Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasna Gwiazda × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasna Gwiazda × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty

1 czerwca 2022

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Nie bałem się śmierci, miałem z nią do czynienia przez całe życie, a szczególnie w momencie, gdy rodzice mnie porzucili. Zdany na siebie przemierzałem tereny w poszukiwaniu schronienia i przede wszystkim pożywienia. Śmierć mi cały czas towarzyszyła, każdy dzień mógł być moim ostatnim, a jednak jestem tu i teraz. Nigdy nie sądziłem, że doczekam końca swych dni w starym wieku, z siwym pyskiem i trzeszczącymi kośćmi. Szczerze wolałbym odejść w szczerej walce, niż tak zwyczajnie czekając na ten ostatni oddech, to takie głupie mi się wydawało… Zginąć podczas walki wydawało mi się godne i sprawiedliwe, w końcu walczyło się po coś, prawda?
— Upolujemy ci śniadanie — zaproponował Jasna Gwiazda
Śniadanie, tak to dobry pomysł, pomyślałem. Najpierw mnie wleczesz pod stromą górę jak taki kat, a teraz taki pomocny jesteś tak? To miało być śmieszne, kąciki ust mi się lekko uniosły. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że nie jestem dawnym sobą, jakim cudem cała agresja ze mnie wyszła? Spojrzałem na mojego towarzysza wypatrującego zwierzyny, ja ci się nigdy nie odwdzięczę, przeleciało mi przez myśl.
Jasny mrużył oczy i co chwila unosił nos w górę, złapał trop? Być może. Zmierzyłem wzrokiem całą polanę, coś jakby delikatna mgła się unosiła nad trawą po prawej stronie, bardzo dziwne mi się to wydało.
— Co to za mgła? — spytałem, przecież nie jest wilgotno ani wcześniej nie padało
— Jaka mgła? — Jasny przekrzywił głowę i spojrzał jeszcze raz na polanę — nie ma tutaj żadnej mgły.
— Po tej stronie — wskazałem łapą, ale za każdym razem gdy okręciłem głowę, mgła się przemieszczała w tym samym czasie — teraz jest tu — zamrugałem kilka razy, wciąż to samo — nie widzisz? — w chwili, kiedy spojrzałem na mojego towarzysza, to jego prawa połowa była zamazana.
— Połóż się, chciałbym coś zobaczyć — ściszył głos, miał zatroskany wyraz pyska.
Wykonałem jego prośbę, nawet trawa pod nami była dziwnie zamazana po prawej stronie, co jest? Drzewo przed moim nosem wyglądało okropnie, ale jak przekręciłem łeb, to już było z nim wszystko w porządku. Świat się zmienia?
Jasna Gwiazda wpatrywał mi się najpierw w jedno oko, potem w drugie, kręcił nosem co chwilę i wyglądał na coraz bardziej zmartwionego.
— Znalazłeś coś? — spytałem
Spuścił uszy, dla pewności zrobił jeszcze jedną rundę z lewej strony na prawą i z powrotem. Westchnął i usiadł przed moim nosem.
— Zamknij lewe oko — powiedział — powiedz potem, co widzisz.
Zrobiłem, co chciał. Teraz świat był totalnie we mgle, terenów w oddali w ogóle nie mogłem dostrzec, a umysł mi podpowiadał, że jest tam miasto i przed chwilą widzieliśmy, jak budzi się do życia. Trawa pod moim pyskiem owszem była zielona, ale nic poza tym, gdyby nie kolor to nie wiedziałbym, na czym aktualnie leżę.
— Nic nie widzę… — mruknąłem, zdruzgotał mnie ten fakt
— Wydaje mi się, że ślepniesz na jedno oko — położył swoją łapę na mojej — wiesz, że możesz na mnie liczyć, w każdej chwili?
— Wiem — położyłem głowę na jego łapie.
Dalej byłem przy tym, że nie chce od nikogo niczyjej pomocy, tak jakoś wole sam sobie z czymś poradzić niż żeby ktoś się wtrącał i odbierał mi całą robotę albo przyjemność. Też nie chciałbym, żeby ktoś ucierpiał czy coś w tym stylu.
— Znajdę ci coś na śniadanie, pewnie żołądek ci zaraz pęknie z głodu — uśmiechnął się Jasny — tutaj jest fajne miejsce, więc odpocznij sobie kochaniutki — zamerdał ogonem i zniknął w wyższej trawie, tylko włochate uszy lekko wystawały ponad nią.
Kochaniutki, uwielbiałem to słowo, za każdym razem powodowało u mnie przypływ energii i robiło mi się ciepło wewnątrz. Nie docierało do mnie dalej, że jestem akceptowany przed kogoś. Tyle dobroci i cierpliwości mi poświęcił, dzięki niemu mogę być tu, i teraz zmieniony na lepsze. Chciałbym zrobić coś fajnego, aby Jasny zobaczył, że jeszcze miewam się dobrze i chciałbym mu się odwdzięczyć za jego wiarę we mnie. A może… nastawiłem uszy, wpadłem na całkiem ciekawy pomysł, który spodoba się nam obydwóm i jeszcze czwórce pozostałym. O tak, chce to poczuć i muszę to poczuć.
— Zobacz, co mam.
Wróciłem z rozmyślań na ziemie i skupiłem uwagę na dwóch sporych ptakach, chyba przepiórki. Ślina mi automatycznie zaczęła cieknąć między zębami i językiem. Myślałem również o tym, jakie to dziwne gdy ktoś musi coś robić dla ciebie tak jak teraz. Umiałem sam upolować cokolwiek, pomyślałem. Z tyłu głowy miałem świadomość, że Jasny to wszystko robi z troski i jestem już stary. Kto wie, ile mi jeszcze zostało, byle jak najdłużej chodzić, a potem tylko nudne oczekiwanie.
— Dobrze ci poszło — stwierdziłem.
— Wiem, że zrobiłbyś to lepiej, ale dziś moja kolej — uśmiechnął się łobuzersko i przykleił się do mojego barku — nie miały ze mną szans, oooo, nie — pochwalił się na dodatek.
— Na pewno — parsknąłem cicho i lekko uniosłem kąciki ust, chyba to można uznać za uśmiech.
Każdy wziął swojego ptaka i pierwsze co wydłubaliśmy większość piór, ehh te pióra tak utrudniały jedzenie, a brzuch już się domagał. Po jakimś czasie nareszcie dotarliśmy do najlepszej części i napełniliśmy brzuchy aż nadto. Kiedyś uwielbiałem gryźć kości, bo kojarzyły mi się z rozgniataniem kości przeciwników i pozbawianiu ich jednej kończyny lub zwyczajnie rozłupywanie karku. Teraz nawet żadna z takich myśli nie przypominała o sobie, po prostu je jadłem jakby nigdy nic, smaczne są i tyle.
Posiłek zjedzony, czas na mały relaks. Mieliśmy idealne miejsce w cieniu, słońce nie dawało żadnej litości i atakowało gorącymi promieniami. Jedynie można myśleć o chłodzie i piciu wody. Zdecydowanie wolałem zimę, śnieg, lód i możliwość robienia dużych kul śnieżnych.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz się spotkaliśmy? — spytał Jasna Gwiazda.
— Mówisz o patrolu? Tak, pamiętam.
— Nie znaliśmy się, jedynie to mruczałeś na mnie jak taki kot — zaśmiał się cicho.
— Kot? — uniosłem brew.
— Tak, duży kot — położył się płasko i złapał mnie za łapę swoimi mniejszymi łapami — a najważniejsze, że nikt cię nie mógł dotknąć.
— To prawda — potwierdziłem, domyślałem się, do czego zmierza.
— A teraz patrz, trzymam cię za łapę, wtulam ci się do szyi i miło spędzamy czas — zanurzył nos w mojej sierści — jakie to cudowne uczucie mieć kogoś takiego przy sobie — przymknął oczy.
Machnąłem kilka razy ogonem, też się cieszę, że cię mam u boku. Nie wyobrażam sobie teraz żyć jako samotnik i samotnie odejść. Jaki to ja głupi byłem i wszystkich od siebie odtrącałem, tylu chciało się zaprzyjaźnić, zwyczajnie zaprzyjaźnić. Uciekali w popłochu po zobaczeniu zdziczałego psa, który zaraz się na nich rzuci i połamie wszystkie kości, jak dobrze, że to już przeszłość. Zwinąłem się w kłębek, zrobiłem to powoli, bo Jasny postanowił zasnąć w najlepsze i nie chciałem go obudzić. Tak fajnie się ułożyliśmy, że stykaliśmy się głowami, z przyjemnością zagłębiłem się we śnie.
*Jakiś czas później*
Jasną Gwiazdę wołały obowiązki, więc posłał mi uśmiech na pyszczku i obiecał, że niedługo wróci. Nie protestowałem, a nawet dobrze, że na chwilę zostawi mnie samego. Teraz mogę zrealizować swój mały plan. Podniosłem się ociężale, niektóre kości strzeliły złośliwie, inne siedziały cicho, tak, jak powinny. Pierwsze co to muszę znaleźć „nasze’’ dzieciaki, no w sumie to już były dorosłe, ale dla mnie na zawsze pozostaną futrzastymi kulkami lubiącymi bójki. Aż mi się przypomniało jak szaleli w niewielkiej norce przy korzeniu, a Iskierka podarowała mi zgniecioną puszkę jako prezent. Polubiłem ją niemal od razu.
Zniżyłem nos do ziemi, może któregoś wywącham od razu? Zaciągnąłem się porządnie i coś złapałem. Zapach delikatnie słodszy, obstawiałem Powojka albo Iskierkę. Podążyłem za zapachem, ciągnął się na początek lasu, wciąż mnie ciekawiło, kto to mógł być. Nie musiałem długo czekać — szary łepek uniósł się ku górze i przywitał mnie z uśmiechem.
— Co robisz? — spytałem.
— Tu jest norka z myszą, poluje na nią — odpowiedział z determinacją — chce ją złapać, ale pewnie mi się nie uda — mruknął pod nosem
— Nauczysz się cierpliwości — zapewniłem — szukam twojego rodzeństwa, pójdziesz ze mną?
— Pójdę, bo i tak jej nie złapie — pacnął łapą norkę i ją zostawił.
Potoczka znaleźliśmy błyskawicznie, bo gdzie on to i hałas z latającymi rzeczami za sobą. Zauważyłem, że gonił zająca, pewnie ćwiczył intensywnie, żeby być najlepszym wojownikiem. Po chwili zarył pyskiem w ziemi i wyciągnął swoją zdobycz z wysokiej trawy, uniósł ją dumnie jak zwycięzca. Po chwili nas zauważył i prawie tanecznym krokiem podszedł.
— Cześć wam — zamerdał energicznie ogonem — patrzcie co mam — pokazał nam przed nosy swoją zdobycz — widzieliście, jak polowałem? Sam to zrobiłem, zupełnie sam!
— Też bym chciał — mruknął Powojek.
— Szukamy jeszcze pozostałej dwójki, pomożesz szukać ich? — spytałem.
— Pajączka widziałem gdzieś niedaleko przy ruinach, idę z wami — zgodził się i zakopał zdobycz na później.
Znów musimy przejść przez las, przedzieranie się przez zarośla jest fajne. Potoczek cały czas tryskał energią, latał wokół nas, opowiadał jak ćwiczył na treningach, jakie zwierzęta upolował i jakie chce jeszcze upolować. Czasem prowokował Powojka do małej bójki ale ten na razie nie był chętny na zabawę. Dużo też ode mnie chciał się dowiedzieć o sposobach dobijania ofiary i rozróżnieniu słabego od silnego osobnika. Z chęcią mu trochę doradziłem.
Dotarliśmy do ruin i zaczęliśmy szukać Pajączka, musiał gdzieś tu być, bo czułem jego zapach. Rozdzieliliśmy się, pełno betonowych półek leżało na ziemi. Stary budynek, który kiedyś był jeszcze w miarę podobny do siebie, teraz nikt nie jest w stanie zgadnąć czym jest. Zaraz obok niego zauważyłem brązowe futro, młody pies leżał wygodnie na złamaniu jednej półki i wygrzewał się w słońcu. Potoczek natychmiast do niego podbiegł i pacał łapami.
— Znalazłem cię! Wstawaj śpiochu — zawołał — czemu śpisz w dzień?
— Co…? — ziewnął, otwierając szeroko pyszczek — przestań mnie uderzać.
Obydwoje zaczęli wymachiwać łapami i Pajączek po chwili skoczył na brata żeby mu oddać. Chwilę się powygłupiali i skończyli „bójkę’’.
— Oni nigdy nie przestaną się bić ze sobą — stwierdził Powój.
— Tacy już są — powiedziałem.
— Pójdziesz z nami szukać Iskierki? — zapytał Potoczek.
— Po co? Nie wiem gdzie jest, czemu wszyscy tu jesteście? — spojrzał na mnie — wujek?
— Niespodzianka, nic więcej nie powiem — lekko się uśmiechnąłem sam z siebie.
Pajączek dołączył do nas i we czwórkę szukaliśmy Iskierki, potem skierujemy się na miejsce gdzie spaliśmy smacznie z Jasną Gwiazdą.
Ruda suczka znajdowała się niedaleko jeziora, które zawsze zamarzało i mogliśmy po nim chodzić. Smutne jedynie to, że ryby pływały nam pod łapami, a my nie mogliśmy się do nich dobrać przez grubą warstwę lodu.
— Iskierko — zawołał Potoczek, a Pajączek ruszył za nim.
— Cicho, płoszycie mi ryby wy ptasie móżdżki — skarciła ich.
— Ryby? Nie lepsza sarna albo ptak? — spytał Pajączek.
Siostra prychnęła ze złości.
— Wszystkie mi uciekły, przez was — zrobiła gderliwy wyraz pyszczka.
Wyglądało to zabawnie, ale po chwili je przeszło, gdy bracia zachęcili ją do zabaw. Powojek wciąż nie był chętny na nic, ale byłem pewien, że odmieni mu się za jakiś czas. Skierowaliśmy się do mojego celu. Całą drogę słuchaliśmy przechwałek Potokowej Łapy albo odgłosy bójki miedzy trójką rodzeństwa.
— Dokąd idziemy? — spytał Pajączek.
— Zobaczycie — powiedziałem krótko.
Znów zagłębiliśmy się w las, o tak przedzieranie się przez zarośla to jest to, co lubię najbardziej. Jasna Gwiazda powinien się zjawić za chwilę. Może do nas dołączy? Albo będzie obserwował? Dotarliśmy na miejsce i stanąłem przed polaną z wysoką trawą, niedużym wzniesieniem na lewej stronie oraz małym rowkiem ciągnącym się przez środek. Właśnie poczułem przypływ energii i miałem ochotę wytarzać się porządnie.
Położyłem się na boku, odepchnąłem łapami i zacząłem sunąć w dół prosto do wgłębienia na środku. Miękka trawa muskała mnie po pysku, ale to było przyjemne uczucie! Na dole obróciłem się na plecy i wyginałem się na boki, zapomniałem o starych strzelających kościach czy nawet o wieku, byłem teraz w jak najlepszym nastroju do zabaw. Czwórka rodzeństwa nie wierzyła w moje zachowanie, ale Potoczek po chwili zrobił identycznie to samo, potem Pajączek, Iskierka, a Powojek zwyczajnie zbiegł na dół i rozpędzony wpadł na nas.
— Wujku, od kiedy ty lubisz zabawy? — spytał Pajączek.
— Powiedzmy, że od niedawna.
Wytarzaliśmy się wszyscy w miękkiej trawie, Potoczek otrzepał się z resztek i zaczął biegać jak szalony. Dołączyłem do niego, ale trochę wolniej, zaczęliśmy od podgryzania się i zaczepiania. Potem standardowo przerodziło się to w niewielką bójkę. Jeden drugiemu niby podgryzał uszy, ciągnął za futro na szyi albo ganialiśmy się w kółku. Dołączyli się do nas pozostali i wspólnie zrobiliśmy zapasy.
— Spróbuj mnie pokonać — rzucił Pajączek do Iskierki.
Suczka skoczyła na niego i zaczęli się rozpychać. Powojek powoli ganiał Potoczka, bez przekonania, ale próbował. Popchnąłem go trochę pyskiem żeby zachęcić i we dwóch ganialiśmy psa. Po chwili znów zrobiliśmy zapasy, kto kogo pokona.
— Ja wygraaaamm ! — zawołał Potoczek.
— To ja wygram! — krzyknęła suczka i skoczyła na brata powalając go na ziemię.
Zadyszałem się, muszę chwilę złapać powietrze. Jaki to cudowny obraz bawiących się młodziaków wspólnie, a jeszcze lepiej jak jest się pośród nich. Teraz rozumiem co mnie ominęło w życiu, całe dzieciństwo stracone, całe życie tylko walka o przetrwanie. Tyle dobrego mnie ominęło, a dopiero teraz to zasmakowałem.
— Wujku chodź ze mną powalcz — powiedział Potoczek i przyjął pozycję.
— Skoro chcesz.
Stanęliśmy naprzeciwko siebie i pies pierwszy wystartował, zrobiłem szybki unik i odwróciłem się w jego stronę. Najważniejsze to mieć przeciwnika na oku. Podniósł się i ponownie skoczył. Ponownie wykonałem unik, a następnie przygniotłem go lekko łapą.
— Zbyt dziki jesteś — powiedziałem — spróbuj powoli.
Pajączek pojawił się znikąd i skoczył na mnie, z racji że stałem stabilnie, to jedynie mógł mi się wdrapać na plecy. Uśmiechnąłem się szczerze, ale teraz było to widać jasno i wyraźnie.
— Wszyscy na wujka! — zawołała Iskierka i próbowała mnie obalić przednimi łapami.
Potoczek od razu się dołączył, Powój również, jeszcze chwile postałem pod ich ciężarem, ale się poddałem. Niech poczują smak zwycięstwa, pomyślałem. Zmęczeni od słońca poszliśmy pod drzewo, które dawało dużo cienia. Idealnie, pomyślałem.
— To był boski dzień — stwierdził Pajączek i przytulił się do mnie.
— Czy masz jeszcze mój prezent dla ciebie? — spytała Iskierka wbijając we mnie maślane oczy.
— Mówisz o puszce i ognistym krzewie? Mam je obydwa — zapewniłem.
Suczka zamachała energicznie ogonem i opadła głowę o moją łapę. Potoczek wcisnął się przed Pajączka i czułem jego ciężki łeb na karku. Wielkolud z niego, pomyślałem. Powojek zwinął się w kłębek i przycisnął się z drugiej strony do mnie. Czyli pełen relaks.
Po chwili zjawił się Jasna Gwiazda, uniosłem lekko głowę na jego widok, bardzo się ucieszyłem
— Widziałem wszystko i jestem z ciebie dumny Płomyk — czuć było od niego pozytywną energie i zadowolenie, stuknęliśmy się nosami i położył się obok.
— Dziękuje ci, że mnie zmieniłeś — powiedziałem szczerze.

