Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwast × Laurency. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwast × Laurency. Pokaż wszystkie posty

21 września 2021

Od Chwasta do Laurencego — ,,Pożegnanie"

Cichy wiatr lekko powiewał schnącymi na koronach drzew liśćmi, odbierając uwagę od mojego dotychczasowego obiektu zainteresowań — Laurencego, który postanowił produkować się na tyle, aby nie wypłakać całego oceanu na naszym ostatnim, ale to tak naprawdę ostatnim treningu. Niby nic takiego, ale jednak koniec pewnej ery bywa trudny do przyjęcia, szczególnie, gdy jest się nadpobudliwym nastolatkiem zamkniętym w ciele starego wojownika. Chodził z jednego końca drogi na drugi, unikając złapania jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego z moimi śmiejącymi się z jego zachowania ślepiami, które nieuniknienie wiodły taką samą drogę, co mentor. Przeskakiwały mozolnie z łap na pysk, z pyska na spokojnie spływający potok, następnie z potoku na malutki krzaczek, kształtem przypominający idealny okrąg, skąd wiodła już krótka ścieżka do zatoczenia kółka i ponownego pojawienia się w punkcie A. Zastanawiałem się, dlaczego zamiast ze mną szczerze porozmawiać, ciągle powtarza o tym, jak ważny jest kodeks wojownika i z jakiej przyczyny trzeba pamiętać, żeby zawsze przed polowaniem załatwić wszelkie potrzeby, nie tylko fizjologiczne, ale także na przykład potrzebę przytulenia się do najbliżej leżącego geja, czy obwąchania suczki, która nam się podoba. Mimo tego, iż powtórzył co najmniej trzy razy kwestię tego, jak dobrze jest zostać wojownikiem, albowiem tylko wtedy dostaje się gwarantowany szacun na dzielni, dalej go słuchałem. Nie wiem, czy aż tak interesowały mnie powtarzane przez niego zdania, czy zwyczajnie rozgorzała we mnie żałość, chcąca, żeby nie było mu przykro, jednak nie czułem się do tego przymuszony. Po prostu się zastanawiałem. 
— Chwaścik, mam nadzieję, że pamiętasz wzmiankę o podejrzanych wiewiórkach spotykanych w lesie — wtrącił, przypomniawszy sobie w głowie, że od jakichś pięciu minut o tym nie mówił. 
— Tak, są przebiegłe i mam się z nimi nie zadawać, żeby przypadkiem nie zejść na złą drogę — mruknąłem, przewracając śpiącymi oczami, jednakże widząc rozpierającą go dumę po wypowiedzianych słowach, zrobiło mi się jakoś lżej na sercu. 
Wyglądając jak spełniony ojciec piątki dzieci, uśmiechnął się jeszcze szerzej i powoli ruszył w moją stronę, uprzednio niemal nie potykając się o wystającą przy brzegu kłodę, co wzbudziło we mnie nielekki niepokój o zdrowie jego nie najnowszych mięśni, wszak ten stary śmierdziel pomału zaczynał się rozsypywać. Ilość księżyców, które nosił na swoich barkach martwiły mnie ostatnio bardziej niż zwykle, gdyż niesprawna mózgownica uświadomiła mi, iż wcale nie zostało mu już tak dużo czasu, jak jeszcze niedawno myślałem. Dzień, mogący być nazwanym tym nieszczęsnym, w którym ostatni raz powtórzy, że tamten rudzielec powinien zostać moim mężem, czy wspomni o jego dzikich przygodach z Cierniem i błędach z przeszłości, których wcale nie żałuje, zbliżał się nieubłaganie, a myśli z tym związane dręczyły mnie nieustannie. Czułem wręcz, jak lęk przed stratą Laurencego drążył w mojej głowie niepomierną dziurę, zabijając mnie nieśpiesznie od środka. Wszystko, co w ostatnim czasie razem robiliśmy, stale przypominało o kończących się zachodach słońca, wspólnych posiłkach, czy spontanicznych wypadach poza nasze tereny. Mimo że nasze życiowe ścieżki zbiegły się ze sobą w sposób przypadkowy, już dawno uznałem, że ktoś faktycznie chciał nas ze sobą zjednać. Nie wierzę w przypadki — wszystko jest wypisane w gwiazdach. Każde słowo, każdy uśmiech i gest. Spotkanie z ukochanym, poznanie przyjaciela, oczekiwana śmierć — ktoś już o tym wie, a ty nie masz szans nic z tym zrobić. Jednak będę mu do końca życia wdzięczny za to, że trafiłem akurat na Laurencego; bez jego pomocy nie poznałbym kogoś, komu na mnie zależy, kto o mnie dba, przejmuje się losem, który mnie spotka. Kto wierzy, że nie jestem bezwartościowym kundlem, niepotrafiącym się odezwać, gdy trzeba. Kto mnie kocha i kochać będzie.
— Chwaścik, jesteś tam? Mam nadzieję, że nie zabiło cię to moje gadanie — zaśmiał się nerwowo, nie wiedząc, czy przypadkiem nie jestem na niego zły. — Nie zabiło, prawda? 
— Nie zabiło — Powróciłem do rzeczywistości, opuszczając na jakiś czas moją otchłań rozpaczy. — Naprawdę to już wszystko? Coś szybko ci poszło. 
Laurency bez słowa przysiadł obok mnie, zapewne szykując swoje ostatnie trzy szare komórki do znalezienia odpowiednich słów, które pomogłyby mu sformułować ostateczną przemowę pożegnalną, zanim stanę się prawowitym wojownikiem i pójdę w jego ślady, znaczy się, będę przesypiać całe dnie i zacznę zawodowo ganiać wściekłe wiewiórki. Do moich uszu wciąż docierał szum wiatru, który jednak zdawał się być nieco stłumiony ze względu na jeszcze głośniejsze bicie serca starego mentora. Dochodziło do tego ciche dyszenie i odgłos gwarno wciąganego powietrza, co zwiastowało ponowne włączanie się systemu. Przez chwilę łamałem się też z myślami, czy przypadkiem owocnym nie byłoby zawołanie po medyka, ze względu na to, iż nie miałem pewności na to, że Laurency tylko myśli, a nie przypadkiem stresuje się na tyle, żeby zaraz odejść w zaświaty. 
— Słuchaj Chwaścik — szepnął cicho, zanim odchrząknął chrapiące gardło. — Zawsze wiedziałem, że stworzymy idealną parę, naprawdę! Jak spotkałem cię po napadzie tamtych małych gangsterów od razu pomyślałem sobie, że dogadam się z takim dzieciakiem, jak ty, pamiętasz to w ogóle? To dopiero były czasy, rozmiarowo byłeś porównywalny do długości mojego ogona! A teraz zobacz no jaki z ciebie przystojniak, mógłbym nawet rzec, że jesteś piękniejszy niż ja! 
Na jego pysku ponownie pojawiła się poważna mina, co porządnie mnie skołowało. Że niby Laurency mówi takie rzeczy i nie jest na jakichś ziołach? 
— Dobra, masz rację, nie będę cię okłamywać — westchnął przeciągle, na nowo powracając do swojego Laurencowania. — W dniu, w którym dostałem cię jako mojego ucznia, myślałem, że oszaleję z radości... Ale też byłem pewien, że ode mnie uciekniesz — przyznał bezwstydnie, kontynuując. — I nie wierzyłem, że w ogóle kiedyś ta chwila nadejdzie! Nie wiedziałem nawet, czy przypadkiem to nie była pomyłka — mruknął jękliwie. — Ale zostałeś ze mną, Chwaścik! Zostałeś i zobacz, co osiągnęliśmy! Tyle razem przeżyliśmy, czy to nie cudowne? Myślisz o tym czasem? Bo ja tak. Pamiętasz dzień, w którym prawie cię zabiłem? Albo ten, kiedy szukaliśmy razem Mlecza? A nie, czekaj, to był ten sam dzień... — powiedział pod nosem, drapiąc się za uchem, gdzie ja przez jego wspominki przypomniałem sobie o czym jeszcze chwilę, przed tą rozmową, tak intensywnie rozmyślałem. Sekundę temu zdobyty pomyślny i nostalgiczny humor, zniknął w mgnieniu oka, zamieniając się bezpowrotnie w sprawiające jedynie ból natarczywe myśli. Ale on nie zauważył. 
— Wiesz, chodziło mi po prostu o to, że stałeś się dla mnie bardzo ważny, Chwaścik — wydusił z siebie, spoglądając na mnie łagodnym, pełnym nadziei wzrokiem. — Kocham cię jak syna, wiesz? 
Przez bliżej nieokreślony czas nie potrafiłem zebrać się ani do ruszenia jakichkolwiek procesów myślowych, ani do palnięcia zwykłej głupoty, byleby wydusić z siebie cokolwiek, żeby przypadkiem nie zawieść wciąż czekającego na moją odpowiedź Laurencego, co stresowało mnie jakoś poczwórnie ze względu na to, iż cholernie, tak, użyję tego brzydkiego wyrazu, nie chciałem, aby najważniejsza osoba, jedyna, która kiedykolwiek wypowiedziała do mnie te słowa, poczuła się przeze mnie zraniona, przecież bym tego nie przeżył. 
— To chyba za dużo dla ciebie — stwierdził, wypowiadając słowa nieco smutniejszym tonem, co mocniej zakłuło mnie w serce, sprawiając, że wewnętrzny ból jedynie się powiększał i stresował mnie coraz bardziej. 
— N-nie, Laurency — wymamrotałem, trzęsąc się mimowolnie, co nie miało największego sensu, ze względu na brak realnego zagrożenia, przez które mógłbym w ten sposób zareagować. — Po prostu trochę się zmęczyłem, ale spokojnie! 
Zaśmiałem się nerwowo, próbując przekonać mentora, jak i siebie, że wszystko jest w należytym porządku i nie ma o co się martwić — przecież nic takiego się nie stało, prawda? To jak zwykle wymysł mojej wyobraźni, która nieposkromiona płata najróżniejsze figle. 
— Wiesz, kiedyś nigdy b-bym nie wpadł na to, że tak byśmy mogli się zżyć — wybełkotałem, czując wiele, o wiele za dużo emocji na raz, co spowodowało dołączenie nerwowego spoglądania na swoje łapy do poprzednich dziwnych objawów. Czułem też, że byłem przez niego obserwowany, przez co jeszcze bardziej wstydziłem się mówić dalej. — To trochę żenujące, heh… zwykle nasze rozmowy polegają na twoich wspominkach o byciu potężnym, męskim wojownikiem, czy wyrywaniu przystojnych kwiatków… Miałem na myśli, że po prostu nie przywykłem do czegoś takiego. 
Zrozumiał o co mi chodziło za pierwszym razem, przynajmniej takie odniosłem wrażenie po jego zachowaniu. Staruszek bowiem wyszczerzył swoje ostre zębiska, pokazując jaki to on nie jest zadowolony z tej chwili, zarazem próbując zapamiętać każdy szczegół, żeby mieć co wspominać po mianowaniu. Nie odzywaliśmy się już do siebie, jedynie słuchaliśmy szumiącej wody, która wciąż kojarzy mi się z momentem, w którym jako niewielki szkrab o mało co nie pożegnałem się przedwcześnie z życiem przez nieuwagę mentora. Zachodzące słońce przywoływało czas, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, także tuż po tym, jak o mało nie zostałem pobity. Trochę dużo mojego umierania jest w tej historii, prawda? Nawet jeśli, to nie jest to ważne. Cieszę się, że podczas naszych treningów, spotkań i zacieśniania więzów pokazał mi, co to znaczy mieć prawdziwą, kochającą całym sercem rodzinę — bo właśnie tym jest dla mnie Laurency, rodziną. 
 
