Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Kultyści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Kultyści. Pokaż wszystkie posty

28 czerwca 2022

Od Kaskadowej Sasanki (Sasankowego Wichru) [NPC]

Opowiadanie ma miejsce w połowie lata, przed zgromadzeniem klanów i porwaniem Dofinki.
W życiu Sasankowego Wichuru nic nie było po jej myśli. Z każdym dniem Gwiezdni udowadniali jej to na nowo. Zawsze miała wielkie ambicje, zostanie liderką było od dziecka jej planem. Niestety los wielokrotnie go zweryfikował. Pierwszy raz, kiedy próbowała porozmawiać z Rzepakową Gwiazdą. Co prawda suka była dla niej naprawdę miła, ale nadawały na całkiem innych falach. Córka Płonącego Konara przestała wierzyć, że kiedykolwiek odnajdzie z nią wspólny język, by móc zostać jej zastępczynią. Miała wrażenie, że, nawet jeśli uda jej się czymś zabłysnąć i wyróżnić, czarno-biała, tak czy inaczej, pokieruje się swoją intuicją. Alternatywą było zyskanie uznania w oczach Sowiego Pazura, ale on swoim zachowaniem wręcz odrzucał rudą. Był strasznym bucem, a jego wielkie ego przysłaniało obraz rzeczywistości. Tak więc w miarę wypełniania swojego treningu u boku ojca, jej wizja przyszłości coraz bardziej się zacierała.
Miała wrażenie, że on jest jedyną rzeczą w jej życiu, która jest dokładnie taka, jaka powinna. Wielki wojownik, wzór do naśladowania, jej mentor, zachowujący się tak godnie, z należytym klanowemu psu dostojnością. Tak bardzo go kochała, że nie pomyślała nawet, kiedy go zabraknie. A stało się to zdecydowanie zbyt szybko, by była na to gotowa. Od jego zniknięcia bardzo zdystansowała się nawet od swojej najbliższej rodziny. Korzenny Sen jedynie ją irytował, Łabędzi Gwizd, chociaż się starała pocieszać swoją wychowankę, nie dawało to większych efektów.
Środkiem lata stało się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Sasanka właśnie wróciła z patrolu, kiedy to przed magazynem podniosła się wrzawa. Wyjrzała tam, a widok rzeczywiście był dość osobliwy. Dwa brudne, dziwne psy, których nigdy nie widziała, rozmawiały z liderką. Co więcej, Gwiazda wydawała się je znać. Córka Płonącego Konara pomimo ciekawości, zdecydowała się to zignorować. Czasem takie rzeczy się zdarzały. Jakieś dzikusy zjawiały się, by porozmawiać z klanem, prosić o pomoc. Wojowniczka była jednak ponad to, nie była już szczeniakiem, by podniecać się takimi wydarzeniami.
Nietrudno więc wyobrazić sobie jej zdziwienie, kiedy psy wkroczyły do magazynu.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Przez następne kilka dni nowe psy zamieszkały razem z Ognistymi, mimo zaskoczenia członków klanu. Oboje wzbudzali strach w uczniach i szczeniakach, a także niepokoili bardziej wrażliwych wojowników. Dużo głosów cicho marudziło na ich odór. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, co mówili. Sasance kilka razy udało się to wyłapać. Raz, gdy podejrzana suka rozmawiała z Jagodową Mgłą:
— Mówię prawdę, ukazali mi się i dali wskazówki.
— Wiesz dobrze, że Gwiezdni nie pokazują się tak łatwo byle komu i to jeszcze poza snami — odparła szara suczka.
— Twój brak wiary cię zgubi. Mogłabyś iść ze mną, mieć wszystko, czego zapragniesz, dowolny dar od Gwiezdnych — nakłaniała ją dalej ruda.
Wojowniczka jednak nie przyjęła tego zbyt entuzjastycznie.
— Przerażasz mnie, Miodowy Nektarze. Jeśli naprawdę myślisz, że tak było… Dobra, niech ci będzie, ale brzmi to jak szaleństwo. — Toteż powiedziawszy, szybko się oddaliła.
Tak było również z innymi psami. Wicher zastanawiała się, o co może z tym chodzić. W końcu jednak pojęła. Dziwna suczka próbowała zwołać do siebie jak najwięcej psów, może planowała rebelię, a może stworzenie nowego klanu? Sasanka nie mogła przegapić takiej szansy. Niepewna władza, słabo nakreślone zasady, to mogła być jej droga do sukcesu i nie zamierzała tego przegapić.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Kontynuując swoje obserwacje, doszła do wniosku, że taki stan nie może trwać długo. I co? Miała racje. Rzepakowa po wielokrotnych donosach o poczynaniach Miodowej oraz znalezieniu przez nią kolejnego włóczęgi, w końcu poprosiła ją o opuszczenie Industrii. Ruda suczka, o dziwo, zgodziła się na to dość łatwo, jedynie wykrzykując znów swoje obłąkańcze teksty. Może zwyczajnie bała się konfrontacji z całym klanem?
Chwilę po tym, jak wygnane psy ruszyły w stronę granicy, a całe zbiegowisko się rozeszło, córka Płonącego Konara powędrowała ukradkiem ich śladem. Zanim jednak dogoniła kultystów, usłyszała za sobą kroki. Szybko odwróciła się, szczerząc groźnie zęby na intruza.
— Czemu za mną leziesz? — zawarczała ostrzegawczo, zanim jeszcze spostrzegła brązowo-białe futro.
Był to Drozdowy Szlak, który zbytnio nie przejął się jej niechęcią.
— Nie „lezę” za tobą — odparł dość spokojnie. — Chciałem pogadać z tą całą Gwiezdnym Nektarem. Jest trochę walnięta, ale ciekawie gada.
Suczka nie mogła uwierzyć, że naprawdę oboje mieli ten sam cel. Nie mogła jednak wymięknąć. Co jeśli pies miał dokładnie taki sam plan jak ona? Rzadko widywała tego wojownika, a rozmawiała z nim może raz podczas patrolu. Był dla niej jedną wielką zagadką.
— W takim razie właśnie za mną leziesz — wytknęła mu z wyższością, po czym ruszyła dalej jakby nigdy nic, bo trójka wyrzutów prawie zniknęła jej z oczu.
— Pomyślałaś o tym samym? — zdziwił się pies, po czym dopytał: — Sasankowy Wicher, prawda?
Jego spokój działał rudej na nerwy. Równie denerwujący wydał się fakt, że musiał on o jej imię w ogóle dopytać, kiedy ona doskonale wiedziała z kim ma do czynienia. Nie rozumiała, jak można nie pamiętać imion psów z własnego klanu. Jak można nie pamiętać JEJ imienia!
— Ta — przytaknęła mało entuzjastycznie.
Reszta drogi minęła im w niezręcznej ciszy. W końcu przed nimi pojawili się dumni wygnańcy.
— Mio… — zawahała się Sasanka, czy powinna używać tego samozwańczego imienia? Wydawało się to na pozór całkiem szalone, ale jak cały jej plan. Jeśli miało się udać, nie mogła podpadać suce, używając jej starego imienia. — Gwiezdny Nektarze!
Psy zatrzymały się, a natchniona odwróciła do nich.
— Chcielibyśmy także zobaczyć Świętą Rzekę — wyjaśniła Ognista, przypomniawszy sobie, jak często było o niej wspominane.
Miodowa podeszła do nich, przyjrzała im się, obwąchała.
— Dobrze wybraliście, młodzi wojownicy. Czeka wasz o wiele wspanialszy los, niż kiedykolwiek w klanie. — W to akurat Sasanka nie wątpiła. — Zatem chodźcie.

