Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Zamieć †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Zamieć †. Pokaż wszystkie posty

28 lutego 2021

Złota Gwiazda i Biała Zamieć umierają



Na Ventus jak fatum spłynęła śmierć dwóch wojowniczek — przede wszystkim wszystkich najbardziej wstrząsnęła śmierć Złotej Gwiazdy, dotychczasowej liderki, choć niedługo później świat opuściła też i Biała Zamieć. Pierwsza zmarła od odniesionych ran, zadanych przez własną zastępczynię, Bryzowy Szept. Druga, nie mogąc pogodzić się z wyrzutami sumienia, popełniła samobójsto. Więcej o śmierci tej dwójki można przeczytać w tym opowiadaniu. Mimo okrutnego osądu wobec Złotej Gwiazdy, jakoby miała zamordować własną poprzedniczkę, Orzechową Gwiazdę, obie suki trafiają do Coelum, żeby polować z Gwiezdnymi już na zawsze razem. bo byly najlepszym lesbian shipem na blogu
Od teraz w Ventus liderką została Bryzowy Szept, albo raczej — Bryzowa Gwiazda, zaś jej zastępstwo objął Berberysowe Wzgórze (NPC).

Od Białej Zamieci CD Złotej Gwiazdy

TW: samobójstwo

Przez ostatnie sytuacje czuła, jakby wszystko zwaliło się na jej głowę. Można wręcz powiedzieć, iż przestała kontrolować wszystko, co wokół niej się działo (jakby kiedykolwiek wcześniej to robiła). Na dodatek wzrok Złotej Gwiazdy — to jedno spojrzenie, którego tak pragnęła — zabolało ją i sprawiło, że poczuła się gorzej. Próbowała się uśmiechać, delikatnie, jak na nią, aby ukryć w sobie cały ból oraz myśli, które nękały ją od jakiegoś czasu. Nie chciała przyznać się przed suczką, co tak naprawdę czuje. 
Odwróciła wzrok, aby nie patrzeć na Złotą Gwiazdę — odruchowo zacisnęła również zęby, starając się zdusić w sobie nieprzyjemne uczucie, zaganiające ją do płaczu. Jak długo musiała czekać, by towarzyszka się do niej odezwała? Jak długa ganiała się oraz próbowała zagadywać? Jak długo ta nadzieja żyła? I dlaczego przyszła akurat wtedy, kiedy przestała wierzyć. Kiedy powoli godziła się z myślą, iż nie będzie już nigdy tak samo? 
Przez ten czas stało się wiele — tak naprawdę, zbyt wiele. Migotek, a raczej już Migocząca Łapa, zachorował prawie że śmiertelnie. Wystraszona oraz zmartwiona Biała Zamieć czuwała przy nim w dzień i noc, sprawdzając co jakiś czas, jak piesek się trzyma. W duchu prosiła również Gwiezdnych, aby zesłali jej Złotą Gwiazdę, której tak bardzo wtedy potrzebowała. A potrzebowała bardzo. Pomyślała nawet wtedy o cieple, jakiego brakowało jej przez dłuższy czas; właściwie ciepła brakowało jej od początku życia. 
Łzy zakręciły się w jej oczach — z trudem wychodziło jej powstrzymywanie się przed płaczem. Wszystkie uczucia, które w sobie tłumiła, zdawały się nagle zlać w całość. One ożyły. Starały się silniejsze, niż już były. 
Serce suczki zakołowało niespokojnie, próbując dać jej znak, aby wzięła głębszy oddech i się uspokoiła. Serce bowiem nie chciało umierać. Biała Zamieć również tego nie chciała, ale teraz umarła w niezrozumiałym uczuciu, które czuła do Złotej Gwiazdy. Pogubiła się we wszystkim: myślach, świecie, w którym żyła oraz czarujących, brązowych oczach suczki. Te oczy napełniały ją życiem. Właśnie przez te oczy postanowiła z nią zostać, choć ich pierwsze spotkanie było zupełnie nieoczekiwane. Jednak czy to właśnie nie nieoczekiwane, niezrozumiałe spotkania łączą dwa psy ze sobą na wieczność i jeszcze dłużej? Czy to właśnie nie spotkania, przy których oboje nie wiecie, czego chce druga strona, nie sprawiają, iż chcecie poznać się nawzajem lepiej? 
Tak, to zapewne to. To zapewne wina tego jednego, silnego, rozrywającego od środka uczucia. Biała Zamieć chciała krzyczeć. Chciała wykrzyczeć w pysk Złotej Gwiazdy wszystko, co ukrywała oraz wszystko, co naprawdę czuła. Chciała spojrzeć raz jeszcze w jej brązowe, świecące w blasku wschodzącego słońca oczy i zapytać, czy to nie to, czego tak naprawdę chciała. 
Złota Gwiazdo, to życie, o które chcesz walczyć, prawda? To jest twoje wymarzone życie? Ze mną? 
I zapewne spytałaby o to, lecz nie starczyło jej odwagi, a cieknące po pysku łzy sprawiły, iż cała pewność siebie prysła jak bańka mydlana. Nie potrafiła spojrzeć na Złota Gwiazda, która teraz zresztą czuła się winna i nie wiedziała, co powinna począć. Przez jej myśl przeszło, iż lepiej jak odejdzie, pozwalając Białej Zamieci wszystko przemyśleć. 
Jednak to nie tak! Złota Gwiazdo, to nie tak! Zostań ze mną… chociaż dzisiaj. Wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia!
Nie powiedziała tego. Nic nie powiedziała. Czekała, choć sama nie wiedziała na co. 
— Tak, rozumiem — odpowiedziała, starając się zabrzmieć wesoło. 
Przez swój udawany ton poczuła, jak spada na jej ciało ciężka na pięć ton cegła i przygniata do ziemi. Czuła, jak pyskiem ryje w ziemi, smakując błota oraz napotykając wzrokiem obrzydliwe robaki, które nie onieśmieliły się, aby wtargnąć pomiędzy białe kosmyki. Ma wrażenie, że całe to obrzydliwe robactwo powoli wygryza się w jej skórę, smakuje metalicznej krwi oraz zajada mięskiem. Pozwalała im na to. Pozwalała się pożreć, tak jak wcześniej pozwoliła pożreć się spojrzeniu Złotej Gwiazdy. Towarzyszka ją pochłonęła. Co za tragedia. 
— W takim razie… — Głos Złotej Gwiazdy zdawał się drzeć. Nie przypominała siebie. 
Biała Zamieć, starając się utrzymać na drżących łapach, kiwnęła niepewnie łbem. 
Tak, dla nas obu będzie dobrze, jeśli odejdziesz. Zniknij najlepiej. Zniknij z mojego życia, abym znów mogła być sama ze sobą, ze swoim wymyślnym szczęściem oraz palącą tęsknotą za czymś, co już dawno straciłam… ponieważ tęsknię za tobą, Złota Gwiazdo. I to ciebie, Złota Gwiazdo, straciłam. 
— Tak, będzie lepiej, jeśli teraz odejdziesz — wydusiła z siebie, starając się wciąż brzmieć naturalnie. 
Towarzyszka uchyliła delikatnie pysk, lecz nie powiedziała nic. Nie postarała się o żadne słowa — wpatrywała się w białe futro psa, którego ceniła ponad całe swoje życia i powoli odwróciła wzrok. Biała Zamieć nie widziała tego, lecz w oczach Złotego Popiołu zakręciły się dwie malutkie łezki. 
Po tym, jak Złoty Popiół odeszła, a charakterystyczny odgłos stawianych łap po mokrej powierzchni ucichły, Biała Zamieć upadła, nie zważając na fakt, iż zapewne pobrudzi swoje cenne, białe futro. Wgryzła się w swoją własną łapę i raniąc własne ciało, cicho łkała. 

***

Tego dnia poczuła się wyjątkowo źle; bolało ją gardło, ledwo mówiła, zniknął jej melodyjny oraz pełny życia głos. Stała się cieniem siebie. Pierwsza myśl, która nasunęła się Białej Zamieci, było, czy to już ten moment zwany umieraniem. Tak, zastanawiała się, czy zaraz nie odejdzie na drugi świat, do przodków, aby z nimi polować, śmiać się oraz rozmawiać. 
Co właściwie robią psy, które znajdą się wśród Gwiezdnych? Czują się szczęśliwi, czy może tęsknią za tymi, których kochali? Trudno było jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Przecież nikt, kto umarł nie wracał, aby opowiedzieć, jak jest po drugiej stronie. 
Biała Zamieć przysiadła pod jednym z drzew, wbijając wzrok w małą roślinę, budzącą się do życia. Jej wzrok przykuły fioletowe płatki, wyróżniające się z marnego, jak na nią, krajobrazu.
Schyliła się, aby powąchać kwiatka, lecz nim zdążyła to zrobić, zaczepiło ją czyjeś głośne wołanie. 
 — Biała Zamieci! — wołała kolorowa suczka, nowa zastępczyni klanu Ventus. Wojowniczka rozpoznaje jej głos, chociaż w ciągu całego swojego życia wymieniła z nią może dwa słowa. — Musimy porozmawiać! 
Odsunęła się więc od roślinki, spoglądając na zdyszaną zastępczynie. 
— O co chodzi? — zapytała, starając się brzmieć normalnie, zdrowo, choć piekło w jej gardle zaczynało się nasilać, tak, jakby ktoś grał na fortepianie i stopniowo przyspieszał; naciskał ze wściekłością w klawisze, pozwalając, aby muzyka stawała się złowieszcza, wroga oraz krwawa. 
Biała wzięła głębszy oddech; muzyk wciąż grał, przyspieszając i zwalniając, aby dawać jej złudne wrażenie, że ból znika. 
— Chodzi o… twoją towarzyszkę. — Uśmiechnęła się, lecz w jej uśmiechu nie wyczuła szczęścia ani dobroci. Patrzyła na Bryzowy Szept, szczerzącą się najszerzej, jak tylko potrafiła; biała, ostre kły świeciły w promieniach wschodzącego słońca. 
— Moją… towarzyszkę — powtórzyła po niej.
Tak, chodziło o Złotą Gwiazdę. Czuła to. Serce zabiło w jej piersi ze zdwojoną mocą, uderzając jak dzwon kościelny o delikatne żebra suczki. Skrzywiła się z bólu, który powoli zaczynał rozsadzać ją od środka: dzwony biły, muzyk grał, a w głowie huczała krew. 
Nie pytaj, nie teraz, nie dzisiaj. Dlaczego o to pytasz? 
Muzyka zwolniła, jakby wszystkie procesy życiowe zaczynały się cofać: ze starca, po dorosłego, dziecko i niemowlę. Biała Zamieć zamknęła oczy, oddając się cała muzyce, która otulała ją do snu, otaczała, niczym kokon gotową do przemiany w motyla gąsienicę. Była, jak taka gąsienica — najadła się już odpowiednio, wyczerpała z tego życia całkowitą energię, teraz… teraz mogła odpocząć. Mogła przeobrazić się, stać pięknym motylem i odlecieć do gwiezdnych — do przodków oraz brata, który opuścił ją przed laty w młodym wieku.  
— Złota Gwiazda zabiła Orzechową Gwiazdę.
Tak, tak muzyka była wspaniała; wznosiła Białą Zamieć, pozwalając, aby dotknęła miękkich chmur, po czym zaczęła opadać, wracając do złowieszczej formy. Łapy przodków, które ją trzymały oddaliły się, przez co suczka z zawrotną prędkością zaczęła lecieć w dół. Och, jak ona spada, jak leci, rozbije się — nie zdążyła się przeobrazić. Z oczu wyciekają łzy, ochlapując okolicę słoną cieczą. Z chmur, które przed chwilą dotknęła, zaczyna padać deszcz; duże, przezroczyste krople stykają się z jej białą sierścią, a ona wciąż leci, spada i nie wygląda na to, aby mogła się zatrzymać. 
W końcu styka się z ziemią: upada w pole białych stokrotek, tonąc w nich, a w powietrze wzbija się chmara niebieskich motyli. 
— Więc to tak. — Uśmiechnęła się, ciężko wzdychając. — Więc to tak wszystko się kończy.
Bryzowego Szeptu już przy niej nie było — wróciła zapewne do swoich obowiązków, zostawiając Białą Zamieć pod tym samym drzewem, przy tym samym kwiatku, z którego fioletowe płatki zdążyły opaść. Suczka zastanawiała się dlaczego. Czy to przez wiatr? Czy to przez to, że nagle zrobiło się zimniej? 

