Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań. Pokaż wszystkie posty

3 czerwca 2022

Od Omszonej Krtani CD Białego Kruka

Choć relacja Białego i Mcha po ostatnim zgromadzeniu miała swoje wzloty i upadki, nie można było powiedzieć, że było między nimi tragicznie. Dalej się śmiali, dalej spędzali mnóstwo czasu, ignorując swoje obowiązki, przeżywając przy tym mniejsze lub większe przygody. Ich ogony dalej mimowolnie machały na widok pyska drugiego. Nie można było jednak nie dostrzec tego okazjonalnego napięcia pomiędzy nimi. Uczucia, które wisiało gdzieś ponad nimi, jak miecz Damoklesa, sprawiającego, że nawet te najprzyjemniejsze momenty pozostawiały w ich pyskach nutkę gorzkiego posmaku.
Omszony gdzieś tam wiedział, że to, co zrobił po zgromadzeniu, zdrowe na pewno nie było. Omszony gdzieś tam naprawdę zdawał sobie sprawę, że to jak potraktował Białego, powinno sprawić, że dalmatyńczyk go kompletnie znienawidzi. Omszony gdzieś tam czuł, że nie zasługiwał na swojego przyjaciela.
Mimo to nie przeprosił. Nigdy. Nie poruszał też tego tematu, był jedynie szczęśliwy lub zbyt odurzony kolejnym znalezionym przez siebie i swojego towarzysza zielskiem, by ta sytuacja przeszła mu przez głowę. W momentach większej trzeźwości wychodził z założenia, że skoro Biały Kruk nic o tym nie mówił, to on także nie zamierzał. Rezultat tej sytuacji mu pasował, był wręczy idealny. Tylko on i jego przyjaciel, więc czemu miałby coś w tym zmieniać? Ślepo ignorował po prostu wszystkie red flags, udając, że żyje w błogiej niewiedzy, nie znając potencjalnych konsekwencji swoich czynów. Największym marzeniem Omszonej Krtani byłaby po prostu możliwość ignorowania świata dookoła i skupienie się na czarno-białym pysku Wietrznego. Błoga nieświadomość wydawała się naprawdę kusząca, umożliwiająca na kompletnym zignorowaniu czynników trzecich w ich życiach. Prawdziwy i realny świat jednak gwałtownie zaczął walić w ściany ich raju, zbudowanego z tektury i taśmy, wchodząc ze swoimi brudnymi butami w ich rzeczywistość.
Śmierć nie była tematem, jaki Mech chciałby dopuszczać do swojej głowy. Był ciężki, a jego lekki tryb życia może i polegał na spróbowaniu wszystkiego w razie nagłego zgonu, jednak te myśli zawsze były odległe, a ich brzmieniu bliżej było "a gdyby" i "co jeśli" niż realnemu tu i teraz. Chyba właśnie dlatego tak bardzo nie wiedział, co powinien zrobić gdy usłyszał, że Bananowa Skórka nie żyje. Miał wrażenie, że Biały jej nienawidzi, że to jakie wybrała mu imię, kompletnie zaprzepaściło ich relacje. Może nie byłby na tyle pewny swojego zdania i hop do przodu, by od razu uznać, że byłby szczęśliwy z jej śmierci. Nie oszalał też do tego stopnia, by powiedzieć mu to w pysk, jednak dość oczywiste było zdziwienie, jakie się w nim zrodziło. Biały Kruk był tym kompletnie zdruzgotany, a Mech nie miał pojęcia dlaczego.
Dni mijały, następnie tygodnie, a życie naszej dwójki zdawało się powoli wracać na normalne dla nich tory. Omszony, przejęty kolejną anegdotą i Biały, który słuchaj go, wpatrzony w drogę, zerkając czasem na przyjaciela. Słońce oświetlało ich drogę, a ptaszki śpiewały jakby chcąc jeszcze bardziej nakreślić to jak błogi i idealny ten moment był. Idealny, by jej obrzydliwe pstrokate futro wyszło z jednego z krzaków.
Na widok Chmurnego Zmierzchu, Mech od razu się najerzył, zatrzymując razem z Białym.
— Co ty tutaj kurwa robisz?
— Przyszłam porozmawiać z Białym Krukiem — odparła niewzruszona.
Sapnął z chamskim uśmiechem i pokręcił głową. Nie miał siły na jej pierdolenie, a w głowie wisiało mu tylko to, by jak najszybciej stąd zniknęła. Zatruwała swoją obecność jego idealny moment.
— Weź spierdalaj. Biały chyba ci powiedział, co sądzi o twoim towarzystwie.
Suczka wywróciła oczami.
— Zamknij się i nie wtrącaj. To ważne i zajmę mu tylko chwilkę. Biały?
Nakrapiany pies stał z pustym wyrazem na pysku. Przez moment kompletnie się nie ruszał, jakby wbity w ziemię. Zerknął jednak w końcu na Mcha, z miną jakby coś go bardzo mocno bolało. Przełknął ślinę, westchnął i ze zmrużony oczami spojrzał na Chmurną.
— Dobrze — mruknął. — Ale tylko chwilę.
Niechętnie odsunął się od boku Omszonego i ruszył w stronę Wodnej. Jego ogon wisiał w dole.
Gdy tylko zaczęli się oddalać, Mech cicho parsknął, uważnie ich obserwując. Oczywiście, że nie miał zamiaru ich zostawiać samych. Ta suka była wariatką, kompletną wariatką, a Biały to był jego jedyny i najlepszy przyjaciel. Może i podsłuchiwanie prywatnej rozmowy gdzie jedna ze stron nie chce, byś tam był, nie wchodziło w tradycyjne rodzaje troski wobec drugiej osoby, jednak Mcha to nie obchodziło. Gdy tylko zniknęli mu z pola widzenia, ruszył się z miejsca i zaczął cicho skradać się za nimi. Zatrzymał się dopiero w jednym z krzaków, na tyle blisko by słyszeć ich rozmowę i na tyle daleko, by ani Chmurna, ani Biały go nie zauważyli.
— Więc…? — ponaglił ją Biały, naprawdę nie chcąc tą rozmową psuć sobie humoru. Z tyłu głowy ciągle wisiał mu czekający Mech.
— Jestem w ciąży — wypaliła Chmurna od razu, bez krzty skrupułów.
— Gratulacje? — odparł Biały, nie rozumiejąc, do czego jego już-nie-przyjaciółka dąży.
Mech także nie wiedział, o pizdę Chmurnej chodzi. Co ich obchodziło to, że ta z kimś się puściła i spodziewa się zgrai szczyli? Mimo wszystko obserwował wszystko z zaciekawieniem jak i rosnącą frustracją. Chciał, by po prostu skończyła ten cały baby shower i zabrała swoją dupę jak najdalej od nich.
W tym momencie Chmurna zmieniła nagle całkiem swoją postawę. Wcześniej, zachowywała się względnie normalnie, lecz teraz nagle jakby próbowała podkreślić swoją niewinność. Zatrzepotała delikatnie rzęsami, podsuwając się w stronę Białego, posyłając mu maślane oczy. Uśmiechnęła się delikatnie i westchnęła łagodnie. Była o krok od otarcia łba o szyje dalmatyńczyka.
— Dziękuję… To ty będziesz tatą — powiedziała, z tak niewinną miną, że dla Mcha aż zebrało się na wymioty.
Co kurwa? pomyślał Mech.
Po chwili ciszy, która wybiła Chmurną z jej pewności siebie, Biały wypluł z siebie coś podobnego.
— Co?
— No wiesz… ostatnim razem, po maku trochę nas poniosło i jakoś tak wyszło, że… — zaczęła się tłumaczyć, starając się ukryć to jak bardzo jest zestresowana tym, że reakcja Białego nie jest bardziej pozytywna.
Inaczej to zaplanowała.
— Nic z tego nie pamiętam — przerwał, nadal całkiem poważnie i bez emocji.
Chmurna zachichotała, chcąc nieco rozładować napięcie.
— W sumie mnie to nie dziwi, ale no wiesz, już wydarzyło, mleko się rozlało. Pomyślałam, że mógłbyś przenieść się do Flumine, to dobry moment, bo Klematis niedawno wrócił, mieliśmy dużo strat i na pewno przygarnie kogoś takiego jak ty — świergotała sobie radośnie, mając swoją własną, cudowną wizję na ich wspólne życie.
Biały z każdym słowem wyglądał coraz bardziej chłodno, jakby odruchowo lekko się od niej odsuwając o krok czy dwa.
Ognisty nie wierzył własnym uszom. Ta wariatka to zaplanowała. Był tego kurwa pewien, zaplanowała to wszystko, wkręciła Białego w ciąże tylko po to, by odsunął się od niego. Nie był na tyle głupi i ślepy, by nie połączyć tych prostych faktów. Złość, jaka w nim narastała, prawie sprawiła, że rzucił głośne "kurwa mać, chyba cię popierdoliło głupia szmato" wyskakując z krzaków. Powstrzymał go jednak chłodny ton Białego.
— Hej, zwolnij — powiedział, przerywając w końcu ten jej wesoły wywód — Nie ruszam się nigdzie z Ventusu — odparł poważnie i ostro.
Na pysku Chmurnej można było dostrzec narastający gniew.
— Przecież szczeniaki potrzebują rodziny — zaprotestowała od razu.
Biały nie ulegał jej manipulacjom, jedynie coraz bardziej odsuwał się od niej, mentalnie i fizycznie.
— Cóż, jak nie chcesz ich usunąć, to sama się będziesz musiała nimi zająć — odparł chłodno.
— Biały nie żartuj, to tak samo twoja wina jak moja i oboje powinniśmy się zachować odpowiedzialnie — spróbowała wjechać mu na sumienie.
— Odpowiedzialnie mówię, żebyś najadła się wrotyczu — powiedział, już powoli się irytując tym, jak bardzo ona naciska.
To był ostatni potrzebny cios, by wyprowadzić ją z równowagi. Wyszczerzyła zęby i zmarszczyła brwi, przyjmując postawę, jakby miała rzucić się do gardła Wietrznego.
— Naprawdę wybierasz tego ćpuna zamiast mnie? Zamiast godnego, spokojnego, rodzinnego życia, gdzie mógłbyś być szczęśliwy? — parsknęła ze złości.
Biały znów odsunął się od niej o krok, teraz patrząc już na nią uważnie, jakby miała się zaraz na niego rzucić. Jego postawa także się zmieniła, gotowy do obrony.
— Tak, na to wychodzi. Szczeniaki nie zmieniają nic w tym, że cały czas tylko próbujesz mnie zmienić na siłę — wyjaśnił twardo, ale później dodał trochę lżej, licząc, że dzięki temu nie wpadnie w kompletną furię, kiedy postawi sprawę przed nią jasno. — Nie zmienią też tego, że cię nie kocham. Byłaś — podkreślił czas przeszły — zawsze dla mnie jedynie przyjaciółką. Dlatego mi na tobie zależało, ale teraz chyba nawet tego już między nami nie ma.
Chmurna wyglądała już na kompletną wariatkę. Furia zmierzała się z łzami spływającymi po jej policzkach, a ciało Wodnej przeszły narastające coraz bardziej dreszcze.
— Ty… ty dupku! Żeby cię wyciągnąć z tego gówna, znowu żarłam z tobą ten syf, a ty tak mi się odwdzięczasz? — powiedziała na głos cały swój plan.
Białego od tego aż zmroziło, bo on — w przeciwieństwie do Mcha — naprawdę, by jej nie posądził, że ona to zaplanowała.
Omszony chyba po raz pierwszy nienawidził tego, że ma racje.
— Czekaj… zrobiłaś to celowo? — zapytał z niedowierzaniem.
— Oczywiście, że tak! — pisnęła. — Myślałam, że wtedy w końcu przejrzysz na oczy, że ten cholerny manipulant, skończony kretyn nie jest dla ciebie dobrym towarzystwem!
Biały miał już tego wszystkiego dość i jego zachowanie to odzwierciedlało.
— On przynajmniej stara się przy mnie być, a nie jedyne, co robi, to na ciebie klnie.
Postawa suki się nagle znów kompletnie zmieniła. Chyba w końcu była w fazie zaakceptowania tego, że nic nie ugra, zostanie ze szczeniakami sama, a Biały i Mech są siebie warci. To ostatnie najbardziej w nią uderzyło. Zrozumiała, że walczy w przegranej bitwie.
— Pewnie, że nie — parsknęła — bo woli się z tobą obściskiwać, kiedy jesteście napierdoleni. Już rozumiem! Tobie po prostu się to kurwa podoba. Dałam się wciągnąć w wasze cholerne rozterki, bo nie umiesz się przyznać, że wolisz kurwa psy. A może już dawno sobie liżecie dupy, tylko nic mi o tym nie mówiłeś, co? Brzydzę się wami!
Kiedy tylko to wykrzyczała, odwróciła się od Białego i zaczęła biec przed siebie. Jej wzrok był zaślepiony łzami, a wbity w ziemię i zamurowany od wyznania suczki Biały, nie mógł się nawet ruszyć. Chmurna nie patrzyła, gdzie biegnie, chciała po prostu oddalić się od tych... Tych oblechów. Straciła na nich tak wiele czasu, którego jak zaraz wszyscy mieli się przekonać, nie zostało jej wiele. Jej łapy zaniosły Wodną w końcu na drogę grzmotu, gdzie pędzący potwór centralnie w nią uderzył. Nikt nie przeżyłby takiego uderzenia. Ciało suki odleciało na kilka metrów, gdy potwór się nawet nie zatrzymał.
Biały nawet się nie ruszył.
Dopiero wtedy Mech był na tyle rozemocjonowany, że wystrzelił z krzaków, znajdując się w sekundę przy Kruku. Przez dobrą chwilę nic nie mówił, jedynie patrzył się tępo w truchło Wodnej.
— Przynajmniej nie musisz jej wciskać wrotyczu, co? — mimowolnie się zaśmiał.
Odpowiedziała mu tylko cisza.
Spojrzał w końcu na Białego Kruka, dostrzegając jak ledwo swoi na własnych łapach. Cały się trząsł.
— Biały? — zapytał już o wiele łagodniej, ze zmartwieniem w głosie. — Hej, Biały... — przysunął się do niego.
Ostrożnie dotknął go nosem w szyję. Spowodowało to jedynie strumień łez z oczu dalmatyńczyka.
Mech chyba nigdy nie czuł się bardziej bezsilny niż teraz.

