Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwaliowy Szron. Pokaż wszystkie posty

6 czerwca 2022

Od Konwaliowego Szronu CD Smużnej Łapy

Początek opowiadania jest w czasie, gdy Smużna Łapa była szczenięciem.
Uśmiechnęłam się delikatnie do córki Solnej Ścieżki. Wydawała mi się dzieckiem spokojnym i… naturalnym. To chyba dobre słowo.
— Mam nadzieję, że się dogadacie — odparłam, wbijając wzrok w kolejkę do legowiska medyka, która była przede mną. — Co prawda nie wiem, jaka jest Ćma, ale najcudowniejsze w poznawaniu nowych osób, moim zdaniem, jest właśnie ich różnorodność. Dlatego nie martw się, gdy będzie inna, niż ty. Mimo że więzy krwi was nie łączą, nic nie stoi na przeszkodzie, byście się zaprzyjaźniły.
Smużka słuchała mnie cicho, z uwagą. Po chwili, jakby krótkiej bójce myśli, cofnęła się do tyłu.
— Może Pani wejść na moje miejsce w kolejce. Ja mogę poczekać trochę dłużej.
Zaskoczyła mnie. Skierowałam swoje oczy prosto na nią. Nie uszło mojej uwadze, że wyglądała na lekko onieśmieloną.
— Nie, dziękuję. Lubię czekać, wiesz? Nie przeszkadza mi to. Można obserwować tyle wydarzeń, na które zwykle nie zwróciłbyś uwagi — odpowiedziałam spokojnie. — Ale doceniam gest.
Na to szczenię z powrotem stanęło przede mną, a ja poczułam ciepło na sercu. Małe to, ale milsze niż niejeden wojownik. Chociaż, czy miłe rzeczywiście? Spojrzałam uważniej na małą. Nie byłam tego pewna, nie znałam jej prawie w ogóle. Nie mogłam jednak powiedzieć, że nie wywołała na mnie pozytywnego wrażenia, bo bym skłamała. Wydaje się prosta, szczera, jak piękny kwiat. Mam nadzieję, że dostanie dobrego mentora, który odda ją, niczym ten kwiat Gwiezdnym. Widać gołym okiem, że będą z niej psy, jak to się mówi.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ja będę jej mentorką.
 
***
 
— Witaj, Smużna Łapo.
Pochyliłam się nad drzemiącą suczką. Słońce właśnie wschodziło, jasnymi refleksami oświetlając Ruiny. Jedyną osobą, która nie spała — oprócz mnie — był medyk i jego uczeń. Słyszałam, jak mówili coś o rannym zbieraniu ziół.
Uczennica przewaliła się na drugi bok, a ja, lekko wzdychając, trąciłam ją nosem.
Dopiero to coś dało: Smużna Łapa ziewnęła i po krótkiej chwili otworzyła oczy.
— O! Dzień dobry, Konwaliowy Szronie.
„Tak lepiej” — pomyślałam, uradowana, że etap budzenia ze snu mam już za sobą.
— Mam nadzieję, że nie przerwałam ci ciekawego snu. Jeśli takowy miałaś. Chciałabym cię zabrać na trening. A ćwiczenia z rana są najlepsze. Pewnie zapytasz się: „dlaczego?”. Cóż, nie ma upałów i dla mnie jest to na pewno na plus. Ty co prawda masz krótszą sierść, ale myślę, że słońce może ci dokuczać mimo tego. — Kontynuowałam, ponieważ czułam się zobowiązana do wszczepienia w jej dorastającą główkę jak największej ilości rozsądku. — Ruch rano pomaga też się rozbudzić. I wpływa korzystnie na trawienie, a przynajmniej w moim odczuciu. Ale, wiesz, co powinno być najważniejsze dla klanowego wojownika z samego rana?
Smużna Łapa zadumała się, nadal trochę zaspana.
— Myślę, że… modlitwa — odparła powoli.
Bardzo ucieszyła mnie jej odpowiedź.
— Dokładnie! Dlatego chodź, pokażę ci takie jedno miejsce, które ma nietypowy klimat. Myślę, albo raczej mam taką nadzieję, ze ci się spodoba.
Smużna Łapa pokiwała głową. Razem wyszłyśmy z legowiska uczniów, a następnie z obozu, idąc z kierunkiem rannego, lekkiego jak mgiełka wietrzyku. Pod naszymi łapami iskrzyła się rosa.
Szłam w ciszy, upajając się pięknym krajobrazem. Spoglądając czasami na Smużkę, widziałam, że również obserwuje otoczenie i jest uważna. ,,Bardzo dobrze. Musi pokochać nasze tereny, by mocno pokochać Gwiezdnych i być dobrą wojowniczką. A takie spacery ją tego nauczą’’.
Przybyłyśmy na miejsce. Było to niewysokie wzniesienie, usiane jasnymi kwiatami. Otaczały nas młode, zadbane drzewka. Wyraźnie widać było nasz obóz i nowoczesne budynki dwunożnych.
— Ale tutaj ładnie — westchnęła cichutko uczennica, rozglądając się. — Wie Pani, gdzie byśmy trafiły, gdybyśmy poszły jeszcze dalej?
Pokiwałam głową.
— Doszłybyśmy do ogrodów. Jest to bajeczne miejsce. Nie jestem pewna, czy ty również opisałabyś ogrody tym słowem, ale mi nie przychodzi nic innego na myśl, niż właśnie to sformułowanie. Jeśli chcesz, możemy tam pójść, ale najpierw się pomódlmy. Chciałabyś zacząć? Podziękuj Gwiezdnym i poproś ich o coś, jeśli czegoś chcesz. Niech słowa wypowiada nie umysł, lecz dusza, a ty traktuj to jako formę treningu. Zgoda?

<Zgoda, Smużna Łapo?>
[642 słów: Konwaliowy Szron otrzymuje 6PD, Smużna Łapa otrzymuje 1PT]

23 grudnia 2021

Od Konwaliowego Szronu CD Sikorkowego Szczęścia

Pora zielonych liści
Sapałam głośno, klucząc w dymie i ogniu. Czułam gorąco, które prażyło moją skórę, a z oczu wyciskało łzy.
Usłyszałam wołanie Sikorki: kazała mi pójść po starszyznę. Spróbowałam odkrzyknąć, ale gdy otworzyłam pysk, na języku osiadł mi piekący dym. Zaniosłam się paskudnym, ochrypniętym kaszlem. Na jedyne, na co się zdobyłam, to kiwnięcie głową. Nie wiedziałam jednak, czy Sikorkowe Szczęście dostrzegła mój ruch. Gęsta zasłona dymu i ognia odcięła mi do niej dostęp.
Mam nadzieję, że Gwiezdni mają nas w opiece — pomyślałam, na oślep skręcając do legowiska starszych.
Spróbowałam zawołać kogoś po imieniu; ,,Biała Tęczo!’’, ,,Ciemny Kle! Hej, Proszę Pani!’’ jednak dym nie dał mi dokończyć słów. Wycharczałam coś mało zrozumiałego, jednakże nikt mi nie odpowiedział. W pierwszej chwili zakładałam, że po prostu odzywałam się niewystarczająco wyraźnie i głośno, więc postanowiłam powęszyć.
Oczywiście czułam głównie dym. Miał tak intensywny zapach, że poczułam kłucie w głowie. Gdy się skupiłam, co było bardzo trudne, bo zaczynałam się dusić, to wyczułam stary zapach starszych. Czyli wyszli stąd. Są bezpieczni.
Na wpół martwa udałam się w drogę powrotną. Nie dość, że intensywne zapachy normalnie powodują u mnie ból głowy, to do tego teraz dochodziły jeszcze duszności, gorąco i stres.
Bardzo, bardzo rzadko się stresuje, więc trudne do zidentyfikowania (jak wszystkie tak naprawdę) emocje były dla mnie podwójnym zaskoczeniem.
Nagle w dymie dostrzegłam różnokolorową sylwetkę i błękitne oczy. Nie przyśpieszałam, myśląc, że to omamy, a ja stoję już jedną łapą w Coelum. Pies jednak był coraz wyraźniejszy.
Zaskoczona zobaczyłam, iż to Cytrynowy Liść. Szturchnęłam go nosem i dostrzegłam, że nie wygląda zbyt dobrze — zresztą tak jak ja, tak naprawdę. Po szybkim rozmyśleniu, czy mam go zostawić, bo Gwiezdni go wezwali do siebie, czy może oczekują ode mnie jego uratowania, postanowiłam, że razem dojdziemy do wejścia.
— Konwalio… — zaczął Cytrynowy, lecz przerwał. Kaszlał. Obserwowałam go w miarę możliwości spokojnym wzrokiem.
Poczekałam na niego. Razem podpieraliśmy się barkami, wychodząc z zadymionych, palących się Ruin.
Emocje, jakie czułam jeszcze niedawno do samca, odezwały się. Starałam się odzyskać jasność umysłu, ale dym i ból głowy nie ułatwiały zadania. Patrzyłam się jak głupia na zastępcę klanu nawet wtedy, gdy medyk nas już ogarnął.
Jak głupia, jedyne, co robiłam, to gapiłam się. Chociaż… Dlaczego jak głupia? Jak pies, który ma oczy. I… I jest pod wpływem emocji. Wyższych emocji.
Dopiero Sikorka, która do mnie podeszła, spowodowała, że jakoś się ogarnęłam. Ach, ta jej bezpośredniość.
— Ej, Konwaliowy Szronie, co się tak gapisz? Cytrynek wpadł ci w oko? Wiesz, to mój brat, mogę mu cię polecić! Ale będzie fajnie.
Fakt, że ktoś może z kogoś tak łatwo coś odczytać, lekko mnie przestraszył. Albo raczej fakt, że to mnie, spokojną i neutralną suczkę można łatwo rozczytać.
— Słucham? — spytałam się obojętnym tonem. Ku mojej wewnętrznej uldze ogarnęłam rozszalałe we mnie emocje. Cytrynek mnie nie kocha. Czas to zakończyć. Rady Aroniowej Gałęzi na nic się nie zdały. Trudno!
— Nie mów, że nie słyszałaś! Ty wszystko słyszysz, serio. Uszy jak u królika. A wiesz, Cytrynowy lubi króliczki — mrugnęła do mnie okiem, a ja o mało nie zachłysnęłam się powietrzem. Że ktoś potrafi być taki… bezpośredni. Nie powinno mnie to dziwić, w końcu każdy pies jest inny, jednakże… No cóż. Dziwi mnie. — Psiapsiółko, znamy się od szczenięcia. Powiedz mi wszystko.
WSZYSTKO to trochę za dużo; nie mogę jej powiedzieć WSZYSTKIEGO, bo nie znam WSZYSTKIEGO. Nie wiem, co to jest to WSZYSTKO.
— No cóż… — powiedziałam zamiast tego, siadając wygodniej. Wzrok Sikorki mówił mi, że łatwo nie odpuści.
Szczęka zatrzęsła mi się. Naprawdę byłam zdziwiona, gdy poczułam łzy w oczach; ja, płacząca? Nigdy nie płakałam. Chociaż idiotycznie używać tego słowa, bo, logicznie myśląc płakałam, gdy byłam szczenięciem, prosząc o mleko.
Ale naprawdę, nie pamiętam, kiedy płakałam.
Nie płakałam, gdy Skalny Potok topił mnie i Aronię za karę. Nie płakałam, gdy z moją starszą siostrą walczyłyśmy za dzieciaka z menelami. Nawet nie płakałam, gdy Cytrynek dał mi kosza. Nie płakałam też przed jakąś godziną, gdy widziałam palący się mój dom.
A tutaj ktoś zaproponował mi, żebym mu się wygadałam. Jakby wiedział, że nawet ja mam jakieś emocje i uczucia, chociaż ich nie pokazuję. Zostawiam je zwykle w umyśle i sercu — tam, gdzie ich miejsce.
A tym kimś była Sikorkowe Szczęście.
Ze łzami w oczach wpadłam w jej szyję. Moje łzy moczyły jej rude futro. Kątem oka zauważyłam jej uśmiech.