***

Świat pełen kolorów nagle przestał być kolorowy: przemienił się w ponury czarno-biały obraz tego, co kiedyś było żywe. Biała Zamieć spoglądała na budzące się do życia drzewa, lecz zamiast szczęścia i energii odczuwała pustkę. Była pozbawiona tego, czego większość jej od zawsze zazdrościła. Przeżyła śmierć brata w młodym wieku — patrzyła prosto w bursztynowe oczy Śnieżynki i widziała, jak stopniowo uchodzi z nich życie. Tak samo życie teraz uchodziło z niej oraz roślin. Wszystko zaczynało tracić swój wieczny blask. 
Ból gardła nasilał się z każdym dniem, lecz Biała Zamieć była zbyt wyprana ze wszystkiego, aby udać się do medyka. Postanowiła, że pozwoli sobie cierpieć. Kiedy jednak pogoda zaczynała się zmieniać, a z nieba praktycznie codziennie padał deszcz, powoli myślała nad udaniem się do kogoś… niekoniecznie do medyka. Chciała się z kimś jeszcze zobaczyć. Tak, jeszcze.
Z zawieszonym łbem i drgającymi łapami powoli sunęła w kierunku najbliższego budynku. A budynek ten okazał się jej poprzednim domem — jej oraz Złotą Gwiazdę. To właśnie tam opiekowali się zgrają szczeniąt. Na to wspomnienie zakręciło się suczce w głowie; miała wrażenie, jakby z nieba zamiast rzęsistego deszczu, padał deszcz cegieł, które raz po raz uderzały ją w łeb. 
Podeszła do budynku i ze smutkiem na niego spojrzała — ile by dała, aby cofnąć się w czasie i znów przeżyć to samo. 
— To mi się należy władza! — usłyszała czyjś krzyk. — Mi! Zapracowałam na to! Pracowałam od lat, rozumiesz?! 
Krzyk do bólu przypominał jej głos Bryzowego Szeptu, z którą rozmawiała jakiś czas temu. Do gardła podeszła jej żółć — miała ochotę zwrócić wszystko, co zjadła z samego rana. 
— Nie wiem, jak to się stało — śmiała się. — Nie wiem, rozumiesz?! Dlaczego ty? Zabiłaś tę głupią Orzechową Gwiazdę i uważasz się za lidera?! Śmieszne! Żałosne! Godne politowania! — złowieszczy śmiech otulił Białą Zamieć, która nawet nie śmiała się ruszyć o krok. 
— Bryzowy Szepcie… — głos Złotej Gwiazdy wstrząsnął nią doszczętnie. 
— Biała Zamieć wie, rozumiesz?! 
— Umówiliśmy się.
— Żałosne! — znów się wydarła. — Uwierzyłaś mi, a od samego początku kłamałam! Okłamałam ją, że zabiłaś lidera, rozumiesz? Nienawidzi cię. Nikt nie stanie po twojej stronie.
Duże krople wpadały suczce do oczu, zamazują obraz. Nie wiedziała, w co powinna wierzyć. To, co powiedziała jej wcześniej Bryzowy Szept, było kłamstwem? To wszystko było kłamstwem? Złota Gwiazda nikogo nie zabiła? 
Przesunęła się do przodu, choć miała wrażenie, że wokół jej łap zacieśniły się sznury i nie pozwalały iść dalej. Dusza mówiła suczce, aby nie ufała ponownie, by zostawiła tę sprawę pomiędzy zastępcą, a liderem. Nie mogła tego zrobić. Nie mogła zostawić Złotej Gwiazdy, choć na samo imię liderki ogarniał ją żar złości. Też żar jednak powoli był gaszony nieznanym dla niej uczuciem. Chciała jej nienawidzić, lecz nie mogła tego uczynić. 
Wyrwała się z uwięzi i pognała do przodu, mijając wysokie drzewa; błoto chlapało na wszystkie strony, brudząc białe futro Białej Zamieci. Nie mogła się już zatrzymać — wybrała, aby pobiec na pomoc liderce. Tej decyzji nie dało się już cofnąć.
Wybiegła cała mokra oraz obłocona i spojrzała w oczy zaskoczonej Złotej. Suczka patrzyła na nią tymi zgubnymi oczami; Biała Zamieć ponownie zabłądziła w ich głębi, ciemności oraz nieznanej magii, która wypływała z ciemno brązowych tęczówek. Wpatrywała się na nią, spojrzeniem powoli odkrywając wszystkie sekrety, słabości oraz obawy Złotej Gwiazdy. Liderka była przy niej jak pozbawiona kory brzoza. 
— Biała Zamieć… 
Ten szept mogła słyszeć każdej nocy, jak kładła się spać. Ten szept mógł uspokajać ją za każdym razem, jak źle się czuła. Ten szept mógł dawać jej energii, kiedy brakowało jej sił. 
— Złota Gwiazda…
Łapy same goniły do przodu, prosto na liderkę, a czarno-biszkoptowa suczka nie cofnęła się nawet na krok. 
— Ty… nie zrobiłaś nic złego, prawda? — Uśmiechnęła się delikatnie. — Nic złego. 
— Nikogo nie zabiłam.
Suczka poczuła, jak z jej serca spada ogromny ciężar, który dźwigała od kilku dni. Ta ulga była jak lecące w powietrzu piórko. Nic jednak nie mogło trwać wiecznie — psy rodzą się i umierają, z tą chwilą było dokładnie tak samo. Ta chwila umarła. 
Bryzowy Szept zerwała się do biegu i nim obie suczki zdążyły zareagować, kły zastępcy zacisnęły się na karku obecnej liderki. Złota Gwiazda próbowała ją z siebie zrzucić, lecz na jej nieszczęście miała za mało siły. Dopiero Biała Zamieć, która ze wściekłości wgryzła się w łapę Bryzowego Szeptu, uwolniła towarzyszkę. 
— Co ty robisz?! — krzyknęła.
Bryzowy Szept uniosła wyżej głowę.
— Obie jesteście ciebie warte — prychnęła. — Zejdź mi z drogi.
Suczka zaparła się. Nie da jej przejść nawet, jeśli skończy ranna. 
— Nie! — W oczach zaczęły wzbierać jej się łzy. Za nią Złota Gwiazda charczała. Została ciężko ranna. 
Bryzowy Szept zmarszczyła pysk, odsłaniając rząd zakrwawionych kłów. Biała Zamieć zrobiła to samo, warcząc ostrzegawczo i wbijając pazury w brudną, mokrą ziemię. Wpatrywały się w siebie, jakby obie czekały na to, która pierwsza zacznie.
— Zabiją ją — wyszeptała liderka.
Zabij. Zabij. Zabij.
Jak mogła zabić kogoś, kto był z tego samego klanu? Jak mogła zabić kogoś, kto…
Wyrwała na przód i rzuciła się na rudą suczkę. Powaliła ją na ziemię i przygniotła do niej całym ciężarem ciała. Zabij. Zabij ją. Ufała Złotej Gwieździe bardziej, niż komukolwiek innemu. Nie obchodziły ją w tym momencie żadne konsekwencje. Dopiero co ją znalazła! Dopiero co poczuła, że liderka czuje to samo! 
— Złota Gwiazdo… — odwróciła się, trzymając wyrywającą się pod nią suczkę — jeśli piekło istnieje, to trafię tam razem z tobą. 
Otworzyła pysk i zacisnęła kły na gardle Bryzowego Szeptu; łzy ściekały jej po pysku, mocząc i tak mokre od deszczu futro. Zastępczyni powoli zdawała się tracić siły — Biała Zamieć niemal że czuła, jak uchodzi z niej życie.
I gdyby nie ten jeden, fatalny błąd, Złota Gwiazda pewnie wciąż by żyła. Pewnie poszłaby do medyka razem z Białą Zamiecią, gdzie zostałaby opatrzona. Ten jeden błąd był ostatnim błędem, który popełnia wojowniczka przed śmiercią życiowej towarzyszki i swoją własną. 
Bryzowy Szept wyrwała się nagle z ucisku Białej Zamieci i nim ta zdążyła zareagować, rzuciła się na osłabioną liderkę. Przed oczami wojowniczki latała krew, martwe ptaki, a wszystko to dodatkowo było rozmazane przez wciąż padający deszcz. 
— Złota Gwiazdo — wydarła się tak głośno, że z pewnością zdarła chore gardło. — Złota Gwiazdo! — rzuciła się do biegu, próbując odciągnąć Bryzowy Szept, jednak zastępczyni zbyt mocno trzymała nie ruszającą się już liderkę. 

***

Minęło już trochę czasu od poprzedniego zdarzenia. Biała Zamieć nie spała od tamtego dnia ani nic nie jadła przez co wyraźnie schudła. Wciąż w głowie ma swój rozdzierający krzyk, wołający Złotą Gwiazdę, która zmarła tuż obok niej, tak samo, jak jej brat. Wciąż pamięta, jak stała nad nią, szturchała nosem i prosiła, aby wstała. Mówiła, że zabierze ją do medyka i zaraz wszystko się ułoży. 
Nic się nie ułożyło. Nikomu nie powiedziała, co się stało. 
Ten dzień zapowiadał się na bardzo ładny: ptaki śpiewały, słońce świeciło, ogrzewając wymarzłe ciała psów po zimie, a kolejne rośliny budziły się do życia. Ten dzień był naprawdę bardzo ładny. 
Suczka uniosła głowę, aby spojrzeć na rozciągająca się wodę aż po horyzont. Z tego miejsca, odpowiednio wysokiego widać było wszystko. Poczuła chwilową żałość, że nigdy wcześniej tutaj nie bywała; bo gdyby bywała, z pewnością cieszyłaby się podobnymi widokami. 
Spojrzała teraz w dół, w nieskończoność, w którą zaraz skoczy; skoczy tam po to, aby odnaleźć się raz jeszcze w cieple Złotej Gwiazdy i by porozmawiać z bratem. Chciała się dowiedzieć, jak się miewa i sprawuje. 
Bez chwili zawahania wysunęła swe ciało do przodu i pozwoliła mu spaść delikatnie, swobodnie, niczym ptasie pióra suną po wietrze. 

[2572 słów]

