnych zapachów tego zgrzybiałego i stęchłego miejsca. Natychmiast zapomniała o okropnym zapachu, gdy zobaczyła całego i zdrowego Promienną Łapę, otrzepującego się z wody. Z radości zaczęła machać ogonem jak nienormalna i liznęła go w pysk, ochlapując śliną. Promyk był lekko zakłopotany, ale odpowiedział jej uśmiechem.
— Co tak tu długo robiłeś? Bałam się, że ktoś cię porwał! — poskarżyła się. — I faktycznie tu straszliwie śmierdzi! Ostatnio na zgromadzeniu spotkałam takiego śmiesznego, brązowego psa, który mówił, że umie wyprowadzać zapachy z różnych rzeczy, czy coś takiego… Może on mógłby jakoś naprawić to miejsce?
— Przepraszam, że tak mi to zeszło. Lepiej już stąd wyjdźmy — odpowiedział do zatraconej już we własnym monologu Sikorki.
Suczka, szczęśliwa, że jej misja ratunkowa bez żadnego problemu się powiodła, odwróciła się i już miała zakończyć swojego questa, wychodząc przez wciąż otwarte drzwi, gdy nagle jakaś wielka noga zagrodziła jej drogę… Jak na złość, oczywiście w ostatniej chwili pojawił się Dwunożny! Sikorka miała ochotę ugryźć go w tego ubłoconego buciora i utorować sobie oraz Promiennej Łapie drogę, ale wiedziała, że życie nie jest na tyle piękne, by to się udało. Zostałaby tylko z guzem na czole i gnojem w pysku. Nie opłacało się. Dwunożny krzyknął zniesmaczony i wycofał się, zamykając przy tym drzwi. Sikorka podbiegła do nich i oparła się o nie przednimi łapami, próbując je z powrotem otworzyć. Nie udało jej się.
— A jeśli zaraz wróci z kolegami i będą nas chcieli złapać i wsadzić do jakiejś klatki, gdzieś daleko stąd? — pisnęła spanikowana uczennica.
A jeśli trafi do jakiegoś domu obcych, niemiłych Dwunożnych i już nigdy nie zobaczy swoich przyjaciół z klanu? Promyk wyglądał na opanowanego, ale suczka wiedziała, że nikt nie mógłby być naprawdę opanowany w takiej sytuacji. Sikorkowa Łapa spróbowała przypomnieć sobie wszystko, czego nauczył ją jej mentor, Mech o przetrwaniu i wszystkim, co powinien umieć wojownik. Gdyby nie to, że miała z nim może w sumie ze trzy treningi, a wojownik unikał jej, jak tylko mógł, może umiałaby jakoś wywarzyć te drzwi, albo wymyślić jak się stąd wydostać. Przyszło jej coś do głowy. Przecież Promienna Łapa był od niej trochę starszy i prawie skończył swój trening… może on coś umiał?
— Masz jakiś pomysł, jak się stąd uwolnić? — zapytała z nadzieją.
— Oh… może… Tam na górze jest okno — wskazał pyskiem na niewielki otwór około dwa metry nad ziemią – myślisz, że się zmieścisz? Może podsadzę cię, a ty wyjdziesz i odblokujesz drzwi od drugiej strony?
Może Sikorka była mniejsza od Promyka, ale niewiele, a Promienna Łapa do najniższych nie należał. Poza tym drzwi pewnie były dobrze zablokowane, skoro nawet nie drgnęły przy popchnięciu. — Nie wydaje mi się. Jest bardzo małe. Jedyna możliwość, to pewnie uciec, jak ktoś otworzy drzwi, ale to może być ryzykowne.
Jako iż nie miała nic lepszego do roboty, położyła się na wilgotnej ziemi. Promienna Łapa porozglądał się przez chwilę po pomieszczeniu, szukając jakiejś dziury, w tych gładkich, szarych i ponurych ścianach, czy innej możliwości ucieczki, ale w końcu zrezygnował i również ułożył się obok. Może to Gwiezdni zesłali jej taką sytuację, by zaprzyjaźniła się z Promykiem? Może to jej przeznaczenie? Sikorka nie miała zamiaru odrzucać okazji na przyjaźń. Podniosła głowę i spojrzała na współwięźnia.
— Szkoda takiego ładnego dnia na siedzenie w jakimś brudnym pokoju Dwunożnych, prawda? Co planowałeś dzisiaj robić? Właściwie, to czym się interesujesz? — zapytała zainteresowana.