<Uwu. Moja ulubiona Sikorkowa wojowniczko?> 
[705 słów, Konwaliowy Szron otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

3 grudnia 2021

Od Konwaliowego Szronu CD Sikorkowego Szczęścia

Sikorka, czyli suczka, którą znałam z dzieciństwa, była dziwna.
— Więc kiedy poszłaś… Znaczy, poszliście, bo ty, Skalny i Konwi, znaczy się, Konwalia, to… — Sikorkowa Łapa urwała swoją opowieść kierowaną do Aronii, drapiąc się za uchem, jakby szukała odpowiednich słów.
— Sikorkowa Łapo, skąd pomysł, by nazywać mnie Konwi? — przerwałam jej, dość zaintrygowana. Mało psów wołało na psy inaczej, niż brzmią ich imiona, z obawy, że się obrażą. Poza tym Konwi nie było ładne. Ale najważniejsza jest intencja, czyż nie?
— No nie gniewaj się, Konwi…aalio… — Rudawa suczka przewróciła oczami. — Jejciu, ale jesteście dziecinne, naprawdę. No dobra, słuchajcie. 
— Sikorkowa Łapo, zostaw swoje koleżanki. Oszroniony Pysk cię woła. Czyżbyś zapomniała, że kazała ci się stawić na patrol?
— Jej, naprawdę? — wykrzyknęła suczka, zupełnie zapominając o tym, że miała dokończyć historię. Mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, jednak Aronia wyglądała na zawiedzioną. — Jeszcze nigdy nie byłam na patrolu! Na polowaniu i treningu tak, ale patrol! To zupełnie co innego! Jak myślisz, mamo, czy na naszym terenie spotkam psy z innych klanów?! I będzie walka? Gwiezdni, Gwiezdni, łapcie mnie, bo zaraz umrę ze szczęścia! 
Gwiezdni obdarzyli ją niesłychanie dziwnym rozumem. Mimo to, wojowniczka ma głęboką wiarę. Ah, to takie miłe... — nie. Miłe nie jest właściwym słowem. To dobre, to dla mnie dobre, iż psy, mimo swoich wad, czasami poważnych, są w stanie nadal wierzyć w swoich przodków. Taka Sikorka na przykład.
Zaraz przed oczami stanęli mi Bezgwiezdni. Biedne psy, niewierzące w Gwiezdnych. Pewnie już i przodkowie przestali w nich wierzyć.
Nie.
Nie wolno mi tak myśleć. Nie wiem, o czym myślą przodkowie. Nie wiem, kogo przekreślili. Może nawet mnie (wątpię). O, taki Laurency. Coelum go wybrało, okrzyknęło wybrańcem. To jeden z psów, które uratowały wszystkich wojowników przed epidemią. 
Ale, moim skromnym zdaniem jednego z miliona psów, jednej z tysiąca suczek, które przewinęły się przez Tenebris, twierdzę, że Bezgwiezdni to niewdzięczne gówno.
Tak sobie rozmyślając o religii, Gwiezdnych, odrobinę o Sikorce idącej obok, zobaczyłam coś okropnego.
Ruiny stały przed nami.
Rozwalone ściany, obrośnięte zielskiem, miejscami zaśmiecone rupieciami, otoczone znaną mi, bliską sercu aurą - drogie Ruiny.
I te ruiny, o których jeszcze wczoraj wymyślałam poemat, w których spędziłam dzieciństwo, mój dom... stał w ogniu. Tak o. Stał sobie w ogniu. Albo raczej to ogień stał w nim.
Sikorkowa z paniką spojrzała na mnie, otwierając niezwykle szeroko ślepia. Obie, zarówno ja jak i moja przyjaciółka rozwarłyśmy pyski, drąc się w niebogłosy.
 — GWIEZDNI!!!
Krzyknęłyśmy te same słowo i puściłyśmy się biegiem w stronę Ruin.
Starałam się opanować walące serce, wyciszyć. Skoro zapalił się obóz, pewnie i Gwiezdni mają swój plan. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam tak wiele silnych emocji. Dłuższą chwilę zajęło mi wyciszenie się. W końcu nie cofnę czasu. Nic nie mogę zrobić; ogień jest silniejszy ode mnie, przodkowie są silniejsi. 
Pierwsza dobiegłam do obozu, a po chwili dołączyła do mnie dusząca Sikorka. Stanęłyśmy, patrząc w pożerającą nasz dom szeroką ścianę niezliczonych języków ognia.
Pochyliłam głowę w akcie żalu. Modliłam się cicho do Gwiezdnych.
,,Przodkowie! - zaczęłam - Czy nie widzicie tej plagi? Czyż nie słyszycie jęczenia waszych dzieci? O, najświętsze Coelum! To wasza moc na nas spłynęła, to wasza moc stworzyła tą katastrofę, tą karę, czy to złe Infernum planuje przeciw wam? Zlitujcie się! Wierzymy w Was! Błagam, nie pozwólcie-
Zamilkłam, gdy Sikorkowe Szczęście zawyła z determinacją rzucając się w płomienie. Moja dusza zadrgała ze zdziwienia, a oczy rozszerzyły się.
— Na ratunek braciom i siostrom! - wrzasnęła, wbiegając do Ruin. Usłyszałam jej kaszel. Wszędzie unosił się dym.
Również pokasłując, cofnęłam się od wejścia, bijąc się z myślami.
Czego oczekują ode mnie Gwiezdni? 
Czy powinnam oddać się modlitwie, sprawdzić tyły obozu, czy rzucić się w ogień?
Przełknęłam cicho ślinę, obserwując jak wściekły żywioł liże ściany mego domu.
Wybrałam trzecią opcję.
Za śladem Sikorki, wstrzymując powietrze i zaciskając powieki, weszłam do płonącego obozu.
W labiryncie ognia poczęłam kierować się nosem i wspomnieniami. Piekący dym nie pozwalał mi otworzyć oczu.
<Sikorkowe Szczęście?>
[640 słów: Konwaliowy Szron otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

24 sierpnia 2021

Od Konwaliowego Szronu (Konwaliowej Łapy) CD Jeziornego Kwiatu

Początkowo akcja dzieje się w zimie, potem jest time skip

Zamrugałam, ze spokojem przyjmując słowa mojej mentorki. Czy przypadkiem nie wolno było przeganiać szczeniąt? Zastanowiłam się przez chwilę. Jednak one chcą nam zabrać jedzenie. Nie możemy na to pozwolić.
Czekaj.
Przecież możemy.
Nie odezwałam się, podchodząc do obcych mi szczeniąt. Pochyliłam się nad nimi, wypinając pierś i ze spokojem lustrując ich wzrokiem.
— Jesteście szczeniętami włóczęgów? — zadałam pytanie. Dzieciaki spoglądnęły na siebie, napinając mięśnie.
— Phi — mruknął jeden z nich, szczerząc kły. — A po co ci to wiedzieć?
— To ważne. — Początkowo nie miałam zamiaru odpuścić, jednak, po krótkich przemyśleniach, zmieniłam zdanie. — Wiecie, co? Nie musicie mówić, skoro nie chcecie. Nie ufacie mi? Boicie się mnie? Uważacie się za lepszych ode mnie? Ja wam powiem: świetnie. Każdy ma jakieś odczucia.
Kaszojady wytrzeszczyły oczy, a Jeziorny Kwiat przywaliła sobie łapą w czoło, aż plasnęło.
— Konwalio, słyszałaś mnie w ogóle? — widać było, że nie jest zachwycona. Jej ton głosu był pełen zimnego zdziwienia, a wzrok spod przymkniętych powiek nieprzychylny.
— Tak — potaknęłam, biorąc w zęby gołębia, który znajdował się obok niej. Strząsnęłam z niego śnieg, by jego szare pióra były czyste.
Położyłam go przed małymi włóczęgami, uśmiechając się do nich łagodnie i kojąco.
— Jesteście głodne, czyż nie? — Szturchnęłam łapą truchło zwierzyny. — A przynajmniej mi na takich wyglądacie. Tak jak mówiła moja mentorka, Jeziorny Kwiat, Tenebris to silny klan. Mamy dużo zwierzyny, której wam brak.
Szczeniaki chyba domyśliły się, do czego zmierzam, i, susząc ząbki, czekały, aż skończę mówić. Jeden z nich, mniejszy samczyk oblizał się, szaleńczo merdając ogonem.
— Jesteście młodzi i już próbujecie polować; gdy będziecie to robić następnym razem, podziękujcie za zwierzynę Gwiezdnym, dobrze? — W jednej chwili uśmiech znikł z małych mordek, zastąpiony przez niezbyt inteligentny wyraz. — To są nasi przodkowie, którzy nad nami czuwają.
Zapadła cisza, przerwana przez niedowierzające chrząknięcie Jeziornej.
— Ależ Konwalio-
Odwróciłam się do niej tyłem, dobitnie ukazując moje zdanie na jej temat.
— Powtórzcie za mną — poleciłam szczeniętom, kładąc dwie łapy na piersi ptaka. — Gwiezdni, dziękujemy wam za tą zwierzynę; upolowaliśmy ją pod waszym czujnym okiem, a teraz ugasi nam ona nasz głód i doda energii, której jesteśmy tak spragnieni.
Psiaki niepewnie powtórzyły tę modlitwę. Schwytały zwierzynę w szczęki i odbiegły w euforii, zapadając się w zaspach śniegu. Odprowadziłam ich spokojnym spojrzeniem brązowo-niebieskich oczu.
Jeziorna stała w ciszy, wbijając pazury w ziemię. Niemal poczułam, jak bardzo straciłam w jej oczach, kwestionując jej polecenia.
Jednak wiedziałam, że postąpiłam słusznie.

