Aurum, dzielny wojownik klanu Flumine, poniósł śmierć. Złapany przez Hycla na blokowisku trafił do schroniska. Nie udało się nam go uratować, niedługo później znaleźliśmy jego ciało.
Żegnaj, towarzyszu. Poluj wraz z Gwiezdnymi!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złote Futro †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złote Futro †. Pokaż wszystkie posty
18 listopada 2019
28 października 2019
Od Auruma "Miasto duchów" [opowiadanie eventowe #1]
Pora opadających liści zawsze była trudnym czasem dla klanów. Deszcz i porywisty wiatr zwiększały ryzyko zachorowania. Zwierzęta przenosiły się na bardziej sprzyjające tereny. Ogólnie mówiąc - bieda aż piszczała.
Ale tutaj, w mieście, jesień, jak się okazało w ciągu kilku tygodni, była całkowitym wariactwem.
Zaczęło się dość niewinnie - dosłownie wszędzie pojawiły się duże, okrągłe, warzywnie pachnące przedmioty. Niektóre ogromne, niektóre mniejsze, ale wszystkie ponacinane w jakieś dziwne wzory.
Aurum nawet próbował zjeść jedno z tych enigmatycznych warzyw, ale były zbyt twarde, by skutecznie zanurzyć w nich kły.
Później do warzyw dołączyły inne, jeszcze dziwniejsze obiekty. Sztuczne nietoperze śmierdziały gumą lub plastikiem. Miniaturowe samice Dwunożnych zaczynały przesiadywać całymi godzinami pod domami, ubrane w dziwne stroje i kapelusze, milcząc prawie cały czas, by w najmniej oczekiwanym momencie wybuchnąć jeżącym włos na karku śmiechem.
Ale gorsze od nich były zbudowane z kości sylwetki Dwunożnych. Oczywiście, gdyby to były prawdziwe kości, Złoty żyłby jak w Coelum. Problem wyglądał jednak tak, że i one do spożycia się nie nadawały, pozostawiając w pysku posmak plastiku i farby.
Jeszcze gorzej było w szybach obiektów, do którego Dwunożni masowo chodzili prawie codziennie. Prawdopodobnie było to ich jakieś miejsce, w którym dzielili się zapachami, ale pies nie miał pewności. Gdy chciał tam kiedyś wejść, został dosłownie wykopany.
Za przezroczystymi, twardymi i zimnymi barierami stało jeszcze więcej dziwactw. Ubrania, figury, jedzenie, biżuteria - wszystko związane z kośćmi, pająkami, dziwnie ubranymi Dwunożnymi, krwią czy po prostu czernią.
Ale największe wariactwo nastąpiło jednej konkretnej nocy.
W dzień było jeszcze w miarę normalnie. Oczywiście na tyle normalnie, na ile w ciągu tych tygodni bywało. Ale i tak nic nie zapowiadało takiej paranoi.
Gdy tylko nastąpił zmrok, z domów zaczęły płynąć zbyt głośna muzyka, śmiechy i krzyki. Już wcześniej słyszał coś podobnego, ale tylko z pojedynczych domostw. Podworkowy pies na służbie Dwunożnych, widząc jednego takiego razu zdziwienie wojownika wyjaśnił mu, że w jego domu odbywało się coś zwane "świętowaniem".
Tylko dlaczego teraz całe miasto "świętowało"?
Ale, jak się okazało, to nie było wszystko.
Gdy już gwiazdy świeciły na niebie, Dwunożni zaczęli wychodzić masowo ze swoich domów. Głównie szczenięta, ale dorośli też. A wszyscy w dziwnych ubraniach, w stylu tych, które widywał wcześniej za szybami.
Szczenięta pukały od drzwi do drzwi, krzycząc coś, co brzmiało jak "lakierek albo fikus", ale łapy by sobie odgryźć nie dał, bo w sumie brzmiało to głupio.
