Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodowa Szarańcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodowa Szarańcza. Pokaż wszystkie posty

5 kwietnia 2022

Od Miodowej Szarańczy

Miodowa Szarańcze wprawdzie lat miał już zbyt wiele, by zaprzątać sobie głowę mrzonkami, jednak coś — być może przyjemny powiew wiosennego wiatru, może uginające się pod łapami kępki trawy — ujmowało jego serce, ilekroć pojawiał się na pagórku, ledwo wschodziło słońce. Lokacja ta nie była wyszukana — ot, najzwyczajniejsze w świecie wzniesienie z najprzeciętniejszym widokiem na równie pospolite ludzkie pola otoczone zewsząd lasem i dziką roślinnością tutejszej niziny. Z ostrożnością lawirował między ostem, pełny podziwu przyglądał się mleczom, choć widział je niezliczoną ilość razy i choć patrzeć na nie będzie najpewniej przez resztę swojego życia, ponieważ intensywność ich barwy przywodziła mu na myśl radość i szczęście. Patrzył na chmury — puchate bardziej lub mniej, białe albo szarawe, Miodek, na przekór swojemu racjonalizmowi, z ochotą dopatrywał się w nich znajomych mu kształtów, nieustannie od lat szczenięcych. Rozrywka ta nijak nie należała do zajmujących, ale sprawiała, że na moment Miodek uwalniał się od ciążących myśli. Myślał wówczas: „Jakie to durne, na Gwiezdnych! Jestem przecież dorosły!”, jednak, mimo wszelkich przeciwwskazań, naglących obowiązków wzorowego członka obozu, podziwiał chmury jeszcze dwa oddechy dłużej, aż słońce całkiem wychyliło się sponad horyzontu.
„Dorośliśmy” — myślał, patrząc po koronach drzew, które powoli wypuszczały już pąki. Zielone liście wreszcie przysłoniły brązowe gałęzie i nadały krajobrazowi wyrazu. Miodowa Szarańcza lubił wiosnę — lubił pszczoły, choć kąsały, lubił rzeki, choć wylewały, lubił nawet wczesne wschody, mimo że, aby je zobaczyć, wstawał wcześniej. Ale to nic. Krótkie chwile, jakie to poświęcał porannym modlitwom, zapewniały mu spokój na resztę dnia. Czuł się lepiej, nawet jeśli ciężko mu było to odpowiednio wytłumaczyć. Na przestrzeni lat diametralnie zmienił swoje postrzeganie rzeczywistości i, co gorsze, sam nie wiedział, czy mu się to podobało.
Czuł, jakby żył cudzym życiem, oddychał cudzymi płucami i podejmował decyzje bez świadomości tego, że będą mieć fundamentalny wpływ na jego życie. Miodowa Szarańcza nie lubił zmian. Siadał czasem na swoim wzgórzu i patrzył tak w dal, rozmyślając, na czym spędził ostatnie lata. Rozważał wówczas, czy to, co robił, było słuszne, na nowo definiował pojęcie moralności, usprawiedliwiając swoje czyny, byleby odpędzić poczucie winy. Miewał wrażenie — ba, towarzyszyło mu nieustannie, od świtu do nocy — że nie wypełniał swojego obowiązku, że żył wbrew woli Gwiezdnych. Zastanawiał się więc, co robił źle, nigdy jednak nie zrozumiał. Nie potrafił też wyjaśnić, skąd osobliwe poczucie odosobnienia.
Miodowa Szarańcza zdecydowanie nie lubił zmian. Jeszcze bardziej nie lubił całego tego dorastania, chociaż lat miał już cztery i teoretycznie powinien pogodzić się z ideą przemijania. Im więcej wątpliwości pokładał w swojej wierze, tym mniejsze zaufanie pokładał w życiu pośmiertnym — wszak, ilekroć w jego głowie pojawiała się namiastka wątpliwości, beształ się za brak zaufania do Gwiezdnych. Boski plan, czymkolwiek był, wydawał się niekompletny, a Miodek czuł, że nie był w stanie mu sprostać.
Słońce wzeszło, a wraz z nim Miodowa Szarańcza zniknął w zaroślach. Bądź co bądź, całkiem lubił to całe oddychanie.

Dyniowy Szkwał patrzył na niego. Nie, na Gwiezdnych, Dyniowy Szkwał wcale na niego nie patrzył. Robił coś, co zwykli robić niewidomi. Patrzył, ale nie patrzył.
— Przestań.
Dyniowy Szkwał zmarszczył pysk.
— Ale co?
— P-przestań się gapić — wymamrotał Miodowa Szarańcza.
— Ale ja nawet…
— To był ża-rt. Tak zwany dowcip. — Miodek przewrócił oczami. — Do-dobrze, już d-dobrze, nie denerwuj się. Popatrz, jaki piękny mamy dzień.
— Miodo-...
— Csii. Już, już, bo się zapowietrzysz.
Miodowa Szarańcza naprawdę kochał brata i liczył, że Dyniowy szczerze odwzajemniał jego uczucia. Nawet jeśli nie — gdzieś z tyłu głowy liczył się z tym, że choćby Szkwał zdenerwował się i rzucił na niego, wystarczyłby jeden unik, prawo czy lewo, a kłopot rozwiązałby się sam. Gdyby Dyniowy ograniczył się do potyczek słownych, Miodowy mógłby odejść po cichu, zostawiając wyklinającego go brata samego sobie. Wówczas przypadkowy przechodzień uznałby go za wariata, co rzuca przekleństwami, ot, w powietrze.
— Mówię poważnie, dzisiaj jest naprawdę ładnie. Gwiezdni nam pobłogosławili. Masz jakieś plany na dziś, bracie?
Dyniowy Szkwał rzucił coś w odpowiedzi. Miodowa Szarańcza skinął naprędce głową i, pożegnawszy się z uwagi na dobre maniery, poszedł w przeciwną stronę. Obserwował, jak polujący znosili do obozu zwierzynę — nader częsty widok, mieli sporo głów do wykarmienia. Wśród psów widział Rozżarzony Język czy Małą Kroplę — psy znacznie od niego starsze, które widywał w klanowych szeregach, odkąd tylko zaczął chodzić. Byli też młodsi, znacznie bardziej ruchliwi, pełni wigoru i werwy. Chociaż Miodowa Szarańcza w żadnym razie nie kwalifikował się do psów naznaczonych starością, nie czuł się wcale na swój wiek. Miewał wrażenie, jakby w ciągu minionych niemal pięciu lat przeżył ich z dziesięć, a sytuacji nie poprawiała niejaka rewolucja, jaka miała miejsce w klanie. W czasie jej trwania towarzyszyło mu wrażenie, jakby z dnia na dzień starzał się o ich dziesięciokrotność, a czas od świtu do zmierzchu nienaturalnie się wydłużał.
„Rewolucja, na Gwiezdnych. Rewolucji się zachciało”. Wprawdzie powierzchownie, zapytany, odpowiadał, że nie dba o żadne rewolucje i uważa je za sprzeciwianie się boskim prawom, a tak w ogóle to ma w dupie Piaskową Gwiazdę, marszcząc przy tym pysk w niesmaku. Wewnątrz toczył ze sobą małą wojnę, nieco przypominając tę, która działa się w świecie rzeczywistym. Choć gardził Klematisem, jak tylko można gardzić innym psem, i choć czuł do niego niewyobrażalny żal, jego nieobecność odbijała się na Miodowej Szarańczy w nieprzyjemny sposób. Tak samo brakowało mu Irysowego Serca, drogiej matki. Jednocześnie jednak silny uraz do ojca sprawiał, że Miodowy starał się przekonywać o słuszności decyzji podejmowanych przez Piaskową Gwiazdę, nawet jeśli nie było to ani moralne, ani zgodne z jego silną wiarą.
Przeklinał jej imię tylko po cichu i często po to, by wypomnieć brak tradycyjnego obrzędu. Piaskowa Gwiazda sama mianowała się przywódcą, a Miodowa Szarańcza nie potrafił znieść tego rodzaju anarchii. Cała ta idea nie podobała mu się wcale a wcale, ponieważ w jego duszy grał totalitaryzm i inne poglądy niebezpiecznie zakrawające na kucowatość.
W oczach Miodowej Szarańczy Piaskowa Gwiazda nie była dobrym wierzącym, ponieważ złamała jedno z podstawowych przykazań Gwiezdnych. Z tego też względu nie wrzuciłby karteczki z jej nazwiskiem do urny wyborczej.
Nie sądź bliźnich. Nikt jednak nie powiedział, że Miodowy był wzorcowym wiernym, to i sądził, przez wiele lat nie wstydząc się swojego słowa.
— Miodowy? — Szarańcza obruszył się, usłyszawszy własne imię.
Z oddechem opuszczającym płuca spojrzał za siebie. Niesforny Kosmyk zerkał na niego dużymi, bursztynowymi oczami. Miodowa Szarańcza uśmiechnął się półgębkiem.
— Kosmyk! Miło cię wi-... to znaczy, cóż. — Odwrócił wzrok. — W-wróciłeś.
Wrócił, w istocie, z kolejnej z wypraw, o których Miodowy wiedział niewiele — wydawałoby się, że wystarczająco, by się nie niepokoić, lecz zbyt mało, żeby być w stanie opisać drogi, jakie rutynowo pokonuje jego partner. Partner. Miodowy zdążył już pogodzić się z tym, że Kosmyk wcale nie był samicą, a jakąć, jak się jakął, tak jąka się dalej.
— Tak, wróciłem. — Pies przytaknął z ostrożnością. — W takim razie…
— M-muszę iść.
Tak też Miodowa Szarańcza wyminął z gracją Kosmyka i, ku malującemu się na białym pysku zdziwieniu, oddalił w kierunku północnym, gdzieś między lasy. Ominąwszy wszystkie drzewa, drepcząc ścieżką, skracał dystans między sobą a swoim wzgórzem i liczył w myśli oddechy.
— Gwiezdni, Gwiezdni, Gwiezdni, p-pomóżcie mi, na litość! Co ja ma-mam robić? K-kim ja jestem! Cholera jasna, czemu zesłaliście mi kryzys toż-tożsamości akurat teraz? Nie! Nie, nie — przerwał i wziął głęboki oddech. — Nie mogę wyklinać G-gwiezdnych! Przepraszam, dziadku Jesiotrowa Łusko, i drogi Rybi Potopie, źle, źle!
Przekroczył wąski strumyk i już miał przyspieszyć, kiedy dostrzegł majaczącą na horyzoncie sylwetkę. Urwał więc wpół zdania, chociaż miał wrażenie, że część jego monologu była dobrze słyszalna dla kogoś, kto siedział na tej polanie.

<Ktoś?>
[1224 słów, Miodowa Szarańcza otrzymuje 12 punktów doświadczenia]

