Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakwitka x Ćmia Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakwitka x Ćmia Łapa. Pokaż wszystkie posty

26 lipca 2022

Od Zakwitki CD Ćmiej Łapy

Zakwitce serduszko zabiło mocniej, gdy usłyszała, że ktoś jest rzeczywiście zainteresowany jej ofertą przyjaźni. Nie spodziewała się, że rzeczywiście ktoś przejmie się jej losami — w końcu była jedynie małym szczeniaczkiem. Dlatego uczucie radości na widok Ćmiej Łapy było niezwykle mocne, a ona sama już widziała oczyma wyobraźni ich wspólne przygody — trenowanie pod okiem mentorów, słodkie pogaduszki, wspólne dumanie nad kodeksem wojownika, współpracowanie przy obmyślaniu strategii polowania i test na wojownika — oczywiście to jej, Zakwitce, poszłoby lepiej; tak dobrze, że jej ojciec byłby pod wielkim wrażeniem i od razu mianowałby ją swoją zastępczynią.
W jej marzeniach zapomniała tylko o tym, co by się stało z Jasną Gwiazdą, zignorowała również fakt, że Ćmia Łapa jest od niej starsza i już teraz ma większe doświadczenie, nie pomyślała też, że żaden świeżo mianowany wojownik nie stałby się zastępcą — najważniejsze były jej plany.
Rozentuzjazmowana Zakwitka opowiedziała naprędce Ćmiej Łapie o jej pomyśle — oczywiście nie o tym, jakoby miałaby zostać zastępczynią klanu, tylko o tym, że zainspirowała się historią jej ojca, Cytrynowego Liścia, który w jej wieku poznał swoją najlepszą przyjaciółkę, Aroniową Gałąź.
— Właśnie dlatego szukam przyjaciela — oznajmiła z zapałem. — By być taka, jak mój ojciec.
Ćmia Łapa najwyraźniej nie wiedziała za bardzo, co ma o tym sądzić. Słuchała słów Zakwitki w ciszy, czekając, aż śnieżnobiała dojdzie do sedna sprawy.
— Okej, Ćmia Łapo. Więc widzisz mam super pomysł, jak możemy zostać najlepszymi przyjaciółkami — Zakwitka wypięla dumnie pierś, patrząc z nadzieją na starszą koleżankę. Po chwili przeniosła wzrok na leżący u jej stóp średniej wielkości, okrągły kamień. — Po prostu rzucisz we mnie tym kamieniem i będziesz mnie odwiedzać, jak będę siedzieć u medyka.
Chcąc być jeszcze bardziej dokładna, Zakwitka wskazała łapą na ów kamień. Przy okazji posłała Ćmiej Łapie promienny uśmieszek.
— Oszalałaś! — burknęła łaciata suczka, a jej niebieskie oczy zabłysły z zaskoczenia. — Przecież jak to Cię uderzy-
Śnieżnobiała była gotowa na taki obrót spraw. Przybrała mądrą minę, którą ćwiczyła w wolnych chwilach i znudzonym, spokojnym głosem, poczęła recytować wyklepaną na pamięć formułkę.
— Zdaję sobie sprawę z zagrożenia, które niesie ten pomysł. Mimo wszystko jestem gotowa się poświęcić w wierze, że ryzyko jest warte podejmowania — odparła, mierząc Ćmę wzrokiem ognistych ślepi. — Jestem gotowa zrobić wszystko, byśmy zostały przyjaciółkami połączonymi tak odważną przygodą.
Ćmia Łapa zamrugała oczami. Pomiędzy dwoma szczeniakami zapadła dłużąca się cisza. Zakwitka mierzyła pełnym nadziei wzrokiem starszą suczkę.
— Skoro tak bardzo na tym ci zależy, to dobra — wymamrotała głosem pozbawionym emocji.
Zakwitka lekko się zjeżyła. Fakt, ucieszyła się, że jej potencjalna przyjaciółka rzeczywiście nią będzie, w końcu zrobiłaby wszystko, żeby tak się stało. Zdenerwowało ją jednak to, że Ćma nie okazywała zbytniego zainteresowania ich zaczynającą się, kiełkującą przyjaźnią. Dlatego, jeszcze zanim dostanie kamieniem i najpewniej zemdleje, chciała w niej zaszczepić jakoś swoją piękną wizję. Bała się, że jeśli Ćma nie będzie wystarczajaco przejęta jej losem, rąbnie ją za mocno, albo niespecjalnie pośpieszy się z wezwaniem medyka. A na aż takie poświęcenie to średnio była gotowa.
— Ale, ale! — zawołała szybko, widząc, jak Ćmia Łapa podchodzi do kamienia. Nagle zaschło jej w gardle. — Wiesz, mam nadzieję, że zależy ci na moim losie. Miło by mi było, gdybyś pośpieszyła się z wezwaniem medyka, gdy będę ranna. Aha, i… — przerwała, ponieważ nagle zaczęła mieć wątpliwości co do słuszności jej działań. — Postaraj się… Nie celuj w głowę, dobra? Wolałabym nie mieć jakiegoś wstrząsu mózgu. Życz mi powodzenia!
Ćmia Łapa z głośnym sapnięciem dźwignęła kamień z ziemi. Śnieżnobiałej przemknęło przez myśl, że przekonanie łaciatej poszło zbyt łatwo, by ta była zdrowa psychicznie.
— No to… powodzenia…!
Zakwitka zdążyła jedynie wrzasnąć, zanim przed oczami pojawiły jej się czarne plamy, a w łapie poczuła okropne pulsowanie. W jednej chwili całe otoczenie zaszło mgłą, a pełne strachu oblicze Ćmy to ostatnie, co zapamiętała.
 
