Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richie †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richie †. Pokaż wszystkie posty
19 stycznia 2021
Richie umiera
Richie, wojownik należący dotychczas do Bezgwiezdnych, został znaleziony martwy przez Szramę i Klematisa w tym opowiadaniu, zamordowany przez zgraję nieznanych włóczęgów błądzących w okolicy cmentarza. Przez fakt utraty wiary, trafia do Vanita — to, czy poluje z Gwiezdnymi, czy rozpadł się w bezgwiezdnej materii wszechświata, pozostaje kwestią sporną.
23 czerwca 2020
Od Richiego CD Klematisa
W momencie, gdy docierają do nas donośne obelgi bezgwiezdnego medyka, rzucam Klematisowi rozwścieczone spojrzenie. Kwiat, który stał się przed chwilą uważnie zmieloną przeze mnie papką, w istocie nie był niczym szczególnym, a ten tutaj śmiał udawać przede mną całkiem przytomnego znawcę chwastów. Widać jest z nim gorzej, niż raczył mnie poinformować. Ach, no i Leonis. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałem, ale trzeba przyznać, że zna się chłop na fachu.
— Leonisie! — wykrzykuję i silę się na uśmiech. — Dałbym ci pyska, przysięgam, tak się cieszę na twój widok, ale nie wykluczone, że akurat przenoszę jakieś szczurze choróbska. Pomożesz?
Łaciaty pies patrzy na mnie ze wstrętem po drugiej stronie Klematisa, odwróconego w taki sposób, że medyk nie ma szans dojrzeć jego rany. W kilku susach znajduje się u mojego boku, a zażenowana mina nawet mu przy tym nie drga, co uznaję za imponujące.
Na widok poczerniałej od zaschłej krwi sierści przywódcy unosi wysoko brwi, ale bez słowa zabiera się do wywalania po kolei różnych roślin z dziupli, w której ukrywa swoje zacne medykamenty.
Ranny już dłuższy czas siedzi w milczeniu, więc znowu skupiam na nim uwagę; obserwuje poczynania medyka z wielkim trudem i wyjątkową intensywnością, jakby tylko ta czynność utrzymywała go jeszcze na jawie. Nie wiem, czy powinienem pozwolić mu zasnąć.
— Więc? — zagaduję Leonisa. — Jak oceniasz sytuację przywódcy?
Pies wyćwiczonym ruchem zbija w łapach w kulkę żółtawą maź i przyklepuje ją do pnia jabłoni, po czym wyciska z tych swoich leczniczych korzonków sok i obsmarowuje nim przyrządzoną papkę. Z punktu widzenia wojownika zupełnie niewyuczonego w tych szamańskich rytuałach wygląda to wszystko co najmniej dziwnie, ale kwestionować działań medyka nie będę.
— Nie jestem pod wrażeniem — mamrocze wreszcie w odpowiedzi i, hej, co to ma właściwie znaczyć?
— Sugerujesz — prycham teatralnie wręcz urażony, jakby to honor mojego przywódcy wisiał na szali, nie tylko jego życie — że Klematis nie wyjdzie z tego cało?
Przewraca oczami dość wymownie i dalej krząta się wokół drzewa bez słowa, a ja siadam na ziemi i jedyne co robię, to czuję się absolutnie bezużytecznie przez resztę czasu. Nic nowego.
— Usmaruj go. — Medyk pojawia się nagle tuż obok z wyciągniętą ku mnie łapą.
— Co?
— Papką. Durniu.
Klematis syczy i wzdryga się w pierwszej chwili po zetknięciu rany z mazią, ale jakoś wytrzymuje. Widzę, że jest na wpół świadomy tego, co się wokół niego dzieje, więc macham mu przed oczami łapą najbardziej nieznośnie, jak mogę, tak na przebudzenie.
— Dobra, wystarczy tego, młodziaku, sio.