W drodze powrotnej nie czułem się już tak źle, jak na początku dnia. Pogodziłem się z większością moich myśli; dotarło do mnie, iż tak naprawdę nic, co bym chciał, nigdy nie trwałoby wiecznie. Nie mogę życzyć sobie wszystkiego, co najlepsze i liczyć, że faktycznie się to wydarzy. Obydwie persony także zgodził się z moją wersją wydarzeń — lepiej jest uświadomić to sobie wcześniej i cieszyć się chwilą, żeby nie cierpieć, gdy zaplanowana przyszłość okaże się być inną od tej, którą chcieliśmy, żeby była. 
Toczyłem się wolnym krokiem w stronę znajomego mi od dzieciństwa legowiska, próbując nacieszyć się każdą chwilą spędzoną poza nim. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem rozmawiałem z kimkolwiek, kto spokrewniony jest ze mną więzami krwi. Parę księżyców temu? Paręnaście? Kto by to liczył. Każdego dnia oddalamy się od siebie coraz bardziej, powodując zanikanie jakiegokolwiek powiązania między nami. Nie, żebym narzekał oczywiście. 
Już od samego wejścia na teren naszej rodziny wyczuć można było silny zapach ziół, które miała w zwyczaju brać na częste bóle głowy. Zawsze, gdy czułem ich woń do mojej głowy wpadały sceny, których nie chciałbym już nigdy więcej widzieć, dlatego i tym razem mocno wzdrygnąłem się przez ostrość. Nigdy do tego nie przywyknę. 
— Chwast, to znowu ty? Gdzieś ty się szlajał?! — wrzasnął zachrypnięty głos, budząc we mnie najgorsze z możliwych myśli i lęków. Już po chwili zza rogu wyłoniła się niska postać, a wyraz jej pyska zwiastował dla mnie jedynie kłopoty. 
— Myślisz, że możesz sobie robić, co ci się podoba? Za kogo ty się… za kogo… uważasz? — zawyła początek, stopniowo tracąc zdolność do prawidłowego oddychania. 
Przez chwilę próbowała jeszcze ruszyć w moją stronę, co wprawiło mnie w stan przygotowania do ucieczki, jednak zamiast otrzymać soczyste uderzenie w pysk, ujrzałem jedynie spadające na ziemię nieruchome ciało mojej matki. Widok wrył moje kończyny w ziemię, pozostawiając mnie samemu sobie, co przełożyło się na wytrzeszcz moich oczu w celu dokładnego przyjrzenia się sytuacji. Z takiej odległości nie byłem w stanie stwierdzić, co tak naprawdę się wydarzyło, jednak coś wciąż trzymało mnie w miejscu i nie miało zamiaru puścić. Był to mój zdrowy rozsądek, który najwyraźniej rozsądkiem nie był, ponieważ w tej chwili moje łapy wiedziały lepiej niż głowa, której zadaniem jest dbanie o moje bezpieczeństwo w takich sytuacjach, co robić. Nie zastanawiały się, czy istnieje rzecz, którą mógłbym wykonać, aby polepszyć sytuację, ani nie myślały, dokąd mogą mnie zanieść. Zwyczajnie wbiegły w szybki ruch, zabierając mnie wilczym pędem z miejsca traumatycznego zdarzenia, pozostającego w mojej pamięci przez następne ubiegające chwile, w których walczyłem sam ze sobą o odzyskanie kontroli nad własnymi myślami; część mnie twierdziła, iż postąpiłem nieetycznie, że powinienem jej pomóc, aniżeli uciekać jak tchórz — druga zaś krzyczała jak zza mgły, że już nic nie mogłem zrobić. W odniesieniu do mojej obecnej, czyli oddalenia się na bezpieczną odległość od rodzinnego legowiska, głos ten miał rację — nie mogłem nic zrobić, albowiem nie wróciłbym tam nawet, gdyby miało zależeć od tego moje życie. Nie oglądałem się za plecy, tylko szedłem dalej. Poruszając się, czułem, jakbym zagłuszał obydwie persony, chcące zwrócić na siebie moją uwagę, tylko po to, żeby pozbyć się mnie w pochłaniającej rozpaczy z powodu tego, co się stało. Nie, tego co zrobiłem. Bowiem moją winą był ten wypadek; gdybym nie wrócił o tamtej porze, możliwe, że nie wstałaby z legowiska, zostawiając mnie w spokoju, możliwe, że uspokoiłby ją ojciec, akurat wracający na czas z polowania, możliwe też, że nie wróciłbym w ogóle, pozostawiając ich ku sobie samych, równocześnie uciekając od druzgocących problemów tak, jak teraz. Ale stało się i to, co minęło, nie może zostać zrobione inaczej. Potrząsnąłem głową mocniej, żeby zobaczyć, czy może dzięki temu pozbędę się niechcianych myśli, a gdy to nie pomogło, zrobiłem to ponownie i ponownie — aż doszedłem do wniosku, że sam sobie nie poradzę. Mimo narastającego tętna, starałem się nie wpadać w jeszcze większą panikę, niż ta, w której obecnie się znajdowałem; rozglądałem się nerwowo po okolicy, aby dostrzec jakiś znak, który podpowiedziałby mi, w jakim miejscu się znajduję. Niestety, żadne z drzew, krzewów, czy kwiatów nie wyglądało choć trochę znajomo, co znacznie wpłynęło na moje samopoczucie. Oddech przyspieszył, a w połączeniu z intensywnym myśleniem i poszukiwaniem wyjścia z labiryntu, stawał się on ostatnim składnikiem do wybuchowej mieszanki, po której nie sposób jest się jakkolwiek zebrać do logicznego myślenia. Dlatego potrzebowałem pomocy — a jedyną osobą, którą mogłem wtedy prosić o pomoc był Laurency.
— N-nie znajdę… zaraz, z-znowu… — mamrotałem niezrozumiale, starając się iść przed siebie, jednak łapy stały się niemal tak samo bezużyteczne, jak mózg. 
Nie mogłem skupić na niczym uwagi, ponieważ każda komórka szalała na własnych sposób; jedna zajmowała się myślą o mentorze, druga i trzecia tą o matce, a pozostałych dziesięć siedziało i zastanawiało się, w jaki sposób dotrzeć do bezpiecznego miejsca. 
Po tak długiej walce w końcu i łapy się poddały, układając moje ciało pod jednym z wysokich drzew, przysłaniających połyskujące na niebie gwiazdy. A gdy wystrzelony poza skalę poziom stresu związał moje kończyny, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch, jedyną rzeczą, którą mogłem wtedy robić, było wpatrywanie się w połyskujące na niebie gwiazdy. I pomyśleć, że mimo bycia Bezgwiezdnym, to one uratowały mnie od kompletnego zwariowania. 

<Laurency> 
[2263 słów: Chwast otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia + Ikra w końcu umiera]

11 czerwca 2021

Od Chwasta CD Laurencego

— Myślisz, że poszedł bardzo daleko? — zapytałem żałośnie wyjącego ze smutku psa, martwiąc się o to, czy przypadkiem nie zafunduje mi powtórki z rozrywki i czy ponownie nie skończę po tym dniu z rozległym bólem głowy, łap i pośladków.
— Nie wiem, do-... dokąd mogłyby ponieść go te jego krótkie nóżki, ale mam nadzieję, że… że nie na koniec świata — wymamrotał, o mało co się nie załamując, po czym dodał jeszcze parę słów o tym, jakie to tamte maliny nie były cudowne i czy przypadkiem nie ruszyłbym się po więcej.
— Tak, też mam taką nadzieję — odpowiedziałem, przewracając oczami, zarazem wciąż wbijając wzrok w mentora. — No już, już, znajdziemy twojego Mlecza, nie bój żaby.
Mimo sporej różnicy wielkości, jaka nas dzieliła, udało mi się stanąć w umożliwiający mi poklepanie tego śmierdziela po pleckach sposób. Wydawało mi się, że jest to jedna z lepszych opcji, którą mogłem wtedy wybrać, zważając na to, że Laurency chyba nie zwracał większej uwagi na moje słowa. Wyglądał wtedy jak małe dziecko, potrzebujące zwykłego przytulasa, żeby na nowo zebrać siły do brykania i bycia starym, dobrym sobą. Niestety, mimo wszelkich starań, których się podjąłem, żeby tylko doprowadzić Laurencego do stanu choć trochę przypominającego normalny, nie dawał żadnych oznak poprawy; należący do niego nos sprawiał wrażenie coraz to bardziej zasmarkanego, a pysk psa jeszcze bardziej zmarkotniał, zmarszczeniem brwi uwydatniając wszystkie wystające, pojedyncze kosmyki. Co za miejsce nie do życia.
— Chodź, póki nie jest jeszcze tak ciemno — poprosiłem, mimo tego, że w mojej głowie kłębiła się obawa o to, czy to na pewno taki dobry pomysł, aby iść gdziekolwiek poza teren klanu, dodatkowo w nocy, dodatkowo z Laurencym. Niby jest moim mentorem, ale jednak powierzanie mu (ponownie!) mojego zdrowia, a nawet życia, nie byłoby najlepszym posunięciem. Fakt, w grę wchodzi także jego zagubiony potomek (którego swoją drogą ani razu na oczy nie widziałem), a odnalezienie Bezgwiezdnego powinno być priorytetem wojownika, dlatego tym razem postanowiłem temu niemądremu marudzie stuprocentowo zaufać.
— Masz rację, Chwast, masz rację. — Mentor energicznie podniósł zamieszkały przez tysiące drobnych mrówek zad, podskakując przy tym i krzycząc z łaskotania i bólu. — O mój Leonisie, ależ to gryzie w dup-... tyłek!
Natomiast ja, nieco przestraszony jego przeraźliwymi wrzaskami i dziwnymi minami, powstałymi przez doskwierający mu dyskomfort, natychmiast odskoczyłem na bezpieczną odległość liczącą parę psich stóp, równocześnie dając mu miejsce na to, aby spokojnie, to znaczy nader ruchliwie i dynamiczne, mógł się z tych czarnych potworów otrzepać. Zgodnie z moimi przewidywaniami Laurency zaczął kręcić swoim zabytkowym tyłkiem, ogonem i tułowiem z nadzieją na to, że może same spadną z takiej karuzeli — na całe szczęście był to najlepszy z dotychczasowych pomysłów, które przywędrowały mu na piechotę do głowy, ponieważ owady chyżo zeskoczyły z nowej miejscówki, a mnie przestały boleć bębenki.
— Teraz możemy iść, Chwast.
Więc poszliśmy. I było dość zabawnie.
 
Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, które głosi, że to właśnie noc, nie poranek, czy południe, jest najlepszą porą każdego przeżytego dnia. Nie muszę wtedy czuć, jak promienie słońca wypalają mi dziurę na plecach, po klanie przestają też biegać niespokojne, znudzone, czy niemiłe psy. Robi się o wiele przyjaźniej i spokojniej, taka sympatyczna atmosfera, idealna do fantazyjnych rozmów albo dzikich wypraw nad rzekę tylko po to, żeby niedługo później trafić do Leonisa pod opiekę medyczną. Niemniej jednak brak przyzwoitego oświetlenia nad wydeptywaną przez nas w tamtej chwili drogą przyprawiała mnie o dziwny ucisk w brzuchu. I nie, nie był on spowodowany wcześniejszym kontaktem z medykiem Bezgwiezdnych, a wciąż narastającym strachem przed przerażającą kreaturą, która w każdej chwili mogła wyskoczyć zza otaczających nas ze wszystkich stron chaszczy. Naturalnie zaradziłoby na to parę ciemnozielonych, podobnych do zwykłego liścia, wcześniej spadłego z drzewa za sprawą silnego wiatru, magicznych ziół, wszak głupim pomysłem byłoby proszenie Laurencego o ich znalezienie. Możliwe, że by je rozpoznał, ale w jaki sposób kazałby z nich korzystać? Przecież żadna z niego pielęgniarka, toteż lepiej nie ryzykować zaprzepaszczenia możliwości odbycia ciekawej przygody, objawiającej się z nutką grozy w powietrzu.
— Jak tam się czujemy, Chwaścik? — odezwał się po paru minutach ciszy, lekko hamując, aby dotrzymać mi kroku — bo przecież ja i moje krótkie łapy nie za bardzo nadążamy za tym ruchliwym staruszkiem.
— Chyba dobrze, nie mdli mnie już tak bardzo... Laurency, taka jedna sprawa — odrzekłem, następnie przyspieszając podobnie do rozmówcy, ponieważ rozpierająca go energia nie pozwoliła mu poruszać się tak wolno, jak ja. — W jaki sposób mam ci pomóc znaleźć Mlecza, skoro nie mam pojęcia, jak wygląda, ani czym pachnie?
— Jak to nie wiesz? Nie kojarzysz Mlecza? — Pokręciłem głową na prawo i lewo, na co westchnął przeciągle. — Przecież wszędzie go pełno, może słabo widzisz? — sapnął ponownie, zniżając łeb do mojego poziomu. — Szukamy takiej małej, jasnej kulki sierści, w zasadzie niewiele większej od ciebie. Tak, tak właśnie mój Mlecz wygląda.
„Mała, jasna kulka sierści”, co? Dzięki takiemu opisowi równie dobrze mógłbym wziąć naszą liderkę, Jazgota, czy praktycznie każdego innego, małego i jasnego kundla, krążącego w pobliżu terenu Bezgwiezdnych za owego Mlecza, jednak po krótkiej kłótni przeprowadzonej w środku głowy ze samym sobą, doszedłem do wniosku, iż nie sądzę, że mądrym wyborem byłoby dalsze ciągnięcie tamtej gadki. Najwyżej wpadnę na kogoś innego i zwalę to na Laurencego.
— No dobrze, w takim razie jeszcze jedno pytanie. — Spojrzałem do góry, upewniając się, że ten dalej mnie słucha. — Czy zdążymy wrócić rano na trening?
— Jaki trening? A racja, treeening — przeciągnął ostatnie słowo, wysilając się, aby przez chwilę faktycznie nad tym pomyśleć. — Potraktuj tę wyprawę jako taki trening — oznajmił uśmiechnięty, ówcześnie odwracając swój łeb w stronę mojego. — Poćwiczysz swoje łowieckie zdolności!
— Ale przecież żadnych jeszcze nie mam...
— To je zdobędziesz — mruknął półszeptem, zapewne starając się ukryć lekkie niezadowolenie spowodowane moimi słowami. — Będziemy polować na zwierzynę, znaczy się Mlecza, ale w tym przypadku uznajmy, że jest on zwierzyną. W ten sposób zrozumiesz, jak w okamgnieniu można załapać się na niezłe żarełko!
Och, droga wieżyczko kamieni, którą ułożyłem poprzedniego wieczora, jeśli tej nocy nauczę się czegoś nowego, to bądźże błogosławiona! Miałem wtedy szczerą nadzieję na to, że to ja, właśnie ja, naturalnie za pomocą odrobiny szczęścia, bo jakżeby inaczej, skoro nie znam zapachu wojownika, a opis podany przez Laurencego brzmiał, jakby ten nigdy w życiu nie widział własnego syna na oczy, upoluję dzisiejszy obiad własnymi, już nieco brudnymi od chodzenia po wydeptanym wcześniej przez starszego błocie i dzięki temu już nigdy nie przyjdzie i nie stwierdzi, że potrzebny mi nowy mentor.
Zalesiona ścieżka, którą Bezgwiezdny postanowił obrać była niemalże tak prosta, jak on sam, czyli w zasadzie wcale. Wokół nas tworzyła się wydeptana, trawiasta dróżka, którą poniekąd szpeciło świeże, ciemne błoto, a najgorsze było to, że nie wiem, czy powstało tu wcześniej, czy to dopiero idący przede mną Laurency je tam naniósł. Dodatkowo, co chwila zatrzymywaliśmy się, a to przy trzecim powalony drzewie, a to przy kolejnym zakręcie, prowadzącym donikąd. Nie narzekałem, nie mogłem narzekać, sprawa oczywista, każdemu może się czasem zdarzyć, że zabłądzi i ja to rozumiem, bo niby jak wytłumaczyć moje znalezienie się na terenie innego klanu parę księżyców temu, no nijak, jednak gdy w końcu do moich uszu doszła nieróżniąca się od tamtego czasu, kiedy o mały psi włos nie straciłem mojego krótkiego życia na dobre, spokojna melodia szumiącego potoku, dotarło do mnie, że tak naprawdę, jak za ostatnim razem skręciliśmy, to najzwyczajniej w świecie zaczęliśmy się cofać, tym samym zachodząc aż na płyciznę. Wraz z nadejściem tej chwili zrozumiałem, jak bardzo nie wiemy, co tak właściwie robimy i dokąd zmierzamy. Aliści noc młoda i piękna, tak więc czemu nie wykorzystać jej na zacieśnianie więzów z mentorem?
— Panie Laurency, mam takie pytanie — odezwałem się, gdy tylko minęliśmy kolejny zakręt, „sprytnie” omijając drogę prowadzącą z powrotem do klanu. Moim planem było rozładowanie nieprzyjemnej atmosfery, która zdążyła się utworzyć poprzez brak orientacji w terenie i ciągłe narzekanie Laurencego, że przecież on już widział ten kamień i to na pewno nie jest przypadek, tylko okrutne herezje i zamach na jego życie.
— Masz pytanie, tak?
— Tak.
— Jakie to pytanie?
— Bardzo ważne — oznajmiłem, stając naprzeciw zaintrygowanego moim „bardzo ważnym” pytaniem. — Co to jest ten „gej”?
Niesamowicie przystojny, dotychczas w miarę spokojny pysk Laurencego odwalił wtedy niezmiernie szybką i zadziwiającą magię, a mianowicie ukazujący się na nim wyraz w parę setnych sekundy przeszedł z „kurczę, ale muszę być mądry, że Chwaścik mnie o coś pyta” do „Jezus Maria, czyje to dziecko, że nie wie takich rzeczy?”.
— Słuchaj, Chwaścik, bo to jest bardzo ważne — zakomunikował, wytrzeszczając lekko połyskujące za sprawą świecących nad naszymi głowami gwiazd, jasne ślepia. — Gej to takie zjawisko pogodowe, w czasie którego dwóch przystojnych samców liże się po pyskach, jak twoi rodzice, o ile ich masz. — Tu ugryzł się w nader gadatliwy język. — Znaczy się, o ile tak robią.
— A jeśli tak nie robią?
— To wtedy, eee…
— Skoro to zjawisko pogodowe, to czy to znaczy, że geje spadają z nieba? No wiesz, jak deszcz na przykład. — Wciąż dociekałem, starając się jak najlepiej zrozumieć ideę „geja”.
— Nie, geje nie spadają z nieba — odpowiedział szybko, tym samym niszcząc moje marzenie o zobaczeniu jednego z takich lecących na ziemię. — Przynajmniej tak mi się wydaje, bo Pan Chmurka…
— O właśnie, Laurency, kto to Pan Chmurka? — Jego słowa odświeżyły mi pamięć, bo przecież jeszcze niedawno płakał, że chciałby o nim trochę opowiedzieć.
— Chyba też jest gejem, ale nie jestem pewien, bo boję się go zaprosić na wspólne grzybobranie — stwierdził bez zastanowienia, aczkolwiek w mojej głowie siedziało wtedy tylko jedno pytanie — okej, ale co to jest grzybobranie?
— Skoro jesteś gejem i on chyba też, to to znaczy, że jesteście razem?
— Cze-czekaj, co? No wiesz, ten, no… — wybełkotał nerwowo, ówcześnie odciągając ode mnie swoje zakłopotane spojrzenie, które następnie powędrowało w stronę przekwitłej już lipy. — Hej, Chwast, widzisz tamten kamień?
Ale zaraz, jaki kamień? Czy ktoś powiedział kamień?
Jak widać wystarczyło jedno wypowiedziane na ten temat słowo, aby mój wewnętrzny kamienny radar odpalił czerwoną lampkę i zaczął przeraźliwie piszczeć. Rozumie się, że niemal natychmiast odwróciłem kudłaty łeb we wskazaną przez mentora stronę, kompletnie zapominając, że jeszcze chwilę temu rozmawialiśmy o czymś zupełnie innym — o jego życiu prywatnym, o którym tak na dobrą sprawę niemalże nic nie wiem, co trochę mnie przeraża. Wyobraźcie sobie, przychodzi do was niemalże dziewięciokrotnie starszy wojownik, nagle oznajmia, że począwszy od dnia teraźniejszego będzie waszym nauczycielem, najlepszym przyjacielem i przewodnikiem duchowym w jednym. Że będziecie spotykać się prawie każdego dnia, a może nawet i nocy, a na dodatek kompletnie nie wiecie, kim jest ta osoba, skąd o was wie i jakie zamiary chowa pod tą miłą osłoną. Creepy.
— Jejku, ale się błyszczy! Laurency, chodź tu szybko! — krzyknąłem, gdy tylko szczęśliwie doskoczyłem do spokojnie spoczywającego kamienia, w przeciwieństwie do mentora, który powoli do mnie tuptał.
— No błyszczy się, błyszczy — potwierdził, wpatrując się w niego z mniejszym, choć dalej wystarczającym zaciekawieniem, co ja. — Pasuje do ciebie, w sensie tak kolorystycznie.
Faktycznie, starszy miał tutaj dużo racji, ponieważ gdy obracałem minerał w łapach, delikatnie połyskiwał, natomiast jego ogólna barwa miała ciemny odcień, lekko podobny do tej, którą wyróżnia się moje kłębiaste futro. Kształt znaleziska nie był niezwykły — owalny, lekko wypolerowany, zapewne przez wcześniejsze leżenie pod wartkim strumieniem. Wyglądał, jakby ktoś go tam specjalnie przyniósł i zostawił lub zwyczajnie zapomniał zabrać ze sobą. Szkoda byłoby bez niego odejść, jednak gdybym pokusił się o jego przywłaszczenie, to czułbym się jak tuzinkowy złodziej. Niby nic, ale jednak.
Moje zamyślenie przynajmniej nie trwało zbyt długo, za co mógłbym potem towarzyszącemu mi partnerowi podziękować, ponieważ kto wie, czy sam bym się nie wkopał do dołu, gdyby nie zaczął czegoś gadać.
— Chwaścik, czy czujesz to samo co ja? — zapytał, mając nadzieję, że także załapię woń przychodzącą wraz z chłodnym powiewem od północnej strony.
— To inny pies? — Zdziwiłem się przez ten nagły trop, powoli podchodząc do starszego Bezgwiezdnego, który bodajże uważnie nasłuchiwał wszelkich szelestów, czy nienależących do nas wdechów i wydechów.
Czego złego bym o nim w myślach nie mówił, to jednak chyba nigdy nie miałem okazji zobaczyć go tak skupionego na jednej, konkretnej rzeczy. Co mnie poruszyło to to, iż Laurency i Mlecz muszą posiadać niezwykłą relację, skoro ojciec aż tak martwi się o swojego syna. Skupiono-zmartwiony Laurency to od teraz mój ulubiony Laurency.
Dzięki wyćwiczonemu przez tyle księżyców słuchowi mentor szybko dostrzegł, że tuż w pobliżu prawdopodobnie znajduje się jego zguba, tak więc bez zbędnego gadania, oznajmił gestem, iż tutaj obok, chyba za krzakami coś prawdopodobnie się ukrywa, co uznałem za zachętę do działania i nim zdążył zamrugać dwa razy na znak, że coś się dzieje, ja naskoczyłem na wskazany przez niego gąszcz przebrzydłych zarośli. Na mój kompletny zawód, a jego pogłębiające się z każdą chwilą załamanie psychiczne, wyczajona przez niego ofiara nie była Mleczem, nie była nawet jakimś psem, a bodajże zwykłą, niemal niezauważoną przeze mnie rudą wiewiórką, do której na pożegnanie starszy groźno zawarczał. Pamiętam, że to właśnie wtedy stracił cały zebrany dotąd zapał i determinację, wspierającą poszukiwania syna, co bardzo utrudniło nam wędrówkę. Mentor uznał, iż dalsze poszukiwania nie mają sensu i powinniśmy zawracać, zanim znów zacznę czuć się schorowany, natomiast ja mu na to, że chyba coś go boli od tej starości i że nie mam zamiaru się stamtąd ruszyć, dopóki nie dowiem się, jak Mlecz naprawdę wygląda, chociażbym miał tam stać przez następny dzień, czy może nawet tydzień.
— Nie, Chwaścik, j-ja tu jestem mentorem i zarządzam, żebyśmy wracali — wychrypiał, odwracając się w stronę, z której przyszliśmy. — Nie będziemy tu marnować czasu, pewnie jesteś już bardzo zmęczony i…
I wtedy zdarzył się taki jakby cud, bo przecież chyba żaden z nas nie spodziewałby się sekundę wcześniej, że wybawieniem dla niego będzie dochodzące zza zasłoniętej drzewem polany ciche pochrapywanie należące do pewnego, wcale nieznanego nam samca, który dodatkowo wyglądał, jak taka mała, jasna kulka sierści, w zasadzie niewiele większa ode mnie. A jednak. 
<Dzień dobry, panie konduktorze, proszę o odpis Laurencego>
[2243 słowa: Chwast otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia i 4 Punkty Treningu]

23 maja 2021

Od Laurencego C.D Chwasta

W swoim niewielkich rozmiarów umyśle Laurency zwykł przeprowadzać rozwleczone, przeciągające we wsze strony monologi nierzadko zwieńczane erudycyjnymi myślami, przebłyskami geniuszu albo innymi stanami, które mogłyby zwiastować myśl bardziej racjonalną niż „ale kabaret, ten ptak zrobił kupę na Ciernia”. Nierzadko wszczynane dyskusje skutkowały długotrwałymi zanikami umiejętności myślenia i przez następny tydzień Laurie chodził pusty jak rosyjska wydmuszka kupiona na parafialnym odpuście, która zgubiła te małe matrioszki w środku. Wyrażając się jeszcze klarowniej — nie myślał zupełnie i taki właśnie dzień zapowiadał nieudolny trening Chwasta. Chwast, gwoli jasności, wylądował u medyka, czego z całego serca Laurency mu współczuł, ponieważ nikt nie lubił przeszkadzać Leonisowi w rutynowych obrzędach patroszenia niegrzecznych dzieci. Mimo to podreptał za nim, wiedziony ciekawością i wyrzutami sumienia. Wlókł się, rozpierany energią, kiedy natchnienie odeszło w niepamięć i wrócił do formy największego bałwana na osiedlu, zachodząc do głowy, jakim zrządzeniem losu odebrano mu cenną umiejętność używania tych dwóch kulek, które od niepamiętnych czasów tkwiły w jego oczodołach, szerzej znanych jako oczy lub aparat wzroku, mówiąc nieco mądrzej. „Mogłem go zabić!”, powtarzał w myśli, jojcząc i łapiąc się za wyimaginowany łeb, jakby był staruszką, która dowiedziała się, że odwołali różaniec, a jej ulubiony ksiądz wyjechał do Egiptu, smażąc się w promieniach słońca, kiedy cały świat walczył z pandemią wirusa, coby po powrocie pieprzyć trzy po trzy o szczepionkach i martwych płodach w nich zawartych. Nie po raz pierwszy czuł zawód samym sobą.
Podążający u boku Laurencego Jazgot co rusz zerkał ku niemu, jakby kontrolując stan rozpaczającego. Owy stan był, wbrew urodzie Bezgwiezdnego homoseksualisty, opłakany.
— Zaufała mi! — pojękiwał. — Zaufała mi, miałem wytrenować dziecko Ik-... Ikry… albo… albo Szałwi… albo Ikry… Jazgocie, ja już sam nie wiem! Zgubiłem drogę w życiu. To coś strasznego, jak pies już nie wie, po co oddycha, po co się produkuje, po co angażuje te swoje… trzy komórki, co za ból, Jazgociku, ból nie do zniesienia. Miałem zrobić z Chwasta kogoś lepszego, niż jestem sam, ale to niemożliwe, bo… żeby… żeby uczeń stał się lepszy od pierwszego mistrza, potrzebuje następnego, który powiedzie go na wyżyny bycia zajebistym. Wszystko w moich łapach, wszystko było w moich łapach! Powierzyła mi tak ważne zadanie, a ja zjebałem koncertowo, Jazgociku!
Jazgot otworzył pysk, chcąc pocieszyć rozżalonego Laurencego, który uciszył go jednym krótkim gestem.
— Cii. — Przyłożył doń łapę. — Pozwól mi taplać się w moich łzach i bólu. — Odwrócił łeb, po czym dodał półszeptem: — Jutro mi przejdzie, daj mi polamentować. Co u Mlecza?
Jazgot streścił, nie bacząc na nieistotne szczegóły, że Mlecz miewa się całkiem nieźle i zeszłego poranka, kiedy minęli się po raz ostatni, wybywał na polowanie, ponaglany wiercącym dziurę w żołądku głodem. Laurency wyraził swoje zmartwienie i próbował upewnić, czy jego nie-syn nie boryka się z niedożywieniem, niemniej jednak Jazgot wiedział niewiele więcej od samego Lauriego. Chodziło to za nim przez całe popołudnie, choć dwie komórki z trzech zajmowały się w dużej mierze Chwastem.
W trakcie całej tej rozmowy między szczerze przejętym Laurencym a jego podręcznym terapeutą Chwasta nafaszerowano odpowiednimi lekarstwami i doprowadzono do stanu graniczącego z co najmniej przyzwoitym. Jazgot upewnił się, że mogą złożyć mu wizytę, i ponaglił stękającego, umożliwiając mu tym samym odkupienie win.
— Och, Chwaścik. — Przysunął się blisko, na trzy centymetry od szczenięcego pyszczka, patrząc Chwastowi prosto między oczy, ponieważ w same oczy jeszcze nie umiał (ciężko jest skupić się na dwóch punktach jednocześnie, szczególnie mając motor w dupie i nieparzystą zawartość mózgu). Uczeń odsunął się minimalnie, coby nie stykać się z mentorem nosami i wydał z siebie ciche jęknięcie, kiedy przycisnął jego śledzionę. — O! Przepraszam cię bardzo, szefie, już, już… — zaśmiał się nerwowo. — Jak się czujesz? Nie, poczekaj, muszę powiedzieć, że bardzo cię przepraszam, myślałem, że to jakaś niecnota, pannica, zawróciła ci w głowie, bo sam wiem, jak to jest, te szczenięce miłości… — zerknął przelotnie na Jazgota — ...ale to wcale nie była przyczyna, a ja, głupi, wmawiałem ci, że lekcja tańca wyleczy wszystkie twoje zmartwienia. Jak widzę, to tylko pogorszyło sprawę, jednak nie martw się, już nigdy nie zrobię zamachu na twoje życie. Jeśli…
— Panie Laurency.
— ...nie pozwoliłbym sobie…
— Panie Laurency.
— ...jesteś młody i…
— Laurency! — Dobiegła go oschłość tonu Leonisa.
— ...dlatego uważam, że musisz zmienić mentora na kogoś o kompetencjach większych niż ja.
Chwast rozchylił szeroko powieki, eksponując swoje przystojnie okrągłe gałki oczne.
— Nie rozdziawiaj pyska, wleci ci mucha — ostrzegł go Laurie, zupełnie nie przejmując się przejęciem wywołanym przez jego słowa.
Szczenię odkaszlnęło i musiała minąć dłuższa chwila, zanim uspokoiło oddech.
— Ale… jesteś moim mentorem, panie Laurency. Nie chcę…
— Jestem beznadziejnym mentorem! — zaniósł się szlochem Laurie, uderzając czołem o miękkie podbrzusze Chwasta. — Leonis jest głupim gburem, ale w głębi duszy patrzy na mnie i leje w portki ze śmiechu, tak nieporadny jestem. Jesteś pewny, że nie chcesz kogoś fajniejszego?
— Przecież... jesteś fajny.
Uniósł gwałtownie łeb, a oczy zabłysnęły mu nieskrywanym rozradowaniem i zaskoczeniem.
— Jestem fajny? — powtórzył, rozkładając całe zdanie na czynniki pierwsze.
— No… tak.
— Serio? — Wyszczerzył głupawo zęby i odwrócił do Leonisa. — Patrz, ty gałganie, jestem fajny, a ty tracisz! — Zbliżył się do niego, wypinając się zaraz pod Leonisowym nosem. Wodził tyłkiem po niewidzialnym okręgu w powietrzu, wyginając się w każdym kierunku. — Jestem zajebistym mentorem, przyjacielem i w ogóle jestem w pytę, a ty nawet nie chciałeś być moją koleżanką. Chodź, Jazgot. — Klepnął Jazgota w dupę. Jego jeszcze bardziej nie-syn niż syn podskoczył. — Idziemy to oblać. A, Chwaścik, słoneczko — zwrócił się raz jeszcze do uczniaka. — Zdrowiej, kierowniku, przyjdę do ciebie zaraz po tym, jak słońce zajdzie za horyzont.
Na wylocie zerknął na Leonisa i fuknął coś pod nosem, wykonując majestatyczny gest równie majestatycznego zamachnięcia się własnym ogonem. Za sobą usłyszał tylko westchnienie, a obok, z pyska Jazgota, stwierdzenie o niezidentyfikowanym brzmieniu, które przypieczętował pomrukiem aprobaty, choć za cholerę nie wiedział, co Jazgot mógł powiedzieć.