<Biały?>
[1637 słów: Omszona Krtań otrzymuje 16PD + Chmurny Zmierzch umiera]

26 marca 2022

Od Omszonej Krtani CD Sikorkowej Łapy

Sikorkowa Łapa rosła jak kurwa na drożdżach, a Mech, którego umysł był zbyt często pod wpływem kompletnego najebania jakimś szajsem, nawet nie zauważył kiedy jego uczennica z małego smroda zmieniła się w dorosłą babkę, nie tak daleką wiekiem do tego kiedy on sam był mianowany. Szczerze to zdziwił się kiedy przyszła ona do niego pewnego poranka, gdy miał czystą głowę. Wcześniejszego dnia poszedł spać serio wcześnie, przez co wszystkie cudowne działania zjedzonych przez niego roślinek zdążyły przeminąć. Przez dobre kilka chwil miał wrażenie, że przespał jakiś ogromny kawał czasu i zastanawiał się, jak mocny towar opierdolił, że tak go ścięło, ale ostatecznie okazało się, że jest po prostu kretynem. Czyli nic kurwa nowego.
Moje obrażanie Omszonego nie bierze się znikąd. Ten pożalcie się Gwiezdni wojownik, w rankingu chujowych mentorów na pewno był gdzieś wysoko w rankingu. Może nie osiągnął poziomu Sowiego Pazura (nigdy nie wpierdolił dla Sikorki, słowo!) czy Skalnego Potoku, ale nie był też choćby akceptowalny. Tyle razy ile wystawił swoją uczennicę do wiatru, że było wręcz kurwa żałosne. Zachowywał się jak jakiś pieprzony tchórz, który bał się tej minimalnej ilości odpowiedzialności, jaką na niego powierzono. Zamiast tego wolał się kłócić i włóczyć ze swoim wcale-nie-chłopakiem, byle tylko by nie musieć niańczyć Sikorkowej Łapy.
Oczywiście... Nie zawsze wychodziło mu unikanie swojej uczennicy i koniec końców parę lekcji odbyć z nią musiał. Mech sam by bez bicia przyznał, że na początku n i e n a w i d z i ł tej gówniary i jego celem numer jeden w życiu było jak najszybsze pozbycie się jej. Paradoksalnie, zamiast odbębnić trening z Sikorką, by mieć ją z głowy, ten przedłużał go i przedłużał. Próbował nakłamać dla Rzepakowej, że dzieciak jest już gotowy, ale ten debil powiedział to gdy ta miała ledwo 10 księżyców i Sowi kazał mu spierdalać. Mech więc parsknął, machnął ogonem i poszedł. Z upływem czasu, coś się zmieniło. Omszony sam nie wiedział co wpłynęło na tą nagłą zmianę jego podejścia. Być może, że zmuszony do spędzania czasu z tą pozytywną kulką energii, zaczął zauważać w niej zalety, zamiast tylko kolejnego, pieprzonego obowiązku, którego chciał się po prostu pozbyć. Nie ważne co to było, Mech nieironicznie polubił spędzać czas z Sikorką i parę ostatnich umówionych treningów, jakimś cudem nie ominął, lecz przyszedł — co już było kurwa wielkim wyczynem, ale słuchajcie dalej — i nawet w jakimś stopniu się starał.
— Nie, nie, nie — sapnął i powoli podszedł do Sikorkowej Łapy, która przygotowywała się do skoku na jakiegoś potężnie grubego szczura. Przylgnął do niej bokiem, wbijając wzrok w zdobycz. —W ten sposób zahaczysz łapami o tamtą dziurę — szepnął i kiwnął głową na wcześniej wymienioną przeszkodę — Spowolni cię to, a ten grubas ucieknie.
Sikorkowa Łapa przyjrzała się jeszcze raz swojej trasie i delikatnie przesunęła się na bok. Uśmiechnęła się do niego lekko i skoczyła. Mech dumnie obserwował, jak suczka w ułamek sekundy znalazła się przy szczurze, łapiąc go w pysk i zaciskając szczęki. Polała się krew, ale zwierzak nawet nie zdążył pisnąć. Uczennica, szczęśliwa, zamachała energicznie ogonem na prawo i lewo, kierując wzrok na swojego mentora, do którego podeszła sprężystym krokiem, wyraźnie dumna z tego jak szybko jej to poszło.
— To co, chyba zasłużyliśmy na małą ucztę? Starczy go dla dwójki — Mech wyszczerzył swoje zęby.
Oczywiście, że kodeks wojownika go nie obchodził. Ba! Pewnie nawet nie pamiętał o tym punkcie, przepadł on w przeżartym narkotykami mózgu głupiego ćpuna, znikając bez powrotu. Dawno już zapomniał większość rzeczy, jakie Sowi Pazur mu wciskał do głowy.
Miał szczęście, że jego uczennica czuła się podobnie wobec zasad wymyślonych przez dawno martwe pieski.
Wbił swoje zęby w cielsko szczura, zaraz po Sikorkowej Łapie, biorąc kęs.
Cóż, Mech nigdy nie był kurwa idealny. Jasne, że swoją piękną mordą oczarował niejednego, jednak zbyt często brakowało mu rozgarnięcia. Nie była to wada wrodzona, raczej nabyta przez debilizm. Tym razem, nie miał zielonego pojęcia jak stara jest Sikorkowa Łapa, przez co gdy jej wiek (22 księżyce!) przeleciał mu koło ucha, uznał, że to jakiś kurwa żart i musi to zmienić. Musiał ją mianować i musiał to zrobić przed tym kiedy uczeń Ciepłego zostanie mianowany. Pomińmy fakt, że Nagietek był już drugim uczniem brata Omszonego, kiedy ten ledwo sobie radził z jednym. Ego Mcha jednak było zbyt daleko, by wojownik mógł dopuścić do swojej głowy tę myśl.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po przetworzeniu tej tragicznej informacji, było znalezienie swojej uczennicy. Nie było to trudne, kręciła się koło pierwszych rozkwitniętych kwiatów, niedaleko obozowiska.
— Hej Sikora! — zaśmiał się, podchodząc energicznie do swojej uczennicy. Ta spojrzała na niego, oderwana od jakiegoś mało ważnego zajęcia. — Co ty na może małe mianowanie? — wyszczerzył się.
— Że... Że teraz?
— No jasne, że teraz, a co kurwa myślałaś? Ile można czekać, nie chcesz chyba być tą pieprzoną Łapą całe życie?
Nie miał pojęcia czy jego uczennica była bardziej podekscytowana, czy zdziwiona nagłą decyzją Mcha. 

<Sikorkowa Łapo? Co ty na jakieś późniejsze uczczenie mianowania Sikory?>
[810 słów: Omszona Krtań otrzymuje 8PD]