Leonis chce przepchnąć się między mną a poszkodowanym, więc pospiesznie ustępuję mu miejsca. Klem po raz pierwszy od przybycia Bezgwiezdnego próbuje coś powiedzieć, a wtedy ten wpycha mu do gardła całą garść czarnych nasion i każe przełknąć. Niesmaczne zioła widać działają na niego całkiem efektywnie, bo aż otwiera szerzej oczy, przeżuwając mozolnie i połykając ze wstrętem. Nie wygląda dłużej na bliskiego nieprzytomności, co uznaję za sukces. Wtedy Leonis każe mu położyć się na nieporanionym boku, a gdy ten usłuchuje natychmiast, wściekle wklepuje kolejną warstwę lepkiej mazi w skórę rudzielca, na co zaskoczony przywódca reaguje urwanym wrzaskiem i mdleje.
Patrzę się z otwartą gębą na medyka, a on całkiem niewzruszenie na pacjenta. Leonis nie wygląda, jakby zamierzał się wytłumaczyć, toteż zaczynam go nękać o zagrażające życiu przywódcy traktowanie. Uspokajam się dopiero wtedy, kiedy zniecierpliwiony pies warczy coś o stu Dwunożnych i o tym, że tak będzie dla rannego lepiej.
— A więc zostaniemy tu jeszcze jakiś czas — wzdycham sam do siebie, bo uzdrowiciel powraca do swoich zabiegów w pełnym skupieniu. Rozglądam się naokoło. W oddali widać małe ludzkie chatki, a poza tym tylko wielkie morze traw i kłosów w sadzie. Zaczynam się zastanawiać, czemu właściwie nadal tu jestem zamiast, dajmy na to, szukać zwierzyny, skoro najwyraźniej nie będę już im dłużej potrzebny. Trochę niechętnie oznajmiam Leonisowi, że zapoluję i wrócę. Staram się nie myśleć przy tym o stanie Klematisa, bo czuję się przez to paskudnie – nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to moja wina. Do tego wszystkiego dochodzi też troska o życie tego niewinnego psa, oczywiście, choć nie łączy nas nic, poza byciem współplemieńcami, radosną bandą nieudaczników.
Dwóch Bezgwiezdnych zastaję dokładnie tam, gdzie ich wcześniej zostawiłem. Wypuszczam z pyska chudą polną mysz, choć zadośćuczynieniem za narażenie czyjegoś życia wydaje mi się to absurdalnie śmiesznym. Leonis przywołuje mnie szybkim machnięciem ogona, bym pomógł dojść Klematisowi do przytomności, podczas gdy on starannie układa medykamenty z powrotem w dziurze. Widzę, że nasz kaleka jest już w miarę trzeźwy i może sam stanąć na nogach, nie mniej jeszcze na długo nie będzie można uznać jego sprawności za szczyt kondycji. Wspieram część jego masy i głośno pytam, czy możemy już wracać do nory Leonisa, gdzie przywódca będzie mógł wreszcie odpocząć.
— Zrobiłem, co mogłem — odzywa się medyk sucho. — Stąd musimy dojść jeszcze do dworca kolejowego. Przyda mu się coś, co tam rośnie.
— To wcale nie po drodze — protestuję. — Szanowny doktorku, nie jestem pewien, czy nasze tutaj chodzące nieszczęście da radę–
— Dam — przerywa mi Klematis ochryple i bierze kolejny wdech. — ...radę.
Mam ochotę zignorować jego deklarację, bo wcale mu nie wierzę, ale ten już się widać uparł, a Leonis kiwa głową, zdrajca jeden. Zamykam oczy i wznoszę łeb ku niebu w bezsilności, a następnie posyłam obydwu parszywe spojrzenie, bo czuję, że wleczenie postrzelonego psa po całej okolicy nie jest najbłyskotliwszym pomysłem. Zwłaszcza że w pobliże opuszczonego dworca zapuszcza się ostatnio coraz więcej wierzących w Gwiezdnych person.
Idę krok w krok z kuśtykającym psem. Na szczęście za każdym razem, gdy próbuje nam on wmówić, jaki to on nie jest zdrów jak ryba i gotów poradzić sobie bez pomocy, Leonis patrzy na niego spode łba i skutecznie ucisza mamrotanymi pod nosem groźbami. Po niedługiej wędrówce docieramy do granic pola, a stąd już niedaleko do miasta. Zatrzymuję naszą grupkę na rozdrożach.