<Koniec wątku Jasna Gwiazda x Płomienny Krzew>
[2318 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 23PD]

23 maja 2022

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

Jedyną straszną rzeczą w tym wszystkim, był czas.
Tenebrisowi udało się trzymać z dala od wszelkich konfliktów, egzystując sobie spokojnie na skraju miasta. Klan się rozwijał, mieli tyle szczeniąt, że ledwo mieściły się w żłobku. Nawet jego zastępca doczekał się własnych.
Udało im się uniknąć większych strat, nawet gdy hycle postanowili porozstawiać wszędzie swoje pułapki. Tylko Biała Tęcza opuściła ich dom. Nie znaleźli ciała, ale Jasna Gwiazda domyślał się, gdzie mogło być. Żałował, że nie porozmawiał z nią więcej, ale samica zdawała się tego nie potrzebować. Jego brat, Wilczy Wicher, nie pojawił się na ostatnim spotkaniu. Jasny nauczył się tym nie przejmować. Sam już parę razy opuścił spotkania. Co innego go martwiło.
— Ruchy Płomyk, ruchy!
— Poczekaj — warknął samiec, chociaż już od wielu księżyców brakowało w tym agresji. Jasny sam dotarł na wzgórze. Przebywanie tu poza zgromadzeniem nie było do końca dozwolone, ale uznał, że to najmniejsze z przewinień, jakie uczynił przeciw Gwiezdnym.
Klan przestał już się dziwić, widząc swojego lidera, leżącego pod łapą najstraszniejszego z wojowników, przykrytego jego ogonem. Lider mógł być głupi i zakochany, ale kogo to obchodziło, póki rządził sprawiedliwie i był szczęśliwy.
A był. Był aż nadto, bo widząc merdający ogon Płomiennego, zapominał o wszystkich swoich kłamstwach i myślał tylko o tym, że dokonał niemożliwego.
— Czemu mnie tu ciągnąłeś? — zapytał Płomienny, docierając w końcu na szczyt. Jego kości nie były już tak silne. Stawy strzelały. Jasny nie był głupi. Wiedział, że drugi samiec nie był już młody. Jego czas nadchodzi, a Jasny robił wszystko, by odsunąć ten moment.
— Zobacz!
Miasto nigdy nie zostało w pełni jego domem, ale nauczył się doceniać jego piękno. Zwłaszcza w takich chwilach, gdy ciepłe promienie wschodzącego słońca oświetlały jego budynki.
Usłyszał westchnienie za sobą i po chwili ciężki łeb oparł się o jego głowę. 
— No ładnie — odpowiedział, a Jasny zamachnął się ogonem. Wiedział, że to najlepszy komplement, jaki mógł dostać.
Siedzieli w ciszy, gdy słońce leniwie wznosiło się do góry. Powoli budziło się życie, dwunodzy zaczynali wstawać i wychodzić ze swoich jam. Potwory dyszały głośno, z budynków zaczynał wydobywać się warkot. Powinni niedługo wracać.
Płomienny skrzywił się, podnosząc zad z ziemi. Jasny spojrzał na to zaniepokojony.
— Hej Płomyk — zwolnił, by szli w tym samym tempie. — Ty wiesz, że ja ci zawsze pomogę, nie? Jeśli coś będzie nie tak, tylko powiedz.
— Jak mógłbyś mi pomóc?
Jasny pomyślał o niewinnym pysku, który patrzył na niego przed egzekucją. Myślał o kłamstwie, wypowiedzianym w pysk własnego syna.
Chyba milczał za długo, bo Płomienny zbliżył się i trącił go barkiem. Wymamrotał niezrozumiałe słowa, które zapewne miały służyć za odpowiednik przepraszam. Jasny uśmiechnął się.
— Chodź ukochany. Upoluje ci śniadanie.

<Płomienny Krzewie?>
[430 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 4 PD]

21 grudnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Zakochany…we mnie? Naprawdę ktoś jest w stanie mnie pokochać? Mam okrutną przeszłość, przelałem tyle krwi nieszczęsnych ofiar, atakowałem nawet ludzi, a teraz słyszę, że ktoś się we mnie zakochał. Właściwie… Czym jest miłość? Potrąciłem nosem kawałek mięsa, wyobraziłem sobie dwa psy razem ze sobą, no dobra kochają się i mają potem szczeniaki, ale jeśli miałbym opisać te wszystkie uczucia i zachowania, to jestem w kropce. Nikt nigdy w życiu mi nic nie wyznał, a raczej dlatego, że każdego odganiałem groźnym ujadaniem.
Teraz jestem inny… lepszy. Zmieniłem się, pozwalam się nawet dotknąć, to naprawdę coś.
— Co to, to zakochanie? — spytałem zaciekawiony — a miłość?
— Już mówię! — wykrzyknął uradowany — Miłość jest wtedy, jak kochasz kogoś bardziej od siebie — machnął kilka razy ogonem — tak jest właśnie z nami teraz.
— Ty i ja?
Położył swoją łapę na mojej, w pierwszej chwili wbiłem w nią wzrok, ale po chwili cały się rozluźniłem. To było całkiem przyjemne, miałem przed oczyma białą włochatą łapę Jasnej Gwiazdy, a nie za parę sekund wbijające się we mnie ostre kły wroga, które ociekały pianą i śliną. Czułem ciepło płynące spod poduszek i małe lekko wbijające się pazurki w moją skórę. Nie miałem pojęcia, że to jest takie… fajne?
— Ty i ja — odpowiedział.
On jedyny mnie rozumiał, dał mi szanse na zmianę i jestem tu, teraz jako inny pies. Nie straszna mi krew, a co dopiero zabicie kogokolwiek — zamiast chronić swoje dzieci, zaufał i zostawił je ze mną. To… to… chyba coś pękło we mnie. Jakby coś mi się poluzowało w mózgu, poczułem się swobodniej.
Jasny otworzył szerzej oczy i zaraz na jego pyszczku pojawił się uśmiech.
— Zobacz — skierował wzrok gdzieś na bok, o co mu chodziło?
Spojrzałem tam, gdzie on i zesztywniałem — machałem ogonem, pierwszy raz machałem ogonem! Nie czułem tego wcale, czy ja się cieszyłem?! Wlepiłem się w latający na wpół puszysty ogon, wciąż nie dowierzałem, że to się dzieje. Naprawdę nigdy go nie użyłem do machania, chyba że dotyczyło gotowości do walki. Pierwszy raz szczerze i bez kontroli pokazałem zadowolenie, zarąbiście!
— Widzisz to? — spytałem, wciąż nie dowierzając.
— Jasno i wyraźnie!
Tak mi się to spodobało, że zacząłem się kręcić w kółko, tak bardzo chciałem złapać ogon w pysk! Nie miałem pojęcia dlaczego, ale wydało mi się to ekstra. Po kilku kółkach w końcu mi się udało, trzymałem końcówkę między zębami i pokazałem towarzyszowi. Jasny zaśmiał się, zmieniłem się, zmieniłem!
Na chwilę zakręciło mi się w głowie i ostatecznie padłem na miękką trawę. Raz za razem wyginałem się na jeden bok, a potem na drugi, po chwili Jasny do mnie dołączył i obydwoje tarzaliśmy się w trawie, aż sierść w niektórych miejscach nam się zabarwiła na zielono.
— Ja nigdy… tak nie robiłem — powiedziałem sam z siebie, leżąc na plecach — całe życie spędziłem na samolubstwie i walce o przetrwanie – strąciłem mały pęczek trawy z nosa i obróciłem się na bok.
Jasna Gwiazda przysunął się bliżej i zwinął się w kłębek pod moją prawą łapą. Nie przeszkadzało mi to, a wręcz poczułem ciepło wewnątrz siebie, miałem wrażenie, że zwykła obecność czy nawet bliskość drugiego psa sprawi, że zmienię się na lepsze. Tak właśnie było, dawny Krzew zniknął, a zjawił się nowy, lepszy. Przysunąłem brodę do jego głowy, miał miękką sierść i pachniał trawą, ja pewnie też.
Żadnego warkotu, mruczenia, a tym bardziej pokazywania zębów, skończyłem z tym. Przymknąłem oczy, też cię lubię mały przyjacielu, bardziej niż bardzo i wdzięczny ci jestem, że mnie zmieniłeś, pomyślałem.
< Jasna Gwiazdko? >
[ 562 słów, Płomienny Krzew otrzymuje 5 punktów doświadczenia i buzi w czółko ]