9 lutego 2022

Od Omszonej Krtani CD Białego Kruka (Białej Łapy) — Event Walentynkowy

nie każcie mi myśleć kiedy to się dzieje, jasne? Opierdalałem się, więc teraz mam, karma wraca czy cokolwiek, wyjebane, jest 4:20, a ja mogę powiedzieć tyle, że oba momenty dzieją się przed mianowaniem Białego i Chmurnej :^)
Status quo był taki, że Mech na swoje śmieszne narkotyczne przygody chodził sam. Jego brat wylatywał z puli możliwych opcji już przy pierwszym spojrzeniu. Grzeczny kurwa dzieciak, który przecież nie będzie łamał tego pieprzonego kodeksu i szlajał się Gwiezdni wiedzą gdzie, tylko by złapać jakiś zastrzyk adrenaliny. Rzygać się chce od tej jego "nienagannej etykiety" i moralności urwanej z księżyca, podlizywania się do każdego starszego z klanu, kto tylko mu wpadnie pod łapy, powtarzając ich słowa jak jakieś zacięte nagranie. Jakby nie miał własnego zdania i umiał tylko podłapywać rzeczy wypowiadanie przez innych, wylewając je potem na biednego Omszonego. Ciepła Łapa był pieprzonym przekleństwem i zmorą jego życia, więc nawet gdyby był ostatnią żywą duszą na ziemi poza nim, Mech nawet nie pomyślałby o zaproszeniu go na swoje łażenie. Kiedyś co prawda próbował naciągnąć Drżącą na wyprawy, ale skończyło się to gorzej niż lepiej i szczeniak mimowolnie trzęsł tyłkiem przez parę dni po ich pierwszej wyprawie.
Także był sam.
A potem pojawił się on. Ten mały głupi szczeniak, który śmierdział pieszczochami, świeżym sianem i myślał, że może mu kurwa podskakiwać. Przecież Omszony był dwa razy większy niż ten gówniarz, mógłby go przygnieść jedną łapą, kompletnie go unieruchomić, patrząc mu ostro w oczy, zupełnie jak... no właśnie. Idąc przed siebie, cicho pośmiewywał się z małego narkomana, zerkając na niego co chwilę. Jego chojracki wzrok powoli łagodniał, zmieniając się na lekko zakłopotany. Jakby powoli zaczynał zastanawiać się nad swoimi życiowymi wyborami. Mały smród na szczęście nie zdążył się rozmyślić, bo nucący pod nosem Omszona Łapa w końcu znalazł to czego potrzebował.
— Ej kurwa! Mały! — zaśmiał się do dalmatyńczyka drugi uczeń. — No i patrz, co my tutaj mamy... — wyszczerzył się, wlepiając wzrok w czerwone kwiaty maku, pełne czarnych nasion.
Młodszy pies dosiadł się niedługo do niego.
— Nadal nie rozumiem, czemu się z tego aż tak cieszysz — powiedział młodszy pies.
— Ochh, uwierz mi — zaśmiał się Mech. — Zaraz się przekonasz.
W ten oto sposób, niewinny, nakrapiany pies został wprowadzony w dziki, cudowny, straszny, marzycielski i niebezpieczny świat narkotyków, w którym Ognisty już od dawna maczał swoje łapy. Miło było się z kimś nim w końcu podzielić, bez chujowej reakcji, krzyku czy niedowierzania, czy innego wyśmiania. Nie, on chłoną wiedzę jak mała i nowa gąbka, nieskażona brudem świata.
Teraz leżał w trawie, z rozmarzonym uśmiechem i otępiałym wzrokiem wbitym w niebo, razem ze swoim nowym kolegą.
Mech nigdy by nie pomyślał, że kogoś takiego potrzebuje. Ot, głupiego towarzysza, który zaśmieje się z jego żartu czy poleży razem w trawie. Uczeń nie krytykował go za jego wybory w życiu, ba! Kurwa sam wpierdalał się z Omszonym w nie. Pies westchnął z uśmiechem i przymknął swoje oczy. Musiał usnąć, bo obudził go przeraźliwy wrzask, brzmiący jakby kogoś kurwa co najmniej mordowano, w bardzo brutalny sposób.
— Biała Łapo! — na horyzoncie zatliła się mała postać, śmierdząca Wietrznymi.
Mech spojrzał na swojego kompana.
— Liczyłem, że serio nazywasz się Ciapuś — zaśmiał się, a drugi uczeń, wciąż lekko jeszcze wstawiony zareagował chichotem.
— Biała Łapo, co ty tutaj robisz? — suka sapnęła, marszcząc swoje brwi w wielkim oburzeniu. Jak na takie krótkie nóżki nieźle zapierdalała. — Znowu omijasz trening! To nie jest zabawne.
— Bananowa Skórko...
— I kto to jest? — skierowała swój wzrok na Mcha.
— Jeszcze byś chciała wiedzieć...
Bananka (kto ją tak kurwa nazwał? A podobno to Rzepa dziwnie nazywa swoje szczyle) fuknęła.
— Tak, chciałabym wiedzieć, ponieważ za niego odpowia... Biały czemu ty się tak śmiejesz? Co ci jest? — przysunęła się i go powąchała. Uniosła się i warknęła cicho. Przypominało to bardziej żałosny pomruk. — Ognisty, coś ty mu zrobił?
— Jaaa? — Mech parsknął, jakby nie wierząc, że ta wariatka może mieć do niego jakiś kurwa problem. — Nawet go kurwa nie dotknąłem, więc nie pierdol. Co, jest twój? — zaśmiał się. — Nie zesraj się, nie nadgryzłem go. Jeszcze — oblizał swój pysk.
Wojowniczka Ventus patrzyła się na młodszego, ale i większego od siebie ucznia, z ogromnym oburzeniem. Jak... Jak on śmiał do niej tak mówić?
Wzięła głęboki wdech, nie mając siły na ten cyrk.
— Biała Łapo, wstawaj, idziemy — zarządziła.
Uczniak chciał się wykkłócać, ale jej wzrok szybko wybił mu to z głowy. Jęknął żałośnie i sie powoli podniósł. Mech uznał, że na chuj on tam dalej sterczy, sam zaczął się zbierać. Nie jego cyrk, nie jego małpy czy mali narkomanie. Już był gotowy wracać do domu, aż głos tego kurdupla znowu nie zabrzmił mu w uszach.
— A gdzie ty się wybierasz, co? Idziesz z nami, muszę wiedzieć, co z nim zrobiłeś.
W ten sposób Mech wylądował na niechcianej wycieczce do obozu Ventus. Była to podróż rodem z najgorszego wypadu szkolnego, gdzie Ania trzy rzędy wcześniej zarzygała Kajtka, cool kidy z tyłu puszczały piosenki na głośnikach (każdy inną), a na telewizorze leciały Disco Robaczki. Droga dłużyła się, była sztywna jak cholera, a ta pieprzona szmata, która zabijała ich wzrokiem za każdy chichot czy inny szept nie pomagała. Zachowywała się, jakby była jakaś lepsza od niego. Czy każdy z psów z Ventus ma ego wyjebane kompletnie w kurwa kosmos, czy po prostu trafiał na samych zjebów?
Gdy w końcu tam doszli, przed samym wejściem do obozu siedziała kolejna suczka, na której pysku po zobaczeniu Białego wymalował się szeroki uśmiech. Od razu do niego podbiegła, przytulając go. Wtuliła nos w jego futro, wzdychając z uglą. Kim ona kurwa była? Nie byli do siebie za chuja podobni, była za stara, by być jego siostrą czy partnerką...
— Biała Łapo, mam nadzieje, że jesteś z siebie dumny — fuknęła Bananowa Skórka. — Po tym jak Owsianka cię przygarnęła, zajęła się tobą, ty tak jej się odpłacasz.
To była jego kurwa matka? Adoptowana kurwa matka? Rzepakowa nigdy tak nie reagowała na nawet dłuższe zniknięcia Omszonego, a ta zachowywała się, jakby ten szczyl uciekł na co najmniej parę księżyców, a słuch po nim zaginął.
Uczeń wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. "Owsianka" była ciągle zajęta przytulaniem Białego, a Bananowa Skórka napierdalaniem nad jego głową, jakim to niewdzięcznym gówniarzem jest i jak bardzo powinien dziękować dla suczki, że ta dalej chce go trzymać.
Mech po raz kolejny uznał, że to nie jego cyrk, nie jego małpy i zanim ktokolwiek zauważył, spierdolił, odwracając się jeszcze raz, by spojrzeć na tę jakże przeuroczą scenkę.

* * *

Od tamtego wydarzenia minął księżyc, ot może dwa. Mech w końcu kurwa został mianowany, przybierając cudowne imię Omszona Krtań. Pozbył się tego pieprzonego członu Łapy, na którego myśl chciało mu się rzygać. W pewnym sensie pozbył się też Sowiego Pazura, nie musząc spędzać z nim każdego dnia i każdej nocy, a jedynie okazjonalnie kłócić się o to, jaką porażką życiową pierworodny syn Rzepakowej nie jest. Żeby Mech mu tylko nie pokazał jaką porażkę może z niego zrobić. Nie był już tym nieporadnym szczeniakiem, którego można przydusić. Żaden psychopata nie będzie nim kurwa pomiatał.
Mówiąc już o psychopatach, dlaczego kurwa Omszony trafiał na ich tylu? Właśnie musiał zdzielić po pysku swojego ex, który trochę za wiele sobie wymyślił. Jeśli myślał, że może drzeć pizde po Mchu, to się kurwa bardzo pomylił. Wojownika nie obchodziło, jak bardzo samotnik potem błagał o przebaczenie. Jak bardzo wspominał ich miłe momenty, jak jeden drugiemu wylizywał łagodne i czule sierść za uchem. Wtedy dla Krtani liczyło się tylko to, by ten chuj zrozumiał, jak ogromny błąd popełnił. Pogruchotał mu łapę, wymazując sobie z głowy jego ciepłe słowa i obietnice, które składał jeden drugiemu. Z tak ogromną satysfakcją w oczach, patrzył się, jak wypłoszony kundel uciekał w popłochu.
Cóż, na pewno było to widowiskowe zerwanie.
Teraz chciał odpocząć i się uspokoić. Dość związków na dzisiaj, dość tych głupich zbliżeń, lizania sobie nawzajem dupy i przereklamowanej miłości. Miał ochotę obrócić ten dzień do góry nogami, sprawić, że stanie się błogi i ciepły. Żadnych pieprzonych romansów.
Idealnie na horyzoncie zobaczył dobrze znaną mu sylwetkę dalmatyńczyka. Mimowolnie się uśmiechnął na wspomnienie ich ostatniego spotkania.
— Ej ty! Biały, kurwa! — zaśmiał się, powoli do niego podbiegając. Uczeń zbierał akurat mech. Ironicznie. — Co ty na wyrwanie się z tego gówna?
Skąd Omszony mógł wiedzieć, że przez ten dzisiejszy wypad pozna kurwę, co będzie zatruwała mu życie przez tak wiele księżyców? 
 
<Biały, bubusiu? Idealny prezent o 4 rano, nie sądzisz?>
 [1355 słowa: Omszona Krtań otrzymuje 13PD + 13PD za event]

8 stycznia 2022

Od Omszonej Krtani CD Drżącego Szeptu

— Pogódźmy się.
Ta mała chyba kurwa żartowała.
"Pogódźmy się."
Coś jej się stało w główkę? Za mocno uderzyła o tory? Czy jej zmiany nastroju to norma osobników płci "pięknej"? Mech raczej ich unikał, wywracając oczami na to jak inni młodociani debile do nich wzdychali. On wzdychał do nich. Nigdy nie przyglądał się temu, w jakie wzorce zachowań wpisują się baby. Nie było mu to potrzebne, więc na cholerę miał, chociażby na parę sekund kierować swój wzrok na nie? On miał swoje hobby, swoje łażenie, swoich dziwnych ludzi, których spotykał. Dreszczka była w sumie pierwszą laską, z którą zamienił więcej niż parę słów z własnej woli. Huh. Sexist much.
— Popierdoliło cię? Co tak nagle? — zmarszczył lekko swoje brwi. — Prawie mnie wepchnęłaś pod to wielkie bydle! — kiwnął głową w stronę pociągu, który ledwo dało sie już dostrzec na horyzoncie.
— Jesteśmy z jednego klanu, nie powinniśmy się kłócić! Nie tego by chcieli Gwiezdni.
Omszony wywrócił oczami i sapnął.
— Rób sobie, co tylko chcesz, mnie to tam rybka.
W oczach Dreszczki pojawiła się iskierka nadziei. Omszona Łapa jednak się po prostu odwrócił i zaczął wracać w stronę obozu. Kompletnie stracił humor na wyprawę, pierdolenie się z tym małym gówniarzem to było coś poza jego strefą komfortu. Jakby on nie przekraczał stref komfortu innych na porządku dziennym. 
— Hej zaczekaj! Nie zostawiaj mnie tutaj! — suczka naburmuszyła się i ruszyła biegiem za uczniem.
Mimowolnie się z tego zaśmiał.
— Bo co?
— Bo według kodeksu każdy wojownik powinien opiekować się szczeniakami — powiedziała dumna z siebie.
Kurwa, mógł się go nauczyć choć trochę.
Czując przegrają na progu, po prostu dał jej się włóczyć przy swoim boku.

* * *

Teraz może wróćmy do czasów teraźniejszych, co wy na to? Świetnie.
Przez ten czas, Omszony i Drżąca na pewno mieli parę ciekawych epizodów. Tu dogryzanie sobie, tu głupie przepychanki bardziej lub mniej słowne, a tam jeszcze jakiś okazjonalny wypad w ciekawe miejsce. O dziwo! Dreszczka ani razu nie zaliczyła przy nim sytuacji bliskiej utonięcia, chwała kurwa Gwiezdnym za to. Jeszcze chwila i Mech zacząłby się szczerze zastanawiać czy nie jest przeklęty. Bądźmy szczerzy, prawdopodobnie był.
Ich relacja wahała się pomiędzy "wypierdalaj z mojego pola widzenia" a "nie nienawidzę z tobą rozmawiać". Nie byli blisko siebie. Dreszczka nie była jego bestie od ćpania. Nie była nawet jego uczennicą, do której poczuł jakieś miłe uczucie — prawdopodobnie nie przyjaźń, ale cudem było to, że tolerował Sikorkową Łapę. Gówniara była sprytna kiedy chciała. Nie, Drżący Szept była dla niego po prostu kolejną postacią, która przewija się przez jego życie, cudem ciągle w nim będąc. Większość osób o takim zabarwieniu już dawno z niego znikała.
Chyba dlatego tak dziwnym było to jak Mech, zaraz po ukończeniu treningu ze swoją super uczennicą do niej podszedł. Tak po prostu. Lekko poturbowany to prawda, łeb go nieźle napieprzał. Sikorka podczas treningu walki pchnęła go znienacka na drzewo, sprawiając, że ulubiony ćpun Industrii uderzył się w główkę. Biedny. Nie to jednak było jego największym problemem. Jego markotności nie pomagał fakt tego co braciszek Mcha odpierdalał. 
Omszony rzucił pod swoje łapy królika, którego zabrał ze stosu, przerywając dla wojowniczki pożeranie paru wróbli.
— Możesz w to kurwa uwierzyć? — parsknął Mech, wywracając łbem. — Ten pierdolony świętoszek! Idealny wojownik, Ciepła Pleśń, ma bachory z jakąś zdepresjowaną babą z Ventus.
Ta jedynie uniosła brew, przeżuwając w pysku swój obiad. Nie będzie gadała z pełnym pyskiem.
— Ale oczywiście, jak ja coś takiego robię, to dostaje od każdego po głowie i każdy patrzy się na mnie, jak na pierdolonego demona prosto z Infernum. Jakbym miał ich zabić samą kurwa moją obecnością. A nawet nie wracam z dzieciakami!
Jego wywód zbyt szybko zrobił się dość mocno osobisty. Powód był prost. Obecność Ciepłego kompletnie burzyła to czym były dla niego tereny Ventus. Cichą ostoją, miejscem z daleka od jego klanu, na drugim końcu miasta gdzie może odetchnąć i odpocząć. Teraz kojarzyło mu się tylko z tym... Pieprzonym perfekcjonistą. Nawet nie miał siły zobaczyć się z Białym Krukiem. Odechciało mu się czegokolwiek, a to jak pobłażliwie część psów traktowała małą wpadkę Ciepłego, doprowadzało go do pierdolonej furii. Hipokryzja niektórych z nich sprawiała, że kurwił dwa razy częściej niż zwykle, chodził trzy razy bardziej wkurwiony niż kiedykolwiek, spędzając większość swojego czasu w magazynie. Miał ochotę wykrzyczeć dla swojego kochanego braciszka, w jego cholerny pysk wszystko, co o nim sądził i o jego pierdolonych gierkach, obrazić go od góry do dołu... Ale nie miał siły. Dlatego go po prostu wyśmiał.
— Omszona Krtani? — spytał delikatnie Ciepły, szturchając nosem bok swojego drzemiącego brata.
Spotkał się z falą chrapnięć. Dopiero za którymś razem jego brat leniwie podniósł łeb, zerkając na niego swoimi wciąż zaspanymi oczami. Ziewnął, przeciągając się.
— Czego chcesz Ciepły? Nie widzisz, że kurwa śpię? — mruknął, drapiąc się za uchem. — To piękno nie bierze się znikąd.
— Widzę, ale... Muszę ci coś powiedzieć.
— I to jest na tyle ważne, że musiałeś mnie obudzić? — parsknął cicho.
Poważna jednak mina jego brata, sprawiła, że po prostu wywrócił oczami.
— Zamieniam się w słuch — wyszczerzył się chamsko swoim uśmiechem numer cztery.
Ciepła Pleśń wziął głęboki wdech, a potem kolejny. Powietrze cicho świstało przy każdym wydechu. Dopiero po chwili zdołał z siebie wydusić:
— Miałeś rację... Będę miał szczeniaki.
Mech myślał, że się przesłyszał. Przyszły ojciec jednak kontynuował.
— Matką jest Żałobna Pieśń i...
— Kurwa. Czekaj, nie kurwa. Biały nie kłamał? Myślałem, że mi się to śniło! — Mech aż wstał z wrażenia, kręcąc łbem i się śmiejąc. — Zaruchałeś raz i już wpadłeś? Naprawdę? — parsknął śmiechem. — I to jeszcze z jakimś starym MILFem z Ventus! Naprawdę nie mogłeś znaleźć se młodszej baby? Wow Ciepły, nie wiedziałem, że lubisz starsze.
Drżąca przeżuła w końcu wróbla i już otworzyła pysk, by się odezwać. Mech jednak nie skończył swojej litanii zażaleń.
— I jeszcze tam teraz kurwa polazł! Rozumiesz to? A robi z siebie takiego odpowiedzialnego, pierdolone złote dziecko, pan kurwa idealny — sapnął wściekły. — No taaak, on może sobie iść, chuj wie gdzie i łazić z tą starą szprychą, zostawiając swojego ucznia na dobre parę księżyców, ale gdy ja wychodzę na dzień-dwa, pobawić się z moim przyjacielem, to już jestem "okropnym mentorem" i "zakałą tego klanu" — prychnął, wydając z siebie ciche "tsk".
— Tak właściwie to teraz ja mentoruje Nagietkową Łapę — Drżący Szept w końcu udało się rozbić ten monolog.
— Aha. Aha! — Mech parsknął śmiechem, kręcąc głową. — Widzisz? Wrobił w to też  kurwa ciebie.
 