— Czy to naprawdę konieczne narażać się na atak psów z klanu? — pytam niewyraźnie przez trzymanego w zębach gryzonia, ostatecznie pragnąc odwieźć ich od tego pomysłu. Mam złe przeczucia.
— Richard — mówi wyczerpany Leonis. Brzmi mniej więcej tak, jakby chciał być gdziekolwiek indziej, tylko nie w naszym towarzystwie. — Nikt nas nie zaatakuje. Zresztą, myśl sobie, co chcesz, ale nie przeszkadzaj mi w pracy.
— Ani bym śmiał, kapitanie! — odpowiadam śpiewnie, otwierając pysk w psim uśmiechu, kiedy medyk posyła mi kolejne nieprzychylne spojrzenie. — Znaczy, ee, wybacz przywódco — koryguję naprędce, zwróciwszy się do Klematisa — ty zawsze będziesz na pierwszym miejscu.
Ku mojemu niezadowoleniu łaciaty skubaniec prowadzi nas dalej w pole. Och, Gwiezdni, jak ja mu straszliwie nie ufam.
<Klematis?>
[1052 słowa: Richie otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
21 czerwca 2020
Od Richiego CD Klematisa
Przez kilka nieznośnie długich sekund męczę się ze wciąganiem brzucha przez szczelinę. W końcu po przejściu na drugą stronę czuję, że mogę swobodnie oddychać, mimo to z każdą sekundą rośnie we mnie irracjonalne zaniepokojenie. Nikomu nie stanie się krzywda, nie z mojej winy. Zaraz będzie po wszys—
— Uciekaj, Richie! Dwunożni wrócili!
Zapewne jak na złość przywódcy przystępuję do działania zgoła odwrotnego. Bez namysłu przypadam do dziury w płocie i spoglądam wyczekująco między nią a niebem, jakby stamtąd miał nam zaraz spaść ratunek. Już otwieram pysk z zamiarem ponaglenia towarzysza, ale nieznośną ciszę przerywa huk, od którego słowa więzną mi w gardle. Instynktownie odskakuję w tył, chwilę po tym robię krok ku szczelinie, chcąc sprawdzić, czy Klematis jest bezpieczny, ale w końcu zmuszam się do dreptania w rozpaczliwej bezsilności. Nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja psa po ataku Dwunożnych, lecz na przybycie mu z odsieczą jest już z całą pewnością za późno.
Pozostaje mi jedynie liczyć na to, że rudzielec nie da się złapać Dwunożnym i w jakimkolwiek stanie zaraz go zastanę, bardziej przydam się po tej stronie ogrodzenia. Posyłam pobieżną prośbę do wszystkich zmarłych dusz – w których istnienie od dawna nie wierzę – aby Klematis okazał się nawet nie draśnięty, gdy już go dopadnę. Zakładam dość optymistycznie, że odgłos wystrzelonego z broni pocisku nie zagłuszyłby jęku bólu.
Pada kolejny strzał, a ja wciąż nie wiem, co do jasnej Anielki dzieje się z moim przywódcą. Biorę głęboki wdech, uspokajam się i staram nie popędzać przywódcy.
— Klemek?! — Nie, naprawdę, starałem się.
— Idę, Richie! — odwrzaskuje mi krótko i nie brzmi przy tym bynajmniej na zdychającego, co mnie szalenie cieszy. Rudy psi pysk pojawia się w szczelinie, następnie połowa ciała Klematisa błyskawicznie przedostaje się przez otwór na moją stronę. Widzę, że wierci się przy tym straszliwie, by przepchnąć również resztę cielska przez ciasną przestrzeń. Bezceremonialnie łapię go szczękami za kark i szarpię mocno do siebie, do licha z troską o niepołamanie żeber przywódcy w całej tej szamotaninie. Jedyne, o czym myślę, to o odsłoniętym zadzie Klematisa i cienkiej ścianie desek częściowo oddzielającej go od zagrożenia.
