Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawy Zew × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawy Zew × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty

1 marca 2021

Od Krwawego Zewu CD Płomiennego Krzewu (do Bryzowej Gwiazdy)

Tego było już za wiele. Cudem udało mi się ujść z życiem. Walka z tym futrzakiem kosztowała mnie wiele wysiłku. Nie zakończy się to na jednorazowym starciu. Ten dupek jeszcze mnie popamięta i będzie błagał o litość. Los mnie nie oszczędzał, musiałem podczas starcia z nim coś złapać. Przez dwa tygodnie czułem, jak uchodzi ze mnie życie. Idiota, skończony pajac. Mimo braku sił i perspektyw moja przygoda skończyła się dobrze, gdyż zostałem wyleczony. Pomimo próby, jaką podjąłem, nie udało mi się dostać do tej głupiej szklarni. Zawisłem na tej głupiej klamce jak kretyn. Byłem wściekły na siebie i na cały świat. Chociaż nie zamierzałem tak po prostu odejść i odpuścić, bo co jeśli będę miał nawrót choroby. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, jakim sposobem zostałem zarażony, ale całą odpowiedzialność zrzuciłem na tego gnojka. Odszedłem od szklarni z nosem przykutym do ziemi. W głowie miałem setki przemyśleń. Postanowiłem zmienić strategię pora, aby wkraść się na terytorium innych klanów. Nie obchodzi mnie to, że tym sposobem zmniejszam szansę innych na przetrwanie. Najważniejszy byłem ja i moje potrzeby. Musiałem się zabezpieczyć na każdą ewentualność. Tutaj nie da się przewidzieć niczego, sytuacja drastycznie się zmienia z każdym dniem. Nie obchodzą mnie inni, mogą zdychać na moich oczach, to ich problem, że są słabi. Postanowiłem wedrzeć się na tereny Ventusu. Na tych polach musiało coś rosnąć. Musiałem zachować, chociaż odrobinę ostrożności, choć nie bałem się starcia. W końcu poczułem ostry zapach, przylgnąłem do ziemi, nie byłem sam. W zasięgu wzroku widziałem już roślinę, Ona była moja. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, jak jakaś suczka pewnie kieruje swoje kroki w stronę zioła. Nie mogłem czekać, poderwałem się i ruszyłem biegiem. Zostałem dostrzeżony, Rzuciłem się na suczkę, aby ją odepchnąć od roślinki. Tak jak mówiłem kto pierwszy ten lepszy. Gdy ta tylko odzyskała równowagę, obnażyła kły. Wiedziała, że jestem intruzem i nie wyglądała jakby ot, tak chciała mi odpuścić.
— Dla twojego dobra, lepiej sobie odpuść — warknąłem, obnażając kły. Moje mięśnie się napięły, byłem gotowy ją przegonić, zrobić wszystko, aby wrócić z tym głupim ziółkiem do swojego klanu.
 <Bryzowa Gwiazdo?>
[340 słów: Krwawy Zew otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