<Drżący Szepcie? Boże, ile czekałaś>
[1075 słów: Omszona Krtań otrzymuje 10PD + Sikorkowa Łapa 1PT]

20 grudnia 2021

Od Omszonej Krtani CD Sikorkowej Łapy

opko ma miejsce przed ostatnim zgromadzeniem, podczas pory zielonych liści
Mech był kurwa pewien, że jego matka żartuje gdy wybrała go na mentora dla jakiejś gówniary. To, albo był po prostu zbyt naćpany. Czy narkotyki z wczorajszej nocy mogły na niego działać? Raczej nie, choć w tym momencie prawdopodobnie wolałby gdyby tak kurwa było. Dlaczego akurat on? Dlaczego to w niego wlepiona była ta para oczu, ta błękitna i cholernie niewinna para oczu, która przyprawiała go o mdłości? Nie nadawał się na pieprzonego mentora, nienawidził kurwa s w o j e g o mentora. Tak właściwie to najlepiej nie powinno się go dopuszczać do żadnych kurwa dzieci czy istot żyjących. Co siedziało w głowie jej matki kiedy wypowiadała te słowa? Czy myślała, że zmieni tym Omszoną Krtań, wyprowadzi go na proste, wpychając mu między łapy kogoś do opieki, wręcz wychowania?
To się kurwa zdziwi.
Omszony bowiem obiecał sobie jedną rzecz w tamtym momencie. Nie ma zamiaru się zmieniać dla jakiejś obcej gówniary. Nie obchodzi go, jak na nią wpłynie. Nie będzie się hamował, będzie traktował ją jak każdego innego w swoim życiu, nawet jeśli miałby narazić tym jej życie. Czy był w tym samolubny? Oczywiście, że tak, kurwa, to jest Mech. Naprawdę spodziewaliście się po nim czegoś innego? Jakiegoś bezinteresownego aktu dobroci i troski, tylko dlatego, że odpowiada za tę uczennicę? Strzelcie sobie w łeb ze smutku, zawiedliście się na nim, nie pierwszy i nie ostatni raz.
Niechętnie się patrzył w jej stronę. Cudem było to, że powstrzymał się przed wyśmianiem Rzepakowej Gwiazdy za taki idiotyczny wybór. Miał ochotę stanąć z nią w pysk w pysk i wyrzucić z siebie ogromną wiązankę przekleństw. Zapytać co ona sobie kurwa myśli, mianując go mentorem dla jakiejś niewinnej kruszynki. Idealny sposób na zniszczenie kogoś tak czystego.

* * *

Mech unikał swojej uczennicy.
Robił dosłownie wszystko, co w jego mocy, by Sikorkowa Łapa nie plątała się pod jego łapami. Chował się po kątach, bawił się w ćpuna z Białym, klął na Chmurną i spał poza obozem. Zachowywał się jak jakiś zbieg. Tak właściwie, to musiało to wyglądać kurwa komicznie. Dorosły pies, wyglądający na starego dziada, chowa się jak tylko może przed maluteńką i uroczą suczką, kruszynką. Brzmi jak słaby B movie plot, a jednak tak wyglądało życie Mcha, który zamiast skonfrontować coś, co mu przeszkadzało, wolał uciekać jak jakiś pieprzony tchórz, którym w pewnym sensie był.
Szczerze myślał, że jeśli wystarczająco długo będzie odwalał takie cyrki, to w końcu Rzepakowa zabierze mu jego uczennice. Wiecie, tak dla jej dobra. To nawet kurwa dla niego było logiczne, oczywiste. Omijał treningi, wystawiał uczennicę do wiatru, przychodził kompletnie naćpany. Miał kompletnie w nią wyjebane, równie dobrze mogłaby dla niego nie istnieć. Obchodziła go mniej niż zeszłoroczny śnieg. On sobie leżał na polanach z Białym, będąc w kompletnie innym świecie. Mimo to liderka Ognistych tego nie zrobiła. Co do cholery siedziało w jej głowie? Chciała, by gówniara wylądowała w grobie jako uczennica? Naprawdę był kurwa chętny, pokazać jej do jak wielu jest zdolny. Do czego da radę doprowadzić tą niewinną Sikorkową Łapę.
Nie zamierzał zatrzymać się przed niczym.
— Hej Sikorka — stanął przed suczką, mając na pysku ten swój pierdolnięty uśmiech, który nigdy nie wróżył nic kurwa dobrego.
— Omszona Krtani! — uczennica była wręcz zdziwiona na jego widok.
Uch, czego się w sumie ten kretyn spodziewał? Mimo wszystko jej ogon delikatnie się machał na nogi. Starszy pies tylko parsknął śmiechem.
— Ta, to ja. Chodź, idziemy się pobawić — zaczął iść, zerkając czasem na suczkę.
Ta jakby miała jakiś motorek w dupie, pobiegła za nim.
— Co będziemy robić? — zagadnęła zaciekawiona.
— Ach, co będziemy robić — prychnął. — Kurwa przeżyjesz zabawę swojego życia! — zaśmiał się z szerokim uśmiechem.
Ta przekręciła głowę na bok, nie rozumiejąc zbytnio, o co chodzi dla starszego psa.
To, co ten kurwa wariat planował, było popierdolone, nawet jak na jego standardy. Szczerze... Kurwa. Nie mam pojęcia, jak to wpadło mu do głowy i dlaczego szedł taki dumny z siebie, wiedząc, co zamierza zrobić. Jak jakiś kurwa psychol. To nawet jak na Mcha jest coś... Wręcz okrutnego. Nie miał pojęcia jak Sikorkowa Łapa na to zareaguje. Czy się przewróci na bok w konwulsjach, czy też jej kompletnie odbije i wleci pod samochód, kończąc swój marny żywot. Oczywiście, że on w jej wieku, żarł wszystko, co mu wpadnie pod łapy. Tyle razy ile on wylądował przez to u Petera, było wręcz śmieszne. Dziwne, że nic go po drodze nie zabiło. Nie musiał jednak skazywać na to też swojej uczennicy, nawet jeśli sam to wypróbował.
Teraz chciał przelać tą swoją niecodzienną wiedzę na nic niespodziewającą się uczennicę. Był w tym samolubny. Jak zwykle. Wciągał kolejnego dzieciaka w swoje popierdolone nałogi, a to wszystko dla własnych korzyści.
— Będziemy mieć w końcu trening Omszona Krtani? Nauczysz mnie o kodeksie wojownika? — zaśmiała się, machając ogonem na prawo i lewo.
Kurwa kodeks wojownika.
— Coś kurwa lepszego niż ten pieprzony kodeks. Nauczę cię polować, czaisz? Wykorzystasz do czegoś te swoje ząbki i zapierdolisz jakieś żyjątko. Cieszysz się?
Nim zdążyła mu odpowiedzieć, mówił dalej.
— Wiesz, nie obchodzi mnie to w sumie, nie odpowiadaj — prychął.
Zrozumiał, że musi gadać jak najwięcej, by ta nie zaczęła. Idealnie się składało, że doszli do miejsca, gdzie ich prowadził.
Doszli do jeziora, a on swoim genialnym wzrokiem od razu wypatrzył to czego potrzebował. Błękitny kwiat, pływający na tafli wody, kiwał się lekko z boku na bok. Znał go zbyt dobrze. Tak właściwie mógł go zaliczyć do swoich ulubieńców narkotycznych przygód. W paru krokach złapał go w pysk, następnie kładąc pod łapy swojej uczennicy. W jej wzroku zapaliły się iskierki zainteresowania.
— Oochh! Co to jest? — spytała, wąchając go. — To ma mi pomóc w polowaniu? A nic mi się nie stanie?
— Nie ufasz mi gówniarzu? — warknął.
— No... Ufam ci — powiedziała powoli, choć było można wyczuć tę delikatną nutę niepewności.
Dla Mcha to wystarczyło. Uśmiechnął się zwycięsko, a potem parsknął i wywrócił oczami.
— Tak, to pomoże ci w tym głupim polowaniu — prychnął, siadając. — Sprawi, że będziesz wszystko odczuwać jak najzajebistrzy myśliwy na tym pierdolonym świecie. A teraz bon appetit, wcinaj, bo się kurwa rozmyślę z tym treningiem.

<Sikorkowa Łapo?> 
 [1014 słów: Omszona Krtań otrzymuje 10PD + Sikorkowa Łapa otrzymuje 2PT]

21 października 2021

Od Omszonej Krtani CD Pszczelej Łapy

Wygranie z tym małym, Wietrznym kurduplem nie było wcale takie trudne, jakby Pszczółek chciałby to przedstawiać. All bark, no bite. Wystarczyło parę długich susów wykonanych przez długie nogi Omszonego, a ten już był na wygranej pozycji. Szczerze to czuł się, jakby latał. Nie ważne jak to głupio brzmi, dziwna satysfakcja zapłonęła w jego sercu, wywołując uśmiech na pysku Ognistego. Odwrócił się, wyszczerzając lekko swoje zęby, marszcząc przy tym brwi. Iskierki zwycięstwa migotały w jego oczach.
Pszczółek nie był aż tak szczęśliwy z obrotu wydarzeń.
— Oszukiwałeś! Jesteś okropny! — rzucił płaczliwym tonem, szczerząc swoje ząbki w stronę Mcha, który cicho się tylko zaśmiał na ten pokaz parodii tego co normalnie nazwałoby się zuchwałością czy odwagą. Jakby takie coś, mały i puchaty szczeniaczek, miało go przestraszyć. — Ja na szczęście ocaliłem mój klan przed tobą. Będą mi za to dziękować, wiesz?! Idź sobie. Kiedyś na pewno się jeszcze spotkamy, a ja pierwszy od ciebie zdobędę imię wojownika; wtedy ci pokażę! Tylko poczekaj!
Z pyska Omszonego nie schodził uśmiech, który tak bardzo drwił z ucznia Wietrznych, stojącego przed nim z nastroszonym futrem. Zaśmiał się tylko pod nosem.
— Zobaczymy gówniarzu — odwrócił się i sprężystym krokiem ruszył w stronę obozu Industrii, nucąc coś pod nosem.