Pomyśleć, że od ostatniego strzału padło zaledwie kilkanaście bić serca. Rozlega się kolejny huk i cichy jęk, widzę małą, ciemną smugę, która mija nas i znika tak szybko, jak się pojawiła. Wtedy dociera do mnie, że tym razem kula nie mogła chybić. W końcu Klematisowi udaje się wyczołgać z moją pomocą z dziury. W pierwszej chwili przypadam do niego w panice, ale przekonuję się, że jak na postrzelonego patrzy mi w oczy całkiem przytomnie i niebyt przymilnie. Wypuszcza z nozdrzy rozdygotane powietrze i nim zdążę zapytać, czy da radę iść o własnych siłach, ten ucina niemrawo:
— To nie najlepsze miejsce na rozklejanie się. Chodźmy już, proszę.
Bez słowa ruszam szybkim truchtem za roztrzęsionym nieco towarzyszem. Coś czuję, że nie umiałby powstrzymać wrzasków bólu z podziurawionych na wylot mięśni, a wiem, że pocisk nie utknął w jego organizmie, więc jeśli za najlepszy wyznacznik szkód wyrządzonych psu uznać mogę jego ciche pojękiwania i grymasy, to zapewne kula tylko go drasnęła. Nie marnuję czasu i staram się lepiej ocenić jego stan zdrowia, ale blizny, brudne futro Klematisa i potencjalne plamy krwi zlewają się w jedno, kiedy biegnie.
— Hej, zwolniłbyś może! — wołam. Pies rzuca mi niepokojąco umęczone spojrzenie przez bark, jakby chciał dać mi po uszach za bezczelność, samemu będąc już jedną łapą w grobie. Mimo to nie oponuje i na szczęście przystaje, wzdychając po ciężkim, jak mniemam, wysiłku.
Okrążam Klematisa i wbijam spojrzenie w skołtuniony lewy bok, gdzie sierść nie lśni już ogniście, a jest ubłocona, pełna paprochów oraz, co mnie szczególnie martwi, nieco spalona. Zauważam wreszcie ranę po postrzale; wyróżnia się ona na tle starszej, paskudnej blizny, o którą lepiej psa nie pytać. Mrużę oczy na widok idealnie prostej linii, jaką kula wypaliła w skórze Klematisa, z najgłębszym i zarazem najobficiej (choć nie bardzo) krwawiącym punktem na udzie rozpoczynającym ślad, który ciągnie się przez cały bok i urywa płytko, na łopatce.
— To musi boleć — komentuję pod nosem, czym zaskarbiam sobie tylko wściekłe spojrzenie, ale ignoruję je ostentacyjnie, skoro mój przywódca zaciska zęby i nic nie mówi. I dobrze. Nie potrzeba mi czuć się jeszcze większym draniem niż obecnie. Nie mogę pozwolić sobie też na żadne odstresowujące docinki, bo widzę, że Klematis już się robi drażliwy, więc od tej pory będę potulny, jak mogę.
— Co każesz mi zrobić, przywódco? — Krzywię się na prześmiewczy wydźwięk własnych słów. To nie miało tak zabrzmieć. — Uch. Jeśli mogę w ogóle coś dla ciebie zrobić?
— Richie?
— Tak, przywódco?
— Wykąpałbyś się. Śmierdzisz szczurzymi bobkami. — Ach, to by się zgadzało, biorąc pod uwagę czas, jaki spędziłem w skrytce Dwunożnych. Widzę, że Klematis już mi tu odpływa, więc wykorzystuję to jako pretekst do pacnięcia go w łeb. Udaję skruszoną minę, gdy posyła mi zamglone, acz groźne spojrzenie.
— Dla ciebie chętnie, drogi przywódco, ale to chyba nie najlepsza pora.
Wnet oferuję rudzielcowi swój bark, by wesprzeć część jego masy od tej nieporanionej strony i patrzę na niego wyczekująco.
