Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienny Krzew × Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienny Krzew × Dyniowy Szkwał. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Dyniowego Szkwału (Dyniowej Łapy)

akcja dzieje się przed mianowaniem Dyni

Kilka uderzeń wystarczyło, żeby niewychowany szczeniak w końcu się poddał. Nigdy nie widziałem bardziej pewnego siebie psa niż ta pokraka, śmieszyło mnie to, że podjął się walki ze mną. Mały, niedoświadczony, ślepy… prychnąłem cicho, zamarzyło mu się być wojownikiem. Jakbym chciał, to jednym kłapnięciem szczęk pozbawiłbym go życia, z resztą co to za życie, jak on nie wie, jak wygląda teren wokół…
Zostawiłem obolałego futrzaka i złapałem moją upolowaną zdobycz w zęby. Smaczna woń mięsa wypełniła mi nozdrza, od rana nic nie jadłem, więc głód brał górę. Inny pies na moim miejscu pewnie już miałby ślinotok do ziemi i trząsłby się z podekscytowania, bo za chwile zapełni się brzuch takimi smacznymi kąskami, że szkoda  gadać. Ja się nauczyłem cierpliwości, najpierw trzeba znaleźć przytulne miejsce z dala od innych futrzaków. Kiedyś niektórym udało się podkraść mi pożywienie, nie byłem jeszcze wystarczająco uważny i dominujący, aby walczyć o swoje…  Teraz nikt nie jest w stanie nawet spojrzeć w moją stronę, inaczej napotka oczy płonące gniewem i mówiące jasno, żeby nie wtykać nosa nie w swoje sprawy. 
Rudzielec w końcu podniósł się z ziemi i pokuśtykał przed siebie. Byłem zadowolony z siebie, że dałem mu lekcje życia. Takie ważniaki raczej długo nie pożyją, pomyślałem. Przypuszczałem, że przyjdzie jeszcze do mnie sam albo z przywódcą klanu, nawet gdyby to pozbędę się obydwóch po cichu i nikt nie będzie nic wiedział. Zaciągnąłem swoją zdobycz w zacienione miejsce między dwoma drzewami i mogłem bez pospiechu się delektować.

*kilka dni później*

Obserwowałem skrzynię pełną ryb, którą przyniósł dopiero co człowiek. Zostawił ją samą i poszedł gdzieś, to był ten moment, gdy mogę się zbliżyć i zabrać ze dwie sztuki. Niedawno Jasny przedstawił mi swoje szczeniaki i pomyślałem, żeby im przynieść coś do jedzenia. Miały już zęby więc bez problemu dobiorą się do wnętrza. Po cichu przemknąłem obok dwóch ludzi z czymś długim i ostrym w ręku, widywałem takie narzędzia, ale zdecydowanie krótsze, chyba służyło do odcinania głowy ryby. Skoczyłem naprzód, unikając nadepnięcia na mały haczyk i jednym kłapnięciem porwałem dwie sztuki świeżych dużych ryb. Czym prędzej zeskoczyłem z pomostu i dobrze, bo ludzie zaczęli wymachiwać rękoma, i krzyczeć. Ich szczęście, że miałem pełen pysk i nikogo nie ugryzłem. Przeskoczyłem nad krzakami i poczułem się luźniej, będąc na swoim terenie. Aktualnie były to neutralne ziemie nienależące do żadnego klanu. Teraz tylko zanieść jedzenie i zamierzałem patrzeć jak wszystkie futrzaste kulki będą posilać się rybą, aż zostaną kości. 
Poczułem po chwili znajomy zapach, wystarczyła sekunda, żeby odgadnąć, kto to był. Odwróciłem łeb, rudy szczeniak zmierzał w moją stronę z nosem uniesionym do góry. No tak, zapomniałem, że jest ślepy i musi posługiwać się węchem. Obserwowałem, jak idzie zygzakiem, w pewnym momencie zgubił trop i musiał się cofnąć kilka kroków, po czym znów szedł prosto przed siebie. Zniżyłem głowę, jeszcze chwila i naprawdę złamie mu wszystkie łapy, czego on chciał?
— Wiem, że tu jesteś — odezwał się, będąc pewny swoich słów — pamiętam twój zapach.
Warknąłem ze złości, odczep się ode mnie rudzielcu
— Nie jestem taki słaby, jak ci się wydaje. — Zmrużył oczy. — Nie myśl, że znów dam się tak pobić, jak kilka dni temu, słyszysz?
Nie mam czasu na ciebie kundlu, pomyślałem, mam ważniejszą rzecz do zrobienia. 
— Jeszcze nie skończyłem! — krzyknął, musiał usłyszeć, jak oddalam się od niego
W pewnym momencie coś mnie uderzyło, nie mocno ani nic dużego, po prostu coś mi się odbiło od barku, a mianowicie kamyk. Odwróciłem głowę, rudzielec wypluwał resztki trawy z pyska. Położyłem  dwie sztuki ryb i z zębami na wierzchu ruszyłem w stronę psa, skoro chce się pożegnać z życiem, to proszę bardzo. To jego wybór, mógł mnie omijać i do niczego by nie doszło, ale nic nie poradzę.