* * *

W życiu chyba każdego znajdą się te cholernie niezręczne momenty, które wywołają skrzywienie i migrenę nawet u najbardziej wytrzymałych osobników. Coś, co skręca cię od środka, wręcz mrozi. Sprawia, że zaczynasz zastanawiać się nad sensem tego całego, chujowego istnienia, uznając w końcu, że chyba pora pierdolić wszystko, spakować się w starego, polskiego malucha dziadka i wyjechać po prostu w kurwa Bieszczady. Tak wiecie,  dla zasady.
Taki właśnie moment przeżywał właśnie Omszona Krtań, powoli przedzierając się przez śnieżne zaspy w stronę okolic terenów Ventus. W normalnej okoliczności ta podróż byłaby co najmniej przyjemna, ale to? To był pierdolony żart, na który nie miał kompletnie humoru. A o co chodziło? Cóż, musiał ładnie wytłumaczyć jakiemuś przygłupowi, że nie, to, że razem spędzili parę pięknych i upojnych nocy, nie robi z nich od razu pary kochających się gołąbków. Jego ówczesny wybranek już najwyraźniej chyba szykował obrączki i szukał księdza i sali na wesele. Ciekawe czy zdobył ryż na rzucanie. Przez tę całą sytuację, przechodziły go ciarki na samą myśl o tym co ten zjeb kombinował w swojej główce. A może to z tylko zimna. Normalnie by to po prostu zostawił debila, każąc się dla gościa po prostu domyślić, że jego wybranek serca chyba jednak nie pojawi się pod ołtarzem. Ten pojeb jednak uznał, że będzie aż tak bardzo nastawiony na związek z gościem z jakiejś sekty, że spróbuje wystalkować to gdzie mieszka. Nawet dla Omszonego było to kurwa za dużo i oznaczało moment, gdzie trzeba powiedzieć stop.
Stanął w końcu oko w oko z psem, który wręcz gubił się w grubych warstwach śniegu, który dotykał wręcz brzucha obojga psów. Jedynie czarne ucho niszczyło wręcz idealnie białe futro.
— Iglak? — powiedział, jakby z lekką nadzieją w głosie.
Jasne, że Mech nie był na tyle zjebany, by podać mu swoje prawdziwe imię dla jakiegoś randoma, który był dla nim niczym więcej niż przygodą. To był zwykły idiotyzm i wręcz przygotowywanie pod sobą stosu, ułożonego z drewna dobrze zamorzonego w benzynie z zapalniczką tuż obok. Zwykle wymyślał coś na poczekaniu, kończąc przez to czasami z idiotycznymi imionami, jak właśnie kurwa Iglak.
— Hej — wycedził przez zęby Omszony, starając się od razu nie rzucić na gardło tego debila. — Kapsel, co ci mówiłem o szukaniu mnie? — uniósł brwi do góry, wykrzywiając swój pysk w grymasie.
Pies lekko się onieśmielił, posyłając mu niepewny uśmiech. Gdyby to miało cokolwiek naprawić. Przecież ten jebany pacan doczłapał się na tereny Industrii i wypytywał o niego każdego psa, jakiego tylko zauważył. Życie mu chyba było niemiłe, chciał je najwyraźniej przedwcześnie zakończyć. Koniec końców, Sowi Pazur był na granicy spuszczenia mu wpierdolu stulecia. Skończyło się jednak tylko na krzykach, które prawdopodobnie można było słyszeć od morza, aż po same góry. Kapsel w podskokach uciekł, a dla Omszonego pozostało tylko dopytywanie się o chuj chodziło dla tego starego wariata, że nie mógł przymknąć swojej mordy już z samego rana. Gdy dowiedział się, że jakiś biały pies dopytywał się o kogoś o imieniu Iglak, coś w nim się zagotowało.
Jasno przedstawiał zasady relacji ze sobą i nienawidził gdy ktoś je łamał, zwłaszcza w taki sposób.
— Iglak... — Kapsel jęknął, widząc jednak jak mina Mcha nawet nie drgnęła w pozytywniejszym kierunku, westchnął. — Tęskniłem za tobą, to tyle. Chciałem cię zobaczyć, wsunąć nos w twoje futro... Nie widzieliśmy się tak długo.
Nie widzieli się raptem parę, ot może paręnaście dni.
— Nic złego się przecież nie stało, tak? Wygonili mnie i to tyle, patrz, nie ma na mnie nawet śladu! Ten zwariowany pies, tylko na mnie nawrzeszczał — powiedział, jakby to miało jakkolwiek zmienić podejście Omszonego do całej sytuacji.
— Kurwa, co mnie obchodzi czy ci coś się stało? — warknął. — Naruszyłeś moją prywatność, mój dom gdzie cię nigdy kurwa nie zapraszałem.  Myślisz, że kim jesteś, by wchodzić w swoich ujebanych butach do mojego domu?
Sapnął, a z jego nozdrzy wyleciała para.
Kapsel spojrzał, jakby lekko niezrozumiale, na "Iglaka". Cały entuzjazm, który w nim wcześniej był, zniknął w parę sekund. Oblizał się po pysku, skacząc nerwowo wzrokiem po otoczeniu. Zgarbił się lekko, jakby wbity w ziemie. Szybko na jego pysku pojawił się nerwowy uśmiech, jak gdyby próbował zakryć nim to, że za cholerę nie miał pojęcia, co tu się odpierdala i dlaczego miłość jego życia tak się zachowuje.
— O czym ty mówisz, Iglaku? Jesteśmy razem, to chyba normalne, że chciałem-
Mech wręcz natychmiastowo mu przerwał, wydobywając z siebie głośne, gardłowe warknięcie.
— Ja pierdole! Nie jesteśmy razem, popierdoliło cię? Jesteś dla mnie niczym innym niż przygodą na parę chwil! — wykrzyczał mu w pysk. — Ego ci wyjebało w kosmos, że myślisz, że jesteś czymś więcej.
Twarz białego psa przybrała szok. Coś w nim się złamało, a on sam się nastroszył. Emocje w nim wybuchły.
— Oszukałeś mnie! Wykorzystałeś, złapałeś moje serce i je roztrzaskałeś. Pokochałem cię! — Kapsel wybuchł, na przemian to warcząc, to będąc na skraju płaczu i załamania psychicznego. — Jesteś z siebie dumny?! Z tego co zrobiłeś?! Ile jeszcze psów tak potraktowałeś, doprowadzając ich do łez?
Mech nawet nie drgnął gdy ten udawał, że chce się na niego rzucić. Przygotowywał się do skoku, jednak co chwilę hamował i wycofywał. Dobrze wiedział, że nawet tego nie spróbuje. Kapsel widział, do czego wojownik jest zdolny w obliczu zagrożenia. Jakiś włóczęga skoczył na nich podczas spaceru, a Omszony tak go urządził, że ten ledwo dał radę stać na nogach. Nie był na tyle głupi, by próbować czegokolwiek przeciwko niemu.
— Nie oszukałem cię — parsknął, marszcząc brwi. Miał już naprawdę dość tej zabawy, dupa mu zaczynała odmarzać. — Jakbyś mnie słuchał choć przez małą sekundę, zamiast lizać swoje własne ego, wiedziałbyś, ile mnie obchodzisz.
Nim ten się zdążył odezwać, Omszona Krtań pokazał mu rząd swoich ostrych zębów, gotowy do skoku. Miał dość bycia miłym dla jakiegoś debila, który miał ochotę na tanie love story, rodem z bajki disneya.
— Spierdalaj stąd i nie wracaj, chyba że chcesz skończyć z mielonką zrobioną z własnego gardła.
Kapsel zawahał się na moment. Wyglądał jakby chciał jeszcze raz spróbować przekonać Mcha, że ten związek, relacja, ma przyszłość i to jeszcze pewnie owocną. Oczy mu się błyszczały, niby gotowe do płaczu. Zamachał głową i się zjeżył, prychając głośno przy odchodzeniu. Co kurwa? Chciał tym pokazać, że co, jest taki sassy i ma to w dupie, gdzie sekundę temu był gotowy na błaganie go na kolanach o powrót? Wow. 
Nie zrobił nic więcej. Po prostu stał i obserwował, jak Kapsel oddala się i ginie w śniegu, znikając z jego pola widzenia. W końcu.
Już miał wracać, dość teatru na dzisiaj, jednak usłyszał znany mu głos, dzwoniący wręcz w uszach. Nie musiał długo czekać, by dostrzec kakaowe futro zakurwiające poruszające się z dużą prędkością w jego stronę.
— Zgaszony! To ty! — krzyknął Pszczółek, biegnąc w jego stronę. Mech szczerze po cichu modlił się, by wyjebał się na swój głupi ryj. W końcu jednak zatrzymał się, parę metrów przed Mchem. — Co tu robisz? I kim był ten pies? To jakiś inny zgaszony? — wysapał, dysząc, jakby miał wypluć swoje własne płuca.
Mech westchnął. To nie mogło skończyć się dobrze. Przyznanie się dla tego gówniarza, że właśnie pozbył się kogoś, kto tak namolnie chciał się wpierdolić w jego życie, nie wchodziło w grę. Nie będzie się chwalił swoimi intymnymi przygodami przed jakimś szczylem.
Kurwa.

<Pszczela Łapo? Teatr ogłaszam za oficjalnie znów otwarty.>
[1411 słów: Omszona Krtań otrzymuje 14PD]

6 października 2021

Od Omszonej Krtani CD Rumiankowej Łapy

← Poprzednie opowiadanie
Początek dzieje się dawno, dawno temu, przed mianowaniem i wojną i w ogóle jezu to było dawno *sobs*
— Hej! — Mech podniósł głowę, słysząc krzyk skierowany w swoją stronę. Nieznany mu pies wskazał na czerwone kwiaty rosnące niedaleko. — Weź też trochę tego! Będziesz się czuł lepiej już po.
Omszona Łapa uniósł brew, przyglądając się dla rudego psa. Przez chwilę, dosłowny moment, myślał, że to może Miodowa Łapa, jego... Ehehe, dobry przyjaciel. Czyżby po ich ostatniej przygodzie jeszcze się nie nauczył, że jego umiejętności pływackie, nie są aż tak dobre?
Szybko jednak zrozumiał, że nie ma to żadnego sensu. Mimo wręcz identycznego wyglądu, to samo rude futro i oklapłe uszy, ich postawa oraz zachowanie się różniły. Głos psa przed nim był o wiele pewniejszy siebie, tak samo postawa jak i krok, którego sprężystość widać było nawet te parę metrów od Mcha. Z Miodkiem zwykle było inaczej, jąkanie się było pierwszą rzeczą, jaką się w nim widziało.
Skoro już ustaliliśmy, że Miodowa Łapa to nie była, kim to cholerny był ten rudy pies, śmierdzący jak woda i ryby, idealny przykład Flumine? Czy Wodni mieli jakiś pieprzony gang rudych, ukryty wśród swoich ścian?
— He? — Mech uniósł brew, pochylając lekko łeb i powoli idąc w stronę rudego. Uśmiechnął się pod nosem. — Dzięki za radę, ale może zacznijmy od tego, kim ty kuźwa jesteś?
— Rumiankowa Łapa, uczeń medyka Flumine! — jejgo ogon latał na prawo i lewo, jak małe śmigiełko.
Mech wyprostował się. Uczeń medyka, co? Może świat go jednak kocha. Czasem.
— To co, Rumiankowa Łapo, chcesz spędzić może trochę miłego czasu razem? — wyszczerzył się. 