20 stycznia 2021

Od Białej Zamieci CD Krzemiennej Łapy

Pierwszy raz widziałam niedźwiedzia w całym moim życiu. Nie, chwila, widywałam je jeszcze wcześniej, w starym domu, w lesie. Kiedy się przenieśliśmy w wyniku wojny, słuch o niedźwiedziach zaginął, tak samo, jak o innych niebezpieczeństwach. Byliśmy bezpieczni, ale czy to właściwie prawda, czy złudne pocieszanie się?
Brunatny, ogromny zwierz, dwa razy większy ode mnie, poruszył się leniwie i wydusił z siebie dwa pomruki. Skrzywiłam się, ponieważ wyglądał teraz jak wściekła Złota, gdy szczeniaki przypadkiem obudziły ją zbyt wcześnie rano. Dosyć zabawne i absurdalne porównanie, jak na sytuację, w której się znaleźliśmy.
Rzuciłam Krzemiennej Łapie porozumiewawcze spojrzenie, które — o dziwo — zrozumiał za pierwszym razem. Nie widziałam co prawda w jego oczach strachu, co to, to nie. Widziałam jednak zwątpienie, pewnego rodzaju emocje, których nie mogłam teraz rozszyfrować. Zbyt długie wpatrywanie się w ucznia pewnie zbiłoby go z tropu i zechciał wrócić do obozu szybciej niż jeszcze chwilę temu. Odwróciłam zatem wzrok z myślą, że Krzemienna Łapa, mimo iż próbuje wyglądać poważnie, to kumuluje w sobie emocje; na delikatnym grzbiecie targa ogromne brzemię, którego nawet ja nie chcę sobie wyobrażać.
Niedźwiedź ryknął nagle i sapnął kilka razy, co w moim mniemaniu brzmiało, jakby wymawiał „co jest kurwa”. Wcale bym się nie zdziwiła, jakby tak było.
— Krzemienna Łapo, myślę, że on nas obraża — powiedziałam do ucznia, który wpatrywał się w niedźwiedzia, starając się zapewne analizować sytuację. — Wydaje mi się, że mówi o nas bardzo złe rzeczy.
— Słucham? — Odwrócił łeb i na mnie spojrzał. — To niedźwiedź.
— I właśnie dlatego myślę, że nas obraża.
Zwierz, jakby rozumiejąc moje słowa, ryknął ponownie.
— A nie mówiłam? — zaśmiałam się. — Ten ogromny owłosiony potwór nas obraża.
Krzemienna Łapa zmarszczył się na pysku, wyglądając podobnie do Złotego Popiołu, kiedy ma mnie dość i chce zniknąć jak najdalej ode mnie. Uczeń był do niej zabójczo podobny.
Wszystkie żarty zniknęły z momentem, kiedy niedźwiedź nie poczuł się urażony i nie pomyślał, że to świetny pomysł na nas ruszyć. Podskoczyłam w miejscu i szturchnęłam po drodze Krzemiennego nosem, aby wybudzić go z szoku.
Wybiegliśmy na pokryte śniegiem pola i jak najszybciej próbowaliśmy odnaleźć schronienie. Niedźwiedź gonił nas, rycząc tuż za naszymi plecami, przez co wciąż brzmiał dla mnie, jakby raz za razem przeklinał nas i opowiadał, jak okropnymi psami jesteśmy. Z jednej strony było to zabawne i chętnie pośmiałabym się jeszcze chwilę, jednak z tak dużym oraz niebezpiecznym zwierzęciem nie powinno się żartować... dopóki nie jest się mną.
Stanęłam na środku jednego z pól i wyszczerzyłam kły na niedźwiedzia.
— A teraz Krzemienna Łapo, zobaczysz, jak wygląda walka z niedźwiedziem. — Wyszczerzyłam się jeszcze bardziej, czując, jak przez całe moje ciało przechodzi świeża dawka podekscytowania.
Uczeń mówił coś do mnie, jednak go nie słuchałam. Czeka mnie świetny popis moich własnych umiejętności.
Niedźwiedź stanął na dwóch łapać i wyszczerzył na mnie białe kły; w odpowiedzi próbowałam zrobić dokładnie to samo. Nie powinno nikogo zdziwić, że mi nie wyszło i ledwo uniknęłam nadchodzącego ciosu. Łapy niedźwiedzi są duże, ciężkie oraz posiadają wyjątkowo duże pazury. Gdyby mnie zranił, to pewnie nie dałabym rady się już podnieść.
Zwierz opadł na przednie łapy i spojrzał mi prosto w oczy. Gdybym rozumiała jego mimikę oraz mowę, to pewnie dałabym radę się z nim dogadać. W tym wypadku jednak pozostało mi porzucenie marzeń o pokonaniu niedźwiedzia i ucieczka.
— Krzemienna Łapo, mam plan! — krzyknęłam do niego w biegu. — Uciekamy!
Biegliśmy spory kawał drogi, nim nie stwierdziłam, że zagrożenie już minęło. Niedźwiedź zniknął. Mam nadzieję, że na zawsze.
— Dobre to było — zaśmiałam się. — Nie chciałabym go spotkać już więcej — powiedziałam to, wciąż się śmiejąc. — Krzemienna Łapo, proszę, nie walczmy więcej z niedźwiedziami.
— Ale to był twój pomysł.
— Nieważne! — Pokręciłam łbem, zagłuszając jego słowa. — Wracajmy do obozu!
Uczeń spojrzał na mnie z politowaniem.
— Słuchaj, to byłaby naprawdę świetna zdobycz, ale potrzeba na to więcej psów.
Zaciągnęłabym Złoty Popiół, gdybym mogła, ale niestety nie było to teraz możliwe. Suczka miała jednak świetne doświadczenie w walce oraz każde jej polowanie było udane — zakładam więc, że polowanie na niedźwiedzia z zastępcą u boku mogłoby się powieść. Wątpiłam jednak w to, iż by się zgodziła. Prędzej by mnie zbeształa i kazała zająć się tym, co „ważne”. Szkoda tylko, że nigdy nie wyjaśniła mi, czym są te „ważne” sprawy, którymi powinnam się zająć.
— Chodź, resztę terenów pokażę ci jutro. — Uśmiechnęłam się.
Te słowa powinny raczej brzmieć: chodź, wracajmy, mam dość drącego mordy niedźwiedzia. Nie wypada mi jednak mówić podobnych słów szczeniakowi. Chwila. Czy Krzemienna Łapa to wciąż szczeniak?
<Krzemienna Łapo?>
[728 słów: Biała Zamieć otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia, Krzemienna Łapa 2 Punkty Treningu]

4 stycznia 2021

Od Białej Zamieci CD Wojowniczej Łapy

Próbuję mówić do Wojowniczej Łapy, ale każda moja próba jest na nic. Młody nie reaguje na żadne słowa, a w tym momencie, siedząc upchnięta w ciasnym pudle, nie jestem w stanie nawet go dotknąć, choć jest tuż obok mnie. Wepchnęłam łapę pomiędzy kraty, starając się zwrócić jego uwagę, jednakże ten siedział w kącie, mamrocząc do siebie tysiąc słów na sekundę. Wycofałam łapę i cicho westchnęłam. Ktoś, kto nas tutaj wpakował, bez wątpienia był Dwunożnym. Starałam się nawet walczyć, wyszczerzając kły, myśląc, że coś zadziałam. Moje próby, znowu, zostały wtedy zniszczone z chwilą, kiedy zarzucono mi na szyję coś ciasnego i wytrzymałego. Nie miałam innego wyjścia niż pójść za Wojowniczą Łapą, który na wpółprzytomny gadał sam do siebie.
 
Co się stało, Wojownicza Łapo, że czujesz się w ten sposób? Co cię spotkało, że nie dajesz sobie pomóc?
 
Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. A pytać go przecież nie będę — zakładam, iż to niewygodne pytania, na które mi nie odpowie. Zadając je, pewnie poczułby się niekomfortowo i spróbował ode mnie uciec. Tak mi się wydaje. Nie wiem, jak się czuje, ale czy ktokolwiek, kto się nie czuł w podobny sposób, nie chciałby uciec od niewygodnych pytań? Mogłam wrócić myślami do siebie z przeszłości, kiedy leżałam przy umierającym bracie i szukałam leczniczych ziół, nie znając się nawet na medycynie. Ówczesny medyk nie chciał mi pomóc, odganiając mnie i prosząc, bym pożegnała się z bratem. Nie chciałam tego słuchać, bo w końcu, jak mogę pożegnać się z kimś, kogo kocham? Czy Wojowniczy musiał tego doświadczyć? Bolesnej straty psa, który był dla niego rodziną?
Położyłam pysk na łapach, wpatrując się w szare futro samca. Nie ruszył się od momentu, kiedy wpakowali go tutaj razem ze mną. Przypominał mi kamień, tyle że Wojowniczy żył. Jeszcze żył. Dopilnuje, aby nic mu się nie stało w miejscu, do którego nas chcą zabrać. Nawet nie wiem, jak to jest być uwięzionym w ten sposób, co jestem teraz, lecz ani trochę mi się to nie podobało. Później obmyślę, jak nas stąd wyciągnąć.
Warkot potwora ustał, jednak nie to wyrwało mnie z chwilowego snu. Wyrwały mnie z tego promienie słońca, które przedzierały się tuż pod moje powieki. Skrzywiłam się i syknęłam cicho.
— Wyciągaj. — Słyszałam niezrozumiałe głosy dwóch Dwunożnych.
Jeden z nich wyciągnął Wojowniczą Łapę, wziął go na przednie łapy (jakkolwiek to brzmi?) i zaniósł w nieznane miejsce. Ja natomiast próbowałam ugryźć tego, który starał się założyć mi na szyję pętlę. Ten natomiast się nie poddawał, krzyczał coś, jakby wołał Dwunoga, który porwał Wojowniczego. Żadnej pętli. Wsadź sobie to w dupę.
Drugi Dwunożny zjawił się tak samo szybko, jak jeszcze parę chwil temu, gdy mnie oraz ucznia pakował do pudeł. Wykonał niezrozumiały gest i zbliżył się do mnie, łapiąc za kark. Warknęłam przez dyskomfort, który poczułam. Gdzie z tymi łapami? Swoje potomstwo też tak łapiesz?
Nim się zorientowałam, na szyi miałam już jedną z pętli, która zmusiła mnie do pójścia za dwoma Dwunożnymi. Wszędzie słyszałam głośne poszczekiwania innych psów. Ile ich tutaj było? Dziesięć? Dwadzieścia? Nie potrafiłam tego stwierdzić. Mogłam jedynie powiedzieć, iż każdy wołał o pomoc i każdy chciał zostać uwolniony.
Wciągnęli mnie do jednego z większych pomieszczeń, w których mieściło się kilka pudeł. W każdym z nich był albo jeden, albo dwa psy. Patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem, niektóre skakały, wołając mnie i o coś prosząc. Głosów było tak dużo, iż w końcu przestałam zwracać uwagę na to, kto do mnie krzyczy.
Wrzucili mnie do kolejnego pudła z innym psem i szczelnie zamknęli. Usłyszałam też, jak jeden do drugiego parsknął coś, zapewne komplement na mój temat i zaniknęli.
— Witam — obcy pies postanowił się przywitać. — Widzę, że nowa.
Spojrzałam na średniego, czarnego psa. Wyglądał, jakby siedział tu przynajmniej latami.
— Powiesz mi, jak stąd wyjść? — zapytałam, choć pytanie o to było tak głupie, że aż szkoda gadać.
— Wyjść? — Przekrzywił łeb. — Nie da się stąd wyjść. A bynajmniej nikt nie próbował.
Pokiwałam łbem.
— Skoro nikt nie próbował, to nie znaczy, że to niemożliwe — mruknęłam sama do siebie, ignorując obecność obcego.
— A tak przy okazji, jak ci na imię? — Podszedł bliżej, aby spojrzeć mi w oczy. — Ja jestem Azor.
— Biała Zamieć.
Czarny pies zamerdał ogonem.
— Dziwne imię.
— Tam skąd jestem, to zwyczajne imię — westchnęłam, czując nagłą tęsknotę za domem.
Nie, to nie to, o czym powinnam teraz myśleć. Gdzie, do cholery, jest Wojownicza Łapa? Nie widziałam go tutaj, a uważanie się rozglądałam. Zaciągnęli go w inne miejsce? Skoro tak, to może ktoś go widział? Muszę wiedzieć, że jest bezpieczny. Tym Dwunożnym nie można ufać.
— Skoro już tu jesteś, to powiedz mi, czy widziałeś takiego szarego psa z białymi znaczeniami? Jest nowy razem ze mną i nie wiem, gdzie zabrali. Najprawdopodobniej też zemdlał.
Azor uśmiechnął się ciepło, przez co czułam się niekomfortowo, jakby planował zabójstwo.
— Spokojnie, nic mu nie zrobią — pocieszył mnie. — Zabrali go do specjalnego miejsca, z którego wróci zdrowy. Obok jest wolna klatka.
Wróci zdrowy. To chciałam usłyszeć, ale wciąż pozostawało jeszcze wiele pytań i wątpliwości. Czy mogę ufać Azorowi? Wszystkie psy stąd wyglądały, jakby trafiły tu z przymusu i dbały tylko o swój ogon.
— Mogę ci ufać?
— Och, jeszcze nigdy nikogo nie oszukałem — roześmiał się i wszedł na posłanie z kilku szmat oraz czegoś grubszego, tego samego, co mieliśmy w obozie.
Wiedziałam, że prędko się stąd nie wydostanę, lecz nie potrafiłam odejść od krat. Co chwilę wkładałam między pręty łapę albo pysk, choć nie dawało to nic oprócz... właściwie niczego. Czekałam na Wojowniczego. W międzyczasie powinnam wymyślić również plan ucieczki.
— Azor — zwróciłam się do psa, który już zdążył zasnąć. — Jeśli nie śpisz, to powiedz mi, kiedy mam największe szanse na ucieczkę?
Pies przeciągnął się na legowisku, mrucząc przy tym, jak stary kot.
— Kiedy cię wyprowadzają lub kiedy otworzą klatkę. — Ziewnął. — Jednak wciąż musisz liczyć na szczęście.
Podziękowałabym mu, lecz wtedy zobaczyłam idącego psa na tej samej pętli, do złudzenia przypominającego Wojowniczego. Podniosłam się i zaczęłam mrużyć oczy, starając się wyostrzyć obraz. Dookoła na nowo rozległy się salwy poszczekiwań oraz wyć. Nie słyszałam nawet, że mój towarzysz coś do mnie mówił, a pies, którego obserwowałam, nagle zniknął mi z oczu. Prawie tak, jakby był tylko złudzeniem.
<Wojowniczy?>
[1002 słowa: Biała Zamieć otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