Laurency był psem słowa i punktualnie o siódmej pięćdziesiąt trzy stawił się u Chwasta, zaliczając poślizg w liczbie trzynastu minut po zachodzie — Chwast nie popatrzył na niego krzywo, a Leonis zbył go beznamiętnym spojrzeniem, toteż nie robił sobie z tego powodu zbędnych wyrzutów sumienia. Jego uczeń, jak na chorego, zdawał się wyjątkowo chory i Laurencemu bynajmniej to do gustu nie przypadło.
— Wyglądasz gorzej niż wcześniej — rzucił z niesmakiem, który stłamsił wszelkie zatroskanie. — Leonis, co mu podałeś?
Leonis uniósł pysk.
— Leki — odparł wymijająco z zamiarem powrócenia do swojego poprzedniego zajęcia.
Laurency przewrócił oczami.
— Jasne. Coś konkretniej? Wiesz, panie Gbur, to mój ulubiony uczeń. Podejrzewam, że bym się popłakał, gdyby wywinął kozła i przestał być Chwastem — ciągnął. — Te leki działają, czy tylko mają zadziałać?
— Działają — Leonis mruczał, wyraźnie okazując straconą już z początkiem konwersacji cierpliwość. — Laurency, do st-...
— Oki.
Z pyska Bezgwiezdnego nie wydobył się już żaden dźwięk inny niż odgłos chrapliwego oddychania.
— Nie to, że jestem szurem i mam coś przeciwko leczeniu, no nie, ale jesteś pewny, że wszystko gra, młody? — Laurie upewniał się raz za razem, pełnym umiłowania wzrokiem błądząc po niewyraźnym obliczu pochorowanego Chwasta. Oczy szczenięcia się zaszkliły. — To nie tak, że robię to wszystko przez wyrzuty sumienia, Chwaściku, ja naprawdę się o ciebie martwię i bardzo nie chciałbym, żebyś skończył źle, przeze mnie albo cokolwiek innego, poważnie. Nie będę już uczył cię tańca, wiesz? Tak sądziłem, że to może źle się na tobie odbić. Jak tylko odzyskasz siły, zabierzemy się za poważny trening, ponieważ chcę zrobić z ciebie dużego, mężnego psa — dokładnie takiego, jakim jestem ja! — Patrząc z perspektywy czasu, Chwast wziął do sobie do serca aż nazbyt dosadnie, bo Laurencemu w żadnym razie nie chodziło o dziedziczenie gejostwa; nie zająknął się jednak, kiedy nastał odpowiedni moment na Chwastowy coming-out, co jest zupełnie nieodpowiednim na ten moment tematem. — Znajdziesz sobie jakąś bogatą psicę, albo psa, jeśli wolisz i będziesz żyć lepiej od nas wszystkich, taki przystojny będziesz. A jaki zapach będzie się za tobą niósł! Tak czy inaczej, szefie, gdy tylko staniesz o własnych łapach, przypakujemy trochę i weźmiemy się za trening tak, jak nigdy dotąd.

Nie wzięli się, chociaż Chwast miał się już całkiem nieźle, a gorączka ustąpiła.
— Hej, Chwast. — Szczenię uniosło spojrzenie na Laurencego. — Masz ochotę na imprezę?
Chwast nie miał ochoty na imprezę, ponieważ pokręcił przecząco pyskiem, gasząc wszelki entuzjazm rozgorzały w sercu Lauriego. Starszy Bezgwiezdny usadził swój majestatyczny tyłek nieopodal przewalonego pniaka zewsząd obłażonego przez mrówki i inne zjawiska pogodowe, a Chwast zatoczył się i stanął tuż obok — patrząc na mentora dużymi, znudzonymi oczami.
— No przepraszam, Chwast, że tak to wygląda, ostatnio nie mam siły i wszystko jest takie… szare i…
Wziął głęboki wdech. Laurency nigdy nie był smutny. Laurency zawsze cieszył się z najmniejszych drobnostek, miał na pysku uśmiech szerszy niż jamnik długi. Laurency nie mógł być smutny, kiedy przepędzał posępność innych psów. Słońce nie zachodzi.
Chwast podszedł bliżej. Bezgwiezdny potraktował to jako zachętę do kontynuowania.
— Cztery dni temu Mlecz wyszedl na polowanie i od tamtego momentu nikt go nie widział. Nikt nie wie, gdzie jest mój Mlecz. — Rozłożył łapy w nieporadnym geście. — Boję się o niego, Chwaścik, i nie wiem, co mógłbym zrobić, żeby go znaleźć, bo, sam wiesz, to byłoby głupie, tak szybko tracić syna. Mlecz jest taki młody! Ma całe życie przed sobą, może założyć rodzinę, znaleźć sobie chłopaka, albo odwrotnie, nie wiem, ja najpierw go przygarnąłem, potem zacząłem coś tam, coś tam ze światłem mojego życia, Panem Chmurką, swoją drogą Pan Chmurka to też skomplikowany temat i muszę ci o nim opowiedzieć, Chwaściku, bo mam wrażenie, że jesteś jedynym psem, którego jako tako, przez nogę, kolano, z przymrużeniem oka obchodzi to, co mam do powiedzenia, bo, kto wie, może w moich słowach ukrywa się jakaś prawda życiowa. Tak, pewnie, ukrywa się, Chwastie! Nie pie-... nie siłuj się z sukami i zostań gejem, to najmądrzejsze, co możesz zrobić. Słuchaj mnie, słuchaj. — Laurency spuścił łeb i jęknął cicho. — Widzisz tamten krzak? — Niemrawo uniósł kończynę, wskazując na rosnące nieopodal owoce. To bez. Pamiętaj, żeby nigdy nie jeść bzu, prawdopodobnie umrzesz. Tamto to maliny. Przynieś mi maliny, od nich przynajmniej nie umrę.
Przyniósł maliny. Laurency wpakował je do pyska, przegryzając łzy.
— Pójdziesz ze mną i poszukamy razem Mlecza?

<chwastourency?>
[1634 słowa: Laurency otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia, a Chwast 2 Punkty Treningu]

8 maja 2021

Od Chwasta CD Laurencego

Jeśli któregoś dnia leżałbym na łożu śmierci i zostałbym zapytany przez zebranych wokół mnie towarzyszy o to, jakie było moje dzieciństwo, to jestem pewien, że od razu zacząłbym wylewać moje wszelkie żale życia jako mały szczeniak. Myślę, że chyba jasne jest, iż właśnie to my, młode i ciekawe tego, co inni mają pod ogonami dzieciaki, mają w tym świecie najgorzej. No, chyba że jest się tak głupim, jak pewien kundel zwany Krzaczorem i niezbyt pojmuje się proste fakty.
Jednak wracając do teraźniejszości — calutkie wczorajsze popołudnie zostało przeze mnie zmarnowane na rzecz niezwykle ważnej, jak i pożytecznej i zalecanej do utrzymania zdrowia czynności, jaką jest myślenie. „Okej, Chwast, ale o czym ty znowu myślałeś?” — o tym, czy przypadkiem ostatnim czasie zrobiłem coś, za co możnaby było mnie właśnie w ten, niestety nie inny, dziwaczny sposób ukarać? Oczywiście wiedziałem, że to, iż zazwyczaj w miarę sprawnie działająca głowa raczej nie rozpętałaby tak gorącego pożaru naumyślnie, jednak coś mi się nie wydaje, że nie miałem na to wpływu, przecież jest to dalej moja łepetyna, prawda? No właśnie, dlatego też tak sobie myślałem, czy może by nie pójść z tym problemem do ich profesjonalnego rozwiązywacza, najlepszego i najmężniejszego bezgwiezdnego wojownika, a zarazem mojego jedynego w swoim rodzaju mentora, to jest pana Laurencego (który swoją drogą zachowuje się ostatnio coraz dziwnej, co trochę zaczyna mnie martwić, bo jakby nie patrzeć to jest on trochę stary i mam tylko nadzieję, żeby tylko — o zgrozo! — nie dopadła go jakaś straszliwa choroba, coś typu, no nie wiem, może skurcz tylnej łapy jak ostatnio, bo to byłby koszmar nad koszmarami!). Tak czy siak, poprzedniej nocy zaczął się ten cały festiwal mocnego pulsowania żył, ostrego bólu nad uszami i ciągłego wiercenia się w legowisku, co fatalnie zbiegło się z moimi planami odnośnie do polowania na pewne, niedawno przeze mnie odkryte (oczywiście podczas jednej z miliona przeżytych już wędrówek wraz z Laurencym, który z każdym dniem, zamiast nabierać sił, jedynie porusza się coraz wolniej — i wcale bym się nie zdziwił, gdyby pewnego dnia nie zauważył, jak bardzo w tyle został, a ja pozbawiony przewodnika turystycznego zgubiłbym się w gąszczu tych zgniłozielonych, kłujących mnie w jajka chaszczy, w które tak bardzo lubi mnie ciągnąć).
I też cała ta sytuacja przypomina mi o ostatnim treningu sprzed kilku dni, który z niewiadomych dla mnie powodów, za rozkazem Laurencego, musiał odbywać się w wybranym przez niego miejscu, to znaczy obok takiego dużego, może i nawet ogromnego głazu, z kształtu przypominającego stale naburmuszoną mordę Leonisa, dodatkowo leżącego nieopodal wciąż przyprawiającej mnie o ból głowy płycizny. Pamiętam, że najpierw stanął obok mnie, patrząc zadowolonym wzrokiem na mieniącą się w blasku słońca taflę wody, co swoją drogą było naprawdę uroczym widokiem, którego raczej nigdy nie chciałbym wymazać ze swojej głowy, jednak wypowiedziane przez niego chwilę później słowa już wcale nie były tak przyjemne. Niby dzięki należącemu do tego cepowatego kundla głosowi brzmiały bardzo relaksująco, może i nawet uspokajająco na moje oszalałe serce, jednak trudno też opanować nerwy, gdy twój towarzysz nagle bez żadnej wcześniejszej zapowiedzi, ani chociażby wskazówki ku temu, co ma zamiar zrobić, wyskoczy z ci z „No, to teraz będziemy się napierdalać, Chwaściku kochany”, dodatkowo perfidnie się uśmiechając. Wydaje mi się, że gdybym nie wziął tego początkowo za jego kolejny, bezsensowny i totalnie niepotrzebnie wymyślony żart, to zapewne już dawno bym uciekał z dala od tego psychopaty, jednak mój szósty zmysł wydaje się ostatnio szwankować, co jedynie zwiększa moje szanse na przedwczesną, jakże męczeńską śmierć. Otóż moi mili państwo pan Laurency tamtego dnia przedstawił mi tajne techniki walk, dzięki którym mógłbym powalić niejednego Leonisa na piach za jednym zamachem, znane tylko wybitnie uzdolnionym i starannie dobranym wojownikom, będącym gotowymi dochować tajemnic z nimi związanymi. Sam fakt poznania czegoś, co ma w zwyczaju być przekazywane tylko nielicznym, wielce mnie podniecił. Jestem także pewien, że drogi pan Laurency na wylot widział co mi w duszy gra, ponieważ jego mina z jednej chwili na kolejną przybierała coraz to bardziej zadowoloną ekspresję, jednak całe swobodne uczucie, które zdążyło zebrać się przez parę ostatnich minut, nagle odpłynęło w siną dal. Oczywiście też nie żebym narzekał na naukę nowych ruchów, ale skakanie ciężkiego, chyba nawet zapaćkanego w jakimś błocie, czy Dwunożny wie czym, na moje biedne, ledwo już wytrzymujące tak długie wędrówki plecy jest chyba lekką przesadą? Przynajmniej tak mi się wydaje, ponieważ nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek słyszał o tak uciążliwych treningach jakiegokolwiek od innego szczeniaka ani z mojego klanu, ani żadnego innego. Chyba że może po prostu żyję w innej rzeczywistości i tak naprawdę jestem wybrańcem, który ma zbawić resztę klanów, zanim nastąpi jakaś zagłada, albo coś, kto wie? Koniec końców tamten dzień skończył się na jego ciągłym rozkojarzaniu się, a to pięknym, fruwającym nieopodal motylkiem, a to zaprzestaniem walki na rzecz przerwy i zachwycaniem się szumem strumienia, i przy okazji tłumaczeniem mi, a bardziej sobie, bo pod nosem, dzięki czemu nic nie słyszałem, jak to jest, że woda w ogóle płynie.
No, ale co było, to już dawno minęło, prawda? Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia na jego temat, to mógłbym także wyznać, iż czasami sobie tak myślę, czy przypadkiem nie przydałaby mu się jakaś osobista opieka przez całą dobę, może nawet i w nocy, bo nigdy nie wiadomo co mogłoby się wydarzyć. Są takie momenty, w których zaczynam szczerze wątpić w istnienie jego inteligencji, co jedynie potwierdzają niektóre czyny kundla, są też takie, podczas których wystarczy jedynie wypowiedzenie wymyślnych pomysłów pana Laurencego na głos, aby mnie porządnie na śmierć przerazić. Taki trochę „rollercoaster” — jak to kiedyś mówił — emocji, gdzie dość ciężko się połapać, o co chodzi. Dobrym przykładem na jego przedstawienie mogłoby być, ot tak, nasze ostatniejsze spotkanie, kiedy choroba zaczynała nieźle dokazywać.
I jak już wcześniej zostało wspomniane, moja głowa przypominała teraz bardziej rozżarzony płomień powstały podczas straszliwej burzy poprzez uderzenie pioruna niż normalną mózgownicę, co ten spryciarz sam zdążył zauważyć (nieważne, że dopiero po jakimś czasie), więc nawet nie musiałem się wysilać, aby wydusić z siebie jakiś dźwięk albo, co gorsza, kilka słów.
— Hejeczka, co się dzieje z moim ulubionym uczniem, hmm? — zapytał, krzycząc wprost do mojego biednego, niewinnego żadnego grzechu ucha, które jedynie sobie siedziało na mojej głowie i nikomu nie zawadzało. A jednak musiało oberwać…
— No co, nie odezwiesz się do mnie? Jak ty tak możesz? — jęknął pretensjonalnie, sadzając swój zad jak najbliżej mojego, omal mnie nie spychając z legowiska. — Chory jesteś, czy może jakaś panna zawróciła ci w głowie?
Skrzywiłem się na dziwne pytanie, co dopiero pomogło mu domyślić się, że nie, wcale nie zawróciła mi w głowie żadna panna tylko okropne, z krzaka wzięte choróbsko, natomiast on tylko się uśmiechnął. Już wiedziałem, co jest grane.
— Wiesz co, chyba mam na to odpowiedni sposób.

