Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Kasztan•. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Kasztan•. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2021

Od Kasztana CD Jazgotu

 Nie było mu z tym łatwo. Kiedy kładł się spać, cały czas bił się z myślami. Z jednej strony Jazgot był jego uczniem i każdy jego brak umiejętności był tylko i wyłącznie jego winą, ale z drugiej… jak on miał niby nauczyć go walczyć? Ilekroć próbował sobie wyobrazić, że ćwiczą, to w końcu przed oczami stawały mu najbardziej bolesne obrazy z wojny z Quintusem oraz najgorsze treningi z ojcem. Wcześniej myślał, że w końcu się jakoś przełamie, najpierw będą ćwiczyć, potem polować, a w końcu nauczy go walki. Niestety to nie okazało się tak proste. Nawet polowania nie przyszły mu łatwo, ale na szczęście Jazgot był dość dojrzały i — przede wszystkim — w odpowiednim wieku do takiej nauki. To go trochę podbudowało i w końcu nawet zaczajanie się na ptactwo czy szczury zaczęło sprawiać mu jakąś radość, oczywiście wtedy, kiedy robił to z Jazgotem. Niestety te czasy miały wkrótce przeminąć.
— Kasztan, mówię do ciebie. — Usłyszał poirytowany głos Miękkiej. Otrząsnął się i spojrzał na liderkę. Wyglądała na coraz bardziej zniecierpliwioną.
— Ja… spróbuję.
— Świetnie! Naprawdę cieszę się, że zdecydowałeś się w końcu odpowiedzieć. A jeszcze bardziej się cieszę, że zamierzasz wykonywać swoje obowiązki.
Kasztan spojrzał na nią sfrustrowany. Ich spojrzenia zmierzyły się, a im dłużej Miękka trzymała swój pysk wysoko, tym bardziej zdeterminowany wydawał się Kasztan. Suczka poddała się i w końcu rzekła:
— Kasztan, ja wiem, że Klematis dał ci trudne zadanie. Każdy z nas coś przeżył, ale nie możesz traktować moich nakazów tak lekko. Nie będziesz miał taryfy ulgowej, a jeśli nasze zasady ci się nie podobają, to możesz odejść.
— Pewnie, że mogę i czasem mam ochotę. — Patrzył na nią wzrokiem mówiącym „odszedłbym, ale”. Widać było, że swoją postawą działał jej na nerwy. Tak naprawdę, to było kilka powodów, przez które nie miał ochoty odchodzić z Bezgwiezdnych i prawdopodobnie nigdy ich nie opuści. Nie miał co ze sobą zrobić, za to tutaj miał Jazgota. I chociaż ich relacja nie była oczywista, to jednak nie można było mu odmówić postrzegania młodzika jako swojej rodziny. A rodziny się nie zostawia. Miękka, jak i każdy, widziała, że Jazgot był jedynym sensem bycia tutaj Kasztana i oczywiście próbowała znaleźć mu tutaj jeszcze coś. Problem w tym, że system jej rozkazów raczej nie działał tak, jak myślała.
— To powinniśmy czuć się zaszczyceni, że jednak nas nie opuściłeś.
— Skoro tak mówisz — odparł tylko i odwrócił się od liderki. Ruszył nieśpiesznie w stronę swojego legowiska. Miał nadzieję, że Jazgot jeszcze nie wstał.
Niestety okazało się, że obudził się wcześniej, niż jego mentor mógł przypuszczać. Ten zaczął więc go szukać, wyszedł nawet poza siedzibę Bezgwiezdnych. Po szybkim okrążeniu najbliższych terenów powrócił do blokowiska i na schodach przy wejściu do domu zauważył znajomą kolorową kupę futra. Wziął głębszy wdech i skierował łapy w stronę ucznia. Wkrótce spotkali się i — gdy tak stali obok naprzeciw siebie — Kasztan poczuł się winny. Jego malec był ranny. Był silny i zapowiadał się na wspaniałego wojownika, członka klanu. A przez niego nie poradził sobie. Wypuścił szybciej powietrze nosem i powiedział do niego:
— Nauczę cię walczyć.
W oczach niedawnego jeszcze szczeniaka zdumienie zastąpiło wyraz żałości. Mentor nie wiedział, jak się z tym czuć. Myślał, że na pewno miał mu za złe całą tę sytuację, a teraz żałował, że to właśnie on jest jego nauczycielem. Miał też cichą nadzieję, że nie będzie mu miał tego wszystkiego za złe zbyt długo, tym bardziej, jeśli teraz pokaże mu jak walczyć.
— Chodź Jazgot, pójdziemy gdzieś w em… w jakieś spokojne miejsce. — Zerknął na niego niepewnie i po zobaczeniu, jak ten rusza za nim bez wahania, rozluźnił się nieco. Nie czekało go nic łatwego, ale musiał mu pomóc i nadrobić te braki w nauce. I może uda mu się jakoś zdobyć jego zaufanie na nowo.
***
Początki zawsze są trudne. Tak było i tym razem. Kontuzjowany i zagubiony Jazgot wraz z prawdopodobnie bardziej zagubionym Kasztanem znaleźli sobie wygodną minipolanę w pobliżu cmentarza. Nie było to najprzyjemniejsze miejsce, ale nikt im tu nie przeszkadzał. Pierwsze treningi wyglądały oczywiście bardzo niewinnie. Wojownik tłumaczył młodszemu psiakowi gdzie najlepiej zaciskać kły czy jak dobrze celować łapą, by przypadkiem sobie czegoś nie zrobić. Wszystko oczywiście „na sucho”, bez żadnego kłapania zębiskami. Ponadto dużo było nauki uników, zwodów i szybkich zmian kierunku. Owe zmyłki jednak także były stosowane jedynie jako ucieczka przed zamkniętym pyskiem czy łapą, ciężko więc było stwierdzić, czy faktycznie Jazgot miał na tyle silną motywację, by trening przyniósł efekty.
Kasztan wiedział, że inne psy nie miały problemów, by walczyć z jego wychowankiem, w ramach treningu oczywiście. Gdyby tylko próbowali czegoś innego… Jednak on, choć bardzo się starał, nie umiał nawet kłapnąć na Jazgota pyskiem, a co dopiero wbić się w jego bok czy kark. Na samą myśl czuł, jakby wszystkie mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Próbował. Naprawdę, z całego serca pragnął mu pomóc. Rozumiał, że to, co się stało, było jego winą. Chciał temu zaradzić w przyszłości, ale nie potrafił się przełamać. Kiedy uniki i bardzo delikatne wskazywanie, gdzie zatapiać kły, przestały mieć sens, bo uczeń zdawał się opanowywać wszystko w kilka uderzeń serca, Kasztan czuł, że staje się bezradny. Nie mógł nic poradzić na to, co się działo i to sprawiało, że zaczynał odczuwać panikę na samą myśl o treningu. Kilka wschodów unikał podopiecznego, by później powtórzyć to, co już obaj dobrze znali. Widział, że ma to coraz mniej sensu. I wszystko to przerażało go wtedy jeszcze bardziej.
W końcu nastał dzień, w którym Jazgot tak machinalnie uchylił się przed jego łbem i chwycił pod gardło, że obaj byli zaskoczeni. Było to osiągnięcie, pewnie. Problem w tym, że oznaczało wejście na kolejny poziom nauki, a Kasztan zwyczajnie nie był w stanie pójść tam z uczniem. Jazgot oczywiście niczego nie sugerował, znajdywał wymówki, by umykać od treningów, gdy tylko nasuwało się coś poważniejszego. Starszy wojownik sam już nie wiedział, czy robi to, by mu pomóc, czy po prostu nie chce już spędzać z nim czasu. Wszystko stawało się coraz bardziej pogmatwane. Czasem miał ochotę wykopać sobie dół na cmentarzu i na zawsze już zniknąć.