17 grudnia 2020

Od Białej Zamieci do Cynamonki

Minęło trochę czasu, odkąd zgodziłam się przygarnąć szczenięta od Aksamitkowej Chmury. Suczka odwiedziła mnie oraz zastępczynie już dwa razy, nie dając po sobie poznać, iż to ona jest ich biologiczną matką. Z innej perspektywy przypominała bardziej ciotkę lub też starszą siostrę, chociaż w tym wypadku pasuje bardziej to pierwsze, bo nawet nie wiem, czy Złoty Popiół ma rodzeństwo.
Szczenięta szybko się zadomowiły i dawały radę — były bardzo wytrzymałe. Zaczepiały w większości mnie, gdyż Złoty Popiół zmywała się za każdym razem, gdy prosiłam, aby została ze szczeniakami sama. Zastępczyni została tym mistycznym ojcem, który wychodzi na polowanie i nigdy nie wraca. Chociaż chwila, wróć, Złoty Popiół akurat wracała.
Tego dnia było pochmurnie i wietrznie dlatego też większość swojego czasu spędziłam ze szczeniakami, ogrzewając je oraz mówiąc, że nie umrą. Jeden ze szczeniaków, Sosenka, ciągle powtarzała pod nosem, że zaraz coś przyjdzie i ich wszystkich zje. Najwięcej miałam z nią problemów, gdyż okazała się najbardziej strachliwa. Nie to, co jej siostra Nieuchwytka, która ponownie próbowała wymknąć się, by zwiedzić świat samemu. I również ponownie, gdybym nie dostrzegła ledwo chodzącego szczeniaka, to zapewne zniknęła.
— Złota, one nie gryzą, mogłabyś z nimi posiedzieć? — spytałam.
Suczka siedziała na drugim końcu budynku, zagrzebana w słomie.
— Jeden mnie ugryzł — prychnęła. — W ogon.
Westchnęłam. Rosną im chyba zęby, prawda? To normalne, że wszystko gryzą. Tak mi się wydaje.
— Zęby im rosną przecież.
Zastępczyni wygrzebała się ze słomy i do mnie podeszła. Nachyliła się, by przeliczyć szczenięta i powiedziała:
— To niech im rosną. Od tego są zęby.
— Od czego?
— Od tego, by rosnąć.
Pokiwałam łbem w zrozumieniu, choć tak naprawdę nie zrozumiałam nic z tego, co chciała mi przez to przekazać. Stare mądrości Złotego Popiołu. Powinnam to przekazać szczeniętom, jak już trochę podrosną. Będę opowiadać im o tym, co mamusia Popiół mówiła na ich temat, gdy jeszcze były niedorozwiniętymi kuleczkami sierści.
Położyłam się na słomie i razem ze szczeniakami usnęłam. Czułam, jak kilka z nich co chwilę się przewraca i wgryza w moje łapy lub też liże mnie po nosie. Rozpraszało mnie to, jednak kiedy wpadałam w fazę głębokiego snu, nie robiło mi to już różnicy.
Śniły mi się szczeniaki, rzecz jasna, lecz nie byliśmy u siebie, otoczeni słomą i ciepłem. Byliśmy pośrodku niczego w mrozie, gdzie szalała burza śnieżna. Nic nie było widać, na dodatek dookoła słychać było ciche pomrukiwania oraz prychnięcia. Nie mogąc ocenić sytuacji przez płatki śniegu wpadające mi do oczu, próbowałam, chociaż ochronić szczenięta własnym ciałem. Kiedy się jednak schyliłam, by nosem odszukać małe puchate kuleczki, zrozumiałam, że nie ma ich już na swoim miejscu. Czułam, jak krew odpływa z mojego ciała. Gdzie są szczenięta?
Zaczęłam nerwowo się rozglądać, wołając przy tym imiona każdego z nich i czekając, aż chociażby jedno wyda z siebie odgłos. Cisza. Żadnego odzewu. Zestresowana zaczęłam ich do przodu, przedzierając się przez śnieżną zasłonę i krzywiąc się, gdy zamarznięte kropelki wody uderzały o mój pysk. Gdzie są szczenięta?
Wtem dostrzegłam, że na ziemi ciągnie się smuga krwi, a na samym końcu leżą ciała wszystkich szczeniąt. Wszystkie martwe. Wszystkie nie żyją.
— Umarły. — Zerwałam się, budząc przy tym smacznie śpiące szczenięta. — Och, jednak nie umarły. — Wzdycham, uświadamiając sobie, że to jedynie głupi sen. Polizałam każdego ze szczeniaków po głowie.
Spojrzałam na szczeniaki z uśmiechem. Dlaczego ja, na Gwiezdnych, zostałam ich matką?
— Złota...
Odpowiedziała mi cisza.
— Złota, brakuje jednego. — Powoli zaczęłam się niepokoić. — Oddawaj go.
Suczka unosi zdziwiona łeb. Leżała obok mnie.
— O czym ty mówisz?
— Jednego szczeniaka brakuje.
— Bywa i tak... — Położyła łeb z powrotem na sianie i zamknęła oczy.
W takim razie na zastępczynie nie mam co liczyć. Kto by się spodziewał?
Wstałam ze swojego miejsca, by poszukać szczeniaka. Suczką się już nie przejmowałam — teraz niech ona z nimi zostanie.
Wciskałam nos w każdą szczelinę, myśląc, że zguba postanowiła się ze mnie pośmiać i schować w miejscu, gdzie jej nie znajdę. I tak pewnie myślałabym jeszcze chwilę, dopóki nie usłyszałabym cichego pisku. A więc tam jesteś.
Podeszłam do drugiej kupki siana i w niej zanurkowałam. Chwyciłam delikatnie zgubę za skórę na karku i wyciągnąłem.
— No, Cynamonka, tłumacz się. — Postawiłam szczeniaka na ziemi. — Co to miało znaczyć?
<Cynamonko?>
[674 słowa: Biała Zamieć otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