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Wędrówka zajęła im trochę czasu, dając Sasance sporo chwil na przemyślenie decyzji, jaką było podążenie za tymi dziwakami. Trzymali się plaży, w tej jednak jej części rzadko kiedy można było spotkać dwunożnych, czy nawet inne psy. Słońce wieczorem nie dawało o sobie aż tak mocno znać, ale piasek nadal palił poduszki łap. Nim jednak zapadł zmierzch, dotarli w końcu do swojego celu. Spod ziemi wystawała ogromna rura, z której wypływała dziwna, zielonkawa woda. Prawdopodobnie jedna z odnóg Świętej Rzeki. Miodowa wkroczyła do niej bez wahania. Sasanka i Drozdowy wymienili niepewne spojrzenia. Bagno podążył za ich przewodniczką, natomiast Zimny… Rzucił wojownikom tak kpiący wzrok, że córka Płonącego Konara wskoczyła przed niego, odpychając go nieco ze swojej drogi. Oboje zawarczeli cicho, ale samiec zdecydował się tym razem odpuścić mniejszej suczce. Nie miał mimo wszystko pewności, czy skoro jest z tego samego klanu, co Miodowa, to czy nie staną po swojej stronie, a on nie chciał rezygnować z wygodnego życia przez jakąś kretynkę.
Zagłębili się w ścieki przez niewielkie przejście, brodząc prawie po połowy łap w brudnej cieczy, aż dotarli do większego pomieszczenia. Tam dopiero smród dawał się we znaki, a płyn zaczął sięgać Sasance do piersi. Jedna z rur znajdowała się wyżej od pozostałych i tworzyła nawet zielonkawy wodospad, który wpadał do szerokiego niczym rzeka kanału. On właśnie rozdzielał się na trzy ujścia, to którym weszli oraz dwa dodatkowe. Gdyby nie otaczający wszystko brud jak również odór, miejsce to mogłoby być naprawdę imponujące, może wręcz magiczne.
Gwiezdny Nektar wyskoczyła z wody na jeden z chodników, znajdujących się po obu jej stronach kanału. To samo zrobili Zimny Kieł i Bagienne Błoto, po czym wyminęli ją, wchodząc w głąb suchego miejsca. Sasanka zakodowała sobie w głowie, że na większego z psów powinna uważać. Wydawał się jej aż prymitywny w swoich działaniach, ale przy tym także bezwzględny i wykonujący rozkazy rudej. Mogło przysporzyć to wiele problemów w trakcie przejmowania władzy.
Zanim Ogniści zdołali wydostać się z wody, wybrana odwróciła się do nich przodem.
— Oto skąd wypływa Święta Rzeka — powiedziała doniośle, a lekkie echo wzmocniło wyniośle jej słowa. Sasanka mogła skupić się jednak tylko na tym, by nie zwymiotować. — Gwiezdni ofiarowali nam to schronienie, jako ich pobratymcom. Możemy tu odpocząć, przed wyruszeniem na połów zbłąkanych dusz. Zanim jednak zostaniecie oświeceni i przyjęci w ich łaskę, musicie wpierw napić się wody, w której brodzicie. Wtedy staniecie się częścią wybranych.
Wojownicy nie do końca wiedzieli, czy mówi ona serio, a ciecz nie wyglądała na zdatną do picia. Z każdą kolejną chwilą ciszy, było jednak coraz pewniejsze, że jest to śmiertelnie poważne.
Sasanka szybko ośmieliła się napić tego paskudztwa. Wzięła jedynie mały łyk, czując na języku smak tak okropny, że nie wiedziała nawet, do czego go przyrównać. Miodowa wzięła głębszy wdech, zaciągając się oparami wody, od których powietrze było aż ciężkie.
— Tak, Gwiezdni zesłali mi znak. Było to twe nowe miano — powiedziała do suczki. — Zwać się będziesz Kaskadowa…
— Sasanka — przerwała jej młoda, lubiła swoje imię i nie chciała, by było kompletnie zmieniane.
Gwiezdny Nektar wydała się nieco zbita z tropu, ale ostatecznie również to uznała za część wizji.
— Możesz więc zwać się jedną z nas, Kaskadowa Sasanko i wraz z nami głosić wolę Gwiezdnych — przytaknęła kapłanka, po czym spojrzała na brązwo biały..
Córka Płonącego Konara wyszła na brzeg i otrzepała futro, na ile było to możliwe. Także weszła do niewielkiej przestrzeni, dostatecznie jednak dużej, by pomieścić nawet kilkanaście legowisk.
Drugi wojownik nie wyglądał na aż tak przekonanego do tej całej inicjacji.
— Na pewno muszę to pić? — zawahał się Drozdowy Szlak, patrząc po pozostałych niepewnie.
— Tak — odparła twardo Gwiezdny Nektar.
Pies cofnął się o krok.
— Chyba wolałbym tego nie robić — przyznał ugodowo, licząc, że bez tego pozwolą mu zostać.
Nie zdążył jednak już nawet drgnąć, zanim doskoczył do niego Zimny Kieł i machnięciem silnej łapy, wepchnął jego głowę pod wodę. Wypuścił go dopiero po chwilowej szamotaninie. Drozdowy chwilę kaszlał, zanim doszedł do siebie.
— Oszalałeś?! — zawarczał, obnażając zęby.
— Tylko trochę ci pomogłem, byś mógł zbliżyć się do Gwiezdnych — odparł z wrednym uśmiechem większy pies.
Miodowa nie wyglądała na specjalnie tym przejętą, a raczej na nieco nieobecną.
— Gwiezdni mówią, że sam wiesz, jakie imię powinieneś otrzymać. Wypiłeś wystarczająco zesłanej przez nich wody. Słyszysz, jak do ciebie mówią? — zapytała.
Nadal ciężko oddychający pies westchnął, poczuł lekkie zawroty głowy i ucisk w żołądku, nie był pewny, czy faktycznie cokolwiek słyszy lub czuje, ale jego skołowany umysł przyniósł mu na myśl jedno imię:
— Zgasły Lelek.
Zimny Kieł parsknął śmiechem, ale ruda tylko skinęła głową i powtórzyła frazę o wybranych. Sasanka nie mogła przestać się zastanawiać, jak zdaniem Miodowej ma to wszystko wyglądać, ale zamiast zadawać pytania, ruszyła zbadać pozostałe, tym razem już suche rury, które wychodziły z pomieszczenia. Okazało się, że jedna z nich prowadzi na powierzchnie. Ta informacja jednocześnie ją cieszyła, jak i strasznie wkurzyła. Trochę jej ulżyło, że nie będzie musiała więcej wchodzić do wody poza utrzymywaniem przykrywki, ale irytował ją fakt, że by się tego dowiedzieć, musiała zapaskudzić sobie całą sierść.
Tego wieczoru zjadła na powierzchni, w samotności, po czym wróciła z dwoma kocami, skradzionymi dwunożnym. Jeden oddała kapłance, by wkupić się w jej łaski, a o drugi pobiła się z Zimnym Kłem. Wygrała, więc samiec musiał spać na betonowej podłodze. Może i był silniejszy, ale to ona dzień za dniem szkoliła się na wojowniczkę. Wiedziała, jak radzić sobie z przeciwnikiem, który ma przewagę. Liczyła, że szybko wyniosą się z tego podłego miejsca, by „nawracać zbłąkane dusze”, bo odór był ciężki do wytrzymania na dłuższą metę. Wolałaby nawet spanie w jakimś ogródku dwunożnych. Starała się jednak stwarzać pozory, że wszystko to bardzo jej się podoba. I z każdym wdechem powoli zaczynała się zgadzać z tą myślą.
Tej nocy zasnęła, myśląc o tym, by lepiej było warto, a niedługo wszyscy padną do jej łap.
[1860 słów; Sasankowy Wicher zmienia imię na Kaskadowa Sasanka, Drozdowy Szlak zmienia imię na Zgasły Lelek i oboje dołączają do kultu]

