Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Słoneczny Pysk•. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Słoneczny Pysk•. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2021

Od Słonecznego Pyska CD Opalowego Promyka

Trochę rozmawiali, trochę chadzali na spacery. Odkąd Opal otworzył się trochę przed Słoneczkiem, ona otworzyła się trochę przed nim. Rozmawiali o lesie, o klanie. Oboje byli do niego bardzo przywiązani. Lubili być przydatni, więc czasem wybierali się razem na polowania. Lubili też trochę poleniuchować, pooglądać ładne miejsca, poleżeć pod drzewem. Tak minęło im sporo czasu.

~*~

Nastał kolejny dzień i prezentował się on nie najgorzej. Słońce robiło, co mogło, by ogrzać świat, a chmury postanowiły się nie pokazać. Podobnie zresztą stwierdził wiatr. Po porannym patrolu z Rozżarzonym Językiem, Słoneczko miała wolne. Cały, piękny dzień tylko dla siebie. A ta w ogóle nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Chodziła cała jak na igiełkach. Po kolejnym ułożeniu swoich kamyków, wysprzątaniu posłania i przyniesieniu sobie do niego świerkowych gałązek, dla zapachu, ułożyła się w nim wygodnie. 
Nie minęło jednak uderzenie serca, a wstała i ruszyła do Iryski. Spytała, czy może do czegoś się przydać. Bardzo chciała coś robić. Nie wiedziała, co ją tak nagle wzięło. Z jednej strony cieszyła się, bo w końcu taka powinna właśnie zawsze być, pomocna i skora do pracy, a nie zaszywać się gdzieś i tracić czas na rozmyślania czy szukanie nikomu niepotrzebnych kamyków. Z drugiej jednak strony ten stan był nie do zniesienia. Jakby coś ją miało rozsadzić, jeśli zaraz nie przebiegnie całej ulicy w tę i z powrotem i przy okazji nie upoluje przynajmniej dziesięciu gołębi. Nie, piętnastu. Zastępczyni nie miała dla niej żadnej specjalnej roboty, więc pozostało jedynie zadeklarować przyniesienie kilku zdobyczy. Irysowe Serce przytaknęła jej i zajęła się swoimi sprawami. Wydawała się dzisiaj zajęta, co trochę zirytowało Słoneczko. Akurat dzisiaj! Świat był jednak czasem naprawdę niesprawiedliwy. Chciała z nią porozmawiać, ale ktoś tu miał swoją pracę do wykonania. Kiedy ona nie miała nic, w takim stanie! Aż przysiadła na chwilę, przy wyjściu z obozu. Musiała się uspokoić. Spojrzała na szczeniaki bawiące się radośnie na dziwnych podłużnych głazach, które układały się w wygodne wejście do ich nowego domu. Właściwie to po prostu domu, bo nikt już nie wspominał lasu. Ach, cudownie pachnący las. Rzeka, w której pływali. Dużo, dużo wspomnień. Oddech się jej wyrównał i ruszyła dziarsko w stronę portu. Nabrała ochoty na rybę, a spędzenie dnia na taszczeniu ich tutaj, brzmiał dziś nader dobrze.
Już w połowie drogi złapały ją wyrzuty odnośnie swoich myśli o Irysowym Sercu. Przecież to nie jej wina, że ma swoje obowiązki i że nie miała dla niej dziś żadnych zadań. Było jej teraz bardzo głupio. Może chociaż tymi rybami zadośćuczyni światu i poczuje się lepiej po przyniesieniu klanowi zdrowej porcji jedzenia. 
Na miejscu rozejrzała się uważnie. Jak zwykle było tłoczno, a zdobycze pilnowane przez Dwunogów. Nieopodal stało kilka skrzyń, z których można by porwać trochę makreli, ale nie była pewna, czy da radę to zrobić niezauważona. Gdyby tylko jakoś odwrócić ich uwagę! Siedziała jeszcze trochę, ukryta za śmierdzącymi beczkami, ale doszła do wniosku, że póki co lepszej szansy nie będzie. Podkradła się do nich, jak najbliżej mogła i czekała. Kręciło się tutaj trzech Dwunogów, w dość nieregularnych odstępach odwracających się i dorzucających coś do skrzyni. Raz próbowała się wychylić, ale szybko wróciła na swoje miejsce i czekała. 
Jeden z wielkich potworów zdążył przypłynąć. Nieopodal zauważyła innego psa. Nie wyglądał jak nikt, kto mógł należeć do klanów. Był śmiesznie puchaty, jego futro miało dziwne kształty, nigdy takiego nie widziała. Był dosyć mały, a na łbie miał jakąś szmatkę. Wyglądał co najmniej pociesznie, żeby nie powiedzieć, że jak kompletny bałwan. Słoneczku aż zachciało się śmiać, ale tylko trochę. Skupiła się na swoim celu. Ów niewielki jegomość jednak nie miał co do niej tak neutralnego stosunku. Kiedy tylko wypatrzył suczkę, zaczął do niej krzyczeć:
— Co ty tu robisz?! Próbujesz zwędzić rybę mojego Dwunoga?! To moje ryby, uciekaj stąd, dzikusko!
Piesek biegł w jej stronę, robiąc większy hałas, niż można by go podejrzewać. Skupiło to uwagę Dwunożnych, a z tej chwili z kolei skorzystała złocista suczka. Chwyciła trzy ogony w pysk i puściła się biegiem. Za sobą słyszała jeszcze krzyki tego śmiesznego psa, ale to nie miało znaczenia. Miała wartościową zdobycz. Teraz tylko musiała odpowiednio zaplanować trasę powrotu do domu, by przypadkiem nikt nie chciał odebrać jej łupu. Dwunogi źle reagują na widok psa ze zdobyczą, ale ich najlepiej jest unikać cały czas.
Po bezpiecznym powrocie, pełnym przemykania się bocznymi uliczkami i umykania spojrzeniom Dwunożnych, Słoneczko dumnie złożyła swoje zdobycze na szczycie stosu. Był on zadziwiająco duży, jak na obecną porę, a ona jeszcze dodała swoje. Ponadto wymęczyła się już trochę, miała poczucie, że coś zrobiła, więc nie czuła już tego nieznośnego rozpierania od środka. Podniosła łeb i jej oczy spotkały się z oczami Opala. Właśnie podszedł do stosu i układał na nim gołębia.
Ostatnio jakoś się mijali. Teraz gdy stanęli nos w nos, Słoneczko poczuła śmieszny skok w żołądku. Uśmiechnęła się do niego.
— Polujesz dzisiaj? — zagadnął. 
— Nie, ale stwierdziłam, że nie zaszkodzi. 
— Ładny łup. Mnie wleciał tylko ten. — Wskazał na stos i drapnął się za uchem.
— Możemy pójść razem po kolejny! Natknęłam się na niezłego rozpraszacza w porcie. Jeśli dalej tam jest, możemy się dziś obłowić w świeże ryby. Jak dawniej! — Machnęła ogonem z entuzjazmu. Nagle czuła, jakby znikąd pojawiło się u niej dwa razy więcej energii niż poprzednio, ale tym razem było to milsze, już nie męczące, a wręcz dodające energii.