* * *

Omszony westchnął cicho, spoglądając na Sikorkową Łapę, której oczy były w niego wiecznie wlepione, obserwując każdy jego ruch. Jak jakiś pieprzony monitoring. Dlaczego, k u r w a dlaczego, jego matka przydzieliła mu jakiegoś dzieciaka do niańczenia? To był jakiś chory rodzaj kary, jak on i Sowi Pazur jako jego mentor? Przecież to było śmieszne. Omszony i szczeniaki, też mi zabawne. Czego on ma niby ją nauczyć? Spierdalania za granice klanu i łamanie każdej możliwej zasady? Sam nawet nie znał kodeksu wojownika, nieważne ile razy próbowali wbić mu go do głowy. A nawet jeśli by go znał, na pewno nie był osobą, która w jakikolwiek sposób by go przestrzegała. Jego pomysły i chęć ciekawszego życia nie dawałaby mu żyć w ten sposób.
Jego uczennica zachowywała się, jakby nie potrafiła nawet na sekundę usiedzieć w miejscu. Nawet podczas czekania na Łabędzi Gwizd i Sowiego Pazura, by wyruszyć razem na patrol, kręciła się dookoła, wygrzebując rzeczy ukryte pod śniegiem. To jakiś korzonek, to śmieć czy inne pierdoły. Co ciekawsze przynosiła mu i pokazywała, jakby to były jakieś największe skarby na całym wielkim świecie, na co on tylko wywracał oczami i brał je pomiędzy swe łapy. Jej uśmiech był ciągle tak szeroki, że Mech momentami dziwił się, jak do cholery jest to w ogóle możliwe? Wyglądało to trochę jak ten pieprzony czerwony pies z creepypasty, wiecznie wlepiony swoimi p i e k i e l n y m i oczami w widza, z uśmiechem, który mógłby pożerać dusze.
— Omszona Krtaaaani, możemy już iść? — jego uczennica zajęczała, szturchając go łapką w bok, opierając się o niego.
— Kurwa no, mówię ci to już pięćdziesiąty raz, czekamy na Sowiego i Łabędzią — burknął cicho i wstał, odsuwając się. Sikorka wpadła przez to w śnieg, szybko jednak się otrzepując i znów wracając do swojej zbyt pozytywnej siebie.
Mech sapnął cicho, kichając.
— Omszona Krtani, nie powinieneś tak mówić do swojej uczennicy — Łabędzi Gwizd zjawiła się znikąd, mówiąc do młodego wojownika z tym swoim łagodnym uśmiechem. — Jeszcze nauczy się używania takich słów.
Razem z Łabędzią, swoją dupę przyprowadził też Sowi Pazur. O dziwo, siedział teraz cicho, nie rzucając żadnego uszczypliwego komentarza w stronę swojego byłego ucznia. Nic. Dosłownie. To nie było w jego stylu, w normalnej sytuacji już dawno wytknąłby, mu to jak bardzo nie nadaje się na rolę mentora i jak bardzo ściągnie te małe dziecko na złą stronę.
— Zjawiliście się, w końcu. Czekaliśmy na was, na tym pieprzonym mrozie, od chyba wieczności, nie śpieszyło wam się, co? — rzucił z wrednym uśmiechem.
— Przestań jojczeć, łeb mnie boli — mruknął Sowi Pazur, marszcząc lekko swój pysk.
I tyle tego dobrego.
Mech jedynie zaśmiał się cicho i ruszył w stronę jeziora.
Przez cały patrol, Sikorkowa Łapa trajkotała nad jego głową, pytając się o każdy, najmniejszy szczegół. A czemu to robimy? A co to jest? A gdzie idziemy? A możemy iść gdzieś indziej? Kurwa ile można. Nawet na moment nie dawała mu odetchnąć, zasypując go bez przerwy lawiną kolejnych i kolejnych pytań.
Ogromne zmęczenie uderzyło w Omszoną Krtań, który coraz bardziej spuszczał głowę i zaczynał iść ciężej i wolniej. Jakby jego uczennica pochłaniała całe życie z młodego wojownika. Czy tak właśnie miało wyglądać trening z Sikorką? Chyba że... Omszony mógłby to wykorzystać. Wykorzystać tą żywą, aczkolwiek buntowniczą naturę. Wychowanie dla siebie swojego małego side-kicka. Brzmi jak american dream.
— Hej, Omszona Krtanio, od kiedy mamy jakiegoś rudego gostka w naszym klanie? — spytała Sikorka, z tym swoim ogromnym uśmiechem.
Ten zmrużył oczy.
— Od... nigdy — mruknął, spoglądając w stronę, w którą patrzyła się jego uczennica.
— Myślę, że powinniśmy podejść i to załatwić, w normalny sposó-
Ale ulubionego narkomana Industrii już nie było. Popędził do przodu, w stronę intruza, w akompaniamencie krzyków dezaprobaty swojego byłego mentora, wiwatów Sikorkowej Łapy i pisku Łabędziego Gwizdu.
Omszony wbił zęby w ramie rudego intruza. Szarpnął za mięso, czując metaliczny smak krwi w swoim pysku. Biały, śnieżny puch dookoła nich szybko nabrał szkarłatnego koloru. Gdyby nie krzyk, który wydobył się z pyska jego ofiary, pewnie rozszarpałby jego bark w strzępki, aż do gołej kości. Odskoczył jak oparzony od psa, który okazał się być jego kolegą z dzieciństwa.
— Rumianek! — zaśmiał się Mech, oblizując jeszcze ciepłą krew ze swojego pyska. — Co ty tu kurwa robisz? Wiesz, że to nasze tereny, nie?
Przekręcił lekko głowę, przyglądając się dla ucznia medyka Flumine, które dyszało, ze łzami w oczach, próbując wydusić z siebie słowo.
— Najwyraźniej mam rozrywany bark — mruknęło, spoglądając na swoją ranę. Mech szczerze nie był pewien czy Rumianek próbuje żartować w tym momencie, czy lekki uśmiech na jejgo pysku był wywołany bólem i stresem. Jedno z dwóch. — Przyszedłom tutaj po zioła, ale wiesz...
— Omszona Krtani, co ty kurwa wyprawiasz? — Sowi podszedł do młodego wojownika i ucznia medyka, mierząc oboje ich wzrokiem. — Czy ciebie do reszty popierdoliło? Kurwa atakujesz ucznia medyka klanu, z którym ledwo mieliśmy wojnę? Chcesz na nas sprowadzić kolejne problemy?
— Dobra dziadzie zamknij mordę, bo...
Rumianek mu przerwało.
— To był wypadek... prze pana — medyk patrzył się na Sowiego, spinając swoje mięśnie i lekko się kuląc, jakby chcąc się schować w śniegu przed morderczym wzrokiem.
— Właśnie Sowi, ogarnij dupę, wezmę jejgo do Petera i tyle.
— Szarej Skały — burknął starszy wojownik, najwyraźniej dalej pamiętając zakład, który wygrał. — I ktoś musi jejgo odprowadzić na tereny Flumine.
— Ta, ta, ta, Szarej Skały, nie zesraj się. Ja to zrobię.
— A co ze mną? — powiedziała cicho Sikorka, przypominając jakby wszystkim o swojej obecności.
No tak. Ona. Naprawdę komplikowała w tym momencie sprawę. Omszony przygryzł wargę i rozejrzał się, w końcu spoczywając swój wzrok na Łabędzim Gwiździe.
— Uhh, oh! Odprowadzisz ją do klanu po końcu patrolu? Tak? Dzięki wielkie.
Mruknął i podparł Rumiankową Łapę, odchodząc. Sowi Pazur coś jeszcze za nim krzyczał, jednak Mcha nie mogło to obchodzić ani krztynę mniej. Skupiał się po prostu na pomaganiu dla ucznia medyka, starając się nie sprawić mu więcej bólu. Powinien go później przeprosić, ale to potem. Uważał na każdy krok, starając się jak najlepiej go wyważyć. Gdy odeszli wystarczająco daleko, wyszczerzył się szeroko, śmiejąc pod nosem.
— Znowu zbierałeś mak, mały ćpunie?
Przez ich czas rozłąki, Mech o dziwo przerósł starszego o parę księżyców od siebie medyka. Rumianek przez to wyglądał jak dzieciak, przy starym pysku Omszonej Krtani. Baby face rudego też mu nie pomagał.
— Nawet nie zdążyłom nic wziąć, wiesz?
— Szkoda, moglibyśmy trochę urozmaicić to łażenie — ziewnął.
Rumianek nagle ucichło.
— Ten... Sowi Pazur, to ten Sowi Pazur? — mruknęło.
— Co masz na myśli? — zaśmiał się. — Dziad co był moim mentorem i jest jebanym sadystą? Tak, to on.
Rumianek pokręciło głową.
— Nie, chodzi mi o to, czy to on zabił Pajęczego Odwłoka.
Mech mimowolnie się uśmiechnął, przypominając sobie wojnę. Zaśmiał się pod nosem, mając przed oczami to, co jego brat wtedy odwalał. Ten grzeczny, mały Ciepły, tak bardzo ładnie, prawie zabił biednego, ślepego wojownika. Stan, w jakim ten go zostawił... Nie spodziewał się tego po swoim bracie, nawet w najśmielszych snach. A tu proszę.
— A no — zaśmiał się. — Nieźle go załatwił nie?
Weszli razem do magazynu. Mech przywitał się z paroma psami, których reakcje naprawdę różniły się od siebie. Jedni krzywili pysk, inni posyłali mu uśmiechy. Ten jednak w pewnym sensie zignorował je wszystkie i ruszył po prostu w stronę legowiska medyka.
— Siema Peter, nadgryzłem trochę medyka z Flumine. Pomożesz? — wyszczerzył swoje zęby.
— Coś z niego jeszcze zostało przynajmniej? — mruknął, dalej grzebiąc w lekach. — Mały jest trochę.
— Nooo... Nie wiem, Rumianek, jesteś aż taki mały?
Dopiero wtedy Szara Skała się odwrócił, mierząc wzrokiem rudego psa.
— Omszona Krtani, poczekaj za ścianką.
Prychnął cicho i wyszedł. Już wiedział, że będzie to trwało wieczność, jednak mimo wszystko, Mech znudzony czekał przed legowiskiem medyka, nie wiedząc jaki opierdol czeka go na terenach Flumine. 
 
<Rumianek?> 
[1562 słowa: Omszona Krtań otrzymuje 15 PD; Rumiankowa Łapa jest wyleczony; Sikorkowa Łapa otrzymuje 1 PT]

7 września 2021

Od Omszonej Łapy (Omszonej Krtani) - drabble „Szczeniacka miłość”

O ty ogniu płonący, który swoim żarem rozpaliłeś jego serce, gdy wzrok tych oczu spotkał się ze spojrzeniem nieznajomego. Zawróciłeś mu w głowie, ściskając żołądek i plącząc łapy. 
Był wolny. 
Nietrzymający się zasad, jeszcze bardziej dziki niż potomek słonecznej liderki. 
Był samotny. 
Wychudzony jak ten wilk. 
Młody pysk pełen niewypowiedzianych słów, pieśni, wyznań, zamkniętych na zawsze, za kluczem. 
Obcy zniknął szybciej, niż się pojawił, zostawiając za sobą słodką woń żonkili i bratków. 
O ty ogniu płonący! Nie zgasłeś, lecz rozpalałeś młode ciało, mącąc jego myśli i przekręcając słowa. Pozostałeś w nim na wiele blasków księżyca, zostawiając za sobą dogasający węgiel. 

[100 słów: Omszona Krtań otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

2 września 2021

Od Omszonej Krtani — drabble ,,Do grobu"

Stał oto tam, na metalowej drodze, z łapami zimnymi od srebrnego toru. Futro zjeżone, oczy wytrzeszczone, a słuch wyostrzony, serce bijące w piersiach. Wiatr przebiegał przez jego futro, a on sam, wciąż spięty stał na baczność, przez potwora pędzącego jeszcze chwilę temu przed jego nosem. 
Mógł go zabrać, porwać na koniec świata, zabrać do Coleum lub Infernum, otulając w zimnej kołdrze wiecznego snu. Jeden fałszywy krok. To mógł być koniec.
Dopiero po chwili się ruszył, rozluźniając spięte łapy i chowając pazury wbite w mokrą ziemię. Krok do tyłu, a potem kolejny. Zaczął biec.
Tory już nigdy nie były takie same.