11 grudnia 2020

Od Białej Zamieci

Tego dnia było mroźnie, chociaż czego można by się spodziewać po Porze Nagich Drzew. Dookoła otaczał mnie brzydki obraz drzew, które zapadły w sen oraz krzewów, bez ani jednego liścia. Dodatkowo z nieba zaczęły smętnie opadać białe płatki. Wiedziałam co to, w końcu to nie moja pierwsza Pora Nagich Drzew. Przeszedł mnie momentalnie dreszcz wywołany raczej tym, że wolałabym jak inne zwierzęta zapaść w sen i obudzić się na wiosnę, gdy słońce znów ogrzewa sierść, a gałęzie drzew uginają się od liści.
Płatki zaczęły spadać coraz szybciej, pokrywając ziemię cienką warstwą bieli. Puchu nabywało coraz więcej i więcej, i w pewnym momencie przestałam nawet zwracać na to uwagę. Skuliłam się na swoim legowisku, próbując obrać odpowiednią pozycję, gdyż w każdej innej było mi niewygodnie. Oczywiście się to nie udało, więc poirytowana wstałam i wyszłam na mróz. Białe płatki momentalnie zaczęły przeklejać się do mojej sierści i równie momentalne stapiać się, zostawiając po sobie wilgoć. Skrzywiłam się, gdy poczułam zimną wodę na pysku. 
Nie wiem, gdzie miałam zamiar pójść. Pola? Nie, tam nic nie ma. Jest pusto i nudno, na dodatek to otwarty teren, więc musi niesamowicie wiać. Westchnęłam. Może po prostu wrócę, położę się, chociażby w niewygodnej pozycji i spróbuję zasnąć? Wszystko było by prostsze, zero zmartwień i...
Nastawiłam uszu. Usłyszałam specyficzny dźwięk świadczący o tym, że ktoś się do mnie zbliża. Śnieg skrzypiał od ciężarem innego psa. Nie ruszyłam się, czekając, aż spostrzegę towarzysza. Przez to, że wciąż padało ledwo mogłam dostrzec cokolwiek.
— Biała Zamieć? — Podskoczyłam na miejscu słysząc własne imię. — Biała Zamieć to ty, prawda? — Głos stał się coraz wyraźniejszy.
Zmrużyłam oczy, próbując wyłowić oczyma sylwetkę psa, który do mnie mówił. W końcu i dostrzegałam przebłyski rudego futra w białym puchu. Odetchnęłam z ulgą. Doskonale wiedziałam kim jest ten pies — nie tylko z wyglądu, lecz takie specyficznego zapachu, który niosła za sobą tylko ta jedyna suczka. 
— Biała Zamieć, chodź ze mną. — Wyłoniła się i stanęła przede mną. Na jej pysku dostrzegłam zmęczenie, strach i coś jeszcze, czego nie mogłam rozczytać. Wyglądała tak, jakby właśnie przeżyła wojnę i przyszła do mnie, prosząc o schronienie oraz jedzenie. 
| Kiwnęłam łbem na prośbę lub też rozkaz Aksamitkowej i poszłam za nią. Suczka coraz bardziej zdawała mi się podejrzana — jest chód był chwiejny, ledwo stawiała łapy i szła bardzo wolno, jakby usilnie starała chronić się przed upadkiem. 
Otworzyłam pysk, aby o coś spytać, ale zamknęłam go myśląc, że tak będzie lepiej. Po głowie plątały mi się przeróżne pytania, z czego najbardziej męczące było to, dlaczego największa planowa plotkara chce mnie o coś poprosić. Nigdy nie byłam z nią blisko, prawdę powiedziawszy nie znam suczki osobiście, oprócz opowieści innych psów. Zawsze mieli o niej kiepskie opinie przez to, że nie potrafiła dotrzymać tajemnic. Teraz przypominała psa, któremu przed chwilą świat zawalił się na głowę. 
Aksamitkowa szła w kierunku stadniny, czyli miejsca gdzie większość psów z naszego klanu przebywa. Pomyślałam, że ma zamiar opowiedzieć mi o czymś przerażającym, czego się dowiedziała od innego naiwnego psa, jednakże ona ominęła stajnie. Za nami rozległy się wierzgania koni oraz prychnięcia. Moja chwilowa towarzyszka szła tym samym tempem, coraz bardziej przypominając mi przez to trupa. 
— Gdzie idziemy? — zapytałam, nie mogąc już wytrzymać. 
Rudo-biała suczka westchnęła cicho, jednak mi nie odpowiedziała. Spuściła łeb niżej, a ogon schowała między łapy. 
Co się dzieje? Dlaczego taki pies, jak ona zachowuje się jak ofiara? Przekrzywiłam łeb, nie mogąc znieść myśli, ze stało się z Aksamitkową coś poważnego. Jak wcześniej wspominałam — nie miałam z nią nigdy większego kontaktu. Byliśmy sobie obcy i jedyny moment, w którym się spotykaliśmy, to wtedy, gdy wszyscy przychodzili zjeść. Nie zwracałam na nią szczególnej uwagi, ponieważ niczym się nie wyróżniała. Była... zwykła. A teraz? A teraz nie mogę nic z tego zrozumieć. Czuję się tak, jakbym właśnie była prowadzona na rzeź albo zobaczyć martwego psa, którego suczka przypadkowo zabiła i nie może poradzić sobie z poczuciem winy.
Trochę dalej od stajni znajdował się duży budynek zbity z desek. Wyglądał na opuszczony albo też taki, do którego mało kto zagląda. Towarzyszka przyspieszyła kroku i niemalże się nie przewracając weszła do środka. Podążałam oczywiście za nią, co chwilę sprawdzając, czy ktoś obcy za nami nie idzie — miałam przeczycie, że chodzi o zabójstwo i inny pies może za nami podążać.
Pomieszczenie było przepełnione słomą i także nią pachniało. Było tutaj również dużo przestrzeni, aż dziwne, że wcześniej tutaj nie zaglądałam.
— Aksamitkowa Chmuro, czy... — nie dokończyłam, gdyż cichy, ledwo słyszalny pisk mi to przerwał.
Pomyślałam od razu, że to myszy, więc się zaśmiałam, lecz patrząc po towarzyszce, która zaczęła schylać się po coś ukrytego w słomie, zbladł mi uśmiech. Podeszłam do niej niepewnie, choć przez pokomplikowanie tego wszystkiego chciałam trzymać się na dystans.
— To... — Spojrzałam na nią ze strachem. — To szczeniaki! Ile one mogą mieć? Znalazłaś je? Kto mógłby je tak zostawić?
Aksamitkowa pokręciła łbem.
— Nie znalazłam ich.
— W takim razie...
— Są moje. — Spojrzała na mnie z bólem. — Są moje i mają niecały tydzień. — Polizała jednego z nich po małej główce. — Mogę cię o coś poprosić? 
— Pewnie — odparłam, choć w głowie zapaliła pojawiło mi się pełno ostrzeżeń. Byłam pewna, o co mnie spyta, jednak może okaże się, że chodzi o coś innego. Chce bym ich pilnowała? Chce bym jej pomogła? Kto jest w ogóle ojcem i gdzie on jest? 
— Nie mogę się nimi zająć. — Polizała jednego szczeniaka. — Żałuję tego, że się urodziły... 
— Spokojnie, spokojnie — zaczęłam panikować. — Poczekaj, ale jak to żałujesz? Nie planowałaś ich?
Pokręciła łbem.
— To kto jest ojcem? Dlaczego go z tobą nie ma? — Podeszłam do szczeniąt leżących w słomie. Wszystkie się do siebie przytulały. — Aksamitkowa Chmuro, o co tutaj chodzi?
Suczka westchnęła, czując zapewne, że to czas na jakiekolwiek wyjaśnienia. 
— Ojcem jest Srebrne Zbocze. To był wypadek, nie chciałam mieć szczeniąt. — Nerwowo zaczęła drapać drewnianą podłogę. — Schowałam je tutaj, ale nie dam rady się nimi zająć. Nie mam siły, rozumiesz? Jesteś jedyną, na której można polegać. 
— Nie, nie, nie. — Pokręciłam łbem. — Pogubiłam się, poczekaj. — Usiadłam tuż przed nią i szczeniakami.
Szczenięta więc są wpadką, a Aksamitkowa nie jest gotowa się nimi zajmować. Przyszła do mnie, by prosić mnie, bym je wzięła pod swoją opiekę. Dlaczego prosi akurat mnie? Jestem godna zaufania? Skąd ona to wytrzasnęła, przecież my się nawet nie znamy. 
— Proszę. — Spojrzała błagalnie. — Zaopiekuj się nimi. Nie mogę ich porzucić, ponieważ wciąż je kocham. — Zbliżyła się do mnie na tyle blisko, że bez problemu mogłam zajrzeć prosto w jej oczy przepełnione smutkiem oraz strachem. — Nie mów o tym nikomu. Nie mów nikomu o tym, że szczenięta są moje. Nie mów im również kto jest ich prawdziwą matką, nie chcę, by na razie się dowiedziały.
— Jeszcze nie podjęłam decyzji! 
— Biała Zamieci, proszę cię, zrobię wszystko, co zechcesz, ale weź je pod opiekę. Będę je odwiedzać, będę dla nich ciocią, ale nie matką. 
— Ile ich jest? — spytałam, poddając się. Nie zostawię tych szczeniąt samych, kiedy jestem najwidoczniej ostatnią deską ratunku. — Wezmę je.
— Jest ich piątka. Nie nadałam im jeszcze imion.
— Chcesz mi powiedzieć, że to też mam zrobić? 
— Nie było czasu, bym się nad tym zastanowiła. 
Zawiesiłam łeb. To za dużo, to naprawdę za dużo. Z jednej strony chcę wziąć szczenięta do siebie, ponieważ potrzebują opieki oraz miłości, a z drugiej odczuwałam strach, że sama sobie nie poradzę. Teraz było już a późno. Zgodziłam się.
— Dobrze. — Uniosłam łeb, by nie okazywać niepewności i strachu. — Zajmę się nimi.
Aksamitkowa uśmiechnęła się do mnie ciepło. 
— Dziękuję ci, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna. — Wstała na wciąż chwiejnych łapach. — Postaram ci się w przyszłości odpłacić. — Powiedziawszy to wyszła z drewnianego budynku i ślad po niej zaginął. 
Miałam ochotę się utopić. Co ja zrobię z takimi małymi szczeniętami?! Dobrze, chwila, nie panikujmy. Zaopiekuję nimi, tak, jak wcześniej opiekowałam się małym kotkiem. To nie może być nic trudnego, prawda? Na Gwiezdnych, potrzebuję pomocy! 
Myśląc rozpaczliwie o pomocy, do łba przyszedł mi pomysł, aby pójść do Złotego Popiołu. Była zastępczynią oraz dobrze się znaliśmy. Nie zostawi mnie samą ze szczeniętami, prawda? Mimo że wygląda na chłodną i szorstką, to ma serce, a to serce jest naprawdę bardzo ciepłe. 
— Zostańcie tutaj — powiedziałam do śpiących szczeniąt. — Wrócę do was... gdzieś za chwilę! Jestem waszą nową matką i na pewno was nie zawiodę! 
Wybiegłam z budynku i pobiegłam prosto do miejsca, w którym najczęściej widywałam Złoty Popiół. Był to sad, który teraz wyglądał obrzydliwie, ale najwidoczniej zastępczyni się tam podobało. Dodatkowo na szczęście sad nie był tak daleko, jakby to wszystko, co się teraz działo było przeznaczeniem. Czy ja wierzę w przeznaczenie? Jak w ogóle mogę to rozumieć?
Złoty Popiół znalazłam przechodzącą między malutkimi drzewkami, które kilka miesięcy temu zdobyły duże owoc. Suczka wyczuła mnie niemalże od razu, co niezmiernie mnie ucieszyło. Musiała zaznajomić się z moim zapachem przez ilość czasu, jaki z nią spędzam.
Podeszłam do niej zadowolona, lecz to zadowolenie zaraz zniknęło, jak pomyślałam, że będę musiała zastępczyni wytłumaczyć, iż właśnie wzięłam pod swoją opiekę pięć tygodniowych szczeniąt. Jednak są jakieś minusy tego przeznaczenia — ponowne proszenie Złotej, by razem ze mną się czymś zajmowała. Kotek, którego niedawno przygarnęliśmy był pod opieką Popiołu, a teraz... teraz dojdą do tego szczeniaki. Suczka otworzyła pysk, aby spytać, co się stało. Musiała wyczytać to z tego, jak wyglądam. Nie pozwoliłam się jej odezwać od razu przejmując inicjatywę i mówiąc:
— Wydarzyło się coś strasznego! Nie wiem, jak ci o tym powiedzieć, ale musisz mnie wysłuchać. To sprawa życia i śmierci!
Złoty Popiół przekrzywiła łeb.
— Nie wyglądasz, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Złoty Popiele! To naprawdę poważna sprawa, nie wiem od czego zacząć. Dobra, daj mi chwilę, zaraz coś wymyślę. — Zaczęłam układać sobie w głowię w jaki sposób powiem suczce o szczeniakach. — Nie lubię Pory Nagich Drzew, wiesz o tym. Szukałam jakiegoś wygodnego schronienia, gdzie mogłabym się położyć i odpocząć, ale nie zgadniesz, co się stało!
— Co się stało? — spytała zrezygnowana.
— Chodź za mną to się przekonasz. To nie rozmowa na teraz! Znaczy... po prostu chodź ze mną! — krzyknęłam, próbując przekonać takim zachowaniem zastępczynię, by czym prędzej za mną poszła. 
Szczenięta nie zostały długo same i na pewno nie powinnam się tym martwić. Biegnąc jednak przez sad, prosto w stronę drewnianego budynku, serce skakało w mojej pierwsi jak oszalałe. A co jeśli to wystarczyło, aby ktoś zrobił im krzywdę? 
Wbiegłam do budynku z takim pędem, że prawie wleciałam w dużą górkę słomy. 
— To chciałaś mi pokazać? — spytała zdezorientowana. 
Zakładam, że ona wcześniej też tutaj nie była.
— Podejdź bliżej — poprosiłam, idąc w miejsce, gdzie szczeniaki smacznie spały, przytulone do siebie. — Znalazłem je tutaj.
Suczka podeszła do mnie i wbiła wzrok w kupkę szczeniąt.
— Nie mów mi, że...
— Niestety tak — mruknęłam. — Nie zostawię ich tutaj. Naprawdę nie mogę tego zrobić. Nie bądź na mnie zła, ale... one mają niespełna tydzień.
— Co ja mam z tym wspólnego?
— Pomyślałam, że mi pomożesz.
Zastępczyni wybałuszyła na mnie oczy.
— Nie ma mowy! Znajdź kogoś innego! Wyglądam ci na niańkę, Biała Zamieci?
Nie odrywałam od niej wzroku. Wpatrywałam się prosto w zastępczynię, a za mną jeden ze szczeniaków postanowił zapiszczeć i zaskamleć.
— Potrzebuję pomocy tylko w razie czego. Obiecuję, że nie będzie to nic wymagającego i nie przeszkodzi ci wykonywać powierzone zadania. — Zbliżyłam się do suczki, stykając się z nią nosami. — Proszę? 
— Dobra, rozumiem — warknęła i cofnęła się o krok. — Ale tylko w razie czego. 
Zamerdałam ogonem. Na nią rzeczywiście zawsze można liczyć. 
***
Pierwsza noc była ciężka ze względu na to, że strasznie wiało. Własnym ciałem ochraniałam piątkę szczeniąt, a Złota spała obok. Nie spodziewałam się, iż zostanie ze mną na noc, ponieważ wcześniej marudziła coś o robocie, którą musi zrobić. Pomimo tego spała blisko mnie i mruczała niezrozumiałe słowa przez sen. 
Rano spostrzegłam, iż mojej towarzyszki nie ma na miejscu. Zaczęłam się rozglądać, próbując ją odnaleźć, ale nigdzie jej nie dostrzegłam. Poszła już? Cóż, obiecałam, że będę prosić ją o pomoc tylko w nagłych wypadkach. 
Jeden z maluchów ziewnął i cicho zaskomlał. Za nim to samo zrobił ciemniejszy szczeniak, a za nim następny i następny. Chyba były głodne. Jak się karmi szczenięta? To nie powinno pójść samo? 
— Złoty Popiele! — wydarłam się. — Jak się karmi szczenięta, do cholery?!
Suczka jak na zawołanie wyłoniła się z dwiema rybami w pysku. Spojrzała na mnie zdziwiona, ale zarazem uśmiechnięta. Bawi ją to, prawda? 
— Nie śmiej się — prychnęłam. — Nie wiem, jak karmi się szczenięta.
— Same to zrobią — powiedziała, odkładając świeże ryby na ziemię. — Taka ich natura, poradzą sobie.
— Skąd ty to możesz wiedzieć?
— Biała, jesteś głupia czy głupia? To oczywiste, że szczenięta od pierwszego dnia wiedzą, jak się odżywiać. 
W tym momencie, gdy to mówiła, poczułam, jak jeden ze szczeniąt dobrał się w odpowiednie miejsce. Wykrzywiłam się, czując się z tym niesamowicie niekomfortowo. Złota powinna się ze mną zamienić, jak jest taka pewna! Tymczasem to ja mam je wykarmiać...
— Ten wygląda jak tytoń.
— Jaki tytoń? 
— Mają jakieś imiona? — zapytała. 
Pokręciłam łbem.
— To ten będzie nazywać się tytoń. — Wskazała nosem na najciemniejszego pieska. — Wygląda identycznie.
— Sama jesteś tytoń — burknęłam. — To będzie pieniek. 
Złota zamrugała oczyma.
— Pieniek? Chciałabyś nazywać się Pieniek? 
Zamyśliłam się. Dlaczego nie? Czy Pieniek to brzydkie imię? Dla mnie ładne, dodatkowo wyjątkowe, nigdy nie spotkałam psa imieniem Pieniek. A piesek, o którym mówiliśmy był akurat najciemniejszy z całego rodzeństwa. 
— Tytoń też jest brzydkie — wymamrotałam. — Brzmi, jakbyś chciała go ukarać, za to, że się urodził. 
— Czemu jesteś taka dramatyczna? — Przewróciła oczyma. — Tytoń brzmi poważnie w przeciwieństwie do Pieńka, zresztą, jak zostanie uczniem to będzie dumnie się nazywać Tytoniowa Łapa. 
— Pieńkowa Łapa też brzmi dobrze.
— Brzmi źle. — Schyliła się by zacząć jeść jedną z ryb, którą złapała. — Jak tak bardzo ci się nie podoba, to nazwijmy go Krzemyk. 
— Czy ty właśnie powiedziałaś "my"? — Zdzwiona, aż chciałam wstać, ale powstrzymały mnie przed tym piski szczeniąt.
— Nie. Przesłyszałaś się. — Wygryzła się w zwiotczałe ciało ryby. — Co z resztą? 
— Tę, chcę nazwać Nieuchwytka. — Wskazałam na biało-beżową suczkę. — Wczoraj chciała uciec z legowiska. Ledwo ją złapałam, bo wczołgała się w jakąś dziurę. 
Złota jadła dalej, ale wiedziałam, że mnie słucha. Postanowiłam mówić dalej, przedstawiając kolejne pomysły na imiona.
— Drugi piesek nazywać się będzie Migotek, wiesz dlaczego? — Zamerdałam podekscytowana ogonem. — Świecą mu się oczy. Nie wiem dlaczego, ale ma w sobie to coś, przez co muszę go tak nazwać. Może jest jakiś specjalny? 
— Albo chory.
Spiorunowałam ją spojrzeniem. 
— Najjaśniejsza z rodzeństwa to Cynamonka. Pod oczami ma ciemniejsze plamy, które przypominają cynamon, więc tak też postanowiłam ją nazwać. Ładnie prawda? 
— Może być.
— Okazałabyś trochę entuzjazmu. — Położyłam łeb na słomie. — Ostatnią z rodzeństwa nie wiem, jak nazwać.
— A więc postanowione, Tytoń. — Wyprostowała się i przyszła przyjrzeć szczeniętom. — Chociaż nie wygląda jak tytoń. — Zmieniła zdanie. — Przypomina bardziej... coś kolczastego.
— A więc kolec.
— Brzydko.
— Igła?
— Biała, czy ty w ogóle potrafisz wymyślać imiona? — westchnęła. — Ten pies ma mieć przed sobą świetlaną przyszłość, a raczej nie będzie jej mieć z imieniem Igła.
Przewróciłam oczami.
— W takim razie co proponujesz?
— Sosna.
Skrzywiłam się. Wiedziałam, że Złoty Popiół nie miała umiejętności w nazywaniu czegokolwiek, ale Sosna? 
— W sumie... nie brzmi źle. — Uśmiechnęłam się. — Chociaż jest trochę... — Widząc jej wzrok nie dokończyłam. — Bardzo ładne, Złoty Popiele.
Suczka westchnęła tego dnia już któryś raz. Rzuciła mi jednak dziwne, ciepłe spojrzenie, którego raczej nie spodziewałam się po jej osobowości. 
— Jak skończyłaś je karmić to złaź i zjedz swoją rybę.
<Złota?>
[2494 słowa: Biała Zamieć otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