11 grudnia 2021

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

Historia lubi się powtarzać, a psy lubią próbować zjeść Jasnego. Najwyraźniej taka była kolej rzeczy. Miał przynajmniej swojego starego, dobrego obrońcę przy sobie. Nie było powodu, by zgrywać bohatera. Zwłaszcza teraz nie mógł sobie na to pozwolić, gdy cały klan na niego liczył.
Nienawidził uciekać, ale nauczył się już, że Płomienny nie umie walczyć zespołowo. Wypadł z ulicy i rozejrzał się. Słyszał, jak psy na siebie warczą. Kolejny wróg Płomyka? Ilu on ich zdobył!?
Wreszcie nadarzyła się okazja. Dwunóg, o nieprzyjemnie wyglądającej twarzy szedł wraz ze szczeniakiem. Jasny przeprosił ich w duchu, a następnie wyskoczył z głośnym jazgotem. Zadziałało. Dwunogom się to nie spodobało.
Mały zaczął płakać, drugi krzyczeć. Udało mu się zagonić ich aż do alejki. Tam biały pies miał na tyle rozsądku, by zwiać, wiedząc niezadowolonego dwunoga. Przynajmniej na razie.
— Płomyk, czas wiać.
Tym razem, niechętnie, bo niechętnie, ale posłuchał. Dwunóg nie skusił się na pościg, ale siarczyście klął za nimi. Jasny nie zapytał się o białego psa. Zdecydował, że woli nie wiedzieć.
Incydent z białym psem wciąż siedział z tyłu jego głowy. Jednak miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż przygody w mieście. Klan dał radę przeżyć ciężką zimę, nieprzyjemną wiosnę i niezbyt dobrze zapowiadające się lato. Jednym pozytywem była ceremonia wojownika Iskierki. Stał dumnie przed swoją córką i nadawał jej nowe imię, z Płomiennym po swojej lewej stronie. A mówili mu, że danie go na mentora będzie złym pomysłem. Nie znali się. Nie mieli zaufania.
Była też druga rzecz, o której nie wiedział co myśleć. Solna miała dzieci. Oczywiście pogratulował jej i uśmiechnął się, ale we łbie kołatały mu się różne myśli. Zabił jej kuzynkę. Zabił z zimną krwią, by ochronić sprawcę. A teraz ma uśmiechać się do jej dzieci? Zgadzać się, na bycie mentorem? Ale jak mógł odmawiać?
— Płomyk! Patrz co znalazłem — z czasem jeszcze bardziej polubił przebywanie z samcem. On nie traktował go inaczej. Nie mówił „Tak Jasna Gwiazdo” i „Nie Jasna Gwiazdo”. Syczał, warczał, ale mu nie pokazywał zębów.
— Hm? — Samiec podniósł łeb.
— Udało mi się wyrwać świeży kawałek mięsa? Prosto z dziobów wron. Łap! — Rzucił mu go pod nos. Ludzie potrafili przygotowywać mięso tak, że smakowało lepiej. Znalezienie takiego bez pleśni graniczyło z cudem.
Jasny przysiadł obok i patrzył, jak towarzysz obwąchuje zdobycz.
— Dlaczego taki jesteś? — prychnął. I to nie brzmiało jak prawdziwe pytanie, ale on i tak zaczął się nad tym zastanawiać. Potrzebował chwili, nim doszła do niego realizacja. Nie było żadnego piorunu z nieba, czy nagłego oświecenia. To było proste. Jasne. Chyba powinien domyślić się wcześniej.
— Bo cię kocham.
Patrzył na niego z lekkim uśmiechem na pysku. Nie oczekując nic w zamian, bo przecież nie o to mu chodziło. Chyba czuł się tak od dawna, bo nie potrafił przypomnieć sobie momentu, gdy jego uczucia były inne. Ale Jasna Gwiazda był już niemłodym samcem, który wiedział co nieco o życiu. Nie liczył na wielki romans, na wyznania czy nawet chwile zapomnienia. Nauczył się nie pragnąć, by się nie zawieść.
— Nie, źle — pokręcił łbem. — Kochać można jeszcze dzieci i braci, ja jestem po prostu w tobie zakochany.

<Płomienny Krzewie?>
[517 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 5PD]

16 października 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnej Gwiazdy

Wydobyłem z siebie jedynie ciche mruknięcie, jego towarzystwo mnie znacznie uspokaja. Ja też cię lubię, ale nie umiem z siebie tego wydusić, pomyślałem. Czasem mam momenty kiedy chciałbym coś powiedzieć więcej, jednak po chwili stwierdzam, że nie ma sensu. Milczenie jest złotem – tego nie życie nauczyło i raczej ciężko się tego pozbyć. Powiedz coś, no dalej ty ptasi móżdżku.
 — Ja też — te dwa słowa wyleciały mi z pyska jednym tchem, poczułem taką ulgę, że nie mogłem tego opisać.
Jasny przez chwilę siedział w miejscu nieruchomo, a następnie zaczął zachowywać się jak jeden z jego szczeniaków. Powiedział coś niezrozumiałego, aby za chwile okręcić się dwa razy wokół i szeroko się uśmiechał. Zagłuszał wszystko na około, normalnie to już bym mu wrzasnął "zamknij się!", ale nie miałem takiego zamiaru i pozwoliłem mu wybuchnąć radością.
 — To takie miłe! — zamerdał ogonem, co chwila dreptał w miejscu łapami
Później dotarło do mnie, że właśnie sprawiłem, że ktoś się cieszy. Powiedziałem niby nic, a Jasny tak radośnie zareagował, że przyjemnie się to oglądało. Usiadł naprzeciwko lekko zdyszany, uśmiech nie schodził mu z pyska, czyli tak wygląda prawdziwe szczęście… Teraz przyszło mi na myśl, jak ja bym wyglądał w takim właśnie stanie. Pewnie głupio heh, duży pies podobny do wilka, który się cieszy z byle czego i szczerze się uśmiecha.
Przyglądałem się mojemu towarzyszowi, jak on to robi, że wykrzywia usta w uśmiech? Uniosłem jedną fafle później drugą. Zaraz, jeszcze kąciki unieść i wykrzywić, nie moment jak to szło. Najpierw tył, potem przód i… czy można pokazywać zęby? Nie raczej nie, trzeba je schować. Szlag, jakie to trudne. 
— Płatek śniegu wleciał ci do nosa? — Jasny zaśmiał się prawie za całe gardło
Spojrzałem na niego, zapomniałem na kilka sekund, że jest tu ze mną i patrzy na mnie jak na głupka. Tak ci do śmiechu, tak? Chciałem zrobić coś, co każdy umie, a wyszło, jak wyszło. Nad nim znajdowała się gałąź ze śniegiem. Zaraz mu nie będzie do śmiechu. Kiedy prawie skończył hałasować i zaczął łapać oddech, zakradłem się obok i złapałem w zęby gałąź. Jedno szarpnięcie wystarczył, żeby biały puch przykrył Jasnego w całości. Wypuściłem energicznie powietrze z płuc, trochę to było zabawne.
 — Ej! — wystawił głowę na zewnątrz
Nie wiem, co miało na celu zrzucenie na niego śniegu, ale spodobał mi się jego grymas.
Gdyby nie czarne łaty na futrze, to nie byłoby go absolutnie widać nawet z bliska. Wydostał się z zaspy i wytrzepał, wokół niego powstała śnieżna mgła, która opadła po jakimś czasie.
 — Idziemy do miasta? — spytałem
 — Oczywiście, że tak — pomachał ogonem. — Nie wiem jak ty, ale zgłodniałem, a na dodatek wiem, gdzie jest śmietnik pełen dobrego jedzenia — wypiął dumnie klatkę piersiową

Przed wejściem na twardy chodnik z kostki wyczułem nieprzyjemny zapach. Zmoczone albo nawet zgniłe futro oblepione czymś… Nasunął mi się obraz dużego włóczęgi z długim włosem, chyba gdzieś był w pobliżu, bo jego zapach aż drażnił nos. Mruknąłem cicho, oby nas omijał szerokim łukiem.
Ludzie byli wszędzie, nie lubiłem ich bliskości, a szczególnie ich mniejsze wersje. Pamiętam jak kiedyś, z Błękitną Stokrotką, na łodzi prawie rzuciłem się na dziecko. Niepotrzebnie podeszło tak blisko, a dorośli sami byli tego winni.
 — Mama wilk! — odezwała się mniejsza wersja człowieka swoim skrzeczącym głosem. — Tulimy? — zaczęła się zbliżać.
Nie podchodź, pomyślałem. Wskoczyłem na trawnik i tym samym oddaliłem od dziecka. Pozostali, którzy byli w pobliżu, dość dziwnie się na mnie patrzeli. Nie było na szczęście nigdzie hycla ani faceta z bronią. Jasny poszedł przodem, chwilę się przyglądał sytuacji z dzieckiem, ale nic nie powiedział.
 — To tutaj — podreptał szybciej w uliczkę między dwa niewielkie domy — spójrz, jest pełny! — wykrzykną.
Rzeczywiście kosz był wypełniony po brzegi i pod nim nawet walały się całkiem świeże produkty. Zastanawiało mnie czy tylko my tu jesteśmy, czy jednak ktoś już sobie to upatrzył. Jasny puścił się biegiem i dorwał worek z plastrem mięsa. Zbliżyłem się, wciąż mi coś nie dawało spokoju i miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje.
Złapałem w zęby kość z kawałkiem mięsa, powoli kawałkami odrywałem części jedzenia, wciąż byłem czujny.
 — Wystarczy nam na całą zimę, co nie? — spytał Jasny. — Weźmiemy trochę dla klanu, ucieszą się na takie dobrocie
 — Tak — odpowiedziałem.
Złapałem kość w pysk i rozgryzłem na drobne kawałki, przepyszne, pomyślałem. Oparłem się przednimi łapami o krawędź śmietnika i od razu skupiłem się na czymś, co wyglądało jak kwiat, ale w całości było zielone. Co to było? Strąciłem to na dół i przekrzywiłem głowę. Zapach… sam nie wiem, jaki był, bo nie odstraszał ani też nie zachęcał do zjedzenia. Towarzysz zdążył się jedynie uśmiechnąć kiedy to ktoś z impetem wpadł na mnie i zatrzymałem się z hukiem na śmietniku. Wszystko mi w tym momencie ucichło, nic nie słyszałem. Kątem oka dostrzegłem Jasnego mówiącego coś, ale go nie słyszałem. Duży biały obiekt zatoczył koło i szykował się na kolejną szarżę.
 — Płomyk! Płomyk! — dobiegło mi do uszu krzyk.
Jasny zjeżył się po chwili na karku i szczekał na intruza. Otrząsnąłem się, mogłem wstać i stanąć do walki. Biały pies miał dokładnie ten sam zapach co po wejściu do miasta, to jego wyczułem i dobrze myślałem, że nie jesteśmy sami. Był niewiele większy ode mnie, więc mogłem mu dać radę. Zastanawiałem się nad moim towarzyszem, nie chciałem, żeby intruz mu coś zrobił… 