Potem dorośli wrzucali im coś do materiałowych worków i młodsi przedstawiciele gatunku odchodzili do kolejnych drzwi w podskokach, w koło słychać było ich piskliwy śmiech.
Gdy w końcu podszedł do jednego z takich szczeniąt, zakrytego białym materiałem tak, że tylko oczy mu było widać, bo materiał miał dwie dziury, poczuł mydło-słodki zapach.
- Cześć piesiu! Masz, piesiu! - usłyszał pisk malucha, szelest papieru i już po chwili u jego łap leżało coś, co wyglądało na zdatne do spożycia.
Wbił kły w miękki i słodki produkt. Próbował go pogryźć, ale ten okazał się być klejący. Zaczął rozpaczliwie mielić pyskiem i mlaskać.
Chwilę później jedzenie rodem z Infernum zlitowało się nad Złotym i rozpuściło się pod wpływem jego śliny.
Szczeniak widząc, że pies uporał się z cukierkiem rzucił się na niego z wyciągniętymi łapkami.
Co to, to nie. Nie z nim te numery!
Aurum odskoczył od dzieciaka i rzucił się w stronę jednej z uliczek, która prowadziła do portu. Tam upił trochę deszczówki z wiadra i znalazł nieprzykrytą łódź, na której się ułożył.
Oby następny dzień już był normalny. Miał już dość tego wariactwa...
Zasnął. A śniły mu się kości i nietoperze.
Ale tutaj, w mieście, jesień, jak się okazało w ciągu kilku tygodni, była całkowitym wariactwem.
Zaczęło się dość niewinnie - dosłownie wszędzie pojawiły się duże, okrągłe, warzywnie pachnące przedmioty. Niektóre ogromne, niektóre mniejsze, ale wszystkie ponacinane w jakieś dziwne wzory.
Aurum nawet próbował zjeść jedno z tych enigmatycznych warzyw, ale były zbyt twarde, by skutecznie zanurzyć w nich kły.
Później do warzyw dołączyły inne, jeszcze dziwniejsze obiekty. Sztuczne nietoperze śmierdziały gumą lub plastikiem. Miniaturowe samice Dwunożnych zaczynały przesiadywać całymi godzinami pod domami, ubrane w dziwne stroje i kapelusze, milcząc prawie cały czas, by w najmniej oczekiwanym momencie wybuchnąć jeżącym włos na karku śmiechem.
Ale gorsze od nich były zbudowane z kości sylwetki Dwunożnych. Oczywiście, gdyby to były prawdziwe kości, Złoty żyłby jak w Coelum. Problem wyglądał jednak tak, że i one do spożycia się nie nadawały, pozostawiając w pysku posmak plastiku i farby.
Jeszcze gorzej było w szybach obiektów, do którego Dwunożni masowo chodzili prawie codziennie. Prawdopodobnie było to ich jakieś miejsce, w którym dzielili się zapachami, ale pies nie miał pewności. Gdy chciał tam kiedyś wejść, został dosłownie wykopany.
Za przezroczystymi, twardymi i zimnymi barierami stało jeszcze więcej dziwactw. Ubrania, figury, jedzenie, biżuteria - wszystko związane z kośćmi, pająkami, dziwnie ubranymi Dwunożnymi, krwią czy po prostu czernią.
Ale największe wariactwo nastąpiło jednej konkretnej nocy.
W dzień było jeszcze w miarę normalnie. Oczywiście na tyle normalnie, na ile w ciągu tych tygodni bywało. Ale i tak nic nie zapowiadało takiej paranoi.
Gdy tylko nastąpił zmrok, z domów zaczęły płynąć zbyt głośna muzyka, śmiechy i krzyki. Już wcześniej słyszał coś podobnego, ale tylko z pojedynczych domostw. Podworkowy pies na służbie Dwunożnych, widząc jednego takiego razu zdziwienie wojownika wyjaśnił mu, że w jego domu odbywało się coś zwane "świętowaniem".