***
 
Pierwsze, co dotarło do Zakwitki, to słodki zapach ziół, który otaczał ją ze wszystkich stron. Gdy otworzyła klejące się oczy, ujrzała — jak przez mgłę — pochylone nad dwie pary pysków — biały, czarny, brązowy i ostatni, który łączył te wszystkie kolory.
Jej pierwszą myślą było — ,,Gwiezdni! Umarłam! Przecież to nie było tego warte! Dlaczego byłam taka głupia?’’
Gdy odezwał się najciemniejszy pies, do Zakwitki dotarło, że jest to Lisi Wrzask, a otaczające go psy są w rzeczywistości jej rodzicami oraz uczniem medyka.
— Obawiam się, że łapa nie zrośnie się prosto — mruknął Lisi Wrzask, zwracając się do Stokrotkowego Płatka i Cytrynowego Liścia. — Jest wręcz roztrzaskana, powinniście lepiej pilnować szczeniaka w jej wieku — powiedział, mrużąc oczy. — Aha, no i porozmawiałbym również z Ćmią Łapą, jeśli obchodzi was moje zdanie — ledwo zauważalnie przewrócił oczami.
Zakwitka syknęła cicho, nagle czując w lewej przedniej łapie okropny ból. Tym samym zwróciła na siebie ogólną uwagę. Gdy jej rodzice spojrzeli prosto na nią, zachciało jej się płakać. Oboje wyglądali na przerażonych — Stokrotka miała zapuchnięte oczy, a Cytrynek był tak blady, jakby trawiła go jakaś choroba.
Lisi Wrzask odchrząknął parę razy, po czym zawołał Pajęczą Łapę i, mamrocząc coś o ziołach, które trzeba zebrać, zostawił trójkę psów we własnym towarzystwie.
Cisza, która zapanowała, gdy kroki dwóch medyków ucichły, była nie do zniesienia. Zakwitka pustym wzrokiem wpatrywała się w swoją łapę, która nie wyglądała za dobrze. Mech, nasączony medykamentami, który opatulał jej kończynę ze wszystkich stron i okropnie cuchnął, powodował u niej odruch wymiotny. O ile od łokcia do nadgarstka łapa wyglądała jeszcze znośnie, o tyle jej palce były zupełnie zmiażdżone. Pazurki, niczym małe igiełki, przebijały się przez mech, powyginane na wszystkie strony. Suczka odwróciła wzrok, ale patrzenie na smutne pyski jej rodziców było jeszcze gorsze. Ostatecznie zdecydowała się na wbicie spojrzenia w podłogę.
— Zawiedliśmy się na tobie — głos Stokrotki zadrżał, a Zakwitka poczuła się, jakby jej matka właśnie wydarła jej serce. Miała wrażenie, że te słowa zabolały ją bardziej, niż złamana łapa. To było najgorsze, co mogła usłyszeć w tamtej chwili. Spowodowało, że zapragnęła cofnąć czas i zmienić bieg tej historii. Gdyby miała taką możliwość, byłaby gotowa zrobić wszystko, by naprawić swój błąd. Patrząc na perspektywę czasu i na to, jak to wszystko się skończyło, szczenię miało ochotę zapaść się pod ziemię i już nigdy nie wracać. Palące ją wyrzuty sumienia były jak niekontrolowany pożar, który pochłaniał jej wnętrzności, zostawiając po sobie jedynie popiół.