<Jasna Gwiazdo?>
[887 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8PD]

21 września 2021

Od Jasnej Gwiazdy CD Płomiennego Krzewu

 Nie spodziewał się, że zaśnie. Może robił się stary, a może zmęczenie sprzed lat nareszcie zaczęło do niego dochodzić. W końcu słońce zaświeciło w odpowiedni sposób, że padało prosto na jego oczy.
— Cholera — warknął, wstając na równe łapy. Ile czasu minęło?
Miał coś przyklejone do karku. Odwrócił się, na ile mógł, by to sprawdzić. Roślinki? No rzeczywiście, krwawienie było zatamowane przez nie. Czy Lisi to zrobił? Nie, on nigdy nie zająłby się psem, bez wcześniejszego warknięcia piętnaście razy i doprowadzenia go do legowiska Medyka. Postanowił zastanowić się nad tym za chwile.
Dzieciaki. Musiał sprawdzić, czy znowu gdzieś nie pobiegły. Cholera. One miały tyle energii, ciężko było za nimi nadążyć. Na szczęście ich zapach był już wbity w jego umysł, nie mógłby pomylić go z niczym innym.
Szaleńczym tempem udał się na poszukiwanie, nerwowo rozglądając się aż… oh. Jasne Serce miał głupie serce, które głupio zaczęło bić mocniej na ten widok. Iskierka tuż przy Płomyku, który zdawał się tym nie przejmować. Chłopaki spokojnie leżący kawałek dalej. Czy aby na pewno sobie tego nie wyobrażał?
— Już się zmęczyliście? — zapytał, podchodząc do synów. Po drodze dotknął Powoja w główkę nosem, ot tak z miłości.
— Nie! — krzyknął Pajączek, ale dyszał ciężko.
— Nigdy się nie męczymy! — odpowiedział Potoczek.
— Tak? Ale wujek na pewno ma dość pilnowania, żebyście nic sobie nie zrobili.
— Nie przeszkadzają — odparł. Jasny uśmiechnął się szerzej.
— Zapamiętam, że mogę wynajmować się na niańkę.
Niestety spokojne życie szybko mu się skończyło. Biała Gwiazda wybrała go na zastępcę. Oczywiście, że się zgodził. Mógł mieć wątpliwości, ale nigdy by nie odmówił takiego zaszczytu.
Zanim się obejrzał, został liderem. Nie mógł się przyzwyczaić do tych wszystkich psów, które nazywały go Jasną Gwiazdą. To brzmiało tak… źle. Wraz z nowymi obowiązkami zmniejszył mu się czas wolny, który mógł spędzać ze swoim ulubionym psychopatą. Wpadł na niego, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności.
— Płomyk! — zawołał, gdy udało mu się spotkać psa przy ruinach.
— Jasny — odpowiedział mu spokojnie, ze skinieniem głowy.
— Ale ja za tobą tęskniłem!
— Widziałeś mnie.
Ah no tak. Na oficjalnym przedstawieniu klanowi nowego lidera.
— To się nie liczy. Nie rozmawialiśmy tak długo. Może zdążyłeś przerzucić się na trawę — zaśmiał się. — Robisz coś ciekawego? Chodź, spędź ze mną czas. I tak nie masz innych przyjaciół.
Wyglądało, jakby Płomienny chciał przewrócić oczami, ale się powstrzymał. Nie powiedział nie, więc Jasny mógł uznać to za tak. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie mu brakować czyjegoś milczenia. Wtedy sobie przypomniał.
— Ah zapomniałem, miałem się dziś spotkać z bratem. Może pójdziesz ze mną co? Na granice z Flumine? A potem możemy ukraść jedzenie ze śmietników, czy co tam robią młode psy, którymi nie jesteśmy. Hm? Co ty na to?
Trzeba mu to przyznać, Wilczy Wicher wytrzymał całkiem długo bez kwestionowania obecności trzeciego psa na ich zwyczajowo dwuosobowym spotkaniu.
— Emm… Jasny?
— Tak?
— Kto to? — Jasna Gwiazda zmrużył oczy w niezrozumieniu i odwrócił się do tyłu. — A, to Płomienny! Mój przyjaciel. Płomyk przywitaj się.
Płomyk warknął.
— Eeee, miło poznać — odpowiedział Wilczy niepewnie. Bardzo starał się nie gapić, nawet jeśli jego oczy co chwila wracały do Płomiennego.
— To co tam u was? Też dwunogi rozstawiły pułapki wszędzie.
— Tak, niestety — westchnął. — Jakoś w tej porze trafiło nam się dużo chorych. Medyk nie nadąża z leczeniem. — Chyba zorientował się, że powiedział za dużo. — Ale na pewno nie chcesz o tym słuchać.
— U nas też mamy kilku pechowców. Jeziorny Kwiat miała pecha na polowaniu i teraz ma paskudną infekcję. Nasz medyk się namęczył, żeby wszystko wymyć i odpowiednio obłożyć ziołami — powiedział. Informacja za informacje. Nie powinien dzielić się takimi rzeczami, nawet z bratem, ale z drugiej strony… był liderem, kto mu zabroni?
— Dobrze, że wszystko już z nią w porządku.
— Jestem Jasną Gwiazdą — wypalił.
— Ty… co? O Gwiezdni. — I nagle dwie silne łapy go obejmowały. Usłyszał za sobą jakiś dźwięk pochodzący od Płomiennego, ale nie umiał powiedzieć, co on oznaczał. Wilczy odsunął się od niego niemal tak szybko, jak się przysunął. — Bracie, jestem taki szczęśliwy!
— Naprawdę?
— Oczywiście! Mój brat jest liderem! Muszę powiedzieć Bursztynowej. Nawet nie masz pojęcia, jak dumny z ciebie jestem.
— Dziękuje.
Ciężko było prowadzić dalej rozmowę o czymkolwiek innym. Na pożegnanie Wilczy jeszcze raz go przytulił, ale tym razem Jasny miał na tyle przytomności umysłu, by też go objąć. Płomienny gdzieś zniknął, ale jak tylko Jasna Gwiazda zaczął oddalać się od granicy, pojawił się u jego boku.
— Jest dziwny — powiedział Płomyk.
— Sam jesteś dziwny — parsknął śmiechem. — Ale dzięki, że poszedłeś ze mną. Od razu mi raźniej, jak jesteś obok — powiedział i odważył się nawet tracić Płomiennego barkiem.
— Dlaczego? — Pytanie padło po tak długiej chwili ciszy, że Jasny przez moment nie mógł zrozumieć, do czego się odnosi.
— Hm?
— Dlaczego ci raźniej? — Te słowa tak nie pasowały do jego zwyczajowego słownika, że niemal się zaśmiał.
— Lubię cię Płomienny. — Czemu do cholery nie mógł spojrzeć mu w pysk? — Nawet bardzo. I zakładam, że ty też mnie lubisz, chociaż trochę. Nie? Więc dlaczego miałbym nie lubić spędzać z tobą czasu

<Mężu Płomienny Krzewie?>
[808 słów: Jasna Gwiazda otrzymuje 8 PD, Jeziorna wyleczona przez Lisi Wrzask]

4 września 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca


Zrobiłaby jeszcze jeden krok w stronę Jasnego i gorzko by tego pożałowała. Prychnąłem ze złości, jak można ot, tak atakować czyjąś rodzinę? Z jednej strony było mi to obojętne, ale z drugiej trochę mnie to przejęło, jeśli to tak można nazwać. Oszroniony Pysk podjęła dobrą decyzję o oddaleniu się, nie chce jej widzieć w pobliżu szczeniaków. No właśnie, szczeniaki. One mnie ciekawiły, nigdy nie widziałem ich z tak bliska i to tyle na raz. Wcześniej tylko migały mi gdzieś w oddali, więc nie przywiązywałem większej uwagi, ale teraz, to mam obiekty do obserwacji.
— Naprawdę mnie chciałeś obronić? — spytał Jasny.
Wyrwałem się z przemyśleń o maluchach.
— Jest głupia… i chciała was skrzywdzić…
Gdybym tak umiał normalnie rozmawiać z kimś tak, jak ze sobą w myślach. Arghhh czasem mnie to denerwowało, używałem pojedynczych słów i dużych przerw. Muszę się przełamać. Czas zmienić sposób wypowiadania się, szczególnie gdy ktoś mnie rozumie.
— Muszę chwilę odpocząć — powiedział i na chwilę się zatrzymał.
Cały kark miał we krwi, stale się sączyła, ale nie w dużych ilościach. Miewałem gorsze rany i wychodziłem z tego cało, dlatego nie poruszyło mnie to ani trochę. To nie byłem jednak ja, tylko ktoś mi bliższy i potrzebował czyjejś pomocy. Przestań myśleć o sobie, pomyślałem, Jasny cię akceptuje, więc nie zepsuj tego, głupku. Przypomniało mi się, jak pobiłem się z Krwawym Zewem i wylądowałem u medyka, Ciemny Kieł dała mi na rany jakieś jasnożółte zioła. Zacząłem gorączkowo myśleć, gdzie je widziałem, przechadzałem się po terenach starego blokowiska… i kiedyś znalazłem kawałek drucianego płotu…a za nim ziele. Muszę po nie iść. Jak ja mam tylko mu powiedzieć, że wybieram się po coś, co mu pomoże? Nikomu nigdy nie podałem pomocnej łapy.
— Czekaj tu — powiedziałem to w jak najmniej chamski sposób i po chwili znikłem za krzakami.
Polubiłem Jasne Serce, mimo wszystko mnie akceptuje i nawet pokazał mi swoje szczeniaki. Wciąż to sobie powtarzam, jeden jedyny nie chce mnie wyzywać na pojedynek, a tylko o to chodziło każdemu, kogo spotykałem na drodze. Jeszcze to szkło z pleców… potrząsnąłem łbem, gdzie są te zielska? Mój cel znajdował się niedaleko, blokowisko miałem po mojej prawej stronie, natomiast druciany płot powinien być gdzieś w pobliżu. I był. Od razu dojrzałem poszukiwane rośliny, a obok ktoś zostawił wygryzioną dziurę, perfekcyjnie. Zabrałem, co trzeba i wróciłem do Jasnego.
Stanąłem nad moim towarzyszem, musiało mu się niedawno kimnąć. Na pewno wyglądałem jak jakiś psi duch śmierci, który czeka, aż ofiara się przebudzi, pomyślałem. No dobra, zioła, trzeba je jakoś położyć na ranę. Szukałem wzrokiem nie wiedzieć czego po bokach, wiedziałem, co trzeba zrobić, tylko że to oznaczało dotyk… Weź się w garść, warknąłem do siebie. Zabrałem jeden liść i upuściłem nad Jasnym, wylądowało posłusznie na ranie. Drugi i trzeci również, doskonale. Przylegały do ciała, więc na pewno zadziałają, byłem z siebie trochę dumny, o ile to można tak nazwać.
Uniosłem głowę nad krzakami, szczeniaki bawiły się ze sobą, poczułem się teraz odpowiedzialny za nie… zaraz co? Nie należały do mnie, to nie moja sprawa. Im dłużej im się przeglądałem, to bardziej je lubiłem. Chyba nauczyłem się czegoś nowego. Ciche warknięcie zwróciło moją uwagę, dwa malce skoczyły na siebie i… one walczyły? To tylko dziecięce zabawy, powtarzałem sobie w głowie, one się bawią. Wyglądały dosłownie jak ja kiedyś, zapomnij o tym, zapomnij, zapomnij. Po chwili rozległy się odgłosy zwycięstwa, któryś wygrał i chciał to pokazać pozostałym. Z tych dwóch będą dobrzy wojownicy. Przedarłem się przez krzaki, niech Jasny odpocznie, a ja ich poobserwuje.
Zwróciłem uwagę na zgniecioną puszkę od Iskierki, to miał być prezent dla mnie.
— Podoba ci się Wujku? — spytała mała suczka, zamerdała ogonem, gdy na nią spojrzałem.
— Tak… ładna jest — przysunąłem prezent do siebie.
— Wybrałam najładniejszą. — Wypięła pierś do przodu.
— Kolejna bitwa! — krzyknął któryś z dwóch wojowników.
Znów jeden skoczył na drugiego, przygnietli się do ziemi i co chwila skubali zębami. Serce mi przyśpieszyło, ale po chwili poczułem coś na łapie. Iskierka położyła swoją małą łapkę na mojej, chyba wyczuła, że coś jest nie tak i chciała mnie… pocieszyć. Nawet mi nie przeszkadzało, że siedzi tak blisko i mnie dotknęła, nie przeszkadzało mi to, niesamowite. Suczka ziewnęła szeroko, dołączyła po chwili do swojego brata, który spał w niewielkim zagłębieniu. Obserwowałem, jak zakręciła się w kółko i później zwinęła w kłębek. Nie myślałem, że te małe istoty są takie ciekawe.
Dwójka wojowników wciąż nie dawała za wygraną, tracą tyle energii, że nie starczy im na przyszłość. Nagle jeden rzucił się na brata i zbili się ze mną, zapiszczeli ze zdziwienia, ale zaraz cieszyli z atrakcji.
— Przepraszamy — odezwał się chyba Pajączek, nie rozróżniałem ich jeszcze.
— W porządku — powiedziałem.
Nastawili uszu, kilka sekund później pozaczepiali się wzajemnie, ale w końcu odpuścili i położyli w cieniu. Głęboko dyszeli, jednak mieli ten błysk w oku i pewnie jakby któryś się ruszył, to na nowo powstałaby bójka. Dziś było wyjątkowo duszno. Pomyślałem o tym, ile by walczyli ze sobą w zimniejsze dni. Czy oni kiedykolwiek się męczą?