— Kasztanie, muszę pójść do Leonisa, trochę źle się czuję. — Pies usłyszał przygaszony głos. Spojrzał za oddalającym się ogonem ucznia i miał ochotę się rozpłakać. Czy naprawdę nie było nic, co mógł ze sobą zrobić, by wreszcie zakończyć tę farsę i nauczyć go walki? Czy był aż tak słaby, że nie mógł liczyć nawet na takie podstawowe instynkty? I czy mógł w końcu przestać przywoływać wizję szczęk ojca zaciskających się na jego szyi?
— Jazgot! Poczekaj! — krzyknął, zanim zdołał pomyśleć. Pognał za nim, a gdy w końcu się zrównali, powiedział: — Pójdę z tobą. Potem odpoczniesz, przyniosę ci coś do jedzenia.
Jazgot zerknął zdziwiony na mentora, ale nie oponował. Po dotarciu do legowiska medyka i usłyszeniu, jak to przecież wszystko jest w porządku, a oni tylko zawracają mu zmęczony łeb (a także paru niecenzuralnych słów przeplatających tę wypowiedź), poszli na swój materac.
Kasztan wciąż pamiętał, jak razem wyciągnęli go z piwnicy, a potem zrobili wielkie porządki z kocami i poduchami. Jazgot był wtedy jeszcze o połowę mniejszy, choć potrafił rozpychać się za trzech. Nie wyobrażał sobie, żeby niedługo miał przestać tu spać. Prędzej poszedłby nocować na zewnątrz w Porę Nagich Drzew, niż spał tu sam.
Zostawił ucznia na posłaniu i udał się na polowanie. Nie musiał, ale czuł, że gdzieś musi się wyżyć. Nie lubił polować, ale uczucie bezradności nad własnym łbem potęgowało ochotę uzyskania nad czymś kontroli. Choćby nad karkiem gołębia.
Ptaków było pełno, szczególnie przy kościele. Kasztan dał pochłonąć się polowaniu i nie pozwalał myślom zsunąć się choćby o włos od rozgruchotanych ptaków. Skupiał się na wszystkim, od ułożenia się ich piór, po najdrobniejsze zmiany w kierunkach wiatru. Kiedy skończył, spojrzał na łup i jakby ocknął się z amoku. Stał nad stosem martwych ptaków. I po co? Sam do końca nie wiedział. Z gardła psa wydobył się ryk, przeraźliwy, pierwotny. Ruszył w stronę pobliskiego drzewa i zaczął atakować jego gałęzie. Owoce spadały mu na łeb i grzbiet, ale nic sobie z tego nie robił. Skakał, szarpał, gryzł, co wleciało mu pod psyk i zdzierał sobie głos. Gdyby ktokolwiek go teraz zobaczył, pewnie uznałby, że postradał zmysły. Kasztan był przecież taki spokojny.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło mu na tym szale. Kiedy pozbierał myśli, leżał wśród zabitych uprzednio gołębi. Niektórym też się oberwało i ich kawałki leżały wśród samotnych piór. Tu głowa, tam skrzydło, w sam raz pasowały do nastroju wojownika. Przez myśl przemknęły mu momenty zaciskania na nich kłów i błogie uczucie rozrywania na strzępy. Nienawidził tego, a jednak przyniosło taką satysfakcję. Gardził sobą, a jednak czuł się lepiej.
Po powrocie do siedziby Bezgwiezdnych rzucił na stos zdobyczy gołębie, które były całe. Kawałki zjadł wcześniej sam, nie chciał musieć się tłumaczyć. Z dwoma ptakami skierował się do legowiska, układając sobie w myślach, co ma powiedzieć Jazgotowi. Po dotarciu na miejsce zobaczył jednak, że psa tam nie było. Odłożył gołębie i przysiadł, po czym zaraz wstał i zaczął go szukać. Nie mógł uciec od tej rozmowy, chociaż bardzo chciał. Ale jeszcze bardziej niż uciec, chciał pomóc swojemu malcowi. Nie chciał, niech już nawet Gwiezdni bronią, żeby zobaczył go w takim stanie. Nie chciał też, by w pewnym momencie stał się dla niego gołębiem.
Odnalazł go w końcu na jakimś daszku, daleko od wszystkiego i wszystkich. Wskoczył na śmietniki, potem na nagrzaną blachę i usiadł obok niego bez słowa. Słońce zaczynało chować się za horyzont, a oba psy potrafiły je tylko obserwować; żaden nie wiedział, jak zacząć. W końcu Jazgot przełamał się i powiedział:
— Już mi lepiej, dlatego tu przyszedłem. Nie chciałem, żebyś się martwił, Kasztanie.
Pomimo oczywistej sprzeczności w tej wypowiedzi, Kasztan pokiwał jedynie głową i zapewnił ucznia, że wszystko w porządku.
— Ładnie tu, prawda? — zagadał ponownie psiak, niby od niechcenia.
— Prawda. Choć sam częściej wybieram inny dach.
Znowu zapadła cisza. Widocznie nawet najbardziej pasjonujące wyznania o dachach nie starczają na długo. Kasztan wziął głęboki wdech i postanowił, że musi po prostu mówić i się nie zatrzymywać. Wtedy może uda mu się powiedzieć cokolwiek.
— Posłuchaj Jazgot, chciałem z tobą porozmawiać. Ostatnio eee… trochę byłem sam, bo trochę myślałem. Niedługo kończysz naukę i będziesz mianowany i — tu głos mu się załamał — będziesz już samodzielny. A ja nie chcę, żebyś miał jakiekolwiek braki w nauce. Może nie jestem najlepszym nauczycielem — Jazgot ewidentnie chciał się wtrącić, ale pies kontynuował — ale się staram. Jednak jeśli chodzi o walkę, to choćbym się starał, nie wychodzi mi tak, jak powinno. Umiem walczyć i gdyby coś się działo, broniłbym cię do ostatniej kropli krwi, ale wiem, że ty też musisz to robić. Byłem głupi, że wcześniej ignorowałem ten temat.
Przerwa. Jazgot patrzył na mentora ze wstrzymanym oddechem. Ten wziął ich kilka i kontynuował:
— Chciałbym nauczyć cię wszystkiego, co sam potrafię i zrobię to, tylko to dla mnie bardzo ciężkie. Mój ojciec… zaczął trenować mnie bardzo wcześnie. Niedobrze to wspominam. Były momenty, kiedy się go bałem, były chwile, gdy myślałem, że wolę skończyć ze sobą, niż z życiem zwykłej ryby. Potem przyszła wojna i moja rodzina zginęła, ja prawie też. Dalej myślę o tych wszystkich psach, którym rozpłatałem gardła. I o tych, którym je rozpłatali, bo byliśmy za słabi. Nie chcę, żebyś był słaby, Jazgot. — Dodał z nową siłą. — Ale nie chcę też, żebyś myślał, że musisz być silny.
Jazgot dalej siedział cicho. Kasztan rozpędził się jednak jak nigdy. A raczej jak nigdy, odkąd stracił siostrę.
— Chcę, żebyś wiedział, że jesteś wspaniałym wojownikiem już teraz i nie musisz być najsilniejszy czy najlepiej walczyć, żeby być najlepszy. Bo dla mnie jesteś najlepszy już teraz. I chciałbym… żebyś… jeśli cokolwiek podczas treningów się stanie, powiedz mi od razu, dobrze? Będziemy przerywać, kiedy tylko zrobi się niebezpieczniej, dobrze? Możesz mi to obiecać? Proszę, to… to by mi bardzo pomogło.
Kasztan spojrzał na niego z wyczekiwaniem. Nie przetrawił jeszcze tego wszystkiego, co opuściło jego pysk, ale już wiedział, że będzie sobie potem wyrzucał milion rzeczy, które powiedział nie tak. Teraz jednak liczył się Jazgot i to, co powie na jego prośbę. Bo Kasztan szczerze wierzył, że uda mu się przełamać. Wiedział przecież, jak chapać, żeby praktycznie nie używać kłów. Wiedział jak odpowiednio dozować siłę. Bał się dalej, że coś się stanie, oczywiście, tylko że nie było innego wyjścia, a skoro tak, to trzeba było przyznać w końcu, że ma się problem. A jeśli nie, to chociaż spróbować jakoś go obejść. Wszystko dla Jazgota.
<Jazgot?>
[2026 słów: Kasztan otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia]