Od Dofinki — „Jak zostałam kultystą.” cz. 2

W miarę upływu dni spędzonych wśród nowo poznanych psów, Dofinka powoli przełamywała się do prowadzenia krótkich rozmów. Większość z nich polegała na jednostronnym pytaniu o samopoczucie i zdawkowych odpowiedziach, jednak... to zawsze było coś. Wciąż namiastkę tego kontaktu ograniczała do chwil, kiedy jeden z dorosłych osobników przynosił jej jedzenie. Nie zachowywali się złowrogo, wręcz przeciwnie - odnosiła wrażenie, że są względem niej bardzo cierpliwi i starają się ostrożnie stąpać po cienkim lodzie, jakim było jej zaufanie. Jakaś wyższa siła nie pozwalała jej jednak odwrócić się do nich plecami bez cienia obaw o własne życie. Coś było nie tak, tylko nie potrafiła dociec, co takiego. Natrętne myśli gryzły ją i kąsały niczym wściekłe stado pcheł.
Grupa, która ją przygarnęła, nawet nie kryła się ze swoim koczowniczym trybem życia. Suczka nie rozumiała, po co wędrować z miejsca na miejsce, zamiast osiedlić się w tym idealnym, które można by było nazwać domem. Oni woleli chodzić, codziennie nocować pod innym skrawkiem tego samego nieba, codziennie na innej trawie, codziennie wśród nowych zapachów. Niepokoiła się, gdy widziała, jak niezmiennie obserwowali każdy jej ruch. Zawsze znalazł się ktoś, kto miał ją na oku. Czuła się kontrolowana. Bali się, że ucieknie? Tylko dlaczego mieliby?
Bała się ich, choć nie robili niczego złego. Koegzystowali z naturą, nie zabijali dla zabawy ani nie skakali sobie na co dzień do gardeł. Po prostu byli, żyli we wzajemnej symbiozie. Ich spokój i opanowanie dawały szczenięciu wrażenie sztuczności. Ale po co mieliby udawać chodzące wzorce dla każdego szarego burka? Musieli po prostu tacy być. Niemożliwe, żeby wszystko było grą aktorską. Każdy element układanki idealnie się ze sobą łączył, ale... czegoś ciągle brakowało. Czegoś, co wiązałoby koniec z końcem i rozwiało wszelkie wątpliwości.
— Dofinko? — Usłyszała pewnego dnia, gdy ruda suczka zbliżyła się do niej wolnym krokiem.
Co do samego Gwiezdnego Nektaru... do niej miała najmniejsze obawy. Samica zdołała zaskarbić sobie malusieńki naparstek zaufania suczki. Z tego powodu nie kuliła się za każdym razem, gdy tylko ta zwracała się doń bezpośrednio. To z miodową potrafiła wymienić więcej niż dwa słowa.
— Tak? — odparła nieśmiało, wlekąc się ku niej, by spotkały się gdzieś w połowie odległości, która je dzieliła.
— Spędziłaś z nami już trochę czasu. Jak ci się podoba? Wiem, że wszystko nadal jest dla ciebie nowe, ale wydaje mi się, że udało ci się już wyrobić jakąś opinię na temat naszego małego stada — odpowiedziała, jak zwykle spokojnym i opanowanym tonem.
“Co mam odpowiedzieć? Boję się, że zrobicie mi krzywdę, bo jesteście dziwni. Jak o tym powiem, to co zrobicie? Na pewno nie chcą tego usłyszeć. Ja też nie chciałabym, żeby ktoś nazwał mnie strasznym... Może powinnam skłamać i dać im szansę? Dbają o mnie, dają mi jeść, to przecież dobre uczynki.”
Dofinka błądziła wzrokiem od lewej do prawej, od góry do dołu. Gmerała przy tym łapą w piasku, próbując rozładować nagromadzony stres. Żadne słowa nie były wystarczająco dobre. Powiedzenie czegokolwiek wydawało jej się głupie i bardzo ryzykowne. Nie chciała zostać zabita. Bała się tego. Wiedziała też, że powinna w końcu odpowiedzieć, bo Gwiezdny Nektar czekała. Nie poganiała małej, ale mimo to szczenię wyczuwało rosnące napięcie.
— Jesteście... fajni.
I już. Tyle. To była najbezpieczniejsza opcja. Bała się spojrzeć na pysk miodowej. Pewnie oczekiwała innej odpowiedzi. Dofinka była jednak za młoda, nie potrafiła prowadzić rozległych monologów i wyrażać obiektywnych opinii.
— Cieszę się bardzo. — Ta odpowiedź zbiła ją z pantałyku.
Jak to? Nie była zła, że usłyszała za mało? Owczarek spojrzał na nią nieśmiało i, ku własnemu zdziwieniu, spotkał się z przyjacielskim uśmiechem. Ogon niedawno poznanej suki kiwał się delikatnie na boki. Czyli nie była zła. Kamień spadł z drobnego serca.
— A... proszę pani... znaczy, Gwiezdny Nektarze — zaczęła, a widząc, że ma pełne skupienie swojej rozmówczyni, kontynuowała temat — Bo ja wiem, że nie jestem stąd. Ostatnio trochę myślałam i powoli sobie przypominam niektóre rzeczy... Chciałabym wrócić do domu. Możecie mi pomóc? Gdybyście mi pokazali, gdzie mnie znaleźliście...
— Wykluczone — odpowiedziała szybko i twardo, zaraz jednak chrząknęła i z powrotem złagodniała. — Posłuchaj, to bardzo niebezpieczne. Znaleźliśmy cię w bardzo złym stanie w groźnym miejscu. — Ucichła na kilka sekund, myśląc nad czymś intensywnie. — Myślę, że zasługujesz na prawdę... — Przybrała zbolałą minę. — Twoi rodzice cię porzucili i zostawili na pewną śmierć. Nie chciałam ci tego mówić, bo to na pewno ciężkie, ale sama wolałabym o tym wiedzieć na twoim miejscu.
Do oczu Dofinki napłynęły łzy. Jak to, mama i tata mogliby zrobić coś tak okropnego? Siąknęła cicho nosem i schowała pysk między łapy, próbując ukryć swoje załamanie. Bardzo bolało ją to gdzieś głęboko w środku, jakby jakiś szaleniec właśnie skakał po jej uczuciach i żonglował emocjami.
Czyli to oni zepchnęli ją z tamtej krawędzi? Nie goniła za motylkiem, aż straciła orientację w terenie? Jak mogli słuchać jej rozpaczliwego wołania o pomoc i nie zareagować, skoro na pewno byli w okolicy? Świat jest taki okropny, taki podły...
Pozwoliła miodowej samicy na okrycie jej ogonem i delikatnie głaskanie łapą po karku, gdy sama drżała podczas płaczu. Nie potrafiła pogodzić się z tym, co właśnie usłyszała. Była tylko dzieckiem, bardzo podatnym na manipulację.
[830 słów, Dofinka otrzymuje 8 punktów doświadczenia]