<Opalek?>
[879 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

24 marca 2021

Od Słonecznego Pyska

Pora Zielonych Liści przyszła, ale epidemia nie ustawała. Słoneczko patrzyła na chorych ze współczuciem i czuła się wyjątkowo źle. Wolałaby tu leżeć zamiast nich. Najgorsze jednak było to, że nie obyło się bez ofiar. Musieli pożegnać Żabkę, a kilka księżyców później także jej brata, Bursztynową Łapę. Wszystko wydawało się malować w ponurych barwach, a przyszłość była niepewna.
Ziół nie było dużo. Momentami zaczynało ich brakować, by później znowu mogli zdobyć ich wystarczająco, by przeżyć i utrzymać zarażonych na tym świecie. Ostatnio udało się nazbierać wystarczająco, by Podgrzybek mógł przyrządzić lekarstwo. Gwiezdni musieli w końcu zobaczyć, że ten malec potrzebował pomocy, a Wodni potrzebowali kolejnego wykwalifikowanego medycznie psa, więc zesłano mu sen i po kolejnym spotkaniu o pełni księżyca w klanie był uczeń medyka. Rumianek wyrażało najszczersze chęci zarówno do nauki jak i do pomocy. Dzięki obu psom zarażeni czuli się lepiej, a wkrótce nawet Rozżarzony Język, która tak długo zmagała się z chorobą, wyzdrowiała.
Słoneczko czuła się dumna z Rumianku. Podobnie jak reszta dzieci Korzenia i Iryski, było żywiołowe i radosne. A złocista suczka czuła radość, patrząc na maluchy kuzyna. Była ciocią dla całej gromadki, poza rodzicami jedyną rodziną, jaką tutaj mieli. Może jeszcze Opal by się liczył, ale on… Nie byli pewni, co mogło się teraz z nim dziać. Krążyły pogłoski, że pewnie nie żyje, w końcu nie był znany w klanie jako wybitny wojownik. Słoneczny Pysk jednak podobnie jak świeżo upieczona mama, Iryska, wierzyły, że pies żyje. W końcu Gwiezdni nie wysłaliby go na śmierć, a poza tym został wojownikiem. Na pewno sobie poradzi. Póki co Słoneczko modliła się do Przodków, by przysłali pomoc w epidemii i by Opalowy Promyk wrócił do domu, do nich. Czasem zdarzało też się jej wspominać ich spacery w Porze Nagich Drzew, kiedy była tak załamana, a on był obok. Więcej energii suczka jednak starała się wkładać w pomocy przy szczeniakach, szczególnie że ich matka była przecież zastępczynią, a w tak trudnych dla Wodnych czasach miała jeszcze więcej obowiązków na łbie, niż normalnie.
Maluchy były wspaniałe, każdy indywidualny, ruchliwy i ciekawy świata. Słoneczko, jak na dobrą ciocię przystało, starała się okazać każdemu z nich tyle samo miłości i uśmiechu. Chociaż nie zawsze spotykała się z miłym odbiorem, nie zrażała się, mając w pamięci, że ze szczeniakami najważniejsza jest cierpliwość. Gorzka była prawdziwą małą rebeliantką i co chwila trzeba było ją pouczać, bo, a to mówiła brzydkie słowa, a to pakowała się w kłopoty. Miodek twardo wyrażał swoje zdanie i co chwila powtarzał coś o Gwiezdnych. Dynia był poważny i co chwila czynił jakieś błyskotliwe uwagi. Rumianek cechowało roztrzepanie i pacyfistyczne podejście do świata i życia. Krzaczek i Borowik byli małymi łobuziakami, ale Słoneczko wiedziała, że jak cała reszta mają dobre serduszka. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć.
Dzieci Korzenia i Iryski nie należały do najłatwiejszych. Właściwie to gdyby nie wygląd, ciężko byłoby uwierzyć w to, że to ich gromadka. Słoneczko nawet nie była pewna, czy którekolwiek ją lubi. Wyrażały zainteresowanie jej osobą tylko, kiedy miała gdzieś z nimi pójść czy zorganizować zabawę. A nawet wtedy niektórzy wydawali się ją ignorować. Suczka starała się nie pokazywać tego po sobie, ale to wszystko bardzo ją dotykało. Były momenty, w których zastanawiała się nawet, co będzie z jej dziećmi. Zawsze była zdania, że szczeniaki słuchają się rodziców, że stanowią autorytet, a te potem rosną zdrowe i szczęśliwe, z wiarą i nauką swoich rodziców. Co prawda Kasztan… nie byłby pewnie tego samego zdania. Tyle razy powtarzał, że ucieknie, że nie zniesie już więcej tego poniżania przez ojca. Słoneczko nigdy nie umiała pogodzić miłości do brata i do taty, ich relacja wpływała na całą rodzinę. Mimo tego wszystkiego, co słyszała, to dalej nie przeraziło ją tak, jak sytuacja w rodzinie kuzyna. Wcześniej uważała, że trzeba być po prostu dobrym rodzicem, pozwolić dzieciom być sobą, być wrażliwym, a wtedy wszystko będzie dobrze, nie jak z ojcem. Ale teraz okazało się, że to wcale nie jest takie oczywiste. Z dnia na dzień całe spojrzenie na zakładanie rodziny przez Słoneczny Pysk stawało się coraz bardziej przerażającą perspektywą. A ona sama myślała o tym zdecydowanie za dużo jak na suczkę, która nawet nigdy nie miała okazji mieć partnera. 
***
W jeden z tych gorących dni, w których to nie chciało się robić nic, ani jeść, ani się ruszać, ani nawet spać, Słoneczko wzięła dodatkową zmianę jako polująca. Co prawda jej futro sprawiało, że miała ochotę zapaść się pod chłodną ziemię i nie wychodzić, dopóki słońce nie znajdzie się za horyzontem, ale nikt w klanie nie miał ochoty na solidną pracę. A przecież ktoś musi oferować swoją pomoc, nawet w takie dni.
Kiedy wychodziła już poza tereny, wśród drzew rosnących wokoło siedziby klanu, zauważyła bawiące się szczeniaki. Nie była pewna, co za rozrywkę młodzi uczniowie sobie zafundowali, ale nie miała sił to sprawdzać. Za dużo czasu i energii by ją to kosztowało, a pewnie i nie byłoby najmilszym przeżyciem. Promienie zdawały się chcieć ją usmażyć, ale ruszyła nieśpiesznym tempem wzdłuż kamiennej ścieżki. Niewielu Dwunogów było o tej godzinie na zewnątrz, ale tam, dokąd zmierzała, spodziewała się ich znacznie więcej.
Na deptaku było od nich aż gęsto, tak, jak podejrzewała. Mimo że Słoneczko nie przepadała za ich obecnością i wolała trzymać każdego na dystans i w zasięgu wzroku, to deptak był inny. Tutaj Dwunożni byli jak szarańcza, ale niegroźni. Nie zdarzyło się jej jeszcze, by ją tu zaczepiali; mimo ich liczności mogła swobodnie przemykać się i nie przyciągać nawet niczyich spojrzeń. Może poza okazjonalnymi szczeniakami Dwunogów, albo ich pieszczochami, skrępowanymi i krzyczącymi najczęściej już z daleka. Niektórzy z nich nawet biegali luzem, z tymi śmiesznymi ozdobnymi kółkami wokoło szyi. Podbiegali i obwąchiwali, a nawet czasem chcieli się bawić i gdyby Słoneczko była śmielsza, to może nawet z którymś poznałaby się lepiej. Miała jednak zwykle inne rzeczy w łepetynie, a ten dzień nie był wyjątkiem. Zresztą, dziś bawić chciałby się chyba tylko szczeniak, bo one (co zresztą widziała już w obozie) nie odczuwały temperatur, gdy w grę miała wchodzić jakaś gra.
Wojowniczka przystanęła, ukryta za poskładanymi fotelami, w cieniu czegoś, co przypominało wielki grzyb. Dwunożni często mieli takie na swoich terenach czy przy swoich stertach z jedzeniem. Nie były żywe, ale wydawały się rosnąć wszędzie tam, gdzie było ich dużo. Chłodząc się w cieniu, rozpatrywał teraz możliwości. Nie wiedziała, czy lepiej będzie spróbować udać się w stronę portu i podkraść jakąś rybę, czy też może spróbować zaczaić się na coś tutaj. Wiedziała, że było tu wiele miejsc, z których można było podkraść coś zjadliwego. Chociaż zapach świeżych ryb brzmiał świetnie, to stwierdziła w końcu, że tutaj też znajdzie coś ciekawego, a do portu trzeba jeszcze dojść. Nie brzmiało to może jakoś specjalnie ciężko, ale w tak gorący dzień nabierało zupełnie nowego znaczenia.
Tak więc postanowiła, że poprzechadza się tutaj między metalowymi pudłami na kółkach i powęszy za jakimiś smakołykami. Z początku nie udało się jej znaleźć niczego interesującego, jedynie trochę lodu o dziwnym kształcie. Polizała go i czując przyjemny chłód na języku, udała się dalej w swoją podróż pośród połyskujących, srebrnych przechowywaczy jedzenia. W końcu na horyzoncie pojawiło się coś godnego uwagi. Grupa Dwunogów z młodymi odchodziła właśnie od fikuśnie ociosanej kłody, na której została torba. Dochodziły z niej wyjątkowo dobre zapachy, więc suczka, po upewnieniu się, że nikt nie zwraca uwagi ani na nią, ani na jej obiekt zainteresowania, ruszyła prędko by przyjrzeć się pozostawionemu jedzeniu. Okazało się, że w środku było kilka okrągłych bułek z mięsem w środku. Ślinka jej pociekła, ale opamiętała się, chwyciła zdobycz i pomknęła do najbliższej wąskiej, mało uczęszczanej uliczki. Nie miała wiele, ale mogła już spokojnie wracać i wyjść znowu, wieczorem. Już, już miała pomknąć w stronę obozu, gdy coś rzuciło się jej w oczy. Prześledziła uważniej okoliczne skwerki i drzewa i zauważyła coś świecącego. Podeszła bliżej i okazało się, że to bardzo świecący kamień o dziwnym, półkolistym kształcie. Słoneczko prędko wpakowała go do torby, ciesząc się z odkrycia. Nieopodal swojego nowego skarbu, który niewątpliwie będzie jedną z pereł jej kolekcji, zauważyła jednak coś innego. Wyglądało jak jaszczurka, ale to nie była jaszczurka. Po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że jest miękkie i Słoneczko pomyślała, że może przyda się jako zabawka dla szczeniaków. Co prawda maluchy Korzenia były już za duże na takie polowanie na martwe przedmioty, ale może Uszko, Ślimak czy Szarak ucieszą się z tej udawanej jaszczury.
Po powrocie do obozu Wodnych suczka musiała rozpakować odpowiednio torbę. Najpierw udała się do swojego legowiska i odłożyła nowy kamyk do kolekcji. Potem zawędrowała do legowiska szczeniaków i pokazała im znalezioną zieloną jaszczurkę, a na końcu odłożyła torbę z jedzeniem Dwunogów, porywając przy tym jeden ze smakowicie pachnących kąsków dla siebie.
Pod wieczór wyruszyła na przeszukanie śmietnika przy sklepie naprzeciwko obozu. Już miała zabierać się do wyniuchiwania niezepsutego mięsa, gdy jej uwagę przykuło coś innego. Zza płotu wyglądały ciemnozielone liście rośliny, z której Podgrzybek przygotowywał lekarstwo zakażonym. Zdumiona tym, że zioła były tak blisko i nikt ich dotąd nie zdobył, zaczęła szukać możliwej drogi do dostania się do środka. Z tej strony nie widziała możliwego wejścia i zaczęła się denerwować. W okolicy jednak pojawił się Dwunóg. Wojowniczka schowała się za śmietnikiem i patrzyła, gdzie pójdzie. Miała nadzieję, że pokaże jej szybkie wejście na teren z ziołami i tak też się stało. Popchnął jakieś twarde, srebrzyste gałęzie i wszedł przez ogrodzenie, a suczka ona pomknęła za nim. Wejście zamykało się szybko, a po poczekaniu, żeby na pewno jej nie zauważył, wydawało się, że jeszcze szybciej. Przyspieszyła więc jeszcze bardziej i w ostatniej chwili wbiegła do ogrodu.
Po wygrzebaniu wszystkich ziół, jakie znalazła, zaczęła się rozglądać za innym wejściem, z drugiej strony ogrodzenia. W końcu rozkopała trochę ziemi pod twardymi prętami i prześlizgnęła się pod nim. Nie przynosi klanowi mięsa, ale zioła, a to było teraz nawet ważniejsze. Uradowana i mocno podniesiona na duchu, ruszyła raźno przez opustoszałą twardą ścieżkę, by w końcu móc dzisiaj z czystym sercem położyć się i odpocząć.
 [1630 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