***

Właśnie zaczynała się moja ocena — trening, który ostatecznie zadecyduje o tym, czy zostanę mianowana na wojowniczkę.
To wszystko się tak opóźniło. Pomiędzy mną a mentorką było wyczuwalne dziwne napięcie, ilekroć ignorowałam ją czy zbywałam jakąś filozoficzną, niezbyt zachęcającą gadką. Czułam, że byłyśmy do siebie nawet podobne, ale… Może aż za bardzo?
W każdym razie, przede mną była moja ocena, chwila, w której prawdopodobnie zostawię legowisko uczniów i oddam Aronii czyszczenie wszystkich posłań samej. Ciekawe, jak sobie poradzi.
— Konwaliowa Łapo, teraz upolujesz tyle zwierzyny, ile tylko zdołasz — zaczęła Jeziorna, bacznie mnie obserwując i co chwila, upewniając się, czy aby na pewno jej słucham. — Gdy zakończysz łowy, wrócisz do obozu i pokażesz mi swe zdobycze. Potem poćwiczymy walkę.
Kiwnęłam ze spokojem głową, wymijając moją wilczą mentorkę i kierując się w stronę ogrodów. Tam, ze względu na cień, powinno być dużo gryzoni, mimo panującej wszędzie suszy. W serce zakłuło mnie wspomnienie o Skalnym Potoku. Chociaż mój ojciec umarł, nie popadłam w żałobę, nie darłam się histerycznie oraz nie płakałam. Dzień jego sądu już się odbył; mój także kiedyś nadejdzie. To zupełnie normalne.
Poczułam zapach myszy. Przyjęłam pozycję łowiecką i czekając na ruch w zaroślach, kalkulowałam w myślach odległość dzielącą mnie od potencjalnej ofiary.
Skoczyłam, miażdżąc do ziemi łysy ogon gryzonia, który przez uderzenie serca pokazał mi się zza zwiędłych, różanych krzewów. Machnęłam drugą łapą, wbijając ostre pazury w kręgosłup zwierzyny. Skrzywiłam się, gdy do moich uszu doleciał odgłos rozwalanych kości.
Wymruczałam krótkie podziękowania do Gwiezdnych, łapiąc w pysk ciepłe, ale i kościste ciało myszy. Potruchtałam dalej, buszując w ogrodach dwunożnych, trawionych przez suszę. Jak na tak trudne warunki do polowania, poszło mi świetnie, a mój pysk po chwili okazał się za mały, by pomieścić w sobie dwie bure myszy, młodego drozda i niezbyt dobrego, acz napychającego kreta.
Po niedługim czasie wróciłam do obozu, pokazując Jeziorce moje ofiary. Ta, z niemym podziwem, uważnie je oglądała, obmacując łapą.
— Gratuluje — szczeknęła. Od dawna nie słyszałam w jej głosie takiego ciepła. — Drozda od razu możesz zanieść starszyźnie, a kreta i gryzonie daj na stos zwierzyny.
Zrobiłam to, o co mnie prosiła, a potem spotkałyśmy się na zewnątrz ruin, by poćwiczyć elementy walki. W atakach i obronie nigdy nie miałam talentu, tak więc zaliczyłam tę część, ale nie było zachwytu; ot tak, zwykła, przeciętna wojowniczka.
Jeziorny Kwiat po skończonej ocenie w praktyce zadała mi parę oczywistych pytań z kodeksu wojownika.
— Ile księżyców musi osiągnąć szczenię, by zostać uczniem? A ile uczeń, by zostać wojownikiem?
Zamrugałam, ze stoickim spokojem odpowiadając.
— Uczniem zostaje szczenię, które ukończyło pół roku. By otrzymać imię wojownika, pies musi zdobyć wymaganą od niego wiedzę i umiejętności, a także przeżyć dwanaście księżyców.
Jeziorny Kwiat pokiwała głową z aprobatą, biorąc wdech. Po chwili w powietrzu zawisły kolejne polecenia.
— Dokończ. Słowo lidera klanu…, oraz Każdy klan jest wolny i…
— Słowo lidera klanu stanowi prawo — wyrecytowałam z pamięci. — Każdy klan jest wolny i niezależny, ale w razie kłopotów powinny się zjednoczyć w walce ze wspólnym problemem, aby zachować w istnieniu wszystkie cztery klany.
Po błyszczących z dumy oczach wojowniczki wiedziałam, że oto nadeszła moja chwila. Nigdy jej jakoś szczególnie nie oczekiwałam; to nie były moje ambicje. Mimo to byłam zadowolona, wiedząc, że wchodzę w zupełności dorosłe życie, otrzymując moje ostateczne imię.
Wróciłyśmy do ruin, a po krótkiej wymianie zdań między Gwiazdą a Jeziorną przywódczyni zarządziła zgromadzenie Ciemnych. Zachowałam spokój, tak jak zwykle, gdy poczułam na sobie spojrzenie wszystkich psów w klanie.
— Ja, Biała Gwiazda, liderka klanu Tenebris, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam ją wam jako wojowniczkę. Konwaliowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Wiedziałam, co muszę odpowiedzieć, ale się z tym nie zgadzałam. Nie mogę nic obiecać. Milczałam.
— Tak — wykrztusiłam z siebie po dłuższej chwili, szukając wzrokiem spojrzenia liderki.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojownika. Konwaliowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Konwaliowy Szron. Gwiezdni honorują twój spokój i zdecydowanie, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Tenebris.
Poczułam na sobie sierść Białej Gwiazdy, a po chwili liznęłam ją w bark długim pociągnięciem języka. Wszyscy wojownicy, uczniowie, szczenięta i starsi wykrzykiwali moje nowe imię. To jest — Konwaliowy Szron.

Koniec wątku Konwaliowego Szronu i Jeziornego Kwiatu.
[1079 słów: Konwaliowy Szron otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia oraz 3 Punkty Treningu]

18 sierpnia 2021

Od Konwaliowej Łapy

 [2 księżyce temu]
Krążyłam na terenach Tenebris, zastanawiając się, jak pocieszyć Cytrynka po stracie Bolesnej Łapy. Do mojej głowy jednak nie przychodziły żadne sensowne zdania, tak więc lekko sfrustrowana, zatrzymałam się, wgapiając w horyzont.
— „Tak mi przykro Cytrynowy!” — ćwiczyłam głos pełen bólu. Hm, nie wyszło. — „Ojej, to musi być takie okropne…”, „Nie potrafię sobie wyobrazić…”.
Przerwałam.
Przecież potrafię to sobie wyobrazić. Chyba.
W zasadzie nie jestem nim, więc nie wiem, jak on się czuje. Nie znam jego wspomnień. W zasadzie to w zupełności go nie rozumiem. Jesteśmy inni, inaczej myślimy, inaczej…
— Ciociu! — w moją stronę podbiegły szczeniaki mojej siostry. Powoli odwróciłam się przodem do nich, lustrując ich spokojnym wzrokiem.
Śnieżka podbiegła do mnie, po czym wybiła się z tylnych nóg i skoczyła, lądując na moim karku. Zachwiałam się.
— Wygrałam…! — szepnęła mi prosto w ucho łaciata suczka, szczerząc się zadowolona.
Wystarczyło jedno silne otrzepanie się, by trzyksiężycowy szczeniak leżał z powrotem na ziemi.
— Lepiej poczekaj na mój ruch! — Karmazynek złapał ogon siostry i zaczął go miętolić. — Ja na pewno z nią wygram!
A co im znowu tak zależy na zwycięstwie? Dlaczego nie wolą oglądać zwierząt, słuchać szumu drzew? Podziwiać kolorowe biedronki? Próbować zrozumieć szeptanie wody? Tarzać się w krystalicznym piasku na plaży, odbijającym światło słońca, bądź księżyca? Ścigać się z wiatrem?
— A co ci da takie zwycięstwo? — Śnieżka przewróciła oczami, starannie unikając mnie wzrokiem. — Konwalia nadal jest Łapą. Dodatkowo ma siedemnaście księżyców.
Zignorowałam ją, jednocześnie próbując złapać ze suczką kontakt wzrokowy. Lubiłam, gdy widziałam kogoś oczy, które skupione były na moich. To mnie uspokajało i dawało wrażenie, że się rozumiemy. A przynajmniej rozumiemy na tyle, ile możemy. W końcu nie znamy swoich myśli i nie jesteśmy tą osobą. Och, już sama nie wiem…
— A właśnie, ciociu Konwalio — zaczął Karmazynek, wypuszczając z pyska ogon Śnieżki. — W obozie znalazłem taką laleczkę ze szmatek. Wiesz, taką zabawkę dwunożnych, która wygląda jak ich miniaturowa wersja. I zastanawiam się… — utkwił we mnie wzrok — czy coś o tym wiesz. Bo w zasadzie to całkiem fajna zabawka i pewnie chciałabyś ją zobaczyć!
Kiwnęłam głową z uprzejmości. Skoro to dla niego ważne, niech mi ją pokaże.
Karmazynek nagle zerwał się z miejsca, biegnąc przed siebie. Śnieżka zaraz do niego dołączyła, a dwa szczeniaki zaczęły się ścigać; oboje z całych sił tuptali łapkami i wyciągali szyje, by tylko móc zgarnąć tytuł zwycięzcy. Westchnęłam cicho, podążając za nimi.
— Patrz! Tutaj jest!
Młody samczyk potracił nosem szmacianą zabawkę, a w powietrze uniósł się kurz, który dotychczas spoczywał na kukiełce.
Zaniemówiłam.
Przycisnęłam nos do miękkiej, ale i także starej tkaniny, wciągając w nozdrza jej zapach; było to pomieszane tak wiele woni, że aż poczułam pulsowanie w głowie.
Zauważyłam jednak, z nieobecnym uśmiechem, że na kukiełce czuć przebijającą się woń mojej siostry.
Przypomniałam sobie, jak obie z Aronią byłyśmy szczeniakami. Jak rówieśniczka znalazła tę zabawkę i ukryła. Czy nadal o niej pamięta?
Kiedy ten czas tak zleciał?
Czy cały czas tak szybko biegnie?
Poczułam na sobie pytający wzrok szczeniaków.
— Wiesz, co to jest?
— Och… — westchnęłam, prostując się. — Kukiełka. Kukiełka otoczona wspomnieniami dzieciństwa.
[495 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

18 lipca 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Jeziornego Kwiatu

Ukradkiem spoglądnęłam na moją mentorkę. Czy możliwe, by się za mnie wstydziła? Mój trening się opóźnia. Dla przykładu Cytrynowy Liść, Sikorkowe Szczęście i Słodki Pysk ukończyli trening w wieku dwunastu księżyców. Moja siostra, Fiołkowa Skałka także otrzymała imię wojowniczki, a Aronia awansowałaby także, gdyby tylko nie stwierdziła, że woli się jeszcze pouczyć.
Jeziorny Kwiat jednak nie wyglądała na zawstydzoną. Może to dlatego, że jej dawna uczennica, Srebrny Pył także długo się przygotowywała do zostania wojowniczką?
Może po prostu to nie leży w jej naturze. Przecież tak naprawdę to moja wina, że nie uczę się tak szybko, jak inni, jednak najzwyczajniej w świecie nie widzę takiej potrzeby. Moje życie, moje tempo nauki i moje decyzje.
— Jesteśmy na miejscu. Powiedz mi, jak należy walczyć w różnych sytuacjach, a potem poćwiczymy trochę w praktyce — szczeknęła suka, i przysiadła na ośnieżonym podłożu, wpatrując się we mnie uważnym spojrzeniem.
Spokojnym wzrokiem rozglądnęłam się po otoczeniu. Trochę śmieci zakopanych w śniegu, parę łysych roślinek i domy dwunożnych. Jak dla mnie, dość przyjemne miejsce. W szczególności, gdy wyobrazić sobie, jakby wyglądało w porę nowych liści. Jednak każda pogoda ma swoje plusy, prawda? Po prostu…
— Halo? Konwaliowa Łapo?
Zamrugałam parę razy, wracając do rzeczywistości. Trening.
— No więc… — zaczęłam. — Jeśli poruszamy się w lesie bądź parku, słowem: w miejscu, w którym rośnie sporo roślin, skradając się do wroga, należy uważać na trzaskające gałązki, spłoszoną zwierzynę i szeleszczące trawy, gdyż to powie przeciwnikowi, gdzie jesteś. Należy pilnować także kierunku wiatru, by twój zapach nie doszedł do obcych — zaczerpnęłam tchu, po czym kontynuowałam — gdy się zbliżysz do intruzów, skacz prosto na wroga, celując w uszy; te będą łatwo krwawić. Dobrym punktem są także oczy, szyje, pyski i brzuchy. Zaskoczeni wojownicy powinni być łatwymi celami.
— Dalej — poleciła mi Jeziorny Kwiat, widocznie zadowolona.
— Umiejętność walki w wodzie przydaje się w szczególności w bitwie z wojownikami Flumine — mówiłam bez ekscytacji, spokojnie obserwując wyraz pyska mojej mentorki. — Wodni świetnie walczą w wodzie, tak więc wygranie z nimi na ich terytorium jest trudnym zadaniem, ale należy pamiętać, że psy te, gdy tylko mają taką możliwość, zanurzają się pod wodę, atakując wroga z zaskoczenia. Ponieważ my, Ciemni, jak i wojownicy z innych klanów nie potrafimy tak długo wstrzymywać powietrza, jak oni, Wodni kąsają intruza po nogach i brzuchu, tak długo, aż ten się podda. Mogą próbować także wyskoczyć z wody, wczepiając się pazurami w plecy.
Przemilczałam to, że walka w wodzie praktycznie nigdy się nie zdarza. Lecz nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć, prawda…?
— Patrol — westchnęłam, próbując przypomnieć sobie podstawowe zasady. — Jeśli dostrzeże się obcych wojowników podczas patrolowania granic, należy zaatakować ich z zaskoczenia i otoczyć; jednak nie zaczynać bójki. Być może mają wytłumaczenie.
— Teraz zobaczymy twoje umiejętności w praktyce. — Moja mentorka pokiwała głową. — Słuchaj uważnie.
<Jeziorny Kwiecie?>
[450 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