<Promienna Łapo?>
[690 słów: Sikorkowa Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

9 listopada 2021

Od Sikorkowej Łapy do Promiennej Łapy

Sikorka wracała właśnie z dzisiejszego treningu z Mchem. Próbował wrzucić ją do jeziora, ale w sumie to u niego nic nowego. Według planu miał jej dzisiaj zrobić wykład o Kodeksie Wojownika i tych całych Gwiezdnych, ale Sikorkowa Łapa skończyła umazana aż po sam brzuch w ohydnym, lepkim błocie. Przynajmniej nie udało mu się wepchnąć jej do wody, bo wtedy mógłby być już koniec jej stosunkowo krótkiego życia. Jakby tego było mało, to ubzdurał sobie, że ma wymienić legowiska u starszych, ale gdy uznał, że w sumie to nie mają żadnych starszych w klanie, to stwierdził, że na jedno wyjdzie i niech Sikorka wymieni legowiska wojownikom.
Z tego właśnie powodu, suczka balansowała teraz w błocie aż po pięty, zatapiając się z każdą chwilą coraz bardziej. Całe nogi i spód brzucha miała czarne i poklejone. Brodą do piersi przyciskała porcję stosunkowo świeżego, ale raczej dość brudnego mchu, który o dziwo nie był jeszcze całkowicie mokry. W ogóle Sikorka chciała się pochwalić, że odkryła, iż mech bardzo śmieszną ma właściwość. Otóż wsysa do siebie wodę. Wczoraj rozkopała dołek z mchem, próbując wytrzeć łapy od wszechobecnego błota, a większość mchu wylądował w jakiejś kałuży, a teraz, gdy przechodziła obok, patrzy, a tam kałuża dwa razy mniejsza, a mięciutka roślina, jak gdyby nigdy nic leży na samym środku, dużo zieleńsza niż poprzednio, jakby patrząc na uczennicę oskarżycielsko. Ciekawe czy jej mentor też tak potrafi. Sikorka chwyciła ją w pysk i podreptała dalej, pilnując, by nic jej nie wypadło. Może przy odrobinie szczęścia może uda jej się donieść to wszystko do obozu.
No i się udało. Po jakichś trzydziestu minutach brodzenia w błocie mogła w końcu odłożyć swój ładunek na równie brudną od brązowych odcisków łap podłogę Magazynu. Przysunęła całą kupę mchu ociekającą wodą i pozostawiającą za sobą na ziemi brudny ślad, pod legowisko wojowników i zaczęła wcielać w życie swój genialny plan, z ulepszaniem legowiska. Niestety albo na szczęście złapał ją Sowi Pazur, który nie uważał jej artystycznego zmysłu za jakkolwiek genialny, a argument „Mech mi kazał” nie był wystarczający, więc Sikorka wylądowała na zadku z powrotem w błocie na zewnątrz. Otrzepała się z niego porządnie, ale większość i tak już była przyklejona na dobre. Będzie musiała później pójść z powrotem nad jezioro. Otrzepywanie przerwał jej zduszony okrzyk. Odwróciła się natychmiast i zobaczyła jakiegoś rudzielca, zaskoczonego nagłym pojawieniem się na jego pysku mokrych i brudnych plam świeżego błotka. Gdy przyjrzała się mu dokładniej, zauważyła, że to Promienna Łapa, właściwie to spali w jednym legowisku, więc powinna rozpoznać go wcześniej.
 — Cześć — przywitała się.
 — Cześć? — odpowiedział dalej wciąż zdezorientowany pies.
 — Oj, przepraszam — skomentowała jego brudny pyszczek Sikorka — Teraz będziesz się musiał umyć.
 — Nie ma za co — dobrodusznie powiedział Promyk.
 — Mogę cię odprowadzić do Jeziora, jak chcesz! — zaproponowała. — Ja też muszę tam iść. Ale to bez sensu trochę, bo jeśli się umyję, to w drodze powrotnej znowu się ubrudzę i będę znowu musiała wracać. O kurczaczki. Trzeba to jakoś inaczej wymyślić. No trudno. Może da się jakoś przejść bez dotykania ziemi. O! Może przejdziemy po drzewach! Albo nie, jeszcze nie za dobrze mi to idzie. Albo… nie… no nie wiem, jak rozwiązać ten problem — przyznała.
Promienna Łapa przyjrzał się jej w zamyśleniu. Może jemu uda się pomóc? Aktualnie był dla Sikorkowej Łapy jedyną nadzieją na pozbycie się brudu z futra. Jeśli on niczego nie wymyśli, to już po nich.