Tylko dlaczego teraz całe miasto "świętowało"?
Ale, jak się okazało, to nie było wszystko.
Gdy już gwiazdy świeciły na niebie, Dwunożni zaczęli wychodzić masowo ze swoich domów. Głównie szczenięta, ale dorośli też. A wszyscy w dziwnych ubraniach, w stylu tych, które widywał wcześniej za szybami.
Szczenięta pukały od drzwi do drzwi, krzycząc coś, co brzmiało jak "lakierek albo fikus", ale łapy by sobie odgryźć nie dał, bo w sumie brzmiało to głupio.
Potem dorośli wrzucali im coś do materiałowych worków i młodsi przedstawiciele gatunku odchodzili do kolejnych drzwi w podskokach, w koło słychać było ich piskliwy śmiech.
Gdy w końcu podszedł do jednego z takich szczeniąt, zakrytego białym materiałem tak, że tylko oczy mu było widać, bo materiał miał dwie dziury, poczuł mydło-słodki zapach.
- Cześć piesiu! Masz, piesiu! - usłyszał pisk malucha, szelest papieru i już po chwili u jego łap leżało coś, co wyglądało na zdatne do spożycia.
Wbił kły w miękki i słodki produkt. Próbował go pogryźć, ale ten okazał się być klejący. Zaczął rozpaczliwie mielić pyskiem i mlaskać.
Chwilę później jedzenie rodem z Infernum zlitowało się nad Złotym i rozpuściło się pod wpływem jego śliny.
Szczeniak widząc, że pies uporał się z cukierkiem rzucił się na niego z wyciągniętymi łapkami.
Co to, to nie. Nie z nim te numery!
Aurum odskoczył od dzieciaka i rzucił się w stronę jednej z uliczek, która prowadziła do portu. Tam upił trochę deszczówki z wiadra i znalazł nieprzykrytą łódź, na której się ułożył.
Oby następny dzień już był normalny. Miał już dość tego wariactwa...
Zasnął. A śniły mu się kości i nietoperze.
[574 słowa: Aurum otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia (5+5) i 5 Punktów Umiejętności]
16 października 2019
Od Auruma
Lało jak z cebra. Ogromne krople deszczu uderzały o asfaltowe drogi, betonowe chodniki i wąskie skrawki pożółkłej trawy. Aurum znalazł schronienie pod jakąś zawieszoną pomiędzy dwoma śmietnikami blachą.
Drżał. Zanim znalazł tę kryjówkę zdążył przemoknąć do ostatniego włoska. Wiatr może i nie był jakiś szczególnie mocny, ale robił swoje, tylko potęgując to, jak mu było zimno.
Tęsknił za lasem. Tam drzewa dawały lepszą ochronę przed deszczem. Zawsze mógł sobie wykopać norę, w której nie musiał się przejmować wiatrem.
Ale klan Piątego zrobił swoje. Zaatakował cztery klany, zamordował wielu, a tych, którzy przeżyli, skazał na tułaczkę. A tułaczka ta zakończyła się (przynajmniej tymczasowo, bo Złoty nie wiedział, co przyniesie mu los) w Betonowej Dżungli.
Arkusz blachy zaczął zawodzić niebezpiecznie pod wpływem coraz to mocniej uderzających o nią kropli wody. Wojownik, zaniepokojony, wyszedł spod prymitywnego daszka. Zaledwie kilka uderzeń jego serca później metal z hukiem wpadł pomiędzy kontenery.
Gwiezdni nad nim czuwali.
Zagrożenia życia może już nie było, ale nie było też już schronienia przed deszczem. Czując jeszcze większe zimno Aurum kichnął kilka razy, wzdrygnął się i postanowił wziąć się w garść. Potrzebował kolejnej kryjówki, by przeczekać tę ulewę.