1 grudnia 2020

Od Białej Zamieci CD Złotego Popiołu

Ucieszyło mnie, że Złoty Popiół czuła się już lepiej. Chociaż jej łapa nie zdążyła się jeszcze wyleczyć, to w moich oczach wyglądała jak zupełnie inny pies, niż wcześniej. Oczywiście, że zgodziłam się pomóc zastępczyni w polowaniu. Dla mnie to żaden problem! Kocham polować, to zawsze dawka ruchu i kolejne wyzwanie.
Powiedziałam towarzyszce, że udamy się gdzieś najbliżej, biorąc pod uwagę stan łapy suczki. Nie chciałabym, by się przemęczała. Starannie próbowała ukryć, że czuje się dobrze i może pójść gdzieś dalej, ale po wykonaniu dwóch kroków zwątpiłam. Nie wiem, kogo próbowała oszukać, jednak na pewno nie mnie.
Udaliśmy się więc na pola, gdzie zwierzyny zawsze było najwięcej. Chociaż często bywało, że nawet kręcąc się w okolicy, siedząc ukrytym i obserwując, nic się nie pojawiało. Prawie tak, jakby ktoś był tu już wcześniej. Parę razy zdarzało mi się podejrzewać kogoś zza granic. Skąd mam mieć pewność, iż nie przechodził tędy zupełnie obcy pies, który po ujrzeniu pięknego samotnego zająca postanowił sobie go upolować?
Gdy pole wyłoniło się przed nami, zadowolona zamachałam ogonem. Złoty Popiół ciągnęła się za mną, lecz poczekałam na nią moment, by przysiadła obok mnie. Nastała Pora Nagich Drzew, więc moja miejscówka na polowania okazała się wyglądać teraz... tragicznie. Kiedy gałęzie drzew zdawały się uginać pod ciężarem liści, było tutaj naprawdę ładnie. Przychodzenie tutaj w samotności, by wejść między rosnące na polach rośliny, było niesamowitym przeżyciem. Teraz to wszystko wyglądało na takie nijakie.
— To moje ulubione miejsce — powiedziałam, czując, że zbyt długo wisi nad nami cisza. — Znaczy, teraz to nie jest moje ulubione miejsce. Łyso tutaj i nudno.
Złoty Popiół spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
— A, tak, wybacz, już tłumaczę.
— Nie o to mi-
— Tak więc lubię tutaj przychodzić, gdy coś tutaj rośnie. Wiesz, jakie to wspaniałe uczucie wchodzić między rośliny, położyć się i odpoczywać? — Podskoczyłam z ekscytacji. — Dookoła cisza, jedyna, co słyszysz, to śpiew ptaków. Żyć nie umierać! Teraz mi się tutaj nie podoba, więc jestem zawiedziona, patrząc na tę okolicę.
Towarzyszka kiwnęła łbem w zrozumieniu. Mogłam opowiedzieć jeszcze więcej, mówić o tym, co mnie spotkało, gdy właśnie tutaj przychodziłam, lecz przypomniałam sobie, że miałam pomóc suczce w polowaniu, kiedy spojrzałam na jej łapę. Rzuciłam, aby dała mi chwilę i zniknęłam w krzakach, które pozbawione liści raczej nie służyły mi za kamuflaż. Nie o to jednak mi chodziło. Szukałam miejsca, z którego miałabym idealny wgląd na całe pole.
Złoty Popiół została na swoim miejscu i tylko kiwnęła mi porozumiewawczo łbem, jakby chciała mi przekazać, że wszystko w porządku. Po tym sygnale mogłam w pełni oddać się polowaniu. Przez długi czas niestety nic się nie pojawiało, ale było to dla mnie tak normalne, jak poranny strumień. Dopiero po pewnym czasie, gdy moje łapy zdążyły przymarznąć do chłodnej ziemi, dostrzegłam małego zająca. Usiadł w jednym miejscu na polu, jakby czegoś szukał. Była to dla mnie idealna okazja. Ruszyłam się powoli, uważając, by nie narobić hałasu. Zające słyną z tego, że są niesamowicie płochliwe oraz ostrożne. Jeden zły ruch i zwierzyna rzuci się do ataku, a gonienie go po tak dużym obszarze, byłoby niesamowicie uciążliwie. Wolałam załatwić to tu i teraz, jednym ugryzieniem.
Oceniłam odległość dzielącą mnie a ofiarę i po szybkim stwierdzeniu, że "i tak go dorwę", rzuciłam się do biegu. Zwierzyna, jak wiedziałam, szybko zareagowała i próbowała uciec, lecz zapętliła się i wylądowała w moich szczękach. Przed śmiercią zająć wydał z siebie przeciągły jęk, właściwie, przypominało mi to krzyk agonalny.
Wzięłam świeżo upolowaną zwierzynę i przyniosłam ją prosto pod łapy towarzyszki. Zadowolona z siebie, wypięłam dumnie pierś, czekając, aż Złoty Popiół w jakiś sposób mnie pochwali... albo też podziękuje.
— Co? — spytałam zdziwiona, widząc, że nie wzięła się nawet do jedzenia. — Coś nie tak z tym zającem? — Obwąchałam truchło, ale nie wyczułam nic, co by wskazywało, że nie chciała jeść.
— Możesz zjeść pierwsza, jeśli jesteś głodna.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Zabrakło mi aż tchu, słysząc takie słowa z pyska Złotego Popiołu.
— Nie, nie, nie. — Potrząsnęłam łbem. — Upolowałam to dla ciebie.
Osunęłam się, by pokazać jej jeszcze raz, że nie zamierzam nic jeść. Obserwowała mnie i dopiero po chwili stwierdziła, iż zacznie jeść. Byłam naprawdę zaskoczona. Suczkę znałam jako tę z typów, którzy nigdy nie chcą się niczym dzielić. Jeszcze jedzeniem? Oj nie, Złoty Popiół na taką nie wyglądała. A teraz zaproponowała mi, bym zjadła pierwsza? Czy ona próbuje mnie do czegoś podpuścić?
Kiedy suczka zajadała się zającem, ja przyglądałam się trawie, która w o tej porze wyglądała naprawdę marnie. Wszystko teraz było takie... bez życia i nudne. Co za pech, że urodziłam się akurat w porę, której najbardziej nienawidziłam. Moja matka musiała stwierdzić, że zrobi mi na złość, innego wytłumaczenia nie akceptuję.
Mój wewnętrzny atak na Porę Nagich Drzew przerwał przedziwny dźwięk, którego wcześniej nigdy nie słyszałam. Był na tyle cichy, że mogłam pomyśleć, iż to ptak, który pewnie leci spokojnie nad naszymi łbami. Dźwięk jednak się powtarzał, powtarzał i powtarzał.
Niepewnym krokiem ruszyłam w stronę źródła dziwnego, piskliwego dźwięku. Bałam się odnaleźć czegoś, co mogło należeć do Dwunożnych. Ich twory były straszne, nie zdziwiłabym się, jeśli byłoby to coś takiego.
— Co to jest?! — Podskoczyłam, znajdując w wysokich źdźbłach trawy małe stworzonko. Leżało bezbronnie, zwijając się w kulkę. Przypominało nowonarodzonego szczeniaka, jednakże to nie był szczeniak.
Zbliżyłam pysk do zwierzęcia, które od razu po wyczuciu ciepła mojego ciała, zaczęło do mnie przywierać. Poczułam na nosie ostre... pazurki. To był mały kot.
— Złoty Popiele! — wydarłam się.
Zostawiłam kotka na chwilę samego, by podbiec do suczki, która akurat skończyła jeść. Rzuciła mi znaczące spojrzenie, które już zdążyłam rozszyfrować.
— Chodź ze mną, znalazłam coś. — Skakałam wokół niej podekscytowana. — Nie uwierzysz!
Towarzyszka westchnęła pod nosem, ale zgodziła się za mną pójść. Zaprowadziłam ją więc do miejsca, w którym odkryłam porzuconego kotka, kulącego się z zimna. Zwierzątko miało przepiękne ubarwienie: biały z szarymi plamami.
— Nie widzę jego mamy — powiedziałam już trochę bardziej przejęta, niż podekscytowana. — Zakładam, że został tutaj porzucony. — Spojrzałam na suczkę.
— Nie, to głupi pomysł, zostawmy go tutaj.
— Złoty Popiele! — krzyknęłam. — On jest zupełnie bezbronny! Zobacz! Dopiero co otworzył oczy, jak mamy go tutaj zostawić?
Suczka westchnęła już któryś raz.
— Może jego matka wcale go nie porzuciła i jest gdzieś w pobliżu? Zabierzemy go, a ona wróci i go nie znajdzie, co wtedy zrobisz?
Prychnęłam. Ewidentnie widać, że matki nie ma w pobliżu. Co za matka dostawiałaby swoje dziecko na takie zimno w... trawie?
— Zabieram go stąd.
— Biała Zamieć, myślę, że...
— Nie — warknęłam. — Wezmę go stąd. Nie zostawię go tak tutaj. Mogę się nim zaopiekować. — Liznęłam kotka po małej główce. — Co małe kotki jedzą? Myślisz, że pokusiłby się na kawałek mięsa?
— Jest zbyt mały... nie da rady sam pogryźć mięsa. — Nachyliła się, by obejrzeć kotka z bliska. — To idzie na twoją odpowiedzialność.
Ucieszona zamerdałam ogonem. Nigdy bym nie zostawiła takiego małego stworzonka na pastwę losu. Najwyraźniej stracił już całą swoją rodzinę. Nie ma sensu pozwalać umrzeć mu w takim miejscu. Zanim jednak wzięłam kotka do pyska, by przenieść go w bezpieczne miejsce, spojrzałam na towarzyszkę, która stała i mi się przyglądała.
— Złoty Popiele, czy... pomożesz mi? 
<Złota?>
[1152 słowa: Biała Zamieć otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