23 czerwca 2022

Od Dofinki — „Jak zostałam kultystą.” cz. 1

— Maaamooo! — wołała, ale odpowiadało tylko echo. — Taaatooo!
Przez pierwszą godzinę myślała, że ktoś na drugim końcu tunelu próbuje ją przedrzeźniać. Bo w jakim innym celu miałby odkrzykiwać te same słowa w kółko i w kółko? Irytowała się, fukała, a czasem nawet znajdowała się na granicy płaczu. Co za okropny potwór robił sobie z niej żarty, kiedy była śmiertelnie przerażona nowym otoczeniem?
Z czasem jednak suczka zaczęła rozumieć, że to jej własny głos odbija się gdzieś daleko i wraca. Tak też wyciągnęła wniosek, że jaskinia musi się kończyć... gdzieś. Nie była pewna, jak długo musi iść, ale wiedziała, że w końcu wydostanie się z ciemnicy. Słyszała wszystkie, nawet najdrobniejsze dźwięki. Najmniejsza kropelka wody spadająca z nieszczelnego sufitu nie śmiała umknąć jej uwadze. Im dłużej znajdowała się w podziemnym labiryncie, tym bardziej jej zmysły się wyostrzały. Słyszała bicie własnego serca i szum krwi. Miała wrażenie, że słabnie. W dodatku nieludzko bolała ją tylna połowa ciała, nogi odmawiały posłuszeństwa. Stawiało koślawo krok za krokiem, czasem kulejąc i kołysząc się na boki. Męczyła się za każdym razem, gdy traciła równowagę. A działo się to średnio co dziesięć minut. W którymś momencie odniosła wrażenie, że powietrze z płuc zaczyna gdzieś umykać jak z przebitego balonika. Powoli, boleśnie, przez świszczący pysk.
Żałowała, że nie była ostrożniejsza. Mogła nie zaglądać do szpary pod torami. Nawet nie zdążyła zareagować, gdy ziemia osunęła jej się spod łap i runęła w dół. Upadek bolał, bo wylądowała na sztywnych łapach. Spięta ze stresu, długo nie mogła się pozbierać. Leżała i krzyczała, póki nie zaczęło ją skrobać w gardle, a każde kolejne słowo dławiła zyskująca na sile chrypa. To właśnie wtedy wstała, by zaryzykować i ruszyć tunelem. Gdy przełyk przestał nieco szczypać, ponowiła wołanie rodziców, tym razem ciszej i rzadziej. Odpowiadało tylko echo.
Zaryła pyskiem o ziemię, mając w głowie zapętlone wspomnienie upadku z wysokości. Dookoła kręciła się cała armia pająków. Bała się, gdy zaczęły wspinać się po jej ciele. To było nieprzyjemne. Obawiała się, że cała ta pajęcza mafia pożre ją żywcem. Tylko że nie miała już siły, by się chociaż otrząsnąć i zrzucić pasażerów na gapę. Miała wrażenie, że jest jej coraz ciężej, jakby robactwo ważyło więcej niż powinno. Szczenięce powieki wkrótce opadły, a Dofinka odpłynęła. Nawet nie zauważyła, kiedy straciła przytomność.
Obudził ją nieznajomy zapach. Nie miała jednak wystarczająco dużo energii, by rzucić okiem na to, co dzieje się dookoła. Wiedziała tylko, że frunie, bo nie czuła gruntu pod łapami. Zasnęła na dłużej. Podobne kilkusekundowe pobudki nawiedziły ją jeszcze kilka razy. Podczas jednej z nich, czuła w pysku dziwny posmak nieznanego zioła. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić jego smaku, bo język miała suchy i sztywny niczym badyl.
W końcu, zdawało by się, że bardzo gwałtownie, poczuła trawę pokrytą rosą, łaskoczącą po nosie. Zbudzona kichnięciem, poczuła nagły przypływ stresu. Była w nieznanym miejscu, otoczona przez obce psy. Przestraszyła się i poderwała, próbując przybrać pozę ostrzegawczą, ale kto bałby się takiego chucherka? Zaszczekała i położyła po sobie uszy. Nie podobała jej się ta sytuacja. Nie mogła sobie przypomnieć, jak tutaj dotarła ani co wydarzyło się przed zapadnięciem w długi sen. Zupełnie, jakby ktoś wziął olbrzymią gumkę i wymazał wszystko z jej szczenięcego łebka. Czyżby uderzyła w coś lub została uderzona prosto w głowę?
— Spokojnie, mała istotko. Jesteś już z nami bezpieczna. Jesteśmy wysłannikami Gwiezdnych, ich oczami w świecie żywych. Twoim przeznaczeniem było znaleźć się wśród nas i głosić ich mądrości. — Obca samica wyrosła przed nią znikąd.
Dofinka nie rozumiała niczego. Jacy Gwiezdni? Jakie przeznaczenie? Kim w ogóle była miodowa samica, która do niej mówiła? Mała suczka usiadła, jednak przez osłabienie szybko upadła na bok, przez co w powietrze wzbiły się niewielkie ilości kurzu i pyłu. Czuła, że bardzo zaschło jej w gardle. Żołądek także upomniał się o swoje, bulgocząc i warcząc.
Szczenię spojrzało zagubionym wzrokiem na nieznajomą. Po kilku sekundach ciszy, ta wyglądała, jakby nagle doznała olśnienia i zawołała jednego ze swoich towarzyszy, który przyniósł niewielką przepiórkę. Położył ją pod nosem młodego owczarka i oddalił się, by nie przeszkadzać w spożywaniu posiłku. Dofinka powoli zaczęła skubać mięso ledwo wyrośniętymi kłami i mielić je, dokładnie, wolno, aby wreszcie przełknąć. Traktowała tak każdy pojedynczy kęs. Nie z ostrożności, bo była na to zbyt naiwna, a z braku energii i doświadczenia w żywieniu się mięsem. Czuła niepokój, bo nie potrafiła przypomnieć sobie niczego. Starała się. Zawieszała się pomiędzy przeżuwaniem kawałków ptaka, wytężając swój mały móżdżek do granic możliwości. I nic. Chwilami chciała płakać i traciła ze stresu dech. Jak to możliwe, że teraz miała nawet wątpliwości w to, jak się nazywa? Kim była, skąd się wzięła?
— Zacznijmy od początku, Dofinko.
Suka, która wcześniej prawiła jej dziwne kazanie, wróciła. Dofinka... A więc tak się nazywała. Coś jej zaświtało. Najwyraźniej musiała jej się przedstawić, ale kiedy? Czy to była jej matka? Suczka była skonsternowana i średnio przekonana co do autentyczności tego, co właśnie rozgrywało się na jej oczach. Może wciąż śniła? Nie opuszczały jej ani nerwy, ani wątpliwości. Cały czas leżała spięta, lekko pochylając głowę nad rozerwaną przepiórką.
— Proszę pani, a kim pani w ogóle jest? — przemówiła wreszcie zachrypniętym głosem.
Pysk suki rozświetlił delikatny uśmiech, którym nieco uspokoiła szczenię. Może nie miała złych zamiarów, może była jej rodziną? Nie wyglądała na kogoś złego. Czemu miałaby chcieć skrzywdzić jakiegoś dzieciaka?
— Cieszę się, że pytasz. Jestem Gwiezdny Nektar, kapłanka grupy wybrańców samych Gwiezdnych. Wstąpienie w nasze szeregi to największy zaszczyt, jaki może spotkać psa. Będę twoją opiekunką, nauczę cię wszystkiego i przekażę tak dużo wiedzy, ile tylko będę w stanie.
Brzmiało wiarygodnie.
[903 słowa, Dofnika otrzymuje 9 punktów doświadczenia i wjeżdża z buta do Kultu.]