28 czerwca 2021

Od Konwaliowej Łapy

Ostatnio jakoś źle się czułam. Początkowo to ignorowałam, nie przeszkadzało mi to jakoś zbytnio. Po prostu skóra jak i sierść zaczęła niemiłosiernie swędzieć, a ja musiałam przerywać treningi i polowania, by się podrapać. Często kończyło się to straconą szansą ataku, spóźnioną obroną czy niecelnym ciosem dla zwierzyny, której koniec końców udawało się uciec. Gdy kolejny raz zwierzę uciekło mi przed nosem, miałam tego dosyć.
— Cóż… — zaczęła Jeziorny Kwiat, moja mentorka. — Może potrzebujesz przerwy?
Zignorowałam suczkę, cały czas spoglądając w kierunku, w którym odleciał gołąb. Może Gwiezdni chcieli, by przeżył? Może jakiś klan głoduje i ten ptak będzie dla nich zbawieniem?
Może po prostu dawno nie byłaś u medyka i pchły w sierści ci przeszkadzają, mysi móżdżku.
Otrząsnęłam się z przemyśleń, podnosząc wzrok na wilczą wojowniczkę. Zamrugałam zdziwiona, gdy dotarło do mnie, że suka czeka na moją odpowiedź.
— Postaram się coś upolować… — odparłam wymijająco, odwracając się tyłem do Jeziornej. Nie czekając na jej reakcję, pobiegłam przed siebie, węsząc za zwierzyną łowną. 
***
Nic nie złapałam. Totalne, wielkie zero. Nic, zupełnie nic.
Ale cóż, dla mnie nie był to powód do dumy, a dla zwierząt — już tak. Przeżyły, mogąc dalej egzystować, dopóki inny wojownik je nie złapie. Mają smutne życie. Albo nie, nie smutne. Takie… typowe. W końcu można by na pierwszy rzut oka stwierdzić, że identycznie mają wojownicy z dwunożnymi. To prawda — te łyse, przerażające istoty nas łapią, ale i tak udaje się nam przeżyć.
Wracając do obozu z nieudanego polowania, spojrzałam w oczy mentorce, próbując wyczytać z jej spojrzenia, co o tym sądzi. Była rozczarowana.
Wytrzymałam jej spojrzenie i minęłam ją, kierując się do legowiska medyków. Zawiodłam Jeziorny Kwiat. Jeszcze kilka księżyców temu klan zyskał czterech nowych wojowników: Słodki Pysk, Sikorkowe Szczęście, Borsuczy Upadek i… Cytrynowego Liścia. Przygryzłam wargę. Wspomnienia o Cytrynowym nie powinny mnie ruszać. Ale w sumie, co powinno?
Powoli weszłam do legowiska Ciemnej i Lisiego, a w nozdrza uderzył mnie zapach wielu, intensywnie pachnących ziół. Widocznie medycy już zaczęli zbierać lekarstwa na porę nagich drzew. Kichnęłam, gdy od tylu zapachów zakręciło mi się w głowie.
— Chyba mam pchły — odparłam, patrząc raz na medyczkę, a raz na medyka.
— Już, już.
Gdy na moją skórę wylądowała delikatnie cuchnąca papka, odetchnęłam z ulgą. Żegnajcie, wnerwiające pchły!
Och, ale może wcale nie jesteście wnerwiające…?
[372 słowa: Konwaliowa Łapa otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia, 2 Punkty Treningu i zostaje wyleczona]

9 czerwca 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Aroniowej Łapy

Nie, nie czułam Fiołkowej. Nie czułam nic. Nie, przecież coś czułam. A właśnie, czym jest nic?
Może jest czarną czeluścią.
Ale wtedy nic byłoby czarną czeluścią.
Więc jak wygląda i czym jest nic?
— Nie czuję jej — odpowiedziałam spokojnie, kierując się do wyjścia z tej dziwnej, podziemnej dziury. Moja siostra jednak poczuła ten zgubny zew przygody, który nakazał jej powstrzymanie mnie od wyjścia na świat.
— Lepiej to sprawdźmy — nalegała, oglądając się za siebie.
Zatrzymałam się, przyglądając się jej jarzących, niebieskich oczach, które otoczone były ciemnością i latającym w powietrzu kurzem. Jesteśmy w ciemnym, ciasnym, suchym, zakurzonym tunelu, a ona chce iść dalej?
A może to właśnie Gwiezdni od nas tego oczekują, zakiełkowało w mojej głowie pytanie. I może właśnie liczą na nas, chcą nam coś pokazać, podzielić się swą mądrością? Albo wręcz odwrotnie, odebrać nam życie na tym świecie?
Pewnie zastanawiałabym się nad tym przez godzinę, zanim dotarłoby do mnie, że mam pięćdziesiąt procent szansy na śmierć, a drugie tyle na życie. Mogłabym się także założyć, że zaraz potem stwierdziłabym, że przecież jest więcej możliwości: okaleczenie, utrata siostry, potop. Dosłownie wszystko. Chociaż…
— Konwaliowa Łapo? — W głosie siostry poczułam nutkę strachu i wahania.
— Wracajmy na powierzchnię.
Nad naszymi głowami huknął piorun. Poczułam lekkie drżenie, a ze sklepienia nad naszymi głowami posypał się kurz. Jednak ten tunel okazał się wyjątkowo wytrzymały — być może był dziełem dwunożnych. Ależ czy dwunożni są dobrzy? Przecież tylko dobro może budować, bo zło rujnuje. A może jednak są? Przecież ich nie znam. Pieszczochy wydają się być z nimi całkiem szczęśliwe.
— A jeśli tam jest Fiołek? — Aronia wskazała głową w stronę tunelu przed nami. Widocznie bardzo się martwiła o swoją chorą na raka siostrę. Biedaczysko.
— Słuchaj, jej tu nie ma — spokojnie jej wytłumaczyłam. — Chociaż, może myśli o tym miejscu. Może kiedyś tu była. Może lubi to miejsce. Może, mówiąc jej, że tutaj byłyśmy, zepsujemy jej wspomnienia, ale jej tu nie ma, a na górze się o nas martwią.
Dopiero gdy wypowiedziałam te słowa, zastanowiłam się, czy przypadkiem nie uraziłam Aronii, tak wszystko jej tłumacząc, jakby była głupia. Ale głupi uważają mądrych za głupich, a mądrzy uważają głupich za głupich. Więc kto jest głupi?
Otrząsnęłam się z przemyśleń, gdy poczułam, jak Aronia mnie mija i biegnie w stronę wyjścia z tej zakurzonej dziury. Szybko ją dogoniłam i razem wyszłyśmy na świat.
Niebo przybrało stalowoszarą barwę, a pojedyncze drzewa szumiały i skrzypiały złowieszczo, rozpościerając nad nami rozcapierzone gałęzie. W oddali było widać wysokie budynki dwunożnych, a także słychać nawoływania psów.
— Chyba nas szukają… — pisnęła moja siostra, ale zanim zdecydowałam się, czy jej słowa były pytaniem, czy stwierdzeniem, Aronia zaczęła się drzeć: — TU JESTEŚMY!
Na naszą sierść spadły pierwsze, duże i nieprzyjemne krople, a grzmot zagłuszył tupot i krzyki biegnących w naszą stronę psów.
— Cóż, będziemy mieć problemy — stwierdziła moja siostra, odważnie się prostując i czekając z niecierpliwością na wojowników.
Nie musiałyśmy długo czekać — zapach klanowych psów był coraz wyraźniejszy.
<Aroniowa Łapo? swoją drogą, dlaczego wkopałaś Konwalię do jakiejś dziury w ziemi, w której śmierdzi Fiołkiem, skoro ona była na patrolu? Paulinka kc>
[478 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