Chwilę później wyszedł z bocznej uliczki, znajdując się tuż przy ruchliwej ulicy. Kolejne fale wody, które ciskały w jego stronę metalowe, cholernie szybkie potwory, nie robiły na nim już żadnego wrażenia. I tak był cały mokry.
Doszedł do dwóch Dwunożnych - kobiety i mężczyzny, nad którymi rozpościerała się ogromna płachta na kiju, która chroniła ich przed zmoknięciem. Skulił się przy nogach jednego z nich, samca, ale gdy ten się zorientował, poczęstował psa kopniakiem. Dość mocnym.
Zaskomlał cicho, odskakując od Dwunożnego. Niestety skoczył prawie pod pysk metalowej bestii, która potraktowała go groźnym, piskliwym odgłosem bojowym. Znów odskoczył. Już trzeci raz tego popołudnia.
Zawędrował w wąską uliczkę. Daszki łączące się tam, tworząc ochronę przed wodą. Otrzepał się i ruszył w stronę stosu kartonowych pudełek. Gdy już miał się schować w największym z nich, dotarł do niego syk. Kocie prychnięcie.
Bez słowa opuścił uliczkę. Nie miał ochoty na spotkanie z ostrymi pazurami.
Miał już dosyć, a na koniec deszczu się nie zapowiadało. Do tego zaczął coraz mocniej czuć głód, który od jakiegoś czasu ignorował. Wyglądało na to, że Gwiezdni postanowili wystawić go na próbę.
Wszedł w kolejną uliczkę. Miał przynajmniej to szczęście, że tych było w Betonowej Dżungli od groma.
Jak się okazało, był to ślepy zaułek, na którego końcu znajdowała się sterta przemokłej makulatury. Nic ciekawego.
Kolejna uliczka okazała się być jednak zbawieniem - pod balkonem jednego z mieszkań znajdowała się sterta dużych gąbek. Sucho i miękko. Gwiezdni znów się do niego uśmiechnęli.
Ułożył się wygodnie i zamknął oczy. Szum deszczu był jak kołysanka. Zasnął prawie natychmiast.
Gdy się obudził, nadal padało, ale lżej. Kiszki grały mu marsza. Wstał i wyszedł pod niebo, znów moknąc. Musiał to jednak przeboleć, jeśli chciał coś zjeść i przetrwać.
Gwiezdni jednak nadal mieli go w swojej opiece, ponieważ zaledwie dwie uliczki dalej znalazł szczura, którego po chwili gonitwy zabił. Wzniósł wzrok ku niebu i w swej duszy podziękował Gwiezdnym.
Chwycił truchło szczura w pysk i powrócił do uliczki, w której znajdowały się gąbki. Zatrzymał się jednak jak wryty, gdy dostrzegł jakiegoś psa stojącego przed jego wypatrzonym wcześniej posłaniem. Wykonał jeszcze kilka kroków w stronę tego osobnika i zatrzymał się.
Wypuścił szczura z pyska i położył na nim łapę, na wypadek, gdyby pies okazał się być złodziejem.
- Wystarczy powąchać, by wiedzieć, że przed chwilą zająłem to miejsce. - Mruknął, wbijając wzrok w psa.
Drżał. Zanim znalazł tę kryjówkę zdążył przemoknąć do ostatniego włoska. Wiatr może i nie był jakiś szczególnie mocny, ale robił swoje, tylko potęgując to, jak mu było zimno.
Tęsknił za lasem. Tam drzewa dawały lepszą ochronę przed deszczem. Zawsze mógł sobie wykopać norę, w której nie musiał się przejmować wiatrem.
Ale klan Piątego zrobił swoje. Zaatakował cztery klany, zamordował wielu, a tych, którzy przeżyli, skazał na tułaczkę. A tułaczka ta zakończyła się (przynajmniej tymczasowo, bo Złoty nie wiedział, co przyniesie mu los) w Betonowej Dżungli.