***

— Panie Laurency, jest pan pewien co do tego? — spytałem nader podekscytowanego kundla, który w tamtym momencie wyglądał trochę, jakby miał zaraz dokonać rzeczy bardzo niesamowitej, ale to takiej, że nikt wcześniej by jej nie dokonał, takiej, która zbawiłaby cały, calusieńki świat za jednym zamachem.
— Oczywiście, Chwaściku, wujek Laurency zawsze wie, co robi, pamiętaj o tym! — odkrzyknął do mnie, żebym lepiej zrozumiał, co gada.
Postanowiłem przysiąść pod jednym z niezwykle dziwacznych drzew, posiadających takie kolce zamiast normalnych liści. Może spodobałyby się Słoneczku?...
— A właśnie, panie Laurency, gdzie pan? — Nie minęła chwila, a sam znalazłem wystarczającą odpowiedź na to pytanie. Niedaleko mnie rosły sobie takie, jakby to powiedzieć, chaszcze, z których żwawo wyłoniła się dupa Laurencego, swoją drogą nadal będącego w świetnym humorze. On się zakochał, czy jak?
— Tutaj, chodź tutaj! To na pewno ci pomoże — odparł tonem dumnego z siebie typowego tatuśka, zabierając ze sobą znalezisko, które ku mojemu (nie) zdziwieniu wcale nie było ziołem lub innym kawałkiem krzaka, a jeszcze lekko ubrudzonym w ziemi kawałkiem skały.
No coś ty, przecież nie podejdę.
— No, słuchaj mały — odezwał się ponownie, uprzednio kładąc go przede mnie. — Chcesz nauczyć się takiego super-fajnego-jak-twój-mentor tańca? Tak? To patrz uważnie, Chwaściku.
I w tym momencie zaczęło się przedstawienie, którego chyba nikt nigdy nawet w najgorszych koszmarach nie widział. „Zgrabne” bioderka Laurencego poszły w ruch, zabierając mi ostatnie dobre chwile dzieciństwa, natomiast pokazując, w jaki sposób zabawiają się w tych czasach dorośli — krótko mówiąc w zły i okropny, nie mam pojęcia, dlaczego ktokolwiek chciałby patrzeć na to, jak stary wojownik odgrywa szamańskie rytuały pod gołym niebem, dodatkowo w gęstych chaszczach, w które żaden zdrowy na umyśle pies się nie zapuszcza. Oby przynajmniej było mi dane dzisiaj spać spokojnie…
— Załapałeś? — Kiwnąłem niechętnie głową. — To teraz twoja kolej.
— No okej, jeśli mówisz, że… — wymamrotałem, wcale nie chcąc tak się przed nim poniżać, przecież to łamanie jakichś praw psa, prawda? — Ale co pan, przepraszam bardzo, robi?
Wojownik klapnął sobie na ziemię, jak gdyby nigdy nic, najwyraźniej przygotowując się do oglądania widowiska. Patrzył się na mnie też z tym takim dziwnym uśmieszkiem, który zazwyczaj znaczy coś pomiędzy „Moje pomysły są świetnie” a „Jestem tak fajnym mentorem, że może w końcu jakaś suka w okolicy mnie dostrzeże?”
— Jak to co? Siadam sobie tylko — odrzekł krótko, machając pyskiem na znak, że każe mi zaczynać. Błagam, dajcie mi sił, żebym sobie czegoś czasem nie zrobił.
— No dobra, Chwast, zaczynamy — szepnąłem dla otuchy, powoli powtarzając wcześniej pokazane przez mentora ruchy. Sam taniec nie był aż tak zły, składał się bowiem tylko z kilku wciąż powtarzających się ruchów. Tu obrót, tam wymach, tupnięcie nogą i, eee, co?
— To na pewno działa? Bo tak jakby nic niezwykłego nie czuję — wysmarkałem do niego, próbując nie zwijać się z bólu co dobrych pięć sekund, ponieważ nagle przypomniała sobie, że właśnie powinna uprzykrzać mi życie.
— Oczywiście, że działa! Sam nawet próbowałem — Ale, że niby sam próbował tańczyć wokół wysmarowanego odchodami kamienia, mając ostrą gorączkę i będąc na wpół żywym?
A jeśli to właśnie takiej metodzie leczenia został tak ułomny?
— I nie gadaj tyle, bo mylisz kroki! — burknął bezczelnie zawiedziony moim najlepszym wykonaniem jego badziewnego tańca, a powinien być dumny, że w ogóle dałem się w to wciągnąć!
Westchnąłem cicho, równocześnie ustawiając się odpowiednio do wykonania następnego kroku, jednak jak na zawołanie zakręciło mi się porządnie w głowie.
— Nie, nie tak, patrz — powiedział totalnie zafiksowany, nie zwracając uwagi na to, że mało brakowało, żebym się nie wywrócił. — Ej, patrzysz w ogóle? Teraz jest najlepsza część!
Usłyszałem jego narzekanie jedynie jak zza gęstej mgły, ponieważ zostałem nieprzyjemnie ogłuszony, upadając na ziemię ze zmęczenia po części jego paplaniną i po części bólem, który nie ograniczał się tylko do głowy, a rozprzestrzenił się po całym ciele. To dopiero można nazwać ciekawym przeżyciem, gdyż wstać to już z niej nie mogłem.
— Do jasnej cholery, Laurie, chcesz to dziecko zabić?! — wrzasnął nieznajomy mi dotąd pies, który jak znalazł pojawił się akurat w dobrym miejscu i czasie oraz natychmiast — w przeciwieństwie do wymienionego wyżej kundla — zauważył, że tak jakby sobie umieram.
— Ale jak to „zabić”? Chcę je wyleczyć, to jest kompletne przeciwieństwo — obruszył się bezwstydnie, robiąc minę jak mały, obrażony na starego, bo zepsuł mu niespotykanie dobrą zabawę, szczyl. No, niezły z niego kabareciarz. — W ogóle to skąd ty się tu wziąłeś?
— Czy to jest teraz ważne? — spytał tak markotnym głosem, jakby miał się rozpłakać tu i teraz. — O-on z każdą sekundą wygląda coraz gorzej.
Dość zmartwiony moim stanem kundel wyszeptał te słowa przerażonym głosem, patrząc na to, jak aktualnie leżałem bez chęci do życia obok tamtego obsranego kamyka.
— Jazgot, Jazgociku drogi… nie sądzisz, że trochę przesadzasz? — Usłyszałem, jak podchodzi bliżej. — Ah, no faktycznie coś z nim nie tak.
Z tobą będzie coś nie tak, jak już wyzdrowieję, kretynie!
— Laurency, głupku, trzeba go szybko zabrać d-do Leonisa — odezwał się ten mądrzejszy, a wypowiedziane przez niego słowa nieco mnie rozbudziły, bo przecież kto nie bałby się spotkania z Leonisem?
— O, świetnie się składa, bo dość dawno się nie widzieliśmy! — Niemniej ten stary kundel dalej był cały w skowronkach i żadne słowa towarzysza raczej by tego już nie zmieniły.
Szczerze to nie mam pojęcia, co tak naprawdę tego dnia wydarzyło się w pustej głowie mojego mentora, jednak szczęście dostatecznie mi sprzyjało, ponieważ jego ogarnięty kolega postanowił złapać mnie dość mocno w pysk, dzięki czemu przy okazji mogę potwierdzić, że nie śmierdzi tak bardzo, jak pan Laurency, po czym doniósł mnie bezpiecznie do zapyziałej nory medyka. Oczywiście ten drugi zdążył przywlec się tuż za nim, co spotęgowało mój stres, bo przecież takiej sytuacji nie obeszłoby się bez krzyków i dziwnych tłumaczeń Laurencego, prawda?

<Prawda, Laurency?>
[2029 słów: Chwast otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia i 5 Punktów Treningu]