29 czerwca 2021

Od Miodowej Łapy CD Omszonej Łapy

Miodek pozornie zdawał się zupełnie niegroźny, szczególnie ze swoją tendencją do jąkania się i posłuchem, którym cieszyli się u niego starsi. Wydawało się, jak gdyby w dowolnym momencie był w stanie przybrać postać siedemnastoletniego metra pięćdziesiąt pięć, jaki podskakuje wówczas, gdy wyższy kolega zabierze jej telefon, a z racji, że nogi owego wariantu są zbyt krótkie, żeby mu go wyszarpać, w międzyczasie delikwentka wykrzykuje: „Hej, jestem zbyt mała, oddaj mi to!”. Mimo że w rzeczywistości Miodowej Łapie dosyć daleko do powszechnie występującego typu pick me, ponieważ miara jego wzrostu jest znacznie odbiegająca od przyjętej normy bycia niskim (już dawno przerósł Podgrzybka o parę jego głów), poza tym nie ma telefonu ani przystojnych kolegów, których mógłby kokietować, rutynowo towarzyszy mu przeczucie, jakby otoczenie miało go za profesjonalnego wylizywacza tyłka Rybiego Potopu, kiedy w rzeczywistości Miodek tylko oddaje mu należną cześć i… cholera jasna, czy otoczenie nie miało racji? W każdym razie Rybi Potop nie zaszczyci dziś nikogo swoją prezencją, bo najprawdopodobniej, chociaż jego akolita nieustannie zaciskał nieistniejące kciuki za to, żeby się mylił, zjadły go wilki albo inne nieprzyjemne stworzenia, których pokaźne uzębienie zapewnia nieszczególnie sielankową śmierć w akompaniamencie skowytu przezeń, zwierzę, rozszarpywanego. Miód jednak miał na głowie ważniejsze troski, które nasilały się z każdą chwilą, w miarę jak Szara Skała oddalał się od nich, a losy Miodowej Łapy coraz bardziej zależały od decyzji, jaką podejmie Omszona Łapa. A nie wydawało się, jakoby Mchowi się gdziekolwiek spieszyło. Nie to, że Miodek miał cokolwiek przeciwko temu. Ostatecznie sam nie wiedział, czy zapałał do Petera jakąkolwiek sympatią, a jego nieobecność generowała okazję do czmychnięcia gdzieś w zarośla, coby kompletnie na oślep wrócić do Flumine, nie znając ani drogi, ani nawet kierunku, w którym powinien się udać. Stał wyprężony w samym centrum obozu Industrii i nie cieszyło go to w zupełności. Zasadniczo, ostatnimi czasy Miodka cieszyło niewiele.
Miodek odprowadził spojrzeniem podskakujący w rytm kroków tyłek medyka, wykrzywiając pysk w niewiadomego pochodzenia grymasie. Poczuł na sobie wzrok Omszonej Łapy, który ściągnął brwi i poruszył się, najpewniej znudzony stagnacją towarzysza.
— Nie pierdol i chodź.
Akolita otrząsnął się i popatrzył na Omszoną Łapę z malującym się na obliczu zaskoczeniem. Nie brało się z siarczystego przekleństwa, które przed momentem wyrwało się z jego wygadanej gęby ani suchego polecenia, jakie Miodkowi wydał — Miodowa Łapa najzwyczajniej sądził, że poprzestaną na niekoniecznie serdecznej pogawędce opartej na wyśmianiu defektu Miodka, przez trzydzieści uderzeń serca postoją jak dwa kołki, wydając z siebie serię głębokich i krótkich, urwanych westchnień, żeby finalnie rozejść się, kiedy Szara Skała wróci ze swojej misji, która popchnęła go do zabrania apostoła na swoje tereny. Omszona Łapa sprawił, że w niewielkim móżdżku Miodka po raz pierwszy wyświetlił się komunikat o błędzie. Sęk w tym, że w jednym momencie ów mózg naprodukował tyle endorfin, iż żołądek akolity niemal nie utrzymał się na swoim miejscu, pchany ku gardłu, a szczękę zacisnął tak mocno, że w pewnym momencie poczuł, jakby miała rozlecieć się na kawałki. Miodowej Łapie zdecydowanie brakowało rozrywek.
Zdusił w zarodku pytanie, gdzie Omszona Łapa zamierza go zabrać. Posłusznie, stawiając łapę za łapą niemal w tych samych miejscach, w jakich kończyny kompana utworzyły wyżłobienia w ziemi, posuwał się do przodu, z każdym uderzeniem serca rozważając co najmniej jeden argument przeciwko takiemu przedsięwzięciu. Omszony był niższy od niego o głowę, a mimo to apostoł czuł się tak, jak gdyby to on był przedszkolakiem, którego prowadzi despotyczna, złakniona władzy nad nieświadomymi trzylatkami przedszkolanka o aspiracjach przewyższających te dyktatorskie, ponieważ znacznie łatwiej utworzyć armię z podekscytowanych, sporadycznie sikających pod siebie trzylatków niż niepokornych, złaknionych piwa i kiełbasy czterdziestoletnich Niemców. W tym czy innym wypadku — musieli iść na północ, ponieważ Miodkowi udało się wyłapać zielony porost rozlewający się po północnych częściach pni mijanych drzew. Później utracił na pewności, ponieważ zaczęli między nimi lawirować, wreszcie wyłaniając się z rzadkiego lasku; stając na progu rozległej, wilgotnej od rosy polany, Miodek skrzywił się, kiedy poczuł, jak sierść na jego łapach staje się coraz to bardziej mokra. Dyskretnie popatrzył na niewzruszonego Omszoną Łapę.
— T-to tutaj? — zapytał w końcu. W trakcie wypowiadaniu ostatniej sylaby złamał mu się głos, upodabniając się do tego czternastoletniego chłopca w trakcie mutacji. Speszył się nieco i zestresował, że Omszony go wykpi, ale towarzysz zdawał się zupełnie tym nie przejmować.
— Nie — parsknął, zerkając na niego. — Co, twoje szczudła cię już bolą?
Miodek uśmiechnął się pokrzepiająco i uśmiechnął półgębkiem.
— Nie — rzucił w odpowiedzi, ruszając do przodu przez sięgającą mu do piersi trawę.
W międzyczasie do jego jamy ustnej dostało się mniej więcej pięć sztuk robactwa, z czego trzy miał zaszczyt połknąć, żeby przez następne uderzenia serca kasłać i potrząsywać łbem w próbie nieefektywnego wydostania martwych ciałek z przełyku. Chociaż czuł na sobie pełne niezrozumienia spojrzenie Omszonego, nieustannie wypłakiwał sobie oczy, próbując pozbyć się skurwysyńskiej materii. Wtem poczuł, jak czyjaś, precyzując, Omszonego, łapa ląduje na jego plecach. Miodek zgiął się wpół i odkaszlnął raz jeszcze.
— K-klepnąłeś mnie w kre-kręgosłup, durniu — wycharczał.
— Czyli nie pomogło? — Pokiwał łbem ze zrozumieniem, szczerząc się pod nosem.
Miodowa Łapa przewrócił oczami i zacharczał tak, jakby lada moment miał pójść na bingo i ograć wszystkie osiemdziesięciolatki, a potem pójść na pisowski wiec, aby domagać się dwudziestej siódmej emerytury. Nie miał pewności, czy jakikolwiek ciało białkowe wydostało się z jego pyska, nawet szczerze w to wątpił, ale nie drapało go już nic więcej, więc nie przedłużał ich spaceru i pozwolił Omszonemu wyprzedzić się o kilka kroków, żeby doprowadził go do celu bez błądzenia.
Słońce grzało prosto na ich pyski. Miodowa Łapa desperacko łaknął wody — jej dotyku albo (nie)smaku — drepcząc po nagrzanych kamieniach, którymi wyłożona była ścieżka prowadząca ku przyczepom kempingowym Dwunożnych, skrzętnie poustawianym w znacznych odległościach od siebie, uniemożliwiając sąsiadom zaglądanie do siebie przez okno, jeśli którakolwiek ze stron uznawała to za nieodpowiednie. Miejsce kipiało od natężenia ludzi. Dzieci przecinały pole w każdą stronę, pokrzykując euforycznie i ganiając za sobą albo motylami, które miały nieszczęście w tamtej chwili tam przelatywać. Przy każdej z przyczep stał leżak albo dwa, jeszcze częściej drewniane krzesełka z małym stolikiem pomiędzy nimi, rzadziej Miodek dostrzegał zgliszcza i okręgi wyznaczające niewielką przestrzeń na ognisko, gdyby ktoś zdesperowany i pozbawiony grilla miał chęć na pieczoną kiełbasę albo spalone ciało tostowe.
— B-będziemy przytulać Dwunożnych? O-odważne.
Omszona Łapa jeszcze raz zaprotestował, popychając go w stronę słońca, na wschód. Obeszli szerokie pole kempingowe, choć znacznie nadłożyli drogi, żeby następnie przebyć ostatni odcinek z przyciśniętym do siatki bokiem. Cień, który dawały obrastające ją krzewy. sprawił, że Miodkowi nieszczególnie widziało się wychodzić z kryjówki, niemniej jednak Omszony i jego determinacja sprawiły, iż niemrawo wyczołgał się spomiędzy gałęzi prosto na słońce, wyduszając z siebie przeciągłe „znoowu?”. Rybi Potop opowiadał mu kiedyś o zjawiskach pogodowych i porach roku, ale ile mogły trwać upały? Jeszcze tydzień, a Miodowa Łapa zakwitnie albo po prostu zacznie śmierdzieć.
Stanęli na brzegu niewielkiego zbiornika wodnego. Jezioro nie należało do największych i znajdowało się kawałek drogi od przyczep, a mimo to piaszczyste brzegi były oblegane przez turystów. Miodek skrzywił się.
— N-nie możemy za-zadzierać z Dwunożnymi — przestrzegł Omszoną Łapę. — Są więksi i si-silniejsi.
— A, no tak — wymruczał wymijająco drugi, po czym podszedł jeszcze bliżej granicy, jakiej akolita nie chciał przekraczać. Miodowa Łapa syknął, jakby miało to Omszonego jakkolwiek powstrzymać.
Miodek zrobił krok do przodu.
— Omszona Ła-Łapo, ja na-prawdę nie…
Omszona nawet na niego nie spojrzał, tylko przyspieszył tempa. Akolita wydał z siebie kolejne westchnienie. Jego oddech stał się płytszy, a mięśnie napięte.
— O-Omszona Łapo…
Tym razem obejrzał się przez bark i spojrzał na Miodka z pytaniem w oczach.
— N-nie wiem, czy chcę…
A później, nie bacząc już na dalszą część zdania, wrócił do truchtu i ledwo apostoł zdążył się zorientować, zniknął gdzieś za koszem, wywołując sensację wśród Dwunożnych. Na tym etapie Miodek był pewien, że lada moment się popłacze, a od kompletnego załamania nerwowego dzielił go tylko jeden uśmiech, który nieustannie, nieco nieświadomie, kwitł na jego pysku, wystarczyła jedna myśl o pomykającym gdzieś parę metrów dalej Omszonej Łapie. Miodowa Łapa porwał się do przodu tak, jak pomykał przez łąkę, zgrabnie wymijając pojawiających się zupełnie znikąd Dwunożnych — mimo wszystko nie skracał dystansu między sobą a zaginionym uczniem, ponieważ Omszony dalej błądził gdzieś między ludźmi, a jego ogon pojawiał się i znikał z prędkością porównywalną do tej, w jakiej rozrastają się kłótnie o byle bzdurę na Twitterze. Rdzawa barwa sierści akolity odznaczała się na tle bladych ciał Dwunożnych i piasku, na którym porozkładali swoje kolorowe prostokąty, toteż na jej widok niemal każde dziecko wyciągało ku Miodkowi ręce, a odważniejsi zaczynali go gonić, zupełnie ignorowani przez sączących alkoholowe trunki rodziców. Raz, kiedy poczuł na swoim okrągłym tyłu dziecięcą dłoń, w panice odwrócił się, żeby złapać napastnika za nadgarstek, więc kiedy jego zęby najdelikatniej na świecie zacisnęły się na skórze dzieciaka, ciszę przeszył wrzask i dopiero wówczas matka odzyskała zainteresowanie swoim niechlubnym potomkiem.
W końcu Miodowa Łapa zatrzymał się, dysząc ciężko i opierając ciało o brązowy pomost. Mostek długością nie przekraczał czterech metrów, szeroki był na raptem półtora i bez problemu pomieściłby co najmniej sześciu Dwunożnych, ale, ku zadowoleniu Miodka, konstrukcja była wolna od uciążliwych osobowości. Krzyki ustały, w oddali grała ludzka muzyka, a raz na jakiś czas mężczyzna od orzeszków obwieszczał, że jego orzeszki są generalnie zajebiste, w przeciwieństwie do jego pensji — akolita przysłuchiwał się temu z najmniejszym skupieniem, ponieważ w tamtym momencie wszystkie jego myśli koncentrowały się na odzyskaniu miarowego oddechu. Naprzemienne unosił i opuszczał łeb.
— Zmęczyłeś się?
Gwałtownie podniósł wzrok. Ta sama, niższa o głowę postać patrzyła na niego, samym spojrzeniem rzucając mu wyzwanie. Miodek kondycję miał godną pożałowania, choć, jakby nie patrzeć, potrafił biegać szybko. Upał odcisnął piętno nie tylko na nim — obserwował ruchy Omszonej Łapy i zauważył, że i on odnajduje trudność w uspokojeniu oddechu.
— T-ty też.
Omszona Łapa zacisnął pysk i obrócił się, jakby szukał czegoś w głębi jeziora. Miodek postąpił naprzód, a jego łapę otoczyła chłodna woda. Zadrżał, ale dostawił do niej następną, i następną, dopóki woda nie dosięgała mu do przedramion. W miejscu, w którym stał, Omszona Łapa najpewniej by się utopił. Miodowa Łapa poruszył nosem. Zmierzył kompana od kolan po łeb, ponieważ tylko tyle wystawało znad tafli.
— U-umiesz pływać? — Miodek wszedł jeszcze głębiej, aż w pewnym momencie grunt osunął się spod jego opuszków.

<mech?>
+1600

23 czerwca 2021

Od Miodowej Łapy CD Klematisowego Korzenia


Wątek zdesperowanego ojca i fanatycznego syna powoli przemienia się w pole walki pomiędzy kapryśnym INTJ furasem a szerzej znanym jako miłośnik jamników ENTP o tendencji do opowiadania nudnych historii i robienia z nich pretendentów na scenariusze dla pełnometrażowych filmów akcji. Ciśnie się na język, żeby wyzwać owego INTJ na zablokową potyczkę na gołe klaty, ale najprawdopodobniej skończyłoby się tak, iż pierwszy z nich nie zmieściłby bójki w planie swojego dnia, a drugiego rozproszyłby napotkany po drodze piesek i finalnie dwóch największych koksów nie ośmieliłoby się na swojej walce pojawić. Dlatego jedynym, na co możemy sobie pozwolić, to słowne przepychanki na furasowym blogu w opowiadaniach, których i tak nikt nie czyta. Z wyrazami szacunku, Peter, nigdy nie wiem, jakie czytasz, a jakie odpuszczasz. Mrugnij trzy razy, jeśli to widzisz. I powiedz mi, czy lubisz Daenerys, bo mam względem niej mieszane uczucia. W każdym razie, na ten moment mam okrągłe zero pomysłów na to, jak naprawić ojcowsko-synowską relację i usposobienie administratora Pod Obcym Chujem nie sprawia, iż moje dylematy się jakkolwiek rozwiązują — mógłbyś odpisać mi na wiadomości, wtedy miałabym z górki. Jednak, jak to kiedyś ktoś mądry powiedział, Liga broni, liga ra... moment, zła taśma. To nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze — choćby świat topił się pod pączkami wiedeńskimi (wiedeńskimi, ty skończony kretynie), a Laurency stawał hetero, Miodowa Łapa musi skończyć trening, żeby wpaść w Jazgoczące objęcia. Na razie to bardziej nielegalne niż legalne, a bycie furry to i tak wystarczające igranie z prawem.
Dzień ojca ma do siebie to, że jedni go świętują, inni omijają szerokim łukiem, bo w zależności od sytuacji rodzinnej albo ojca nie posiadają, albo posiadają, ale godnego pożałowania. W witrynach sklepowych porozwieszali plakaty „Z okazji dnia ojca gry wideo za półdarmo”, „Kiełbasy w okazyjnych cenach”, „Zestaw niedoszłego mechanika” i inne takie — nikomu przez myśl nie przeszło, że na świecie funkcjonują ojcowie parający się choćby szyciem ubrań czy inną dziedziną błędnie uznawaną za wyłącznie żeńską. Ostatnio dowiedziałam się, że w Dino znajdziemy rzecz okraszoną hasłem „Sorry, tato, dzisiaj kocham mamę” czy coś takiego. Wyraźnie pomyliły im się święta.
Jest dwudziesty trzeci czerwca.