28 lutego 2021

Od Słonecznego Pyska CD Małej Kropli

Słoneczko dalej była lekko przestraszona. Po całej ucieczce Dwunożnym denerwowała się, że mogą chcieć je dorwać i odzyskać swój posiłek. Rozglądała się nerwowo, gdy Mała Kropla kosztowała zdobyczy. W końcu, nadstawiając uszy, zbliżyła się do dziwnego, białego puchu. Przypominał trochę pajęczynę, a trochę puchate kulki dmuchawców. Powąchała jedzenie Dwunogów i polizała kawałek. Dziwaczny puch rozpłynął się natychmiast na języku suczki, a ta, zdziwiona, potrząsnęła łbem. Kropla pałaszowała już patyk w najlepsze, ale Słoneczny Pysk cały czas nie była przekonana. Spróbowała ponownie i choć zdobycz wydawała się smaczna, to suczka powstrzymała się przed jedzeniem.
— Wiesz, co to jest Kropelko? — zapytała swojej towarzyszki, mimo że domyślała się odpowiedzi. Czarna psina pokręciła łbem, ale nie przerwała posiłku.
— Może lepiej zabierzmy to do obozu… Może ktoś wie, co to jest, Podgrzybek czy ktokolwiek. Co ty na to?
— Jak chcesz — odparła Mała Kropla. Skończyła ogołacać patyczek z białego puchu i zaczęła zagarniać jedzenie do torby, którą Słoneczko porwała Dwunożnym. Suczki chwyciły także resztę zdobyczy i po zbadaniu, czy nikogo nie ma w pobliżu, skierowały łapy w stronę wyjścia z parku.
Zaczynało się wypogadzać, co oznaczało, że pewnie więcej Dwunożnych będzie na ulicach. Suczki szły w ciszy, z pełnymi pyskami. Słoneczko oczywiście cieszyła się, że może pomóc klanowi i przynieść zdobycz. Zwłaszcza że Pora Nagich Drzew szalała w najlepsze. Radowało ją również naturalnie, że Mała Kropla także coś przyniesie. Szepty o tym, jakoby była za mała, by być przydatna, bardzo ją smuciły. Wiedziała, że każdy w klanie jest potrzebny i nie może tak być. Cieszyła się też, bo w końcu był taki piękny dzień. Nie było dziś żadnych powodów, by być smutnym. Życie wydawało się malować wszystko w jasnych barwach, nic tylko się uśmiechać i cieszyć. Dlatego Słoneczko była taka szczęśliwa, w końcu wszystko wydawało się dziś takie piękne, prawie idealne. Tylko dlaczego te jasne barwy wydawały się razić w oczy, jak ten śnieg leżący wszędzie, na który spojrzy się po wpatrywaniu chwilę w słońce?
Suczki doszły do siedziby Wodnych i położyły zdobycze na niewielką jeszcze stertę jedzenia. Rozeszły się, każda do swoich legowisk, a piękny dzień rozpoczynał się w najlepsze.
<Koniec wątku, przepraszam, ale nie dam rady raczej prowadzić tak wielu /; >
[345 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

2 lutego 2021

Od Słonecznego Pyska — zgromadzenie klanów

Na zgromadzenie szła jak na skazanie. Zawsze napawały ją pewną obawą, ale to miało być szczególnie ciężkie do zniesienia. Ostatnio wszystko wydawało się nastawione przeciwko Słonecznemu Pyskowi, a ta nie umiała robić do tego wszystkiego dobrej miny. Stawiała łapy powoli, wlokąc się na końcu korowodu zmierzającego do nowego miejsca zgromadzenia klanów.
Po dotarciu na szczyt przysiadła za resztą członków Flumine, rozmyślając nieustannie o tym, co miała zakomunikować. Cały czas w myślach powtarzała sobie utrwalony, skrócony przebieg zdarzeń, jakby próbując się w ten sposób uspokoić. Ogarnij się, po prostu powiesz, co się działo i tyle, koniec. Przy Konarze nawet nikt nie zwróci na ciebie uwagi i będzie spokój.
Suczka śledziła wzrokiem rudawego Ognistego, cały czas siedząc jak na sosnowych igłach, gotowa w każdym momencie zerwać się i do niego dołączyć. Z początku panował chaos, ale wkrótce liderzy zaczęli rozmowy. Przebiegała po nich wzrokiem, nie zwracając uwagi na to, co mówili. Myślami cały czas była przy ostatnich przeżyciach. W końcu przed oczami stanął jej ponownie Cezar, z tym swoim paskudnym uśmiechem i Słoneczko na dobrą chwilę zupełnie straciła kontakt ze światem. Kiedy już się ocknęła, roztrzęsiona, zorientowała się, że Płonący Konar zaczął już mówić o bandytach z parku. Szybko wyszła przed przedstawicieli własnego klanu i włączyła się do dialogu. Powtarzała słowa machinalnie, na swój sposób szczęśliwa, że tyle razy je ćwiczyła. Wśród klanów panowało jednak zamieszanie i miała wrażenie, że nie wszyscy ich słuchali. Nie jej ulżyło to jednak nic; poczuła się jeszcze gorzej. Jak mogli nie słuchać, kiedy niebezpieczeństwo czyhało tak blisko? Jeśli to zlekceważą, to może się zdarzyć naprawdę coś groźnego... A może już się zdarzyło?
Manaci Olbrzym, którego już kojarzyła z poprzednich zgromadzeń (ciężko było go nie zapamiętać, był największym psem, jakiego widziała) próbował przebić się przez hałas i oznajmił o śmierci mentora. Słoneczko poczuła, jak robi jej się słabo. Czyli mogą już być jakieś ofiary? przemknęło jej przez myśli i poczuła, jak powoli osuwa się na łapach. Potrząsnęła łbem i wróciła do swoich, chowając się z tyłu.
Irysowe Serce pytała ją czy coś się stało, a ta w końcu skończyła z pyskiem w jej futrze. Słoneczko bardzo tego teraz potrzebowała. Potrzebowała, żeby ktoś był obok i żeby mogła się w niego wtulić, jak kiedyś w mamę. Iryska była dobra. Jej miły uśmiech często rozświetlał Słonecznemu Pyskowi cały dzień. Suczka czuła, że chce jej powiedzieć wszystko. Jak poszła do parku, spotkanie z tymi barbarzyńcami, straszną noc, którą spędziła w dziwnej norze Dwunożnych. To jak się bała i jak z obaw odnośnie nowo poznanego Konara musiała się zaraz otrząsnąć i niejako powierzyć mu swoje życie. Gdyby tak już zaczęła mówić, powiedziałaby pewnie także, co te potwory próbowały zrobić, jak teraz zrywała się na każdy dźwięk i z jakim niezrozumieniem ze strony klanu się spotkała. Jak pogłoski na jej temat tylko dodawały problemów, a oceniające spojrzenia suczek sprawiały, że miała ochotę uciec z domu, jak najdalej się dało. Dlatego nie powiedziała nic, a tylko wpatrywała się ze smutkiem w ciemne oczy Opalowego Promyka.
W pewnym momencie zrobiło się większe poruszenie. Psy zaczęły biegać w różne strony i przekrzykiwać się nawzajem. Irysowe Serce ruszyła sprawdzić, co się działo, a Słoneczko została jako jedna z nielicznych. Mimo że chciała zobaczyć, co się działo i spróbować pomóc, to nie była w stanie się ruszyć. Nawet nie orientowała się, co się dokładnie działo. Krzyki zaczęły się zlewać w jedną, przeszywającą całość, a w pewnym momencie dołączył do nich głośny, wysoki dźwięk, który wydawał się zwalać suczkę z łap. Próbowała się na nich utrzymać; bezskutecznie. W końcu zupełnie przestała kontaktować ze światem i choć powtarzała pod nosem, że się trzyma, to osunęła się na ziemię i straciła przytomność.
Ocknęła się dość szybko i ponownie towarzyszył jej wysoki dźwięk, jakby wbijając igły od środka przez całe jej ciało, od łba aż po łapy. Nie on jednak ją obudził, a czekoladowy pies, trącając nosem raz po raz. W całym otumanieniu zrozumiała tyle, że wykrzykiwał do medyków o pomoc dla niej, próbowała więc przekazać mu, iż wszystko z nią w porządku. Spróbowała także wstać, ale tylko ponownie wylądowała na twardej, gołej ziemi. Zresztą psi towarzysz wkrótce zniknął i została już sam na sam z przeszywającym dźwiękiem.
Powoli, bo powoli, ale Słoneczko doszło do siebie. Ciągle leżąc suczka rozejrzała się i zauważyła, jak obce psy wynosiły ciało. Na chwilę jakby ją zmroziło, a potem wstała. Chociaż cały czas słaniała się na łapach, próbowała podejść bliżej. Klany przemieszały się, uczniowie biegali w różnych kierunkach, a inni wydawali się próbować ich złapać i odciągnąć od strony, w którą zostało wyniesione ciało. Słonko nie wiedziała, co się dokładnie wydarzyło. Rozglądała się za pozostałymi Wodnymi, ale nie ruszyła z miejsca. Stała cały czas, na chwiejnych łapach i przebiegała wystraszonym wzrokiem po tłumie.
Powoli wszyscy wydawali się ponownie zbijać w grupy, a niektórzy nawet odchodzić. Przez moment suczka złapała spojrzenie Płonącego Konara. Trwało może uderzenie serca, ale wbiło obraz psa do jej łba. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi… Nawet nie poczekał, żebyśmy powiedzieli o tym wszystkim razem… Chociaż po co miałby? Trafili na siebie przypadkiem i nie miał żadnego powodu, by cokolwiek takiego robić. Dla niego to pewnie była niezła przygoda do opowiadania i tyle. A o tobie nie ma nikt żadnego powodu myśleć. Choć myślała już trzeźwiej, to nagle poczuła, że robi się jej niedobrze. Rozlatane spojrzenie szukało kogokolwiek znajomego i w końcu trafiło na Opalowego Promyka. Jego miły pysk był wykrzywiony przez płacz. Słoneczko jakby ujrzała w nim odbicie swoich uczuć. Swojego cierpienia, problemów i bólu. Wysoki dźwięk w jej łbie zamienił się w dudnienie, gdy potykając się i plącząc łapy zmierzała do niego. A on, równie powoli, zmierzał do niej. Znaleźli się tu, praktycznie sami (wszyscy już schodzili z Gwiezdnego Szczytu) i oboje równie zrozpaczeni zauważyli swoje cierpienie. Słoneczko nawet nie bardzo się nad tym zastanawiała — ból rozsadzający powoli czaszkę wydawał się daleki, suczka słabła, ale miała cień nadziei, że Opal idzie tu dla niej, że widzi to wszystko. I ona chciała iść do niego, pomóc mu, liznąć w ucho i płakać razem. Wtulić się w czyjeś futro, na długo, na bardzo długo, na całą noc, na dobre. Na dobre i na złe.
Ale nie mogła. Z każdą chwilą stawała się coraz słabsza, aż w końcu padła. Spróbowała znowu wstać, byleby iść do Opala, ale raz po raz traciła panowanie nad kończynami. Do rozpaczy, do płaczu, który targał Słoneczkiem, dołączyła kolejna obawa, kolejny strach. Co jeśli on sobie pójdzie? Bo przecież nie ma po co iść do niej. Albo jej nie zauważy, na pewno, dlatego musi wstać i iść. Jeśli mu pomoże, to może on też będzie chciał jej chociaż trochę pomóc.
Jednak pies cały czas do niej zmierzał. Niczym promyk słońca, który pragnie trafić na zmarzniętą ziemię podczas Pory Nagich Drzew, tak zdeterminowany Opalowy Promyk twardo stawiał łapy, by ogrzać Słoneczny Pysk. Albo, by chociaż razem z nią pomarznąć. Kiedy w końcu dotarł i padł obok, ich łby jakby machinalnie powędrowały ku sobie. Spoczęły na futrzastych bokach i zalewały je masą łez. Tak zostali, chociaż Irysowe Serce i Orzechowa Gwiazda próbowały przekonać ich, by wrócili do obozu. Słoneczko nie pamiętała w końcu, jak się tam znaleźli. Najważniejsze było zresztą to, że Opal ją znalazł. Przyszedł do niej, tylko do niej i nie chciał opuścić. Kiedy kilka dni później przemyślała to wszystko, stonowała swoje przemyślenia i wytłumaczyła sobie, że nie może myśleć, jakby zasłużyła na to wszystko czy że to znaczyło cokolwiek więcej, niż że Opal jest bardzo pomocnym i empatycznym psem. Ale w tym momencie czuła, że ktoś był obok i kiedy potrzebowała tego tak bardzo, to przyszedł do niej, właśnie do niej. To było jedno z najwspanialszych uczuć, jakich dotąd w swoim życiu doświadczyła. A już na pewno najwspanialszym, jakie czuła podczas rozpaczliwego płaczu.
***
Słoneczko nie poczuła się zupełnie dobrze ani na moment od zgromadzenia. Początkowo zrzucała to na stres i wmawiała, że dalej to wszystko przeżywa (i to za bardzo), ale w końcu, gdy zaczęło boleć ją gardło, stwierdziła, że musi udać się do medyka. Powiedziała mu o tym oraz dodała, że cały czas czuła się słabo. Ten słuchał uważnie, po czym zaczął sporządzać jakąś ziołową mieszankę. Dopytywał ją jeszcze o różne inne objawy, a gdy skończył wywiad, podał zmieszane w wodze liście.
— Pogdrzybku… Czy ty czasem czujesz, jakbyś nie wiedział, co masz robić? Jakbyś nie wiedział, jaki jest cel tego, że jesteś? — Suczka spojrzała na niego błędnym wzrokiem i zanim zdołał odpowiedzieć, dodała: — Bo ja nie. Ja wiem, co powinnam robić, tylko że… czasem czuję, że nie umiem tego robić. Medyk pokiwał łebkiem i powiedział:
— Każdy czasem ma gorszy dzień, ja też. Ale Gwiezdni czuwają nad naszym losem, więc w końcu wszystko się jakoś ułoży. A teraz dopij to i się kładź. Będziesz musiała tu zostać na trochę.
Sama nie wiedziała, czemu to powiedziała, ale słowa Podgrzybkowej Sierści wcale nie spowodowały, że poczuła się lepiej. Łyknęła mieszankę i ułożyła na posłaniu. A więc miała zostać w legowisku medyka. Może to nawet dobrze? W końcu tu mogła znaleźć trochę spokoju. Klan jakby się uspokoił i nie słyszała ostatnio żadnych plotek, ale i tak czuła się nieswojo. Chciała z kimś porozmawiać, tak szczerze, ale nie umiała. Irysowe Serce i Klematisowy Korzeń byli zajęci sobą, Promyka nie było, z Puchatym Sercem nie rozmawiała tak dużo... Właściwie to z nikim nie rozmawiała za bardzo o sobie. Teraz jeszcze bardziej niż zwykle tęskniła za Kasztanem. I za mamą. Westchnęła cicho i zwinęła się w kłębek. Podgrzybek zniknął gdzieś, ale to nie było teraz ważne. Na Słoneczko już czekała kraina sennych marzeń.
[1569 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia + 5 za udział w zgromadzeniu i zostaje wyleczona z choroby]