16 kwietnia 2021

Od Laurencego C.D Chwasta

przyszłość, po mianowaniu Chwasta
Kolejne miesiące upłynęły pod znakiem epidemii i wszechogarniającego klanu chaosu ściśle z nią powiązanego. Cholera jedna wie, co zwieńczyło roczne siłowanie się z bliżej nieokreślonym wirusem odhaczającym na swojej liście psy, które najwidoczniej naraziły się tym latającym na chmurach, jednak Laurencemu dosyć zgrabnie udało się uniknąć choróbska; jego przystojne płuca pozostawały w kondycji wręcz wzorowej, za wyjątkiem okazjonalnych pochrapywań, jakie średnio co trzy noce wydobywały się z jego rozchylonego szeroko pyska. Jego powrót do klanu obfitował w liczne zdziwienia i pełne niedowierzania westchnienia, przez które okazywano radość albo rozczarowanie — nic pomiędzy, ponieważ Laurency z reguły nie wzbudzał w innych emocji skrajniejszych niż dwie nadmienione. Cierń go przytulił, jakkolwiek psiego przytulania nie można zdefiniować, Miękka nie zdawała się mieć żadnych obiekcji, ponieważ sprowadzone lekarstwo okazało się pomocne w mniejszym lub większym stopniu, Jazgot zamerdał swoim śmiesznym ogonem, tym samym dając Laurencemu do zrozumienia, że brakowało mu go bardziej niż Leonisowi, a Chwasta nie widział przez następne pięć nocy, dopóki nie natknął się na niego, za sprawą zupełnego przypadku i subtelnej pomocy trzech laurencytów, które nawet po długoterminowej podróży nie zdecydowały się na kopulację, na wysypisku, gdzie znalazł się równie nieoczekiwanie co sam Laurie i, podobnie, nie za sprawą własnej woli.
Odór gnijących resztek dopadł go już na parędziesiąt metrów przed metalowymi bramami odgradzającymi pokaźne śmietnisko od świata zewnętrznego. Wykrzywił pysk w grymasie niezadowolenia, biorąc głęboki wdech tylko i wyłącznie po to, żeby odmówić sobie oddychania przez następne piętnaście sekund, coby nie narazić nozdrzy na zbyteczne usterki techniczne. Laurency żył w przedziwnym przeświadczeniu, jakoby smród mógł przykucnąć gdzieś w jego nosie i, jak rybik cukrowy w mieszkaniu, przebywać tam sobie bez względu na wolę właściciela, dając o sobie znać w najmniej odpowiednich porach — choćby wówczas, kiedy chciałby powąchać sierść Ciernia, a jedyne, co by czuł, to rozkładające się zwłoki (albo stare mleko, w zależności od asortymentu wysypiska). Byłoby to co najmniej niezręczne, a Laurie sam w sobie był już wystarczająco rozlazły.
Spośród sierści swojego rodzeństwa Chwasta kręciła się najbardziej.
— Chwast?
Szczenię obróciło się dookoła swojej osi co najmniej trzy razy, zanim utkwiło spojrzenie w zbliżającym się Laurencym. Bezgwiezdny poczuł się tak, jakby był wracającym z wojny żołnierzem, a Chwast jego psem — lada moment wskoczy mu na kolano, dosunie łeb do karku albo namiętnie wyliże mu twarz. Niemniej jednak jedyną rzeczą, która odnajdywała względne pokrycie z rzeczywistością, było to, że Chwast jest psem — z Laurencego żołnierz jako taki, a tym bardziej nie poczuł, żeby ktokolwiek próbował wykręcić mu nogę albo przewrócić. Gorycz, która powoli kiełkowała w jego sercu, została prędko zduszona w zarodku, kiedy z gardła Chwasta wydobyło się rozemocjonowane jęknięcie mające się nijak do pisku albo krzyku — najzwyczajniej w świecie sapnął, załamując tym samym głos, a żałość Laurencego zastąpiła troska o zdrowie szczenięcia, prędzej psychiczne niż fizyczne.
— Panie Laurency, nie mogłem uwierzyć... Kiedy mówili, że nie żyjesz, ja… — Chwast nie mógł odnaleźć odwzorowujących jego uczucia słów, toteż zamotał się nieco wśród poznanych w ciągu roku życia wyrażeń. — Przez chwilę pomyślałem, że naprawdę nie żyjesz.
Towarzysze Laurencego mieli podobne odczucia względem tych, którzy pozostali w klanach, niemniej jednak nie chciał zamartwiać tym małego Chwasta. W zamian roześmiał się i począł zbliżać się do szczenięcia, żeby poklepać je po niewielkim łbie.
— Nie żyję? Cholera, mały. — Pokręcił łbem, na poczekaniu zasięgając gdzieś w zaciemnione odmęty swojego niepokaźnych gabarytów umysłu, żeby koniuszkami łap zmotywować trzy laurencyty do wykreowania względnie pouczającej, umoralniającej mowy. „Jest moim uczniem, wypadałoby nauczyć go czegoś poza polowaniem na niepełnosprawne lisy”, przeszło mu przez otumanione kretynizmem myśli. „Inaczej szefowa będzie zła, bo na cholerę jej niedorajda gorszy ode mnie. Chłopak zesra się ze strachu, jeśli nadejdzie wojna, i tyle będzie z mojej służby. Pochowają mnie z dzikami. Będę skończony. Mamo, ja chcę do domu”. Powziął tę myśl, wpakował do odpowiedniej szuflady podpisanej w sposób nader oczywisty, coby nie nadwyrężać trzech komórek przy pierwszej okazji, i metaforycznie poklepał się po plecach. — Jestem bardziej wytrzymały niż twoja stara.
Dziesięć uderzeń serca nie wystarczyło, żeby skonfundowany Chwast odwrócił spojrzenie od dumnego pyska Laurencego, który nie drgnął ani o milimetr, zadowolony z dojrzałego podejścia do dziecka.
— Dobra. Zapomnijmy o tym. O mnie i o tej podróży. — Machnął w końcu łapą, a Chwast westchnął przeciągle. — Chociaż, wiesz co? Mogę ci o niej opowiedzieć. O tym, co widziałem, kogo poznałem, kto poznał mnie, z kim się prawie prze-... ee… komu się przedstawiłem, przed kim uciekałem. Może znajdziesz w tym jakieś natchnienie, sam nie wiem, pomyślisz, że „hej, w sumie jest mądrzejszy, niż mi się wydawało”, co będzie głupie, bo wcale nie jestem, ale! Lubię opowiadać historie. Mógłbym być bajarzem, wyobrażasz to sobie, kierowniku? Chodzilibyśmy po świecie i śpiewali piosenki.
— Ee… tak, to dobry…
— Też tak uważam, Chwast, jesteś świetnym rozmówcą. — Ponownie potargał niepełnosprawne loki na jego łebku. — Chcesz posłuchać o tym, jak pokonałem Dwunożnego? Znaczy, wiesz, to niezupełnie ja, bo była nas piątka, ale okazałem się całkiem przydatny, silny, szybki i takie tam, nie będę się chwalić, skromność to przecież moja mocna strona. — Chwast zdawał się nie wierzyć, niemniej jednak okazało się to ostatnim zmartwieniem Laurencego, który, pełen pasji i pękający w szwach od ekscytacji, kontynuował litanię: — Byliśmy jak wygłodniałe wilki, szefie, po paru dniach wędrowania zupełnie na głodniaka, więc kiedy zobaczyliśmy obozowisko Dwunożnych, myślałem, że posikam się z radości, poważnie! Mieli takie ustrojstwo, co to było, cholera, jakoś to nazwali… wysokie, beżowe, miękkie jak moje pośladki, gdzieniegdzie wystawało coś zielonego, cienkiego, ale nadającego całej potrawie, powiedziałbym, kwintesencji. To przez to smakowała tak wykurwiście! To znaczy, Chwaściku, proszę, nie mów o tym mamie, nie można przeklinać, twój mentor nie mo-...
Oczy Chwasta zabłysnęły najprawdziwszym zdziwieniem, rozszerzając się na podobieństwo dwóch pięciozłotówek.
— Mój mentor? — powtórzył, a w jego głosie pobrzmiewały emocje nieograniczone wyłącznie do zaskoczenia. Laurency mógł poprzysiąc, że Chwast skrzętnie starał się ukryć wówczas towarzyszące mu podniecenie.
Laurency ściągnął brwi.
— No, twój mentor. To źle?
Pokręcił głową z zawahaniem.
— Nie, nie, nie źle — zaprotestował nienachalnie.
— Nie powiedzieli ci, kto jest twoim mentorem, mały?
Po pysku Chwasta błąkało się zakłopotanie, dlatego Laurie prędko wykrzywił swój w ciepłym uśmiechu. Uczeń, spostrzegłszy gest, powtórzył go, z tym że znacznie mniej entuzjastycznie.
— Niezbyt.
— Dlategoś taki przygnębiony? Bo trzymali cię w nieświadomości? Kolego, nie ma o co się martwić — lepiej późno niż wcale, lepszy rydz niż nic. Jaki rydz ci się trafił, skubany, masz gołębia w łapie, a twoi bracia muszą zadowolić się wróblami. I to na dachu! — zaniósł się najszczerszym śmiechem, jaki dane było Chwastowi usłyszeć i, z nutą pozostałego rozbawienia w głosie, powziął na powrót temat: — Nie rozumiem, dlaczego nie powiedzieli ci wcześniej, rzezimieszki, łobuzy, huncwoty!
— Może dlatego, że byłeś uznany za nieżywego.
— To cenne spostrzeżenie, kierowniku, cenne. Tak czy inaczej, musimy nadrobić czas stracony na moim sfingowanym umieraniu, sam wiesz, rozprostować moje młode kości i rozruszać twoje, młodsze tylko trochę. — Wzniósł się w powietrze i chciałoby się powiedzieć, że poszybował między korony drzew, niemniej jednak spędził w powietrzu raptem uderzenie serca, ponieważ chwilę później uderzył łapami o twardy grunt, aż rozległo się jednoznaczne, świadczące o zastałości jego kości chrupnięcie. — Kurczę, stawy mi pierdzą.

Relacja między Laurencym a zimą była na tyle skomplikowana, iż niezgrabnie balansował na granicy chęci odmrożenia sobie dupy w śniegu a ulepienia najzajebistszego bałwana, jakiego Leonis mógł zobaczyć. Nie to, że jakkolwiek zależało mu na opinii gburowatego szczekacza. Od kilku lat próbował mu udowodnić, że incydent ze strutym zajęczym mięsem był odstępstwem od normy, a sam jegomość odznacza się ilorazem inteligencji nieco wyższym niż przeciętny kornik, niemniej jednak cały ten pożal się proces był na tyle nieudolny, że Laurie sukcesywnie odsuwał się od celu, niżeli ów dystans skracał. W każdym razie Leonis niewiele ma do zimy.
Zalegający na połaciach jesiennej trawy śnieg skutecznie uniemożliwiał Laurencemu przeprowadzenia pełnokrwistego treningu polegającego na czymś więcej niż rozpoznawaniem zwierzęcych śladów. O ile wiedza ta nie była zupełnie nieprzydatna, zdawała się Lauriemu na tyle nienagląca, że bez większych skrupułów odłożył ją na później, coby pochylić się nad nużącym treningiem pamięci w czasie innym niż świeżo po powrocie z dłużącej się kampanii. Chwast zdawał się podzielać jego opinię, ponieważ kiedy świeży mentor rozprawiał mu na temat przyczyn, z jakich, zgodnie z jego wizją, nie warto brać się za tę konkretną kwestię, dzielnie szedł u jego boku, nadstawiając uszy tak, jak gdyby Laurency szastał na lewo i prawo mądrościami, czego w zwyczaju raczej nie miał. Wydawać się jednak mogło, że szczenię znacznie bardziej ekscytowało się treningiem w swojej istocie; treningiem, którego oczekiwał zasadniczo dłużej niż reszta cuchnącej gromady — choćby ta, jaka z macic wyskoczyła nieco później, niż fascynowało Laurencym. Starszy Bezgwiezdny nie odezwał się ani słowem, ponieważ w zupełności satysfakcjonował go fakt, że Chwast jakkolwiek słuchał, nawet jednym uchem. Drugie dziwacznie mu przyklapnęło.
Laurencemu oddać było można dwie rzeczy — skubaniec miał rękę do dzieciaków i składowisko pełne genialnych pomysłów ulokowane gdzieś w zapomnianych odmętach swojego nieprzeciętnie baraniego umysłu. Genialność owych pomysłów można było rozumieć dwojako — mogły być albo cholernie ciekawe i nietuzinkowe, albo cholernie skuteczne. Te Laurencego były albo ciekawe i skuteczne, albo zupełnie fatalne i popierdolone i, niefortunnie, częściej okazywały się wykazywać cechy charakterystyczne dla drugiej z tych grup. Tak czy inaczej, pewny odsetek, od wielkiego dzwona, okazywał się nie najbardziej głąbowatym.
— Lekcja numer pierwsza, Chwast. Jestem bogiem, uświadom to sobie.
— Sobie?
— Ty też jesteś bogiem. Tylko wyobraź to sobie.
— Sobie?
— Zaciąłeś się? Już cicho, mówię dalej, zanim złapie nas zmierzch. — Uniósł lewą łapę, wbił w nią spojrzenie, jakby znajdował się na niej zegarek i opuścił, patrząc na błękitne, przyprószone drobnymi obłoczkami niebo. Na zmierzch wcale się nie zapowiadało. — Miękka, kiedy tłumaczyła mi, na czym polega mentorowanie, powiedziała, że mam wyszkolić cię tak, jakbyś był moim synem. Wiesz, co sobie pomyślałem? „Nie chciałbym, żeby mój syn wyrósł na osiłka, którymi nas otaczają”, Chwast. Nie lubię przemocy, nie lubię tej niepotrzebnej, którą można zastąpić miłą rozmową o ulubionych kwiatach. A prawie każdą kłótnię można zastąpić rozmową o kwiatach. Rozumiesz już, do czego dążę?
— Nie chcesz, żebym został wojownikiem?
— Niezupełnie o to mi chodziło, ale…
— No tak, chodziło o to, że…
— O to, żebyś nauczył się być dobrym wojownikiem, który wie, kiedy dać sobie spokój.
Pierwszy raz w życiu powiedział coś mądrzejszego niżeli „twoja stara”. Niektórzy powinni brać z niego przykład.
— Chcesz zacząć dzisiaj, co nie, szefie?
Chwast pokiwał energicznie łebkiem.
— Dobra, słuchaj. Stawiam swoją nerkę, że zastanawiasz się, co możemy robić zimą i, w sumie, sam nie wiem, bo wszędzie jest tylko śnieg, śnieg, śnieg, psie kupy, śnieg, śnieg, patyki i inne cuda natury. Dzisiaj nie pada, ale ciężko powiedzieć, co będzie jutro. Dlatego musimy się streszczać. Lubię zapieprzać, dlatego bierzemy się w garść i trenujemy, żeby być zajebistymi. Będziesz miał takie mięśnie, jak stąd dotąd. — Odmierzył pyskiem odległość stąd dotąd, a Chwast przytaknął ze zrozumieniem. — Ja nie mam mózgu, ale widzę w tobie potencjał.
— Potencjał? Ale su-...
— Nie marnujmy czasu, ziomie, mamy tyle na głowie, że aż zrobiłem się głodny.
— Ja też jestem głodny. Idziemy na polowanie, Laurency?
— A co ja ci przed chwilą powiedziałem, kierowniku juniorze? Nie zabijam bez potrzeby, nawet żołądkowej. Na wszystko będzie pora. Głód wyostrza zmysły.
Chwasta przyprowadzono w miejsce, które Laurency przywoływał do porządku od świtu. Po nieszczodrze zaśnieżonej polanie walały się należące do Dwunożnych zguby, pojedyncze, zeschnięte kończyny drzew witały się spomiędzy niskich zasp. Odwrócili się plecami do słońca, szczenięciu nakazano ułożyć swój malutki tyłek na gołej ziemi. Wpierw Laurie stał tuż przed nim, jednak nie minęła chwila, a osunął się na lewo.
— Co widzisz przed sobą, Chwast, opisz mi to — nakazał delikatnym, wciąż niepewnym tonem.
— Las i drzewa, śnieg, dużo śniegu, ośnieżone skały, różne… — wytężył wzrok — ...patyki. W śniegu leżą jakieś rzeczy, ale nie widzę, co to jest.
Laurency zamruczał z uznaniem. Chwyciwszy w zęby czarną szmatkę, subtelnie przysłonił nią wzrok Chwasta, starając się nie zagrozić jego życiu w niepotrzebnie dużej mierze.
— Ee…
— Ciemno?
— No, ciemno.
— Coś prześwituje?
— Trochę, na dole.
Poprawił.
— Nadal?
— Teraz na górze.
Poprawił.
— Już nie.
— Pięknie! — zapiszczał, niemniej jednak równie prędko wrócił do postawy groźnego mentora. — Gdybym zapytał cię teraz, co widzisz, pewnie powiedziałbyś mi, że nic, no nie, kierowniku? Nie byłoby tak? Pewnie, byłoby tak, jesteś mądry chłopak. To ustrojstwo, które masz na sobie, należy do dwunożnych, ale wyprałem to w śniegu z dziesięć razy, więc jeśli wciąż nimi cuchnie, chyba złożę ptakom skargę, żeby pozałatwiały się na ich ubrania, bo cuchną jak kwiatki, na które ktoś się wysrał. — Dezaprobata w jego głosie niemal się zmaterializowała. — My, psy, polegamy na naszym nosie i otaczających nas zapachach, Chwaściku. Poza tym, na słuchu. Wzrok mamy nie najlepszy, dlatego nie ma co na nim polegać. Czujesz to?
Chwast wziął głęboki wdech.
— Co tak cuchnie?
— Mówiłem, że te ubrania to jakiś żart! Nie czujesz obsranych kwiatków?
— Czuć!
— Bardzo dobrze, szefie, bardzo do-o-...o-... — Kichnął nieoczekiwanie, a Chwast aż podskoczył. — Sorry, zdarza mi się. Musisz być gotowy na wszystko, kolego, jeśli chcesz, żeby moje popieprzone praktyki przyniosły jakiś skutek. Zanim zapytasz, nie, nie mam cholernego pojęcia, co wyprawiam, nie miałem ucznia i testuję wszystko na tobie. Wracając! Obrócę się teraz, albo sam się obróć, jak tam chcesz, stary, to bez znaczenia. No, dawaj, raz, dwa. Jakbyś tańczył. Jeszcze raz. Jeszcze. Proszę, nie zwymiotuj, brązowy nie wygląda dobrze na szarym śniegu. Dobra, wystarczy, zaraz się przewrócisz. Słońce schowało się za górami, więc nie będzie cię dekoncentrować. Wróć do pozycji, w której się znajdowałeś.
Szczenię zaczęło kręcić się w drugą stronę, jakby chciało się odkręcić, i kręciło się tak długo, aż nie uznało, że odnalazło trop.
— Myśl o śmierdzących kwiatkach, Chwast.