Jest ósma.
Miodowa Łapa otwiera oczy i przeciąga się tak, jak nie przeciągnął się jeszcze nigdy. Nie wie tego, ponieważ liczenie idzie mu nie najlepiej, ale przez pierwsze dziesięć sekund rozważa, czy poprzedni dzień nie był wynikiem najedzenia się wilczych jagód czy czegokolwiek innego, co na swój dziwaczny, biologicznie-chemiczny sposób wywołuje poważne halucynacje, czy naprawdę jego niechęć do Klematisa okazała się tak poważna, iż nie umknęła Słonecznemu Pyskowi. Miodek szarpał się i wyrywał, kiedy próbowała odciągnąć go od rodzeństwa z pełną świadomością tego, co powinna młodzikowi przekazać, a on, nieszczególnie tą ideą zachwycony, starał się odciągnąć umoralniającą rozmowę w czasie i do pewnego momentu robił wszystko, żeby sprawiać pozory niepełnosprytnego, bezrozumnego malca o umyśle gabarytowo nieprzekraczającym metrażu studenckiego mieszkania za sto złotych i trzy wydmuszki babcinych jajek miesięcznie w dzielnicy, w której roi się od przeszkolonych, niskich samurajów ukrywających się za niedokładnym makijażem i ciężką, siwą peruką osiemdziesięcioletniej fanatyczki codziennego namaczania starych dłoni w kościelnej wodzie szerzej znanej pod kryptonimem święconej. Słoneczny Pysk, mimo marnego autorytetu, przeciwniczką była nieugiętą i piętnastominutowym wykręcaniem się od pogadanki przypłacił kwadrans wolnego czasu, który w nadchodzącej przyszłości mógł spożytkować na wznoszenie modłów, czy co tam młodzież tych czasów zwykła popołudniami robić. Masowe egzekucje Bośniaków albo palenie przedszkoli, coś takiego. Jeden lubi rozpieprzać prawaków na comiesięcznych debatach, inni wolą krzyczeć na swojego psa za to, że po raz sześćdziesiąty dziewiąty zesikał się na dywan. Finalnie jednak, bez względu na wasze pozalekcyjne zainteresowania, Miodowa Łapa niekoniecznie sam z siebie doszedł do konkretnych wniosków. Zamiast czmychać między drzewa, żeby spotkać się z Rybim Potopem i wyznać mu, jak szczerą nienawiścią darzy swojego ojca, przysiadł na pieńku i popatrzył w dal, upodabniając się tym samym do Myśliciela Augusta Rodina. Całą resztę dnia tkwił w bezruchu, zastanawiając się, jakie życiowe decyzje doprowadziły go do tego momentu w życiu. Zapytał na głos: Miodek, do jasnej cholery, dlaczego nie potrafisz go pokochać? i następne minuty spędził na bezsilnym wzdychaniu, ponieważ nie potrafił znaleźć jakkolwiek dojrzałej, podpartej racjonalnymi argumentami odpowiedzi. Miodek nauczył się nie kochać Klematisa. Miodek przez półtora roku swojego życia nieustannie podbudowywał przekonanie, że Klematis jest mu wrogiem, nabierając uprzedzeń pozbawionych merytorycznej podpory. Nie potrafił podważyć swojej tezy ni jej potwierdzić. Pewna jego cząstka wiedziała, że Klematis kocha go tak, jak wszystkich jego braci i Rumiankową Łapę. Nie był wyjątkiem ani nie był ustępstwem.
Rozszerzył usta w niemrawym uśmiechu, jednak ten nieśmiały gest prędko zmazał posępny wyraz pyska biorący się z konieczności podniesienia się co najmniej do siadu, żeby rozpocząć dzień od porannej przechadzki po lesie. Miodowa Łapa obiecał sobie, że tego jednego dnia nie osiądzie na laurach. Nie był to dzień jakkolwiek specjalny czy wyjątkowy — Dwunożni co prawda przytulali się zanadto i wyjątkowo często, ale poza tym rzeczywistość nie zdawała się choć trochę barwniejsza niż zazwyczaj. Miodek sporządził w myśli niechlujną listę rzeczy, które musiał zrobić do zmroku. Figurowało na niej co najmniej pięć podpunktów i każdy z nich musiał zostać spełniony — wmawiał sobie, że w przeciwnym wypadku zjedzą go szarańcze, chociaż w rzeczywistości nie stałoby się nic konkretnego. Dzieciaki lubią pocieszać się irracjonalnymi absurdami. To całkiem pokrzepiające.