16 marca 2021

Od Kasztana

Jazgot nie miał żadnych skrupułów, kiedy w grę wchodziło dobro klanu. Tak powtarzał sobie w głowie Kasztan, gdy szli do Leonisa. W końcu ta choroba dotykająca coraz więcej psów nie powinna się jeszcze bardziej rozprzestrzeniać. A skoro tak, to szedł posłusznie do medyka. Robił to, bo w końcu Jazgocik był podrapany i trzeba było. Robił to też, bo gdyby nie poszedł z tym kaszlem teraz, to musiałby pójść jutro, bo młody by coś wymyślił. Ale przede wszystkim dlatego, że Jazgot przyszedł po niego, wyglądał na zadowolonego, kiedy szedł z nim łapa w łapę i to wszystko rozlewało dziwne ciepło po całym ciele Kasztana. Choć ciężko było mu to przyznać, to teraz, gdy jego uczeń podrósł, a on sam wiedział, że niedługo przyjdzie im się rozdzielić, takie właśnie chwile czy gesty powodowały, że miał ochotę trącić go w bok, zobaczyć ten zaczepny uśmiech i zacząć się ganiać. Oczywiście wszystko odbyłoby się w formie treningu i polepszania sprawności, ale tak naprawdę to spędzanie czasu z wychowankiem stało się jedynym przyjemnym czasem w trakcie jego dnia. Reszta była spowita jakimś dziwnym poczuciem przemijania, nutką melancholii.
Wizyta nie była przyjemna. Leonis, pokasłując, skwitował obrażenia Jazgota uśmiechem politowania, podał Kasztanowi odpowiednią mieszankę ziół i wygonił ich ze swojego legowiska. Kiedy wracali, Kasztan próbował uspokoić burzę myśli we łbie. Jazgot opowiadał, że powinni teraz odpocząć i się wyspać i że pójdzie im po coś do jedzenia szybko, ale on słuchał go tylko jednym uchem. Głowa go trochę bolała, ale sam już nie wiedział, czy to przez chorobę, czy przez kłębiące się pod kopułą pomysły jak by tu spróbować zachęcić do siebie Jazgota. W końcu co on mógł mu zaoferować? Nic ciekawego. Pogoda był coraz ładniejsza, trening dobiegał końca, a Kasztan, który jeszcze kilka księżyców nie podejrzewałby się o coś podobnego, próbował wysilić się na zostanie kimś rozrywkowym. Kimś ciekawszym, z kim Jazgot chciałby spędzać czas. Jeśli go zostawi i zapomni, to przecież nic takiego się nie stanie, ale może da radę sprawić, by tak nie musiało być?
— Kładziesz się? — zapytał Jazgot. Patrzył uważnie na mentora, jakby bał się, że ten zaraz poderwie się i ucieknie.
— Tak, chyba się położę. Też przyjdziesz zaraz?
— Jasne! — Wyglądał na uspokojonego, ale poszedł dopiero, gdy Kasztan zwinął się na starym materacu. I chociaż wojownikowi ciężko byłoby to przyznać, jego samego też to uspokoiło. 
[382 słowa: Kasztan otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia i zostaje wyleczony z choroby]

28 lutego 2021

Od Kasztana CD Szramy

Nie kojarzył brata Szramy. Sam nie wiedział, co sprawiło, że tak się przed suczką otworzył, ale przynajmniej nie zrobiło się dziwnie czy niekomfortowo. Jeszcze chwilę tak leżeli, trącając się nosami. Czuł, jak suczka się trzęsie i mocno krępował. Domyślał się, że to ze względu na pogodę, jednak dziwnie mu było. W ogóle dziwacznie czuł się z samym faktem bycia pocieszanym, a co dopiero z tym, że nagle pocieszała go osoba, którą sam przyszedł tu pocieszać. W dodatku trzęsąca się z zimna. W dodatku będąca suczką.
Czuł, że nie powinien tak sobie po prostu tutaj leżeć obok i trącać ją nosem jak ostatni kretyn, ale jakoś pozwolić jej się w siebie wtulić, żeby się ogrzała. Tylko jak to zrobić, żeby nie było niezręcznie? Lubił Szramę i wydawało mu się, że ona nie miała nic specjalnego przeciwko niemu, w końcu, po co miałaby to wszystko mówić i znosić jego obecność. Ale może po prostu nie wiedziała, jak mu powiedzieć, żeby dał jej w końcu spokój i sobie poszedł? Grr, muszę porozmawiać z Jazgotem o trzymaniu jęzora za zębami i poszanowaniu przestrzeni życiowej innych. Może wtedy unikniemy wszyscy takich sytuacji…
Szrama jednak przesunęła się trochę w jego kierunku, więc Kasztan zrobił to samo. Czuł się jak pajac i dziękował w duchu za to, że nikogo nie było w pobliżu, by móc widzieć jego błazenadę. Po możliwie jak najcichszym głębokim wdechu zbliżył się jeszcze bardziej do Szramy, na co ta zrobiła to samo. Cieszył się, że nie widział jej spojrzenia, bo pewnie wyrażałoby głęboki dyskomfort, ale w końcu sama się przysuwała, więc pewnie było jej na tyle zimno, że musiała się przemóc.
W końcu leżeli razem, bliżej niż Kasztan mógłby w ogóle wcześniej pomyśleć. Przez trochę czasu panowała cisza, aż przerwała ją Szrama, opowiadając o tym, jak to wyglądało na początku. Jak Bezgwiezdni się zorganizowali, trafili tu, jak zadecydowali, o swojej przyszłości. Kasztan słuchał, w końcu w tym był najlepszy, a przy tym cały czas pilnował, by Szrama czuła się możliwie najlepiej. Zapewniał ją, że kichnięcia mu nie przeszkadzają i próbował wychwycić wyraz jej pyska. Sam dorzucił od siebie krótką historię o tym, jak sam trafił tu, uprzednio schwytany przez Dwunożnych. Czuł się nieswojo, ale na szczęście Szrama nie wypytywała za bardzo. Po niezwykle błyskotliwej uwadze, że też mógłby nazywać się Szrama, ze względu na wielką bliznę na brzuchu, obiecał sobie, że jeszcze jeden taki durny tekst, a nie odezwie się już nigdy. Na szczęście suczka nie wydawała się zła czy urażona, ale nie mógł być pewien.
Z pierwszym ziewnięciem suczki Kasztan natychmiast przeprosił, że tak się zasiedział i po szybkim pożegnaniu chwycił kości, co by nie zostawiać po sobie śmieci i wrócił do swojego legowiska. Jazgot spał w najlepsze, rozwalony na prawie całe posłanie. Pies położył gdzieś obok resztki posiłku i ułożył się, popychając lekko ucznia, by zrobić sobie miejsce. Tej nocy ciężko było mu zasnąć, każda głupota, którą popełnił, wracała do niego ze zdwojoną siłą, a gdy był już bliski kresu wytrzymałości i zaśnięcia, zaklinał się, że już nigdy nie będzie próbował nikogo pocieszać i w ogóle ograniczy jakiekolwiek kontakty z suczkami.
Następnego dnia oczywiście nie pamiętał już tych postanowień, a pierwszą rzeczą, jaką ujrzał po przebudzeniu, były obgryzione kości. Ich widok automatycznie poprowadził go ku Szramie, co sprawiło, że po raz pierwszy od dawna jego pierwszą myślą z rana nie był Jazgot, strach przed treningiem walki, ani nieżyjąca rodzina. 
Koniec wątku Kasztana i Szramy.
[558 słów: Kasztan otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kasztana CD Jazgotu