<mój ulubiony jedyny uczniu?>
[2203 słowa: Laurency otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia, a Chwast 2 Punkty Treningu]

11 kwietnia 2021

Od Chwasta CD Laurencego

 Więc jak by to opisać? Zachęta do spróbowania czegoś nowego jak zwykle była wystarczająca, żebym spróbował, jednak o ile zazwyczaj nie działa mi się żadna krzywda, to tym razem definitywnie mogę uznać, że pływanie nie jest dla mnie. To, co stało się tuż po tym, jak spadłem z tego przeklętego kamienia, było totalnie do przewidzenia; przez kilka długich sekund mimo ciągłych prób nie udawało mi się wydostać z tej piekielnej pułapki zwanej przez Laurencego płycizną. Moje łapy były już dostatecznie wymęczone marszem w tę stronę, a ciągłe machanie nimi tylko potęgowało ich ból. Zdążyłem też trochę poobijać się o różne skały leżące głęboko pod wodą. Niektóre z nich były też dość ostre, dlatego bałem się dodatkowo o to, żeby przypadkiem się nie poranić. Bo przecież jak bym się z tego wytłumaczył mamie?
To był chyba pierwszy raz, gdy myślałem, że faktycznie stanie się coś złego. Nigdy wcześniej nie myślałem, że pod czyjąś opieką takie rzeczy mogą się faktycznie wydarzyć, a jednak.
Na moje szczęście mojemu nierozważnemu przewodnikowi wpadł do głowy pierwszy dobry pomysł; w końcu przestał drzeć się jak obrywany ze skóry kocur i sam wskoczył głębiej, żeby spróbować mnie wyciągnąć. Ach, jak ja jestem mu za to wdzięczny. Złapał mnie dość szybko, mimo że ze strachu mocno się szarpałem. Upewnił się też, że na pewno mu nie wypadnę, a następnie popędził ku brzegowi. Położył mnie, jak najdalej się dało od wody, by mieć pewność, że ta znów mnie nie porwie.
— Hej, kierowniku, w porządku z tobą? — mruknął szybko, jakby wstydząc się tego, co chwilę temu zaszło. I wcale mu się nie dziwię! Jeszcze zobaczy, że komuś na niego naskarżę…
— Oczywiście, że nie! Wszystko jest w najbardziej należytym porządku — potwierdziłem, jeszcze lekko pokasłując, ponieważ woda, którą zdążyłem połknąć przez parę minut topienia się, dalej buszowała w moich płucach. To chyba jeszcze gorsze uczucie niż brak tamtych fioletowych kwiatków, które obiecał mi pan Laurency.
Potem zaczął jakiś monolog na temat tego, że gdyby nie ten kamień, który jak na złość musiał być mokry, to nic by się nie stało. Natomiast ja patrzyłem się na niego, zastanawiając się, czy on w ogóle rozumie, co gada. Przecież połowa tych zdań nie miała sensu.
Woda, z której oboje wyszliśmy, naprawdę mnie orzeźwiła. Pogoda może i sprawiała wrażenie idealnej, bo przecież słońce wisiało wysoko nad naszymi głowami, jednak też mocno świeciło, a co za tym idzie — wzbudzało wielkie pragnienie oraz zmęczenie. Dlatego lepiej by było zostać w obozie, pod jakimś daszkiem albo coś…
Oczywiście nie mogłem też siedzieć bezczynnie. Nie na darmo przeszedłem taki kawał drogi! Musiałem coś wynieść z tej podróży i nieważne, czy to będzie nowy minerał, czy tylko miłe wspomnienie.
I właśnie wtedy ujrzałem coś, czego szukałem od tak dawna (znaczy się, niespełna tygodnia). Skarb leżał spokojnie przykryty przezroczystą taflą czystej wody, która wartkim strumieniem spływała z większego kamienia. Nie mogłem się dłużej zastanawiać, o nie! Bez zastanowienia wskoczyłem do płycizny, kompletnie zapominając, że jeszcze chwilę temu prawie się w niej utopiłem.
— Mam go!
— Co? — zapytał się, nie załapawszy, o co tak właściwie mi chodziło, bo przecież zdążył zmęczyć się własnym gadaniem, odjechać i sobie przysnąć.
— Właśnie znalazłem idealny, gładki kamień do kolekcji kamieni w odcieniach niebieski-fioletowy! — wrzasnąłem, będąc wielce podekscytowanym. Przecież nie każdego dnia znajduje się tak piękne minerały, prawda?
— Naprawdę? Ale, że co? — mruknął, będąc na wpół przytomnym. — A, no tak! Kolekcja kamieni w odcieniach niebieski-fioletowy… — dodał pod nosem, przypatrując się mojemu znalezisku.
— Co o nim sądzisz?! — Jako że był już dość stary i mógł niedowidzieć, przysunąłem zdobycz tuż pod jego nos.
— No, eee… ładnie się, eee… błyszczy, tak, ładnie się błyszczy, co nie? — zapytał się mnie, ponieważ najpewniej sam nie wiedział jak opisać jego piękno. Nie tylko się połyskiwał, ale miał też pełno innych zalet! Zaczynając od koloru, idąc przez kształt i dopiero kończąc na jego niesamowitym blasku!
— Oczywiście, że się ładnie błyszczy! — krzyknąłem do niego, chociaż nawet nie mam pojęcia, czy aby na pewno mnie słuchał. Gdy udało mi się oderwać wzrok od pięknego znaleziska i spojrzeć w jego stronę, moje przypuszczenia od razu się potwierdziły. Laurency po prostu zasnął!
***
— Nie nudzi ci się takie leżenie? — spytałem w końcu, ponieważ pies od wielu długich minut zwyczajnie wylegiwał się niedaleko mnie.
— Słuchaj, Chwaściku, powiem ci coś teraz — odpowiedział natychmiast, jakby czekał na to, aż zacznę rozmowę. — No, przysuń się do mnie, nic ci nie zrobię.
Czy na pewno mogę mu ufać? Nikt tego nie wie, szczególnie po dzisiejszym dniu.
Trochę zakłopotany, a zarazem ciekawy mądrości, którą zaraz od niego usłyszę, przybliżyłem się troszkę do głupawego psa. Oczywiście na tyle blisko, aby go słyszeć, ale także na tyle daleko, ażeby przypadkiem się na mnie nie rzucił. Kiedy tylko podniósł się do siadu, moim oczom ukazał się przezabawny widok, którego nigdy nie umiałbym sobie wyobrazić; dorosły wojownik, który jeszcze chwilę temu prawie spowodował tragedię, był teraz cały umorusany w piachu i malutkich kamyczkach przylepionych do jego całych pleców. Uszy dalej były tak mokre, że aż z nich kapało, natomiast łapy całkowicie zakopane jak najważniejszy skarb świata, który ktoś chciał ukryć głęboko pod ziemią.
— No, zdradzę ci wielką tajemnicę dorosłych, której nie możesz powiedzieć nikomu — wyznał tak poważnym głosem, że aż ciarki mnie przeszły. — NI-KO-MU, nigdy!
— Ale coś się stanie, czy…
— Nikomu! Nigdy, przenigdy, nie! — przerwał mi od razu, wytrzeszczając szeroko oczy, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinienem się zamknąć.
Ahh, gdyby tylko był taki poważny podczas treningów… marzenie! Przecież on mnie kiedyś wykończy swoimi dziwnymi sposobami ćwiczeń. Że niby podczas polowania najważniejsze jest być najedzonym? Albo, że żeby zwabić ofiarę, potrzeba zmówić odpowiednią formułkę patrząc na najwyższe drzewo obok ciebie? Przecież to sensu nie ma!
— To bardzo ważne, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Chyba nie chcesz, żeby ktoś cię dojechał? — Pokręciłem głową. — Bo wiesz, Chwaściku, życie to seria takich zagadek, że czasem możesz sobie nawet nie zdawać pojęcia z tego, że coś jest zagadką. Dlatego też musisz bardzo uważnie słuchać. Nie tylko teraz, nie tylko dzisiaj i jutro, ale też pojutrze i za tydzień. Musisz wyrobić sobie uszy dookoła głowy, żebyś słyszał wszystko z każdej strony, rozumiesz?
— Ale są na to jakieś zioła? Leonis je ma? — zaciekawiłem się od razu, chociaż nie wiem, czy dalej byłbym ładny z kilkoma parami uszu.
— Leonis, eerh… — zawiesił się. — Na pewno jakieś ma, on ma wszystko!
— Czyli mówisz, żebym do niego szedł…
— Ale ja jeszcze nie skończyłem! — tutaj nagle wstał i zaczął chodzić wokół mnie, jakby coś go nawiedziło, przy okazji strzepując na mnie resztki piachu, który na nim pozostał. — Pamiętaj też, że uszy to nie wszystko! Żeby zobaczyć każdą zagadkę, musisz wszędzie zaglądać! Ale to chyba masz opanowane. — Skinął głową na znaleziony w wodzie przeze mnie kamień.
— A czy to nieładnie wpychać się każdemu z nosem w życie?
— Nieładnie? Oczywiście, że nieładnie… — Natomiast tutaj coś jeszcze dopowiadał pod nosem, jednak nie za bardzo wiem co. Tak w zasadzie to w ogóle go nie wiedziałem, o co mu chodziło. Czy on próbował mnie czegoś nauczyć, czy po prostu coś go opętało?
— No dobrze, ale co to w końcu za tajemnica
— Tajemnica? Ah, jaka tajemnica?… A! Już nie pamiętam.
<Laurency?>
[1169 słów: Chwast otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