27 stycznia 2021

Od Słonecznego Pyska CD Opalowego Promyka

Kiedy Słoneczko wstała, czuła się lepiej. Emocje ostatnich wschodów słońca opadły i tylko pozostało stawić czoło plotkom dotyczącym jej nocnej przygody. Choć właściwie to raczej nocnego horroru. Jednakże wydawało się, że tym się nie przejmowano. Póki co fakt zagrożenia ze strony gangu został złagodzony i nie zostało powiedziane, o co chodzi dokładnie, ale Wodni byli wyraźnie spięci. Jedni snuli po cichu teorie, inni uważali, że to wszystko tylko po to, by nie było niepotrzebnych schadzek między klanami.
Słoneczny Pysk doskonale rozumiała te aluzje, ale nie wiedziała, co z tym zrobić. Gdyby tata albo brat tu byli… Pewnie szybko ukróciliby te pogłoski. Ale ona sama nie potrafiła tego zrobić. Przecież nie mogłaby po prostu podejść do jednej czy drugiej suczki i… Albo do starszyzny! Bliźnich należy szanować, nie karcić. A jednak bardzo chciała, żeby to wszystko się skończyło. Och, jak bardzo tego pragnęła! Po raz pierwszy od dawna czuła się tak bardzo na widoku, I to cały czas. Dotąd przemykała się między spojrzeniami, od czasu do czasu słysząc komentarz, ale teraz? Mimo że w istocie rozmów na jej temat nie było aż tyle, to suczce wydawało się, że każdy patrzy na nią karcąco, a każdy śmiech czy ściszona rozmowa dotyczy właśnie jej osoby. Choć wiedziała, że Klematisowemu Korzeniowi też się dostaje, to wcale nie poprawiało jej humoru. Nawet jeszcze bardziej smuciło, Korzeń był w końcu jedyną rodziną, jaka jej została, a oboje byli teraz na celowniku członków klanu. Po cichu liczyła, że teraz może znowu wrócą do rozmów, jak dawniej, ale pies cały czas poświęcał Irysowej. Nie miała mu oczywiście tego za złe, rozumiała wszystko doskonale. Gdyby miała kogoś takiego, też by chciała spędzać z nim jak najwięcej czasu.
Zamiast patrolu dostała dziś za zadanie obserwować park. Ostatnie kilka wschodów słońca ten teren był pod stałą obserwacją, a patrole nie oznaczały terenu. Miało to prawdopodobnie jakoś zwabić grasujących tu chuliganów, by zbadali tę zmianę, jednak na próżno; nie pojawiali się. To zaczynało się robić podejrzane, zwłaszcza że Słoneczko pamiętała, jak Cezar i Łata mieli wysłać ich ze śladami po walce do klanów — to nie wyglądało, jakby nagle wszyscy zmienili zdanie i chcieli ich zostawić. Słoneczko obserwowała granicę klanu i parku, zrobiła obchód wśród drzew i nic. Był z nią Rogaty Ślimak — wesoły pies, którego zawsze bardzo lubiła. Wraz z partnerem byli jednymi z psów, z którymi dogadywała się najlepiej. Z początku nie rozmawiali dużo i Słonko zastanawiała się, co też tym razem rozkazał swoim podwładnym Hektor. Słońce zmieniało jednak położenie na niebie szybko, a po obcych nie było śladu, więc w końcu psy zaczęły gawędzić o wszystkim i o niczym.
Kiedy w końcu zdecydowali się na ostatni obchód i powrót do obozu, rozdzielili się i skierowali każde w swoją stronę. Suczka ruszyła w stronę granicy. Po chwili marszu jednak do jej uszu dotarł odgłos łap, cicho stawianych na śniegu. Słoneczko skryła się prędko za krzakami i wstrzymując oddech, liczyła uderzenia serca, czekając na ruch obcego psa. Kiedy jednak wiatr zmienił kierunek, poczuła, że to jeden z Wodnych, rozluźniła się więc i wyskoczyła z ukrycia.
Choć rozmowa nie trwała długo, to była całkiem miła. Opal nigdy nie sprawiał nieprzyjemnego wrażenia, a że jej nie kojarzył, to przecież nic, nie mieli w końcu szans, żeby się bliżej poznać. Suczka nie wiedziała, jak rozpocząć jakiś temat, więc bardzo się ucieszyła, gdy zobaczyła Chmielka. Co prawda nie powinien opuszczać obozu, ale skoro na nich trafił, przynajmniej mogą go odprowadzić.
— Pobawcie się, no! — powtarzał w kółko malec. Słoneczny Pysk i Opalowy Promyk wymienili szybko spojrzenia.
— Jasne, chodź, ponurkujemy trochę w śniegu — rzuciła w końcu suczka i tak przez chwilę psy tarzały się wraz z Chmielkiem. Cały czas pozostając czujni, wojownicy kierowali zabawą tak, by po pewnym czasie opuścić park i ruszyć w stronę obozu. W końcu wszędzie można było znaleźć godne uwagi zaspy. Gdy szczeniak w końcu się zmęczył i powiedział, że chce wracać do legowiska, byli już całkiem niedaleko. Kiedy tak szli, cały czas ich zagadywał, aż w pewnym momencie wypalił:
— A wy byliście na randce, tak?
Psy zatkało. Słoneczko poczuła, jakby coś ścisnęło jej żołądek. Jęknęła aż, przerażona słowami malucha.
— Ja rozumiem takie rzeczy, tłumaczyli mi już, że jak suczka i pies się spotykają tak sami, to potem są szczeniaki, I że to randka — ciągnął w najlepsze Chmielek. — To znaczy, że ja też jestem z randki!
— Em… wiesz Chmielek, to nie do końca tak — odezwał się Opalowy Promyk. Po glosie można było poznać, że jest równie skrępowany, co Słoneczko. — Byłem tylko na patrolu, a Słoneczny Pysk, eeee… — Rzucił jej nerwowe spojrzenie.
— Spotkaliśmy się przypadkiem — wykrztusiła z siebie suczka. Szczeniak jednak nie wyglądał na przekonanego.
Kiedy odstawili go do legowiska, rzucił im na odchodne:
— Ale super, opowiem wszystkim, że będą nowe szczeniaki!
Psy spojrzały po sobie z paniką, ale maluch już zniknął z pola widzenia. Wspaniale, tego tylko mi jeszcze brakuje! Jakby cały klan już nie miał o czym gadać… Czując na sobie znów niepotrzebnie dużo spojrzeń, Słoneczko zagadnęła Opala:
— Em, mówiłeś, że byłeś na patrolu. Wiesz o nieoznaczaniu terenu na granicy z parkiem?
Pies pokręcił łbem, więc Słoneczny Pysk pokrótce wyjaśniła sytuację. Kiedy tak razem szli przez obóz, czuła się dużo lepiej.
— Mogę potowarzyszyć Ci w patrolu, przy okazji rozejrzę się znowu za tropami w parku — zaproponowała, gdy doszli do wyjścia. Bardzo chciała teraz przebywać jak najmniej tylko mogła w siedzibie klanu, chwyciła się więc nadarzającej się szansy. Opal wyglądał z początku na zaskoczonego, ale zgodził się na jej towarzystwo. Suczka mało co nie podskoczyła z radości i ruszyła na nadprogramowy patrol.
— Byłeś uczniem Irysowego Serca, prawda? — zagadnęła. W głowie miała taki mętlik przez to wszystko, co się ostatnio działo, że desperacko potrzebowała jakiejś odskoczni. Choćby to była tylko rozmowa, to może, choć na chwilę, uda się uspokoić i trochę odsapnąć.
— Tak, była wspaniałą nauczycielką. A tobie kto mentorował?
— Klonowe Ucho. Była… dobrą wojowniczką. Chociaż dosyć surową mentorką. Zginęła w walce z Quintusem. — Słoneczny Pysk ucichła i trąciła łapą przypadkowy kamień na ścieżce. Ostatnio coraz ciężej wspominało się jej wszystkich poległych.
— Przykro mi, nie wiedziałem — zmieszał się wojownik.
— Nic nie szkodzi, nie miałeś skąd wiedzieć. — Suczka uśmiechnęła się do niego.
Skręcili w boczną uliczkę odchodzącą od parku w stronę morza. Śnieg drobno prószył, a psy pogrążyły się w rozmowie, już na zupełnie inny temat. Kiedy białego puchu przybywało coraz więcej, dyskusja zeszła na Porę Nagich Drzew.
— Właściwie to nawet ją lubię — wyznała Słoneczko. — Wiem, że wszyscy narzekają, jest mało zwierzyny, dużo chorób, ziemia i każdy pies marznie, ale jest naprawdę pięknie. Choć nic nie przebije kwiatów w Porze Zielonych Liści, nie sądzisz?
<Opalku?>
[1078 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

