Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Zamieć × Pyskacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryzowa Zamieć × Pyskacz. Pokaż wszystkie posty

12 marca 2022

Od Bryzowej Zamieci CD Pyskacza


— Nie daj się prosić! Dam ci w zamian mój najlepszy kamyczek! Wygrzebałem go prosto z rzeki! — przycisnął Bryzową Zamieć do metaforycznej ściany, merle szczeniak, z jakiegoś powodu przypominający z wyglądu słynnego, na wszystkie klany, Jazgota.
Jakby tego było mało, na twarzy Pyskacza pojawiła się charakterystyczna dla jego rówieśników mina, przyprawiająca niejednego o cukrzycę typu drugiego. Legendarną minę, której nie mógł oprzeć się nawet najtwardszy wojownik. Nie da się w takiej sytuacji odmówić, szczególnie, gdy jest się podatnym na takie sztuczki Bryzkiem. Zakłopotany wojownik milczał przez chwilę, wpatrując się w wielkie, bursztynowe oczy, nie wiedząc co odpowiedzieć. Pochlebiały mu bardzo słowa Pyskacza i to, że to on miałby poprowadzić jakąś wyprawę, ale trochę czuł, że na to nie zasługiwał. Przecież każdy, kto przeżyje wystarczająco długo, zostaje wojownikiem. Czy jego osiągnięciem jest to, że do tej pory nie zginął? Z tego, co wyliczył na szybko w pamięci, większość psów może się pochwalić takim osiągnięciem. Życie nie jest proste, ale nie trzeba mieć szczególnego talentu, by je ciągnąć.
— Skoro bardzo tego chcesz… — wyjąkał, po czym spojrzał na minę psiaka, zmieniającą się w ułamek sekundy z pełnego nadziei oczekiwania, w szeroki uśmiech. Uznał, że dla tego widoku, było warto się zgodzić.
— Naprawdę? — ucieszył się Pyskacz i zamerdał puchatym ogonkiem — W takim razie ruszajmy!
Nie czekając, aż świat albo ktokolwiek na nim, zdąży zakwestionować ten okrzyk, psiak popędził przodem ku przygodzie. Bojąc się, że go zgubi, Bryzek zerwał się do biegu i zrównał się z nim chwilę później. Nie trwało długo, aż szczeniak zwolnił do truchtu, a później do zwykłego chodu. Piesek skakał od krzaka do krzaka, obserwując wszystkie ciekawie wyglądające rośliny, robaczki oraz kamienie. Kilka razy zawołał wojownika, by wypowiedział się na ich temat, a tamten jako ekspert w dziedzinie żuczków i w mniejszym stopniu reszty z wymienionych rzeczy, które uwielbiał obserwować, gdy był w wieku Pyskacza, z chęcią udzielał mu odkrytych przez całe życie, informacji.
— Te czarne, błyszczące kopią pod ziemią takie długie korytarze, do których wsadzają ściółkę, wiesz? Wydaje mi się, że gdzieś w nich siedzą ich młode, ale nigdy nie miałem odwagi sprawdzać. Podobno są bardzo brzydkie… tak przynajmniej mówił mi mój brat, Mglisty — wypowiedział się Bryzek.
W życiu Bryzowej Zamieci, każdy pies miał z góry określoną ilość czasu, który musi z nim spędzić, by wojownik się przed wobec niego otworzył. U jednych trwa to bardzo długo, za to z innymi wręcz przeciwnie. Czasem, gdy zna się odpowiednie słowa, można skrócić ten czas jeszcze bardziej. Pyskaczowi udało się przejść okres próbny w rekordowo krótkim czasie. Jego towarzysz w wielkiej wyprawie, spojrzał się zafascynowany na zwierzątko.
— Jest taki malutki, że mógłbym przypadkiem go zdeptać — przerwał, jak zakładał Bryzowy, zastanawiając się, ile razy mógł już to zrobić – Jak one w ogóle przeżywają tyle czasu?
— Muszą jakoś sobie radzić. Może ich pancerzyki są na tyle wytrzymałe, że nie da się ich zbyt łatwo zniszczyć? — zasugerował — Albo mają bardzo szybki czas reakcji i zanim ktoś na nie nadepnie, zdążają uciec? Nie wiem. Coś na pewno wymyśliły.
— Możesz mieć rację — uznał Pyskacz — Mam taką nadzieję, nie chciałbym, żeby wyginęły. Są takie ładne!
Ruszyli dalej, obaj z nosem przy ziemi, poszukując skarbów oraz przygód, które mogłyby urozmaicić ich wyprawę. Nie to, że była nudna, oczywiście, że nie! Ale nikt nie zaprzeczy, że gdyby była jeszcze ciekawsza, nie czułby się na pewno zawiedziony.
Tulipanowy Płatek była jakby trzecią matką dla Bryzka, więc technicznie rzecz biorąc, Pyskacz był jego przybranym bratem, co było interesującą konkluzją. Wojownik zastanowił się przez chwilę. Czy więzy rodzinne w klanach nie są tak zawiłe, że równie dobrze mógłby być jego biologicznym krewnym? Szczerze mówiąc, nawet by się nie zdziwił. Dogadywali się zaskakująco dobrze, przez co przyszło mu też przez głowę pytanie, jak temu uroczemu, żądnemu przygód pieskowi, trafiło się tak niefortunne imię. Było jedyne w swoim rodzaju, to prawda, ale mogło bardzo przeszkadzać mu w uzyskaniu dobrego pierwszego wrażenia. Ostatecznie przyjął, że Tulipanowa jest kreatywną suczką i chciała swoim dzieciakom nadać kreatywne imiona. Było to najlogiczniejszym rozwiązaniem, na jakie wpadł.
— Co tak szumi? — zapytał głośno psiak, wyrywając Bryzka z zamyślenia.
Nie zwrócił wcześniej na to uwagi, ale faktycznie, w oddali rozlegał się, głośniejszy z każdym krokiem, przeklęty szum wody. Dla Bryzowej Zamieci każdy dzień był najgorszym dniem na kąpiel. Westchnął ciężko.
— Wydaje mi się, że to Rzeka. No wiesz, jest główną atrakcją na naszym terytorium, podejrzewam, że to dzięki niej nazwa naszego klanu jest taka, jaką znamy. Jak zostaniesz uczniem, na pewno będziesz uczył się w niej pływać. Ja swojego treningu w niej najlepiej nie wspominam, ale nie chcę cię zniechęcać. Gdzieś tu w okolicy powinien być Most, możemy sobie na nim stanąć i poobserwować ją z góry. Myślę, że ci się spodoba.
Wojownik zdał sobie sprawę, że wyszedł na mądrzącego się dziwaka, mówiąc Pyskaczowi, czym jest Rzeka. Przecież on już na pewno to wiedział, szczególnie, że obiecał mu kamieni, zebrany właśnie stamtąd. Było już trochę za późno na zmianę wypowiedzi, przez co zrobiło się mu wstyd. 