<Mężu Jasne Serce?>
[813 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

6 sierpnia 2021

Od Jasnego Serca CD Płomiennego Krzewu

Miał wrażenie, że Płomyk kłamie. Zabolało go trochę serce. Myślał, że się przyjaźnili? Płomienny przecież wiedział, że Jasny go zdradzi? Czy i tak mu nie ufał? Pewnie znów się zapędził i zaczął sobie coś wyobrażać. Mimo to postarał się uśmiechnąć. Może rzeczywiście to nie był on. Ta myśl powinna przynosić mu komfort, ale nie potrafił się nawet do tego zmusić. 
— No dobra partnerze, będziemy mieć wspólną zbrodnię. Nikt nie widział mordercy, nikt nie słyszał, bo inaczej byłby już znaleziony. Jest szansa, że zostawił po sobie zapach. Potrzebujemy przekonać klan, że nasz kozioł ofiarny jest na tyle niebezpieczny, by to zrobić, a jednocześnie sfałszować dowody jej winy.
— Jej?
— Tak, wrobimy w to Oszroniony Pysk.
Samica była niestabilna, wredna i pozbawiona jakiejkolwiek bliskiej rodziny.  Jej rodzeństwo zmarło w czasie epidemii, nie posiadała partnera ani rodzeństwa. Nikt nie będzie tęsknić.
Nie mógł powiedzieć, że był całkowicie pozbawiony wątpliwości, ale na to nie miał zbyt wiele czasu. Każdy dzień zbliżał ich do nieuniknionego. Bezgwiezdni przecież nie odpuszczą.
Jakiekolwiek działania musiały jednak poczekać, bo przyszło do niego nowe zadanie — rodzicielstwo. Jasny prawie przestał widywać się z Płomiennym, zbyt zajęty pilnowaniem czterech maluszków. NIby takie drobne, spokojne, a wystarczyło na minutę któregoś spuścić z oka i już miało się problem. Nie pamiętał, by on był taki ruchliwy w ich wieku.
Udał się po mięso do pokoju głównego, gdy spotkał po drodze Płomienny Krzew. Czy on stał się jeszcze wyższy? Jakim sposobem. Jasne Serce uśmiechnął się promiennie. Nie minęło wiele czasu, ale stęsknił się za tym ponurym pyszczkiem.
— Płomyczku! Ty jeszcze nie widziałeś moich maluchów, prawda? Chodź, przedstawię ci je. No chodź Mordko, chodź. Przeżyjesz parę minut w towarzystwie dzieci!
Najbardziej zaskakujące było to, że Płomienny naprawdę za nim poszedł. Niechętnie i powoli, ale wspinał się po schodach do żłobka. Zazwyczaj gdzieś tu siedziała jeszcze Fiołek ze swoją dwójką, ale teraz zniknęła. Jasny preferował takie chwile. Lubił młodą samiczkę, ale wolał przebywać tu tylko ze swoją rodziną.
Potoczek siłował się z Pajączkiem. Powój siedział z boku, marząc łapą po zakurzonej podłodze, a Iskierka podbiegła do niego od razu, jak tylko przeszedł przez próg.
— Cześć tato — powiedziała, a on pochylił się, by dotknąć ją nosem w czubek głowy. Jego dwaj bardziej energiczni synowie byli tuż za nią, wpadając jeden na drugiego, by sprawdzić, który pierwszy tu dobiegnie. Tylko Powój został z tyłu. Jasny skinął na niego głową, żeby podszedł bliżej. 
— Kto to? — zapytał Potoczek, już mierząc Płomiennego wzrokiem. Zapewne myślał, czy uda mu się namówić starszego samca do pojedynków, nie był pewien czy to taki dobry pomysł. 
— Płomienny Krzewie, to moje dzieci. Potoczek, Pajączek, Powój i Iskierka. Dzieci to jest… — zawahał się, a do jego głowy wpadł bardzo zły pomysł. — Wujek Płomienny.
— Nie mówiłeś, że mamy wujka! — zwołał Pajączek. —  Chcesz się z nami pobić? — Płomyk wydał z siebie dźwięk, który niezupełnie był warknięciem, ale też nie był przyzwoleniem. Jasny wyciągnął łapę, żeby powstrzymać go przed podejściem bliżej.
— Hej, hej, a co ja mówiłem o dotykaniu innych psów.
— Tylko jeśli powiedzą, że możesz — podsunęła Iskierka. 
— Zapytałem przecież.
— A on nie powiedział tak.
— Ale nie powiedział też nie! — Jasny zaśmiał się na to i poczochrał mu sierść na łbie. 
— Kto wygrał ostatnim razem? — zapytał. Oba maluchy upierały się, że to on był zwycięską. Jasny uśmiechnął się szeroko. Obiecał, że jak będzie miał chwile, to pokaże im obu, jak się walczy.
Zapomniał, jak przyjemna jest zabawa ze szczeniakami. Iskierka i Powój raczej nie byli zainteresowani w udawanych bijatykach, ale pozostała dwójka zdecydowanie za nich nadrabiała.
Chłopcy odbiegli, a Iskierka posłusznie poszła za nimi szukać skarbów, do pokazania Płomiennemu. Był pewien, że Płomiennego nie obchodzą żadne ich skarby, jak również, że same przedmioty były bezwartościowe, ale dzieci znalazły zajęcie. Przeglądały góry starych przedmiotów, które miały służyć im za zabawki.
— Hej Skarbuńku — zwrócił się do Powoja. — Przypilnujesz, żeby za bardzo nie nabałaganili? — zapytał.
— I tak ich nie powstrzymał — westchnął. Jasny popchnął go lekko do przodu. Samczyk niechętnie, ale podszedł do rodzeństwa.
Patrzył, jak cała czwórka stoi obok siebie i rozmawia. Czuł, jak jego serce rośnie o dwa rozmiary. Przysiadł koło Płomiennego. Samiec nie warknął na niego od razu, może dlatego nie zarejestrował, obok kogo się znajduje. Trącił go barkiem, chcąc zwrócić na siebie uwagę. A potem doszło do niego, że to jest Płomienny Krzew. Płomienny Krzew. Dotyk. Złe połączenie. Odsunął się, zanim samiec jeszcze zdążył warknąć. 
— Przepraszam, zapomniałem się. No dobra, co sądzisz o maluchach? — zapytał. 
—… istnieją — odpowiedział Płomyk, a Jasny prychnął śmiechem.
— Tak, nie da się zaprzeczyć. Lubię je. Pewnie dlatego, że są moje, ale naprawdę je lubię.
Płomienny nie miał na to odpowiedzi. Mruknął coś tylko, ale jego milczenie nigdy tak naprawdę nie przeszkadzało Jasnemu. Opowiedział mu o tym, jak musiał zaprowadzić ostatnio Potoczka do medyka, bo podrażnił sobie oczka. O tym, jak ostatnio Iskierka utknęła pomiędzy szafkami, bo chciała szybciej przejść. O tym, jak Pajączek próbował gonić mysz i przez to przewrócił Powoja. Były jeszcze malutkie, a już miały talent do kłopotów.
— Proszę, to dla ciebie wujku — powiedział Pajączek, stojąc dumnie z przodu ich niewielkiej grupy. Długo debatowali, ale ostatecznie zdecydowali się przekazać piękny prezent. Czerwoną puszkę.
— Nazywa się Spleśniały Kamień. Przypomina nam ciebie! — zawołał radośnie Potoczek. Jasny zaczął kasłać, ukrywając swój śmiech. Płomyk patrzył na prezent ze zmrużonymi oczami, jakby czekał, aż ten go zaatakuje.
— Dziękuje — powiedział w końcu i brzmiało to jak najmniej szczere podziękowanie na świecie. Jasny i tak uśmiechnął się do niego promiennie.
— Jestem z ciebie dumny — powiedział cicho, by maluchy nie usłyszały. 
— Oszroniony Pysk chciała nam ją zabrać — powiedziała Iskierka. To brzmiało niepokojąco. 
— Kiedy tu była? — zapytał.
— Zanim ty wróciłeś. Chciała zabrać nam rzeczy, bo mówiła, że u niej będą wyglądać lepiej. Ale potem się wkurzyła i warknęła i sobie poszła — powiedział radośnie Potoczek. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak poważna to mogła być sytuacja. Oszroniona wparowała do żłobka i chciała zabrać rzeczy szczeniakom, kto tak robi.
Z drugiej strony, jakaś część jego umysłu przypominała mu, że wszystko perfekcyjnie się składało. Fiołek wróciła i od razu poprosił ją, by posiedziała z jego dzieciakami. Patrzyła podejrzanie na Płomiennego, ale nie skomentowała jego obecności. Jasny opuścił swojego… przyjaciela? Znajomego? Swojego kogoś, a następnie pobiegł szukać samicy. Kręciła się w okolicy wejścia do budynku. Los naprawdę musiał go kochać.
— Czemu zaatakowałaś moje dzieci? — zapytał. Gdzieś tu kręciły się psy. Podejdą, jeśli zacznie być interesująco. 
— Nic nie zrobiłam twoim dzieciom, odwal się — odpowiedziała i spróbowała odejść, ale zastawił jej drogę. Była większa, ale ignorowała patrole od dawna, zdążyła się zapuścić.
— Czemu chciałaś skrzywdzić dzieciaki.
— Nie wiem, o co ci chodzi. 
— Nie uciekniesz ode mnie.
— Odwal się.
— Powiedz mi, czemu…
Skoczyła na niego. Na to właśnie czekał. Co jak co, ale bójka zawsze przyciągała uwagę.
Spróbowała uderzyć go łapą, ale Jasny odskoczył. Nawet nie myśląc wiele, kopnął ją jedną z tylnych łap. Samica syknęła i spróbowała odpowiedzieć, tylko po to, by zaplątać się o własne łapy. Nie tak to miało wyglądać. Na jego szczęście, samica wyszczerzyła kły, Wiedział, że wygląda na agresorkę. On starał się zachować spokój i trafił prosto w jej brzuch, jeszcze raz, odpychając od siebie. Musiało wyglądać, że się broni, nawet jeśli jej naprawdę to nie szło. Ledwo drapnął ją pazurami tym razem. Szczęście się jednak odwróciło i gdy jego kły nawet nie dały rady jej drasnąć, poczuł ostre pazury na swoim boku. Nie zdążył nawet odskoczyć. Popłynęła jego pierwsza krew.
Potem najwyraźniej oboje zaczęli odczuwać zmęczenie, ciosy nie lądowały, do momentu, aż nie udało mu się wbić pazurów w jej poduszkę łapy. Wiedział, że to niewielki uraz, ale zdecydowanie bolesny. Samica syknęła i na chwile była na tyle rozproszona, że dał radę jej uniknąć. Zaraz jednak poradziła sobie lepiej. Ciepła krew spłynęła po jego karku.
Stali naprzeciw siebie, oboje dysząc, już ciężko. Wtedy usłyszał za sobą znajome warknięcie.
— Hej Płomy...ienny Krzewie — powiedział, przypominając sobie, że nie są sami. Jego bliska znajomość z samcem sprawiała, że był obiektem plotek. Teraz potrzebował, by wszyscy patrzyli na niego i widzieli ofiarę sytuacji. Nie mógł pozwolić, by jego plan rozpadł się przez kilka niepotrzebnych kroków. 
Płomienny warknął jeszcze raz. Chciał się odwrócić, by zobaczyć, na kogo skierował swoje mordercze, ale bardzo ładne, spojrzenie, ale spuszczanie wzroku z Oszronionego Pyska było złym pomysłem.
— Przykro mi, jeśli zburzyliśmy twój spokój. Wasz spokój tak właściwie. — Wskazał łbem na psy, obserwujące sytuacje. — Musieliśmy rozwiązać sprzeczkę.
— Oskarżyłeś mnie o…
— Zaatakowałaś moje dziecko!
To jedno kłamstwo było gorzkie na jego języku. Wiedział, że było konieczne. Poczekał, aż samica w końcu zorientowała się, w jakiej sytuacji się znajduje. Postawiła uszy i wyprostowała się. Dopiero wtedy sam zmienił pozycje, uśmiechnął się uprzejmie i potrząsnął futrem. Wiedział, że dzięki temu krew jeszcze bardziej zaplami jego białe futro. Nie czuł się nawet porządnie ranny, ale Oszroniona dobrze trafiła — płytkie, ale krwawienie było spore.
— Opanuj swoją agresję następnym razem — powiedział. — I nie wyżywaj się na dzieciach. 
Samica warknęła. Jasny odwrócił się do niej tyłem i zaczął odchodzić. Inne psy też straciły zainteresowanie po ich małej sprzeczce. Najważniejsze, by zasiać ziarno zwątpienia. Psy już nie przepadały za Oszronioną, a raczej lubiły Jasnego. Starał się być miły, miał dzieci i żadnego powodu, by kogoś krzywdzić. Usłyszał, że Lisek już ciągnie samice za sobą. Niechętny, ale gotowy wypełniać swoje zadanie. 
— Teraz musisz zachowywać się jak wzorowy wojownik — mruknął, gdy przechodził obok Płomyka. — Oszroniona musi zachować tytuł najbardziej niestabilnego psa w klanie.