17 stycznia 2021

Od Słonecznego Pyska CD Małej Kropli

— Nie mam — odparła.
Mała Kropla wpatrywała się w nią jeszcze chwilę. Słoneczko wiedziała, że powinna coś wymyślić, w końcu to ona zaproponowała, żeby tu przyszły i zapolowały. Niestety Dwunożni nie zapowiadali współpracy w pozyskiwaniu zdobyczy; spacerowali tylko, nie przyciągając do siebie żadnych wiewiór. I co teraz? Jaki ma plan? Żaden. Może w innej części parku będą mieć więcej szczęścia.
— Spróbujmy porozglądać się tu trochę, może gdzie indziej nam się poszczęści — zaproponowała Słoneczny Pysk. Kropla przystała na to bez słowa i czekała, by ruszyć za towarzyszką.
Słonko czuła się dziwnie, nie podobało jej się to niespodziewane przejęcie sterów w misji. Nie, żeby była to jakaś poważna sprawa — choć polowanie jest przecież bardzo ważne dla klanu — ale jednak czuła jakąś niewyobrażalnie wielką presję. Mała Kropla była, jak można wywnioskować z imienia, mała. Nie należała do najszybszych czy najsilniejszych wojów, przez co wiele psów traktowało ją ulgowo czy z pobłażaniem. Słoneczku bardzo się to nie podobało, uważała, że każdy wojownik jest wart tyle samo, nieważne czy duży, czy mały, słabszy czy silniejszy. Zresztą, sama nie należała do najlepszych…
Te rozmyślania sprawiły, iż przez myśl przemknęło jej, że o niej samej w klanie też przecież pewnie tak myślą. Szybko jednak przegoniła to zmartwienie i zastąpiła determinacją. Nie będą mieli powodów, by tak myśleć jeśli będą przydatne. A bycie przydatnym oznacza, że upolują te wiewiórki, choćby miały polować do nocy. Z tym postanowieniem Słoneczko ruszyła pewniej przed siebie. Za sobą słyszała ciche stąpanie Kropli. Musiała stawiać łapy w jej śladach, bo praktycznie nie było jej słychać.
Z początku skierowały się w stronę jeziora. Minęły rząd wierzb, których witki były teraz całe białe i lodowe. Wyglądały, jakby niezliczona ilość bardzo cienkich sopli postanowiła uformować drzewa. Wszystkie drzewa w parku wyglądały tak nienaturalnie. Rosły daleko od siebie, nie można się było dobrze ukryć, cały czas czuło na widoku. Rosły też w dziwacznych formacjach, jak półkole przy tym dziwnym domu dwunożnych, tym, od którego zawsze czuć było okropny odór. Albo jak ten rząd wierzb, a obok rząd klonów. Klony. Kiedy suczki obok nich przechodziły, by ominąć odsłoniętą ścieżkę Dwunożnych i zakraść się za staw, Słoneczko wspominała swoją mentorkę. Klonowe Ucho była dobrą, choć trochę surową nauczycielką. Ciekawe co by powiedziała, gdyby wiedziała, jak zagubiona jest jej ostatnia uczennica, mimo że przecież umiała polować. Pewnie jak zwykle wyglądałaby na bardzo zmartwioną. Najgorsze, że Słoneczko powoli zaczynała rozumieć, czemu mentorka zawsze wyglądała na tak zmartwioną jej losem.
— Tu chyba nam się nie poszczęści — burknęła Mała Kropla. Faktycznie, nie wyglądało to najlepiej. Po drodze nie minęły żywego stworzenia, a tutaj też nie było po nich śladu. Wszystko było spokojne, przykryte śniegiem i zamrożone.
— To chodźmy w inną część parku! — Słoneczko nie traciła entuzjazmu. W końcu muszą coś upolować. Może gdzieś dalej natkną się na grupę gołębi? A może im się poszczęści i trafi się mysz? Nic nie poradzą, stojąc tu. Nawet żadnych porządnych tropów nie dało się zwęszyć. Suczka ruszyła więc, a za nią ponownie podążyła jej towarzyszka.
W końcu kiedy znalazły się w pobliżu miejsca, w którym Dwunożni często się zatrzymywali (z zupełnie niezrozumiałych dla Słoneczka przyczyn — wszystko było zupełnie odsłonięte) nadarzyła się dogodna okazja. Ukryte za lichymi zaroślami najlepiej jak mogły, suczki obserwowały proces darowania orzechów wiewiórkom. Słoneczko dojrzała aż trzy rude kity, co w parku było prawdziwą rzadkością. Teraz pozostawało czekać na odpowiedni moment. Nie były daleko, ale i tak trzeba było wszystko rozplanować. Wiewiórki są szybkie i nawet jeśli dorwą tylko jedną, to będzie sukces.
Czas mijał, ale psiny nie spieszyły się nigdzie. Uważnie obserwowały ofiary. Kiedy w końcu Dwunożni odwrócili się i ruszyli swoją ścieżką, pojawił się odpowiedni moment. Podkradły się cicho (na tyle, jak bardzo pozwalał na to śnieg) od dwóch stron krzaków. Ruszyły na wiewiórki, starając się biec tak, by odciąć im ewentualną drogę ucieczki na najbliższe drzewa. Słoneczko czuła jak łapy ją palą od ciągłego przyspieszania. Ofiary przez moment nie wiedziały gdzie uciekać i to przypieczętowało ich los. Choć suczki omal się nie zderzyły, udało im się dopaść dwie wiewiórki. Co prawda jedną z nich tylko dlatego, że Mała Kropla uderzyła w nią łapą, hamując, ale w końcu liczyła się zdobycz. Przy tak szybkich stworzeniach można było powiedzieć, że naprawdę miały szczęście.
Zadowolone ruszyły, by przejrzeć kolejną część parku, ale do nosa Słonecznego Pyska dotarł kuszący zapach. Spojrzała na towarzyszącą jej członkinię klanu i dała znak, by ruszyły za wonią. Po krótkim czasie okazało się, że zapach zaprowadził je do Dwunogów, a wydzielało go jakieś zawiniątko w torbie, leżące na twardej ścieżce obok nich. Suczki, ukryte za wielkim dębem, wymieniły spojrzenia. To mogło być coś warte przechwycenia.
<Mała Kroplo?>
[754 słowa: Słoneczny Pysk otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