Jest ósma trzydzieści osiem.
Miodek wyprężył grzbiet, pozwolił swoim kościom postrzelać i na powitanie, nieco niezgrabnie, trącił bokiem Rumiankową Łapę, które odwzajemniło braterski gest z niemałym zaskoczeniem. Nie zdawało się jednak protestować, kiedy wdali się w krótką pogawędkę, w jakiej czasie Miodowa Łapa spróbował wyciągnąć z rodzeństwa cokolwiek, co mogłoby o ojcu wiedzieć. Zapytał o jego ulubione kwiaty, ulubiony zapach i ulubione miejsce, ulubionych przyjaciół i czy lubi świergot ptaków, czy lubi leśne wonie albo leśne owoce — Rumianek odpowiedziało mu wyłącznie na jedno pytanie („Wydaje mi się, że tata lubi powojniki”), ale Miodek nie miał im tego za złe. Nie musiało wiedzieć wszystkiego. Miodowa Łapa sam nie potrafił określić, czy wolał zapach rosy czy kwitnącego bzu lub czy wolał skowronki od jaskółek. Pokiwał więc łebkiem na potwierdzenie swoich słów („Nie przejmuj się, i tak mi pomogłoś!”, przedziwnie entuzjastyczne jak na Miodowe standardy) i zdecydował się przemaszerować obóz raz jeszcze, coby na jeden poranek odseparować swoje myśli od Rybiego Potopu i potencjalnego zakończenia całej tej historii pojednania się z Klematisem. To jest, Miodek nigdy nie powiedział tego wprost i nawet bezgłośnie bał się przyznać, iż zamierza zrobić to, co Klematis datował najwcześniej na przyszłe stulecie, czyli porozmawiać z nim o pogodzie bez skakania sobie do gardeł i bez durnowatych pomruków polecających zdesperowanemu, bezradnemu ojcu zaprzestania pozbawionych głębszego racjonalizmu starań o względy spisanego na straty fanatyka, chciałoby się powiedzieć, że wędkarstwa, ale, niestety, w tym beznadziejnym wypadku religii. Taksując przenikliwym spojrzeniem krążące psy, Miodek naliczył co najmniej trzy znajome twarze, ale żadna z nich nie wydawała się odpowiednią do inwigilacji ani przepytania — Nakrapiana Gwiazda odpadła w przedbiegach („Ja sam nie wiem, czy w ogóle lubi tatę, bo on jej nieszczególnie”), na konfrontację z Puchatym Sercem Miodek nie był jeszcze gotowy („Nie tym razem, Miodowa Łapo. Nie chcesz go obrazić. Popatrz, jakie ma urocze łapy. Myśl o jego łapkach”), a Krzak, tudzież Krzaczasta Łapa, pozbawiony wdzięku i gracji brat, swoją aparycją sprawiał, iż Miodek zaczynał kwestionować swoją egzystencję („Nie jestem desperatem. Chociaż…”).
Jest dziesiąta pięćdziesiąt. Miodek zgromadził pokaźne pokłady informacji i poznał gusta Klematisa. Na tym etapie nie wypada spoilerować, co zdecydował się przygotować, ale wiadomo powszechnie, że tamtego dnia Miodowa Łapa wybrał się do lasu, wystrzegając się czujnego oka Rybiego Potopu, więc wszyscy z zadowoleniem i oddechem ulgi zaopiniowali, iż modlić się z całą pewnością nie idzie — „Co za dużo to niezdrowo”, usłyszał każdy choć raz, z Miodkiem włącznie, chociaż on zwykł puszczać to mimo całkiem dużych uszu. Lista rzeczy do zrobienia zawęziła się do sześciu podpunktów, a mimo to Miodowa Łapa nie mógł narzekać na zbyt skromną, nieobciążającą liczbę obowiązków. Wymrukując pod nosem nieskładne zdania, których treść zlewała się ze sobą w obliczu niewyraźnej mowy, Miodek mijał kolejne drzewa, rozglądając się po nich, jakby istniało prawdopodobieństwo, że lada moment na korze pojawi się strzałka albo wielki billboard wskazujący odpowiedni kierunek i z podpisem „Tędy dojdziesz do supermarketu, w którym kupisz wszystko, czym podbijesz serce swojego ojca!”. Szkoda, że Miodowa Łapa nie potrafił czytać, może dzięki temu wyhodowałby nadprogramowe komórki mózgowe.
Między dwoma pieńkami dostrzegł podłużny portal — wysokie drzwi, o których uczyć się mieliście okazję na historii, polskim i plastyce przy okazji omawiania architektury (przypomnijcie sobie układ podręcznika, gdzie na jednej stronie figurowała ilustracja przedstawiająca kościół romański, a na drugiej, analogicznie, gotycki, a dookoła nich piętrzyły się skrzętnie skrupulatne opisy każdego elementu monstrualnych budowli, strzeliste okna, duża przestrzeń, piwnica do torturowania niewiernych, specjalny basenik do topienia nieochrzczonych dzieci), a między nimi fioletowa, majacząca galareta poruszająca się w rytmie „YMCA”. Miodek zmarszczył brwi i zawahał na ułamek chwili. Niewiele później koniuszkiem łapy smagał przedziwnego ciała, rozdziawiając pysk, kiedy masa ją pochłonęła. Pchnął ją dalej, później dołączył całą resztę aż do barku, ale kiedy miała przyjść pora na pysk, stchórzył i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, żeby wejść do portalu tyłem, wymachując ochoczo tyłkiem. Głowa pusta, zero myśli, Miodek dopiero w ostatnim momencie zorientował się, że zupełnie bez zastanowienia, bez rozważenia żadnych za i przeciw wgramolił się pomiędzy międzygalaktyczne cząsteczki niezidentyfikowanego przedmiotu naginającego czas i przestrzeń tak jak twój ojciec, kiedy mówi, że za dziesięć minut wróci, a nie widziałeś go od piętnastu lat. Poczuł dziwaczne mrowienie, jakby połowa jego ciała stopniowo się dematerializowała, a gdy Miodkowa głowa przekroczyła granicę portalu, nie poczuł nic poza urywającym się gwałtownie bólem skupiającym się gdzieś w okolicy karku — gdyby posiadał ekskluzywny towar w postaci drgającego, oślizgłego narzędzia mózgowego, prawdopodobnie wrzasnąłby, wykręcany spazmami palenia, niemniej jednak na nadmiar punktów inteligencji narzekać nie musiał, toteż obyło się bez zbędnego pierdolenia.
Portal wypluł go w miejscu, gdzie małe mrówki nosiły na grzbietach osły, a w oddali majaczyły szklane szczyty. Miodek podniósł się gwałtownie, kierując swoje spojrzenie to na wysokie dęby porośnięte przez jabłka w gronostajowych czapkach, to na szczury w uniwersyteckich kapelusikach, które wrzeszczały do siebie ze szczytów owych szklanych gór, wykonując na zmianę fikołki i mostki i wyginając się jak cheerleaderki. Z zaklinowanym w piersi oddechem Miodowy Akolita wypatrywał drogi powrotnej, majaczącego portalu bliźniaczego do tego, który przeniósł go na tę stronę świata, jednak jedynym, czego się dopatrzył, była zgraja łososi w melonikach, na dodatek kąpiących się w zupie pomidorowej i tłumaczących sobie nawzajem podstawowe zasady, którymi rządzi się fizyka kwantowa. W akcie paniki i desperacji Miodek usiadł pod jednym z dębów, po jakim pomykały gronostaje, i zaczął jak mantrę powtarzać „nie chcę, nie chcę, nie chcę”. Atak przerażenia uprzedziło pojawienie się rosłego wieloryba, jaki to, wydając z siebie przeciągły ryk, przyciągnął pełną uwagę bezradnego Miodka. Akolita uniósł łeb.
— Co na wyspach Bergamuta robi nieszczęśliwy szczeniak? — zapytał swoim donośnym barytonem, rechocząc w międzyczasie. — Uśmiechnij się, malutki, i podnieś na swoje chude łapy, ponieważ wczoraj rozpoczęliśmy poszukiwania złotego jaja! Kto go nie znajdzie, ten bałwan!
Miodek wymruczał coś w odpowiedzi, ale wieloryba nieszczególnie to przejęło.
— Wiesz, po co mi te okulary? Żeby cię lepiej słyszeć! O, nie, nie, nie będę kraść kwestii z „Czerwonego Kapturka”. Co prawda za dziecka, małego wieloryba, brałem udział w szkolnym przedstawieniu o Czerwonym Kapturku, ale grałem łóżko, w którym leżał wilk, nic poza tym! Przynajmniej dzięki temu znam wszystkie role na pamięć. „Zaraz cię zjem”, „Nie, proszę, nie, jestem taka malutka, mam malutkie stopy…” — naśladował pokracznie. — No, tak czy inaczej, szczeniaku, wskakuj na Mietka — wskazał na stojącego pod sąsiednim drzewem słonia z dwiema trąbami — i idziemy poszukać Kurwy… to znaczy — odchrząknął — Kury Samograjki. Tak na nią wołają, no nie, Mietek? Kurwa… Kura Samograjka? — Mietek pokiwał dużym łbem. — No, mówiłem. Nadchodzimy, ty skąpa lafiryndo.
Miodek nie śmiał protestować, popychany niematerialną siłą. Przecinał wyspę na grzbiecie słonia Mietka, który, jak mu szeptem wyznał, wcale nie nazywa się Mietek, tylko Mariusz, ale z wielorybem znają się na tyle długo, że Mietek przylgnął do niego, wydawałoby się, już na stałe, a słoń nie zwykł narzekać zbyt głośno, ponieważ wcale mu to nie przeszkadza, dopóki wieloryb jako-tako z nim rozmawia. Mietek nie miał żadnych przyjaciół poza nim, ponieważ w przedszkolu śmiali się z jego podwójnej trąby, a pierwsza dziewczyna Mariusza okazała się dwulicową bździągwą. Miodek przytakiwał ze zrozumieniem, pocieszając załamanego słonia.
— Zgadnij, ile mam lat — odezwał się nagle wieloryb.
— Dwa tysiące sto trzydzieści siedem — rzucił Mariusz.
— Stary, zepsułeś mi zabawę! On miał odgadnąć — oburzył się drugi. — Wszystko musisz psuć, wiesz? Nie musiałeś mówić naszej matce, że wiesz, że jesteś adoptowany. To złamało jej serce, M i e t e k! Wychowywała cię na wieloryba, a ty zupełnie znikąd przyszedłeś do niej i powiedziałeś: „Mamo, wiem, że nie jestem twoim synem”. To chujowe, stary, ona płakała przez następne pięć sekund. Tak się nie robi.
— Je-jesteście braćmi? — zapytał zaintrygowany Miodek.
— A nie widać? — odparli chórem, nawet po sobie nie spoglądając.
Miodowy Akolita wstrzymał się od udzielania odpowiedzi. Grzbiet Mietka był wyjątkowo wygodny.
— Słuchaj, szczeniaku — podjął wieloryb. — Wiesz, dlaczego idziemy wpierdolić tej zachłannej kurze?
— Po-potrzebujecie złotego… zło-złotego jajka, żeby już ni-nigdy nie musieć płacić po-podatków.
— To też — zgodził się. — Ale przede wszystkim chcemy, żebyś wrócił do ojca.
Miodek zmierzył ich zaskoczonym spojrzeniem.
— Sk-skąd wiecie, że ja…
— Nie istniejemy. — Mietek zamachnął się swoją trąbą. Dwiema trąbami, które bez większego problemu przeszyły gałęzie dębowej jabłonki. Akolita wstrzymał oddech. — Nie martw się, kochany, to bynajmniej nie znaczy, że nie możemy ci pomóc.
— Ale… Mariuszu, czy ja się… czy ja s-spaliłem…
— Zioło? Nie, coś ty — zarechotał wieloryb. — Jesteś dzieciakiem, nie możesz palić zioła. Chociaż, gdyby ciocia Złota i Snoop Dogg się do ciebie dorwali, cholera wie…
— M-Mariusz? — wyszeptał z trwogą Miodek.
— Co tam, kochanieńki? Nie słuchaj go, on ma chore nerki, poza tym nadal nie strawił tego heteroseksualisty, którego zjadł przedwczoraj. Biedak, tak głośno krzyczał. — Mietek pociągnął nosem. — No, ale bez względu na jego niestrawności, Miodeczku, musimy znaleźć Kurę Samograjkę i odebrać jej złote jajo, zanieść je Mruczkowi i wrócisz sobie do tatka.
— Ale… prze-przecież jesteśmy na wy-wyspach Bergamutach, dla-dla-dlaczego mówicie, że…
Miodowa Łapa opuścił smętnie łeb.
— W takim razie w drogę! — zawołał rozochocony, chociaż już znacznie mniej wiarygodny wieloryb w okularach. — Im szybciej udusimy tego skurwysyna, tym lepiej dla nas wszystkich.
Wydawało się, jakby droga do pokonania liczyła co najmniej tyle, ile z Łodzi do Wadowic, ale ledwo Miodek zmrużył znużone powieki, wieloryb oznajmił, iż teraz tylko wędrówka na szczyt szklanej góry dzieli ich od wyrwania płodu Kurze Samograjce spod jej piersi. Akolita zamknął je raz jeszcze, przytulając się do ciepłego ciała Mietka, a kiedy podniósł się, ogarnięty zawrotami głowy, zorientował się, iż Mariusz doprowadził go na samą górę, a on nie uświadczył choćby jednego wyboju. Zadarł głowę wysoko, ponieważ dom Kury Samograjki mierzył co najmniej sześćdziesiąt dziewięć metrów, a schodów było niewiele poniżej pięciuset. Zalał go zimny pot, ale Mietek prędko poklepał go pokrzepiająco po plecach, a wieloryb wskazał na ukrytą w skale wnękę.
— To winda.
— Wi-winda?
— No pewnie, winda. Kura Samograjka ma jakieś sto lat i jest prawie łysa, więc co, sądzisz, że będzie wchodzić po schodach?
— Nie, ale… czy-czym jest winda?
Wieloryb i słoń popatrzyli po sobie.
— Czym jest winda? — huknął pierwszy, ale Mietek zdzielił go po płetwie.
— Nie wymagaj od niego za dużo, przecież widzisz, że jest taki… — Obaj spojrzeli na Miodka bezceremonialnie.
— ...dziwny?
— Może… nietuzinkowy?
— Dziwny to lepsze słowo.
— Pewnie tak. — Mariusz westchnął. — Mioduś, zamknij uszka, zanim podkopiemy twoją pewnie niewysoką samoocenę. Teraz, siup, do skrzynki i jedziemy do Kury.
— Jedziemy jej wpierdolić — ogłosił wieloryb, pakując swoje cielsko do windy.
Mietek westchnął.
— Można tak powiedzieć.
Okazało się, nieco niefortunnie dla poszukiwaczy złotego jaja, że nie oni jedyni byli zainteresowani produktem układu wydalniczego Kury Samograjki. Zanim wjechali na szczyt, do windy wślizgnęło się, a raczej wczołgało, bo lepszym słowem tego określić się nie da, pięciu śmiałków, których Kura podziobała samodzielnie, a i siedmiu poturbowanych przez samo jajko („Skubana ma rozmach” — podzielił się ktoś wrażeniami, a krew w krwioobiegu Miodka momentalnie zgęstniała). Zagorzale odradzali poszukiwaczom zadzierania z Kurą, acz wieloryb, nabuzowany i powodowany emocjami, nie chciał nawet słyszeć o odwrocie, więc im więcej sygnałów o coraz to kolejnym piętrze słyszeli, tym Miodkowi jeszcze bardziej kręciło się w głowie. „Przecież oni nawet nie istnieją” — pocieszał się. „Jeśli stracę głowę, to tylko na niby”. Nawet lecące w windzie „Break My Stride” nie poprawiało jego samopoczucia, chociaż Mietek tupał nogą do rytmu, wyraźnie odprężony.
Kiedy drzwi na ostatnie piętro rozsunęły się, odsłaniając delikwentów w pełnej ich krasie i tak, jak ich Pan Bóg stworzył, jakby ich policzki smagnęła bosa, Jezuskowa stópka. Kura siedziała na podwyższanym tronie ze specjalnym zagłębieniem, które starannie wyścielono i gdzie gdzieś między piórami umieszczono złote jajo. „Niesamowite. Ciekawe, jak ciężko je, no… wy… e… wydobyć”. Wieloryb wyszedł na czele korowodu, w środku posuwał się Miodek, cały zaś pochód zamykał słoń i zdawało się, jakoby tylko pierwszego jakkolwiek cieszyło położenie, w jakim się znaleźli.
— Słoń Mariusz i wieloryb Wiesława — wrzasnęła kura z drugiego końca długiego korytarza.
Wieloryb wyczuł, że w głowie Miodka narodziły się co najmniej trzy nowe pytania.
— To ciemny okres mojego dzieciństwa, ojciec był pijany jak szatan i ubzdurał sobie, że ma córkę — wyjaśnił skrzętnie. — Nie patrz tak na mnie, masz imię po cholernej pszczelej spermie.
Miodowa Łapa nie drążył już tematu.
Kura Samograjka zmierzyła przybyłych wzrokiem i gdyby nie byli setnymi gośćmi, którzy przybyli do jej posiadłości w wiadomym celu, nie omieszkałaby się zapytać, jakby z wyrzutem, co sprowadziło ich na drugi koniec wysp Bergamut. W zamian przyglądała im się ze stoickim spokojem, spojrzeniem czarnych jak dwa guziki oczu taksując każdego z nich. Mimo zatrważającego wyrazu i przeszywającego wzroku, Kura Samograjka zdawała się nader głupia, a jej aparycja ponadprzeciętnie wręcz kretyńska, że nawet czerwony, klauni nos nie uczyniłby jej bardziej kuriozalnej. Miodek nie wiedział, czy Kura w rzeczywistości była ucieleśnieniem wszystkiego, co kojarzy się z tępotą, czy to tylko zioła, które między drzemkami podali mu jego współtowarzysze.
Słoń pochylił łeb, podwijając trąbę. Wielorybowi ten gest wyraźnie nie pasował.
— Sztuczna uprzejmość — prychnął. — Oddawaj jajo, pusta pizdo.
— Przepraszam za brata — wydukał Mietek.
— Oddawaj jajo, powiedziałem.
Miodowa Łapa strzelił mentalnego facepalma.
— Musicie przejść trzy próby — żachnęła się wyniośle Kura Samograjka.
— Nie mamy czasu na próby, lafiryndo. — Wieloryb podszedł na trzy kroki bliżej, celując w nią płetwą. — Dzisiaj dzień ojca, a jeśli nie zepniesz tej swojej dupy, którą przez cały rok zaciskałaś, żeby to twoje pozłacane jajo nie wypadło przedwcześnie, nie zdąży i chuj w bombki strzeli, a dzieciak nie naprawi relacji z rudym.
— Trzy próby — powtórzyła, cofając tyłek w głąb tronu.
— Prosimy. — Mariusz wystąpił przed szereg, pozostawiając w tyle wystraszonego Miodka. — Popatrz na niego. Boi się jak Czarnek feministki.
Kura wydała z siebie niekontrolowane gdakanie.
— Wymsknęło mi się. — Przysłoniła dziób skrzydłem. — Dzieciaku, podejdź tu bliżej.
Mietek odwrócił się do Miodowej Łapy i zachęcił go ruchem trąb. Miodek przełknął ślinę, pozbierał resztki rozsypanej odwagi i skierował się ku Kurze.
— Imię?
— M-Miodowa Łapa.
— Imię matki?
— Irysowe Se-Serce.
— Imię ojca?
— Klem-Klematisowy… Korzeń.
— Imię babci?
Miodek nie odpowiedział. Kura spojrzała na niego spod byka.
— Imię dziadka?
Miodek nie odpowiedział.
— Co robisz na Bergamutach?
— N-nie wiem. Nikt mi tego nie wy-wyjaśnił.
— Zauważyłam — wymruczała. — Problemy z mamą, co?
Miodowa Łapa zmarszczył brwi.
— Z ojcem — zawołał Mietek.
— Nie podsłuchuj — skarciła go Kura Samograjka. — Z ojcem. Nie dziwię się. Dobrego ojca ze świecą szukać. Twój ojciec jest dobry? Głupie pytanie. Gdyby był, nie znalazłbyś się na Bergamutach.
— J-jest dobry — zaprotestował nieco pewniejszym głosem Akolita. — T-tylko mnie nie... nie ro-rozumie.
— Powiedzmy. Lubisz go?
— No… lubię.
— Kochasz, co?
Miodek czuł się jak na przesłuchaniu, które urządziła Iryska, kiedy ktoś ukradł tojad od karła.
— K-kocham.
Krztyna wahania w głosie. Kura westchnęła przeciągle.
— Trzeci dzieciak tego dnia — zwróciła się bardziej do ogółu niż do niego. — Tamci byli nieprzekonujący. Bierz to jajko, dzieciaku, i idźcie stąd w podskokach. Schowajcie je dobrze, żeby nikt nie postanowił wam go odebrać.
— No, w odbyt sobie wsadzę — wychrypiał wieloryb. — Dobra, dobra, nie patrz tak na mnie.
Kura powstała i zeszła z podwyższenia, żeby wręczyć słoniowi złote jajo. Miodek patrzył na nie z szeroko rozchylonymi oczami. Nigdy nie widział niczego tak jasnego.
— Zasalutujcie. Jebać Łódź.
— Jebać Łódź — odpowiedzieli wszyscy jak jeden brat, tym samym zapewniając sobie pozwolenie na oddalenie się z łupem.