<Płomienny Krzewie?>
[1529 słów: Jasne Serce otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

26 lipca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca

Czy zabiłeś dziecko?...pytanie przewijało mi się w myślach jak taśma na kasecie. Natychmiast przed oczami miałem obraz porozrywanej na strzępy Szyszki, którą nabiłem na ostrą gałąź. Zadowolony ze swojego dzieła po mordzie zabrałem jej dwie łapy w pysku, żeby gdzieś zjeść w spokoju. Nie obchodziło mnie, że to pies, mój gatunek i to, że jestem kanibalem — wszystko, co się rusza, to jedzenie i bez znaczenia czy to sarna, ptak lub pies.
Chciałem powiedzieć, że to nie ja, no bo nie moja wina, że dwa rozwydrzone szczeniaki podeszły do mnie zbyt blisko i w dodatku jeden przeszkadzał podczas polowania. Nigdy w życiu nie spotkałem takiej gaduły, puściły mi nerwy i niestety taki ją spotkał los. Trzeba było je pilnować, a nie, że zaczepiają każdego i potem dzieją się niewyobrażalne dla większości rzeczy. Z drugiej strony Jasny stał się jedynym psem, z którym mogłem pogadać, o ile to można nazwać rozmowami, ale towarzyszył mi w niektórych wyprawach i…pomógł. Zwykle nie przyjmuję od nikogo żadnej pomocy, bo to czyni mnie słabym, że zdaje się na czyjąś pomocną łapę. W takich sytuacjach wolę od razu został rozszarpany albo spaść z klifu. Wracam myślami do tej sytuacji, gdy poprosiłem go o wyjęcie ostatniego kawałka szkła, chyba zmieniam się na lepsze.
— Nie zabiłem — odpowiedziałem.
— Jesteś pewien? — spytał dla pewności.
Skinąłem głową.
— W porządku — odetchnął chyba z ulgą i przymknął oczy.
Gdybym mu powiedział prawdę, to znienawidziłby mnie. Znów stałbym się dawnym sobą i jedyne co bym robił, to zabijał więcej i mocniej. Zmieniam się i teraz to się dla mnie liczy. Wiem, że z Jasnym dam radę, może i nawet oswoję się na tyle z dotykiem, że bez problemu będzie chciał usiąść obok mnie. To by było fajne…nawet ciekawe.
Walki się skończyły, to już pozostaje odległą przeszłością. Zbijanie się z cielskami psów na arenie również się skończyło. Tak się zamyśliłem, że zapomniałem o Jasnym, który wpatrywał się we mnie, jakby o coś zapytał i żądał odpowiedzi.
<Jasne Serce?>
[323 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

19 lipca 2021

Od Jasnego Serca CD Płomiennego Krzewu

Wydawało mu się, że źle usłyszał. Czyżby Płomienny właśnie podziękował? Nie, lepiej, przeprosił! Gdyby był ciut młodszy, pewnie pisnąłby jak młoda sunia, ale Jasny był starym samcem i ojcem. Dlatego pisk miał tylko w sercu.
Zdecydował się, że trzeba uważnie pilnować swoich słów i gestów. Patrzył na Płomiennego i wiedział, że jego pysk wykrzywił się w uśmiechu. Był przekonany, że samiec nie często używał takich słów jak dzięki i wybacz. Chociaż część jego chciała rzucić jakiś żart, to mogło się źle skończyć. Płomienny, chociaż odrobinę, się przed nim otworzyć, nie można tego zmarnować.
— Nie ma za co — powiedział łagodnie. — Nie chowam urazy. Nie możemy panować przed swoimi instynktami, prawda?
— Mhm — mruknął cicho Płomienny. Naprawdę mógłby być z niego uroczy pies, gdyby się postarał. Jasny uśmiechnął się szerzej.
— Ale dziękuje, że przeprosiłeś. Wiele to dla mnie znaczy.
Płomienny kiwnął łbem. Jasny miał ochotę poklepać go po łapie w geście „Hej, wszystko okey”, ale nie byli na tym etapie. Jeszcze nie byli, pozwolił sobie na tą myśl.
— ... a więc — zaczął, gdy cisza była już trochę zbyt niezręczna. — właściwie to miałem iść spotkać się z Mlecznym Okiem.   Ale jeśli chcesz...
— Idź — powiedział Płomień. Nie zabrzmiało to zbyt uprzejmie, ale to w końcu Płomyk, czego można wymagać. Jasny i tak szedł dobrym nastroju, ogon merdał mu na obie strony. 
Mleczne Oko czekała ma niego przy drzewach. Widział ją z oddali i jak nerwowo stuka łapą o ziemie. Nie chcąc podchodzić od łysej strony, obszedł okolice dużym łukiem. Gdy go zauważyła, zaprzestała ruchu i nastawiła uszy. Zawsze czujna. 
— Spóźniłeś się — zaczęła, jak zwykle bez ogródek.
— Tylko ciut. — Machnął łapą i uśmiechnął się. Nie zadziałało. 
— Czy Płomienny ci coś zrobił? — zapytała. 
— Nie widziałem się z nim 
— Śmierdzisz jak on
— Śmierdzę jak krew i flaki, podobne zapach, łatwo pomylić.
— Jasny — jęknęła. — Przestań. Zapomniałeś o zasadzie „Nie kłamiemy”. 
Tu go miała.
— Po prostu wiem, że jesteś wobec niego uprzedzona. 
— Nie jestem uprzedzona Jasny, to pieprzony psychopata — Przewrócił oczami. — A ty skaczesz wokół niego jak zakochany małolat.
— Mleczne Oko — powiedział, jego ton na moment poważny. Samica na chwile, chociaż wyglądała na zawstydzoną.
— Po prostu się o ciebie martwię — wymruczała pod nosem. Jasny uśmiechnął się czule. Oj dziecko, dziecko, pomyślał. Pod całą tą warstwą warknięć i syknięć siedzi urocza, młoda istotka, która nie chce, by inni wiedzieli, jak się troszczy.
— Nie musisz Kochaniutka. Tak, mam wobec niego jakiś poziom... sympatii, ale nie masz co się przejmować. Jestem bezpieczny i nie będę robić nic wyjątkowo głupiego.
Mleczna wydawała się usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, ale były dwa problemy: nie wiedziała, jak dokładnie duży był owy poziom sympatii i co dla Jasnego oznaczała fraza „Wyjątkowo głupi”.
Sprawa zabójstwa dzieciaka wisiała nad nimi jak sztylet, który tylko czekał, by opaść. Zbliżali się powoli do kolejnego zgromadzenia i był pewien, że Jazgot nie odpuści tematu.
Nie mieli wbrew pozorom aż tak dużo psów, które dopuściłyby się takiego aktu. Wiedział, że inne klany widziały ich jako bandę drani, ale kto dopuszcza się zamordowania dziecka? Wiedział kto, Płomienny. Wbrew wymysłom Mlecznej, nie był zaślepiony. Doskonale wiedział, z jakimi psami się zadaje, tylko ignorował to. Jednak temat był zbyt naglący, by mógł dalej udawać, że go nie ma.
Wpadł na Płomiennego, gdy nie było nikogo w pobliżu. Jego oszukańczy mózg chciał wierzyć, że Płomyk wyglądał na zadowolonego.
— Słuchaj, jest sprawa — zaczął. Nie miał ochoty owijać w bawełnę. — I potrzebuje od ciebie dwóch rzeczy. Po pierwsze milcz, póki nie skończę. To nie będzie problem. Po drugie, bądź ze mną szczery, dobrze?
Płomienny patrzył na niego, zero warknięć w zasięgu słuchu. Zdecydował, że to wystarczy na potwierdzenie. Wziął głęboki wdech i pokręcił łbem. Oby to nie skończyło się dla niego źle.
— Chcę, abyś wiedział, że mówię to tylko dlatego, że dbam o ciebie, okey? Nie wiem, czy mi w to wierzysz, taka jest prawda. I nie chce cię w tym momencie oceniać, nie na głos przynajmniej. Czy zabiłeś szczeniaka bezgwiezdnych na granicy? Bo jeśli tak, to postawiłeś nas... postawiłeś mnie w gównianej sytuacji. Potrzebują kozła ofiarnego, a my musimy im go dać. Nie chcę, byś został wygnany albo zabity, więc jestem w stanie znaleźć psa, którego brak nie będzie szczególnie dotkliwy — Miał już kandydata, ale nie chciał go na razie zdradzać. Jemu samemu nie podobało się, jak szybko to nastało. — Jeżeli to nie ty, podejmę inne akcje, ale muszę znać prawdę, dobra? Czy zabiłeś dziecko, Płomyku?
<Płomienny Krzewie?>
[756 słów: Jasne Serce otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