3 stycznia 2021

Od Słonecznego Pyska CD Płonącego Konara

Słoneczko wlepiła ślepia w nowo poznanego psa. Jego nastrój wydawał się zmienić całkowicie. Z rozluźnienia Konara nic już nie pozostało, był czujny, wyprostował się nagle i zastrzygł uszami, a na jego pysku malowało się połączenie zaniepokojenia z kurczowym, intensywnym myśleniem. Suczka nie wiedziała, co się działo. Nie poznała psiego wycia z oddali, założyła więc, że musi to być ktoś z innego klanu, a sądząc po reakcji dopiero co poznanego współokupującego kryjówki pod wierzbą, najpewniej jeden z Ognistych. Nie uśmiechało jej się tłumaczyć z przypadkowego spotkania z samcem z innego klanu, ale w końcu byli na ziemi niczyjej. Martwić mogła jedynie pora, księżyc dawno już świecił na niebie i przebijał się przez chmury zasypujące świat coraz to większą ilością śnieżnych płatków. O takiej porze natknięcie się na psy z różnych klanów same, w ciasnej kryjówce w odosobnieniu… Ale przecież przy takim śniegu to musiał być (i był!) przypadek, nikt nie pomyśli, że mogło być inaczej… Suczka starała się uspokoić myśli i już powoli szykowała na nakrycie przez Ognistych towarzyszy Konara, jednak ani ci nie zjawiali się, ani ten nie wyglądał na spokojniejszego. Zrozumiałym by było, gdyby w pierwszym momencie się lekko przeraził, szybko przemyślał sprawę, znalazł dobrą wymówkę i w końcu uspokoił, jednak pies wydawał się wręcz jeszcze bardziej spięty. A co jeśli to jego partnerka? przeraziła się nagle Słoneczny Pysk.
— Chyba już poszli — odezwał się nagle Płonący Konar. Jednak wbrew temu, co powiedział, nie wyglądało na to, by miał się rozluźnić; dalej stał cały naprężony.
— Poznałeś, kto to był? — spytała suczka po krótkiej ciszy.
Ognisty przytaknął, ale nie rozwinął odpowiedzi od razu. Przysiadł tuż przy ścianie z zamrożonych gałęzi i wydawało się, jakby przez chwilę próbował wywęszyć nieznajomego. Po chwili odwrócił się i przysunął bliżej złocistej suczki, która dotąd nie ruszyła się spod pnia.
— Miałem kiedyś wątpliwą przyjemność spotkać parę okolicznych psów, nienależących do żadnych klanów, ot zwykłej dzikiej zgrai pozbawionych zasad degeneratów — zaczął. — Nie myślałem, że jeszcze kiedyś się na nich natknę, przecież powiedziałem im, co się stanie, jak zaatakują klan...y — dodał prędko.
— Więc martwisz się, że mogą nie być zadowoleni z kolejnego spotkania?...
— Kolejne spotkanie już miało miejsce i hm… Jestem wręcz pewien, że następne nie będą równie miłe. — Płonący uśmiechnął się szelmowsko, ale Słoneczko zauważyła szybkie spojrzenie w stronę, z której dobiegało wycie. — Była podobna pora, szedłem na umówione spotkanie, ale zamiast mojej towarzyszki zastałem tę bandę. Tym razem było ich więcej i z początku tylko kazali mi stąd iść. Stwierdzili, że to ich park, rozumiesz? Ale szybko okazało się, że Wilku, Stek i Bury mnie zapamiętali. Doszło do małej awantury i skończyło się licznymi groźbami z obu stron. Uszedłem nieomal bez szwanku, ale sama rozumiesz, dla takich typów nie istnieje honorowa walka.
— Skoro mieli znaczną przewagę, to dobrze, że nic ci się nie stało. — Głos Słoneczka lekko zadrżał. Nagle zaczęła cieszyć się, że to właśnie Ognisty przerwał jej spokój pod drzewem. — Mówiłeś już komuś o tej bandzie?
— Coś tam wspomniałem… — Konar nie dokończył, bo z oddali dobiegło kolejne wycie. Tym razem jednak bliżej i zdecydowanie nie był to jeden głos. Oba psy zamilkły i nadstawiły uszu, starając się wychwycić, czy potencjalni napastnicy nie zbliżali się w ich kierunku. Nie było to łatwe, gdyż śnieżyca rozszalała się na dobre, a mroźny wicher wydawał się wyć równie głośno, co obce psy.
Czas jakby zwolnił i rozciągał każdą chwilę nasłuchiwania, jak tylko się dało. Żadne z ukrytych pod kopułą lodu i gałęzi pasiaków nie ruszało się, nie wydawało dźwięków. Mimo hałaśliwej natury za ścianą ich, póki co bezpiecznego schronienia każdy szelest czy trzask mógł się przecież okazać tym niewłaściwym i sprowadzić na wojowników nieszczęście. W końcu usłyszeli kolejny głos, coś jakby szybko przerwany skowyt; nie wróżyło to nic dobrego.
Słoneczny Pysk spojrzała na swojego towarzysza; jego oczy były zupełnie czarne, ale może winne temu było słabe światło, wsączające się nieśmiało przez szpary między gałęziami. Dotąd nie przyjrzała mu się dokładniej, ale musiała przyznać, że robił wrażenie swoim wyglądem. Siedział cały naprężony, a jego puszyste futro miejscami pobłyskiwało przez kropelki, będące jeszcze niedawno płatkami śniegu. Jeszcze nigdy nie widziała podobnego mu psa, ale trzeba było przyznać, że miał swój urok. Nawet jego zapach, charakterystycznie ciężki i momentami duszący, wydawał się mile drażnić nozdrza. Słoneczko jednak szybko wyrzuciła te rozmyślenia z głowy. Ani nie było na nie właściwej pory, ani one same nie były właściwe. Kiedy odwróciła pysk, poczuła jego spojrzenie na ciele; starała się z całej siły nie odpowiedzieć na nie, nie chciała zdradzić mu, że się boi. Nie był to co prawda wielki strach, ale możliwość stoczenia walki ze zgrają prymitywów u boku dopiero co poznanego psa z obcego klanu nie należała do najprzyjemniejszych perspektyw. A to miała być taka spokojna, cudowna, samotna noc… westchnęła. Zauważyła, że Konar przekręcił lekko pysk. Wzdychanie w takim momencie faktycznie mogło wydawać się dziwne, suczka więc umilkła zupełnie. I tak siedzieli wyprostowani i czujni, wpatrując się intensywnie w gałęzie. Aż w pewnym momencie bardzo blisko rozległy się odgłosy ciężkich łap stawianych na śniegu.
Słoneczny Pysk wstrzymała oddech, Płonący Konar przymrużył oczy. Dwa psy, śmierdzące odpadami Dwunogów i zepsutymi rybami zbliżały się do ich kryjówki.
— Mówię ci, jak Hektor dalej będzie się tak rządził, poharatam mu ten jego długi pysk…
Usłyszeli gruby głos ewidentnie wściekłego psa, jednak szybko ucichł i na moment kroki ucichły. Wywęszyli nas! pomyślała ze zdenerwowaniem suczka. Silna łapa wynurzyła się nagle z gałęzi, za nią powędrowały łeb i umięśniona szyja, aż w końcu przed wojownikami stanął ponury, czarny nieznajomy. Nie minęła chwila, a pojawił się jego towarzysz, wyższy i węższy, cały biały w ciemne łaty.
— No popatrz, popatrz Łata, co my tutaj mamy — odezwał się niższy, z paskudnym uśmiechem. Przypominał Burzowe Gardło, z paroma różnicami; miał wiele blizn, krwawiło mu ucho i suczka zdecydowanie nie cieszyła się na jego widok.
— Chyba mamy tu dwie sieroty, którymi wypadałoby się zająć — odpowiedział Łata i uśmiechnął głupkowato.
— Racja, jedna nawet krwawi — odparował szybko Płonący Konar. Jego ton był tak lekceważący, że Słoneczko aż oderwała w końcu spojrzenie od obcych i skierowała je na niego.
Obce psy z początku tępo wpatrywały się w Ognistego, zupełnie jakby nie dotarło do nich, że im odpyskował. Kiedy jednak już dotarło, warknęli zgodnie i nastroszyli sierść wzdłuż grzbietu.
— No, no, no, kolega ma ochotę się stawiać. — Wyszczerzył kły czarny. — Ciekawe jak się będziesz stawiać, jak ci przetrącę łeb!
— Cezar, poznajesz go? — wtrącił nagle drugi. — To ten frajer, co mu Grubas pysk obił ostatnio! Ha ha ha, wróciłeś się z nami zabawić?
— I przyprowadził swoją sukę hy hy hy — Cezar ponownie wyszczerzył kły, tym razem jednak w obleśnym uśmiechu. — Chcesz nam pomóc ci się nią zająć? Może on nie wie jak, Łata! — Zaśmiali się obaj, jednak wciąż było czuć, że nie są do końca rozluźnieni. Było ich po równo, gdyby doszło do walki, jej wynik nie byłby przesądzony.
— Sądząc po twoim żałosnym stanie, ty nie wiesz jak powiedzieć Hektorowi, żebyś nie był jego workiem treningowym — znów odbił piłeczkę Konar. — Ale pewnie lubisz być jego szczeniakiem do bicia, co? — wyszczerzył kły w bezczelnym uśmiechu.