26 listopada 2020

Od Białej Zamieci CD Wojowniczej Łapy

Młody samiec wbijał wzrok w martwe zwierzę jeszcze przez kilka chwil. Nie spojrzał nigdzie indziej, nie rozejrzał się, gdy za jego plecami rozległ się głośny huk spowodowany najpewniej przez Dwunożnych. Obserwowałam go cierpliwie, czekając, aż zacznie jeść. Być może nawet nie ruszy tej wiewiórki, lecz lepiej byłoby dla niego, gdyby ją zjadł. Dodatkowo wygląda na ucznia.
Westchnęłam cicho, dostrzegając, że pies nie drgnął nawet na centymetr. Jego łeb wisiał swobodnie, a jasne oczy wbite wciąż były w ciało martwej wiewiórki. Chciałam coś powiedzieć, pospieszyć go lub zachęcić do jedzenia, jednak blokowała mnie nieznana mi siła. Jakby na moim grzbiecie siedziało coś, co mi szeptało do ucha, bym dała mu spokój i poczekała. I może to byłoby lepsze. Nie wiem, jak mogłabym mu pomóc.
— Wiesz, jak nie chcesz jeść, to nie musisz.
Pies uniósł delikatnie łeb, by na mnie spojrzeć. Najwyraźniej czekał na moje pozwolenie. Poczułam się z tą myślą niezwykle dziwnie, zważając na fakt, że to moim pomysłem było uraczenie samca świeżo upolowanym jedzeniem.
— Spokojnie — zaśmiałam się nerwowo, czując na sobie dalej ten sam wzrok. — Naprawdę nie musisz tego jeść... oczywiście, jeśli nie masz ochoty.
Wilczy pies zawiesił łeb, ponownie wbijając wzrok w truchło. Jego pysk delikatnie się otworzył, jakby chciał coś powiedzieć do tej wiewiórki. Skrzywiłam się, lecz nic nie powiedziałam. Przechodził przez jakiś trudny okres w swoim życiu. Nie wiem, co się stało, jednakże, czy normalny pies czułby się tak pusto, jak pewnie czuje się Wojownicza Łapa? Śmiałam w to wątpić. Jeszcze nie tak dawno rozmawiałam z liderką mojego klanu. Ufała mnie, a ja jej. Wydawała się tryskać energią. I tutaj ważne jest słowo "wydawała". Potem niespodziewanie obiła mi się informacja o uszy, że zginęła śmiercią samobójczą. Zrobiło mi się momentalnie smutno, gdy raz jeszcze spoglądnęłam na młodego psa, jeszcze uczniaka.
— Wojownicza Łapo. — Zerwałam się na równe łapy. — Nie będziemy tutaj tak bezczynnie siedzieć.
Samiec drgnął delikatnie, gdy wypowiedziałam słowo "bezczynnie".
— Wstawaj i zostaw tę wiewiórkę. — Zaszłam go od tyłu. — Zostaw, mówię. Ktoś inny skorzysta i ją zje.
Wojownicza Łapa nie chciał się jednak ruszyć. Uparł się, by siedzieć nad krwawiącym truchłem małego zwierzęcia. Dodatkowo szeptał coś do siebie.
— Nie daj się prosić — jęknęłam. — Znam jedno bardzo ładne miejsce. Zaprowadzę cię tam.
Wojownicza Łapa powoli wstał, prychnął cicho pod nosem i poszedł przodem, nie zwracając na mnie uwagi. Zdezorientowana stałam przez moment, obserwując oddalającego się samca. Trochę mi zeszło, nim wróciłam do świata żywych i do niego podbiegłam.
— Lubisz kwiaty? — zapytałam. — Bo ja kocham. Kocham kwiaty, bo są bardzo ładne. Mają ciekawe kształty.
Pies szedł tuż przy moim boku. Przez moment nawet przypomniał mi mojego brata, który był o wiele mniej rozmowny, niż ja. Zawsze to ja gadałam, zadawałam pytania. Mój brat był bardzo cichy i skryty. Wojownicza Łapa wyglądał teraz zupełnie jak on. Oczy, uciekające gdzieś na boki, ociężały chód oraz niespokojny oddech. Może zabrzmi to trochę egoistycznie, być może dam wrażenie siostry, która miała w dupie swoją jedyną rodzinę, aczkolwiek pogodziłam się już dawno ze stratą brata. I o nim zapomniałam. A ten uczniak zaczynał mi go przypominać.
— Wojownicza Łapo — odezwałam się, by stłumić w sobie powoli rosnące emocje — jadłeś kiedyś jedzenie Dwunożnych?
Samiec westchnął.
— Być może jadłem.
Zamerdałam ucieszona ogonem na fakt, że się w końcu do mnie odezwał. Moje próby nawiązania kontaktu nie poszły na marne. Może uda mi się go zachęcić do dalszej rozmowy.
— To pewnie wiesz, jakie to dziwne w smaku — mruknęłam. — Jak oceniasz?
— Śmierdzące.
Zamyśliłam się. Tak, zdecydowanie miał racje. Jedzenie Dwunożnych śmierdzi.
— Jadłam jakiś czas temu coś długiego. Nie wiem, co to było, ale w środek wetknięte było mięso. Bardzo smaczne, ale tak jak mówisz — śmierdzące — zaśmiałam się. — Jadłeś coś, co nie było śmierdzące? Ogólnie to rzadko kiedy kuszę się, by kraść od Dwunogów jedzenie. Wiesz, wydają się mili, ale gdy ich zdenerwujesz, ukazują swoją prawdziwą naturę — westchnęłam, jakby ten niepodważalny fakt miał zniszczyć całe moje życie. — No to, Wojownicza Łapo, co myślisz? — Odwróciłam się, by raz jeszcze spojrzeć na uczniaka, jednak nie ślad po nim zniknął. Wyparował.
Rozejrzałam się nerwowo, szukając go wzrokiem, jednak nigdzie nie zauważyłam tego charakterystycznego, wilczego futra.
— Wojownicza Łapo?! — krzyknęłam.
Odpowiedział mi tylko szelest liści. W tym miejscu rzadko kiedy spotyka się Dwunożnych. Właściwie, są tak samo rzadcy, jak biały puch w Porę Zielonych Liści. A po uczniaku, z którym przed chwilą próbowałam nawiązać kontakt, zaginął ślad. Prawie tak, jakby... jakby coś go spłoszyło. Nie, nie, to zbyt proste. Nie wyglądał na typa, którego mogłoby coś spłoszyć. Bardziej, jakby... coś odwróciło jego uwagę na tyle, że postanowił za tym pójść. To jednak nie mogła być potencjalna ofiara. Nie chciał w końcu zjeść upolowanej przeze mnie wiewiórki. W takim razie, gdzie on, do cholery, jest?
— Dzieci są urocze, ale nie takie duże — warknęłam do siebie. — Chociaż w sumie on już raczej nie jest dzieckiem.
Postanowiłam podejść do ciekawie wyglądającego budynku i spróbować odnaleźć tam uczniaka. Nie wiem, co mnie właściwie pokusiło, by wybrać akurat ten brudny kawał kamienia. Serce oraz intuicja podpowiadało mi, że właśnie tam go odnajdę.
Schyliłam się, by zacząć węszyć przy ziemi. Wyczułam zapach Wojowniczego, jednak nigdzie w pobliżu go nie było. Ten zapach był silny, co mogło oznaczać, że był tutaj minutę wcześniej... może nawet mniej. Zamyślając się tak i próbując odgadnąć, gdzie podział się mój poznany niedawno towarzysz usłyszałam głośny pisk.
— Kto się do cholery tak drze. Nie mogę się skupić.
I wtedy, jakby moje słowa okazały się tymi magicznymi, kilkanaście metrów ode mnie dostrzegłam Wojowniczego, który nerwowo się rozglądał. Chwilę stał, aż w końcu rzucił się do biegu za czymś, co... chyba było innym psem.
<Wojowniczy?>
[915 słów: Biała Zamieć otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

7 listopada 2020

Od Białej Zamieci CD Wojowniczej Łapy

Cofnęłam się zaskoczona i wbiłam wzrok w puszyste futro leżącego przede mną psa. Wstrzymałam oddech, nie wiedząc, co powinnam najpierw poczynić. Wszystko zadziało się bardzo szybko. Zajęta byłam obserwowaniem przyrody oraz Dwunożnymi. Nie spodziewałam się, że pędzący pies wpadnie prosto na mnie. Nie spodziewałam się również, że zemdleje on tuż pod moimi łapami, a ja będę w zbyt wielkim szoku, by udzielić mu natychmiastowej pomocy.
W końcu obudziłam się z tego chwilowego zamglenia, oszołomienia i snu, w którym próbowałam powoli przekalkulować zaistniałą sytuację i schyliłam się, by trącić leżące ciało nosem. Zero odzewu. Wyprostowałam się i rozejrzałam na obie strony. Nikogo w pobliżu, nawet Dwunożnego. 
Trzeba będzie go stąd zabrać nim pojawi się jakiś nieproszony gość. Oczywiście mówiąc nieproszony gość nie miałam na myśli jedynie Dwunożnego, ale też innego psa. Nieprzytomny nieznajomy jest gorszy do obronienia niż nieznajomy, który jest w stanie ustać na własnych łapach.
Chwyciłam więc zębami psa za kark i próbowałam przeciągnąć go trochę dalej. Był bardzo ciężki, choć na takiego nie wyglądał. Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że może jest wygłodniały. Teraz oczywiście zmieniłam zdanie. Rozbolała mnie aż szczęka od przeciągania ciała nieprzytomnego psa. Jednak nie mogłabym go tak pozostawić samego sobie. Wyglądał jakby przed czymś uciekał lub... Biała, to nie czas na analizowanie, sprężaj się i ciągnij.
Gdy znalazłam się w odpowiedniej odległości, czyli takiej, gdzie raczej nie zwrócę uwagi potencjalnego Dwunożnego, który się tutaj zapłaczę, zaczęłam obwąchiwać szarawe futro psa. Nie wyczułam zapachu krwi, na szczęście, nie zauważyłam też żadnych ran czy nieprawidłowości. Co się mogło z nim stać? Od kiedy psy mdleją, gdy wpadną na kogoś innego? Nie jestem drzewem, nie mogłabym swoim ciałem sprawić, że zemdleje. To było coś zupełnie innego.
Nie miałam siły, by dociągnąć go do medyka, więc mogłam tylko przy nim usiąść i obserwować, czy nic złego się z nim nie dzieje. A może... a może by tak upolować coś małego do jedzenia i podać mu, gdy się już obudzi? Byłby to miły gest, tak myślę... a także mógłby coś zjeść, w końcu wygląda bardzo marnie.
Spojrzałam raz jeszcze na nieprzytomnego psa i w upewniwszy się, że jest bezpieczny, a mnie nie będzie możliwie jak najkrócej, wstałam i pognałam w kierunku drzew. W tamtej okolicy zawsze było sporo wiewiórek. Teraz też będą. Nie było dnia, gdzie ich nie widziałam skaczących po gałęziach, czy szukających orzechów na ziemi. To będzie łatwy pokarm do dobycia, ale też wystarczająco duży, by nakarmić nim kogoś, kto przed chwilą pożegnał się z rzeczywistością na dość długi czas.
Na moje szczęście jedna z wiewiórek akurat szukała czegoś wśród niskiej trawy. Jestem pewna, że zesłali mi ją Gwiezdni, widząc, w jakiej znalazłam się sytuacji. Przed atakiem oceniłam, czy uda mi się ją złapać na raz, czy też będę zmuszona ją gonić.
— A co tam — mruknęłam do siebie i rzuciłam się do ataku, biegnąc tak szybko, jak tylko było to możliwe.
Moja ofiara niezbyt ogarnęła, co się dzieje, bo drgnęła dopiero, gdy było już za późno. Wbiłam kły w jej drobne ciało, łamiąc jej przy tym kark. Szybko poszło, nie ma co gadać.
Upolowaną wiewiórkę z zadowoleniem niosłam w kierunku miejsca, gdzie zostawiłam na chwilę samego nieprzytomnego psa. Będąc tak dumna ze swojego upolowanego jedzenie nie zauważyłam, że pies już się obudził i rozglądał się właśnie dookoła.
— Och. — Wiewiórka wypadła mi z pyska. — Wszystko w porządku?
Pies nawet na mnie nie spojrzał. Wbijał wzrok w ziemię. Mogłabym pomyśleć, że zajęty jest obserwowaniem mrówek.
— Przyniosłam ci jedzenie — powiedziałam, odpuszczając dopytywanie się o samopoczucie obcego.
Wzięłam wiewiórkę raz jeszcze i przyniosłam mu ją prosto pod łapy. Ten jednak nie wydawał się nią jakkolwiek zainteresowany. Był w zupełnie innym świecie.
— Hej. — Schyliłam się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy towarzysza. — Nie odpływaj mi znowu.
Pies drgnął. 
— Jestem Biała Zamieć — przedstawiłam się. — Powiesz mi coś o sobie?
Cisza. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, starając się pokazać, że jest bezpieczny i nie jestem wrogiem. Ta cisza jednak nie mijała i zdawała się trwać w nieskończoność. A ja dalej przy nim trwałam, czując się coraz bardziej na kogoś niepotrzebnego, który utrudnia mu oddychać. Przed naszymi łapami leżała zakrwawiona martwa wiewiórka.
— Wojownicza Łapa — wychrypiał głosem tak ciężkim, że przypominał mi głos już dawno zmarłego psa.
Mimo chwilowego szoku zamerdałam ogonem z radości. Cieszyłam się, że w końcu się do mnie odezwał. Nie, cieszyłam się, że mi się przedstawił, chociaż najwyraźniej kosztowało go to sporo wysiłku.
— Zjedz wiewiórkę — zachęciłam go. — Przez chwilę byłeś nieprzytomny. Nabierzesz sił, ja ją zjesz. — Trąciłam nosem ciało zwierzęcia. — No dalej.
<Wojownicza Łapo?>
[740 słów: Biała Zamieć otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