11 lipca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca

Wściekłem się na Jasnego…bo instynkt to zrobił, a nie ja. Nie chciałem go skrzywdzić, pozostawałem przy cichym warczeniu, bo świadomość mi podpowiadała, że ktoś jest zbyt blisko mnie. Odwróciłem szybko łeb w drugą stronę, chciałem walnąć się w głowę tak mocno, że zapomniałbym, kim jestem i może zmieniłoby mi się nastawienie. Westchnąłem, ulżyło mi, gdy wszystkie kawałki szkła zostały wyjęte. Dzięki Jasnemu. Czemu on wciąż mnie lubi? Przecież jestem wredny i mogę go jednym kłapnięciem szczęk zabić. Muszę go…przeprosić… Ciężko mi to przeszło przez myśl, bo w końcu nikt nigdy nie został przeze mnie przeproszony. Nikt nie zasługiwał, a jeśli już to nie była moja wina, tylko przeciwnika. Ale Jasny był inny.
Najpierw jednak postanowiłem się przespać, oczy mi opadały, wciąż burzyły się we mnie niewielkie nerwy, które zostały po spotkaniu z dużym mastiffem. Nareszcie mogłem odetchnąć i puścić w niepamięć lata spędzone na arenie, mogłem się zmienić i wręcz to pragnąłem. Ale jak się pozbyć dawnych nawyków, skoro ma się je zakorzenione głęboko w sobie? Odpłynąłem po przymknięciu oczu, zmęczenie wzięło górę.
Pod wieczór, gdy obróciłem się na drugi bok, poczułem ból na prawym ramieniu, syknąłem i wstałem. Musiał zostać jeszcze jeden mały kawałek szkła, obmyślałem intensywnie jak się go pozbyć. Może uda się wydobyć zębami? Wykonałem kilka prób wykrzywienia głowy, ale zamiast szkła wydarłem sobie kilka włosów. Odpuściłem dalszej walki i przypomniało mi się, że miałem iść do Jasnego. On mi na pewno wyciągnie odłamek, a w dodatku poćwiczę panowanie nad sobą. Obym znowu nie wyskoczył na niego z zębami, mam dość życia w agresji. A może Jasny mi pokaże inne życie?
Podążyłem za jego zapachem, był mało wyczuwalny, ale dałem sobie radę i go znalazłem niedaleko starego blokowiska. Przydreptał bliżej i pomachał kilka razy ogonem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mój ogon pokiwał się na boki, przeszło mi po głowie.
— Lepiej ci? — spytał. — Wyciągnąłem wszystko, co znalazłem, a potem zasnąłeś jak szczeniak.
— Został…jeden — wydusiłem, nie chciałem powiedzieć niczego chamskiego
Przekrzywił łepek, chyba go zdziwiło, że pominął coś. Położyłem się na brzuchu.
— Tu. — Wskazałem nosem.
Ruszył się z miejsca, aby zbadać sytuację, spojrzał z każdej strony, zachowując pewną odległość.
— Musiałbym na ciebie wejść albo położysz się płasko i wtedy jakoś dam radę, ale obawiam się, że mogę skończyć jako kąsek.
Nie skończysz, pomyślałem i położyłem się płasko, tak jak mówił. Po prostu to wyjmij i spróbuję cię przeprosić, przynajmniej to będzie dobre na początek.
— Jest całkiem głęboko więc… — urwał na moment — spróbuj mnie nie zjeść, proszę.
Złapałem pysk w łapy, żadnego gryzienia i warczenia, koniec z tym. Nos Jasnego musnął mi futro i jedynie cały się wzdrygnąłem, po chwili wyczułem jego małe zęby i ruszające się szkło. Po chwili się odsunął i pokazał mi odłamek. Całkiem mały…
— No to teraz powinno być wszystko — powiedział dumny z siebie.
— Dzięki… — Przełknąłem ślinę. — … I… wybacz, że wcześniej…się rzuciłem… 
<Jasne Serce?>
[471 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

28 czerwca 2021

Od Jasnego Serca CD Płomiennego Krzewu

Tak, Jasny miał skryte pragnienie śmierci, wszyscy to wiedzieli. Ale wszyscy przeżyli, poza tymi, co przeżyć nie mieli, więc było w porządku.
— Mogę ci pomóc z tym szkłem — powiedział. Płomienny warknął, ale widać było zmęczenie na jego pysku. Mordowanie jest jednak męczącą aktywnością. Jasny patrzył na niego, analizując, jak bardzo niebezpieczna może okazać się jego próba uprzejmości.
Płomienny warknął głośniej, tym jednym dźwiękiem wyrażając wszystko, co myślał o tym pomyśle.
— Nie będziesz musiał martwić się wizytą u medyka, bo pewnie i tak chciałeś ją ominąć — powiedział. To w jakiś sposób chyba na niego wpłynęło.
— Obiecuję, że postaram się cię nie dotykać — powiedział cicho Jasny. Płomienny nie zareagował, więc nie wiedział, czy uznać to za tak, czy nie. Przynajmniej leżał, to było jakieś ułatwienie.
Jasny podszedł bliżej, nie spuszczając wzroku z jego pyska. Zatrzymał się bliżej samca, niż kiedykolwiek wcześniej. Stanął z boku, żeby Płomienny mógł widzieć, co robił.
Sam od zawsze był osobą lubiącą dotyk. Przytulał swojego ojca, nawet jeśli ten nie odpowiadał. Całował swoje młodsze rodzeństwo w łeb, chociaż oni zaraz się odsuwali. Obejmował młodą Mleczną, która wytrzymywała to przez parę chwil, ale zaraz było to za dużo.
Trafił po prostu do złej rodziny, gdzie dotyk był jego sposobem okazywania miłości i czułości, a oni tego nie rozumieli. Nauczył się iść przez życie, pragnąc ciepła, ale nie naciskając. Wiedział, jak istotne mogły być granice. Widział to u swojej Mlecznej, którą chyba tylko Płomienny przebijał, jeśli chodziło o pilnowanie własnej przestrzeni.
Ten samiec warczał, więc na pewno czyjeś łapy na grzbiecie nie mogły być dla niego przyjemne. Nawet jeśli chodziło tylko o ułatwienie życia.
Musiał spuścić pysk pełen ostrych zębów z oka, by przyjrzeć się ranom. Nie było aż tak dużo odłamków, ale sączyła się krew z ran. Na pewno były nieprzyjemne przy poruszaniu się.
Jasny nachylił się, chwycił największy kawałek w zęby. Nawet wstrzymał oddech, tak na wszelki wypadek, żeby samiec nie musiał czuć oddechu na swojej skórze. Płomienny syknął, warknął, ale nie poruszył się. Jasny wyrzucił kawałek za siebie i uznał to za pierwsze zwycięstwo.
Płomienny nadal zachowywał się, jakby miał go ugryźć, ale ani razu nie wyszedł dalej niż warknięcia. Jasny pracował szybko, żeby jego przyjacielski kanibal mógł jak najszybciej wydostać się z tej sytuacji i pójść jeść małe króliczki, czy co on tam robił.
W końcu dobra passa się skończyła, a może po prostu cierpliwość Płomiennego się wyczerpała. W pewnym momencie odwrócił się z wyszczerzonymi zębami. Jasny odskoczył, ale postarał się szybko zebrać do kupy.
— No już, już. Zaraz zostawię cię w spokoju, tak jak obiecałem — mruknął, nachylając się po raz ostatni nad psem. Nie lubił robić nic po łebkach, ale trudno. Płomienny był zmęczony i resztę ran mógł wylizać sobie sam.
— Nie było tak źle, nie? — zapytał, gdy Krzewik wstał, ale w odpowiedzi dostał prychnięcie. Uznał to za nie. Może za ileś lat zasłuży sobie na dziękuję, albo chociaż na uśmiech.
Zastanawiał się, jak wygląda uśmiechnięty Krzewik. Szczerze uśmiechnięty, a nie w kpinie. Zapewne przystojnie, jak zawsze.
Jasny był psem swoich słów. Obiecał nie męczyć więcej Płomiennego, to starał się nie męczyć Płomiennego. Oczywiście cieszył się, jeśli przypadkiem (tym razem naprawdę przypadkiem) na niego wpadał albo mieli razem patrole. Poza tym pojawiły się inne problemy, jak zamordowanie szczeniaka z Bezgwiezdnych.
Nie chciał o tym myśleć, ale musiał o tym myśleć, bo dwie pierwsze osoby, jakie wpadły mu do głowy, to Płomienny i Krwawy. Był jednak specem w spychaniu wszystkiego w głąb siebie, to i to mógł.
Życie dalej go gnębiło i cała sprawa z Jazgotem... miał syna. Syna, o którym nie wiedział. Syna, który go zaatakował i nie wiadomo co by zrobił, gdyby nie Mleczna.
Ona oberwała gorzej, on jedynie dostał informację, że opuszczanie medyka jest nieodpowiedzialne. Odleżał kilka dni i potem jeszcze kilka dodatkowych, by Mleczna nie była samotna. Zbliżał się jednak czas spotkania z Wilczym Wichrem, a tego nie chciał ominąć.
Tym razem jednak nie znalazł na granicy brata.
— Uszko? — Spojrzał zaskoczony na swoją bratanicę. — Czy coś się stało Wilczemu? — zapytał, a jego myśli już szły w najgorszą stronę.
Wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
— Z tatą wszystko w porządku. Czy możemy... czy możemy pójść gdzie indziej? Zanim on tu przyjdzie? Ja... ja nie wiem z kim o tym porozmawiać.
Uszaty Niedźwiedź była w ciąży. Powiedziała mu, to gdy usiedli w jednej z cichych uliczek. Bratanica łkała mu w futro, a on gładził jej futro i myślał, co może dalej powiedzieć.
Była taka młoda. Nie miała przecież nawet piętnastu księżyców. To malec. Ledwo co przestała być uczniem. Rozumiał jej przerażenie. Błagała, by nie mówił nikomu. Jak mógłby, gdy ona pokładała w nim takie zaufanie?
— Cokolwiek wybierzesz, będę cię wspierać — powiedział, obejmując ją ciaśniej.
Pomyślał o Burzy. Pomyślał o swoim synu, o którym wiedział tylko tyle, że matka go nie chciała. Pomyślał o Mlecznej i swoim kuzynie, który odrzucił swoje dzieci w imię wolności i przygód. Jego serce łamało się, patrząc na sunie. Miała całe życie przed sobą, a on czuł, że nie wykorzystał szans, jakie dostał od losu.
— Jeśli takie będzie twoje życzenie, zajmę się nimi — powiedział. Uszaty Niedźwiedź spojrzała na niego zaszokowana. — Powiem, że je znalazłem. Albo spłodziłem z suką z miasta. Zaopiekuję się nimi. To tylko możliwość. Pamiętaj, ty decydujesz.
Uszata potrzebowała jeszcze chwili, by się uspokoić. Miała pozbyć się jego zapachu i przekazać Wilczemu Wichrowi, że Jasny nie czuje się na tyle dobrze, by wychodzić poza tereny.
Nie chciał kłamać bratu, ale to było ważniejsze. Rozumiał już, czemu miał siedzieć u Medyka. Długie podróże nigdy dobrze na niego nie działały, a teraz czuł ból z każdej niezaleczonej rany.
Jeśli wracając, wybrał pójście niedaleko ziem Bezgwiezdnych, to niczyja sprawa. Przechodząc, usłyszał znajomy głos.
— Jasny.
— O Płomyk. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wymawiałeś moje imię. Kojarzysz?
Samiec nie odpowiedział, tylko wziął głębszy oddech.
— Pachniesz jak suka z Flumine.
— Ty za to świeżo i uroczo jak szczeniaczek — odpowiedział, przewracając oczami, ale nie mógł pozbyć się nutki irytacji z głosu. Nie był w najlepszym nastroju, po rewelacjach Uszatej. — Co tu robisz? Nasze granice z Bezgwiezdnymi są delikatnym terenem. I nie mówię, że narobisz nam kłopotów, ale narobisz nam kłopotów — powiedział, starając się brzmieć radośnie jak zwykle. Chciał zapytać, czy to nie Płomienny jest powodem napięć, a dokładniej jego posiłek ze szczeniaka, ale nie miał aż tak dużego pragnienia śmierci. 
<Płomienny Krzewie?>
[1034 słowa: Jasne Serce otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