Dwadzieścia minut później stawili się u kota w butach. Jego siedziba była znacznie mniejsza, mieszcząc się w pojedynczym, obładowanym najróżniejszymi skarbami pomieszczeniu bez wentylacji i z jednym oknem zastawionym pozamykanymi szczelnie skrzynkami. Sam Kot siedział wyciągnięty przy biurku, przeglądając pogniecione dokumenty. Na widok wieloryba, słonia i psa wyszczerzył się szeroko, jednym gestem polecając im zamknięcie drzwi. Nie zamierzał podnosić się z fotela — odłożył tylko plik kartek i wyprężył się, jeżąc sierść.
— Widzę jajo, czuję odór zwycięstwa. Włodzimierz — kiwnął łbem w stronę wieloryba — i Mariusz. — Skinął słoniowi. Obaj odwzajemnili gest. — Ty znowu nazywasz się… — zerknął na papiery — … Miodek. To jest, Miodowa Łapa, ale nie lubię waszego systemu i wolę używać twojego pierwszego imienia. Miodek. — Rozchylił ramiona. — Jestem Janek, czasem Jan, nigdy Jasiek, kolekcjonuję szpargały i jestem do twoich usług nie dłużej niż przez trzy pytania, potem robimy fikołka i biegniesz na trening do… kto tam cię szkoli… Słonecznego Pyska. Mamy umowę? — Uniósł zachęcająco brwi.
Miodowa Łapa obawiał się, że nia miał innego wyjścia.
— Mamy — odparł.
— Słucham więc, co chciałbyś wiedzieć? Może coś o sobie? O Klematisowym Korzeniu?
— Wy-wyspy Bergamuty — zaczął — Czym one są? Kto na nich żyje? Jak…
— Uspokój się, szatanie, zmarnujesz wszystkie trzy pytania! Czym są wyspy Bergamuta? Interesujące, z reguły pytają o rodziców. Wracając, wyspy Bergamuta są snem. Iluzją. Wiesz, czym jest iluzja? Właśnie. To trochę żłobek dla zagubionych, którzy potrzebują wskazówki, jak poradzić sobie z rodzicami, bo, powiem ci, młody, rodzice to ciężka sprawa. Kura mogła o tym wspominać, sama jest sierotą. Wyspy Bergamuta to bezpieczna przestrzeń dla każdego, kto boryka się z… ująłbym to tak, że niepewnością. Jesteśmy jak poradnia psychologiczna. Przytulimy, poklepiemy po głowie, Włodzimierz cię rozśmieszy, Mariusz przytuli, Kura jest jak matka, a ja… ja jestem od brudnej roboty. Ja przywrócę cię na tamten świat i poczekam na kolejną dostawę. Interesująca praca, nie powiem. Każdy z was jest inny. Twój ojciec jest na Ziemi, grzeje tyłek gdzieś, jak dobrze widzę, na wzgórzu i odpoczywa po tym, jak potrząsnął las, żeby cię znaleźć, ponieważ, jak pewnie zauważyłeś, tutaj czas płynie inaczej. Ojciec twojego poprzednika, którego pożegnaliśmy przed momentem, nie miał tak łatwo, ponieważ tonął gdzieś na Oceanie Chmielowym, na północny zachód stąd, ale nie radziłbym się zapuszczać. Mamy tu parę innych atrakcji, jest Biały Ląd, Zadymiona Ziemia i parę innych problemów, które nękają ludzi. Ludzi? Dla ciebie to pewnie Dwunożni, mówiłem już, że dziwny macie ten slang. W każdym razie — odchrząknął — wyspy Bergamuta są dla dzieci.
Ocean Chmielowy, Biały Ląd, Zadymiona Ziemia. A pośród tego wszystkiego beztroskie wyspy Bergamuta.
— Dwunożni też tu są? Rozmawiają z wami i widzą was… jak ja?
— Cóż, tutaj sprawa się nieco komplikuje, ale w dużym skrócie, tak. Sęk w tym, że każdy szczeniak Dwunożnych ma swoje własne wyspy Bergamuta, które odwiedza we śnie. Czasami nie jestem kotem, tylko facetem w białym kitlu, czasami nieznajomym, czasem przedszkolanką albo przyjacielem, jednak zawsze stoję na pomoście, kiedy wsiadają w statki i odpływają do swoich rodziców. Współczuję im, bo Ocean Chmielowy bywa przerażający, ale wiem, że zaraz tu wrócą. Dla mnie to mrugnięcie okiem, dla nich nieco dłużej. Tutaj mamy nad wami przewagę.
Miodowa Łapa pokiwał łbem ze zrozumieniem.
— Janku, czy… — Popatrzył na niego zasmuconym spojrzeniem. — Czy ja jeszcze tu wrócę?
Poczuł na sobie wzrok Włodzimierza i Mietka.
— A chciałbyś tu wrócić? — Kot wziął głęboki oddech i ruszył się ze swojego miejsca, żeby okrążyć biurko i usiąść na jego blacie. — Nie wolisz uświadczać wysp Bergamuta w swojej rzeczywistości? Tutaj — wskazał na otoczenie — wszystko istnieje po to, aby tymczasowo ukoić twój ból. Znika wraz z chwilą, gdy otwierasz oczy. Chcesz tego, Miodku?
No właśnie, Miodku.
Czy to nie pora na opuszczenie wysp Bergamuta?

Jest dwudziesta.
Promienie zachodzącego słońca oświetlają dwa rude pyski — właściciel jednego z nich zastygł w bezruchu, wpatrzony w bezkres horyzontu, drugi zaś zbliża się niby bezszelestnie, łamiąc po drodze każdą napotkaną gałązkę. Miodowa Łapa, niewiele niższy od swojego ojca, zajmuje miejsce po jego lewej stronie, Klemtis obrzuca go wpierw zdezorientowanym, później zaskoczonym spojrzeniem. Miodek uśmiecha się, podsuwając pod ojcowskie łapy bułkę z parówką wsuniętą między dwie jej połówki.
— Ładna dziś pogoda, co? — Uśmiecha się do niego. — Nie gorsza od tej na wyspach.

tymczasowe zawieszenie wątku do czasu, kiedy ruszy akcja z Rybim Potopem
[4009 słów: Miodowa Łapa otrzymuje 40 Punktów Doświadczenia i 6 Punktów Treningu]