22 maja 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Aroniowej Łapy

Wdychałam świeże, pachnące trawą powietrze. Moje dość grube futro nie było sprzyjające podczas stale rosnących temperatur. Jak dla mnie, było za gorąco.
Była to moja pierwsza pora nowych liści, a pora zielonych istniała — jak na razie — tylko w mojej wyobraźni. Różne psy mówiły, że jest to piękna i gorąca pora. Nie wiedziałam jednak, co dla nich oznacza piękno i gorąco. Trzeba było po prostu poczekać, aż pora ta sama nadejdzie i wyciągnąć z niej wnioski. Czekać. Całe życie na coś się czeka. To dziwne. Psy stale nazywają jakoś czas: księżyc, sezon, pora… Planują swoje życie. A przecież mogą umrzeć! Mogą umrzeć w każdej chwili! I wolą o tym nie myśleć. Dlaczego boją się śmierci?
Może sama się jej nie boję, bo nigdy nie widziałam, jak jakiś pies umiera?
No racja. Ale zobaczę. Prędzej, czy później. Chyba że nie doczekam, to trudno.
— Cześć. — Moja siostra, Aroniowa Łapa podeszła do mnie, wywalając jęzor. Pewnie nie byłam jedyną ofiarą palącego wręcz słońca.
Kiwnęłam głową, w geście pozdrowienia. Popatrzyłam się na nią pytająco, pragnąc dowiedzieć się, czemu do mnie przyszła. Ach te wszystkie psy! Zawsze mają jakieś powody. Byłoby miło, gdyby przyszła sama z siebie. Ale nie. Praktycznie nikt tak nie robi. Czemu? Cóż…
— Idziemy na patrol. Ja, Krwawy, Fiołek z Poziomkową Stopą i ty z Jeziorną oraz Cytrynowy z Pazurem.
Westchnęłam cicho i wstałam, rzucając Aronii obojętne spojrzenie. Chyba ją to zdenerwowało. Dlaczego? Chce widzieć moje emocje? Czy neutralność ją denerwuje? W takim razie chyba powinna się zdenerwować na całą naturę, bo ona jest neutralna!
— Dlaczego nazwałaś Fiołkową Łapę szczenięcym imieniem? I chodziło ci o to, że Cytrynowa Łapa idzie z Drewnianym Pazurem, czy o to, że uczeń ma pazur? — spytałam się spokojnym głosem.
— To skróty myślowe — odparła z dumą Aronia, jakby właśnie poznała nowe słówko.
— Do czego one służą? — zapytałam się, ciekawa, czymże jest ten skrót. Wszystko ma swoją rolę, prawda?
Aroniowa Łapa jednak mi nie odpowiedziała, prychając pod nosem. Po chwili w towarzystwie swoich mentorów, siostry i Cytrynka wyszliśmy z ruin, zaczynając patrol.
— Najpierw dokładnie zbadamy teren wokół obozu, a później skierujemy się w stronę Osiedla Domków. Ponieważ Ogrody są niedaleko osiedla, zaznaczymy także je. Gdy wszystko przejdzie sprawnie, zajmiemy się Lodowiskiem — zaczął mówić Drewniany Pazur. — Cytrynowa Łapa już wie, o co chodzi, jednak dla niektórych z was jest to pierwszy, bądź drugi patrol. — Tutaj pies popatrzył się na mnie i moje siostry. Ja jako jedyna z nich się nie zawstydziłam, bo też nie miałam czego. Spokojnie słuchałam głosu wojownika i utrzymywałam z nim kontakt wzrokowy. — Wasi mentorzy z pewnością będą w y r o z u m i a l i — powiedział Drewniany Pazur, uważnie obserwując Krwawego.
Mentorzy jeszcze chwilę pogadali o jakiś mało istotnych — przynajmniej dla mnie — sprawach i wyruszyliśmy.
Fiołek wszędzie skakała, odbijając się od podłoża niczym piłeczka dwunożnych. Co chwila wchodziła w każdy krzak, który dokładnie sprawdzała. Po upewnieniu się, że roślina jest bezpieczna, wyskakiwała z niego z wesołym piskiem.
Cytrynek szedł cicho, na końcu grupy, nic nie mówiąc. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie, na co on mi odpowiedział nieśmiałym półuśmieszkiem. Miałam zamiar do niego podejść i zamienić parę słów, gdyby nie to, że Poziomkowa Stopa nagle zerwał się gwałtownie, coś krzycząc.
Wszyscy jak na zawołanie zwróciliśmy głowy ku czarnemu wojownikowi.
— Co znowu, Poziomek? — zapytał się poirytowany Krwawy Zew.
— Fiołkowa Łapa! Na Gwiezdnych, pokaż się, szczeniaku! — rozkazał swojej uczennicy mentor. Można by śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że miał obłąkany przerażeniem wzrok i najeżoną sierść niczym kolce jeża.
— Co tam się dzieje? — krzyknął Drewniany Pazur, dotychczas idąc na czele patrolu.
Wtem poczułam dziwny zapach. Przycisnęłam nos niemalże do samej ziemi, wciągając w nozdrza powietrze. Było to sporym błędem, bo poczułam się, jakby Skalny Potok usiadł mi swoją dupą na pysku. Nagle poczułam tyle różnych zapachów i pyłków, które dostały mi się do nosa, że kichnęłam. Po chwili zaczęło mi się kręcić w głowie, jednak znalazłam trop, który tak bardzo przykuł moją uwagę. Zaczęłam iść przed siebie, ignorując narastający ból głowy, który powiększał się wraz z nowymi zapachami.
— Masz ranę, uczennico! — Usłyszałam jak zza mgły, z oddali krzyk Poziomkowej Stopy. — Obiecaj mi, że zaraz po patrolu udasz się do medyków, zrozumiano? Czy to jest zaraźliwe?! — W jego głosie słychać było panikę.
Wiedziałam, że znacząco się oddaliłam od mojej grupy, jednak nie zawróciłam. Szłam wytrwale dalej, co chwila upewniając się, że nie zgubiłam tropu. W końcu przestałam w ogóle słyszeć towarzyszy patrolu, a zapach się urwał. Rozglądnęłam się zdezorientowana.
Za sobą usłyszałam trzask łamanej gałązki. Obróciłam się gwałtownie, chcąc sprawdzić, kto się za mną znajduje.
— Konwaliowa Łapo, gdzieś ty poszła? — zapytała się niemalże szeptem Aroniowa Łapa. Po chwili urwała, błyskawicznie mnie wyprzedzając i znikając w krzakach przede mną.
Byłam bardzo zaskoczona jej zachowaniem i zastanawiałam się, czy jest one wynikiem intuicji, czy może ma swoją przyczynę. Pewnie usiadłabym, zatapiając się w myślach aż do zachodu słońca, gdyby nie to, że usłyszałam szept mojej siostry:
— Musisz to zobaczyć! — krzyknęła Aronia, wystawiając głowę zza krzaków. Cała kipiała z emocji, wzbudzając moją ciekawość. — Po prostu nie uwierzysz!
<Wybacz Aronia, że to mi tyyyyle zajęło, ale mi się nie chciało>
[823 słowa: Konwaliowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

Od Konwaliowej Łapy do Jeziornego Kwiatu

Wstałam z mojego legowiska, leniwie się przeciągając. Było jeszcze bardzo wcześnie — na niebie można było dostrzec pojedyncze gwiazdy i delikatny zarys księżyca. W powietrzu unosiły się pyłki z kwiatów i czuć było ich odurzający zapach. Usiadłam na skroplonej rosą trawie, z niemym zachwytem obserwując wszystko dookoła. Cicho pomodliłam się do Gwiezdnych, a tematem moich myśli znów stało się Coelum. Czymże jest? Mam nadzieję, że po śmierci przestajemy istnieć. Na samą myśl o tysiącach księżyców w ciele Gwiezdnego wojownika poczułam zimny dreszcz. Paskudztwo. Po śmierci wolałabym odpocząć, przestać się zamartwiać, zniknąć. To by przecież pokazało, że nasze życie jest wyjątkowe. Było jedyne — i tylko chwilowe.
Ale w takim razie kim są Gwiezdni?
Może są naszymi wspomnieniami. Może są duchami utkanymi z promyków słońca, szeptu płynącej wody i brzęczących skrzydeł pszczół. Może są naszym przeczuciem, intuicją? Może to oni są czasem; księżycami, porami, każdym biciem serca. Może oni są wszystkim? A to wszystko wpływa na nasze życie? Nie wiadomo. Jestem ciekawa, jak wygląda śmierć. I czy jest w ogóle coś takiego. Bo rodzisz się, istniejesz, a potem… umierasz i przestajesz istnieć? Dziwne, ale…
— Konwaliowa Łapo? — Usłyszałam głos mojej mentorki, jednak nadal siedziałam nieruchomo.
Usłyszałam, że Jeziorny Kwiat powoli się do mnie zbliża, mówiąc coś do mnie. Ja jej jednak nie słuchałam. Mówiła. A mowa jest tylko słowami, czyż nie? A co znaczą słowa? Może są naszym zwierciadłem duszy, jak to mówi Bolesna Łapa, a może naszymi myślami? Może czymś zupełnie innym, odległym? Czy my sami kontrolujemy nasze słowa? Och, czy my cokolwiek kontrolujemy?!
— Konwaliowa Łapo, słyszysz mnie?
Otrzepałam się gwałtownie, próbując oczyścić mój umysł z myśli, co z góry było skazane na porażkę. Gdybym przecież nie myślała, to bym nie istniała! Ale… Czy na pewno?
Skup się, Konwalio. Wlepiłam spokojny wzrok w moją wilczą mentorkę, po czym kiwnęłam twierdząco głową. Teraz ją słuchałam. Przynajmniej częściowo.
<Jeziorny Kwiecie?>
[303 słowa: Konwaliowa Łapa otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

18 maja 2021

Od Konwaliowej Łapy CD Cytrynowej Łapy (do Bolesnej Łapy)

Byłam zaskoczona zachowaniem Cytrynowej Łapy. Naprawdę dziwne było to, że jeszcze kilka wschodów słońca temu mnie lizał po pysku, po czym teraz unika mojego spojrzenia. Ale cóż, to jego życie i decyzja, powinnam je uszanować. Ale jego decyzja ma także wpływ na twoje życie — odezwał się głos w moim mózgu. Pokręciłam głową, próbując odgonić natrętne myśli i smutek. Poczułam się okropnie. Chciałam z nim porozmawiać, żeby mi powiedział to, co czuje. Przecież to jest najważniejsze. A ty, Konwalio, co czujesz? Zignorowałam krzyczące mi w głowie pytanie i zdecydowałam, że będę milczeć.
— Właśnie bawiliśmy się w początki tworzenia klanów — odparł Bolesna Łapa, zwracając się do mnie. — Jednak skoro już przyszłaś, możemy wymyślić inną aktywność.
Cytrynowy nadal milczał, przyglądając się robakowi, który mozolnie wspinał się po jego łapie. Zamrugałam oczami, próbując odwrócić wzrok od łaciatego ucznia.
— Powinniśmy się przygotowywać do bycia wojownikami — powiedział powoli i bardzo cicho Cytrynowa Łapa. — Chyba… Że nie chcecie… To w porządku…
— Myślę, że Gwiezdni już wyznaczyli dla nas datę otrzymania nowego imienia — odparłam spokojnie, a Bolesna Łapa niechętnie mi przytaknął. Oba psy wymieniły między sobą spojrzenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja o czymś nie wiem. Chociaż, przecież każdy pies wie coś, czego nie wie inny. To normalne. Z pewnością…
— Mlimy wicyć… — powiedział cicho Cytrynowa Łapa, mamrocząc tak niewyraźnie, że dopiero po chwili zrozumiałam, że chodziło mu o „Mieliśmy ćwiczyć”.
— Możemy skakać po torach kolejowych, podejmując wysiłki, iżby żadna kończyna nam nie wpadła w dziurę — odezwał się Bolesny, spoglądając na nas ze spokojem. — Możemy także walczyć i wspinać się na dach dworca, atoli obawiam się, że Cytrynowa Łapa z pomocą swoich wojowniczych umiejętności, które nabywał przez dłużny niż my czas, odniesie zwycięstwo.
— No nie wiem… — powiedział Cytrynek, delikatnie strzepując robala ze swojej kończyny. — Wątpię, bym wygrał, ale możemy spróbować.
Kiwnęłam głową, postanawiając, że dowiem się, czemu Cytrynowy mnie unika. Okazja nadarzyła się, gdy skacząc po szynach, poślizgnęłam się i upadłam, uderzając pyskiem o metalowe tory. Cytrynek mógł mnie złapać, a jednak tego nie zrobił. Wstałam powoli, posyłając mu pytający wzrok. Miałam nadzieję, że to wystarczy.
— Nic ci się nie stało? — dopytywał się Bolesna Łapa, podchodząc do mnie. — Pokaż, proszę, pysk.
Obróciłam się w stronę ucznia Industrii, pozwalając mu obejrzeć pysk. Ranne miejsce pulsowało i lała się z niego krew, jednak nie wyglądało to na poważną ranę. Mimo to bardzo bolało. Mimowolnie kątem oka zauważyłam, że Cytrynowy patrzy się na nas z lekkim zdziwieniem. Czyli mu chyba jednak na mnie zależy!
— Przepraszam… — wyjąkał Cytrynowa Łapa, jednak podczas wymawiania słów nie patrzył się na mnie, lecz na rosnące niedaleko chwasty. — Za wolno reaguję… Muszę ćwiczyć.
— Drewniany Pazur chciał przecież dzisiaj ciebie uczyć — mówiłam wolno i spokojnie, wyraźnie akcentując każdą sylabę. — Może będziesz ćwiczył razem z nim?
— Och… — wyjąkał Cytrynek, niepewnie na mnie spoglądając.
— Wstydzisz się go? — zapytałam się, usiłując nie wwiercać się w niego wzrokiem.
— Nie… Tylko… Czuję się przy nim gorszy i beznadziejny.
— A mnie się wstydzisz? — zapytałam się szybko, starając się mówić spokojnie. Mimo iż wyglądałam na zrelaksowaną i mówiłam lekko, moje serce biło jak oszalałe, czekając na odpowiedź.
— Nie… — Cytrynowa Łapa posłał mi zdziwione spojrzenie i przysunął się do Bolesnej Łapy. — Czemu miałbym…
— Też nie wiem, czemu miałbyś żałować, że lizałeś mnie po pysku…? — przerwałam mu beztrosko, miażdżąc go moim przerażająco spokojnym spojrzeniem dwukolorowych oczu. Gdzieś w głębi duszy uświadomiłam sobie, że zachowuję się jak Malwowy Ogon. Pożałowałam wszystkiego.
Jak w zwolnionym tempie zauważyłam, że we wzroku Bolesnej Łapy pojawia się ból, szok i smutek. Owczarkopodobny pies patrzył z niedowierzaniem na Cytrynowego. Nie chcąc, by uczeń poczuł się jeszcze bardziej niekomfortowo pod spojrzeniem nas obu, spuściłam wzrok.
— Przepraszam… — wyjąkał Cytrynowa Łapa, lecz bardziej brzmiało to jak pytanie, niż oznajmienie. — Ja sam nie wiem, czego chcę… Lubię was obu…
— Zdecyduj się — warknęłam na niego, zmieniając swoje rozczarowanie w złość. — Albo jesteś z kimś zawsze, albo nigdy. Dlaczego robiłeś mi nadzieje?
Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się gwałtownie i odeszłam truchtem, zatapiając się w myślach. Przez chwilę łudziłam się, że usłyszę kroki Cytrynowej Łapy, który za mną podąży, jednak nic takiego nie miało miejsca. Odwróciłam się więc, chcąc zobaczyć jego reakcję. Uczeń Tenebris stał, patrząc się na mnie, jakby zastanawiając się, co ma zrobić. Jego błękitne oczy były pełne łez, gdy spoglądał raz na mnie, a raz na Bolesnego. Jednak w końcu się zdecydował — przełykając ślinę i gorąco przepraszając Bolesną Łapę, podszedł do mnie. Zdziwiłam się, że go przeprasza, ale jeśli czuł taką potrzebę, to w porządku.
— Przepraszam, naprawdę… — Cytrynowy spoglądał na mnie niepewnie, z bólem w oczach. — Wróćmy do obozu i porozmawiajmy… Proszę.
Kiwnęłam głową, delikatnie się do niego uśmiechając. Chcę z nim to wyjaśnić i wiedzieć, czego on w końcu chce — oraz — czego ja chcę.
— Boli cię pysk? — zapytał się Cytrynowa Łapa i polizał mnie w ranę. — Porozmawiamy, jak wrócisz od medyczki.
Kiwnęłam głową, wiedząc, że do legowiska medyka muszę wejść sama. Cytrynowy co prawda pozbył się strachu do uzdrawiających psów, jednak nadal wolał się trzymać od nich z daleka. Zrozumiałam to i nie nalegałam o dotrzymywanie mi towarzystwa.
— Tak… — odparłam twierdząco. — Pójdę do medyka.
Znów poczułam się szczęśliwa, jednak coś mi mówiło, że ta sprawa wcale nie została rozstrzygnięta — że Cytrynowy nadal będzie w rozterkach. Zastanawiając się nad tym, jak przebiegnie nasza rozmowa, zupełnie zapomniałam o Bolesnej Łapie, który odprowadzając nas smutnym wzrokiem, został na dworcu.
<Bolesny, Bolesny, czyż twoje życie nie miało być pełne bólu?>
[870 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