<Promienna Łapo?>
[564 słowa: Sikorkowa Łapa otrzymuje 5PD oraz 2PT]

14 października 2021

Od Sikorkowej Łapy do Omszonej Krtani

Było straszliwie zimno. Krótkie futerko Sikorki nie zapewniało odpowiedniej ochrony przed chłodem, ale jej to nie przeszkadzało, bo śnieg był na tyle zajmującym zjawiskiem, że nawet nie miała czasu zwracać uwagi na problem odmrożonych łap. Właśnie próbowała obrzucić białym puchem swoją śpiącą siostrę, niczego niespodziewającą się Puchaczkę, doskonale zdając sobie sprawę, że to bardzo głupi pomysł. Po prostu lubiła ten przypływ adrenaliny, gdy musiała uciekać przed rozzłoszczonym rodzeństwem, które bardzo pragnęło obedrzeć ją ze skóry. Ona przecież chciała się tylko pobawić, to ich wina, że oni byli przeciwni. Tę właśnie ważną czynność przerwał jej głos przywódczyni, wołający wszystkie psy, na zebranie klanu. Suczka szturchnęła łaciatą siostrzyczkę łapą. Puchaczka ziewnęła i spojrzała na nią podejrzliwie. Sikorka bez słowa podreptała za głosem Rzepakowej Gwiazdy, pozostawiając ją samą. Nie było szans, że nie pojawi się na zebraniu klanu. Była przecież prawie dorosła! A Puchaczka niech robi, co chce. Czarno-biała przywódczyni siedziała już na wielkim kartonowym pudle, górując nad stłoczonymi na ziemi psami Industrii.
 — Lelku, Droździku, Sikorko oraz Puchaczko — imiona wymieniła powoli i dokładnie wypowiadając każdą sylabę, jakby przypominała sobie je na bieżąco — podejdźcie, proszę.
Serce Sikorki podskoczyło jej aż do gardła. A to niespodzianka! Lelek i Droździk wygramolili się z różnych stron psiego tłumu, jakby tylko czekali, aż Rzepakowa Gwiazda ich zaprosi. Puchaczka również przepchnęła się obok, zajmując miejsce pomiędzy braćmi. Sikorka jako ostatnia, stanęła po prawej stronie Lelka i wlepiła oczy w Rzepkę.
 — Wasza czwórka jest już z nami od sześciu księżyców, od dziś rozpoczniecie swój trening — oznajmiła i uśmiechnęła się pogodnie do szczeniąt — Droździku, od teraz, aż do czasu, gdy zdobędziesz swoje imię wojownika, nazywać się będziesz Drozdowa Łapa. Twoim mentorem będzie Jagodowa Mgła. Klan ceni jej wytrwałość, a ja mam nadzieję, że przekaże ją swojemu nowemu uczniowi.
Drozdowa Łapa zetknął się nosami ze swoją matką, która z jakiegoś dziwnego powodu została jego mentorką i cofnął się, zostawiając pod kartonem przywódczyni tylko trójkę rodzeństwa. Rzepakowa Gwiazda w ten sam sposób zamieniła Puchaczkę na Puchaczą Łapę, przydzielając ją do Ciepłej Pleśni, a Lelek stał się teraz Lelkową Łapą, zostając przydzielony do Iskrzącego Płomienia. Sikorka tak bardzo im zazdrościła! Właściwie to nie miała czego, bo już zaraz i ją pani przywódczyni przemieni w ucznia. W końcu usłyszała te wyczekiwane słowa:
 — Sikorko, od teraz, aż do czasu, gdy dostaniesz swoje wojownicze imię, nazywać się będziesz Sikorkową Łapą. Twoim mentorem zostanie Omszona Krtań. Cenimy jego umiejętności, a ja mam nadzieję, że przekaże je tej młodej uczennicy.
Sikorkowa Łapa zesztywniała. Omszona Krtań? Ten zrzędliwy pan, którego szczerze mówiąc, trochę się bała? Po prostu świetnie. Może jednak ta cała ceremonia nie była najszczęśliwszym momentem w jej życiu. Odwróciła się w poszukiwaniu swojego nowego mentora. Niechętnie podszedł do niej i dotknął nosem jej własnego. Nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. Właściwie to ciężko było wyczytać z jego pyska jakiekolwiek pozytywne emocje. Rzepakowa Gwiazda ogłosiła koniec zebrania i zeskoczyła na ziemię, znikając gdzieś, pomiędzy masą wojowników i uczniów Industrii. Omszony spojrzał na Sikorkę ponurym wzrokiem i zaklął pod nosem. 