[100 słów: Omszona Krtań otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

21 sierpnia 2021

Od Omszonej Krtani (Omszonej Łapy) CD Sowiego Pazura

 początek dzieje się na przełamie lata i jesieni
Omszony parsknął tylko śmiechem, kręcąc głową przy tym głową na prawo i lewo. Naprawdę nie mógł uwierzyć, że ten wielki, straszny, Sowi Pazur, nie mógł wymyślić nawet obrazy związanej z jego imieniem. Już Dreszczka była lepsza w obrażaniu go, razem ze swoimi przytykami, a nawet one wywoływały uśmiech na pysku ucznia. "Omszone Drzewo", kurwa on naprawdę musiał robić sobie jaja, przecież to było takie żałosne. I on miał brać tego zjeba na poważnie, jako kogoś, kto jest nie tylko zastępcą, ale fagasem jej matki? Nie róbcie z niego idioty, Mech ma do siebie jeszcze resztki szacunku.
 — A ty jesteś zjebany — uśmiechnął się krzywo, nawet nie wysilając się na mądre odszczekanie się Sowiemu. Po co ma męczyć swoją kreatywność na kogoś takiego jak on.
Już słyszał, jak w jego mentorze coś się gotuje, a cierpliwość w końcu mu pęka. Tak bardzo chciał zobaczyć jak długo może ciągnąć tę zabawę, przerzucankę słów, aż do momentu gdzie Sowiemu skończą się resztki cierpliwości, jeśli jakiekolwiek jeszcze posiada. Mech naprawdę, ale to naprawdę wierzył, był wręcz stuprocentowo pewny, że da radę doprowadzić go do gorszego stanu, niż w tym, w którym on jest teraz. Nie musiał się nawet starać, mentor podawał mu rozwiązania wręcz na srebrnej tacy, wprost pod nos.
Chwycił ostatnią kiełbaskę w zęby, połykając ją wręcz w parę chwil.
Ostatni element potrzebny do jego układanki, właśnie został położony w pustym miejscu.
 — Kazałem ci ją kurwa zostawić — wyszczerzył zęby Sowi Pazur.
Zadziałało. Zadziałało i to kurwa lepiej niż myślał.
Mech tylko parsknął śmiechem, przytykając wręcz nos do nosa mentora. Patrzył się w jego oczy, które płonęły wściekłością, ciesząc się każdą sekundą tego momentu.
 — Nie będę marnował zajebistego jedzenia na kogoś takiego jak ty.
 — Coś ty powiedział gówniarzu?
 — Nie będę się powtarzał, bo masz problemy ze słuchem, dziadzie — Mech podniósł swój tyłek z ziemi, otrzepując się. — Nie wiem jak ty, ale ja wracam do magazynu, chce spać. Mam dość tego dnia i twojego pieprzonego treningu. Więcej nauczyłem się samemu, niż ganiając za twoim tyłkiem.
Nim zdążył nawet zrobić parę kroków do przodu, gdy poczuł uderzenie silnej łapy na swoich plecach. Siłą sprowadzony do ziemi, runął pyskiem w ziemie. Piach i kurz podbity do góry zakręcił mu w nosie, doprowadzając do uciążliwego kichania, które przeszkadzało mu w sensownym myśleniu. Łapa Sowiego Pazura wciąż przyciskała go do ziemi, uniemożliwiając jakiekolwiek ruchy. Musiał jedną rzecz mu kurwa przyznać — może i nie był najmądrzejszym psem w tym, ani jakimkolwiek klanie, ale cholera, siła na pewno była jego mocną stroną.
 — Kurwa puszczaj mnie! — wycharczał Omszony, szczerząc wściekle swoje zęby. — Połamiesz mi zaraz żebra ty jebany sadysto!
 — Dałeś się powalić. Tak właśnie wychodzą Twoje samotne treningi gówniarzu. — parsknął zastępca. — No i jak? Umiesz się wydostać kurwa czy siły Ci brakuje? Zobaczmy, jak te twoje treningi samemu są lepsze.
 — Popierdoliło cię chyba — wystękał, czując coraz bardziej, jakby oczy miałyby mu wyskoczyć z czaszki. — Jesteś ode mnie jakieś 50 razy kurwa starszy i silniejszy, co znęcanie się nad młodszymi i słabszymi to twój konik? Jesteś psycholem!
Szarpał się i miotał, na wszystkie strony, wbijając pazury w ziemie, rozkopując ją, jakby to miało jakkolwiek pomóc. Znieważony, kompletnie obdarty z honoru i blasku, próbował uciec spod łapy swojego mentora, który na pewno musiał wcześniej nałykać się zbyt dużej ilości sterydów. Przyciskał go nią bezlitośnie do ziemi, z każdą sekundą zabierając mu coraz więcej powietrza. Wydawałoby się jakby, robił co coraz mocniej. Jego biceps był rodem kulturysty spod polskiego, szarego bloku, broniącego swojego osiedla. Jak komuś pierdolenie, to odleci parę metrów do tyłu, rozwalając przy okazji najbliższą ścianę, na widok takiego chowasz się w najbliższe krzaki. Nawet mentalność się kurwa zgadza.
Mech jednak nie zamierzał się chować w krzaki, uciekać. Nie chciał się chować, chciał kurwa wygrać, nieważne jak długo by mu to zajęło. Nie mógł się przecież poddać. Z każdym jednak łapczywie łapanym oddechem, czuł, jakby ten miał być jego ostatnim. Parę mroczków mu się pojawiło przed oczami, jego ruchy stawały się wolniejsze i coraz słabsze. Jego oczy robiły się coraz cięższe, a on coraz bardziej śpiący, jedynie ogień rozpalający się w jego płucach sprawiał, że pozostawał przytomny.
Czy to właśnie miał być jego koniec,
Brudny, wgnieciony w ziemie?
Czy miał do pozostawienia za sobą tylko to,
Parę wspomnień w głowach innych?
Czy jeśli teraz się podda, takim go zapamiętają?
Nie chciał się poddawać,
Ale nie miał siły tego nie robić.
Złapał oddech.
A potem kolejny.
Następny był kaszel, duszący kaszel. Nie wydawało mu się, nie trafił do gwiezdnych piesków. Był nadal na brudnej ziemi, cały brudny. To Sowi Pazur, zabrał swoją łapę z Mcha, dając mu w końcu możliwość swobodnego oddychania. Naprawdę był kurwa popierdolony, Omszony był tego bardziej pewny niż w kiedykolwiek. Pokazał swoją prawdziwą stronę. Teraz jednak uczeń Industrii, brał kolejne oddechy, zachłannie łapiąc powietrze do pyska, jakby już nigdy nie miał go poczuć. Łzy mimowolnie zbierały się w jego oczach, a kaszel nie ustawał.
Musiał wyglądać tak żałośnie.
 — Mam nadzieje, że to cię czegokolwiek kurwa nauczy. Marsz, za mną.

***

Koniec. W końcu cholerny koniec tego treningu, w końcu koniec bycia uczniem i męczenia się z pojebem, jakim był pierdolony Sowi Pazur. Ten jebany psychopata naraził jego życie więcej razy, niż Mech miał aktualnie księżyców.  Rzepakowa chyba mu go przydzieliła, by przedwcześnie pozbyć się kolejnego dzieciaka, zostawiając tylko idealne Ciepłego przy życiu. To była kurwa katorga, inaczej nie dało się tego nazwać. Ciągłe słuchanie jęczenia starego dziada było nie do zniesienia. Budzi się — Sowi Pazur. Idzie na trening — Sowi Pazur. Wraca z treningu — k u r w a Sowi Pazur. Ochujeć można przez ciągłe widzenie go.
Dlatego właśnie omijał większość treningów, biegając po terenach innych klanów, a teraz w końcu będzie miał od niego choć trochę spokoju.
Miał już cały plan co zrobi po swoim mianowaniu. Stanie przed byłym mentorem i wyśmieje go w pysk. Niczego go nie nauczył, całą wiedzę, którą miał zdobył samemu. Nie dał się nigdy złamać, nieważne czego Sowi nie próbował, a teraz był kurwa wolny.
A przynajmniej tak mu się wydawało, bo z samego rana, dnia gdy w końcu miał zostać mianowany, Sowi go obudził. Nim Mech zdążył cokolwiek powiedzieć, opierdolić go za budzenie, jego mentor wyskoczył z cudownym pomysłem. Samodzielne polowanie, test na wojownika, coś, by pokazać, że Omszona Łapa zasługuje na poruszenie się trochę wyżej w rangach. Prościzna, to nie jest przecież jego pierwsze rodeo. Nie raz coś polował dla samego siebie, poza terenami Industrii pies też się robi głodny, a nawet on nie zniżył się do kradzieży zwierzyny innego klanu.
"Masz tutaj przyjść o zachodzie. Nie spierdol tego" — z tymi słowami zostawił go Sowi Pazur.

***

No cóż, spierdolił, tym razem jednak naprawdę. Musiał to przyznać, bo przez cały dzień, przeznaczony na swoje polowanie, coś, co miało go w końcu uwolnić od tego przeklętego treningu, leżał z Białą Łapą na polach. Naćpał się z nim mleczkiem i najwyraźniej musiał wypić trochę za dużo, bo gdy "obudził się" był już późny wieczór. Nie ważne co o nim sądzicie, co słyszeliście i w jaki sposób go postrzegacie, Mech chciał naprawdę to ogarnąć. Chciał złapać coś potężnego i pokazać jak wiele się nauczył bez pomocy Sowiego Pazura
Teraz za to biegł przez osiedle, na łeb na szyję, skracając sobie drogę przez tereny Tenebris. Normalnie, wybrałby sobie o wiele ładniejszą drogę niż tą teraz, wśród domów dwunożnych. Nie raz wracał z Ventus do Industrii przez park, który sobie upodobał. Słodki zapach kwiatów może i czasem lekko wiercił mu w nosie, ale czasem trzeba było się poświęcić.
Teraz jednak miał na głowie inne zmartwienie niż wracanie do domu brzydszą drogą. Musiał coś złapać. Nie miał dużo czasu, słońce już przekraczało horyzont, a on miał jeszcze kawałek do przejścia. Pędził ile sił w łapach, ale i tak nie zdąży złapać poprawnej zdobyczy. I wtedy właśnie lampka zapaliła mu się w głowie. Myszy. Myszy, przecież one są kurwa wszędzie, złapanie jej nie będzie dla niego problemem. Zmieści się pod jego łapą.
Teraz tylko dojść do Industrii.