19 czerwca 2021

Od Miodowej Łapy do Szarej Skały

Gwiezdni nie byli szczególnie łaskawi, zsyłając na Ziemię trzydziestopięciostopniowe upały i rozpędzając każdą chmurę, jaka znalazła się na niebie. Miodowa Łapa nie krył się z dezaprobatą, nieustannie wznosząc ciche, błagalne modły o powiew, który ochłodziłby ich rozgrzane, pokryte długą sierścią ciała, niemniej jednak żadna z jego próśb nie zdawała się spełniać, ponieważ im bardziej oddalał się od momentu, w jakim rozchylił swoje sklejone dobrym snem powieki, tym głośniej sapał, a finalnie, kiedy słońce górowało ponad drzewami, był pewien, że prędzej czy później skona, a jego wnętrzności roztopią się i rozpłyną dookoła niego na kształt gwiazdy (nie zaszkodziło dodać szczypty heroizmu, na którym tak Miodkowi zależało). Co by nie mówić, Miodowa Łapa nie po raz pierwszy ucinał sobie pogawędkę z Gwiezdnymi i Gwiezdni nie po raz pierwszy olali jego błagania ciepłym moczem, uprzednio uderzając go prosto w pysk z otwartej ręki.
Na niedługo po górowaniu słońca Miodowa Łapa, pokręciwszy się po obozie, przywitawszy z każdym, kogo darzył choć minimalnym szacunkiem, uczeń Słonecznego Pyska zdecydował się popełnić czyn zakrawający o masochizm, ponieważ życie nie dostarczało mu wystarczających rozrywek i poczuł się znużony rutyną niedostatecznie upalnego dnia — zdecydował się zawędrować do zatęchłej, cuchnącej rozkładającym się truchłem szczurów nory Rybiego Potopu, która mieściła się raptem na długość drzewa od obozu Flumine. Mimo niewielkiej odległości Rybi utrzymywał, że o stokroć lepiej czuł się, w jego mniemaniu, odosobnionym miejscu, gdzie bez zawadzającego mu rumoru szczeniąt mógł cieszyć się codzienną modlitwą. Miodka, jako istotę społeczną, dziwiło to podejście niezmiernie, niemniej jednak nie znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby podważyć Rybie ideały.
Rybi Potop krzątał się po swojej jamie, pod nosem podśpiewując znane tylko im pieśni pochwalne, które przedstawiał Miodkowi pewnego wieczoru, zamieniając swój dom w pokraczną filharmonię o kulawej akustyce i niekoniecznie uzdolnionym śpiewaku. Leciała mniej więcej tak, że niesforny Bezgwiezdny, jak sądził, główny bohater całego psalmu, zjadł placek z rodzynkami, a że Gwiezdni od tysiącleci toczą bój z fanami serników, to Bezgwiednego utopili w rzece. Według słów Rybiego apostoła ów Bezgwiezdny tę właśnie pieśń wyśpiewywał, ponieważ dzień przed tragedią do jego domu przybył psi minstrel z psalmem, który, jak się okazało, był dla Bezgwiezdnego przepowiednią. Miodowa Łapa czasami zastanawiał się, jak prawdziwa jest ta historia, ale prędko karcił się za niedowierzanie słowom bożyszcza i zaczynał nucić pieśń o niepokornym miłośniku placków z rodzynkami.
Rzeka, rzeka, rzeka — Dochodził go Rybi głos. — On na ciebie czeka. Nie jedz tych owoców, bo… ee… tych owoców nie… cóż… jak to leciało? Nie wiem, nie wiem — mamrotał do siebie, podchodząc do każdego pudełka po kolei. Chociaż nie posiadał kciuków i ciężko było cokolwiek z nich wydobywać, rzeczy składowane tam nie gubiły się tak szybko, jak te luzem walające się po całym kompleksie dwóch pomieszczeń przedzielonych półścianką z błota. — Żem zgubił te przeklęte kwiatki, co za pech! Co teraz, co teraz? — Popatrzył niespokojnie po swoich zapasach, kiedy Miodowa Łapa przestąpił próg jego prowizorycznego mieszkanka i odchrząknął, zwracając na siebie uwagę gwiezdnego apostoła. — Dziecko? Raduję się, że cię widzę.
Miodek skinął z powagą łbem.
— Dzi-dzeń dobry, pro-proszę pana. — Rybi Potop kazał mu się zwracać do niego właśnie w ten sposób, dodatkowo w drugiej osobie liczbie mnogiej. Z początku gubił się trochę, ale im dalej w las, tym gęściej, czy jak to tam było. — C-cieszę się.
Rybi Potop zatrzymał się na moment, żeby zmierzyć go krytycznym spojrzeniem.
— Wyglądasz jak siedem nieszczęść, dziecko drogie, gdzie żeś się tak umorusał, co? W błocie żeś się bawił? Pewnie, dziecko, pewnie, mały bandyto, co pstro ci w głowie, figle, zabawy — jojczał Rybi. — Za malutkiego byłem znacznie pokorniejszy, za moich czasów, zanim wychodziło się na polowanie, poświęcaliśmy się naszym panom, naszym Gwiezdnym, odmawiając modlitwy i rozmawiając z nimi, jeszcze przed tym, jak myśmy gęby do siebie otwierali. Teraz? Teraz to herezja zapanowała, dziecko! Siano w łbach i za ojczyznę! Źle się dzieje, źle się dzieje… — Kręcił głową. Zachowywał się tak, jak zwykł poczynać średnio dwa razy dziennie, kiedy przypominał sobie, jak stary jest, a w jego umyśle uruchamiał się alarm z notatką „czas na uprzykrzenie życia Miodkowi, i tak się nie sprzeciwi” i, faktycznie, Miodowa Łapa nie śmiał mu przerywać, a ze zrozumieniem wysłuchiwał każdego zarzutu skierowanego w jego stronę. — Teraz pomodlić się musimy, tak, iść musimy, wystarczająco czasu zmarnowałeś.
Rybi Potop pchnął go ku wyjściu, niespokojnie powtarzając: Zmarnowałeś, tak, zmarnowałeś swój czas, a następnie pokierował ich w stronę przeciwną do tej, gdzie mech porastał konary — na południe. Przechadzali się tam wówczas, gdy nudziło im się składanie ofiar i klękanie pod ich ulubionym drzewem — całkiem wysoką topolą. Topola o tej porze roku wyglądała znacznie lepiej niż podczas zimy, a uroku dodawał jej zawieszony na pniu wianuszek z kwiatów i liści, który tydzień temu umieścił tu Rybi. Ów wianuszek powoli usychał i stawał się coraz to brzydszy, niemniej jednak Miodek podziwiał go za każdym razem, kiedy bywał w okolicy. Teraz jednak szli w przeciwnym kierunku, a więc z każdym kolejnym krokiem się od wianuszka oddalali. Miodowa Łapa miał nadzieję, że apostoł zabierze go do parku, wśród Dwunożnych dokarmiających wygłodniałe psy albo do ładnej doliny rzecznej, gdzie w spokoju będą mogli odbyć kolejną, tak cenioną przez Miodka rozmowę kręcącą się przede wszystkim wokół tematyki wiary i posłuszeństwa względem tych, którzy odznaczali się przede wszystkim swoją niematerialnością. Miodowa Łapa lubił te momenty. Wówczas czuł się słuchany, czuł się zrozumiany, czego nie uświadczył, kiedy przebywał z rodzeństwem — gwar panujący w obozie i mnogość kręcących się dookoła niego psów sprawiały, że niknął na tle pozostałych, to i mało kto poświęcał mu uwagę dłużej niż przez pięć i pół, w porywach do dziesięciu sekund.
Rybi Potop był trochę fajniejszy.
Miodowa Łapa milczał jak zaklęty, kiedy lawirowali między kamieniami i następnie drzewami, zapuszczając się coraz to dalej i dalej na północ. Południe. Miodek się w pewnej chwili zamotał, niemniej jednak wkrótce nabrał pewności, iż był to wschód. Pół-... to znaczy, to było południe. Szli w stronę Industrii. Młody apostoł junior nigdy nie spotkał nikogo z Industrii — znał Bezgwiezdnego Jazgota i kiedyś natknął się na patrol Tenebris, o Ventus słyszał z opowieści, a Industria pozostawała słodką niewiadomą. Podekscytowała go wizja zapoznania się z nowym klanem.
— Dzisiaj, dziecko, opowiem ci o heroizmie Rybiusza III Kwaśnego, któremu zawdzięczam moje imię. Zatrzymamy się tam, o tam, za tym głazem, żebyśmy mogli bez przeszkód skierować swoje spojrzenia ku gwiazdom i pomodlić za Rybiusza, który poluje teraz z Gwiezdnymi. — No tak, chuj Miodkowi w dupę. Szczenię z westchnieniem opadło na trawę, ale prędko zreflektowało się pod ciążącym na sobie, krytycznym wzrokiem Rybiego. — Otóż, młodziku, Rybiusz III Kwaśny był synem Parówczana II Gorącego, który z kolei był potomkiem — pozwól mi pomyśleć — był potomkiem Cierniusza Krzaka, przywódcy ówczesnego klanu wierzących w jedynych słusznych Gwiezdnych, w jakim ciężko było odnaleźć jakichkolwiek wiarołomców albo światoburców. Był uporządkowany ten świat, stały najważniejsze wartości na tym hierarchii czele i wszystko było tak, jak być powinno, dopóki nie pojawił się heretyk — Poszarzały Głaz — który próbował stanąć naprzeciw odwiecznym ideałom wyznawanym przez naszych ojców, dziadów i pradziadów, Miodowa Łapo. — Rybi Potop zaszlochał pokazowo. — Rybiusz III Kwaśny podbił więc obóz Poszarzałego Głazu, do cna wyplenił niewierzących zdrajców i w ten sposób, poprzez krucjatę, zapewnił sobie liczne potomstwo. — Miodek był zbyt młody, żeby zrozumieć podprogowy przekaz, co Rybi wykorzystywał, jak tylko wykorzystywać mógł. — Kiedy poległ w walce z Poszarzałym Głazem, natychmiast ułożono pieśni pochwalne, które przetrwały do dzisiejszych czasów, a wieść o poległym przywódcy rozprzestrzeniła się zaskakująco szybko. W ten sposób Rybiusz III Kwaśny został bohaterem, jakiego warto wspominać.
Miodowa Łapa słuchał apostoła seniora z zapartym tchem, chłonąc każde jego słowo z rozchylonym szeroko pyszczkiem.
— Ch-chciałbym być jak Ryb-Rybi-Rybiszu-Rybiusz… III… Kwaśny! — zawołał rozochocony. — Bracie Rybi Potopie, czy myślicie, że mógłbym w ten sposób pokonać Bezgwiezdnych heretyków? Sądzicie, że to dobry pomysł?
Rybi Potop wzruszył ramionami.
— Bezgwiezdni powinni zostać unieszkodliwieni już lata temu — prychnął z pogardą. — Cholerne ateistyczne śmiecie.
— Moglibyście po-powtórzyć? Nie zrozumiałem.
— Nic, nic. — Rybi Potop wziął głęboki wdech. — Zostań tu, dziecko, kiedy pójdę poszukać materiałów na ołtarz. Wrócę niebawem i raczę oczekiwać, iż znajdę cię w tym miejscu.
Rybi Potop mógł sobie tego życzyć i Miodowa Łapa był o krok od spełnienia tej prośby, niemniej jednak nie musiało minąć dziesięć uderzeń serca, żeby młody apostoł zwątpił w swoją silną wolę, a otoczenie zaczęło sprawiać wrażenie stokroć bardziej pociągającego. Gałęzie poruszyły się niespokojne, smagane delikatnym podmuchem, żuk pomykał między kłosami trawy, z oddali dobiegał świergot ptaków, a słońce prażyło niby płomień, ogrzewając pokrytą grubą, rudawą sierścią skórę malca, który siedział wytrwale, ze wzrokiem wbitym w punkt gdzieś za drzewem.
— Ry-Rybi Potop prosił, że-że-żebym został — gadał do siebie, próbując się przekonać, iż odejście z miejsca stanowiącego punkt ich umówionego spotkania byłoby nierozsąne, a on niepotrzebnie naraziłby się na gniew nie-mentora. — A ja, ja jestem po-posłu-susz-posłuszszny. Gwie-Gwiezdni wynagrodzą moją cie-cierpliwość.
Ale ani Gwiezdni, ani Rybi Potop nie nadchodzili. A nieznajomy głos za krzakami nie cierpiał zwłoki.
Po serii powtórzonego „zostanę tu” Miodowa Łapa podniósł się i poszedł.
Usłyszał coś, co można było nazwać rozmową albo monologiem — to pierwsze zakładałoby konwersację dwóch psów o łudząco podobnych głosach, drugie z kolei — najpewniej nic dobrego, ponieważ jegomość mówił dziwaczne dla Miodka rzeczy. Miodowa Łapa nie chciał jednak spędzać tam ani chwili dłużej, choć robił sobie z tego powodu wyrzuty i najpewniej przez długi czas będzie sobie wypominać własną lekkomyślność.
Zakradł się cicho, żeby nie narobić sobie problemów. Rybi Potop mógł się o tym nie dowiedzieć, musiał być zwyczajnie ostrożny. Postawił rudą łapę między gałęziami i poruszył się niezgrabnie, generując tym samym serię donośnych szmerów.
— Kurczę! — wymsknęło mu się, jednak prędko zamknął pysk.
Szary sznaucer był w trakcie prowadzenia dialogu i Miodek dopiero teraz zorientował się, że nieznajomy był, istotnie, zupełnie sam.
— Oni naprawdę nie mogą się nauczyć, żeby mówić mi Peter. To przecież nie jest takie trudne do zapamiętania! Jednoczłonowe! — Zawiesił głos na moment, jakby czekał na odpowiedź. — Szara Skała!
Miodową Łapę przeszył dreszcz. Kto nazywa psa po zdrajcy! Prędko połączył fakty, dochodząc do bezbłędnego, w jego mniemaniu, wniosku, iż Szara Skała i Poszarzały Głaz, o którym tak rozlegle opowiadał mu Rybi Potop, muszą mieć ze sobą nieco więcej wspólnego. Z jego ust wyrwało się pełne trwogi westchnięcie, a domniemany Peter zwolnił, spoglądając po krzaku. Nie wydawał się nim szczególnie zainteresowany, niemniej jednak Miodek, nie korzystając z pełni możliwości własnego umysłu, zdecydował się opuścić swoją kryjówkę.
— N-nie waż się ru-ruszyć — stęknął Miodek, próbując przybrać groźną postawę. Jego zająknięcie się nie wpłynęło korzystnie na autorytet, którego, swoją drogą, nawet nie posiadał, w szczególności z perspektywy znacznie starszego i z całą pewnością silniejszego sznaucera.
Miodowa Łapa ściągnął brwi i wydał z siebie warkot, strosząc sierść.
— O, jaki uroczy rudy dzieciak. Verg, adoptujmy. — Minęła chwila, zanim odezwał się po raz drugi. — Zabawę mi psujesz.
Miodek wybałuszył oczy.
— Kim jest Verg? — zapytał. — Prze-przecież nikt ci nie odpo-od… odpowiedział! Jest pan szalony!
Peter popatrzył na niego.
— Nie ująłbym tego w ten sposób, młody — odparł. — No, co tu robisz? Nie widzę twojej matki. — Rozejrzał się dla wzmocnienia swoich słów.
Spojrzenie akolity było w niego nieustannie wlepione, a zmrużone oczy wertowały go od łap po łeb. Miodek nigdy go nie widział. Wziął wdech — jego zapach nie był charakterystyczny dla psów z Flumine. Nie potrafił jednak określić, czy cuchnie jak Wietrzny, czy jakby był z Tenebris albo Industrii, a w szczególności czy nie należał do żadnego ugrupowania czy, o zgrozo, do Bezgwiezdnych. Ale nie był z Flumine. Ta jedna informacja napawała go wystarczającą niepewnością. Przecież nie musi być niewierzący. Nie mogę potępiać brata, choćby rozmawiał… ze sobą.
— Ni-nie jestem tutaj sam — zaprotestował Miodek. — By-byłem tu z moim… — zawahał się — ...moim mentorem, który musiał pi-pilnie pójść po… po wo-odę.
Skłamałem, pomyślał. Skłamałem, a ja nie mogę kłamać. Nie można kłamać. Następne uderzenia serca karcił się za kłamstwo, choć niewielkie i niekoniecznie ważne, a na dodatek zdawało się, jakby dla Petera nie grało większej roli. Mimo to kodeks wewnętrzny Miodowej Łapy kategorycznie wykluczał wszelkie incydenty tej maści.
— A pan? C-co pan tu robi?

<piotrek?>
[1973 słowa: Miodowa Łapa otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