— Uważaliśmy cię za rozsądną — kontynuowała szeptem Stokrotkowy Płatek, patrząc się prosto w oczy córki. Zakwitka za wszelką cenę chciała przerwać ten kontakt wzrokowy, ale nie potrafiła. Ból w oczach matki ją sparaliżował. — Nie wiem, co tam robiłaś z koleżanką, ale to musiała być okropnie głupia zabawa. Ćmia Łapa jak na razie nie chce nam powiedzieć, co tam się wydarzyło.
— Chciałam mieć przyjaciółkę — zaszlochała Zakwitka, nie mogąc kontrolować emocji. Jej zwykle żarzące się niczym ogień oczy były teraz wygasłe, a słone łzy doszczętnie zgasiły wszystkie płomyczki, które zwykle tańczyły w jej ślepiach. — A Ćmia Łapa… Ćmia Łapa wydawała się być idealna do tej roli… — Z każdym kolejnym słowem klucha w jej gardle rosła, a Stokrotkowa stawała się coraz bardziej zdystansowana, zezłoszczona, a przede wszystkim smutna. Natomiast Cytrynowy Liść był teraz blady jak płótno, a jego oczy, niedowierzające i przestraszone, wydawały się łączyć fakty i podejrzewać, co mogło się zdarzyć. — Strasznie was przepraszam. Nawet nie wiecie… Nie wiecie, jak mi jest głupio… — Głos jej się załamał. — Ja… Ja po prostu chciałam być jak… jak tatuś.
Zakwitka przeniosła swoje zapłakane oczy na swojego ojca. Smutek i szok, które dojrzała w jego pysku, były tak wielkie, że nigdy nie przypuszczałaby, że doprowadzi swojego ojca do takiego stanu.
— K-kwiatuszku, chyba nie chcesz powiedzieć… — mózg Cytrynowego Liścia najpewniej się przegrzał pod napływem tylu informacji i emocji. Jego aksamitne oczy były błyszczące i zaszklone, na co Zakwitka zapłakała jeszcze głośniej. — Zachowałyście się obie, ty i Ćmia Łapa, naprawdę głupio. Idiotycznie.
Stokrotkowy Płatek nie rozumiała, o czym oboje rozmawiają; w końcu nie była przy ich wcześniejszej rozmowie, gdy Cytrynowy Liść opowiadał córce swoją historię przyjaźni z Aronią.
Wojowniczka jednak nie zdążyła zadać pytania, o co im do jasnej cholery chodzi, gdyż w drzwiach pojawiła się mordka Ćmiej Łapy. Jej błękitne oczy utkwione były w Zakwitce.

<Ćmia Łapo?>
[1244 słów: Zakwitka otrzymuje 12 PD]