31 maja 2022

Od Miodowego Nektaru (Gwiezdnego Nektaru)

 Oczy Miodowej skierowane były na magazyn, przy którym krzątała się dwójka psów. Suczka ich nie rozpoznała pewnie przez fakt, iż minęło dużo czasu, odkąd ostatni raz przebywała na terenach własnego klanu. Musiało urodzić się sporo szczeniaków, a te w końcu dorosły i zostały mianowane na wojowników. Odmieniona wojowniczka Industrii westchnęła i z dziwnym smutkiem odwróciła głowę w inną stronę. Musiała tam wrócić, ale ten powrót dużo będzie ją kosztować.
— Ruszajmy — rzuciła do stojącego obok samca, który ze względnym spokojem obserwował obce dla niego psy.
Kiedy Miodowa, a raczej Gwiezdny Nektar, ruszyła w stronę magazynu i granic Industrii, masywny samiec człapał koło niej. Jego duże łapy zostawiły odciski w miękkiej glebie, dając wrażenie, że zamiast psa był tutaj niewielki niedźwiedź.
Zapach różnych wojowników uderzył nozdrza suczki, sprawiając, że na chwilę zwątpiła, czy chce tutaj wracać. Szybko jednak to uczucie minęło, a na jego miejsce weszła pewność siebie oraz odwaga. Czuła się świetnie z faktem, iż może wziąć pod swoje skrzydła dawnych przyjaciół i zapewnić im lepsze życie. To wszystko napędzało ją do działania.
Szła dumnie, z uniesionym łbem i równie dumnie spoglądała na wystraszoną grupkę szczeniąt, zapewne uczniów.
— Miodowy Nektar? — usłyszała znany, lecz odrobinę rozmyty głos.
Odwróciła się powoli, aż natrafiła wzrokiem na liderkę — Rzepakową Gwiazdę. Starsza suczka wyglądała na rozpromienioną. Dawno w końcu nie widziała Miodowej, a po klanie latały plotki odnośnie jej śmierci. Ten powrót był czymś niezwykłym, czego nikt nie mógł przewidzieć, ale również coś, czego nikt się nie spodziewał.
Rzepakowa przywitała suczkę z radością i zaraz oprowadziła ją po klanie, nie zwracając większej uwagi na Zimnego Kła, który chodził za rudowłosą, nie opuszczając jej na krok.
— A kim jest ten gościu? — zapytała w końcu.
— Zimny Kieł, mój przyjaciel. Uratował mi życie. — Kłamstwa z łatwością wydostały się z pyska Miodowej, gdyż był to jedyny sposób, aby zbliżyć się do liderki i całego klanu; aby w końcu znaleźć wybranych i odejść ponownie.
— Rozumiem. — Rzepakowa uśmiechnęła się delikatnie, lecz kontakt wzrokowy z masywnym samcem nie należał do najprzyjemniejszych.