2 października 2020

Od Białej Zamieci CD Złotego Popiołu

Nie wiedziałam, co się stało. Obserwowałam Dwunożnych, którzy kręcili się wokół zniszczonego dzieła ich pobratymców. Byli bardzo głośni i na pewno nas zauważyli. Nie przejęłam się tym jednak jakoś szczególnie. Zaintrygowali mnie tym razem. Było ich czterech, może pięciu, nie jestem pewna. Nie zdążyłam policzyć. Po tym, jak w parku nikt nie zwracał na mnie i Złoty Popiół uwagi pomyślałam, że tym razem też tak będzie. Że zajmą się swoimi sprawami, a my swoimi. I że uda mi się poprzyglądać temu, co robią.
Poczułam, jak cielsko Złotego Popiołu na mnie ląduje. Krzyknęła coś, ale nie mogłam zrozumieć już żadnych słów. Coś pstryknęło. Bardzo cicho. Przestałam słyszeć cokolwiek. Odgłosy z zewnątrz do mnie nie docierały. Poczułam się, jakbym znalazła się nagle w innym świecie. Jestem z Gwiezdnymi? Czy to oznacza, że umarłam? Niemożliwe. To było tylko ciche pstryknięcie.
— Wstawaj... — Coś mruknęło mi do ucha. — Wstawaj, słyszysz — Głos zaczynał robić się wyraźniejszy, lecz wciąż nie byłam pewna, czy nie jestem po drugiej stronie i właśnie nie rozmawiam z własną matką. Ewentualnie z bratem, który w końcu też jest wśród Gwiezdnych.
Coś nagle mnie bardzo mocno szturchnęło w bok. I było to na tyle mocne uderzenie, że otworzyłam z zaskoczenia oczy.
— Gdzie... gdzie jestem? — Rozejrzałam się. — Bracie? — wymruczałam cicho, widząc na sobą pysk jakiegoś psa. Obraz uciekał mi na wszystkie strony.
— Słucham? — oburzony ton ze strony owego psa dał mi znać, że to nie mój brat, a Złoty Popiół. — Nie jestem twoim bratem. Czy ja wyglądam na wielką chodzącą kulę śniegu?
— Co się przed chwilą stało? — zapytałam, powoli wstając na cztery łapy. Ból promieniował na całe ciało. Nie wiem nawet, gdzie dokładnie mnie bolało, bo miałam wrażenie, że boli mnie wszystko.
Suczka usiadła, a na jej pysku zawitał grymas bólu. Patrząc na nią, miałam wrażenie, jakby przed chwilą spadła z drzewa. Dodatkowo krwawiła. Nie wyglądało to zbyt dobrze.
— Dwunożni — prychnęła z wyraźnym obrzydzeniem. Na ton, w jakim wypowiedziała to słowo, wzdrygnęło mną. — Spotkałam się z tym już wcześniej.
Suczka rozejrzała się, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Dwunożni, których przed chwilą obserwowaliśmy, zniknęli. Nie pozostało po nich nic, co by świadczyło, że byli w tym miejscu. Dwunożni świetnie potrafią zamaskować swoją obecność. Pojawiają się i znikają, bez żadnego śladu. Jedyne, co pozostanie, to zapach unoszący się w powietrzu. Jednak teraz nie wyczuwałam nic. Dusił mnie nieznany zapach.
— Chodźmy stąd — poleciła, jednak według mnie to nie była prośba, nie był to też rozkaz, co często wyczytywałam z jej sposobu mówienia. Tym razem zabrzmiało to, jak błaganie.
— Poczekaj. — Złapałam ją za ogon, kiedy akurat wstała. — Jesteś ranna.
Na pysku towarzyszki zagościł delikatny uśmiech.
— Tak, i co z tego?
— Jak to i co z tego? — oburzyłam się. — Krwawisz i kulejesz! Nie możemy nigdzie iść! Powinnaś jak najszybciej trafić do medyka.
Złoty Popiół westchnęła, lecz usiadła i skierowała swoje lśniące oczy na mnie.
— W takim razie, co proponujesz? Też jesteś ranna, zapomniałaś?
Uśmiechnęłam się szeroko. Tak, zapomniałam. Zapomniałam, bo bardziej przeraził mnie stan, w jakim znalazła się zastępczyni. Oklapnięte ucho, krew cieknąca gdzieś po boku łba i grymas bólu, który usilnie stała się ukrywać.
— Jestem mniej ranna od ciebie.
Zauważyłam, jak uchyliła delikatnie pysk, by coś dopowiedzieć, lecz szybko go zamknęła. Pierwszy raz widzę, jak Złoty Popiół chce mnie posłuchać.
— Nie mogę też cię tutaj tak zostawić... — mruknęłam do siebie. — Może uda mi się cię doprowadzić do medyka.
— Przed chwilą powiedziałaś, że mam nigdzie nie iść.
— Pójście do medyka będzie się opłacać. — Zamachałam ogonem, czując, że może się to udać. — Damy radę. — Wyszczerzyłam białe kły w uśmiechu. — Wydaje mi się, że wiem, gdzie teraz jest.
<Złoty Popiele?>
[589 słów: Biała Zamieć otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

23 sierpnia 2020

Od Białej Zamieci CD Złotego Popiołu

Wsadziłam pysk w szeleszczące coś, w czym dwunożni trzymają jedzenie. Pachniało bardzo przyjemnie, bo udało mi się zdobyć to akurat wtedy, gdy ktoś miał zamiar wrzucić szeleszczące cudo do pojemnika z dziurą. Przechwyciłam to w idealnym momencie, robiąc wokół siebie duże zamieszanie. Dwunożnym niby nie przeszkadza nasza obecność. Dopóki się nie zbliżymy za bardzo, to im nie przeszkadza. Najbardziej ufne są jednak ich potomkowie. Próbują podejść, złapać mnie za ogon albo dotknąć mojej sierści. Nie wiem nigdy, co mam o tym myśleć. Uciekam, gdy tylko podchodzą bliżej i coś krzyczą. Nie wiem, czy powinnam na to pozwolić. Na tak bliski kontakt.
Uniosłam łeb, spoglądając na moją towarzyszkę. Patrzyła się na mnie wzrokiem, mówiącym, bym przestała wygłupiać się z szeleszczącym, błyszczącym skarbem. Nie mogłam jednak przestać. Nie dość, że ślicznie pachniało, to wydawało z siebie ten przedziwny dźwięk za każdym razem, gdy to łapałam w zęby.
— Złoty Popiele! — zawołałam do towarzyszki. — Czy tobie kiedyś udało się to zdobyć?
Suczka przechyliła łeb w prawo.
— Dlaczego miałabym to zdobywać? To tylko zwykły śmieć, nic w nim ekscytującego.
Momentalnie wróciła do swojej poprzedniej osobowości. A przez moment wydawało mi się, że cieszyła się razem ze mną. I może nawet chciała się razem tym pobawić?
— To nie śmieć! — zaprotestowałam i chwyciłam w zęby błyszczący skarb. Podeszłam do suczki i trąciłam ją nosem w żebra, pokazując, by wykazała, chociażby odrobinę zainteresowania. — Musisz widzieć na własne oczy, jak się to ślicznie błyszczy!
Do moich uszu dotarło ciche, ledwo słyszalne westchnięcie. Złoty Popiół nachyliła się i trąciła nosem skarb, który rzuciłam jej przed chwilą pod łapy. Uniosła łeb, popatrzyła na mnie tymi tajemniczymi oczyma i powiedziała:
— I właśnie to sprawia, że nie ma w tym nic ekscytującego. — Odwróciła się, nie spoglądając już więcej na mój skarb, pochodzący od Dwunożnych. — Chodź, jeśli chcesz.
Momentalnie z ogarniającego mnie smutku, że towarzyszka nie chciała wykazać krzty zainteresowania błyszczącym cudem, zmieniłam się w chodzącą kulę energii i ciekawości. Sposób, w jaki wypowiedziała poprzednie słowa, urzekły mnie. Jakby kryło się za nimi coś specjalnego.
— Gdzie? Gdzie? — zawołałam zaciekawiona, machając ogonem na wszystkie strony. — Złoty Popiele!
Suczka jednak nie obejrzała się na mnie, tylko szła do przodu, kierując się w stronę, gdzie pewnie znajdowało się miejsce, do którego chciała ze mną pójść. Tak przynajmniej myślałam. W końcu nikt nikomu nie proponuje wyjścia gdzieś bez powodu. Ona dodatkowo zdecydowanie nie była typem psa, który mógłby zaproponować takie coś komukolwiek.
Podbiegłam do suczki, starając dotrzymywać się jej kroku. Szła szybciej, niż tamtego dnia, gdy byliśmy w parku. Teraz wydawało mi się, że gdzieś było jej śpieszno. Nie chciałam jednak zapytać, dlaczego tak popędza siebie oraz mnie. Coś mi podpowiedziało, że lepiej będzie, jeśli pozwolę jej prowadzić w milczeniu. I tak też zrobiłam.
Suczka obrała drogę z dala od dwunożnych. Było to dziwne zachowanie z jej strony. Z tego, co mówiła, to dwunożni niesamowicie ją ciekawią. Czy mogłaby tak bez powodu wybierać trasę, gdzie raczej na pewno nie natkniemy się na jednego z tych osobników?
— Złoty Popiele — spróbowałam ją zagadać — gdzie my idziemy?
Nie odpowiedziała.
— Mówiłaś, że dwunożni są interesujący. Dlaczego idziemy drogą, gdzie na żadnego nie trafimy? Wydaje mi się nawet, że dwunożni nigdy tutaj nie chodzą.
— Zobaczysz, gdy dotrzemy na miejsce.
Postawiłam uszy.
— Nie mogłabyś tak po prostu powiedzieć? — zdziwiłam się. — Jesteśmy już dobrze zaznajomieni.
Tak szczerze nie byłam do końca pewna swoich ostatnich słów. Złoty Popiół była bardzo tajemnicza. Ukrywała pewnie wiele rzeczy, o których nie wie nikt, prócz niej samej. Mogłabym postarać się, by dowiedzieć się o niej więcej, ale coś mnie za każdym razem blokowało. Jakby mówiło: „hej, poczekaj, to jeszcze nie czas”. I przez to nie mogłam się do niej odpowiednio zbliżyć. Jednak, gdy bawiłam się moim skarbem, zdobytym od dwunożnych, czułam na sobie parę oczu, od których emanowało... szczęście.
— Jeśli będziesz taka niecierpliwa, to nie zobaczysz tego, co ci chcę pokazać. — Obejrzała się na mnie, rzucając mi to jedno, znaczące spojrzenie.
Zamachałam delikatnie ogonem, czując, że znów zbiera się we mnie ekscytacja, która zaraz może nie znaleźć ujścia. Nie spytałam o nic więcej. Po prostu za nią szłam, dotrzymując kroku i obserwując okolicę. Byliśmy wciąż na terenach zamieszkiwanych przez Dwunożnych, ale powoli zdawaliśmy się od nich oddalać. Złoty Popiół była skupiona, być może odrobinkę zamyślona i zajęta swoimi myślami.
— Powiedz mi — odezwała się nagle, co, nie ukrywając, wprawiło mnie w zaskoczenie — interesowałaś się kiedyś budowlami stworzonymi przez dwunożnych?
— Zazwyczaj trzymałam się z dala od dwunożnych. — Przyspieszyłam, by stanąć tuż obok niej. — Czemu pytasz?
— To na razie nie jest ważne. — Odwróciła pysk, gdy poczuła, że zaczynam naciskać na nią jeszcze bardziej i znacznie się przybliżać. — Przekraczasz moją granicę — warknęła. — Cofnij się. Tak najlepiej pięć metrów ode mnie się znajdź.
Przekrzywiłam łeb.
— Nic nie zrobiłam przecież.
— Zrobiłaś. Naruszyłaś moją granicę. — Rzuciła mi przeszywające spojrzenie. — I nie patrz tak na mnie, tylko idź.
Kiwnęłam delikatnie łbem, zaskoczona nagłym wybuchem suczki. I choć do pyska cisnęły mi się kolejne pytania i chęć, by z nią rozmawiać, to wolałam pozostać cicho. Zrobiła się nagle bardzo rozdrażniona, a wolałam nie zostać przez nią zabita i zjedzona na obiad. Po tej myśli stwierdziłam, że zapewne z wielką chęcią by to zrobiła, ale trzymałam się od niej wystarczająco daleko. Jak poprosiła.
<Złoty Popiele?>
[855 słów: Biała Zamieć otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]