<Pyskacz?>
[814 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

14 lutego 2022

Od Pyskacza CD Bryzowej Zamieci

Pyskacz był młodziutki, ale w mig pojął bardzo przykrą dla niego prawdę: czas rósł bardzo, bardzo wolno. A ponieważ rośnięcie Pyskacza było w niewyobrażalnie dziwny sposób powiązane z rośnięciem czasu, tak sam szczeniak rósł równie wolniutko. Spoglądał z zazdrością na coraz większe łapy Pokrzywki czy nawet pchły Pliszki. To zawsze był jakiś rozwój! Nawet jeżeli pierwsza z sióstr ledwie była w stanie ustać na tych swoich pokracznych girach. Sam trwał niestrudzenie na straży honoru matki (mamusi, mateczki, matuleńki, jak szeptał pieszczotliwie szczęśliwej, odchudzonej o cztery paskudy z brzucha Tulipanowej, Imbirowy Korzeń), zanim nie dotarło do niego, że mama zbytnio ochrony od Pyskacza nie potrzebuje. Co najwyżej przed samą sobą i swoimi dziwnymi pomysłami, ale tutaj Pyskacz już nie był w stanie niczego poradzić.
Odpuścił wobec tego chyże dyrygowanie matce i zabrał się za musztrowanie siostrzyczek. To też mu w zasadzie niezbyt wyszło. Pliszka była równie uparta, co jej niedorobiony braciak i choć początkowo podobały się jej niewinne zabawy w wypełnianie rozkazów, tak dość szybko rezolutna suczka zawinęła ogon w długą i podążyła za motylkiem. Rybką. Czy dowolną inną rzeczą, która zainteresowała ją bardziej. Nawet Pokrzywka zdradziła Pyskacza! Dostarczyła mu kilka minut pławienia się w uwielbieniu młodszej przylepy, ale ta znowu zdołała się znudzić, dostrzegając w jakimś klanowym wojowniku dużo ciekawszy obiekt obserwacji.
No i jest jeszcze Poziomka. Pyskacz kochał Poziomkę całym psim sercem, ale... to była tylko Poziomka. I tylko z samą Poziomie było w ogóle tak dobrej zabawy, jak z resztą rodzeństwa, nie było komu hołubić się ani przed kim pokazywać wspaniałości zamiatania ogonem miejscowego błotka czy nawet wymyślania infantylnych historii, wyssanych z małego pazura.
Wobec tego Pyskacz czuł się bardzo samotny. Na tyle, że gdy nikt nie patrzył, wymknął się chyłkiem ze żłobka, decydując się wyruszyć na wielką, wspaniałą wyprawę. Nikogo na nią nie zaprosił, żeby nieposłuszne siostrunie miały czego mu zazdrościć, gdy wróci z wieloma skarbami, otoczony chwałom, a potencjalny luby pies lub psina rzuci mu się w ramiona...
I sam nie wiedział, kiedy zaszedł tak daleko.
Pyskacz skrzywił pysk i zatrzymał się w pół kroku. Usiadł na ziemi. Postukał o podłoże jedną łapką, później drugą łapką, rozejrzał się wokół siebie i upewnił się, że nikt za nim nie idzie. Skąd mu się wzięło na takie durne myśli? Zdecydowanie zbyt dużo ostatnio wsłuchiwał się w opowieści Tulipanowego Płatka i jej wielkiej miłości do Imbirowego Korzenia, jakie opowiadała dzieciom na dobranoc.
Miał teraz przecież ważniejsze sprawy na głowie! Jak to, żeby wrócić do domu albo przynajmniej odnaleźć drogę powrotną na trasę swojej wielkiej wyprawy. Istniała szansa, że się zgubił i zboczył ze szlaku. Maciupeńka. Minimalna.