Czas mijał, a Jazgot bardzo szybko rósł i bardzo szybko się uczył. Ze skradaniami, gonitwami, polowaniami i siłowaniem się radził sobie lepiej i lepiej, ale Kasztan wiedział, że to nie oznacza dla niego nic dobrego. Przyzwyczaił się już do swojej nowej roli. Właściwie to nie było takie trudne, Jazgot był naprawdę wspaniałym małym psiakiem. Dużo gadał, był pilny i zdolny, nie można było na niego jako ucznia narzekać. Może i uciekał często poza granice, a odkąd podszkolił w skradaniu, to coraz łatwiej było mu nagle znikać, ale to nie było takie znowu straszne. W końcu rzadko robił to sam, no a Kasztan tylko chwilę się pomartwił, a potem znowu go widział. Normalna sprawa z maluchami, jak mu powiedział Laurency. Może nie do końca w tych słowach, ale tyle zrozumiał.
Była jednak jedna sprawa, w której wiedział, że Jazgot nie może być z nim szczery. Walka. Co prawda przepychali się czasem, Kasztan pokazał mu też jak polować (chociaż długo musiał się do tego przełamywać, a i podjął się tego, dopiero kiedy dowiedział się, że ten już schwytał swojego pierwszego ptaka), ale mimo zapewnień szczeniaka, że trening jest idealny i jest najlepszym nauczycielem, pies w głębi serca wiedział, że Jazgot chce tych lekcji. I to chce ich od niego. Widział wprawdzie, jak czasem walczył z Dymem, z którym bardzo się polubił. Cieszył się, ale jednocześnie coś go kuło. Sam nie wiedział, jak się do tego zabrać, a co dopiero zachowywać się tak, jak Dym. Niekiedy bał się, że ten coś zrobi jego uczniowi — nie bywał szczególnie delikatny. Denerwowało go to trochę, w końcu, jeśli nawet coś by się stało, to zapewne byłoby zlekceważone. A w końcu szczeniaki nie powinny mieć takich poważnych treningów przeprowadzanych w taki sposób. Jakby się tak dłużej zastanowić, to Kasztan w ogóle nie wiedział, jak to powinno wyglądać, żeby wszystko było w porządku. Wiedział jedynie, że jego nie był w porządku.
Wojownik spojrzał na ucznia śpiącego obok. Przez tę spokojną (przynajmniej teraz), pochrapującą kulę w jego życiu nagle pojawiło się tyle nowych, dziwacznych problemów. Zupełnie nie podejrzewałby wcześniej, że ten malec może zmienić aż tyle. Co wieczór bał się, że jak zaśnie, to Jazgot zniknie, pójdzie gdzieś rano czy nawet w nocy i coś mu się stanie. Ulga, jaką przeżywał każdego ranka, którego widział go całego i zdrowego po przebudzeniu się, była największą, jaką kiedykolwiek czuł. Może poza tymi momentami, w których widział go w końcu po tym, jak nie było go dłużej niż kawałek dnia i można było się już zaczynać bardzo niepokoić. Przyłapywał się także na tym, że na patrolu czy polowaniu myślał o tym, co teraz ten łobuz może porabiać. Albo znajdywał kolejną ciekawą rzecz, której mógł go nauczyć.
Czuł się za niego odpowiedzialny i to bardzo. To było dalej dla niego trochę dziwne, jak w kilka księżyców w zasadzie obcy szczeniak z klanu stał się nagle tak ważnym członkiem rodziny. Kasztan bał się sam przed sobą do tego przyznać, ale kiedy raz Laurie odniósł się do Jazgotu jako jego syna, to po otrząśnięciu się z chwilowego zamurowania, poczuł, że robi mu się cieplej na samą myśl o tym. Czy Jazgot był jego synem? Możliwe, że tak się wobec niego zachowywał, a przynajmniej chciałby robić to porządnie, tak, żeby ten nie czuł się źle w jego towarzystwie. Żeby czuł, że może na nim polegać. W końcu tego potrzebuje się od rodziców. Tego i oczywiście mnóstwa innych rzeczy, o których pies bał się myśleć. Perspektywa bycia ojcem była dla niego przerażająca, na szczęście wiedział, że Jazgot tak go nie postrzegał. Mówił mu po imieniu i mimo wspólnego legowiska i innych rzeczy, to w końcu był jego mentorem, nauczycielem. A relacja z nimi tak wyglądała. Poza tym doskonale wiedział, jak mały tęsknił za mamą. Mówił o niej coraz rzadziej, ale Kasztan widział, że Jazgot dalej na nią czekał. Rozumiał go. Gdyby on miał cień nadziei na to, że gdzieś tam może być jego siostra czy mama, sam cały czas by czekał, a co dopiero taki malec.
To wszystko sprowadzało się jednak do prostego wniosku, że Jazgot nie może uważać go za swojego tatę. Zresztą kto by go chciał na ojca, bądźmy szczerzy. To stwarzało wygodny układ, w którym mógł odpychać od siebie myśl, jakoby był kimś więcej, niż tylko jego mentorem, a więc przecież także opiekunem. Choć czasem robiło mu się tak dziwnie, gdy przez myśl przemknęło mu to, że może być dla niego ojcem, prawdziwie kochającym i dobrym, takim, jakiego powinien mieć każdy szczeniak. To uczucie nie było czysto miłe, nie było też złe, było zupełnie nie do scharakteryzowania, albo po prostu przemijało za szybko, by być określonym. Zaraz po tym Kasztan wracał do normalności, bycia nauczycielem i wszystko znowu było po staremu. Tak było łatwiej, bo w końcu tutaj mógł pytać innych o radę, kiedy już naprawdę nie wiedział, co robić. Mógł też zastanawiać się nad wychowaniem małego, rozmawiając z innymi o ich szkoleniach, a czasem, z desperacji, zagłębiając się we wspomnienia i przypominając sobie, jak to wyglądało z innymi we Flumine. Mógł też zastanawiać się nad tym, czego sam chciał i potrzebował. To jednak znowu sprowadzało do bolesnej myśli o treningach walki. Perspektywa tego, że Jazgot cały czas gdzieś znikał i wszędzie mogło na niego czyhać coś niedobrego, przerażała Kasztana ostatnio bardziej, niż mógł kiedykolwiek przypuszczać. W końcu, jeśli sobie nie poradzi, czy coś mu się stanie, to będzie jego wina. Jednocześnie pies nie mógł się zdobyć na poważniejszy trening, skupiał się więc na polowaniu, co też często nadszarpywało jego granice. Póki wszystko jakoś działało, Kasztan nie mógł się zdobyć na poważniejszy krok. Zwłaszcza że ten maluch mu ufał. Patrzył na niego z radością i sympatią w oczach. Nie darowałby sobie, gdyby kiedykolwiek miał go tego pozbawić, zdradzić go, oszukać, zniszczyć.
Jazgot przekręcił się i mlasnął przez sen. Mentor spojrzał na niego w ciemnościach, a gdyby ktoś mu się teraz przyjrzał, zobaczyłby strach i panikę w jego brązowych oczach. Położył łeb obok jego odsłoniętego brzucha i spróbował w końcu zasnąć.