Cezar warknął głośniej, gardłowo i zamachnął się łapą na wojownika. Ten jednak był szybszy; odchylił się niby od niechcenia i wstał, napinając mięśnie. Był gotowy do walki choćby w tej chwili. Kiedy jednak odbywała się ta próba starcia sił, Łata skorzystał z okazji i przysunął się do Słonecznego Pyska. Górował nad nią, a jego mina nie zdradzała niczego dobrego. Gdy tylko jego towarzysz odskoczył od Konara i dojrzał kątem oka ich dwoje, również zbliżył się do Słoneczka. Czarne, puste oczy błysnęły, gdy zbliżył swój pysk do futra suczki. Ta najeżyła się i zastygła, jakby tracąc na chwilę kontakt z rzeczywistością.
— Jak ty ładnie pachniesz maleńka — powiedział Cezar, kiedy oderwał pysk od jej futra i przystawił tuż obok jej pyszczka.
Za nimi Płonący próbował dostać się do suczki; warknął przeciągle, ale Łata zastawiał mu drogę.
— Słoneczko! — krzyknął w stronę suczki. Słysząc swoje imię, ocknęła się nagle, zjeżyła jeszcze bardziej i kłapnęła kłami tuż przed nosem Cezara. Ten odsunął się, zaskoczony. Suczka przybrała pozycję bojową, a Konar wykorzystał okazję i jednym susem przedostał się do niej. Stali teraz łapa w łapę, przyjmując identyczne pozycje. Słonko nie myślała wiele, była przygotowana na walkę. Tylko gdzieś z tyłu głowy majaczyła myśl, że przecież wyjących psów słyszeli dużo więcej.
— A więc to twoje słoneczko, a to dobre. — Cezar wrócił do swojego kpiącego tonu. Dało się jednak silnie wyczuć, że nie było mu już tak do śmiechu jak wcześniej.
— Co byś powiedział na to, że pożyczymy sobie twoje słoneczko — dodał Łata. — Pójdzie sobie na naszą hawirę, a potem wróci do ciebie w całości.
— Może — dokończył Cezar i uśmiechnął się lubieżnie.
Tym razem Ognisty nie miał czasu na odpowiedź. Łata podskoczył do niego i przytrzymał za futro na karku, a Cezar doskoczył do Słoneczka. Jego pysk znalazł się niebezpiecznie blisko gardła suczki, przełamując jej pozycję obronną. Chciała się wycofać, ale trafiła na pień wierzby. Dobrze znane suczce schronienie okazało się pułapką. Usłyszała śmiech czarnego psa, a jego łeb w ułamku chwili znalazł się przy jej pysku. Śmierdziało mu z paszczy i Słoneczko poczuła, że robi jej się niedobrze. Wykręciła łeb i wychwyciła, jak Konar wydostaje się z uścisku napastnika. Nie powinna jednak nie niego patrzeć; ten moment nieuwagi został wykorzystany przez Cezara. Przewrócił ją swoją wielką, ciężką łapą i przystawił łeb do jej szyi. Łapami przekroczył jej ciało okrakiem, a gdy ta zamarła, z jego gardła dobiegł paskudny rechot. Jednak teraz suczka nie wyłączyła się na długo. Kiedy zobaczyła, że jej przypuszczenia się sprawdziły i obcy samiec znowu zbliżył swój pysk do jej pyska, poderwała szyję i zacisnęła kły na jego gardle. Ruch był na tyle szybki, że Cezar nie zdołał umknąć szczękom suczki. Odepchnęła go łapami, cały czas nie puszczając i zdołała wyprostować. W tym jednak momencie Łata i Konar przewalili się obok nich, szamocząc się. Ponownie Słoneczko rozproszył ten krótki moment, a trzymany przeciwnik wydostał się z morderczego zacisku jej szczęk. Przez chwilę starał się zaciekle łapać powietrze, a gdy przestał, jego oczy skierowały się na Słoneczko. Wcześniej puste, teraz z zimną furią. Rzucił się na nią od razu, bez żadnego rozbiegu czy zamachu. Przygwoździł do twardej ziemi i ugryzł w ucho. Zaczął ciągnąć za nie suczkę, aż jej łeb nie mógł się już wyżej podnieść. Słoneczko poczuła strużkę ciepłej krwi, która zaczęła spływać na jej łebek; po chwili dołączyła do niej druga. Zamachnęła się łapą, ale bezskutecznie. Cezar napierał na nią bardziej, aż w końcu, gdy był pewien, że ni wydostanie się spod jego cielska, puścił jej ucho i zbliżył zakrwawione kły do łba, tak, by mogła je podziwiać. Ohydny oddech znów dotarł do jej nosa, kiedy ponownie odezwał się do niej:
— Będziesz błagać, żebym był tak miły, jak wcześniej, pieprzona suko — wycedził zza kłów. — A nie, przepraszam. Pieprzone słoneczko.
Na jego pysku znów zagościł uśmiech, choć teraz przypominał bardziej grymas. Słoneczko próbowała wyrwać się spod jego cielska, jednak na próżno. Zamachnął się łapą i zadrapał jej nos. Pociągnęła nim, na co ten tylko pogłębił grymas. Kiedy miał wykonać kolejny zamach, suczka skorzystała z okazji i przekręciła się na bok. Ten natychmiast podążył za nią i już miał znowu zacisnąć kły na jej długim uchu, gdy nagle sam stęknął i się potknął. Słoneczny Pysk umknęła jak najdalej od niego, a gdy się obejrzała, dostrzegła, że stanął na błyszczącym kamieniu, jej wcześniejszej zdobyczy. Cezar jednak szybko się otrząsnął i ponownie skierował w jej stronę. Rozległo się wycie, przypominające nawoływanie. Suczka miała w głowie tylko jedno — wydostać się stąd jak najszybciej razem z Konarem i umknąć reszcie tych popaprańców. Jeśli nas znajdą, to po nas! huczało jej w głowie. Zerknęła szybko w stronę Ognistego; radził sobie dobrze, wyglądało na to, że górował nad Łatą. Kiedy czarny ruszył na nią, była przygotowana. Odskoczyła w bok, prosto na Konara, ściągając go z przeciwnika. Ten warknął na nią, ale szybko się opamiętał i zrozumiał. Jeśli mieli uciec, muszą to zrobić razem. Dwaj psi barbarzyńcy skierowali się na wojowników, którzy byli tuż przy ścianie z gałęzi. Nie było czasu na porozumiewawcze spojrzenia czy planowanie. Cezar i Łata rzucili się w stronę każdego; Konar doskoczył do wysokiego psa, ale Słoneczny Pysk umknęła w bok. Trafiła na gałęzie i przebiła się przez nie na zawieje. Kiedy Cezar wynurzył się spod nich, dosłownie w tym samym momencie co ona, oberwał śnieżną zaspą, która zwaliła się z górnych warstw drzewa. Oszołomiona suczka ruszyła w stronę — jak się jej wydawało — przeciwnej do wycia. Miała nadzieję, że Konar również wybiegł. I nie pomyliła się. Usłyszała susy łap gdzieś obok siebie; mignęło jej też rudawe futro. Głosy wrogich psów, także tych, z którymi nie stoczyli walki, nasilały się, biegli więc co tchu. Słoneczko bywała tu często, po starym dębie, który zamajaczył na horyzoncie, poznała więc, że są blisko dziury w twardym ogrodzeniu parku. Skierowała łapy w tamtą stronę i szczeknęła półgłosem do Ognistego, by zrobił to samo. Nie miała pewności, czy ją usłyszał przy tej zawiei, ale przynajmniej nie mieli na to szansy ci zbóje, którzy ich gonili.
Dziura w ogrodzeniu zamajaczyła jej przed oczami tylko na moment, przeskoczyła przez nią bez ani chwili zastanowienia czy dobrze wcelowała. Na jej szczęście tak. Biegli po twardej ścieżce Dwunogów, gdy Konar krzyknął, by odbili na wschód. Niewiele się nad tym zastanawiając, Słoneczko skręciła i tak dotarli w okolice domów Dwunożnych. Było ich wiele, poustawiane jeden obok drugiego. Płonący zrównał krok z suczką, ich łapy przebijały się przez szalejący śnieg obok siebie, łapa w łapę. Wojownik trącił lekko Słonko, by zboczyła w jakiś zaułek i zaczął prowadzić. Dała się kierować wśród nieznanych zupełnie twardych, kamiennych domów i stojących cicho potworów. W końcu dotarli do dziwnej dziury w kamiennym podłożu obok jednej z siedzib Dwunogów. Konar wskoczył tam szybko, a chwilę później dołączyła do niego Słoneczko. W środku było cicho, ciemno i sucho, pachniało grzybami i Dwunożnymi.
— Chyba nas tu nie znajdą — zaczął cicho, gdy odsapnęli chwilę. — Biegliśmy długo, kluczyliśmy, a w tej wichurze nie trafią na nasz trop.
Słoneczko potaknęła łbem, ale nie odezwała się. Cały czas stała roztrzęsiona; nie była w stanie nawet usiąść. 
<Płonący Konarze? Rozgrzej Słoneczko trochę…> 
[2309 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 23 Punkty Doświadczenia]