No, może nawet całkiem realna, ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie Pyskacz, który wcale nie wsłuchiwał się teraz w świst trawy, szum pobliskiego strumienia czy nawet odległy skowyt ludzkich szczeniąt.
Wcale.
Pyskacz po prostu... Zastanawiał się! Przecież wielkie wyprawy należy wielce zaplanować! A on tak głupio wybiegł przed siebie, zbytnio się nie oglądając i w ogóle, no błąd nowicjusza, ale teraz będzie już przecież wiedział.
Niech on się tylko zastanowi, z której strony przyszedł, to nie powinien być żaden problem, prawda?
— Co tu robisz mały? — Pyskacz ostatnio dużo rzeczy wcale nie robił. Na przykład teraz wcale nie pisnął ze strachu. Wcale.  — Nie powinieneś być z mamą?
— Bryzowa Łapo! — znowu wcale nie ucieszył się Pyskacz. — Przestraszyłeś mnie — przyznał się lekko naburmuszony, ale łasy na pochwałę za tak baczną obserwację własnego stanu ducha. W końcu prawdziwa męskość wymaga poświęceń, a Pyskacz był gotów poczekać odrobinkę i uczynić pierwszy krok w kierunku swojego nieprzejednanego majestatu.
Nie doczekał się, Bryzowa Łapa przechylił nieco łeb, wpatrując się z lekkim zdziwieniem w szczeniaka.
— To gdzie się zapodziałeś?
— Wyruszyłem na wielką wyprawę! — oświadczył dumny z siebie, zanim dodał po chwili — no i mamy jakoś tak nie ma... — przeciągnął ociężale łapami po rozdeptanej już dawno przez niego od nerwów ziemi. — Bo widzisz, ja miałem plan! — pochwalił się grzecznie. — No, a potem Piaskowa Gwiazda was wszystkich zawołała, to prosto było wyjść i wiesz.
Po minie Bryza Pyskacz poznał, że nie, Bryz nie wie, o co mu chodzi.
— A w sumie to po co was zawołała? — zmienił szybko temat, bo przedłużająca się cisza nikomu nie robiła nigdy niczego dobrego.
— Zostaliśmy mianowani na wojowników! — Bryzowa Łapa, nie, teraz już Bryzowa Zamieć jak po chwili przedstawił się Pyskaczowi, wyprostował się dumnie, wypiął tułów, uniósł łeb i nawet na tych swoich krótkich łapkach wydawał się jakoś taki porządny. Dumny. Poważny. A wydawało się, że jeszcze niedawno biegał za pierdołami na wezwanie Tulipanowego Płatka.
Pyskacz spędził dobrą chwilę, chwaląc nowego wojownika na wszelki wypadek, żeby ten nie chciał wracać do tematu nieszczęsnej wyprawy, ale wpadł zaraz na nowy genialny pomysł. Równie genialny jak sam Pyskacz!
— Bryzowa Zamieci — zaczął oficjalnie, tonem, który jego mama zawsze nazywała władczym i poważnym, zanim liznęła go pieszczotliwie po karku, a który w rzeczywistości był nieco bardziej skrzekliwy niż zwykle — czy poprowadzisz mnie na wielką wyprawę w nieznane?
Bryzek zamrugał, raz i drugi, widocznie pesząc się tak dużą atencją ze strony Pyskacza, który w dodatku wymagał odpowiedzi!
— Nie daj się prosić — szczeknął dla zachęty, podkulając ogon i otwierając szerzej oczka. Jako szczeniak posiadał tę magiczną umiejętność, dzięki której nadal wyglądał w miarę słodko, puchacie i puchacie. — Dam ci w zamian mój najlepszy kamyczek! Wygrzebałem go prosto z rzeki!