***

Nocą, kiedy wszystko się już uspokoiło, a większość psów przywitała Miodową oraz jej nowego kompana, suczka przesunęła się w stronę granic, by wypatrywać potencjalnych członków. Było późno, większość spała, a ten, kto chciał popilnować granic i tak nie zbliżyłby się do nich — w końcu to Miodowa, co złego może zrobić?
Tym więc sposobem suczka wzrokiem wypatrzyła jasnego koloru psa, błąkającego się w poszukiwaniu jedzenia. Był mniejszy od Zimnego, ale równie masywny, przez co Miodowa od razu wzięła go za idealnego kandydata. Szepnęła towarzyszowi na ucho, iż intuicja ciągnie ją w stronę tego psa i ruszyła w jego kierunku, każąc również Zimnemu zostać na miejscu.
— Jesteś sam? — zapytała, kiedy jej oczy napotkały oczy jasnego samca.
Wyglądał na zmęczonego życiem, ale równie czujnego na wypadek, gdyby ktoś chciał go zaatakować.
— Mogę dać ci lepsze życie. — Zbliżyła swój pysk do pyska obcego. — Mogę dać ci wszystko, zaczynając na szczęściu, a kończąc na wiecznym życiu. Jesteś wybranym. To ja cię wybieram.
— Przepraszam bardzo, ale nie rozumiem, o czym gadasz. — Samiec usiadł i przyjrzał się suczce z wyraźną dozą zainteresowania.
Na pysku Miodowej zawitał szaleńczy uśmiech, który onieśmielił obcego samca i sprawił, że przeszły przez niego dreszcze. Nie cofnął się jednak, a czekał na kolejne słowa suczki, które zupełnie odmienią jego życie oraz punkt widzenia na to, co go otaczało.
— Wyczuwam w tobie znajomy zapach i chcę uczynić twe życie lepszym. Widzisz, przez tyle księżyców cierpiałam, aż nie doznałam olśnienia. Przyszedł do mnie Gwiezdny i opowiedział o życiu wiecznym; o tym, że będę w lepszym miejscu i muszę ratować innych. — Łzy zakręciły się w oczach Miodowej. — Nazywam się Gwiezdny Nektar i chcę poprowadzić cię na lepszą drogę, mój Gwiezdny. Dołącz do mnie, a posmakujesz prawdziwego życia, przesyconego szczęściem, które zakończy się wiecznością.
— Zapewnisz mi wszystko? — Uniósł brwi.
— Czeka cię prawdziwy dobrobyt, mój drogi Gwiezdny. Góra jedzenia, tak pysznego, że nigdy nie będziesz musiał węszyć w poszukiwaniu martwej myszy. Czeka cię również wygodne posłanie, gdzie się odprężysz, ale co najważniejsze — nigdy cię nie zawiodę i poprowadzę odpowiednią drogą.
Wbrew temu, że jasny samiec nie był do końca przekonany, kiwnął łbem i podążył za Miodową, prosto w stronę rzeki, do której włożył pysk i wziął łyk wody. Zgodził się na wszystko, otrzymując również nowe imię: Bagienne Błoto i został drugim członkiem kultu rudowłosej suczki, który z niebywałą prędkością zaczynał się rozrastać.
Po powrocie do klanu Miodowa przedstawiła Bagiennego, jako innego przyjaciela, który pomógł jej w niedoli, po czym zniknęła na chwilę, by finalnie zjawić się z przygotowaną przemową.
— Ukazał mi się Gwiezdny — zaczęła głośno. — To właśnie to spotkanie uczyniło mnie tym, kim jestem teraz. Zostałam wezwana do tego, by uratować innych... by ratować prawdziwy ród Gwiezdnych! — mówiła głośno, starając ukryć się łzy. — Nazywam się Gwiezdny Nektar i przyjmę każdego wierzącego do mnie, kto chciałby zaznać prawdziwego szczęścia i życia wiecznego po śmierci. Możecie być pewni, że was nie odrzucę, lecz otulę, jak nowo narodzonego szczeniaka. Ze mną już na zawsze będziecie bezpieczni! — Zamknęła oczy, unosząc wyżej głowę.
Wrzawa i rozmowy innych jej nie przeszkadzały. Czekała na to, co miało nadejść.

19 maja 2022

Od Miodowego Nektaru (Gwiezdnego Nektaru)