14 czerwca 2021

Od Miodowej Łapy CD Klematisa


Prawdopodobnie znacie to uczucie, kiedy rankiem, w drodze do pracy, szkoły, czy do innego obozu wyciskania z ludzi wszelkich chęci do życia, przez okraszoną typowo francuską, paskowaną markizą witrynę dostrzegacie ustawione w najidealniejszą w całym świecie kupkę pączków z dziurką, powszechnie znanych jako gniazdka albo pączki wiedeńskie — z lukrem, idealnie twardym pancerzem, jakby były tymi skurwysyńskimi żukami z chitynowym kubraczkiem, i promieniem słońca, który zgrabnie zasłania cenę takiej wygody, znacznie przekraczającą koszt zwyczajnego pączka bez żadnych fajerwerków ani upiększeń, jakimi poszczycić się mogą te osobniki. Patera ugina się pod ich ciężarem — wypieczone, w środku perfekcyjnie miękkie, jakby wykonane z górnolotnych materiałów, satyny i jedwabiu dostarczonych przez chińskich kupców bosymi stopami przemierzających Jedwabny Szlak (tę wykurwiście długą ścieżkę z Europy do Azji, mogliście uważać na historii, zamiast rozważać czterysta dwadzieścia sposobów na popełnienie zjawiskowego samobójstwa). Pączki takie jak większość nauczycielek angielskiego — perfekcyjne w swojej istocie. Myślami wracacie do obowiązków, pieprzycie się z tymi kretynami następne osiem godzin i, świeżo po wyjściu z namiotu cyrkowego potocznie nazywanego instytucją edukacji, emanując boskością i zakrawającą o narcyzm pewnością siebie, kierujecie się ku miejscu, które na stałe osiadło w czeluści waszego umysłu — do cukierni, którą dane wam było minąć, kiedy, w nastroju równie beznadziejnym, co polityka polskiego rządu i klejącymi się powiekami, gnaliście na łeb na szyję, poganiani widmem kolejnego nieintencjonalnego spóźnienie. W drodze zaczepia was bezdomny, a wy zbywacie go chłodnym, a jednocześnie pełnym ekscytacji „nie mogę, spieszę się”, nie zatrzymujecie się, żeby pogłaskać tego sympatycznego pieska, dla którego stanowicie jedyny interesujący punkt dnia, ponieważ właściciel wcale się nim nie zajmuje i nierzadko trzyma na uwięzi, na widok znajomej twarzy — ciotki, dziadka czy przyjaciela — czmychacie w pierwszą alejkę, byle dotrzeć na czas, zdążyć przed zamknięciem i uświadczyć tego, co ludzie zwykli nazywać efektem Makłowicza — eksplozją najczystszej radości, euforii, która bierze się z najprostszej dla ludzkiego organizmu czynności, przeżuwania. Dla was to jednak coś niezwykłego. Przeżyliście chemię tylko dzięki temu, iż wasze myśli zajmowała zbliżająca się niechybnie degustacja gniazdka. Raszpla o matematycznym umyśle tego jednego dnia zdawała się nieznacznie mniej uciążliwa, a irytujący dzieciak wyjątkowo rzadko przypominał nauczycielom o zapomnianej pracy domowej. Wszystko było dobrze, a zwieńczeniem tego udanego dnia miał być pączek.
Ale czar pryska, wasz trampek ląduje w krowim łajnie (skąd krowa w środku miasta?), rozplątane sznurówki barwią się na brązowo, uderzając o nogawki waszych niebieskich jeansów, a bezdomny, którego olaliście, śmieje się z was pod nosem. Dalej mam pączka, co nie? — pocieszacie się przez łzy, w przerwach między rzucaniem siarczystych przekleństw. Na kitel Dundersztyca. Mapy Google mówią, że cukiernia znajduje się za rogiem, to raptem czterysta metrów od miejsca, w którym rozpoczyna się seria niefortunnych dla waszej nadszarpniętej w każdym razie godności zdarzeń. Ledwo mijacie ławeczkę, na jakiej rozłożyła się białowłosa jak Geralt z Rivii staruszka o wzroście nieprzekraczającym metr trzydzieści pięć w szpilkach, a czujecie uderzenie, jakby w skroń, ale nieco wyżej. Z głowy zaskoczonej swoim pudłem emerytki zsuwa się siwy koczek, a kibolski jeżyk zdradza tożsamość napastnika — Tyrion Lannister XXI wieku raz jeszcze zdziela was torebką swojej siostry, a wy, oszołomieni, zaczynacie biec, choć w panice plączą wam się nogi. Otumaniony umysł normalnego człowieka zapomniałby o pączku, a zmysł przetrwania kazał uciekać tam, gdzie narodowiec nie miałby czelności wejść, do hostelu dla osób LGBT albo okręgowej siedziby Lewicy. Wy jednak uderzacie w lewo, ku cukierni, której słodki szyld uśmiecha się perliście, a od szyby odbijają się oślepiające was promienie popołudniowego, letniego słońca. Ślina niemal kapie wam na chodnik — spoglądacie w dół — i, nieoczekiwanie, jak dłudzy wykładacie się na nagrzanej kostce brukowej, padając u stóp tego nauczyciela z podstawówki, który zawsze bronił was, kiedy katechetka chciała powiesić was na krzyżu za herezyjne spieranie się z nią, dlaczego Bóg nie lubił placków z rodzynkami. Jestem tobą zawiedziony — mówi pełnym dezaprobaty głosem. Broniłem cię, a ty… Kwili jak małe dziecko, klęka na kolana i wznosi wyniosłe modlitwy do Jamesa Caviezela i tego dzieciaka, który był słoneczkiem w Teletubisiach. Przeklina waszą matkę, a jadący po jezdni autobus gwałtownie zatrzymuje się tuż przy was, kierowca wstaje, zaczyna klaskać, a geje-pasażerowie kolejno z niego wychodzą, żeby odtańczyć poloneza w samym centrum miasta. Kibic Legii Warszawy zniknął, więc przepraszacie nauczyciela, albo nie, i odchodzicie, tanecznym krokiem trafiając między sodomitów. Klaszczecie w rytm Lady Gagi i, dziękując w myśli losowi, wydostajecie się spomiędzy kręgu rozentuzjazmowanych waszym nieszczęściem mężczyzn. Żar jest nie do zniesienia, wydaje się, jakoby temperatura wzrastała do pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Szyby pękają, szkło rozbryzguje się po chodniku i napierdalasz slalom, byle nie skaleczyć swojej nieskazitelnej stópki. W każdym radio słychać: Za pięć minut nastąpi koniec świata, pożegnajcie się ze swoimi pieskami, ale to was nie zatrzymuje. Brniecie dalej, choć pot leje się z was tak, jak z Korwina, który dopiero wynurzył się z morza, żeby siać postrach wśród małych dzieci. Niczym glonojad przysysacie się do ściany, ledwo dysząc, i, wychyliwszy się zza niej, zapuszczacie żurawia, kierując wzrok ku gniazdkom. Patera stała niewzruszona, a na niej… na niej stało gniazdko. Ociekało lukrem i gdybyście tylko nie byli przegrywami, można by było porównać tę chwilę do momentu, kiedy ładna alternatywka posyła wam zachęcający uśmiech. Anon, usiądź mi na mordzie — zdaje się szeptać pączek. T-tak… już idę… — dukacie w odpowiedzi, czołgając się po szkle. Słońce staje się coraz większe, topi się wszystko, co może się stopić, a jedyna wasza miłość do pączka pozostaje stała, niesmagana żadnym powiewem ani niespokojną falą. Opuszek palca wskazującego smagacie gniazdka, wasz żołądek robi fikołka. Sięgacie ku niemu, resztki sił poświęcacie na wyciągnięcie się na tyle, żeby złapać go i mieć w garści.
Wówczas pączek znika, a jedyne, co widzicie, to rudą kitę Klematisa, który oddala się, dumnie niosąc go w pysku.
Tak poczuł Miodek, gwoli poprawności, Miodowa Łapa, kiedy za mentora przydzielono mu Słoneczny Pysk. To nie tak, że darzył ją szczególną nienawiścią — po prawdzie nie łączyły ich szczególne stosunki, stali na stopie czysto formalnej, mówiąc sobie dzień dobry wtedy, kiedy sytuacja tego od nich wymagała, toteż Miodowa Łapa nie miał czasu wyrobić sobie na jej temat konkretniejszej opinii, bardziej czy mniej przychylnej. Wtedy jednak, kiedy Klematis zburzył budowany przez ostatnie księżyce domek z kart, Miodek zapałał do niej najszczerszą niechęcią, a w rankingu top dziesięciu głupich psów przeganiał ją tylko Miodka ojciec i gej z Flumine.
Wbił pełne rozczarowania spojrzenie w Rybi Potop, który znalazł sobie miejsce gdzieś z tyłu, z dala od tłumu i zgiełku. Kiedy usiadł tam, jeszcze przed uroczystością, Miodek zastanawiał się, dlaczego się tak od wszystkich odizolował — w końcu niebawem mieli go wywołać, żeby złożył przysięgę i oficjalnie przejął opiekę nad młodym uczniakiem, z którym zdążyła połączyć go tak szczera więź. Teraz wszystko stało się jasne i Miodek nie miał żadnych wątpliwości — to nie była decyzja podjęta na poczekaniu. To tylko podsyciło gorycz.
— Powiedziałeś Na-Nakrapianej Gwieździe, żeby Rybi Potop nie zostawał moim mentorem, prawda? — wydukał ściszonym tonem.
W oczach stanęły mu łzy. Miał ochotę rzucić się na trawę i zrobić widowisko, jakiego Wodni nie mieli okazji podziwiać — powstrzymało go jednak uspokajające, ale wystarczająco jednoznacznie spojrzenie matki. Nie chciał przynieść jej wstydu, jednak jednocześnie nie zamierzał przyjąć z pokorą — w jego mniemaniu — nieobiektywnej decyzji Nakrapianej Gwiazdy. Jeśli będzie musiał, to przywdzieje płaszcz z krzyżem i ruszy naprzeciw Wielkim Seldżukom, albo Nakrapianej, albo Klematisowi, albo wszystkim razem wziętym, o ile jakkolwiek wpłynie to na drogę Miodka do celu.
— Właściwie to moje relacje z Nakrapianą Gwiazd-...
— Powiedziałeś jej! Nie ch-chciałeś, żeby Ryb-Rybi… Rybi Potop był… — jęczał, ledwo powstrzymując tłamszony gniew. — Je-... jestem pewien, że Gwie-zdni ci się od-odpłacą! Jesteś ni-e-dorajdą, ni-nie chcę ta-takiego ojca!
Oczy zgromadzonych dookoła nich skupiły się na Miodku, choć cała reszta gapiów w spokoju oglądała dalszą część mianowania. Z Miodowej Łapy wyszła jego najprawdziwsza natura drama queen, która nakazała mu tupnąć łapą i, nie bacząc na okoliczności, wyminąć rodziców tylko po to, żeby zbiec gdzieś w teren, gdzie będzie mógł w spokoju, nienawiedzany ani przez ojca, ani przez matkę, pomamrotać, powyzywać, pomodlić się i dokonać wszystkiego, co zwykł robić potajemnie, z wyjątkiem tego trzeciego, bo z reguły modlił się dosyć głośno.
W każdym razie, co by nie mówić, Miodek zniknął gdzieś między zaroślami, z zaciśniętymi oczami podążając leśną ścieżką w kierunku północy. Na tejże północy znajdowało się miejsce, które nazywał Pszczelim Gajem — tej wiosny odnalazł tam niezliczoną ilość uli pękających w szwach od pszczół sumiennie transportujących do ich wnętrz nektar, toteż zawarł z nimi coś na kształt paktu o niegryzieniu i pokojowemu spędzaniu czasu — przypominał jednak ten cały pakt o nieagresji, w którego ramy wchodziła Polska, Niemcy i ZSRR, co koncertowo spierdolił Ribbentrop i Mołotow, ale to sprawa na inne opowiadanie, o psie choćby trochę mądrzejszym od pacanowatej, zacinającej się jak stara płyta winylowa waszego nieżyjącego dziadka Miodowej Łapy.
Cały ten Pszczeli Gaj miał do siebie to, że mało kto był na tyle odważny, żeby zapuszczać się w jego głąb. Nie to, iż psy bały się pszczół albo czuły szczególny respekt na poziomie innego od tego międzygatunkowego — srające pod siebie sarno-wilki, innymi słowy, szeroko pojęte dzikie psy, miały pewną świadomość tego, że gdy tylko zostają ugryzieni przez pszczołę, jegomość umiera, pozostawiając na pastwę losu swoje żony, dzieci, najbliższą rodzinę i najprawdopodobniej zwierzaki, jakie zrobili sobie z ameb czy innych bakterii, których rozmiar odpowiada stosunkowi wielkości człowieka a czworonożnego pasożyta. Pszczeli Gaj był więc sympatyczny, dopóki Miodek był tam sam. Wydawało się, jakby pszczoły z zainteresowaniem słuchały tego, co młody desperata ma im do powiedzenia. Miodowa Łapa sądził, że momentami łączyły się z nim w modlitwie.
Miodek oparł się o pień i zdusił płacz. Królowa pszczół popatrzyła na niego swoimi pięcioma oczyma.
— Nienawidzę mojego ojca, Be-Berta — zaszlochał. — Ryb-bi Potop za-zawsze był dla mn-mnie jak ta-ta, a Klem-Klematisowy Korzeń jest de-dege-... jest here-he-herety-kiem i… zdrajcą, zdradził n-as wszystkich. Wie-m, że nie by-było mnie wt-wtedy na świecie, ale Ry-Rybi Potop mi opowiadał. Pró-próbowałem zrozumieć, a-ale on mi nie po-maga, nie potrafi być o-ojcem, a ja nie po-trafię być synem… Be-Berta… — Wziął głęboki wdech. Miodek chciałby być dorosły. — Chcia-ałbym być do-dorosły. Chcia-łbym mieć ty-tyle lat, co Ry-Rybi Potop.
Zamilkł na moment. Berta zdążyła odlecieć, zanim odrzucił łeb i wykrzyczał:
— Gwiezdni! Słyszycie, co do was mówię? — Kiedy krzyczał, nie jąkał się zanadto. — Zbawcie mnie! Przynieście mi ukojenie, Gwiezdni! — Jego bezradność mieszała się z niestłumioną do końca nadzieją, jej strzępami, które jakimś cudem zachowały się od zupełnego rozkładu. — Wi-wiem, że tam jes-jesteście. Pro-proszę, nie karajcie mojego ta-tatusia zbyt su-surowo. Ja spróbuję. Ja na-nawrócę go na do-dobrą drogę, ta-ta będzie ża-żałował, ale… proszę, ułatwcie mi to. Mam tylko sze-sześć księżyców.
Może nie chciał źle?, przeszło mu przez myśl. Chciał. Chce odsunąć mnie od Rybiego Potopu. Tata nie docenia potęgi Gwiezdnych. Może… nie, nie, nie…
— Ci, którzy nie wierzą, będą smażyć się w Infernum.
Krzaki zaszeleściły, a Miodowa Łapa podskoczył, zaskoczony nagłym odzewem ze strony przyrody. W zbliżającej się postaci nie rozpoznał ani lisa, ani wilka, ani tym bardziej żyrafy czy słonia — niewysoka samica zbliżała się do niego powoli, a swoją aparycją przypominała pokracznego niedźwiedzia, którego ktoś wyposażył w lokówkę, a nie sukę, która, jak sądził Miodek, w małym stopniu zainteresowała się powodem jego ucieczki albo, wręcz przeciwnie, po prostu usłyszała, jak wydzierał swoją tępą mordę.
— Miodowa Łapo. — Rozległo się za jego plecami. Głos nie wybrzmiewał zaskoczeniem, toteż Miodek ośmielił się postawić diagnozę, jakoby suka znalazła się w Pszczelim Gaju intencjonalnie. — Mam świadomość, że to może być dla ciebie trudne, ale, hej, łeb w górę, bo…
Akolita zmierzył ją beznamiętnym spojrzeniem. Uśmiechała się łagodnie, z jej oczu biło ciepło i zdawała się emanować najszczerszym uczuciem, jakby kochała wszystko, czego dane jej było zasmakować, powąchać, usłyszeć, zobaczyć czy dotknąć. Jeśli Miodek się nie mylił, miał podstawę do polubienia jej — wyglądała tak, jak gdyby znała cenę życia i potrafiła okazywać wdzięczność za to, za co, według wyznawanych przez niego wartości, powinna.
— Sło-Słoneczny Pysku. — Mimo ociężałej głowy pofatygował się na tyle, żeby wstać i skinąć nią z szacunkiem. Starsza od niego samica patrzyła na niego spojrzeniem swoich ciemnobrązowych oczu. — Po-poszedłem, bo… nie chciałem narobić ci wsty-wstydu przed Na-Nakrapianą Gwiazdą. Nie, nie, tak na-prawdę zdenerwowałem się na ta-tatę i nie mo-mogłem tam być. Prze-praszam
Miodek miał w sobie krztę honoru.
Miał, prawda?
Na tym etapie swojego niedługiego życia Miodek sam nie wiedział, czego tak naprawdę się boi.
Klematisa, Gwiezdnych, Rybiego Potopu, czy tego, że zawodzi — jako syn, wierny i nieprzepisowy uczeń. Miodowa Łapa nie chciał zawodzić. Chciał, żeby wszyscy trzej byli z niego dumni.
Słoneczny Pysk wcale nie patrzyła na niego krytycznie, a mimo to odnosił wrażenie, jakby robił z siebie błazna.
— Berta, nie przeszkadzaj. — Słoneczny Pysk odgoniła królową.
Miodek, słysząc nadane przez niego imię, odwrócił się gwałtownie.
— Po-powiedziała ci, jak m-ma na imię? — zapytał z nieukrywanym zdziwieniem.
Pokiwała łbem.
— Berta, no nie? — Słoneczko podeszła bliżej i usiadła tuż obok Miodowej Łapy. — Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żebyś wyrósł na najlepszego wojownika. Albo przynajmniej przyzwoitego. Spodziewałeś się czegoś innego, ja wiem, mam tego świadomość. — Miodek niespecjalnie się z tym krył. — Ale pozwól mi spróbować.
Miodowa Łapa nie chciał dawać jej szansy. Miodowa Łapa nie chciał jej lubić, nie chciał zmieniać mentora, nie chciał, żeby cokolwiek ulegało jakimkolwiek deformacjom. Rybi Potop wybrzmiewał w jego głowie — jego nauki, mądrości, dewizy i cała wiedza, którą starał się wpoić do kształtującego się umysłu. Słoneczny Pysk nie zna Gwiezdnych tak dobrze, jak ja — powiedziałby, potępił Nakrapianą Gwiazdę. Miodek wiedział, że Rybi Potop aspirował na jego mentora. Chciał zostać jego nauczycielem i dojrzewał w takim przeświadczeniu — ciężko jednoznacznie określić, jak dalece było ono złudne, a jak — istotnie — zgodne z rzeczywistością. Podświadomość Miodka i jego racjonalność zgadzała się w jednym: nie mógł zrobić nic więcej.
Uśmiechnął się bezsilnie, sztucznie.
— Dz-dziękuję, Słoneczny Py-Pysku.
— Potraktuj to jako pierwszą lekcję.