<Bryzowa Zamieci, nie daj się prosić!>
[868 słów: Pyskacz otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

8 lutego 2022

Od Bryzowej Zamieci do Pyskacza

Znowu zbliżała się zima, temperatura zaskakująco szybko zorientowała się, że powinna się obniżać, a jedynej pseudo przyjemności z tej pory roku, czyli śniegu, ani widu, ani słychu. Bryzek nawet śniegu za bardzo nie lubił. Może jak każdy szczeniak kiedyś uwielbiał lepić z niego kulki i turlać się w nim z rodzeństwem, ale szybko zorientował się, że bycie oblepionym przez lodowatą wodę od czubka pazurków po uszy, wcale nie jest tak przyjemne jak się na początku wydawało. W dwóch słowach: zimno i mokro, czyli w jednym słowie: okropnie. Bryzowa Łapa kończył powoli wymienianie starych, brudnych i wyschniętych legowisk wojowników, na świeże i nowe, prosto znad Rzeki. Ostatnie dni jego treningu tak właśnie wyglądały, ponieważ Tulipanowy Płatek, o zgrozo, spodziewała się dzieci, więc nie mogła prowadzić jego treningu, jak należy. Psiak nie miał styczności z tak młodymi szczeniakami, pomijając jego rodzeństwo, dwadzieścia księżyców temu, więc omijał, póki co, żłobek szerokim łukiem. Poza tym nie chciał przeszkadzać świeżej matce. Podobno taki poród jest straszliwie bolesny i męczący. Gdy przyklepywał łapami kupkę mchu, by zlepiła się z resztą legowiska, przerwało mu wezwanie ich nowej przywódczyni, Piaskowej „Gwiazdy”. Bryzek nie chciał mieszać się w klanową politykę, a piaskowa suczka nigdy jeszcze mu nic nie zrobiła, ale nie podobały mu się te wszystkie zmiany w jego wodnym klanie. Słyszał skargi niektórych wojowników, widział na własne oczy, jak Nakrapiana Gwiazda kopie w kalendarz, a w ucieczkę Klematisa szczerze wątpił. Porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i potruchtał pod Wyszczerbiony Stół, przypadkowo potykając się o łapę Owczego Serca, czcigodnej zastępczyni, Piaskowej. Właściwie, Bryzek nigdy jej nie poznał i nie miał pojęcia, jaki ma charakter, ale doszedł do wniosku, że jeśli mogła przyjść ze swoją koleżanką do innego klanu i po prostu go przejąć, to nie jest godna zaufania. Rzucił jej nieufne spojrzenie i podbiegł na tył tłumu zbierających się psów. Gdy zdał sobie sprawę, że to mógł być błąd i zalała go fala wstydu, że suczka może go teraz zacząć nie lubić, a jest aktualnie na tyle ważną postacią w klanie, że jej wrogość mogłaby okropnie mu zaszkodzić. Westchnął i spróbował oczyścić myśli. Później się będzie tym przejmował. W sumie to całkiem zaciekawiło go, co tym razem nowa przywódczyni wymyśliła.
— Uczniowie, proszę, wystąpcie — zaczęła przedstawienie piaskowa suczka.
Bryzek spojrzał ze zdumieniem w górę. Przez mrożący krew w żyłach ułamek sekundy, Piaskowa Gwiazda patrzyła mu prosto w oczy, jakby oceniając każdy jego ruch. Nogi ucznia zesztywniały z napięcia. Nie dałby rady wyjść na środek, nawet gdyby chciał. Czuł się jak sparaliżowany.
— Mżysta Łapo, Popielata Łapo, Bryzowa Łapo, Ćmia Łapo i Szczurza Łapo. Moim boskim okiem, obserwowałam wasze poczynania, wasze treningi i jestem z was dumna. Czuję was i rozumiem. Ja też wiem, co znaczy posiadać mentorów, którzy w was nie wierzą. Rozumiem wasz ból. Trenowaliście tak długo, widzę wasz trud, widzę go w waszych oczach, pełnych determinacji i dumy. Zasługujecie, by ktoś w końcu dostrzegł wasze łzy i pot, przelane ku doskonaleniu waszych umiejętności.