Zaczynam się obawiać, że Klematis nie wytrwa nawet połowy drogi do naszego cudacznego medyka, ale na lepszą pomoc liczyć nie możemy.
— Uciekaj, Richie! Dwunożni wrócili!
Zapewne jak na złość przywódcy przystępuję do działania zgoła odwrotnego. Bez namysłu przypadam do dziury w płocie i spoglądam wyczekująco między nią a niebem, jakby stamtąd miał nam zaraz spaść ratunek. Już otwieram pysk z zamiarem ponaglenia towarzysza, ale nieznośną ciszę przerywa huk, od którego słowa więzną mi w gardle. Instynktownie odskakuję w tył, chwilę po tym robię krok ku szczelinie, chcąc sprawdzić, czy Klematis jest bezpieczny, ale w końcu zmuszam się do dreptania w rozpaczliwej bezsilności. Nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja psa po ataku Dwunożnych, lecz na przybycie mu z odsieczą jest już z całą pewnością za późno.
Pozostaje mi jedynie liczyć na to, że rudzielec nie da się złapać Dwunożnym i w jakimkolwiek stanie zaraz go zastanę, bardziej przydam się po tej stronie ogrodzenia. Posyłam pobieżną prośbę do wszystkich zmarłych dusz – w których istnienie od dawna nie wierzę – aby Klematis okazał się nawet nie draśnięty, gdy już go dopadnę. Zakładam dość optymistycznie, że odgłos wystrzelonego z broni pocisku nie zagłuszyłby jęku bólu.
Pada kolejny strzał, a ja wciąż nie wiem, co do jasnej Anielki dzieje się z moim przywódcą. Biorę głęboki wdech, uspokajam się i staram nie popędzać przywódcy.
— Klemek?! — Nie, naprawdę, starałem się.
— Idę, Richie! — odwrzaskuje mi krótko i nie brzmi przy tym bynajmniej na zdychającego, co mnie szalenie cieszy. Rudy psi pysk pojawia się w szczelinie, następnie połowa ciała Klematisa błyskawicznie przedostaje się przez otwór na moją stronę. Widzę, że wierci się przy tym straszliwie, by przepchnąć również resztę cielska przez ciasną przestrzeń. Bezceremonialnie łapię go szczękami za kark i szarpię mocno do siebie, do licha z troską o niepołamanie żeber przywódcy w całej tej szamotaninie. Jedyne, o czym myślę, to o odsłoniętym zadzie Klematisa i cienkiej ścianie desek częściowo oddzielającej go od zagrożenia.
Pomyśleć, że od ostatniego strzału padło zaledwie kilkanaście bić serca. Rozlega się kolejny huk i cichy jęk, widzę małą, ciemną smugę, która mija nas i znika tak szybko, jak się pojawiła. Wtedy dociera do mnie, że tym razem kula nie mogła chybić. W końcu Klematisowi udaje się wyczołgać z moją pomocą z dziury. W pierwszej chwili przypadam do niego w panice, ale przekonuję się, że jak na postrzelonego patrzy mi w oczy całkiem przytomnie i niebyt przymilnie. Wypuszcza z nozdrzy rozdygotane powietrze i nim zdążę zapytać, czy da radę iść o własnych siłach, ten ucina niemrawo:
— To nie najlepsze miejsce na rozklejanie się. Chodźmy już, proszę.
Bez słowa ruszam szybkim truchtem za roztrzęsionym nieco towarzyszem. Coś czuję, że nie umiałby powstrzymać wrzasków bólu z podziurawionych na wylot mięśni, a wiem, że pocisk nie utknął w jego organizmie, więc jeśli za najlepszy wyznacznik szkód wyrządzonych psu uznać mogę jego ciche pojękiwania i grymasy, to zapewne kula tylko go drasnęła. Nie marnuję czasu i staram się lepiej ocenić jego stan zdrowia, ale blizny, brudne futro Klematisa i potencjalne plamy krwi zlewają się w jedno, kiedy biegnie.