***

Pora Nowych Liści niedawno się zaczęła, a pączki na drzewach i powoli znikający śnieg zapowiadały radośniejszy czas. Kasztan był na patrolu, co zawsze go trochę denerwowało. Oznaczało bowiem, że szanse na spotkanie obcego psa niebezpiecznie się zwiększały. Pies jednak starał się o tym nie myśleć, wspominał natomiast ostatni trening, na którym Jazgot korzystając z jego porad, upolował łasicę. Mały robił takie postępy, że aż strach. Był tak cichy i silny, że po odpowiedniemu zakradnięciu się wystarczyło jedno szybkie kłapnięcie pyszczkiem i już. Dokładnie tak, jak mu powtarzał — śmierć zadana szybko, mocny cios i jak najmniej cierpienia. Cały czas czuł dumę z jego sukcesu.
Nic nie zapowiadało, że ten dzień będzie gorszy od ostatnich, a jednak miało się tak stać. Kiedy wojownik po rozdzieleniu się z towarzyszką patrolu przechodził wśród licznych drzew w pobliżu kościoła, usłyszał wycie. Zaalarmowany ruszył natychmiast w stronę, z której dobiegał krzyk o pomoc. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że zna ten głos. Przyspieszył, jak tylko mógł, czując nagły przypływ adrenaliny zmieszanej z paniką. Łamał gałęzie pod łapami, rozbryzgiwał wokoło resztki śniegu, którego było tu dalej całkiem sporo i podążał za wyciem, które usilnie starało się uszyć głośne bicie jego własnego serca.
<Jazgot? Przepraszam, że tak długo, naprawdę ;-;>
[1184 słów: Kasztan otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia, a Jazgot 2 Punkty Treningu]