22 lutego 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Krwawego Zewu

Parszywy kundel, pomyślałem. Myślałem, że będzie mądrzejszy i dojrzalszy, a tak naprawdę stanął do walki ze mną i jeszcze ją przegrał. Prychnąłem z nerwów, ma za swoje i niech zapamięta dzisiejszy dzień. Następnym razem go rozszarpię na strzępy i nie będę się powstrzymywał. A ten bachor? Po jakiego grzyba się odzywał i wezwał lidera, który zresztą jest dla mnie nikim? Zauważyłem go w oddali, niech tylko go spotkam na swojej drodze…
— Idźcie obydwaj do medyka! — warknął lider nim każdy poszedł w swoją stronę
Zniżyłem głowę w stronę białej suki, ona mi rozkazuje?
— Uważaj — mruknąłem moim ponurym głosem.
Odwróciłem wzrok, nie miałem ochoty na nią patrzeć i tym bardziej nie będę jej słuchał. Miała szczęście, że nie podeszła zbyt blisko, inaczej jej białe futro zalałoby się krwią. Pojedyncze krople spływające po bieli, zostawiające za sobą czerwoną ścieżkę ulatniającej się duszy…
Udałem się kawałek dalej na płaski kamień, chciałem zebrać siły po walce ze zbyt pewnym siebie sierściuchem. Pogryziona łapa dawała się we znaki, ale zignorowałem ból i wciąż kapiącą krew. Wkrótce przestanie i potem wystarczy poczekać na zaleczenie się pogryzień. Kolejne blizny po kolejnej walce, pomyślałem.
Nagle dostałem ataku kaszlu, tak zupełnie znikąd i był rwący, jakbym miał zaraz wypluć płuca. Podławiłem się kilka minut, aż nareszcie ustało, warknąłem głośno z niezadowolenia. Przez to zaczęło mnie boleć gardło, nie dziwota, nadwyrężyło się przez durny kaszel. Ułożyłem się wygodnie na kamieniu, miałem nadzieję, że nic natrętnego mnie nie wybudzi, bo chyba szału dostanę. Chwilę później zebrało mi się na kichanie, czy ten kundel miał w sobie jakąś zarazę i mnie czymś zaraził? Może zrobił to celowo… Coś mnie zaczęło drapać w gardle, nienawidziłem tego uczucia i od razu mi się w głowie pojawił obraz rzeki. Trzeba to popić, bo nie da spokoju.
Uniosłem nos w górę, zdziwiło mnie to, że coś mi przeszkadzało w nosie. Nie czułem wyraźnie rzeki w oddali, a przecież często leżakowałem na tym kamieniu i bez problemu mogłem wywąchać wodę bez unoszenia głowy. Teraz miałem z tym problem i w chwili gdy się zbliżyłem do wodopoju, to niby coś czułem, ale z trudem. Wyrzuciłem wszystkie te myśli z głowy i w końcu się napiłem. Kątem oka zauważyłem, że jakiś pies oddalił się ode mnie, co chwila odwracał głowę czy przypadkiem nie rzucę się na niego. Płochliwy kundel, kolejny co ma marne szanse na przeżycie. Wypiłem sporo wody, ale gardło za nic nie chciało ustąpić. Odwróciłem się i zauważyłem, że jestem w miejscu, gdzie przebywają wszyscy z klanu, a przynajmniej większość. Dostrzegłem młodziaki, te nędzne kreatury plączące się między łapami. Jeden z nich spojrzał na mnie, zmierzyliśmy się wzrokiem i od razu uciekł z mojego pola widzenia, dobry ruch, pomyślałem.
Z boku pojawił się ktoś jeszcze, we wnętrzu niewielkiej jaskini zauważyłem mojego przeciwnika, tak zmiękł, że musiał iść do medyka? Prychnąłem, co za cienias. Wpatrywałem się w niego, a po chwili on we mnie, szykuje się kolejna walka w samym sercu naszego terenu?
— Kiepsko wyglądasz — powiedziała medyczka Ciemny Kieł
Odsłoniłem delikatnie kły, nie miałem najmniejszej ochoty się do niej wybierać, jak każdy medyk zacznie mnie dotykać w różnych miejscach i sprawdzać rany. Nie ma mowy…
— Mogę cię wyleczyć, jeśli chcesz, wystarczy znaleźć odpowiednie zioła.
Trzymała dystans, to jedyny plus dla niej, bo inaczej skończyłaby przygnieciona do ziemi. Co wyleczyć i po co? Nie byłem aż tak chory, żeby mnie leczyć. Wyminąłem ją bez słowa, nie zawracaj mi głowy jakimiś swoimi sztuczkami medycznymi. Czmychnąłem w las, zostawiając za sobą całe towarzystwo, aż mnie ciarki przeszły na widok tych futrzaków. Jak można wytrzymać w czyimś towarzystwie? W dodatku każdy się do siebie przytula, tego już za wiele. 
<Krwawy Zew?>
[596 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