23 czerwca 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Jasnego Serca

— Nie będziesz musiał — powiedziałem po cichu, kątem oka jednak spoglądałem na Jasnego, który poszedł przed siebie.
W chwili gdy wcześniej szliśmy razem kawałek i Jasny nadawał jak szalony, to nawet mnie nie denerwował. Chyba zaczynałem przyzwyczajać się do jego głosu i historii, które przeżył. Czasem coś mówił bardzo chaotycznie, ale i to mi nie przeszkadzało. Wydaje się być fajny, jednak wciąż trzymałem go na dystans, znałem takich jak on, którzy w późniejszym czasie albo mnie chcieli wykorzystać, albo zaciągnąć do kąta i wykończyć. Jasny wydawał się bardziej prawdziwy i chciał mnie za… przyjaciela? Nie pamiętam, żeby ktokolwiek chciał mnie, mordercę za swojego przyjaciela.
Udałem się pod wieczór na miejsce ringu. Nikogo w pobliżu nie wyczuwałem, więc pamiętając o dziurze w płocie, wślizgnąłem się po cichu i pamiętałem, aby nie poruszyć drutów. Zdradziłyby moją obecność. Na wprost miałem wejście do budynku, o ile można to tak nazwać. Na nos mi spadła kropla deszczu, a za chwilę kolejne. Niespodziewanie pogoda się pogorszyła na noc i po chwili lało już jak z cebra. Z jednej strony dobrze, bo mnie nie usłyszą. Przemknąłem obok starych, zardzewiałych klatek i drewnianych skrzyń, pod łapami miałem już błoto.
We wnętrzu nic się nie zmieniło od mojego ostatniego pobytu, tylko wywąchałem nowe zapachy ofiar walk. Oczywiście było tu duszno i śmierdziało odchodami zmieszanymi z krwią i czymś jeszcze. Powoli kierowałem się do drzwi na końcu po lewej stronie, obstawiałem, że tam znajdę mój cel. Napotkałem wzrokiem klatkę, w której wcześniej siedział starzec, chciał mnie stąd wygonić, a najchętniej jakby się na mnie rzucił. Teraz znajdowała się tam jedynie jego kupka wyliniałego futra. Pewnie zabrali go na arenę, albo dali jakiemuś agresorowi na kolację, pomyślałem.
Za ścianą usłyszałem dźwięk głośny, aż mi w uszach zaczęło świszczeć. Zacisnąłem zęby, wiedziałem, co oznacza i ewidentnie w tym momencie trwa walka. Atak, atak, atak… Obnaż zęby i do ataku, parszywy kundlu, powróciły mi wspomnienia, o których cały czas próbowałem zapomnieć. Przygotowania, trening, dotknij swego pana, to dostaniesz kijem po głowie, albo kopniaka w brzuch. Warknąłem ze złości, muszę znaleźć zwyrodnialców, co zniszczyli mi życie.
Dotarłem do drzwi, przez kilka sekund nasłuchiwałem czy są w środku, ale nikogo nie słyszałem. Popchnąłem je nosem, wciąż węszyłem, żeby zaraz ktoś się nagle nie pojawił. Nikogo nie było. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, bardzo dziwne zapachy dotarły do mnie, ostre i sprawiały, że miałem ochotę kichać bez przerwy. Nastawiłem nagle uszy i przekręciłem głowę w stronę fotela. Zaraz za nim stała ogromna klatka, na jej podłodze leżały świeże kości z mięsem przy końcach. Jak u wszystkich również znalazło się tu futro z krwią. W tym momencie mnie olśniło — to miejsce mojego największego wroga, z którym walczyłem i o mało mnie nie zabił, gdyby nie jego drobny błąd. Duży mastiff pewnie znajdował się teraz na ringu i rozszarpywał swoją ofiarę. Nie chciałbym się z nim spotkać, ale jeśli do tego dojdzie, to nie będę się powstrzymywał.
Zaczaiłem się w ciemnym kącie i zamierzałem poczekać na mój cel. Wiedziałem, że walka się kończy, bo ludzie na trybunach zaczęli krzyczeć i pewnie czymś kolorowym rzucali w zwycięzcę. Mastiff może mnie wywęszyć, ale oni na siłę go wepchną do klatki, zawsze tak robili ze swoimi wyjątkowymi pupilami. Niech tylko się napiją dziwnego napoju, a wtedy zrobię swoje, pomyślałem.
Parę minut później do pomieszczenia weszli 3 ludzie, odróżniłem zapach każdego, ale nikt z nich nie był tym, o którego mi chodziło. Siedziałem nieruchomo oparty o ścianę, wrogowie krzyczeli do siebie niezrozumiałymi słowami. Obstawiałem, że albo ich pies wygrał, albo przegrał walkę. W tym momencie dołączył do całej trójki właśnie on — gdy tylko otworzyły się drzwi, rozpoznałem rozgniewaną twarz człowieka, którego byłem więźniem. Wszedł pewnym krokiem, a w lewej ręce ściskał łańcuch, gdzieniegdzie był wygięty. Po chwili wepchnął nogą do środka potężnego mastiffa, który wręcz rwał się do walki. Zauważyłem jego rozerwane ucho, wciąż sączyła się gęsta krew, ale znając jego, to z chęcią rozszarpałby jeszcze kilkanaście psów. Warczał, reagował agresywnie na każdego i zachowywał się, jakby mu było zbyt mało mordu. Zaprowadzili go na siłę do klatki, a raczej wepchnęli, bo przecież on nie odpuszcza tak łatwo.
— Idźcie posprzątać, jutro kolejna runda — mój cel zwrócił się do swoich kolegów i wskazał palcem na drzwi, to moja szansa
Łapy mi zaczęły drżeć z nerwów, jego widok sprawiał, że przypomniałem sobie wszystkie komendy, które wykrzykiwał mi na ucho przed walką. Wyobraziłem sobie jego na arenie ze mną… żadnych szans. Wszyscy wyszli z pokoju, zostaliśmy sami. Wyszedłem powoli z cienia, mastiff natychmiast uniósł łeb w poszukiwaniu zapachu. Odsłoniłem zęby, po czym zjeżyłem sierść na karku, człowiek zerwał się z fotela, otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Ślina mi zaczęła cieknąć z pyska, za chwilę wszystko się zakończy, a ja nareszcie odetchnę z ulgą. Pies w klatce zaczął szaleć jak powalony, chciał bronić swego pana za wszelką cenę.
— Powinienem cię zastrzelić, zanim zwiałeś — warknął człowiek i chwycił coś na styl kija.
Doskoczyłem mu do nogi, kilkoma szarpnięciami rozerwałem mu spodnie, a potem szybko odskoczyłem w bok, aby uniknąć uderzenia. Muszę go przewrócić, pomyślałem. Złapałem jeszcze raz za zakrwawioną nogę i mocniej ścisnąłem zęby. Przeciwnik wymachiwał kończyną, chcąc się mnie pozbyć, starałem się utrzymać na łapach, bo podłoga była całkiem śliska. Zderzyłem się dwa razy o szafę, nagle puściłem nogę i udało mi się go chwycić za rękę. O to mi chodziło. Szarpałem głową jak opętany i czułem z każdym uściskiem krew, chciałem, żeby cierpiał jak najdłużej. Wytrenowałeś mnie na mordercę, więc podziwiaj swoje owoce pracy. Nagle zauważyłem uniesiony kij nad łbem, natychmiast się odsunąłem i od razu wbiłem zęby w rękę z jego bronią. Ten złapał mnie za skórę na karku i mocno ścisnął. Warknąłem głośno, chciałem mu doskoczyć do szyi i zadać poważniejsze obrażenia. Wyciągnął rękę przed siebie i spojrzeliśmy sobie w oczy, moje oraz jego płonęły żywym ogniem.
— Myślisz, że nie znam twoich ruchów? — spytał, łapiąc oddech. — Jeśli ci mało zabijania, to zaraz powalczysz na arenie, ale nie wyjdziesz już stamtąd.
Wykrzywiłem głowę i odgryzłem mu dwa palce. Puścił mnie wolno, a sam zwinął się z bólu. Wykorzystałem chwilę nieuwagi, rzuciłem się na niego, aż upadł na ziemię. Ponownie rozszarpałem mu zdrowszą rękę ze wszystkimi palcami, poczułem łamanie kości, co akurat mnie zadowoliło. Drugą ręką chciał mnie odepchnąć od siebie, ale nie mógł, byłem w takim stanie, że nic nie mogło mnie powstrzymać. Rozerwałem mu ubranie przy szyi, materiał darł się jak suchy liść w ciepłym lecie. To był ten moment, teraz pozostało mi jedynie go dobić. Szykowałem się do skoku, ale niespodziewanie uderzył mnie mocno kijem, nie wiedziałem, skąd go wziął. Osunąłem się na ziemię, ciężko mi się oddychało. Bolało mnie na brzuchu, bardziej z boku, prawdopodobnie moje dawniej pęknięte żebro znów pękło. Zmrużyłem oczy, nie mogłem się poddać, tym bardziej że człowiek już prawie stał na nogach. Podniosłem się z niewielkim trudem i zaatakowałem — mocniej i ostrzej.
W końcu udało mi się go wykończyć, wykrwawił się od poniesionych ran. Ulżyło mi, dla pewności szarpnąłem go za spodnie, ale to już był koniec. Odetchnąłem ze zmęczenia, coś mi jednak nie dawało spokoju. Zza fotela wybiegł prosto na mnie rozwścieczony mastiff. Kątem oka dostrzegłem wyrwane drzwi od klatki, on to ma siłę jak niedźwiedź. Wykonałem zwinny unik, nie miałem najmniejszej ochoty z nim walczyć, a jego wściekłość osiągnęła zenitu. Miałem tę zaletę, że byłem szczuplejszy i mogłem bez problemu go wyminąć, tak też to wykorzystałem i miałem chwilę na otwarcie przymkniętych drzwi od pokoju. Wymknąłem się z pomieszczenia i pozostała mi ostatnia prosta do wyjścia. Czułem za sobą ciężkie stąpanie kudłatego potwora, obmyślałem na szybko gdzie go zranić, żeby padł, ale przez grubą sierść miałem marne szanse na chociażby zadrapanie pazurem po skórze.
Przede mną leżały porozwalane klatki, spadły z góry? Może celowo ktoś je zrzucił… Nie mogłem ich przeskoczyć, bo łatwo wtedy bym się nabił na wystające pręty. Po lewej stronie zauważyłem okno. Gdyby tak go przechylić i pchnąć łbem to wtedy powinno się otworzyć. Mastiff oparł się przednimi łapami o półkę, gdzie stały klatki i złapał mnie za tylną łapę. Ściągnął mnie na dół i wbił zęby w bark, odruchowo złapałem go za pysk i rozerwałem skórę aż do oka. Małe wrażenie to na nim wywarło, nie poluźnił uścisku szczęk. Warknąłem cicho, poczułem się jak na arenie podczas ostatniej walki właśnie z tym potworem. Po chwili złapałem go za połowę ucha, które mu ktoś odgryzł wcześniej. Podziałało, bo odszedł kilka kroków w tył, ja wróciłem na półkę, wystarczyło unieść to coś na dole…
Przeciwnik z impetem rzucił się na mnie i wylecieliśmy przez okno, szkło posypało się na wszystkie strony i utkwiło w naszych ciałach. Poczułem przeszywający ból na plecach, drugi pies również, ale nikt z nas nie dał po sobie tego poznać. Na dworze lało, wszędzie było błoto — jeśli tu zawalczymy, to szybko któryś polegnie. Postanowiłem go unieruchomić, a na terenie wokół leżało pełno gratów.
Unikałem jego ataków, jak tylko mogłem, miał w sobie nienawiść i nieokiełznaną chęć mordu. Miałem z nim marne szanse, ale zawsze jak razem walczyliśmy, to remisowaliśmy. Pies prawie chwycił mnie za ogon, ale byłem szybszy. Miałem zamiar go przygnieść śmieciami w postaci starych klatek i ciężkich worków śmierdzących zwłokami psów. Szkło wbite w skórę dawało się we znaki, ignorowałem ból, bo musiałem skupić się na swoim planie. Zatoczyliśmy koło, czekałem cierpliwie na jego pierwszy ruch, był strasznie przewidywalny i wiedziałem w którą stronę ruszy, jednak czekałem. W końcu zerwał się z miejsca i niefortunnie poślizgnął na błocie. Po drugiej stronie budynku leżała największa sterta śmieci i tam musiałem się skierować. Samemu mi było trudno utrzymać równowagę, całe futro miałem przemoknięte i brudne.
Pod płotem przemknął mi cień, może mi się zdawało, ale wyglądał dość charakterystycznie. Po chwili dojrzałem Jasnego po mojej stronie, co on tu u diabła robi? Pewnie szuka wyjścia, a dziura sama mi zniknęła z oczu, pomyślałem. Spojrzałem za siebie, mastiff zdołał się już podnieść i biegł w naszą stronę. Mój towarzysz położył uszy i zdębiał, teraz na pewno się nie ruszy z miejsca. Złapałem go za skórę na karku, jego futro też całkiem kleiło się od błota.
Podszedłem jak najbliżej sterty śmieci, która ledwo stała w miejscu i czekałem na wroga. Jasny zwinął się prawie w kłębek, rozglądał się na boki. Wielki pies wyłonił się zza zakrętu i stanął naprzeciw nas.
— Co ty robisz? — spytał Jasny, wbijając wzrok w psa przed nami.
Ścisnąłem go trochę mocniej, gdy wróg zaczął na nas szarżować jak wściekły byk. Napiąłem mięśnie łap i musiałem teraz wyczuć dobry moment. Pies otworzył paszcze niecałe 5 metrów od nosa Jasnego, ale w tej chwili zrobiłem unik i mastiff zbił się ze śmieciami, które całą siłą zleciały na niego. Przysypały go całego, nie było szans, żeby wyszedł z tego cało. Nagle lampy na budynku się zaświeciły, chyba znaleźli ciało, pomyślałem. Czmychnąłem przez dziurę w płocie i bezpiecznie się oddaliłem. Naprawdę poczułem ulgę, gdy opuściłem to miejsce.
Na naszych terenach mogłem puścić już Jasnego, chyba się trochę wystraszył. Zacisnąłem zęby, znów się upomniały kawałki szkła, muszę je jakoś wyjąć. 
<Jasne Serce?>
[1806 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]