9 lutego 2021

Od Kasztana CD Szramy

Od pewnego czasu Jazgot zaczął się wyjątkowo interesować życiem Kasztana. Choć ten nie znosił mówić o sobie, to zwykle udzielał szybkich, treściwych odpowiedzi i zmieniał temat. Wolał, gdy inni opowiadali, a on mógł słuchać. W pewnym momencie jednak stałym tematem przewijającym się podczas treningów były zajęcia Kasztana. Jazgot wypytywał o to, czy ten się za bardzo nie nudzi, czy nie chciałby może pójść z kimś na spacer albo na polowanie. Z początku pies myślał, że maluch bada sprawę, bo sam chciałby spędzać z nim więcej czasu. To jednak nie było to i choć Kasztan był z tego powodu trochę zawiedziony, to chodziło o znalezienie mu towarzystwa na czas, kiedy Jazgocika nie było obok. Oczywiście gdyby psiak powiedział wprost, że nie chce, aby tamten cały czas szwendał się gdzieś samotnie, to wszystko byłoby znacznie prostsze — wytłumaczyłby mu dobitnie (raz, drugi, dziesiąty), że tak lubi i tak woli. Byłoby po sprawie.
Jazgot zdążył jednakże poznać mentora na tyle, iż wiedział jak się z nim obchodzić. Próbował więc podchodzić do tego od innej strony — zadawał mnóstwo pytań i namawiał na pogadanki, a to z Dymem, a to z Laurencym. Jego starania jednak widocznie nie dawały wystarczających rezultatów, bo ciągle nie chciał przestać. Tego dnia stanęło na Szramie.
— I jak tam poszliśmy, to było super! A potem ciocia Szrama dała nam kaczkę! Ona dobrze poluje, znaczy chyba. Bo jest taka szybka. — Jazgot spojrzał na niego szybko i dodał: — Ty też dobrze polujesz!
— Dziękuję Jazgocie — Kasztan odparł trochę speszony. Nie wiedział, o co chodziło w tym wszystkim, ale malec ewidentnie coś knuł. To była już czwarta historia o cioci Szramie dzisiaj.
Wracali właśnie z treningu skradania. Kiedy znaleźli się w obozie, Kasztan polecił uczniowi, żeby postarał się wykorzystać ostatnio szlifowane umiejętności i wytropić, a potem zakraść się do Mlecza. Sam poszedł po coś do jedzenia ze stosu i po chwyceniu pierwszej lepszej zwierzyny skierował łapy w stronę legowiska. Nie lubił w nim jeść, bo potem wszystko nieznośnie pachniało, ale dzisiaj chciał pomyśleć. I pobyć chwilę samemu.
Treningi z Jazgotem go wykańczały. Nie, że nie miał sił, bo mógłby powalić stos zwierzyn i przebiec rundę po terenach; nie o to chodziło. Powoli przyzwyczajał się już do swojego spokojnego, cichego życia. Minimalne kontakty z innymi psami, co jakiś czas rozmawiał tylko z Klemem i wymienił parę słów z wyjątkowo towarzyskimi Bezgwiezdnymi. A tu nagle od kilku księżyców cały czas do zachodu słońca spędzał, coś tłumacząc, pytając, czy opowiadając jakieś z trudem przywołane anegdotki. Jazgot dostarczał mu już wystarczająco dużo wrażeń, a teraz chciał jeszcze znaleźć mu dodatkowe towarzystwo. Nie, że nie byłoby miło mieć kogoś starszego z kim można porozmawiać czy go posłuchać, ale nakłanianie do tego przez szczeniaka nie należało do najlepszych sposobów na rozpoczęcie przyjaźni. Ale ostatnio stanęło na Szramie. Lubił tę suczkę — nigdy go nie zaczepiała, wydawała się miła i spokojna.
Kiedy Kasztan kończył obgryzać nogę zająca, był już zatopiony w myślach. Nad sobą, nad rodziną, nad klanem, nad Szramą. Właśnie miał się zabierać do kolejnego kawałka mięsa, ale nagle poczuł, iż coś zaciska mu zęby na ogonie. Podskoczył natychmiast i przybrał pozycję bojową, strosząc się i pochylając łeb.
— Ha! Udało mi się! Udało mi się, udało prawda? — wykrzykiwał radośnie Jazgot.
Kasztan spojrzał na niego nieobecnym wzrokiem, po czym otrząsnął się i zaczął zbierać porozrzucane na legowisku i wokół niego części zwierzyny. Pochwalił rozradowanego malucha, ale w myślach klął na Gwiezdnych, że tak bardzo zatopił się w myślach. Jednak troszkę też był dumny z Jazgotu, tak po tatusiowemu. Poradził mu jeszcze, by następnym razem tak szybko nie puszczał zdobyczy i starał się łapać w bardziej strategicznym punkcie. W końcu ogon wyszarpnął mu bardzo szybko.
— Może pójdziesz do cioci Szramy? Widziałem, że eee chyba się źle czuje. Tak jakoś smutno leży.
Kasztan westchnął cicho. Mały był podekscytowany, a oczy tak mu się świeciły, że wojownik nie mógł dłużej się zastanawiać. Przełknął ślinę — zagadywanie nie było jego mocną stroną. Zanim się jednak obejrzał, został delikatnie wypchnięty przez malucha z legowiska. Z połową zająca w pysku zmierzał ku legowisku Szramy. Było w innej części obozu.
Denerwował się. Zaczynanie rozmów, szczególnie z suczkami nie należało do najłatwiejszych zadań. Kiedy tak niepewnie kierował swoje łapy ku nieuniknionej rozmowie przez łeb przebiegła mu myśl, że Jazgot też go w pewien sposób trenuje. Jeszcze parę księżyców temu nie było mowy, aby ktokolwiek namówił go do próby podejścia i pocieszania kogokolwiek. A teraz proszę, odkłada jedzenie i nachyla się nad leżącą suczką, ostrożnie, uważając, by przypadkiem jej nie trącić. Jazgot miał rację, wyglądała na przybitą.
— Wszystko w porządku, Szramo? — powiedział w końcu.
— Jasne. Jest dobrze — odpowiedziała. — Poza epidemią. Jazgot dobrze się czuje?
Wyglądała na niechętną do rozmowy, a przynajmniej Kasztanowi się tak wydawało. Przestąpił z łapy na łapę.
— Tak, udało mu się dziś zakraść do wróbli. No i do mnie. Wydaje się być zadowolony, więc któraś z tych rzeczy to dla niego z pewnością osiągnięcie. Ja obstawiam wróble. — Pies zaśmiał się nerwowo, a w duchu zaczął głośno przeklinać swój brak umiejętności niezbłaźnienia się przy wypowiedzi dłuższej niż trzy słowa. Szrama jednak również się zaśmiała, co dodało mu trochę odwagi.
— Nie wiem, czy dzisiaj już jadłaś, ale przyniosłem zająca, gdybyś miała ochotę — powiedział po chwili i podsunął przyniesioną zwierzynę. Zauważył, że ostatnio rzadko widywał suczkę przy stosie jedzenia. A jeśli sam by tego nie zauważył, to Jazgot przypominał mu, że może jej poszukać i zaprosić na posiłek ostatnio po każdym zachodzie.
— Dziękuję. — Szrama przyjęła korpus i odgryzła kawałek. Kasztan dobrał się do łapy i przez pewien czas panowała cisza, przerywana jedynie szczękiem kłów. Suczka jadła powoli i w czasie, gdy on spałaszował swoją część, na jej kawałku ciągle była przynajmniej połowa mięsa. Nic jednak nie powiedział.
— To miło, że Jazgot nie musi już sam spać. Czasem zapraszałam go do siebie, ale zawsze wracał do swojego legowiska.
— Cieszę się, że mogłem coś dla niego zrobić. To naprawdę wspaniały dzieciak. — Z każdą kolejną wypowiedzią Kasztan czuł, jak robi mu się coraz bardziej gorąco. Trochę z powodu głupoty własnych słów, a trochę dlatego, że robiło się coraz później, a on tu siedział. Czuł się jak rzep przyczepiony do ogona, a zupełnie nie nawykł do tego typu wrażeń.
Rozmowa stoczyła się na epidemię i Leonisa. Choć Kasztan martwił się wszystkim (ale głównie, by Jazgot się nie zaraził), tak jak reszta, to nie mógł pozbyć się delikatnego uczucia ulgi podczas tej rozmowy.
— Miękka nie ma łatwo, dopiero została przywódczynią, a coś takiego — powiedział, ale szybko zorientował się, że nie powinien. Szrama zwiesiła łeb, a jej spojrzenie całkiem przygasło. Kasztan zupełnie nie wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, że chodzi o Klema. Szrama wydawała się być z nim blisko, często widywał ich razem. Czuł się dziwnie. Jazgot tak samo przeżywał odejście Korzenia, ale nim ono jakoś specjalnie nie wstrząsnęło. Pewnie, miło było mieć kuzyna obok, ale chyba jeszcze do niego nie dotarło, że już tak nie będzie, ba!, z jego wychodzeniem i kontaktami z pozostałymi klanami prawdopodobnie się już nie zobaczą. A tu raczej nie wpadnie z wizytą.
— Klematis… Ciekawe jak mu się teraz wiedzie. Jest moim kuzynem, wiesz? — zaczął powoli, ale sam nie wiedział, gdzie to dokładnie zmierza. — Nigdy nie miał u nas łatwo. Myślałem… — Psu zachwiał się głos. W uderzeniu serca przegnał przerażenie i powiedział, co mu siedziało we łbie od odejścia Klema. Sam nie wiedział dokładnie, czemu, ale Szrama wyglądała, jakby potrzebowała, żeby coś takiego powiedział: — Myślałem, że tu będzie mu lepiej. Bo wiesz, w końcu tu każdy ma taki nowy start. Myślałem, że dla nas obu to takie lepsze miejsce. Ale chyba jednak nie. Przynajmniej nie dla Klema.
Patrzył teraz w ścianę, chociaż przed oczami miał wspomnienia. Zabawy ze starszymi uczniami, krótkie chwile beztroski. Siostrę, Wodnych, Korzenia. To było tak odległe, nawet on już był odległy. Chyba potrzebował rozmowy. O życiu, rodzinie, o tym wszystkim, co jest teraz, a mogło być przecież zupełnie inne. Ale Kasztan nie należał do psów, które rozmawiają o takich rzeczach. I tak powiedział za dużo. W tym momencie jednak był myślami daleko, daleko we wspomnieniach i jeszcze nie zdawał sobie sprawy, co mu się nawinęło na język.
<Szramo?>
[1326 słów: Kasztan otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