22 stycznia 2021

Od Krwawego Zewu CD Płomiennego Krzewu

Taki wysiłek na początek dnia był dla mnie zbawienny. Jednak nie spodziewałem się, że pies jest tak silny. Zaatakowałem pierwszy, wyszczerzając zęby. Pies się stał nieruchomo, nagle szybkim ruchem wbił mi kły prosto w szyję. Jak ja mogłem dać się tak zrobić. Trzasnąłem o ziemię, wydając z siebie niewyraźne warczenie, poczułem, jak pies mnie dusi. Jak powoli się przemieszczamy. Musiałem szybko się odwrócić i zrewanżować. Rozdarłem mu bark, aż polała się krew.
Tym razem to on wykonał pierwszy ruch. Poczułem, jak zatapia się w moim ciele. Odepchnąłem go szybko, aby nie pozwolić mu na więcej. Szybko złapałem go za kark, zwalając z nóg. Szarpałem jak opętany i nie miałem zamiaru wypuścić. Nie musiałem długo czekać na odwet, poczułem, jak pies łapie mnie za szyję, gdzieś w okolicach ucha. Ścisnął mocniej szczęki, mimo woli musiałem go. Nie zamierzał się hamować i rzucił mnie o betonową ściankę. W powietrzu cały czas latały strzępki naszych futer, a także unosiła się woń krwi, mimo że wiał wiatr. Na lekko drżących łapach podniosłem się, miałem problem, aby złapać oddech. Dostrzegłem, jak napastnik rusza wprost na mnie. Nie miałem, jak uniknąć ataku więc postanowiłem go odeprzeć. Zbiliśmy się z dużą siłą, czułem jego przewagę, ale nie dopuszczałem myśli porażki do siebie. Po kilku kolejnych ciosach czułem, jak tracę siły.
— Wynoś się! — walnął.
Jednak trafiła kosa na kamień. Po tych kilku minutach wiedziałem, że przewagę jeśli chodzi o siłę. Zamknąłem na chwilę oczy, na moim pysku pojawił się złowieszczy uśmiech, prędzej umrę, niż pozwolę sobie odejść z podkulonym ogonem. To był dla mnie początek, musiałem teraz wykorzystać swoje umiejętności na maksa. Otrzepałem się i zobaczyłem, jak kolejne krople krwi spadają na ziemię. Ruszyłem biegiem w jego stronę, złapałem go za przednią łapę, zanim mnie sięgnął, już byłem za nim, gdy się odwrócił, złapałem go za szyję i przyciągnąłem do ziemi. Bez problemu jednak podniósł się wraz ze mną, złapał mnie za klatkę piersiową. Z wielkim bólem wyrwałem się, a w jego pysku zostało futro. Złapałem go za tylną łapę i znowu zmieniłem szybko swoją pozycję. Gryzłem w różne miejsca, gdzie popadało, biegając wkoło niego. Tracił energię, aby nadążyć za mną i odpierać moje ataki. Ja też z każdą chwilą czułem to większe zmęczenie. Ale sprawiało mi to ogrom frajdy. W pewnej chwili dopadł mnie, mocno chwycił za grzbiet i rzucił o ziemię, powtarzając to kilka razy. Jednak nie zastanawiałem się co robić, złapałem znowu jego przednią łapę, zaś on mnie za kark im mocniej on ściskał mnie, tym bardziej ja wgryzałem się w jego łapę. Jeśli postara się mnie odciągnąć to razem z jego własną łapą. Zastygliśmy w tej pozycji, gdyż za nami pojawił się lider.
— Co wy wyrabiacie? Natychmiast przerwijcie walkę! Jak chcecie się naparzać to nie na terenach sfory! Dzieci patrzą.
Faktycznie zebrała się tutaj małoletnia widownia. Jeden z bachorów zapewne doniósł na nas.
Oboje puściliśmy się i wycofaliśmy. Lider dalej nas opierniczał, ale się wyłączyłem. Rzuciłem w stronę psa wrogie spojrzenie
— Jeszcze się policzymy — warknąłem i ruszyłem, wymijając wszystkich.
Nie wiem, kto wygrał, ale gdyby nie mali donosiciele to któryś z nas byłby trupem. Nie czułem się ani wygrany, ani przegrany. Ale zostawiałem za sobą sporo krwawych śladów. 
<Płomienny Krzew?>
[524 słowa: Krwawy Zew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Płomiennego Krzewu CD Krwawego Zewu