<Dyniowy Szkwale?>
[602 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

25 lipca 2021

Od Dyniowej Łapy CD Płomiennego Krzewu

 Dynia wziął sobie do serca wszystkie zasady obowiązujące wojownika, których nauczała go jego mentorka oraz matka jednocześnie. Nie mógł więc teraz odpuścić podobnego czynu, chociaż wiedział, że tym powinni zając się inni. Był tylko uczniem. Jednakże, czy to oznaczało, iż może przejść tuż przed nosem agresywnego wojownika z obcego klanu?
Patrzy na mnie pogardliwie, pomyślał i uniósł wyżej głowę.
— Tacy jak ty nie powinni być wojownikami. — Uśmiechnął się cynicznie. Pewność siebie pozwoliła mu zignorować przeciągłe warknięcie ze strony obcego samca. — Kodeks wojownika wyraźnie mówi: nie przekraczaj granic pozostałych klanów i nie poluj na ich zwierzynę. Powinno być ci to znane, prawda? — Przybliżył się. — Chyba że nie znasz kodeksu albo znasz, jednak nie przestrzegasz, co powinno być surowo karane. Zdajesz sobie sprawę, iż mogę to zgłosić, bo czuję zapach danego klanu od każdego obcego? — Uśmiech nie schodził mu z ust. — Nie musisz używać siły, by pokazywać kto tu rządzi, gdyż jest kolejna zasada kodeksu, która mówi, że drugi wojownik nie zabija drugiego wojownika, by wygrać, ale tylko wtedy, kiedy się broni.
Po tych słowach spodziewał się gwałtownej reakcji samca, jednak zdecydowanie nie podziewał się tak silnego ataku. Źle ocenił jego siłę. Nie czuł bólu pleców, które z zawrotną prędkością uderzyły o najbliższe drzewo, lecz czuł tylko swoją głupotę. Pies, z którym miał do czynienia, zdecydowanie był ślepy na jakiekolwiek zasady i nie obchodziły go żadne konsekwencje. Dynia nie wiedział jednak, dlaczego lider jego klanu nic jeszcze z tym nie zrobił. Ukrywał się? Maskował swoje przewinienia? Czy może lider był na tyle niekompetentny, by nie zwracać na to uwagi?
Podczas tych długich przemyśleń nie miał nawet czasu, by uniknąć kolejnego ciosu, lecącego w jego stronę. Gdyby na chwilę skupił się na tym, aby się obronić i uciec w jedną ze stron, to wolał zastanawiać się, dlaczego pies, taki, jak ten agresor jeszcze ma prawo bytu wśród klanowiczów.
Zsunął się bezwładnie na ziemię. Jego łapy odmawiały mu posłuszeństwa. Jednak to dobrze, może poudawać, że stało mu się coś niesamowicie i pies da sobie spokój. W ten też sposób odejdzie i zgłosi owo zajście do mentorki (i swojej matki jednocześnie), a ona powie o tym liderce.
Nie. Tak nie może być. Dynia nie jest tchórzem i z pewnością nie będzie udawać martwego. Stanie do walki, tak, jakby zrobił to prawdziwy wojownik Flumine; gdyż prawdziwy wojownik nie cofnie się przed żadnym niebezpieczeństwem i będzie dumnie reprezentować swój klan. Tak też myślał Dynia.
Powoli podniósł się na cztery łapy i po drganiach, o których pojęcia jego przeciwnik z pewnością nie miał, określił, w jakiej pozycji się znajduję. To gwarantowało mu płynny unik i chwilowe zdziwienie na pysku szarego, dorosłego samca.
— Co? — zaśmiał się. — Myślałeś, że jestem całkiem bezbronny? Nie lekceważ mnie. To, że nie widzę, nie znaczy, iż nie potrafię się obronić.
Płomienny Krzew, bo tak właściwie nazywał się przeciwnik Dyniowej Łapy, ruszył pędem w jego kierunku, otwierając paszczę i namierzając delikatny kark ucznia. Rudzielec nie dał się jednak tak łatwo — jeden krok w tył oraz skulenie, pozwoliło mu uniknąć ostrych jak brzytwa kłów agresora. Zaczynało robić się niebezpiecznie. Gadka o niezabijaniu drugiego wojownika na nic się nie zdała. Samiec nie cofnie się przed niczym; nawet jeśli ma już na karku podobne przewinienia, to nie zawaha się, by zabić także jego.
Dynia, wiedząc o tym, iż sytuacja robi się nieciekawa, próbował powoli obmyślać plan, który pozwoliłby mu unieruchomić samca. Złość jednak zaćmiewała jego logiczny umysł, przez co wciąż pchał się do walki i wciąż dostawał po dupie od większego oraz starszego Płomiennego.
Nie mając już więcej siły, poddał się, upadając na ziemię, jak szczeniak, który nie potrafi chodzić. Ze strony przeciwnika nie usłyszał żadnych słów; słyszał tylko odgłos ciągniętego mięsa po ziemi. Mięsa, które należało do jego klanu. Zniknęło. A on nie potrafił nic zrobić, by je ocalić.
Wrócił do legowiska, chociaż po drodze miał zamiar naleźć matkę, by o wszystkim jej powiedzieć. Wstrzymał się z tym jednak, wierząc, że samemu da radę rozwiązać sytuacje. W końcu to z jego winy zniknęły zapasy klanu. Wystarczy opracować plan i znaleźć odważnego samca, mającego głęboko w dupie kodeks, który był tak niezmiernie ważny dla Dyni. Sam się z nim rozprawi, nawet jeśli może być to ryzykowane i niezmiernie głupie, to uczeń wierzył w swoje zdolności. Teraz jednak woli odpocząć i wyleczyć bolące ciało, które w ciągu kilku minut zetknęło się z drzewem czy też ziemią tyle razy ile jest gwiazd na niebie.
<Płomienny?>
[725 słów: Dyniowa Łapa otrzymuje 7 punktów doświadczenia i x punkty treningu]