21 stycznia 2021

Od Kasztana CD Jazgotu

— Wiesz… to nie jest takie proste. Im tam też jest dobrze. A jak będą chcieli, to przyjdą, jak reszta — próbował wytłumaczyć Kasztan. Jazgot zadawał tyle pytań, że czasem ciężko mu było nadążyć.
— A ty skąd się wziąłeś? Mama była z Industrii, ja jestem od mamy, a ty wujku Kasztanie? — Kasztan nie chciał o tym rozmawiać, ale wiedział, że temat w końcu wypłynie. Postanowił przebrnąć przez to możliwie szybko.
— Byłem we Flumine. To klan Wodnych — powiedział lakonicznie.
— I często pływają? W morzu?
— Wodni to najlepsi pływacy. Kiedyś mieszkaliśmy przy rzece. Nie wiem, czy pływają w morzu, ja… Nie wychodziłem poza granice dość długo. Ty też nie powinieneś biegać po terenach innych klanów. Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało. I możemy mieć przez to kłopoty.
Spojrzał na szczeniaka. Wyglądał, jakby go zbił. Co zrobił nie tak? Wiedział, że coś zepsuje, ale żeby tak szybko? Zaczął prędko tłumaczyć:
— Wiesz, mamy zasady i… Możesz chodzić po ziemiach neutralnych przecież. Tylko nie pakuj się w kłopoty, dobrze? A granic się wkrótce dokładnie nauczymy.
Starał się brzmieć zachęcająco, ale nastawienie Jazgotu się nie zmieniło. Przycichł i w milczeniu wracali na pagórki blisko obozu. Kasztan zaczął szukać zapachów, za którymi mogli podążyć. Jednak nagle szczeniak ożywił się i zaczął entuzjastycznie wykrzykiwać:
— A gdybyśmy poszli razem? Mówiłeś, że dawno nie wychodziłeś, a to takie ciekawe! Możemy pójść w tyle miejsc, jest park, tory… 
— Jazgot… Pójdziemy kiedyś wszędzie tam, gdzie możemy, ale wiesz… po kolei. Zaczniemy od naszych terenów. Też są ciekawe, prawda? — przerwał mu Kasztan. Wypuścił parę z pyska i błagał w myślach, by uczeń też tak uważał.
— O tak! Ja bardzo lubię chodzić na cmentarz. Niektórzy by się bali, ale nie ja! Ja, Mlecz i Nieuchwytka jesteśmy bardzo odważni.
— Oj tak, nie wątpię, że wszyscy jesteście. Ale ty chyba najodważniejszy, jak tak chodzisz wszędzie sam. — Pies uśmiechnął się do malucha, ale w duchu dodał: „Na moje nieszczęście!”.
Kiedy tak szli i wysłuchiwał o przygodach Jazgota i Mlecza, stawał się coraz bardziej przerażony. Postanowił pójść do Laurencego i porozmawiać z nim, jak ten to wszystko znosi. Może miałby dla niego jakieś złote rady? Sama myśl pójścia i radzenia się kogoś z problemów napawała go grozą, ale jeszcze bardziej bał się zawieść w nowej roli. Skoro już wyłazi ze skóry i próbuje małego czegoś nauczyć, to może spróbować przełamać kolejne bariery. 
***
Dzień dobiegał końca i byli już w obozie. Pałaszowali wspólnie gołębie i rozmawiali o treningu. Jazgot chwalił się wszystkimi zapachami, które czuł wokoło. Uczył się też rozpoznawać zapachy własnego stada. Kasztan tłumaczył mu, jakie to ważne, a ten cieszył się, że wkrótce będzie mógł znaleźć Mlecza tylko po jego roślinnej woni.
Nadeszła noc i była już najwyższa pora się kłaść. Kasztan wziął głęboki wdech i ruszył w stronę legowiska ucznia. To jest ten moment, ważny moment, nie zepsuj tego. Powtarzał sobie cały czas w myślach, że to nic takiego i jest normalne dla mentorów. Jednocześnie jednak wyrzucał, czemu nie zaproponował poprzedniej nocy.
— Jazgot eee… słuchaj, wiem, że czekasz na mamę, ale mentorzy i uczniowie śpią razem, a przynajmniej taka jest tradycja… I pomyślałem, że może byś chciał przenieść się do mojego legowiska, a jak twoja mama wróci, to możesz wtedy spać z nią — wypalił w końcu szybko. Chwilę wpatrywał się w szczeniaka z obawą, ale ten zgodził się prędko.
— Super! To jak Mlecz śpi z wujem Laurencym! A jak mama wróci, możemy spać we troje, na pewno się zmieścimy!
Ruszył szybko w stronę posłania Kasztana. Pies specjalnie po posiłku zniósł więcej miękkich, cienkich i trochę cuchnących przedmiotów, jakie zostały tu po Dwunogach. Wytarte o mokrą trawę pachniały znośnie, a i w ich siedzibie szybko się osuszyły. Kasztan wiedział, że jego legowisko nie należało do najładniejszych, nie miał jednak pojęcia, jak temu zaradzić. Chciał nanieść tam kilka ładnych kamieni, ale nie dał rady. To byłoby jak bluźnierstwo w stronę Słoneczka. Zresztą, ona pewnie i tak znalazłaby nieskończenie ładniejsze. Ach, jak bardzo jej potrzebował. Bez złocistego uśmiechu siostry świat wydawał się taki pusty, a on był w nim jeszcze bardziej zagubiony.
— Przepraszam, nie chciałem powiedzieć czegoś źle! — rozległ się przerażony pisk.
Kasztan oprzytomniał i spojrzał na Jazgota zdziwiony.
— Ale przecież nie powiedziałeś. Co się stało? — próbował wybadać sytuację. No ładnie, chwilę nie uważał i do czego doprowadził? Musi się zdecydowanie bardziej skupiać przy tym maluchu.
— Bo miałeś taką dziwną minę… — odparł Jazgot, a głos lekko mu się zatrząsnął. — Naprawdę mi się podoba tutaj, naprawdę! — dodał prędko.
— Spokojnie, wierzę ci malcu. Tylko się troszkę zamyśliłem. Jak następnym razem zrobię taką minę, to pamiętaj, że to nie twoja wina, dobrze?
Szczeniak pokiwał łebkiem, ale nie wyglądał na do końca przekonanego. Kasztan ułożył się i poczekał, aż zrobi to także uczeń. Wtedy zawinął ogon, żeby malec był praktycznie całkowicie otoczony. Pamiętał, że to lubił najbardziej, gdy spał z mamą. Czuł wtedy spokój, czuł, że jest bezpieczny. Chciał to dać też jemu. Ten bądź co bądź jeszcze maluch powinien móc czuć się przy kimś bezpiecznie. A Kasztan postanowił, że spróbuje ze wszystkich sił mu to okazać. Może nie będzie najlepszym mentorem, ba!, na pewno nie będzie, ale spróbuje mu dać od siebie tyle, ile może. Widział, jak przerażony był na treningu, zupełnie jak on sam! Nie pozwoli, by czuł się tak na treningach, oj nie, jeśli tak dalej będzie to chyba lepiej zrezygnować, bo nigdy, przenigdy nie pozwoli sobie powielić tych wszystkich błędów ojca…
Kiedy oba psy zapadły w głęboki sen, ich oddechy zgrały się ze sobą, a ciała grzały siebie nawzajem. Ranek miał przynieść obchód po terenach Bezgwiezdnych, trening, kolejne wyzwania, ale teraz wszystko było spokojne i ciepłe. Prawie jak dom.
<Jazgot? Przepraszam, że tak długo czekałaś i że takie marne>
[920 słów: Kasztan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia, Jazgot 2 Punkty Treningu]