Płatek śniegu wylądował mi na nosie. Spojrzałem na niego uważnie, wyglądał niczym żywa istota ginąca pod wpływem ciepłoty, aż wyobraziłem sobie jego przeraźliwy krzyk. Ledwo zetknął się z moim nosem, a już po upływie sekundy zanikał i nikt o nim nie będzie pamiętał. Tak jest identycznie z moimi ofiarami — krzyczą, błagając o litość, ale jej nigdy nie dostają. Ostre kły zatapiają się w ich szyjach, aby poczuć płynące życie w tętnicy. Szczęki zaciskają się mocniej i mocniej aż krew wypływa na zewnątrz, życie ulatuje z ofiary, jest panika, jest strach, ostatnie próby oddechu... i cisza. Ciało staje się bezwładne, dusza powoli się oddziela, by nabrać swoją drogę w zaświaty. Nikogo prócz naszej dwójki nie ma, jesteśmy sami na otwartej przestrzeni. Nikt mojej ofiary nie będzie pamiętał ani wspominał. Jest jak setki innych osobników o takim samym wyglądzie, podobnie jak z płatkiem śniegu — taki sam jak miliony innych spadających na ziemię.
Zorientowałem się, że cały grzbiet mam pokryty białym puchem. Lubiłem zimę, ale większej sympatii do niej nie przywiązywałem. Gdy ziemia jest przykryta, to fajnie wyglądają plamy krwi podczas duszenia, dajmy sarny. Stają się większe i jest ich więcej. To aż miły widok, bo wiesz, że za chwilę najesz się do syta. Z rozmyślań wyrwał mnie czyiś zapach, mruknąłem pod nosem zdenerwowany. Ktokolwiek to był miał skazany na siebie wyrok, chyba że się wycofa po dobroci. Nie miałem jednak nic przeciwko walce, dawno się z nikim nie zmierzyłem.
Wyłoniłem się zza płyty betonowej należącej do starego blokowiska i od razu napotkałem się wzrokiem z innym psem. Od razu zauważyłem, że byliśmy tego samego wzrostu i wyczułem w nim nienawiść do wszystkiego, co się rusza. Nie myślałem, że dziś natrafię na agresora dorównującego mi samemu, ale nie miałem zamiaru się cofać. Wbiliśmy w siebie wzrok niczym dwa największe drapieżniki tej ziemi. Decyzja zapadła i nie było odwrotu. Dostrzegłem u wroga kilka blizn na łapach i pysku, ale jedyne co mu zazdrościłem to ogon w pełnej okazałości. Mój — poszarpany i w połowie łysy z widocznymi śladami po zębach — może i był oznaką wytrwałości, ale zwykle wydawał mi się szpetny. Były dni na podziwianie go, lecz były też takie, gdzie nie mogłem odwrócić głowy, by nie zepsuć sobie widoku.
Zignorowałem słowa przeciwnika wypowiedziane w moją stronę, tylko zacząłem toczyć koło wokół niego. Masz pechowy dzień, pomyślałem. Rudzielec również zataczał koło i teraz tylko czekałem, aż wykona pierwszy ruch, nigdy się nie spieszyłem. Miał długie łapy, czyli musiał być zręczny i zwinny jeśli chodzi o walki czy polowania. Smukłe ciało to wręcz podwaja, ale miałem pewne wątpliwości do tego, czy mnie pokona. Przypomniała mi się moja walka z wielkim łosiem, skoro jego pokonałem, to czym jest ten rudzielec przede mną?
Przeciwnik wbił pazury w ziemię, odbił się i pierwszy zaatakował. Wyszczerzył zęby, aż mu ślina pociekła z pyska, nie myślał o niczym innym niż złamaniu mi karku. Zmrużyłem oczy i otworzyłem pysk, sam się o to prosiłeś! Specjalnie nie ruszyłem się z miejsca, aby pruł prosto na mnie. W chwili, kiedy miał wbić mi zęby w kark, natychmiast wbiłem mu moje w szyje i to jeszcze gdy zawisł w powietrzu. Katem oka dostrzegłem jego zdziwienie, myślałeś, że mnie zaskoczysz? Pies z impetem trzasnął o ziemię, wydał z siebie niewyraźne warczenie, ale postanowiłem go jeszcze poddusić. Jak ja uwielbiałem torturować wrogów… Złapałem go za futro i przeciągnąłem kawałek dalej, ale nagle rudzielec się obrócił i uderzył mnie łapą po pysku, a następnie rozdarł mi bark, aż polało się kilka kropel krwi. Odsunęliśmy się od siebie, zwróciłem uwagę na ranę i pokazałem zęby — chcesz walki? Dostaniesz ją i to w maksymalnej dawce.
Tym razem pierwszy wykonałem ruch, ale był to mocny rzut na przeciwnika. Najpierw wydarłem mu sierść na gardle, żeby później poprawić i wyrwać kawałek skóry. Krew… Czułem jej słodki smak w pysku. Chciałem wyszarpnąć kolejną część ciała, wróg odepchnął mnie swoją niewielką masą, żeby nareszcie dopaść mojego karku. Niespodziewanie zbił mnie z łap i dostał się do swego celu. Szarpał jak opętany i nie miał zamiaru wypuścić zdobyczy z paszczy. Zyskałem trochę równowagi i natychmiast wgryzłem mu się w bok szyi, gdzieś w okolicach ucha. Ścisnąłem mocniej szczęki, dzięki czemu puścił mnie. Ja nie miałem takiego zamiaru, wykorzystałem to i rzuciłem rudzielcem o betonową ściankę. W powietrzu cały czas latały strzępki naszych futer, a także unosiła się woń krwi, mimo że wiał wiatr. Wróg podniósł się, nie miał za grosza dość i chciał więcej. Położyłem uszy i ruszyłem wprost na niego. Nie miał gdzie w razie czego zrobić uniku, bo rzuciłem nim prosto w kąt betonu. Zbiliśmy się z dużą siłą, czułem moją przewagę. Stanęliśmy na tylnych łapach, żeby zadawać sobie większe obrażenia na pyskach, ale wystarczyło kilka ciosów, żeby mój przeciwnik osłabł. Odepchnął mnie na bezpieczną odległość i złapał oddech, czyżbyś miał dość? Warczałem pod nosem, byłem gotowy na każdy ewentualny atak z jego strony, ale nie szykował się na dalszą bójkę.
— Wynoś się — powiedziałem z wyszczerzonymi zębami.
<Krwawy Zew?>
[814 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia. Płomienny Krzew traci 17PZ, a Krwawy Zew 40PZ. Większą szansę na wygraną ma Krwawy Zew.]