Kolejne dni nie należały do najprzyjemniejszych, ale niewiele się też działo. Sikorkowa Łapa wyszła poza obóz ze swoim nowym mentorem może z raz, na zwiedzanie terenu klanu i przez całą drogę musiała znosić jego zrzędliwy humor, a on ciągle używał bardzo brzydkich słów, co trochę bulwersowało suczkę, bo zawsze ją uczono, że nie powinno się tak mówić. Jej matka nie rzadko co prawda wypowiadała się wulgarnie, ale nic to nie zmieniło w postrzeganiu świata przez Sikorkę. Dzisiaj, jeszcze przed wzejściem słońca, Omszona Krtań zawitał w legowisku uczniów, co oznaczało, że w końcu przejmie się swoim uczniem. Sikorka tylko na to czekała. Gwałtownie podniosła łeb i spojrzała z nadzieją w oczy psa.
 — Chodź gówniaku, idziemy na trening — oznajmił.
Przynajmniej ruszył swoją pupę, by po nią przyjść – uznała. Uczennica podreptała za Meszkiem, nie chcąc zostać w tyle, bo tereny poza obozem były wciąż dla niej niemal nieznane, a chciała jeszcze kiedyś wrócić do domu. Obóz był zaskakująco cichy. Nie widać było w okolicy żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Jasne, kto by chciał wychodzić na śnieg o tak wczesnej porze? Miała wielką ochotę trochę ponarzekać, ale jakoś nie miała odwagi zaburzyć tej ciszy. Gdy tylko weszli pomiędzy drzewa, pyszczek otworzył się jej natychmiast.
 — Proszę pana? Czemu wychodzimy tak wcześnie? Zimno mi! — pisnęła.
Mentor westchnął.
 — Im szybciej zamarzniesz, tym krócej będziesz gadać — burknął.
Uczennicy na moment zawiesił się system. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Musiała chwilę przemyśleć, jak to skomentować.
 — A czy jeśli zginę, to Rzepakowa Gwiazda pana nie ukarze? — zapytała.
 — Nie sądzę, pewnie nawet nagrodzi, za wyeliminowanie takiego denerwującego gnojka.
Jako iż suczka nie miała pomysłu na odpowiedź, sprawnie zmieniła temat.
 — Wie pan, że podobno żaby jedzą robaki? To strasznie obrzydliwe, prawda? — Sikorka postanowiła podzielić się swoją najcenniejszą wiedzą.
Mech już nawet nie odpowiedział. Suczka dała mu kilka minut na zastanowienie się nad swoją wypowiedzią, ale on dalej wytrwale milczał. Musiał być bardzo zszokowany jej interesującym faktem z życia.
 — Znam jeszcze wiele takich ciekawostek! — zapewniła. — Wiedział pan, że ptaki mają swoje domki na drzewach? Wyglądają jak takie kępki mchu, ale zrobione z patyków i trawy. Ciekawe, prawda? Albo, że woda tak naprawdę nie jest niebieska, ale przezroczysta? Mógłby pan mi odpowiedzieć! Albo, chociaż kiwnąć głową. Bo teraz to nie wiem, czy mnie pan słucha, czy nie.
Omszona Krtań wytrzymywał to bombardowanie wiedzą bardzo dobrze, ale gdy Sikorka zaczęła opowiadać o tym, jak kiedyś widziała pszczołę i była taka śmieszna, malutka i mięciutka, wyczerpała się jego cierpliwość. 
— Czy mogłabyś zamknąć ryj, chociaż na pięć minut!? — warknął. Suczka często spotykała się z taką reakcją, gdy zaczynała cytować swoją autobiografię. Czasem to zdanie wypowiadane było mniej lub bardziej emocjonalnie. Przekaz zawsze był ten sam.
 — Przepraszam pana! Motyla noga, znowu się rozgadałam.
Mech parsknął i ponownie ruszył w drogę. Czas płynął dużo wolniej niż przy Sikorkowej opowieści, ale cel ich podróży był już blisko. Po męczącej wędrówce, w końcu dotarli nad brzeg jeziora. Słońce zaczynało już powoli odbijać się w tafli lodu, spowijającego wodę. Wyglądało to wyjątkowo. Sikorkową Łapę bardzo kusiło, by przejść się po zamarzniętym zbiorniku wodnym i zbadać go dokładniej, ale jej mentor wyraźnie dał jej wzrokiem do zrozumienia, by nawet o tym nie myślała. Uczennica więc postanowiła dziś się go słuchać, by mogła wrócić bezpiecznie do domu i opowiedzieć o tym treningu swojemu rodzeństwu. Ale będą zazdrośni! 
 