Kilka oczu zwróciło się w kierunku Bryzka. Nie ułatwiało to czegokolwiek. Gdyby nie napięcie wokół niego, zaśmiałby się pod nosem, czując, jak Nakrapiana Gwiazda przewraca się w grobie na te słowa. Odwrócił się w kierunku jasnego futra swojej mentorki, Tulipanowego Płatka, która stała przed żłobkiem, i spojrzał na nią, przepraszając miną za słowa liderki. Chyba go zauważyła, chociaż nie był pewien, bo z tej odległości nie umiał odczytać wyrazu jej pyska.
— Dlatego ja, na mocy nadanej…
Słowa piaskowej przywódczyni przerwało donośne kichnięcie. Bryzowa Łapa spojrzał w kierunku źródła dźwięku i zobaczył swojego brata, Szczurzą Łapę, ze zdezorientowaną miną. Ćmia Łapa stała niedaleko i uśmiechała się rozbawiona. Na widok rodzeństwa, jakoś cieplej mu się na serduszku zrobiło.
— Dlatego ja, na mocy nadanej mi przez Gwiezdnych, nadaję wam dzisiaj wasze wojownicze imiona, zakańczając ten rozdział w waszym życiu. Dumni uczniowie Flumine, podejdźcie bliżej!
W tym momencie Bryzek wcale nie czuł się taki dumny. Wolałby jednak przeczekać, aż dzieci Tulipanowej podrosną, a ona będzie mogła zakończyć jego szkolenie niż brać udział w tej dziwacznej sytuacji. Spojrzał niepewnie na Szczurka i Ćmę, ale pierwszy już stał przed Blatem od dawna. Cóż, Bryzowa Łapa też nie miał wyboru. Każdy szczeniak czekał na ten moment od urodzenia i chociaż żaden z nich nie dawał po sobie tego poznać. Bracia, spłodzeni przez Brzozowego Kła, dwójka hobbitów i Ćma, górująca nad rodzeństwem, dzięki genom Rozżarzonego Języka. Cała ekipa dostała swoje wojownicze imiona, jedne lesze, inne… egzotyczniejsze. Gdy cały tłum się rozszedł, a co bliższe nowym wojownikom psy pogratulowały im ceremonii, pod Wyszczerbionym Stołem została tylko Ćmia Skóra, Szczurze Kichnięcie i… Bryzowa Zamieć. Bryzek nie wierzył, jak dumnie brzmi teraz jego imię. Dał sobie chwilę, by napawać się jego potężnym brzmieniem.
— Przepraszam, muszę jeszcze skończyć wymieniać legowiska u wojowników, jak kazała mi Tulipanowy Płatek — powiedział rodzeństwu. — Muszę iść.
Nikt nie chciał go zatrzymać, ponieważ oni też mieli najwidoczniej coś do roboty. Do Bryzka ciągle nie dochodziło w pełni, że już nie musi tego robić, bo nie jest uczniem. Ale nieskończoną pracę trzeba skończyć. Jakby ktoś zobaczył rozgrzebane legowiska i dowiedział się, że to on jest za to odpowiedzialny, mogłyby sprawić Bryzowej Zamieci kłopoty. Pies zabrał się do roboty, by skończyć to jak najszybciej. Nagle usłyszał za sobą cichutki, zdenerwowany pisk. Odwrócił się i spojrzał prosto w wielkie, świecące oczy małego, pieska. Przypomniał sobie, że widział go już dziś obok Tulipanowego Płatka, przed żłobkiem, więc połączył fakty i uznał, że to pewnie jej syn. Zdenerwowany chyba szczeniak obrócił z zaciekawieniem głowę, przyglądając się Bryzkowi. Wojownik zebrał się na najbardziej pewny siebie głos, jaki umiał wydać.
— Co tu robisz mały? — zapytał z troską. — Nie powinieneś być z mamą?

<Pyskaczu?>
[920 słów: Bryzowa Zamieć otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]