 To był długi czas, odkąd ostatnio ujrzała światło, a na sierści poczuła ciepło, płynące prosto z promieni słońca. Nie pamięta czasów, kiedy ostatni raz się uśmiechała, a wesołe chichoty szczeniąt rozpalały jej serce. Wszystko przepadło, zniknęło w eterze, a ona wciąż tutaj była. Żyła; ale czy inni żyją? Czy wciąż pamięta ich pyski?
Ruszyła do przodu; oczy, przyzwyczajone do zmroku, nie męczyły się tak szybko, pozwalając suczce obserwować wszystko wokół z nadzwyczajną szczegółowością. Nozdrza podrażniał smród zgnilizny oraz stęchłego drewna, które rozkładało się przez wilgoć; nie uczyniło to jednak, żeby cofnęła się i wróciła do ukrycia, w którym spędzała całe dnie oraz noce, chociaż tak naprawdę nie była w stanie stwierdzić, jaka jest pora dnia. 
Ukryta, samotna, razem ze szczurami, które dotrzymywały jej towarzystwo i żyły w symbiozie niczym drzewo z grzybem. Miała wyjść tylko po zioła, które potrzebne były dla klanu. Misja prawie zakończyła się powodzeniem, gdyby nie potyczka z hyclami. Trafiła do schroniska na dosłownie chwilę, gdyż pojawił się starszy pies, z siwizną na poł głowy, przypominającego mędrca. Starzec wytłumaczył jej, gdzie powinna się udać, by uciec i wydostać z tego piekła — sprawa nie wyglądała kolorowo. Suczka skaleczyła się podczas ucieczki przed hyclem, a jej odporność okazała się na tyle słaba, że doszło do infekcji. Dwunożni zastanawiali się nad faktem uśpienia jej, ponieważ nikt nie miał pieniędzy, by ją wyleczyć. 
W końcu pewnego wieczora podążyła za wskazówkami starszego i otworzyła źle zamknięta klatkę, po czym pognała przed siebie, pokonując wysokie ogrodzenie, aby finalnie znaleźć się tutaj — w miejscu, gdzie spływały zanieczyszczenia oraz wszystko innego, czego ludzie potrzebowali się pozbyć. Mieszkała w tym odorze tyle czasu, że zdążyła już dawno zapomnieć, że otaczająca ją wilgoć stała się z nią jednością, a w szczurach odnalazła prawdziwych przyjaciół. 
Życie w ten sposób jednak zaczęło ją nużyć; ciągła ciemność i jedzenie trawy czy znalezionych resztek martwych myszy przestało jej wystarczać. Potrzebowała czegoś więcej, czegoś, co mogłoby na nowo ją uszczęśliwić. I wtedy, zupełnie niepostrzeżenie, kiedy zapadła w długi, niespokojny sen ujrzała rozmazaną sylwetkę psa. Wpatrywał się w nią świecącymi, białymi oczyma, by zaraz rzec: 
— Wstań, ma droga Gwiazdo, gdyż należysz do nas, a twoi przodkowie są z ciebie dumni. Wstań i idź, by wskazać drogę innym, wybranym i poprowadź ich do życia wiecznego wśród nas. Ja żem oznajmiam cię światłem oraz nadzieją, ostatnim nieugaszonym płomieniem, który może uratować nas, Gwiezdnych. 
Suczka wpatrywała się prosto w roześmiane, płonące białym ogniem oczy i uważanie słuchała. 
— Należysz do nas, ma droga Gwiazdo, i należeć będziesz już zawsze; więc wstań i idź! Prowadź innych! Nie zawiedź swego prawdziwego, jedynego rodu — cichy szept rozgrzał zziębnięte serce Miodowego Nektaru, sprawiając, że z chwilą, kiedy biała jawa zniknęła, obudziła się i wyszła z ukrycia. 
Wyprostowała się, pozwalając, by delikatne światło księżyca otuliło jej sierść, po czym uśmiechnęła się i zaczęła powtarzać słowa, które przed chwilą wypowiedziała do niej biała postać. Rozszerzony pysk w tym delikatnym półmroku wyglądał jak pysk wilka, czekający, by zaatakować swoją ofiarę. 
Była jedną z Gwiezdnych. Należała do nich i zamierzała teraz sprowadzić innych na właściwą drogę. Gwiezdni ją dostrzegli i uznali za światełko nadziei, nie mogła tego zaprzepaścić. 
Zanurzyła nos w brudnej, śmierdzącej cieczy, która kilkanaście księżyców wcześniej zapewne doprowadziłoby do uczulenia, po czym wyprostowała się i zawyła:
— Porzucam swe dawne imię, by stać się wysłannikiem Gwiezdnych. Od tego księżyca zwać się będę Gwiezdny Nektar i przyrzekam sprowadzić pobratymców na właściwą drogę życia, by ratować nasz ród wybranych. — Zrobiła krok do przodu i wygrzebała w mokrej ziemi kilka śladów, próbując w ten sposób zaprzysięgać swoje wyznanie.  
Odwróciła się raz jeszcze, by spojrzeć na miejsce, w którym spała oraz uśmiechnąć się do starszego szczura, który obudzony hałasem zaczął wyglądać za suczką. Gryzoń zdawał się jej machać na pożegnanie, kiedy zniknęła pomiędzy krzewami i śmieciami, wyrzuconymi przez Dwunożnych. Myślała teraz tylko o tym, by spełnić życzenie Gwiezdnych, gdyż to przecież jeden z nich przyszedł do niej we śnie, by mianować ją na wysłannika. Czuła się spełniona oraz jedyna w swoim rodzaju, dlatego teraz, kiedy na nowo odzyskała sens życia, chciała zrobić wszystko, by zapewnić wybrańcom lepszy byt. 
Łapa, którą przed laty skaleczyła i wdała się infekcja nie była w pełni sprawa, a sierść w jednym miejscu była wyjątkowo wyskubana. Suczka jednak pomimo tej kontuzji zgrabnie przeskakiwała przez wyższe trawy, zaniedbane przez ludzi, by skierować się w stronę klanu, do którego niegdyś należała. Wątpiła, iż ktoś mógłby ją pamiętać — chociaż nie wiedziała ile czasu minęło, to z tyłu głowy miała świadomość, że nie był to krótko. 
Będąc już bliżej tego, co kiedyś nazywała domem, wyczuła obcy zapach; mokry, płowy pies stanął tuż przed nią. Wyglądał na wyjątkowo wychudzonego, ale także silnego, który z łatwością powaliłby ją na ziemię, gdyby tylko tego chciał. Gwiezdny Nektar jednak się nie bała — wręcz przeciwnie — zrobiła odważny krok w stronę samca, aby głośno i wyraźnie wypowiedzieć podobne słowa, które usłyszała we śnie: 
— Od dzisiaj należysz do mnie, drogi Gwiezdny. Wyczuwam od ciebie znajomy zapach, z pewnością musisz podchodzić z naszego rodu. Jesteś silny, a twe oczy świecą w blasku nocy. Przyjdź do mnie, a zapewnię ci bezpieczeństwo oraz życie wieczne. — Skinęła łbem do brązowego samca, który uśmiechnął się i po chwili histerycznie zaśmiał. Śmiech ten nie odstraszył suczki, lecz dodał jej otuchy, że z pewnością zaraz zyska pierwszego pomocnika. 
— O czym mówisz? — zapytał się, a jego głęboki głos przejął na chwilę władzę nad dźwiękami natury. 
— Wydajesz się zaskoczony, ale takie są realia, mój drogi Gwiezdny. — Wyprostowała się. — Jesteś jednak wyjątkowy i dołączając do mnie zobaczysz, na czym twoja wyjątkowość polega.
Samiec prychnął.
— Zabijesz mnie, jeśli się sprzeciwie, prawda? 
— Wolałabym, żebyś dołączył do moich szeregów. Widzę, że tego chcesz. — Przybliżyła się do niego. — Pragniesz czegoś nowego, dzięki czemu odnalazłbyś swój sens w życiu, prawda? Mogę to uczynić, jako wysłannik Gwiezdnych, gdyż nazywam się Gwiezdny Nektar. Poprowadzę cię. 
— Co mam zrobić? — Brązowy pies wyszczerzył białe kły, na co suczka uśmiechnęła się szeroko. 
Gwiezdny Nektar odwróciła się i poruszyła wargami, co samiec z łatwością odczytał jako "chodź ze mną". Ruszył więc za kulejącą suczką w miejsce, w którym niedawno przyjęła nowe imię i zrobić musiał dokładnie to samo — zamoczył nos w zimnej, skażonej wodzie, a Gwiezdny Nektar szeptała do siebie, by nadać pierwszemu wybranemu nowe imię:
— Dzisiaj porzucasz swe stare imię, by stać się wybranym i nieść ratunek rodowi Gwiezdnych. Nazywać więc się będziesz Zimny Kieł i bronić będziesz swojego ludu oraz godności. — Zawyła do księżyca. — Możesz wstać, Zimny Kle. 
Czarne futro masywnego samca zabłyszczało na świetle, a Gwiezdny Nektar do niego skinęła. W tak krótkim czasie udało zyskać się jej pierwszego członka, którego bronić będzie do swej ostatniej kropli krwi; a razem uda im się znaleźć kolejnych, których nawrócą.