16 stycznia 2021

Od Krwawego Zewu do Płomiennego Krzewu

Nie podobało mi się to, że tereny Tenebris są takie małe. W porównaniu do miejsc zajmowanych przez inne klany wydawało się, że jesteśmy mało uwzględniani przez innych. Tak jak byśmy nie znaczyli wiele. Ale to były tylko moje myśli, może inni uważają całkowicie inaczej. Część psów na pewno kojarzy mnie, jak byłem szczeniakiem. Tak wtedy żyłem beztrosko, ale już od początku niczym się nie przejmowałem. Ojciec zawsze był surowy, mama zaś była łagodniejsza. Jednak w moich oczach to zawsze on był głową rodziny. Jego marzeniem było, zostanie liderem klanu. Gdy wyruszali na bitwę, pamiętam jak dzisiaj, gdy po raz pierwszy w życiu mnie przytulił. Zawsze był obojętny, nie szukał kontaktu z synem. Moja matka była w nim ślepo zakochana, to była bardziej jednostronna relacja. Zawsze starała się, aby jej partner był zadowolony, zaś ona nie miała z tego nic. Chociaż okazywała mi jakieś uczucia, to nie byłem w stanie określić, co do mnie czuje. Odnosiłem często wrażenie, że psuję wszystko, czego tylko dotknę, że nie powinienem istnieć na tym świecie. Inni rodzice inaczej traktowali swoje pociechy. Nadszedł ten dzień gdy oboje wyruszyli. Nie przejmowałem się tym, wiedziałem, że mogą nie wrócić. Po kilku miesiącach czułem, że reszta klanu zachowuje się inaczej wobec mnie. Patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, ale nie wiedziałem, o co im chodzi. W końcu nie wytrzymałem, poszedłem do lidera i spytałem wprost, czy oni żyją, czy nie. On też miał ten dziwny wyraz pyska, jak reszta gdy patrzył na mnie. Jego odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Mówił coś o współczuciu, a ja nie wiedziałem, po jakiemu to jest. Bez słowa wróciłem wtedy do ruin. Nie zaprzątałem już sobie więcej głowy tym, że mnie osierocono. Irytowała mnie litość innych, ja jej nie potrzebowałem i ze wszystkich sił chciałem, aby przestali. Uczyłem się pilnie, trenowałem pod okiem swojego nauczyciela. Kiedy stałem się już dorosłym wojownikiem, zamknąłem kolejny rozdział swojego życia. Mój nauczyciel stał się dla mnie nikim ważny, po prostu w tamtym okresie był mi potrzebny, a gdy przestał, po prostu stał się nikim w moich oczach.
Wędrowałem po granicach Tenebris patrolując, czy nikt dzisiaj nie nadzieje się na moje ostre kły, które z chęcią zatopiłbym w czyimś ciele. Niestety to był zbyt spokojny dzień, a gdy schodziłem ze zmiany, napotkałem na swojej drodze Płomienny Krzew. Chyba nigdy mi nic nie zrobił, złego, ale miał pecha, napatoczył się na mnie.
— Dokąd idziesz? — Spojrzałem na niego.
Jego mina wskazywała na to, że nie powinienem zadawać mu ani jednego pytania. Usiłował mnie wyminąć bez słowa, ale stanąłem na jego drodze. Wiedziałem, że on tak jak i ja, potrzebuje iskry, aby wzniecić ogień i właśnie ja byłem tą iskierką.
<Płomienny Krzewie?>
[436 słów: Krwawy Zew otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]