11 lipca 2021

Od Płomiennego Krzewu do Dyniowej Łapy

Kręgi zagruchotały, połamały się na drobniejsze części, krew poleciała mi po pysku, a potem skapnęła kilkoma kroplami na trawę. Rzuciłem swoją ptasią ofiarę na płaski kamień, odbiła się na moment, a potem ani nie śmiała drgnąć kończyną. Zadowolony powyrywałem ptaku większość piór i dobrałem się do najsmakowitszych części. Rozerwałem skórę na środku i złapałem w zęby najlepsze kąski, wyjątkowo mi dzisiaj doskwierał głód. Wybrałem się aż na tereny bliskie Flumine, żeby znaleźć coś lepszego i bardziej tłustego. Natrafiłem na całe stado dużych ptaków, które pasły się na polanie przy jeziorze i bez problemu dorwałem jedną sztukę. Oderwałem kilka żeber i z przyjemnością je zmiażdżyłem w pysku, uwielbiałem jeść kości.
— Czy mi się wydaje, że jesz coś, co należy do naszego klanu, a sam nie jesteś stąd? — odezwał się głos za mną.
Spojrzałem niewzruszony na psa, który okazał się rudym szczeniakiem. Udajesz twardziela?
— Czuję, że nie jesteś z Flumine! — prawie wykrzyczał te słowa. — I jesz nasze jedzenie!
— Co z tego — warknąłem.
Rudzielec tupnął łapą w miejscu, wyraźnie był niezadowolony a tego, że poluje na jego terenach, ale miałem to kompletnie w nosie i chciałem dokończyć posiłek. Złapałem w zęby kolejny kawałek mięsa i zignorowałem wszystko, co mówił, nie będzie mi mówić, co mogę, a czego nie.
— Ostrzegam! — Zmrużył oczy. — Odejdź stąd albo nasz lider cię przegoni.
Dopiero teraz zorientowałem się, że jest ślepy, jego oczy nie skupiały się prosto na mojej osobie, a patrzył gdzieś delikatnie w bok. Tym bardziej nie przejmowałem się jego gadaniem, skoro mnie nie widział. Rudzielec warknął i pokazał małe ząbki.
— Jesteś z Tenebris prawda? — Podszedł bliżej i uniósł nos. — Tak, to ten zapach. — Skrzywił się.
Kłapnąłem mu szczękami, a ten jedynie się wzdrygnął, nie ruszając z miejsca. Miał parszywe szczęście, że nie dosięgałem mu głowy. Zabrałem resztki ptaka i przeniosłem w inne miejsce, gdzieś w cieniu. Niech ten ślepiec spróbuje tu podejść, pomyślałem. 
<Dyniowa Łapo?>
[307 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]