<Omszona Krtani?>
[1056 słów: Sikorkowa Łapa otrzymuje 10PD oraz 3PT]

18 września 2021

Od Sikorki CD Jazgotu

Sikorka otworzyła szeroko swoje oczka, zadzierając pyszczek do góry, by móc spojrzeć w oczy niepokojąco wiele wyższemu psu. Taki jeden starszy wojownik kiedyś powiedział jej, że podczas konwersacji powinno się patrzeć w oczy rozmówcy, bo to kulturalne. Suczka nie za bardzo wiedziała, co oznacza bycie kulturalnym, ale uznała, że skoro ktoś starszy tak powiedział, to jest to na pewno dobra rada. Skinęła główką, na znak, że zrozumiała polecenie i machnęła ogonem z ekscytacją.
— Oczywiście, że dam radę! — pisnęła.
— Gdy dam znak, biegnij, dobrze? — zapytał Jazgot.
Szczenię ponownie potwierdziło. Pies zerknął czujnie na Dwunożnego, który grzebał swoimi obleśnymi, długimi łapami w jakimś dziwacznym pudełku. Sikorka wyprostowała się, próbując wyglądać na jak najbardziej skupioną na celu. Odwróciła się już w stronę deski, którą miała przebiec. Czekała kilka albo nawet kilkanaście dobrych sekund, aż w końcu usłyszała stanowczy szept, będący sygnałem do ucieczki. Rzuciła się pędem na kładkę i osiągając zawrotne tempo truchtającego lisa. Ale się starała, jak mogła. Po prostu miała stosunkowo krótkie łapki. Ale jak już dorośnie, to ma w planach mieć je dużo dłuższe. Nawet dłuższe niż tatuś Deszczowy Podmuch. On to ma dopiero długie nogi. Suczka usłyszała za sobą trzask jakiegoś przedmiotu, przez co przyspieszyła trochę tępa. Zeskoczyła z deski i ostro skręciła w lewo, wpadając pomiędzy cienkie gałązki leszczyny. Zmarszczyła nosek z zaskoczenia i cicho kichnęła. Wychyliła się ostrożnie spomiędzy rażąco zielonych liści i poszukała wzrokiem Jazgota. A gdy jej się nie udało go zobaczyć, to postanowiła wykorzystać też resztę zmysłów. Nie musiała długo się wysilać, bo dosłownie kilka chwil później, ktoś trącnął ją nosem w grzbiet. Odwróciła się na tyle szybko, na ile się jej udało i zamachała ogonem na tyle, na ile pozwalała jej dość ciasna kryjówka. Wygramoliła się w końcu i stanęła dumna z siebie przed Jazgotem.
— Udało mi się — szczeknęła rozpromieniona.
— Brawo. — Pochwalił ją dobrodusznie pies. — Jesteś bardzo dzielna, świetnie ci poszło.
Ogonek Sikorki zaczął przemieszczać się niemal we wszystkie znane jej kierunki, z imponującą prędkością. Jakiś obcy pan ją właśnie pochwalił i powiedział, że jest dzielna! To nie zdarzało się często w życiu suczki. Właściwie to jeszcze nigdy nie spotkała obcego pana poza obozem. A to utwierdziło ją w myśli, że warto przypadkiem znajdować się poza obozem, bo obcy panowie są tam bardzo mili.

<Jazgot?>
[371 łów: Sikorka otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

7 września 2021

Od Sikorki - drabble „Senna Mara”

Obóz Industrii wydawał się dziś wypełniony wyjątkowo pozytywną energią. Wszędzie wokół rozbrzmiewały ożywione rozmowy, co dla Sikorki było motywujące. Zamerdała ogonkiem i obejrzała się dookoła, szukając kogoś, z kim mogłaby się pobawić. Z przerażeniem, odkryła, że wszystkie psy, które przed momentem wesoło plotkowały, leżały nieprzytomne. Strach sparaliżował ją do tego stopnia, że nie mogła się poruszyć. Nie widziała krwi, wyglądali, jakby zasnęli. Tylko że żaden z nich nie oddychał. Po przerażającej chwili wszystko wokół przerażonej Sikorki zaczęło zlewać się w ogromną, czarną plamę. Zdyszana suczka otworzyła oczy. Jej rodzeństwo wciąż pochrapywało cicho obok. Na szczęście to był tylko okropny sen.

[100 słów: Sikorka otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]