***

Mech rozejrzał się za Sowim Pazurem. Powinien gdzieś tutaj być, czekał już naprawdę dłuższą chwilę na niego, a przecież samemu już i tak był spóźniony. Czyżby Sowi go wystawił do wiatru? Może to i lepiej, nie będzie musiał się męczyć z jego reakcją na cudowną zdobycz, która leżała teraz za jego łapami. Czuł jednak jakiś niepokój za swoimi plecami. Sowiemu potrafiło nie raz bardziej odpierdolić niż dla Mcha, a to już jest skrajność skrajności i zagraża życiu i zdrowi każdemu dookoła.
W końcu go dojrzał, szedł, dość spokojnie jak na siebie. Czyżby go nie obserwował podczas polowania? Mech myślał, że właśnie o to chodziło, ale jego mentor chyba i to miał w dupie.
 — I co? Gdzie jest kurwa twoja zdobycz?
Mech tylko podsunął w jego stronę trupa myszy, jakby w tej scenie nie było nic dziwnego i to właśnie tak powinno wyglądać.
 — Chyba sobie ze mnie kurwa żartujesz — parsknął Sowi.
 — No co? Kazałeś mi coś złapać, to złapałem, nie widzę, w czym masz problem — wyszczerzył się.
 — Kazałem ci złapać coś normalnego, a nie pierdoloną mysz! Jesteś najgorszym kurwa uczniem, jakiego widziałem w pierdolonym swoim życiu, pusta paczka chipsów byłaby lepszym kandydatem na wojownika niż ty.
 — Dobra nie zesraj się — Mech wywrócił oczami. Miał po dziurki w nosie tego buca. — Idę powiedzieć dla Rzepy, że mogę być mianowany.
Sowi mu zagroził drogę.
 — Nawet się kurwa nie waż. Chyba sobie żartujesz, że zasługujesz na miano pierdolonego wojownika. Jesteś jebanym żartem — zaczął go powoli okrążać. — Ciągle kurwa łamiesz kodeks wojownika, wchodzisz na tereny innych klanów, nie słuchasz się swojego lidera ani zastępcy, ba, jeszcze lepiej, nie słuchasz się kurwa nikogo! Twój trening wręcz nie istniał, przez cały czas mnie unikałeś, nie chciałeś się uczyć. Niczego się nie nauczyłeś! Jedyne co robiłeś, to żarłeś ukradzione ziółka od Szarej Skały czy innego medyka, wraz z pieszczochami z Ventus!
 — Tak właściwie to część roślin samemu znalazłem, a Biały już dawno nie jest pieszczochem — prychnął pod nosem.
 — Jeszcze kurwa lepiej. Nie to było twoim zadaniem, miałeś słuchać poleceń — uderzył swoją łapą o ziemię, sprawiając, że Mech lekko zadrżał.
 — I co z tego? — wydusił przez zęby. — Przepuścisz mnie, zostanę mianowany i będziesz miał mnie z głowy. Każdy z nas będzie miał spokój.
 — Nie będę miał! Będę miał cię na głowie jako nieporadnego, niekompetentnego wojownika.
Mech miał już kompletnie dość tego starego sadysty, jak i najwyraźniej masochisty skoro chciał przedłużać jego trening.
 — Nie będę ci wchodził w drogę, przestań się pieklić i po prostu mnie puść — chapnął na niego zębami. — Nie jestem już kurwa szczeniakiem, umiem się bić i nie boje się ci wpierdolić, więc lepiej daj mi iść do Rzepakowej — nastroszył się.
Sowi patrzył się na niego oczami pełnymi nienawiści. Mech mógł w nich doskonale wyczuć mieszankę uczuć, która rozpalała zastępcę od środka. Dobrze. O to mu chodziło. Między tą dwójką, można było wręcz widzieć napięcie, które rosło z każdą chwilą.
 — Zejdź mi z drogi — zawarczał.
Mogliby się tak przekrzykiwać najprawdopodobniej do białego rana, gdyby nie Kolorowy Wiatr, która wkroczyła w akcje.
 — Przepraszam? Sowi Pazurze?
Obrócił się, ze wzrokiem jakby miał ją rozszarpać na kawałki. Wziął jednak wdech, wypuszczając powietrze nosem.
 — Tak? — wciąż jednak na jego pysku było widać jaki ton miała ich wcześniejsza rozmowa.
 — Chciałam z tobą porozmawiać o jednej rzeczy, Peter by mi normalnie pomógł, ale...
Reszty rozmowy Mech nie słyszał, bo zwyczajnie ruszył biegiem w stronę miejsca, gdzie wiedział, że na pewno znajdzie swoją matkę. Wpadł po drodze na parę psów, słysząc za sobą wiele wyzwisk, które postanowił zignorować z okazji tego jak idealna była ta chwila. Nie mógł się zatrzymywać, musiał biec. Sowi Pazur najwyraźniej go nie gonił. Idealnie.
 — Mamo! — zawołał, próbując zwrócić na siebie swoją uwagę.
Rzepakowa rozmawiała z jakimś psem, ale od razu go zostawiła gdy Mech do niej podbiegł.
 — Aww, Meszku, no co u ciebie? — pysk jej matki znów był promienny jak wcześniej. Prochy od medyka chyba jej pomogły.
 — Skończyłem trening, myślałem, że powinnaś wiedzieć.
 — Ojej, naprawdę? — uśmiechnęła się tak szeroko, że Omszonego aż zdziwiło, że jest to w ogóle możliwe. — Już taki duży jesteś? Niemożliwe. Wiesz, ja pamiętam, jak Ciepły się prawie utopił, a potem ty się prawie utopiłeś... To dosłownie jakby to było wczoraj, naprawdę! A potem jeszcze...
Rzepa prawdopodobnie mogłaby mówić i mówić godzinami, jak szybko to Mech nie dorósł i jak to przecież chwilę temu był jeszcze dzieciakiem, który pierdział w legowisko. Jemu jednak zależało na czasie i to bardzo, nie wiadomo kiedy Sowi przybiegnie tutaj by mu skopać dupę.
 — Mhm, tak, jasne, to bardzo ciekawe — sapnął, powstrzymując przekleństwo, które cisnęło mu się na usta. — A kiedy będę miał mianowanie?
 — Teraz!
 — Teraz?
 — Teraz! No chodź, mam już nawet pomysł na twoje superanckie imię! — zamachała ogonem i wskoczyła parę palet ustawionych na siebie, wchodząc końcowo na pudło umieszczone na nich. — Wzywam wszystkie psy na tyle duże, by samemu polować o zebranie się! Mój syn właśnie będzie mianowany! — zaśmiała się.
Mech uśmiechnął się triumfalnie, widząc Sowiego gdzieś w tłumie. O dziwo, nie krzyczał przeciwko, lecz jedynie obserwował.
 — Ja, Rzepakowa Gwiazda, superowa liderka Industrii, wzywam wszystkich naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tego ucznia. Ciężko pracował, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam go wam jako wojownika do naszego klanu. Omszona Łapo, czy obiecujesz bycie szlachetnym wojownikiem?
 — Ta.
Ktoś zachichotał.
 — A zatem! Skoro jesteś gotowy, mianuję cię na wojownika! Od dzisiaj będziesz znany jako Omszona Krtań!
Rzepakowa zeskoczyła ze śmiechem i go przytuliła, przekładając całą swoją miłość w tym uścisku. Omszony, pełny dumy, polizał ją w bark, słuchając psów wykrzykujących swojego imienia.
Zaraz po wszystkich gratulacjach — w większości pewnie wymuszonych — podszedł do Sowiego Pazura.
 — I co? Łyso ci kurwa, stary kapciu?

 <Sowi Pazurze? Cudowne 2k słów>
[2227 słów: Omszona Krtań otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia oraz 4 Punkty Treningu]

18 sierpnia 2021

Od Omszonej Łapy CD Ciepłej Łapy

dzieje się to pod koniec poprzedniego lata 
Omszony nie mógł uwierzyć, że jego ciapciowaty brat zgodził się na wyściubienie nosa poza tereny ich jakże popierdolonego klanu. Przerwa od tego wariatkowa przyda się chyba każdemu, nawet jeśli jest Ciepłą Łapą. Taką okazję wypadałoby zapisać w kalendarzu, może nawet jakiś znalazłby się w tym starym magazynie, gdzie przypadł ich dom. Przecież zawsze tak bardzo słuchał się kodeksu wojownika oraz tego zakichanego Sowiego Pazura, a przekraczanie granicy innych klanów to na pewno nie było coś, co, któregokolwiek z nich — jeśli na chwilę ożywimy kodeks, by mógł kogoś karcić — pochwaliło. Chyba że jego młodszy braciszek nie uważał Bezgwiezdnych za prawdziwy klan, choć to byłoby trochę chujowe z jego strony. Nawet Mech by się nie zniżył do takiego poziomu.
Cmentarz miał naprawdę ciekawy klimat. Ten zapach, rozkładających się ludzkich ciał, parę metrów pod ziemią, płonące znicze i kwiatki, które potrzebują kogoś, kto się nimi zajmie, nadawały całemu miejscu niespotykanej nigdzie indziej atmosfery. Mech wciągnął nosem powietrze, wzdychając z lekkim uśmiechem.
Ciepła Łapa chyba jednak nie był aż tak zadowolony wyborem miejsca podróży swojego brata.
 — Więc… po co chciałeś tu przyjść? — zapytał ostrożnie, rozglądając się dookoła.
 — Chciałem ci pokazać, że poza naszymi śmieciami istnieje coś innego — parsknął Mech pod nosem, jakby odkrywał przed swoim bratem cały nowy świat. — Nigdy nie wychodzisz, ciągle tam siedzisz jak jakiś debil, marnujesz się Ciepły. Wiesz, jakbyś, chociaż parę razy wyszedł ze mną i zobaczył, co ma świat do zaoferowania, na pewno byś zmienił zdanie!
Wskoczył na jeden z marmurowych nagrobków, jego pazury zastukały o powierzchnie płyty. Zrzucił z niego przy okazji doniczkę w połowie zdechniętych kwiatków, które teraz, ostatkiem sił, wołały o pomstę do nieba z brukowego chodnika.
 — I z tej okazji demolujesz to miejsce? - zapytał niezbyt przekonany. — Niezbyt mnie tym przekonujesz.
 — Przecież to tylko idiotyczne kwiatki, i tak zaraz by ktoś je wyrzucił. Nie przesadzaj Ciepły.
 — Wciąż, należą do kogoś, a ty jeszcze zaraz wprowadzisz na nas jakieś kłopoty.
 — Jakie niby kłopoty? Wściekłe babcie dwunożnych, ganiające za nami z torebkami jak pojebane? — zadrwił.
 — Nie, kogoś z Bezgwiezdnych. Jesteśmy na ich terenach, bez dobrego powodu czy wyjaśnienia, a ty rozwalasz tutaj wszystko, ogłaszając naszą obecność! Nie rozumiem, w jaki sposób jeszcze nikt cię nie złapał i nie oberwałeś za swoją głupotę, naprawdę.
 — Złapali mnie, oczywiście, że mnie złapali — parsknął śmiechem. — Ale za każdym razem udało mi się uciec, bo jestem od nich kurwa mądrzejszy, wiesz? — machnął ogonem, robiąc krzywy piruet na grobie. 
 — Albo po prostu nie chcieli cię mieć na głowie.
 — Masz coś do mnie? — pochylił się, szczerząc lekko sobie zęby.
Cudowna kłótnia naszej ulubionej dwójki braci, została jednak przerwana przez psa tak czarnego jak edgy dusza Mcha.
 — To są tereny Bezgwiezdnych, co tu robicie? — zawarczał, pokazując im swoje zęby. — Powinniście się stąd wynosić.
 — Och spierdalaj — Mech obrócił, się do niego, odwarkując. 
Czarny pies kłapnął zębami na Omszoną Łapę, co spowodowało wycofanie się tego pierwszego. Oberwanie przy pierwszym ataku byłoby naprawdę lamerskie. Już miał wyskoczyć do przodu i na to odpowiedzieć, żaden pierdolony Bezgwiezdny nie będzie do niego skakał i przerywał zabawy, jaką jest denerwowanie Ciepłej Łapy, gdy wyżej wymieniony go uprzedził. Doskoczył do psa, wbijając zęby w jego ciało pokryte grubym futrem. Mimo wszystko obcy dość mocno oberwał, robiąc krok do tyłu.
 — O Gwiezdni, tego się nie spodziewałem! — wybuchł Mech, uśmiechając się szeroko. — Bawimy się?
Chciał doskoczyć do walki, jednak, jak debil, poślizgnął się na marmurze, wpadając na Bezgwiezdnego. Oboje wylądowali na chodniku, jeden na drugim, dość skołowani. To trochę gejowe nie powiem, jednak Mech naprawdę o tym teraz nie myślał, miał napierdalanie się na głowie. W innym scenariuszu na pewno zrobiłby jakiś genialny żart, próbując zaczarować swoim urokiem osobistym nowo napotkanego psa. W innym scenariuszu może by poszli na wspólne przygody, czy mieli inne ciekawe bliskie przeżycia, ale teraz musieli się pozagryzać. Posiadanie priorytetów w życiu jest naprawdę ważne.
Czarny od razu odpowiedział na ten naprawdę nieudany atak, gryząc Omszonego w bark. Jebaniec, miał naprawdę ostre zęby i mocny uścisk szczęki. Na szczęście jego brat przyszedł mu na pomoc, łapiąc ich przeciwnika za kark i odciągając go od Mcha, który skołowany powoli się podniósł. Czasem jednak fajnie jest mieć rodzinę. Gdy po sekundzie ogarnął, co tutaj robią i dlaczego Ciepła Łapa siłuje się z czarną masą, wysunął swoje pazury i walnął wrogiego psa po pysku. Było to naprawdę idiotycznym błędem, który mógł przewidzieć. Zęby Bezgwiezdnego zacisnęły się mocno na jego łapie, prawie ją miażdżąc.
— Kurwa, to bolało — warknął głośno, spinając swoje mięśnie. Walnął go mocno go drugą łapą po pysku, który w odpowiedzi się otworzył.
Mech odsunął się, jeżąc, jednak czarny pies znowu się na niego rzucił. Naskoczył mu na plecy i wbił zęby w kark, szarpiąc za skórę ucznia Industrii. On naprawdę znęcał się nad nim i to bardzo.  Zrzucił go, pechem trafiając nim w swojego brata, który najwyraźniej chciał mu pomóc. Trudno, może chwilę poczekać, nawet jeśli łączy się to z byciem przygniecionym przez dwa razy większe cielsko, śmierdzące innym klanem. Oczywiście, jednak go tak nie zostawi. Ugryzł, Bezgwiezdnego w brzuch, na co ten w końcu zapiszczał z bólu. Poczuł się taki dumny z siebie, że reszta walki mignęła mu przed oczami. 
Nawet nie wiedział kiedy się zakończyła. Dopiero gdy Ciepły zagrodził mu drogę, blokując jego kolejny atak i rzucenie się na ledwo przytomnego, czarnego Bezgwiezdnego, opamiętał się. Dopiero wtedy poczuł cały ten ból, przez rany, które dostał w tej walce.
Ten przybłęda naprawdę dobrze umiał przywalić.
— Opamiętaj się, bo zaraz go zabijesz — warknął Ciepła Łapa. — Nie chcemy mieć jeszcze większych problemów niż teraz.
Mech już chciał coś powiedzieć, jednak usłyszeli patrol zbliżający się w ich stronę, na co jego młodszy brat obejrzał się na Bezgwiezdnego, kalkulując czy na pewno przeżyje czekanie na inne psy z jego klanu. Wynik musiał być najwyraźniej pozytywny, gdyż syknął w stronę Mcha ciche "wynosimy się stąd".
 — No chyba cię coś boli, jeszcze z nim nie skończyłem.
Nim się obejrzał, został złapany za ucho. Ciepły mimo szarpania się i przeklinania Mcha, ciągnął go na ich tereny, prosto do medyka.

<Ciepła Łapo?>
[1016 słów: Omszona Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia oraz 3 Punkty Treningu]