17 maja 2021

Od Konwalii (Konwaliowej Łapy) CD Malwowego Ogona

Zamrugałam niepewnie oczami. Czy Cytrynek na pewno się o to zapytał? Popatrzyłam się nieśmiało na niego i dostrzegłam w jego oczach ciekawość, co było nieomylnym znakiem, że rzeczywiście czekał na moją odpowiedź.
— Spotykałam się z moją matką — odparłam zgodnie z prawdą, powoli kiwając głową. — Skalny Potok i Aronia także byli, ale to już widziałeś, czyż nie?
Nie było sensu kłamać. Zresztą, po co kłamiemy, skoro wtedy tylko komplikujemy sprawę? Czy nie łatwiej i prościej powiedzieć prawdę?
— Naprawdę? Opowiedz coś więcej! Co tam robiliście…? — wyjąkał Cytrynowa Łapa, wlepiając we mnie wielkie oczy. Zaraz jednak spuścił wzrok. — Jeśli oczywiście chcesz…
— A po co ci ta wiedza?
— Po prostu jestem ciekawy — powiedział ulegle uczeń, cichutko szepcząc.
— Niewiedza jest darem.
— Chcę wiedzieć, by być mądry. Poza tym… Rozumiesz… Zaciekawiłaś mnie… — odparł Cytrynowy, coraz bardziej się kuląc. Ledwo rozróżniałam jego słowa.
— Uważasz, że geniusz wie wszystko? — zapytałam się cicho i spokojnie. Nie chciałam mówić mu dokładnie o spotkaniu z moją matką. Była to dość prywatna sprawa, a poza tym — skoro Gwiezdni sprawili, że do teraz nic nie wiedział, to czy powinnam mu mówić? A może właśnie tego ode mnie oczekują? Bo przecież od kogo miałby się dowiedzieć? Ale mógł przecież za nami pójść! Może to zrobił?
— Słuchaj, Konwalio… — Cytrynowa Łapa popatrzył się na mnie. — Ja rozumiem… — Łaciaty pies przerwał, jakby żałując, że się w ogóle odezwał. Ja jednak wlepiłam w niego zafascynowany wzrok, próbując mu przekazać, by kontynuował. Uczeń wziął głęboki wdech i patrząc mi się prosto w oczy, kontynuował. — Nie można powstrzymać tego, co musi się wydarzyć. Można tylko szukać innych rozwiązań. Skalny Potok i Malwowa… Współczuję ci. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć bez wsparcia rodziny. Ty dajesz radę. I życzę ci, żebyś dalej dawała. Ale niektóre rzeczy po prostu trzeba samemu zakończyć, a nie ciągnąć w nieskończoność, zwalając na Gwiezdnych. Masz rację — to, co musi się zdarzyć, niech się zdarzy, ale proszę, spróbuj pokazać Gwiezdnym, że zależy ci na swoim życiu, kierując nim i sama wybieraj swoje ścieżki, podejmuj decyzje. Pokaż im swoją wartość.
Poruszałam uszami, wyłapując każde jego słowo. Nie mogłam oderwać od niego oczu.
— E… Ja… — Poczułam, że po raz w pierwszy w życiu zabrakło mi słów. Chwilę mi zajęło, zanim jakoś uporządkowałam moje biegnące myśli. Odchrząknęłam kilka razy. — Cieszę się, że mnie zrozumiałeś, przez co odważyłeś się powiedzieć to, co leżało ci na sercu.
Przybliżyłam się do niego i polizałam go w pierś, tam, gdzie biło serce, po czym przesunęłam językiem po szyi, aż do pyska. Dopiero gdy mój pysk znajdował się przerażająco blisko jego, zrozumiałam, co zrobiłam. Czułam jego oddech, siedząc nieruchomo. Nie mogłam oderwać wzroku od jego błękitnych oczu. Spoglądając w nie, miałam wrażenie, że biegnę po niebie, a chmury powoli zasłaniają mnie, odcinając drogę powrotu. Mogłam tylko dalej w nie brnąć, wiedząc, że on pewnie czuje podobnie. Ciekawe co myśli. Może marzy o tym, by stąd uciec? Nie, nie. Z pewnością nie. Nie był przestraszony. Zanim się zorientowałam, Cytrynek zaczął lizać mnie po pysku, a ja stałam jak sparaliżowana, nie mając odwagi — lub nie chcąc — reagować. Zamknęłam oczy, usiłując jak najlepiej zapamiętać tę chwilę.
— Wiesz co… — powiedział powoli Cytrynek, przestając mnie lizać. — Ja…
Nagle przerwał, wpatrując się przerażony w coś przed nami. Zmusiłam się, by otworzyć oczy. Sapnęłam z zażenowania, wlepiając wzrok w swoje łapy i odsuwając się od Cytrynka. Z poczuciem coraz większego skrępowania, dostrzegłam, że łaciaty uczeń robi to samo.
— Co wy do jasnej cholery… — wyszeptała Aronia, stojąc niedaleko nas. Wpatrywała się raz we mnie, raz w Cytrynka, wytrzeszczając przerażone oczy.
— Kurwa, idealny moment! — warknęła stojąca obok niej ruda Sikorka, mierząc nas lodowatym spojrzeniem. Tonąc w morzu zażenowania, ledwo zrozumiałam, że przeklina w tak młodym wieku. — Jeszcze chwila i Tenebris miałby dostawę szczeniaków! Ciekawe tylko, czy byś przeżyła poród! — powiedziała kpiąco uczennica, a ja podniosłam powoli głowę, mierząc ją spokojnym wzrokiem.
Bez słowa wstałam, rzucając pożegnalne spojrzenie Cytrynowemu i wyminęłam dwie suczki. Słyszałam za sobą krzyki Sikorki na brata i jego ciche mamrotanie, oraz rozpaczliwe chlipanie Aronii, jednak nie byłam pewna, czy rzeczywiście je słyszę. Może były po prostu wytworem mojej wyobraźni.
Westchnęłam głęboko, a moje myśli znów zaczęły krążyć wokół Malwowego Ogona. Ciekawe, co moja matka teraz robi? Może właśnie smaży się w Infernum? Albo odbiera życie Owczemu Sercu? Czy nakrapiana suczka przeżyła zemstę Malwowej? A może do żadnej zemsty nie doszło?
Gdy w oddali zobaczyłam ruiny, zamiast przyspieszyć kroku, usiadłam. Niebo pokryło się ciemną barwą, jakby zostało przemalowane przez Dwunożnych. Jednak nawet oni nie potrafią wygnać z naszej pamięci naszych przodków. Popatrzyłam się w gwiazdy, które migotały wokół księżyca, jakby tańcząc dla niego taniec. Taniec, który miał pożegnać dzień, a powitać noc.
— Malwowy Ogonie… — szepnęłam z zachwytem, a w moich oczach odbijały się gwiazdy. — Gdziekolwiek teraz jesteś, pamiętaj, że… Nie można powstrzymać tego, co musi się wydarzyć… — ze spokojem zaczęłam recytować z pamięci słowa Cytrynowej Łapy. — Można tylko szukać innych rozwiązań. — Uśmiechnęłam się promiennie. — Mamo… Niech Gwiezdni nad tobą czuwają.
Koniec wątku Konwaliowej Łapy i Malwowego Ogona.
[808 słów: Konwaliowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