21 czerwca 2022

Od Ćmiej Łapy CD Zakwitki

Wstałam rano, obudzona porannym gwarem obozu i poszłam coś zjeść. Wiewiórka, którą jadłam, była smaczna i pulchna. Jej ogon sobie zostawiłam — przyda się do ozdobienia mojego legowiska. Właśnie wtedy uznałam również, że zbieranie tych wiewiórczych ogonów nie jest takie złe. 
Potem był trening. Dziś Iskrząca Pożoga nauczyła mnie polować. Albo raczej, po prostu pokazała, jak coś upolować. I oczywiście, powiedziała wszelkie dotyczące tego zasady. Czyli nauczyła. W każdym razie szło mi całkiem nieźle, a do obozu wróciłam z wiewiórką i królikiem. Pod pretekstem głodu, wiewiórkę wzięłam dla siebie. Ta wyglądała trochę inaczej od reszty, wiewiórek, które widziałam do tej pory. Jej futerko było szare i jakieś takie, bardziej zmierzwione? Przynajmniej tak mi się wydawało. Wracając, moje legowisko zyskało już drugi wiewiórczy ogon, o odmiennej barwie. Potem za bardzo nie miałam nic do roboty, więc wkręciłam się na wieczorny patrol łowiecki, bo lepsze to niż nic, co nie? Tym razem miałam mniej szczęścia i do obozu wróciłam tylko z drozdem. Chociaż czego ja się spodziewałam? Wszyscy okropnie hałasowali na tym polowaniu, szeptali coś do siebie i udawali, że ja nic nie słyszę, co nie było fajne! No ale, cóż ja na to poradzę, że inni są, jacy są? 
Ze szczęśliwą miną mówiłam reszcie patrolu, jak to ja się cieszę, że go upolowałam. A reszta tylko mi przytakiwała, rozczulając się przy okazji. Jedynie Żółty Śnieg wyglądał jakoś niemrawo, co zresztą jest normalne, bo spłoszył mi takiego jednego zająca. I chyba uznał, że ja tego nie zauważyłam, i uznałam to za przypadek. Akurat. No, kolegę po prostu wyrzuty sumienia napadły. 
Był już wieczór, gdy udałam się do mojego legowiska. Mój brzuch był przyjemnie napełniony, a ja zaczęłam już szykować się do snu. Wtedy jednak rozległ się krzyk. Z postawionymi uszami wstałam z posłania i zaczęłam przysłuchiwać się komunikatowi. Bądźmy szczerzy, zaciekawiło mnie to. W końcu niecodziennie ktoś wykrzykuje taką wiadomość. Dziwną wiadomość. Zawsze myślałam, że najlepszego przyjaciela nie można sobie wybrać czy zaprosić go by nim był. Po prostu jakoś tak wychodziło, że dana dwójka psów zostawała BFF. Przynajmniej tak zawsze myślałam i nie sądziłam, że byłam w błędzie... W każdym razie propozycja by ktoś został moim najlepszym przyjacielem, brzmiała ciekawie. A nuż zyskam prawdziwego i mądrego kumpla, na dobre i na złe. 
Ruszyłam więc w stronę, wspomnianego w komunikacie, żłobka. I wtedy, zaczęłam się zastanawiać, czy to, aby na pewno dobry pomysł. W końcu istniała możliwość, że ktoś zobaczyłby mnie, uczennicę, wchodzącą do żłobka... A zresztą, to nie moja wina, że próbuję, chociaż odrobinę socjalizować się z resztą klanu? Nie. Chyba nie... Tak więc nie całkiem pozbawiona wątpliwości, weszłam do żłobka. 
Moim oczom ukazała się mała, puchata, biała kuleczka. Wyglądała słodko, nie powiem.
— Hej, to ty szukasz najlepszego przyjaciela? — zapytałam się, chociaż nie musiałam. Potrzebowałam jednak czasu, by przypomnieć sobie imię młodej... Chociaż, może będziemy przedstawiać się tak formalnie? No, chyba by się przydało, bo, na wszystkich Gwiezdnych, ja nie pamiętam jej imienia. A chyba powinnam, bo w końcu należymy do tego samego klanu, prawda?
— No tak, kogo innego miałabym szukać? W każdym razie jestem Zakwitka — okej, czyli jednak się przedstawiamy. 
— Ćmia Łapa — powiedziałam to dość wyluzowanym tonem. Szczerze, to naprawdę mi ulżyło, że nie musiałam znać jej imienia. Chociaż wymaganie tego to byłby już szczyt. Przecież nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy. Znaczy do teraz, bo teraz to co innego. Podeszłam do młodszej suczki, i szczerze to nawet oczekiwałam, że to ona zacznie i przedstawi swój pomysł na to jak mogłybyśmy zostać najlepszymi przyjaciółkami. Bo ja pomysłu nie miałam żadnego.
— Okej, Ćmia Łapo. Więc widzisz mam super pomysł, jak możemy zostać najlepszymi przyjaciółkami- po prostu rzucisz we mnie tym kamieniem, i będziesz mnie odwiedzać, jak będę siedzieć u medyka — Zakwitka wskazała na spory kamyk leżący obok i uśmiechnęła się, wydając się bardzo zadowolona ze swojego pomysłu.