Miodek nie lubił ani kaczek, ani Klematisa. Kaczki miały długie dzioby, były dziwacznie gładkie, opływowe i powabne, czego w żadnym razie nie można było powiedzieć o Klematisie — oba te gatunki łączyła skłonność do gadania, a Miodowej Łapie znacznie przyjemniej słuchało się ptasiego skrzeczenia niżeli tego ojcowskiego. Irysowe Serce, z robotą po kokardki, zostawiła dzieci z pożalcie się Gwiezdni ojcem-niańką, który, skończywszy z Konwalijką, czy jakkolwiek ten hot-dogowy dzieciak miał na imię, cierpiał na nadmiar czasu przynajmniej do momentu, w jakim Flumine wzbogaci się o pięć kolejnych worków skóry, kości i narządów, które skupią na sobie uwagę całego obozu. Nie to, że Miodek szczególnie narzekał. Lubił dzieci i cieszył się, że Wodni rosną w potęgę, tworząc armię rudych skurwysynów.
— No, kaczki mają skrzydła — rzucił w pewnym momencie Klematis, jakby w eter, bo żadne z jego szczeniąt niewiele robiło sobie z ojcowskich pogadanek. Dzieciaki były w odpowiednim wieku, żeby poruszać się samodzielnie, niemniej jednak ich ojciec, w akcie najpewniej desperacji, chcąc ratować pozrywane na tak wczesnym etapie więzy rodzinny, zdecydował, że tego konkretnie popołudnia wybiorą się gdzieś, gdzie koty szczekają dupami, a Karo nie jest zajebista z każdego przedmiotu, który istnieje w polskim systemie szkolnictwa. — Kaczki.
— Kaczki — powtórzyło któreś z nich. — Idziemy dalej?
— Zaczekajcie.
Klematis nasłuchiwał, żeby chwilę później zerwać się z miejsca, wytężywszy swój starczy wzrok. Miodek śledził go spojrzeniem aż do momentu, w którym zniknął między krzewami. Stali więc przez następne dziesięć uderzeń serca — zbyt długo dla szczeniąt — aż jedno z rodzeństwa, Miodek nie zdążył spostrzec, które, bo rozeszli się na tyle, żeby znaleźć się od siebie w dosyć dużych odległościach, odeszło, a za nim następne, znudzone kretyńskim spacerem. Miodowa Łapa ani o tym myślał, wzrokiem wodząc po miejscu, w którym zniknął Klematis. Wodzony naturalną dla niego ciekawością powłóczył się w tamtym kierunku.
Niezidentyfikowane szmery rozbrzmiały w jego uszach, więc nastroszył się, pochylił i wstrzymał oddech.
— Klematisie, głęboki oddech weź i nie denerwuj się niepotrzebnie, bowiem Gwiezdni patrzą na ciebie i każde twoje poczynanie obserwują. Jesteś niemiły dla bliźniego.
Rybi Potop — miał ochotę wykrzyczeć Miodek. Skurczył się jeszcze bardziej, nie chcąc przypadkiem wywołać szelestu, który nie tyle, ile zdradziłby jego pozycję, a zagłuszył którąkolwiek z kwestii rozmawiających ze sobą psów.
Nieoczekiwanie obraz przysłoniły mu żółtawe skrzydełka, a z Miodkowego gardła wydostał się przeciągły okrzyk.
— Ratunku! Robak! — Wbiegł prosto w Klematisa, przewracając go na plecy.

<klematomiodku?>

[2677 słów: Miodowa Łapa otrzymuje 26 Punktów Doświadczenia i 5 Punktów Treningu]

30 marca 2021

Od Miodowej Łapy

— Mały durniu, nie idź do medyka! — zgromił go Rybi Potop, miotając się w spazmach gniewu. Wymachiwał komicznie łapami, jak gdyby jego desperackie próby uzmysłowienia Miodowej Łapie swojej racji stanowiły jedyną sprawę, o którą wówczas szur dbał. — Nie idź do medyka, na Gwiezdnych, bo cię przeklnę i nie odezwę się już ani słowem!
Szczenię przytknęło pyszczek do zranionego miejsca, w zakresie własnych możliwości tamując wypływającą z niego ciecz. Rana piekła go niemiłosiernie i z trudem odmawiał sobie rzucenia się na twardy grunt i wytarzania we własnym bólu. Rybi Potop usilnie wmawiał Miodkowi, jakoby jego katusze nie były najmniejszym powodem do zażaleń, ponieważ inni przeżywają gorsze sytuacje (na przykład zarażenie się wirusem dewiackiego pedalstwa, przytaczając błyskotliwe przemyślenia nieoficjalnego przewodnika duchowego dla słabych psychicznie i podatnych na wpływy), ponieważ Gwiezdni mają go w opiece, ponieważ sprzeciwianie się ich woli byłoby herezją — ponieważ Miodek najpewniej zasługiwał na karę i ową karę otrzymał. Rudemu mesjaszowi wcale to wyjaśnienie nie przypadało do gustu — zupełnie nie przypominał sobie, żeby ostatnimi czasy był dla kogokolwiek niemiły. Może za wyjątkiem Dyni, któremu wmówił, że znajdująca się pod jego łapami wyrwa to tylko niewielki uskok albo kopnięcia Klematisa. Splunięcia na parodię przykładnego obywatela, Puchate Serce, za niesympatyczny akt nie uznawał, sądząc, że jego obowiązkiem jest potępiać dewiację. To jest, tak wygląda pogląd Rybiego Potopu — Miodek to jego małe lustrzane odbicie, jedynie narzędzie upodabniające się do pana wikarego.
— D-dlaczego, p-panie Ryb-bo? — Uniósł łeb na ułamek chwili, niemniej jednak, czując na sobie ciężar jego zdecydowanego spojrzenia, ponownie spuścił wzrok. — Nie pó-pójdę.
Rana zapiekła go jeszcze raz, przypominając o swojej ciążącej obecności. Myślał o zębach, które nadszarpnęły skrawek jego skóry i pełnym wyrzutów sumienia spojrzeniu zmieszanego stróżującego wycofującego się w las zaraz po tym, jak wszelkie swoje obawy przełożył na zaatakowanie bezbronnego, kruchego kształtu poruszającego się między krzakami. Od ceremonii mianowania Miodowa Łapa regularnie krztusił się większą swobodą poruszania się i nie baczył już na rodziców tak, jak za dziecka — o ile wtedy można było mówić o jakimkolwiek posłuchu. Kiedy dostało mu się po łapach, wlókł się do obozu na trzech kończynach, co rusz wydając z siebie żałosne jęknięcia powodowane paraliżującym bólem prawego uda i łopatki.
— Dobrze, dziecko, to bardzo dobrze. — Pokiwał starym łbem Rybi. — Jeśli Gwiezdni mają twoje życie za warte odratowania, wyjdziesz z tego z ich pomocą.
Miodową Łapę ogarnęło przerażenie.
— A jeś-li ni-nie mają? — wydukał.
Rybi Potok wygiął pysk w grymasie.
— Wtedy czas pokaże.
— Nie chcę umierać!
Mimo że nawet się nie zająknął, nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, przejęty własną przyszłością. Rybi Fanatyk niejednokrotnie wspominał o życiu pośmiertnym, przypominając Miodowej Łapie, iż to nie ona powinna być powodem do obaw — z całą pewnością nie wtedy, gdy ktoś żyje w czystości i zgodnie z wolą nauczania. Skrzywił się więc, słysząc o obawach niedoszłego uczniaka.
— Wstydziłbyś się, Miodowa Łapo, wstydziłbyś się.
Zawiedzenie malujące się na pysku Rybiego Potoku sprawiło, że szczenię skuliło się jeszcze bardziej. Miodowa Łapa nie bał się nikogo poza Gwiezdnymi i Rybim Potokiem. Bał się dezaprobaty. Bał się, że zawiedzie jako wysłannik.
— Nie możemy bać się śmierci, ponieważ po niej czeka nas nic poza bezmiernym dobrem, dziecko. Kiedy umrzemy, ogarnie nas ulga i nareszcie poczujemy szczęście, do którego dążyliśmy — powziął temat, chociaż po raz kolejny zacytował samego siebie, przywołując własne słowa. Miodek znał je na pamięć, polowanie z Gwiezdnymi, brak konieczności zamartwiania się o zdrowie albo pokarm, bo wszystkiego jest pod dostatkiem, bla, bla, bla. Jakkolwiek surrealistyczne się to nie wydawało, Rybi Potok w to wierzył — co z kolei oznaczało, że również Miodek nie miał powodów ku temu, by zwątpić w jego słuszność. Zresztą, dla szczenięcia ta wizja była pokrzepiająca.
— Wi-em o t-tym, ojcz-cze.
Jakaś jego cząsteczka, która darzyła Klematisa jakimiś uczuciami, zadrżała, kiedy nazwał Rybiego tak, jak powinien zwracać się do prawdziwego taty.

W drodze do legowiska medyka Miodowa Łapa niemal zemdlał i na wpół przytomny podpierał się o znacznie silniejszego Klematisa, naprzemiennie majtając niepewnymi, trzęsącymi się łapami. Odporność jego organizmu zawiodła, toteż raptem pół godziny po tym, jak wrócił od Rybiego Potopu, do którego udał się zaraz po ataku, Klematis chwycił go za kark i zmusił do odwiedzenia medyka — wbijanie pazurów w ziemię zdało się na nic, ponieważ, wymęczony przez ból Miodek, nie mógł utrzymać ich w jednym miejscu.
— Jes-tem zdro-zdrowy! — zapierał się, chociaż widział przez mroczki.
Miodowa Łapa miał pecha, wpierw chorując na tę przedziwną chorobę, na którą zmarł Ciemna Gwiazda, a później padając ofiarą ataku pozbawionego aparatu myślowego stróżującego. Mimo obrażeń nieustannie wznosił błagania do Gwiezdnych w nadziei, że wypowiadane słowa, w zastępstwie ziół i medykamentów, ukoją ból fizyczny na tyle, żeby zmieść go z piedestału wrażeń doznanych tamtego dnia.
— Rana jest zakażona — poinformował po wstępnych oględzinach Podgrzybek, susząc miejsca dookoła szramy listkiem niewiadomego dla Miodowej Łapy pochodzenia. — Zostanie u mnie, dopóki z tego nie wyjdzie.
Miodek wydał z siebie niezadowolone jęknięcie, Klematis z kolei przejął inicjatywę:
— Czyli? Jak długo?
— Nie wiem, ciężko powiedzieć — mruknął medyk w przerwach między skrupulatnym oczyszczaniem ropiejącej bruzdy. Miodowa Łapa nie rozumiał zupełnie, co oznaczało zakażenie i wcale mu się to nie podobało.
Ojciec roku oczekiwał dalszych informacji, ale Podgrzybek nie wydawał się palić do dodawania czegokolwiek więcej. Zamiast tego westchnął przeciągle i uniósł się na krótkie łapy, żeby po chwili wrócić ze zmieloną mieszanką dziwnie pachnących ziół. Miodek odruchowo cofnął łepek, wykrzywiając się z niesmakiem.
Co powiedziałby Rybi Potop?, przeszło mu przez otępiałe myśli.
— Ni-e ch-chcę. — Wykonał zamaszysty ruch lewą, zdrową łapą, trącając tym samym pierś medyka, który na buntownicze zapędy młodego akolity zareagował wyłącznie zmrużeniem oczu. — Po-powiedziałem… n-nie chcę!
Wyrwał się z uścisku ojca, zdzielając Podgrzybka w pyszczek. Zioła wysypały się na ziemię i, na domiar złego, zostały przez rudzielca zdeptane. Nikt, na czele z samym Klematisem, nie ukrywał znużenia. Słońce znikało za horyzontem, toteż obóz, krok za krokiem, szykował się do snu — tymczasem legowisko medyka nie wypełniało nic poza cierpiętniczymi wrzaskami opętanego fanatyka. W jednej chwili głowę Miodka zalała następna fala bólu, który uniemożliwił mu ustanie o własnych siłach — zachybotał się i, jak długi, uderzył lewym bokiem o twardy grunt. Niemal nieprzytomny nie mógł już protestować — pokornie przełknął podane zioła.

+1000 [niesprawdzone]