7 maja 2021

Od Konwalii CD Malwowego Ogona

Siedziałam, wpatrując się spokojnie na poddenerwowanego Skalnego Potoka, który łaził w tę i we tę, mamrocząc coś pod nosem. Aronia też nie wyglądała na spokojną. Ale przecież możliwe, że w środku emanowała spokojem. W końcu skoro Malwowy Ogon tak wspaniale wszystkich oszukiwała, to Aronia także mogła udawać zdenerwowanie. Tylko… Dlaczego miałaby to robić? Pokręciłam głową. Co znowu „dlaczego?” Czy wszystko, co robimy i czujemy, musi mieć jakieś uzasadnienie? A nawet jeśli, to czy my sami je znamy?
— To jeszcze szczeniaki… — mamrotał Skalny Potok, widocznie o nas. — To jeszcze szczeniaki… W co ja je wpakowałem?
Spojrzałam na moją siostrę. Siedziała zgarbiona, dłubiąc łapą w ziemi. Syknęłam niezadowolona, ale nic jej nie powiedziałam. Przecież w ziemi też coś żyje. A ona to niszczy. Zastanowiłam się nad tym dłużej. Przecież wszystko niszczymy. Idąc po trawie, ją niszczymy — a jednak ona rośnie dalej, daje sobie radę.
Tup, tup, tup.
Skalny Potok uniósł głowę i postawił uszy na sztorc. Było pewne, że biegnie do nas jakiś pies. Wciągnęłam w nozdrza świeże powietrze, jednak jedyne co czułam, to smród psów z Industrii. Zastanowiłam się, czy mój ojciec i siostra czują to samo. Pewnie tak. A może nie. Zresztą, to, że będą czuć więcej, nic nie zmieni. Tak? Tak, chyba.
— Skalny Potoku! — zawołał obcy głos. Czułam, jak siedząca obok Aronia podskakuje ze zaskoczenia. Skalny Potok syknął na nas, a ja wraz z siostrą bez protestów schowałyśmy się pod jego gęstą sierścią.
Usłyszałam trzask łamanych gałązek i ciche ał, ał, ał, ał, zanim zobaczyłam psa, który wszedł do naszej kryjówki. Była to dwukolorowa suczka, o półdługiej, lekko falowanej sierści pełnej różnych łatek i ciapek. Pewnie ucieszyłabym się na jej widok, bo sprawiała bardzo miłe wrażenie, jednak zważając na fakt, że znajdowałam się na terytorium obcego klanu, wolałam zachować neutralność. Tylko, czy da się kontrolować swe emocje? Nie do końca.
— Kim jesteś? — warknął Skalny Potok, zasłaniając mnie i Aronię swoim ciałem.
— Musisz mnie posłuchać, błagam… — powiedziała błagalnie suczka. Jej ton głosu i zapach, który wreszcie rozróżniłam, coś mi przypominały. Czy to nie była ta sama suka, która przyszła wraz z Malwowym Ogonem?
— Nic nie muszę. — Skalny Potok odsłonił zęby i zjeżył się. Czułam, że jego stare nogi drżą, gdy próbował jednocześnie zasłonić mnie z moją siostrą i sprawiać groźne wrażenie. Wiedziałam, że Aronia też to poczuła — jej oczy wyraźnie zaszły łzami, których próbowała się pozbyć. Mrugała prawie tak szybko, jak Malwowy Ogon i co chwila przełykała ślinę.
— Nie bój się płakać — powiedziałam spokojnie. Oczywiście, kierowałam moje słowa do Aronii, jednak, ku mojemu zdziwieniu, Owcze Serce także miała łzy w oczach.
— Błagam… — szeptała Owcze Serce. — Proszę, wysłuchaj mnie, Skalny Potoku… Malwowy Ogon, ona, ona…
— Uspokój się, wojowniczko, po prostu powiedz to, co chcesz powiedzieć.
Owcze Serce wzięła urywany wdech, po czym zaczęła mówić tak szybko, że ledwo rozróżniałam słowa:
— Malwowy Ogon chce cię zabić. Ja… Nie potrafiłam jej odmówić, gdy zwróciła się do mnie kilka księżyców temu z prośbą o pomoc. Naprawdę, nie wiedziałam, że tak to się wszystko potoczy — przerwała Owcze Serce, badając nas wzrokiem. — Nie było na razie żadnego patrolu. Wpadła do magazynu z rozkrwawioną łapą i sprzedała wszystkim historyjkę, że to ty ją zaatakowałeś — zwróciła się do Skalnego Potoka.
Owcze Serce skończyła mówić, a cała pewność siebie, którą miała w trakcie przemawiania, zniknęła bez śladu. Stała teraz i nieśmiało zerkała na nas, czekając, czy jej uwierzymy.
— Ja… — Skalny Potok przełknął ślinę, rozluźniając się i odsłaniając mnie i Aronię. — Myślałem, że… Że te wszystkie chwile, które ze mną spędziła Malwowy Ogon, coś dla niej znaczą… — przerwał.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Owcze Serce wpatrywała się w swoje łapy, Aronia uparcie węszyła, próbując wyłapać jakieś zapachy, a ja polizałam nieśmiało Skalnego Potoka, próbując go pocieszyć. Szkoda by było, żeby umarł w smutku. Oczywiście, jeśli miałby umrzeć, ale jak na razie nic konkretnego nie zrobiliśmy, więc pewnie dalej będziemy tu tkwić i czekać, aż Malwowy Ogon nas rozwali.
— A tak w zasadzie, to jak powstają szczeniaki? — zapytała się Aronia.
Skalny Potok się delikatnie uśmiechnął, jednak nie odpowiedział.
— Owcze Serce, tak...? — zapytał się Skalny Potok, wracając do rzeczywistości. Gdy suczka kiwnęła głową na potwierdzenie, kontynuował. — Jesteś z Industrii i na pewno lepiej znasz te tereny. Powiedz nam, którędy mamy się udać, żeby wrócić do ruin — poprosił. — Twoja pomoc wiele dla nas znaczy.
— Jasne, pomogę. — Owcze Serce kiwnęła głową, unosząc wzrok. — Najpierw jednak spróbuję stłumić wasz zapach, by nie można było was tak łatwo wywęszyć.
Suczka kilkukrotnie zaznaczyła cały teren kryjówki, starając się to robić bardzo dokładnie. Gdy skończyła, zaczęła węszyć.
— Cóż, i tak wasz zapach się wyróżnia — powiedziała lekko zawiedziona — ale już nie aż tak. Równie dobrze może pochodzić sprzed dwóch księżyców. Za mną.
Skalny Potok bez sprzeciwu poszedł za wojowniczką. Owcze Serce musiała wzbudzać zaufanie. Dość dziwne, że Skalny Potok od razu jej uwierzył. Ciekawe, czy o tym wiedziała? A może Skalny sam podejrzewał, że Malwowa znowu coś knuje? Tylko w takim razie, dlaczego niby zgodził się na spacer? Gdy usłyszałam, jak jego stawy trzeszczą, a sierść już nie bije blaskiem, zrozumiałam, że on wiedział. Wiedział, ale nie mógł zareagować. Nie był na tyle głupi. Czasem lepiej udawać, że nic się nie stało.
Przyspieszyliśmy kroku, biegnąc ile sił w łapach. Oddaliliśmy się już od kryjówki i zaczęłam poznawać te tereny.
— Dalej znacie drogę. — Owcze Serce niespodziewanie wyhamowała, przez co Aronia niemal na nią wpadła. — Muszę wracać, zanim ktoś zauważy, że mnie nie ma.
— Dziękujemy — powiedziała uprzejmie Aronia.
— Mam nadzieję, że Malwowa nic ci nie zrobi — powiedział dość chłodno Skalny Potok, jednak w jego oczach było widać prawdziwe zmartwienie.
Owcze Serce milczała. Wiedziałam dobrze, że ona wie. Wie, że Malwowy Ogon nie będzie wyrozumiała.
— Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co cię czeka — powiedziałam cicho do Owczej — ale masz złote serce.
Zobaczyłam, że odwraca wzrok, oblizując nerwowo wargi.
— Powodzenia — życzyła nam i pobiegła do psów z jej klanu.
Skalny Potok nawet się za nią nie obejrzał, jedynie ruszył truchtem, co chwila nas pospieszając. Nieustannie mówił, że musimy jak najszybciej wrócić do obozu, by nikt nas nie zauważył. Pragnąc nas zachęcić, mówił, żebyśmy traktowały to jako trening, który pomoże nam zostać dobrymi wojowniczkami. Oczywiście dla mnie nie była to zachęta, lecz dla mojej siostry już tak.
Powoli zbliżałam się wraz z moim ojcem i siostrą do ruin. Słońce już dawno wzeszło, rzucając ciepły blask na kwitnącą roślinność. Rosa perliła się na trawie i krzewach, a rozpięte między gałęziami paproci pajęczyny wyglądały jak sznury diamentów. Odetchnęłam głęboko. Było pięknie. Nie zważając na nic, usiadłam na mokrej trawie i chłonęłam te wszystkie wspaniałe widoki.
— Konwalio — upomniał mnie Skalny Potok — idziemy dalej.
Ja jednak go zignorowałam. Biały pies posłał mi zezłoszczone spojrzenie, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, zza krzaków wyszedł łaciaty uczeń.
— Skalny Potoku, zostanę z Konwalią. Możesz wraz z Aronią wrócić do obozu. Wszyscy się zastanawiają, gdzie się podziewaliście — odparł Cytrynowa Łapa, a w jego oczach zabłysła ciekawość. Widocznie chciał się jeszcze o coś dopytać, ale tego nie zrobił. Skalny Potok kiwnął głową i błyskawicznie się odwrócił, idąc dostojnym kłusem w stronę obozowiska. Aronia także odeszła — przedtem jednak posłała mi rozczarowane spojrzenie.
— A teraz mów… — Cytrynowa Łapa usiadł, wlepiając we mnie wzrok. — Co robiliście na terenach Industrii?
<Malwowy Ogonie?>
[1174 słowa: Konwalia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