<Zakwitko?>
[623 słów: Ćmia Łapa otrzymuje 6 PD i 2 PT]

31 maja 2022

Od Zakwitki do Ćmiej Łapy

Zakwitka była dzisiaj w smutnym nastroju. Gdy rano chciała podejść do Krwawego Zewu, by wypytać go o jego drogę, którą pokonał, by zostać wojownikiem, ten warknął na nią i kazał jej spadać. Potem gdy postanowiła poćwiczyć łapanie motyli z braćmi, ci nie wykazali żadnego zainteresowania. Zakwitce nie mieściło się to w głowie; jak można było być tak obojętnym do spraw, które mogą cię rozwinąć? Przecież łapanie motyli uczy cierpliwości, rozwija równowagę i wpływa tak pozytywnie na organizm, że jak się przesadzi z tym ćwiczeniem, to się niewątpliwie umiera (przynajmniej zdaniem Zakwitki, bowiem ona naprawdę uważała, że ta czynność, o ile powtarzana regularnie, ma niesamowite, wręcz lecznicze właściwości).
Obóz z dnia na dzień stawał się dla Zakwitki coraz bardziej nudny — jako czteroksiężycowa, ciekawa świata, lada moment uczennica, nie miała już tu czego szukać; zwiedziła już wszystkie zakamarki, poznała większość twarzy. Dlatego, niepocieszona, nie wiedząc, co innego mogłaby począć, udała się do legowiska Cytrynowego Liścia, chcąc znaleźć u ojca pozytywną energię.
— Witaj, ojcze — burknęło szczenię z poważnym, niemal kamiennym pyskiem. — Czy znajdziesz dla mnie swój czas?
Cytrynowy Liść spojrzał na nią nieco rozbawiony jej oficjalnym, jakby podpatrzonym u Listka sposobem wyrażania się i skinął delikatnie głową, pozwalając jej wejść.
Biała uczennica, z wyglądu niemal kopia babki, zmarłej liderki klanu, poczłapała ze zrezygnowaniem do swojego ojca, po czym z cichym westchnieniem usiadłą tuż obok niego.
— Tato, co można robić, jak się pies nudzi? — wymamrotała, nic siląc się już na ładniejszy dobór słów.
— Może pobaw się z braćmi? Widziałem Drozda, jak szedł do—
— NIE! — krzyknęło nagle szczenię, piskliwym, wysokim głosikiem. Zaraz potem, jakby przestraszone, skuliło się. — Mam głupich braci. Jeden to dziwoląg, jakiś taki rozkojarzony. Drugi zachowuje się jak Gwiezdny co najmniej, pan wszechświata, władca wszystkich klanów. Mam pecha. — wyburczała, dodając po chwili: — Tata to miał fajnie. Słodki Pysk i Sikorkowe Szczęście są zajefajne, naprawdę! Jestem pewna, że z nimi tata się nie nudził w ogóle — stwierdziła z przekonaniem, wbijając znudzony wzrok w popękaną podłogę.
Cytrynowy Liść wbił również wzrok w stare płytki, jednak bynajmniej nie dlatego, że pytanie go zakłopotało. Głównie chciał ukryć uśmiech rozbawienia, który wykwitł na jego pysku, by przypadkiem Zakwitka nie stwierdziła, że ma ją i jej rozwój w dupie, czy coś równie absurdalnego.
— Cóż, wiesz… — zaczął, zamyślony, wracając myślami do wspomnień z dzieciństwa.
Zakwitka czekała cierpliwie, cichutko, czując, że może się dowiedzieć czegoś interesującego.
— Słodka i Sikorka były super. Zresztą, nadal są, Gwiezdnym dzięki. Ale też się z nimi nudziłem. Wiesz, rodzeństwo bywa czasem wkurzające i to się chyba nigdy nie zmieni.
— To tata też się nudził, jak był taki, jak ja?
Cytrynowy Liść zrobił zakłopotaną minę.
— Yyy… Wiesz, ja nigdy nie byłem taki jak ty — wymamrotał, jakby nie wiedząc, co odpowiedzieć. — Za szczeniaka byłem… bardzo nieśmiałym, trochę nierozgarniętym… dziwolągiem, jak to ujęłaś.