Arkusz blachy zaczął zawodzić niebezpiecznie pod wpływem coraz to mocniej uderzających o nią kropli wody. Wojownik, zaniepokojony, wyszedł spod prymitywnego daszka. Zaledwie kilka uderzeń jego serca później metal z hukiem wpadł pomiędzy kontenery.
Gwiezdni nad nim czuwali.
Zagrożenia życia może już nie było, ale nie było też już schronienia przed deszczem. Czując jeszcze większe zimno Aurum kichnął kilka razy, wzdrygnął się i postanowił wziąć się w garść. Potrzebował kolejnej kryjówki, by przeczekać tę ulewę.
Chwilę później wyszedł z bocznej uliczki, znajdując się tuż przy ruchliwej ulicy. Kolejne fale wody, które ciskały w jego stronę metalowe, cholernie szybkie potwory, nie robiły na nim już żadnego wrażenia. I tak był cały mokry.
Doszedł do dwóch Dwunożnych - kobiety i mężczyzny, nad którymi rozpościerała się ogromna płachta na kiju, która chroniła ich przed zmoknięciem. Skulił się przy nogach jednego z nich, samca, ale gdy ten się zorientował, poczęstował psa kopniakiem. Dość mocnym.
Zaskomlał cicho, odskakując od Dwunożnego. Niestety skoczył prawie pod pysk metalowej bestii, która potraktowała go groźnym, piskliwym odgłosem bojowym. Znów odskoczył. Już trzeci raz tego popołudnia.
Zawędrował w wąską uliczkę. Daszki łączące się tam, tworząc ochronę przed wodą. Otrzepał się i ruszył w stronę stosu kartonowych pudełek. Gdy już miał się schować w największym z nich, dotarł do niego syk. Kocie prychnięcie.
Bez słowa opuścił uliczkę. Nie miał ochoty na spotkanie z ostrymi pazurami.
Miał już dosyć, a na koniec deszczu się nie zapowiadało. Do tego zaczął coraz mocniej czuć głód, który od jakiegoś czasu ignorował. Wyglądało na to, że Gwiezdni postanowili wystawić go na próbę.
Wszedł w kolejną uliczkę. Miał przynajmniej to szczęście, że tych było w Betonowej Dżungli od groma.
Jak się okazało, był to ślepy zaułek, na którego końcu znajdowała się sterta przemokłej makulatury. Nic ciekawego.
Kolejna uliczka okazała się być jednak zbawieniem - pod balkonem jednego z mieszkań znajdowała się sterta dużych gąbek. Sucho i miękko. Gwiezdni znów się do niego uśmiechnęli.
Ułożył się wygodnie i zamknął oczy. Szum deszczu był jak kołysanka. Zasnął prawie natychmiast.
Gdy się obudził, nadal padało, ale lżej. Kiszki grały mu marsza. Wstał i wyszedł pod niebo, znów moknąc. Musiał to jednak przeboleć, jeśli chciał coś zjeść i przetrwać.
Gwiezdni jednak nadal mieli go w swojej opiece, ponieważ zaledwie dwie uliczki dalej znalazł szczura, którego po chwili gonitwy zabił. Wzniósł wzrok ku niebu i w swej duszy podziękował Gwiezdnym.
Chwycił truchło szczura w pysk i powrócił do uliczki, w której znajdowały się gąbki. Zatrzymał się jednak jak wryty, gdy dostrzegł jakiegoś psa stojącego przed jego wypatrzonym wcześniej posłaniem. Wykonał jeszcze kilka kroków w stronę tego osobnika i zatrzymał się.
Wypuścił szczura z pyska i położył na nim łapę, na wypadek, gdyby pies okazał się być złodziejem.
- Wystarczy powąchać, by wiedzieć, że przed chwilą zająłem to miejsce. - Mruknął, wbijając wzrok w psa.
<Ktoś jest może chętny? c:>
[570 słów: Aurum otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
14 października 2019
"Ogólnie mówiąc - life is brutal. Poza tym wszystko doskonale."
Subskrybuj:
Posty (Atom)