28 kwietnia 2021

Od Konwalii CD Malwowego Ogona

Obudziłam się zlana zimnym potem. Zdezorientowana rozglądnęłam się po legowisku medyków. Wstałam powoli, uważając, by nie nadepnąć na Aronię. Rozciągnęłam się i otrzepałam. Czułam, że powinnam być przytomna, bo inaczej stanie się coś złego. Ufałam mojej intuicji, lecz to wszystko uważałam za dość dziwne, nawet jak na moje przeczucia.
— To przecież niedorzeczne… — zganiłam samą siebie. — Przecież wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Czułam, że oszukuję samą siebie, jednak uparcie powtarzałam sobie, że moje przeczucie się myli. Zmieniłam zdanie dopiero wtedy, gdy poczułam zapach mojej matki.
— Malwowy Ogonie…? — zapytałam się cichutko, powoli wychodząc z legowiska medyków. Stanęłam spokojnie na korytarzu, uważnie nasłuchując. Stałam spokojnie również wtedy, gdy dostrzegłam dwie pary oczu, które wpatrywały się we mnie, błyskając z ciemności. Stałam równie spokojnie, także wtedy, gdy poczułam, jak Skalny Potok łapie mnie mocno za kark i bezlitośnie raniąc mi skórę, niesie do mojej matki.
— Gdzie są twoje siostry?! — wysyczał Skalny Potok, gdy stanęliśmy już dostatecznie daleko od śpiących psów. Był wściekły, lecz ja wiedziałam, że Gwiezdni nie pozwolą, by mnie okaleczył, chyba że właśnie taki mają plan. — Mówiłem ci przecież, że twoja matka chce się z nimi spotkać. Jesteś głucha, czy głupia?!
— Nie krzycz na nią, Skalny — upomniała go Malwowy Ogon głosem zimnym jak lód. — Uważaj, bo ja na ciebie nakrzyczę i zobaczymy, czy te twoje stare nóżki się na coś zdadzą.
— Malwa… — Skalny Potok był wściekły, a z jego oczu niemal trzaskały pioruny.
— Nie mów do mnie imieniem szczeniaka. — Malwowy Ogon cała zadrżała z frustracji, lecz głos miała zdecydowany i spokojny. — Ja, w przeciwieństwie do ciebie służę mojemu klanowi. Zasługuję na imię wojownika. Ty natomiast, powinieneś się nazywać Skalny Starzec, idioto.
Teraz tylko ja pozostawałam spokojna. Myślałam, że moi rodzice zaraz się na siebie rzucą, lecz to była ich decyzja. Stałam nieruchomo, obserwując, jak to się wszystko potoczy.
— Już zapomniałaś, że jeszcze nie tak dawno temu, byliśmy razem? — Skalnemu Potokowi brakowało argumentów, więc zszedł na najbardziej niebezpieczny temat.
— Nie tak dawno? — zaśmiała się kpiąco Malwowa. — Masz jeszcze problemy z pamięcią, czy co? Nie pamiętasz, że…
Nagle przerwała, panicznie się cofając. Skalny Potok popatrzył się w moją stronę, i zamarł w bezruchu, widocznie zaskoczony. Jego oczy były szeroko otwarte, ogon napięty jak struna i widać było, że był gotowy rzucić się do ucieczki w każdej chwili.
— Mamo? — zapytała się cichutko moja siostra. Aronia stała w osłupieniu obok mnie już od paru chwil, ale ja nie miałam zamiaru przeszkadzać moim rodzicom. Ich kłótnia, ich decyzja.
— Aronio...! — Malwowy Ogon podbiegła do brązowo-białej córki, patrząc się na nią z dumą w oczach. — Powiedz, kwiatuszku, czy medycy się nie obudzili? Wiesz, niefajnie by było, gdyby dowiedzieli się, że tu jestem…
— Ee… — Aronia była bardzo zaskoczona i nie mogła nic z siebie wydukać, więc jedynie zaprzeczyła, potrząsając swoją wilczą głową.
— Och, to dobrze, dobrze, córeńko. — Malwowy Ogon czule polizała Aronię, na co ta z wrażenia aż przysiadła. — Uważam jednak, że niebezpiecznie byłoby tutaj rozmawiać… — kontynuowała czarno-biała suczka, a w jej oczach zabłysła iskierka obłąkania i chęci zemsty. — Może przejdziemy się na spacer, co?
Przebiegłam wzrokiem po mojej matce i siostrze, patrząc się prosto na pysk mojego ojca. Czułam, że nie powinien się zgodzić, jednak to był jego wybór. Nie powinnam się w to mieszać, bo możliwe, że przeszkodzę wtedy w planach Gwiezdnych co do mojego ojca. Aronia jednak tego nie rozumiała i zaczęła piszczeć, że ona się nigdzie nie wybiera i że to niebezpieczne.
— Potoku… — Malwowy Ogon popatrzyła się na niego błagalnie, błyskając swoimi lodowymi oczami — odmówisz mi spaceru z własnymi szczeniakami? Możesz pójść z nami, to je przypilnujesz.
To była decydująca chwila, więc wytężyłam słuch. Jeszcze nigdy nie widziałam, jak pies decyduje o czymś tak ważnym! Co prawda, niejednokrotnie słyszałam, jak przywódczyni zamartwia się sprawami klanu, medycy pomagają w porodzie, a wojownicy z przecięciem opowiadają o naruszonych granicach klanu. Jednak to było wydarzenie, które było ważne w zupełnie innym wymiarze. Ja, Aronia jak i Malwowy Ogon śledziłyśmy każdy ruch białego psa.
— Zgadzam się, pod warunkiem, że pójdę z wami.
Klamka zapadła. Skalny Potoku, wybrałeś bardzo wyboistą drogę.
<Malwowy Ogonie?>
[663 słowa: Konwalia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Konwalii CD Aronii

— Więc kiedy poszłaś… Znaczy, poszliście, bo ty, Skalny i Konwi, znaczy się, Konwalia, to… — Sikorkowa Łapa urwała swoją opowieść kierowaną do Aronii, drapiąc się za uchem, jakby szukała odpowiednich słów.
— Sikorkowa Łapo, skąd pomysł, by nazywać mnie Konwi? — przerwałam jej, dość zaintrygowana. Mało psów wołało na psy inaczej, niż brzmią ich imiona, z obawy, że się obrażą. Poza tym Konwi nie było ładne. Ale najważniejsza jest intencja, czyż nie?
— No nie gniewaj się, Konwi…aalio… — Rudawa suczka przewróciła oczami. — Jejciu, ale jesteście dziecinne, naprawdę. No dobra, słuchajcie. No to poszliście. Liderka, Gwiazda, się zaniepokoiła, bo przedtem jak wyszliście, mijała Skalnego Potoka, który mruczał coś o solidnej karze, zimnej wodzie i nieposłusznych szczeniakach. I nasza kochana, wspaniała i urocza i waleczna i, i…— Sikorkowa łapa przerwała, zauważając, że do żłobka wchodzi jej matka, Trujący Obłok. Sikorkowa Łapa zamilkła na chwilę, jakby lekko przytłoczona wręcz miażdżącą aurą jej matki.
Wlepiłam wzrok w Trujący Obłok. Stała pewnie, a jej pysk przypominał bardziej kamienną maskę, niż rozgadaną mordkę Sikorki. Już wyobrażałam sobie jej chód: stabilnie stąpa po ziemi, jakby kalkulując każdy krok, a jednocześnie patrzy spode łba na wszystkie psy, które mija. Bardzo ciekawa i smutna suczka, niestety.
— Sikorkowa Łapo, zostaw swoje koleżanki. Oszroniony Pysk cię woła. Czyżbyś zapomniała, że kazała ci się stawić na patrol?
— Jej, naprawdę? — wykrzyknęła suczka, zupełnie zapominając o tym, że miała dokończyć historię. Mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, jednak Aronia wyglądała na zawiedzioną. — Jeszcze nigdy nie byłam na patrolu! Na polowaniu i treningu tak, ale patrol! To zupełnie co innego! Jak myślisz, mamo, czy na naszym terenie spotkam psy z innych klanów?! I będzie walka? Gwiezdni, Gwiezdni, łapcie mnie, bo zaraz umrę ze szczęścia!
— Sikorkowa Łapo, uspokój się — powiedziała Trujący Obłok bez żadnych emocji, lecz gdy jej córka wyszła w podskokach z legowiska, posłała za nią dumne i pełne miłości spojrzenie.
— Aronio i Konwalio… — Niespodziewanie Trujący Obłok zwróciła się do nas. — Wojownicy, którzy byli na polowaniu, mówili, że wyczuli zapach psa z Industrii. Tak sobie pomyślałam, no nie wiem… Może coś o tym wiecie? Przecież jesteście tak samo Ciemnymi, jak Płomiennymi psami.
Niemal czułam, jak emocje zaczynają buzować w Aronii. Trochę ją rozumiałam — miałam wrażenie, że będziemy musiały się dwa razy więcej starać, by ktoś nas zauważył, chociaż mi to wcale nie przeszkadzało. Dla mojej ambitnej siostry, marzącej o zostaniu kimś ważnym musiało to być prawdziwe piekło.
— Jesteśmy szczeniakami! — zawołała Aronia, a ja cicho jej podziękowałam, że to ona odpowiedziała wojowniczce, ponieważ nie miałam ochoty na koloryzowanie i kłamanie, bo — dobrze wiedziałam, że Malwowy Ogon wchodzi na tereny klanu Tenebris, a ponieważ jestem szczeniakiem, nie za wiele mogę z tym zrobić. Ale przecież nawet nie chcę nic robić, więc to mi nie przeszkadza. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek mnie kiedyś zrozumie. Bywały takie chwile, że sama nie rozumiałam własnych myśli, nie mówiąc o zebraniu je w zrozumiałe słowa. Czułam się głupia i bezwartościowa, ale miałam cichą nadzieję, że mi to przejdzie wraz z zostaniem uczennicą.
— Ach, dobrze, dobrze... —Trujący Obłok kiwnęła nam głową, wychodząc ze żłobka. — Miałam takie dziwne przeczucie, że coś wiecie… No, ale nic.
Miałam dziwne wrażenie, że przez krótką chwilę zobaczyła moje myśli i moje serce niemal się zatrzymało ze zaskoczenia i może nawet strachu. Jednak wojowniczki już nie było, a ja pokręciłam tylko głową, próbując uporządkować moje filozoficzne myśli i rzuciłam do mojej siostry:
— Wybacz, ale chcę być sama.
Westchnęłam i powoli wyszłam ze żłobka, czując na sobie zaskoczony wzrok mojej siostry. Mój chód w niczym nie przypominał tych dostojnych, sunących kroków, które stawiałam zazwyczaj. Czułam się, jakby aura Trującego Obłoka zadziałała także na mnie. „O Gwiezdni, czy wy naprawdę tam jesteście?”.
<Aronio?>
[597 słów: Konwalia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

23 kwietnia 2021

Od Konwalii CD Malwowego Ogona

Naprawdę pragnęłam zapomnieć o mojej matce. Prześladowała mnie w snach, a gdy chodziłam samotnie po obozie, czułam nieprzyjemny dreszcz rozchodzący się po moim kręgosłupie, ilekroć ktoś mnie zaskoczył. Czułam, że moja matka planuje coś okropnego. Oczywiście nie miałam zamiaru nikomu o tym powiedzieć. Nie było to potrzebne. Malwowy Ogon i tak dostanie karę za łamanie kodeksu wojownika wśród Gwiezdnych. Niech te dziarskie i raźne psy żyjące w tym świecie się nią nie przejmują. I tak mają na głowie swoje bardzo ważne sprawy, jak to, czy zmoknie im futro i czy upolowana mysz będzie dostatecznie słodka, by dać ją karmicielce. Malwowa i tak będzie ukarana. Niech tylko poczeka.
— Ee… Ty… Begonia…? — zaczął mój ojciec, a ja po raz kolejny przekonałam się, że mam nowe imię. Pewnie niejeden pies by się zezłościł, ale mnie to nie obchodziło. Imię, to tylko imię. Nie jest ważne. Kiwnęłam zachęcająco w stronę mojego ojca, a mój mózg znów zaczął szukać jakiejś wymówki.
— Spotkałem dzisiaj twoją matkę — Skalny Potok zniżył głos do szeptu. — Odwiedzi nas dzisiaj w nocy. Mogłabyś dopilnować, by Fiołek i Aronia były przytomne? Malwowy Ogon bardzo liczy, by móc z wami wszystkimi porozmawiać.
— Nie wiem, postaram się, mam nadzieję, że Gwiez…
— Skończ już z nimi! — krzyknął mój ojciec, na co kilka wojowników obdarzyło go zdziwionym spojrzeniem. Biały senior zmieszał się nieco i znów zaczął mamrotać. — Jesteś moją córką, Begonio. Nawet nie wiesz, co to znaczy. Jeśli nie umiesz zabawić swoich sióstr, to ile będziesz warta dla klanu?
— Nie obchodzi mnie klan — odparłam spokojnie. — Obchodzą mnie Gwiezdni. I ciebie też powinni. Nie mam zamiaru brać w tym udziału i ty też nie powinieneś. Mijają twoje ostatnie dni, Skalny Potoku, za niedługo będziesz wśród nich.
Nie wiem, dlaczego mój ojciec się tak wściekł. Przecież to, co powiedziałam, było prawdą. Starszy pies złapał mnie brutalnie za skórę na karku i trząsł mną tak długo i mocno, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Potem rzucił moim ciałem w stronę żłobka.
— Zrób to, Begonio — wysyczał, a z jego pyska kapała ślina. — Po prostu to zrób.
Mówił na poważnie, jednak mówił to do Begonii. A ja jestem Konwalią.
<Malwowy Ogonie?>
[349 słów: Konwalia otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]