— Byłeś… taki jak Drozd? — Zakwitka niemal wypluła własny język, gdy wymawiała to pytanie. Była pewna, że to ona będzie tym wspaniałym dzieckiem, najbardziej podobnym do ojca-zastępcy.
— Nie byłem taki sam — zaśmiał się Cytrynowy, kręcąc głową. — Ale coś wspólnego na pewno z nim miałem, teraz w sumie też mam. Zresztą, jak z każdym z was.
To przyniosło nieco ulgi Zakwitce, jednak nadal czuła, że to nie wszystko, czego mogłaby się dowiedzieć od ojca.
— A co z tą nudą? Z kim tata spędzał czas?
— Miałem przyjaciółkę, nawet dwie. Z tym że z jedną z nich kontakt mi się trochę posypał. Gdy byliśmy tacy mali, jak ty, robiliśmy różne głupie rzeczy. Jako nieśmiały dzieciak potrzebowałem trochę kogoś takiego, kto byłby bardziej pewny siebie.
Zakwitka otworzyła szeroko buzię. Nie podejrzewałaby, że Cytrynowy miał przyjaciela. Przecież to było zbyt… nierealistyczne. Przyjaciel to luksus. Przyjaciel to ktoś, o kim jej mamusia opowiadała, a kto nigdy nie miał imienia. Przyjaciel był… przyjaciela tak naprawdę po prostu nie było. Nie istniał. Nigdy Zakwitka kogoś takiego nie spotkała.
— A jak zdobyć przyjaciela? — wydukała, pragnąc za wszelką cenę mieć kogoś takiego.
— Nie wiem — odparł Cytrynowy Liść. Lecz nie chcąc zostawiać własnej córki z niczym, postanowił podzielić się z nią swoją historią z dzieciństwa. — Kiedy poznałem Aroniową Gałąź, byłem jeszcze Cytrynkiem. Była mała, trochę przemądrzała i lubiła histeryzować. Nasze pierwsze spotkanie nie zwiastowało wcale tego, że będziemy przyjaciółmi. To była całkiem zabawna sytuacja, tak naprawdę, chociaż wtedy wydawała mi się końcem świata. Aronia wraz z moją siostrą zbudowała jakieś dziwne urządzenie, które Sikorka nazwała Latającą Sikorką, czy coś takiego. To badziewie uderzyło mnie kamieniem. Takim dużym, z rozpędu, prosto w klatkę piersiową. Wylądowałem u medyka i byłem na Aronię śmiertelnie obrażony. Ale ona naprawdę miała wyrzuty sumienia i odwiedzała mnie niemal non stop. Potem to się jakoś potoczyło.
Zakwitce niemal zrobiło się słabo, gdy słuchała tej opowieści. Oczyma wyobraźni już widziała, jak ona sama dostaje gigantycznym kamieniem od jakiejś mądrej, ładnej koleżanki, a potem zostają BFF na zawsze i wspólnie rządzą calutkim Tenebrisem.
— Ojej — wysapała cichutko, wielkimi oczami wpatrując się w Cytrynowego Liścia.
Zastępca klanu, widząc jej minę, posłał jej delikatny uśmiech. Zapadła między nimi krótka cisza.
— Wiesz co, tato… — Gdy Zakwitka otrząsnęła się, odwzajemniła uśmiech ojca. — Idę szukać mojej przyjaciółki. Życz mi powodzenia! Kocham Cię!
Błękitne ślepia Cytrynowego Liścia zajaśniały jeszcze mocniej, gdy usłyszał słodkie wyznanie swojej córeczki.
— Ja ciebie też, Kwiatuszku.
Jednakże jego słów Zakwitka już nie usłyszała, bo była zbyt pochłonięta własnymi pomysłami i wyobrażeniami. Wkrótce, gdy wybiegła z legowiska wojowników, wbiegła do najbliższego pomieszczenia, krzycząc z całych sił jasny komunikat:
— SZUKAM NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA! — szczekała piskliwie. — PROSZĘ SIĘ ZGŁASZAĆ DO ŻŁOBKA, W PORZE KOLACJI DNIA DZISIEJSZEGO, PO WIECZORNYM POLOWANIU WOJOWNIKÓW. DZIĘKUJĘ ZA WYSŁUCHANIE!!! DO ZOBACZENIA!!! POZDRAWIAM, ZAKWITKA!!!

<Ćmia Łapo?>
[904 słów: Zakwitka otrzymuje 9PD]