7 stycznia 2021

Od Kasztana do Jazgotu

 Wspomnienie o ceremonii mianowaniu na ucznia wciąż grzmiało w głowie psa, gdy szedł powoli twardą, ubitą z ziemi ścieżką. Właśnie wstawało słońce, a jego promienie zalewały świat nieprzyjemnie przeszywającym blaskiem. Zimno o wschodzie słońca dokuczało najbardziej, ale Kasztan właśnie tę porę wybrał na rozpoczęcie szkolenia. Była to wszak pora najlepsza i to pod różnymi względami. Po pierwsze szanse na natknięcie się na Dwunożnych czy Potwory były zerowe, a po drugie szanse na natknięcie się na innych Bezgwiezdnych były znacznie mniejsze.
Niebo było czyste, nie zanosiło się na śnieg, a wiatr nie szalał za bardzo. Miła odmiana po ostatnich wichurach i śnieżnych burzach. Idealne warunki, by rozpocząć szkolenie. Pies dalej nie mógł do końca uwierzyć w to, co się wydarzyło. Wszystko okazało się takie szybkie i przerażające, że nawet nie zdążył spokojnie usiąść i przemyśleć sprawy, a już został wrobiony w bycie mentorem. Nigdy nie myślał, że coś takiego może się zdarzyć. Jasne, był wojownikiem, ale wcale nie wybitnym czy przykładnym. „Kasztanie, okazałeś się wojownikiem szlachetnym i wytrzymałym. Na pewno przekażesz temu młodemu uczniowi całą swoją wiedzę”. Oczywiście, jeśli szlachetny i wytrzymały wojownik budzi się nocami przez koszmary i często nie jest w stanie upolować durnego zająca to pewnie, jest wspaniałym kandydatem na mentora. Niech ktokolwiek, może nawet Gwiezdni, ma w opiece tego biednego malca. Właściwie to ty masz go w opiece rozległ się głos w jego głowie. Szybko pokręcił nią parę razy, jakby chciał pozbyć się tejże myśli; bezskutecznie.
Co też Klematis miał we łbie, że zrobił mnie mentorem? Czy naprawdę, naprawdę nie było nikogo innego? Kiedy tak szedł i zadawał sobie wciąż te same pytania, rozpamiętywał rozmowę z kuzynem. O wszystkim dowiedział się wieczór przed ceremonią. Kiedy został poproszony na słowo do lidera, był bardzo zdziwiony. Wywiązywał się w końcu ze wszystkich obowiązków, nawet z polowań. Trochę obawiał się, że kuzyn chce z nim porozmawiać, o rodzinie, Wodnych czy co tam by jeszcze sobie wymyślił. Musiałby znów szukać wymijających odpowiedzi i starać się sygnalizować, że nie ma ochoty tłumaczyć swoich zachowań czy uczuć. Po co to wszystko? Jednak gdy teraz o tym myślał, to zdecydowanie wolałby przechodzić przez takie rozmowy, niż to, co go czekało. Mimo protestów Klematis stwierdził, że Kasztan nada się najlepiej i nie ma wyboru, tylko się zgodzić. Przecież nie chce zawieść biednego szczeniaka. Jasne, że nie chce, właśnie dlatego to nie powinien być on! Wciąż był zły na swoją niemoc. Nie mógł w końcu nic zrobić, słowo lidera i te sprawy. Choć prawdę mówiąc, nie miał żadnego innego miejsca, w którym mógłby się podziać, gdyby zdecydował się na odejście. Rozważał to, ale niestety nie było innej możliwości, niż pozostanie tutaj. Musiał podjąć się nauczenia szczeniaka jak być wojownikiem, nawet jeśli sam potrzebowałby takich lekcji.
Biedny Jazgot. Biedna mała psinka. Tak się cieszył, kiedy został mianowany uczniem. Oczywiście Klematis nie byłby sobą i nie pomylił się parę razy podczas ceremonii. Zaczęcie od przywołania Gwiezdnych, próba zmiany imienia Jazgotu na Jazgotową Łapę… Gdyby nie Leonis, który ciętym językiem przywoływał lidera do porządku, nie wiadomo jak wyglądałby finał ceremonii. Mały Jazgot był tak przerażony, jakby myślał, że to on był wszystkiemu winien. Tak naprawdę ciężko było stwierdzić, kto wyszedł zadowolony z całego wydarzenia. Może Mlecz, ale właściwie to wydawał się po prostu rozemocjonowany nagłym obudzeniem w środku nocy. Jazgot wrócił do legowiska jakiś przygaszony, mimo że Kasztan za wszelką cenę nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo boi się nowego wyzwania. Starał się być jak najmilszy i wykrzesać choć odrobinę entuzjazmu, kiedy oznajmiał małemu, że jutro muszą wstać bardzo wcześnie i zacząć trening. Bał się, że nawet to mu nie wyszło. Nie ma to jak dobrze zacząć.
Wdrapał się już na szczyt pagórka, na którym mieli się spotkać. Małego jeszcze nie było, ale to nic, miał jeszcze sporo czasu. Kasztan miał dzięki temu jeszcze chwilę, by wszystko obmyślić. Nie miał skąd zaczerpnąć porady, jak wychować malucha. Nie będzie przecież uczył go tak, jak inni mentorzy w poprzednim klanie. Co z kodeksem? Jakie zasady ma mu wpajać? Nic nie było wyraźnie zaznaczone, czuł się, jakby miał odnaleźć drogę we mgle. Najgorsze było jednak to, że nie chodziło tu o niego. Chodziło o szczeniaka, zupełnie nieświadomego, jak źle trafił. To jego przyszłość miał wytyczyć, to za niego miał być teraz odpowiedzialny. Jak ma spojrzeć w jego ufne ślepia i tłumaczyć, jak łamać kark ofierze czy wykorzystywać słabe punkty przeciwnika, by powalić go w walce? A jeżeli sobie nie poradzi, to może zmarnować mu życie…
Kiedy tak siedział na wzniesieniu, wraz z podmuchem wiatru dotarł do niego charakterystyczny zapach szczeniaka. Musiał się zbliżać, lada moment zapewne usłyszy skrzypienie śniegu pod jego łapkami. Wziął głęboki oddech i przywdział najbardziej entuzjastyczną minę, na jaką było go w tym momencie stać. Zamyślił się. W obozie widział, jak malec kleił się do innych, szukał ich ciepła i miłego słowa. Nie było u nich wielu szczeniaków, ale to chyba z nimi znikał często na nawet i całe dnie. Kasztan obserwował wszystkie maluchy, ale Jazgot był największą zagadką wśród ich wszystkich. Pies postanowił poznać go bliżej. Jeżeli sam nie wie, jak ma poprowadzić naukę, to postara się dostosować ją do niego. Będzie słuchać, co ma mu do powiedzenia, będzie słuchać jego zdania. W końcu słuchać umiał najlepiej.
W końcu do uszu psa dotarło ciche, jakby niepewne stawianie łap. Serce zabiło mu mocniej, gdy tak siedział, ale nie ruszył się nawet odrobinę. Obawiał się, że gdyby choćby drgnął, mógłby zapragnąć nagle uciec, udać się na kolejny pagórek, a potem jeszcze dalej i dalej, na następny i następny, aż w końcu byłby daleko. Daleko od wszystkich znanych mu psów, daleko od obowiązków, na które nie był gotowy i daleko od wspomnień, które próbowały przebić się przez kurtynę obecnych strachów, którą zdołał je przykryć. Kiedy jednak psiak pojawił się na brzegu pagórka, wrażenie to ucichło. Choć jego wnętrze nadal było targane przez coraz to nowsze obawy i scenariusze, jak to coś może pójść nie tak, to gdy zobaczył pyszczek szczeniaka, postanowił, że musi przynajmniej spróbować być dla niego oazą spokoju. Sam tak bardzo bał się przed pierwszym treningiem. Nie chciał nikogo zawieść… A teraz ten malec wspinał się tu z miną, jakby już wszystko się zawaliło. Musi postarać się udowodnić im obu, że to wszystko nie musi być zupełną katastrofą.
— Mam nadzieję, że dobrze spałeś, Jazgocie — odezwał się i natychmiast pożałował swych słów. Brzmiały tak formalnie, że maluch spojrzał na niego z dezorientacją. — Postaram się, żebyśmy rzadko musieli się tak wcześnie zrywać — dodał i znów miał ochotę ugryźć się w język. Jak on nie lubił zaczynać rozmów! Jednak czuł, że musi jakoś ośmielić malucha, zanim przejdą do właściwego treningu. A może to siebie musiał ośmielić?
Jazgot wgramolił się już na wzniesienie i stanął przed nim.
— Jak humor przed pierwszym treningiem? — zapytał Kasztan, próbując z całych sił wymyślić jak dobrze zacząć. Miał nadzieję, że on nie dostanie takiego pytania. 
<Jazgocie?>
[1129 słów: Kasztan otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]