10 marca 2021

Od Laurencego C.D Chwasta

W pustawej głowie Laurencego kłębiły się trzy myśli.
Pierwsza — że, do cholery, dzień był całkiem ładny Z zupełną prostotą, bez szczególnych wymagań względem Matki Natury zachwycał się jasno pobłyskującym, południowym słońcem, raz za razem zanurzając łapy w miękkich połaciach nieznacznie wilgotniejszej niż zazwyczaj kłębów letniej trawy. Temperatura była co najmniej wysoka, ale nie odbierało to Lauriemu żadnej radości z ekscytowania się najprostszym na świecie schematem pogodowym — ciepłym dniem przyprószonym natarczywymi promieniami i nieprędkim, okazjonalnie ostrym wiatrem niosącym zwyczajowy świergot skrzydlatych. Czuł ulgę, ponieważ wszystko było w porządku — jakkolwiek nie definiować płynne sformułowanie o znośnym stanie rzeczy. Spośród dziewięćdziesięciu dziewięciu problemów Laurencego, idylliczność okolicy rozwiązywała wszystkie z nich.
Druga — że ten mały szkrab, to, skubaniec, dobry jest. Pacyfizm hipisowskiego Laurencego, który, jako człowiek, zapewne spalałby jointy gdzieś między budynkami, wyraźnie protestował przeciwko bezpardonowemu, niehumanitarnemu sposobie rozwiązywania konfliktów Chwasta, więc w duchu poprzysiągł sobie, iż nie zająknie się słowem, kiedy mały smród będzie oczekiwać od niego jakichkolwiek pochwał. Kiedy mały Bezgwiezdny dewiant nie zwracał na Lauriego większej uwagi, wojownik zacisnął mocno szczękę, tupnął o puchaty zjazd źdźbeł trawy i zmrużył oczy, wszelką uwagę skupiając na rozgrywającej się wyłącznie w przestronnym, akustycznym psim umyśle scence ściskania łapy samemu sobie i gratulowania błyskotliwego pomysłu. „To oczywiste, że na to wpadłem. Jestem ojcem, odchowałem już jednego” — pomyślał, kiwając łbem z uznaniem. „Właściwie, ciekawe, czyje jest to, czy to kolejna sierota, jak Jazgocik. Jeśli tak, chciałbym go przytulić. Brzmi dziwnie? Kurczę, ja nie chcę brzmieć dziwnie, jestem super i super normalny, po prostu Mlecz nie daje mi wystarczająco dużo uczucia, ale ja… ja to rozumiem, jest przecież duży i… i… i to wstyd tak, do ojca, w końcu ma kolegów, ma koleżanki, pewnie zaczęliby się z niego śmiać. Wszyscy poza Jazgocikiem, Jazgocik jest jego przyjacielem! Tak, tak, już mniejsza z tym, Mlecz to duży chłopiec, poradzę sobie. Swoją drogą… s ł o n e c z k o, gdzieś się podział?”. Chwast wychylił się zza krzaków i Laurency odetchnął z ulgą, zupełnie zapominając o (nie)podpisanej przed momentem umowie. Pieprzony brak kciuka przeciwstawnego.
Trzecia — na litość Leonisa, pochylał się i pochylał nad tym, czego oni szukają, a Chwast najwyraźniej podzielał jego chwiejność — na pysku szczenięcia wymalowany był duży, dorodny znak zapytania i „co jest, do kurwy?” napisane drobnym maczkiem. Laurency rzucił coś o kwiatkach, coby sprawić, żeby dzieciak przestał się tak smęcić, a że było to lato, to małemu smrodowi nawet do głowy nie przyszło, że starszy kumpel może go kantować — słodkie drobiny kwiatowych pyłków lawirowały w powietrzu z taką gracją, jak Cierń w różowym tutu, to i niczym dziwnym było, że Laurie, ot, tak, nieoczekiwanie doznał czegoś na kształt niezwykłego objawienia i doszedł do niepodważalnego wniosku, jakoby w tamtej chwili musiał (warto podkreślić, że niezupełnie musiał, a musiał, bo gdyby tego nie zrobił, najpewniej by się udusił) znaleźć kwiecie, które sprawiłoby, że dzieciak zapomniałby o swojej winie i rozpogodził nieco. W praktyce Laurency po prostu nie umiał pocieszać smutnych szczeniąt; nie wypowiedział tego na głos, ale byłby poważnie zdziwiony, gdyby Chwast nie zauważył. Laurie pokładał wszelkie nadzieje w nierezolutności jego umysłu. „Nie bierz tego do siebie, Chwaścik, na pewno jesteś super mądry i takie tam” — przeprosił go we własnej głowie, ku uldze własnego sumienia.
Wszystkie trzy myśli straciły na ważności, kiedy uświadomił sobie, co jest przedmiotem jego poszukiwań. W powietrzu faktycznie czuł fiołki i na powrót zapałał do nich bezgraniczną miłością. Mlecz lubił fiołki, a Laurency lubił Mlecza — prędka kalkulacja doprowadziła go do tego momentu w życiu, w którym uświadomił sobie, że tak naprawdę, co by nie mówić, wydawałoby się, jakby jego trzy komórki rozmnożyły się między sobą, doprowadzając do niezręcznej, alabamskiej sytuacji, i tworząc pełnoprawne, nieco kazirodcze drzewko genealogiczne złożone z finalnie blisko sześciu komórek.
Później otworzył pysk, zabijając świeżo wyjęte z piekarnika trzy komórki. Prawica nazwałaby go zabójcą noworodków, a licho wie, czy w ich rankingu stanąłby na równi z ludźmi od aborcji, czy o poziom piekła głębiej.
Wydawało się, że Chwast naprawdę — zupełnie szczerze — chciał wiedzieć, co chodzi po głowie Laurencego.
— Słuchaj, młody kierowniku, jest szansa. — Wlepił w niego spojrzenie stokroć poważniejsze od tego, co sobą reprezentował, a dzieciak zmrużył oczy, przekręcając mały łepek.
— Na co?
— Na wyru… znaczy, na znalezienie fioletowych kwiatków — wyjaśnił naprędce, rozglądając się po osaczających niewielki budynek z dzwonnicą polach. Nie miał pojęcia, skąd wziąć fioletowe kwiatki, ale nie bez powodu wziął ze sobą Chwasta, którego obecność właściwie nie gra żadnej poważniejszej roli w tropieniu górskich mleczy. Laurency powinien ważyć myśli. A narrator słowa!!!* — Zdaje mi się, że… — Obrócił się dookoła własnej osi, mrużąc oczy w niecodziennym dla niego skupieniu. — Widziałem je nad rzeką, ale… na Leonisa!
— Leonisa? — Szczenię obruszyło się, jakby przestraszone wspomnieniem ponurego medyka Bezgwiezdnych.
— Tak tylko gadam, nie martw się, mały, tutaj cię nie znajdzie — rzucił pokrzepiająco Laurie. — Nie wiedziałem, że nawet dzieci boją się Leonisa. To miałoby w sumie sens. Myślałem, że straszy tylko dorosłych, bo czasami bywa tak, że ma się łapę do dzieci, a dorosłych się nie lubi, ale chyba… Leonis chyba nie lubi nikogo. Szkoda, musi być taki samotny — mruczał sam do siebie, nie bacząc na wyczekujące spojrzenie Chwasta. — O, hej, tu jesteś. To o czym ja mówiłem?
Chwast musiał wziąć jego pytanie za retoryczne, ponieważ odpowiedział dopiero po upływie dziesięciu uderzeń serca.
— O fioletowych kwiatkach, Laurency — przypomniał dosyć dobitnie.
— No tak, fioletowe kwiatki, Chwaście. Wiesz co? Mówiąc do ciebie „Chwaście”, czuję się, jakbym wyrządzał ci krzywdę. Kto tak cię nazwałnazwał, maluchu? Nie odbierz tego jakkolwiek źle, bo rządzisz i w ogóle, ale… kurczę, kto jest twoją mamą? — zapytał ostrożnie, na wypadek gdyby dzieciak matki nie posiadał.
— Ee… — zawiesiła się kula sierści — … Ikra?
— To ty się mnie pytasz, kierowniku? Kojarzę Ikrę!
— Znasz ją?
— No pewnie, parę razy rozmawialiśmy. Parę, paręnaście! — wykrzyczał, zanadto rozentuzjazmowany. — Chociaż, zostańmy przy paru.
— Naprawdę?
— Nie, tak właściwie to pierwsze słyszę, ale głupio się przyznać — przyznał bezwstydnie. — Żeby nie było, że wujek Laurency uczy cię kłamstwa, nie powtarzaj nikomu takich sztuczek, bo oberwiesz po jajkach jeszcze raz. Swoją drogą, maluchu, wiesz, jak nazywamy fioletowe kwiatki? — Szybko zmienił temat, żeby uniknąć konieczności przeprowadzenia rodzicielskiej rozmowy wyjaśniającej Chwastowi, co miał na myśli, mówiąc o jajkach. Dzieciak pokręcił łbem. — Fiołkami.
— Fiołkami — powtórzył.
— Fiołkami, tak.
— Czyli idziemy po fiołki?
— Tak.
— Nad rzekę?
— Tak jest.
— Czyli muszę powiedzieć mamie?
— T-... znaczy, nie. Znaczy…
— Mówiłeś, że nie mogę kłamać!
— Stresujesz mnie. Nie możesz kłamać, kierowniku, ale nie możesz też… wrócić do obozu, łapiesz?
— Dlaczego?
„Bo cię tam wypatroszą i nabiją na pal, ale ci tego nie powiem, słoneczko”.
Z gardła Laurencego wydostało się coś na kształt długiego, ptasiego skrzeczenia.
— Chwaściku.
— Laurenci… Laurency.
— Idziemy szukać fiołków.
— Idziemy.
Chwast odpuścił, Laurency z kolei pławił się w chwale zwyciężonej dyskusji. Co prawda wyłącznie we własnej głowie, ale pławił.

Jeśli ktokolwiek z czytelników jest fanem apofonii i oczekuje, że fiołki odgrywają w tej historii szczególną rolę istotnej, kto tam wie, gałązki oliwnej czy innego gówna, które obróci życie Laurencego w bajkę z brokatowymi jednorożcami o malinowych grzywach albo pełny zawiedzenia pierdolnik, to nie — fioletowe kwiatki, tak na dobrą sprawę, mogą zostać zastąpione każdą inną rośliną, jaka tylko przyjdzie na myśl, a jedynym, co ulegnie bardziej znaczącej zmianie, będzie charakterystyka domniemanego kwiatka oraz najprawdopodobniej ich hurtownia, miejsce, gdzie wyrastały spod kupy ziemi tylko po to, żeby dwa dni później zostać zgniecionym przez bezczelnego Laurencego.
Przedzierali się przez trawiaste pagórki, jakby trasa do rzeki obejmowała ścieżki prowadzące głęboko w pola tylko po to, żeby nadłożyć drogi, a Laurency podśpiewywał sobie wesoło, zupełnie nie dbając o potencjalne zmęczenie małego organizmu małego smroda drepczącego za nim. Czuł się co najmniej jak Dwayne Johnson, odgarniając na boki wpadające mu do oczu źdźbła pieprzonej pszenicy, owsa albo żyta, czy też czegokolwiek, co było zdolne do rozwijania się na polach, lub Filippides, który zapieprzał do Aten tylko po to, żeby sprawiać pozory bohatera ratującego miasto przed perską zagładą. Właściwie, to i to miasto uratował, ale trochę, tylko trochę umarł, więc nie przyniosło mu to szczególnych korzyści.
— Chwaściku, jesteś tam jeszcze? — zawołał do dzieciaka między pokracznym fikołkiem a przejechaniem brzuchem po brudnej ziemi. Szczenię odpowiedziało coś, sam Laurency nie wiedział, czy rozochocone, czy śmiertelnie zmęczone. Laurie był zbyt głupi, żeby się nad tym zastanawiać.
— Panie Laurency?
— Co tam, szkrabie?
— Daleko jeszcze?
— Na moje oko, jeśli się pospieszymy i zaczniemy poruszać z prędkością trzech laurencytów na siedem uderzeń serca, nie zatrzymując się przy tym na siku ani inne sprawunki fizjologiczne, będziemy oszczędzać oddech i raczej nie rozmawiać ze sobą o głupotach, co jest absolutnie niemożliwe i bardzo, bardzo, bardzo, ale to bardzo głupie, bo trzeba rozmawiać, żeby nie oszaleć, jak ja, i, wracając, jeśli przyspieszymy krok do truchtu, zakładając, że te polne dziwadła — trącił łapą kołyszące się źdźbło — zwalniają nas tylko o jedną setną laurencytu na pół uderzenia serca, powinniśmy dotrzeć tam w ciągu jednej dziewięćdziesiątej szóstej doby.
— ... Aha.
— Nic z tego nie zrozumiałeś, prawda?
— Nic a nic.
Laurency uśmiechnął się do niego pociesznie, zupełnie nagle klepiąc go po puchatym łebku i wzdychając ociężale.
— Tęsknię za czasami, kiedy mój syn był taki jak ty, Chwaściku. Teraz nawet nie wiem, gdzie się wałęsa. — Odetchnął raz jeszcze, sto razy bardziej teatralnie i melodramatycznie niż poprzednim razem. — Pewnie jest gdzieś z Jazgotem. Kto to Jazgot? Nie znasz Jazgota? Kochany, trzeba poznać cię z wujkiem Jazgotem, toć to mój ulubiony kumpel spośród kumpli Mlecza. Póki co, tak, tak, masz rację, szkrabie, fiołki. — Podniósł się z uklepanej ziemi, z jego tyłka pospadały grudki posklejanej, przyczepionej do sierści ziemi. Niczym emeryt czujący vibe dwudziestoletniego wokalisty zespołu disco polo, podśpiewywał pod nosem: — Fiołki, fiołeczki. Fiołki. Fiołki, fiołunie.
— Panie Lau-...
— O-o-o-o. Fio-fiołki, fio-fiołunie.
Chwast najwyraźniej doszedł do niemijającego się z prawdą wniosku, że przerywanie laurencowej arii jest niewarte zachodu i pozwolił chodzącemu marmurowi katować siebie marnym głosem i melodią zupełnie niepasującą wysokości jego tonu. Brzmiał jak gnijąca kaczka, o ile gnijące truchła wydają z siebie jakiekolwiek dźwięki bliskie psim. Kacze truchła nie zwykły śpiewać, a przynajmniej te, z którymi Laurency miał do czynienia, zwyczajów innych zwłok nie znał.
Śpiewające truchła tylko za siedemdziesiąt dolarów liberyjskich i twoje dziewictwo. Dodatkowe funkcje, takie jak świecące oczy, możliwość prowadzenia niewymagającej konwersacji i wampirze zęby w zestawie, można odblokować, dodając do tego ocieplacz na chuja.

Żaden z nich nie wiedział, czy faktycznie szli z prędkością trzech laurencytów na siedem uderzeń serca, już nie wspominając o tym, że wartość tej jednostki pozostawała niewiadomą dla samego pomysłodawcy, trafili nad rzekę na długo przed zachodem słońca. Niczym narodowiec poszukujący w tłumie gejowskiego pierwiastka Laurency wytężył swoje starcze, zużyte spojrzenie, żeby wśród przeklętego trawska dojrzeć choćby kawałek fioletowego gówna, po które zaciągnął Chwasta na drugi koniec świata.
Rzeka płynęła swoim niepospiesznym tempem, a rażące słońce sprawiało, że Laurie pocił się jak otyły mężczyzna z piwnym brzuchem, kawałkiem swojskiej kiełbasy w prawej ręce i w puchowej kurtce z pobliskiego rynku. Sapnął męczeńsko, wyrzucając język daleko poza obręby pyska, i rozglądał się po okolicy, odrywając myśli od prażenia promieni.
— Chwast, czy jest ci gorąco? — odezwał się w końcu, skuszony wartkością strumyka i bijącym od niego chłodem.
— Troszkę.
— Czy chcesz to zmienić?
— Jak?
— Idziemy się wykąpać.
Nie zapytał — najzwyczajniej w świecie oznajmił, że Laurency ma teraz, w tej chwili i nie później, ochotę się wykąpać, więc bez zbędnego pierdolenia wskoczy na pusty łeb wprost do rzeczki, jakby jutra miało nie być, a w domu nie czekał na niego ukochany Cierń i jego bukiet z parówek. Matematyczne kalkulacje ścisłego umysłu nie przeliczyły się zanadto, ponieważ woda była odpowiednio chłodna, żeby orzeźwić spragnionego odpoczynku kretyna, ale wystarczająco nagrzana, coby nie doznał szoku termicznego.
— Chodź, mały, pochillujemy.
Dzieciak sprawiał wrażenie zmieszanego.
— Umiesz pływać, kierowniku?
Pokręcił łebkiem.
— W takim razie chodź, idziemy na płyciznę.
Smród szedł brzegiem, Laurency brechtał się w wodzie, aż dotarli w miejsce, gdzie woda sięgała mu do połowy łap. Ponownie wspomógł się błyskotliwością swojego umysłu i doszedł do wniosku, że Chwast się nie utopi. A nawet jeśli, utopiłby się z winy wszechświata, który nie sprawił Laurencego mądrzejszym i poskąpił mu komórek mózgowych, na których nadmiar nie narzekał.
— Wejdź na kamień, mały, no. — Wskazał na śliski, porośnięty glonem kawałek skałki wyłaniający się z dna strumyka, zachęcająco stukając w niego pazurem. — Nie bój się, nie poślizgniesz się.
Chwast zrobił krok — postawił na nim wpierw jedną, prawą łapę, później lewą, i kiedy miał dostawiać już tylne, znalazł się głęboko pod taflą wody.
— Dziecko mi się topi! — wrzasnął do siebie Laurency, panikując zbyt mocno, żeby ruszyć mu na ratunek.

<kolekcjonerze kamyków?>
>2000
[bez punktów]

* dopisek Laurencego, który wymusił możliwość sprawdzenia tekstu przed publikacją, kawał skurwysyna