19 grudnia 2020

Od Słonecznego Pyska CD Małej Kropli

Słonecznemu Pyskowi źle się spało, a poranek nie zdołał tego naprawić. Niebo przykryte chmurami nie przepuszczało promieni, które mogłyby ogrzać psiny w Porze Nagich Drzew. Po patrolu większość myślała tylko by ogrzać się w legowiskach czy wtulić pysk w futro i przeczekać ten ponury czas. Słoneczko jednak postanowiła pomóc w zbieraniu jakże cennej obecnie zwierzyny. Była to doskonała okazja, by się do czegoś przydać, ale również, by rozruszać łapy i spróbować nie zamarznąć. Była to także doskonała okazja do pozbycia się przykrych myśli z głowy, wspominania, jak radosne niegdyś bywały takie dni.
Suczka postanowiła, że skieruje się w stronę parku, który może nie był najlepszym miejscem na zdobywanie zwierzyny, ale może uda jej się dorwać tam jakąś wiewiórkę. Wybrała trasę obok targu, myśląc, że może uda jej się dorwać do jednej z przekąsek Dwunożnych, ale wyglądało na to, że pogoda również dla nich nie wydawała się zachęcająca. Było ich niewielu, a ci, obok których przebiegła nie byli zbyt rozmowni. Wyglądali, jakby jedynie chcieli załatwić swoje sprawunki i udać się do legowisk jak najszybciej. W drodze do parku także było ich mniej niż zazwyczaj i Słoneczko zmartwiła się z tego powodu. To oni najczęściej wywabiali wiewiórki, zostawiając im orzechy. Postanowiła mimo wszystko nie rezygnować ze swojej wyprawy; jeżeli się nie powiedzie, spróbuje jeszcze w porcie.
Kiedy suczka zbliżała się już do znajomych koron drzew, poczuła jeszcze bardziej znajomy zapach. Albo był to obcy pies, który wpadł do jeziora, albo ktoś z jej klanu znajdował się w pobliżu. Słoneczna poczuła powinność odnalezienia znajomego wojownika — a nuż mogłaby w czymś pomóc? Podążyła więc za zapachem, oddalając zarazem od uprzedniego miejsca podróży. Miała nadzieję, że pies nie szedł w stronę siedziby klanu. Wyszłaby na zupełną miernotę, wracając z pustym pyskiem, w dodatku jeszcze tropiąc członka własnego klanu wracającego do legowiska.
Wkrótce jednak okazało się, że tropiony jegomość kierował się w stronę przeciwną. Zapach zaczął się nasilać, aż nagle ciszę przy kamiennej drodze, jaką przemierzała, przerwał głośny hałas. Był to ryk potwora, ale znacznie głośniejszy niż te, które słyszała do tej pory. Przerażona ruszyła w stronę krzaków, a gdy się przez nie przedarła, zobaczyła Małą Kroplę, za której zapachem tu przybyła. Zbliżyła się do niej szybko i trąciła nosem bok; potwór ryczał tak głośno, że nie było szans, aby suczka zauważyła ją w inny sposób. Gdy skierowała pysk w stronę Słoneczka, na chwilę przestała warczeć. Przestał to robić również potwór, miały więc szansę, by wymienić parę słów.
— Co tu robisz Słoneczny Pysku? — zapytała.
— Przyszłam szukać zwierzyny. Natknęłam się na twój zapach niedaleko, więc pomyślałam, że sprawdzę, co tu robisz. Miło cię widzieć w tym ponurym dniu Mała Kroplo. — Pysk Słoneczka się rozpromienił.
W tym samym momencie potwór podjął swój ryk, a ukryte w krzakach suczki się zjeżyły. Jednak tym razem przerażający dźwięk zaczął cichnąć, aż w końcu zniknął na dobre.
— Przyszłaś tu w jakimś konkretnym celu? Może mogę ci w czymś pomóc? — zagaiła Słoneczny Pysk. Znała Kroplę od małego, razem bawiły się jako szczeniaki. Pamiętała wspólne posiłki, zabawy i beztroskie życie jakby to wszystko było jeszcze niedawno. Jednak w tym czasie tyle zdążyło się wydarzyć, że wydawało się, jakby minęła prawdziwa wieczność.
— Właściwie możemy razem zapolować. Klan nie pogardzi zwierzyną, zwłaszcza podczas tej okropnej pory — odparła czarno-biała suczka. Słoneczko przytaknęła, choć w duchu wiedziała, że sama z jakiejś przyczyny lubi Porę Nagich Drzew.
Śnieg przykrywający ziemię upiększał brzydkie, twarde miasto, w którym przyszło im teraz żyć. Przywoływał też dobre wspomnienia beztroskiej zabawy. Oczywiście podczas tej pory nie jest lekko, czego psy wielokrotnie doświadczały, jednak miała w sobie coś urokliwego. A poza tym dobrze jest skupiać się na dobrych wspomnieniach, nie tych złych. Zabawy z Kasztanem i innymi szczeniakami wśród zasp, a potem tłumaczenie się zatroskanym rodzicom, ciotkom i wujkom ze swoich harców było zdecydowanie lepsze do przywoływania niż głód, zimno, wycieńczenie czy walki.
Suczki skierowały swoje łapy w stronę parku. Ziemia, po której dreptały, nie była przyjemna, ale i tak lepsza od kamiennej drogi Dwunożnych. Nieśpiesznie podążały trasą, rozmawiając i wymieniając się nowinkami odnośnie życia klanu. Kiedy dotarły do niedużej wyrwy, psiego wejścia do parku Słoneczko akurat zrelacjonowała poranny patrol. Kiedy znalazły się już wśród drzew, skierowały się w stronę dużej kładki Dwunożnych, jednego z ulubionych miejsc tutejszych wiewiórek. Postanowiły poobserwować chwilę samotnych, kręcących się po kładce Dwunożnych. Może nadarzy się szansa, by porwać im jedzenie, a może zdecydują się wywabić wiewiórki, w sobie tylko znanych celach oferując im orzechy?
<Mała Kroplo?>
[726 słów: Słoneczny Pysk otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

6 grudnia 2020

Od Słonecznego Pyska

Choć dzień był wyjątkowo ponury, a pora nagich drzew nie cieszyła się dobrą sławą wśród psów, Słoneczny Pysk maszerowała radośnie po zaśnieżonej ziemi. Patrol dobiegał końca, a po nim mogła zaszyć się gdzieś sama na chwilę. Normalnie próbowałaby znaleźć sobie jakieś zajęcie, pomogła w sprzątaniu legowisk czy upolowała coś dla klanu. Dzisiaj jednak był inny dzień. Jeden z tych, w których trzeba się usunąć i znaleźć chwilę ciszy.
Nad światem panował już mrok gdy odeszła od jedzenia. Nie potrzeba jej było dziś dużo, zadowoliła się paroma chapnięciami. Przez myśli Słonecznego Pyszczka przebiegały różne kryjówki, z których mogłaby dziś skorzystać. Problem jednak stanowił fakt, iż większość wybiegała poza tereny klanu. Nie, żeby bała się oddalać od domu, ale nocne, samotne eskapady zbyt często kończyły się nieciekawie dla psów, by nie zastanowić się nad tym choć przez chwilę. Przemyślała więc sprawę trzy razy i zdecydowała, że uda się do parku. Ruszyła więc raźnym krokiem, pomerdując ogonem i zagłębiając w myślach.
Świat wyglądał porażająco pięknie i przerażająco. Kamienne drogi były mokre i brudne, ale można było korzystać z miękkich i ośnieżonych. Biały puch prószył niespiesznie z czarnego nieba, a światła miasta migały wraz z nim w powietrzu. Pora nagich drzew w świecie Dwunożnych wyglądała zupełnie inaczej niż w lesie. Nawet park, choć stanowiący namiastkę dawnego domu, nie przypominał go teraz. Biała ściółka była poszatkowana przez masę śladów, przez piaszczyste i kamienne drogi, przez ślady Potworów. Jednak to właśnie tu było też spokojniej, a o tej porze rzadko można było natknąć się na Dwunożnego.
Słoneczko zatrzymała się pod wielką wierzbą. Jej gałęzie otoczyły suczkę zapachem i wspomnieniami. Kiedyś jeszcze wrócimy do lasu i wszystko będzie jak dawniej. Suczka próbowała dodać sobie otuchy. Zaczęła wspominać dom, swoje życie jako szczeniaka, mamę. To była dobra suczka. Niestety z myśli Słonecznego Pyska nie wynikało, by samą siebie za taką uważała. Mimo iż matka od zawsze była wzorem dla psinki, to czuła, że jej nie przypomina i bardzo zawodzi. Ucieka od innych i chowa pod jakimś drzewem, zamiast rozmawiać ze starszymi z klanu czy w ogóle robić coś pożytecznego. Nie tak powinna postępować, ale jednak nie miała siły na inne zachowanie. Nie dzisiaj. Nie przy tym księżycu. I nie przy gwiazdach. Słoneczny Pysk przyglądała się niebu przez zachodzące na siebie gałązki. Nie wyglądało tak, jak w domu, choć dalej było piękne. Z jakiejś przyczyny Dwunożni popsuli niebo, ale to nic, przynajmniej dalej tu jest. Dzisiejszego wieczoru przybrało wyjątkowo ciemną barwę i poprzeszywane było ponurymi chmurami, z których śnieg zaczynał coraz mocniej padać. Na szczęście pod gałęziami było względnie sucho i bezpiecznie. Jeśli rozpęta się śnieżyca, po prostu przeczeka ją tu i wróci. A może to nawet lepiej gdyby się rozpętała? Spędziłaby tu noc i wróciła ze świtem, zupełnie jak słońce. Kolejny dzień przyniesie jej nową energię, na pewno. Któryś zawsze w końcu przynosi.
Dźwięki z parku dochodziły jakby przytłumione, gdyż otoczona była szeleszczącą z wolna kopułą, ale jednak docierały do suczki. Słyszała, jak para Dwunożnych przeszła obok jej kryjówki, wydając wyjątkowo głośne dźwięki, a chwilę potem szybko przebiegł trzeci. Może ich gonił, z nimi nic nigdy nie wiadomo. Wydawało się, że czas zwolnił, by Słoneczku pobyć samej ze sobą. Każdy szelest i każdy podmuch wiatru, który do niej docierał, wydawały się bardzo odległe. A może po prostu nie zauważała większości, zanurzona w myślach. Jej uwadze nie umknął jednak powolny krok, który, jak się wydawało, skierowany był w stronę jej kryjówki. Delikatne skrzypienie śniegu stawało się coraz głośniejsze, aż w końcu ogon suczki jak zwykle zareagował przed nią i zaczął energicznie pacać o twarde podłoże. Zbliżał się jakiś pies, w dodatku taki, którego zapach był Słonecznemu Pyskowi nieznany. Mimo że lekko się zmartwiła, to od razu nastawiła przyjacielsko i czekała, aż nieznajomy zajrzy do jej kryjówki. Przez chwilę poczuła frustrację, że tego jednego wyjątkowego dnia nie udaje się jej być samej, ale zaraz się opamiętała i skarciła za to szybko. Śnieg padał już naprawdę mocno, ktoś może szukał po prostu kryjówki, a ona pomyślała tylko o sobie.
Kiedy już myślała, że obcy pies do niej dołączy, ten ewidentnie zorientował się, że miejsce, do którego się kierował, nie jest opuszczone. Kroki ucichły tuż przed plątaniną gałęzi, przez które można było zauważyć jasne, rudawe przebłyski futra. Słoneczko postanowiła nieco ośmielić niespodziewanego gościa, przyjmując powitalną postawę.
— Witaj! — zawołała z możliwie wyważonym entuzjazmem. Czekając na odpowiedź, zauważyła, że w ziemi znajdowało się coś błyszczącego. Po pacnięciu łapą okazało się to bardzo przypominać kamień, więc zupełnie nie myśląc suczka, zaczęła starać się wydobyć to z zimnego podłoża. Wtedy właśnie gałęzie zaszeleściły, a przed nią stanął obcy.
<Nieistniejący jeszcze Płonący Konarze?>
[752 słowa: Słoneczny Pysk otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

„Remember you’re the one who can fill the world with sunshine!”

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]