— Hej, zwolniłbyś może! — wołam. Pies rzuca mi niepokojąco umęczone spojrzenie przez bark, jakby chciał dać mi po uszach za bezczelność, samemu będąc już jedną łapą w grobie. Mimo to nie oponuje i na szczęście przystaje, wzdychając po ciężkim, jak mniemam, wysiłku.
Okrążam Klematisa i wbijam spojrzenie w skołtuniony lewy bok, gdzie sierść nie lśni już ogniście, a jest ubłocona, pełna paprochów oraz, co mnie szczególnie martwi, nieco spalona. Zauważam wreszcie ranę po postrzale; wyróżnia się ona na tle starszej, paskudnej blizny, o którą lepiej psa nie pytać. Mrużę oczy na widok idealnie prostej linii, jaką kula wypaliła w skórze Klematisa, z najgłębszym i zarazem najobficiej (choć nie bardzo) krwawiącym punktem na udzie rozpoczynającym ślad, który ciągnie się przez cały bok i urywa płytko, na łopatce.
— To musi boleć — komentuję pod nosem, czym zaskarbiam sobie tylko wściekłe spojrzenie, ale ignoruję je ostentacyjnie, skoro mój przywódca zaciska zęby i nic nie mówi. I dobrze. Nie potrzeba mi czuć się jeszcze większym draniem niż obecnie. Nie mogę pozwolić sobie też na żadne odstresowujące docinki, bo widzę, że Klematis już się robi drażliwy, więc od tej pory będę potulny, jak mogę.
— Co każesz mi zrobić, przywódco? — Krzywię się na prześmiewczy wydźwięk własnych słów. To nie miało tak zabrzmieć. — Uch. Jeśli mogę w ogóle coś dla ciebie zrobić?
— Richie?
— Tak, przywódco?
— Wykąpałbyś się. Śmierdzisz szczurzymi bobkami. — Ach, to by się zgadzało, biorąc pod uwagę czas, jaki spędziłem w skrytce Dwunożnych. Widzę, że Klematis już mi tu odpływa, więc wykorzystuję to jako pretekst do pacnięcia go w łeb. Udaję skruszoną minę, gdy posyła mi zamglone, acz groźne spojrzenie.
— Dla ciebie chętnie, drogi przywódco, ale to chyba nie najlepsza pora.
Wnet oferuję rudzielcowi swój bark, by wesprzeć część jego masy od tej nieporanionej strony i patrzę na niego wyczekująco.
Zaczynam się obawiać, że Klematis nie wytrwa nawet połowy drogi do naszego cudacznego medyka, ale na lepszą pomoc liczyć nie możemy.
<Klematis?>
[837 słów: Richie otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia; Punkty Zdrowia Klematisa spadają do 22 (-78PZ)]
17 czerwca 2020
Od Richiego
Trochę inaczej wyobrażałem sobie początek tego miesiąca.
Co zazwyczaj robię w pierwsze dni miesiąca, zacznijmy od tego, jest sprawą ściśle tajną. Możliwe, że układam w głowie starannie kolejny plan sforsowania posiadłości Dwunożnych w poszukiwaniu jedzenia, w bardzo szczytnym celu zresztą, bo w imię mojej głodującej organizacji. Przynajmniej raz na tydzień trzeba ich wyżywić, wiadomo. Wracając do tematu: mało kto spoza mojego cudnego grona Bezgwiezdnych zdaje sobie sprawę z istnienia pewnego małego domku na obrzeżach miasta, gdzie, ku mojemu niezadowoleniu, wiecznie odbywają się spotkania Dwunożnej szczeniaterii, ale i tak zawsze warto się tam przypałętać, gdy przychodzi kolej na uzupełnienie zapasów.
Nieraz już wróciłem stamtąd ze świeżym kurczakiem, także i tego dnia rutynowo ominąłem Dwunożnych szerokim łukiem, aby przejść wreszcie do lepszej części zawodu wojownika (polowania). Jak zwykle przemknąłem przez podwórze nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na tycią pułapkę na lisy czy inne bobry, która nigdy niczego nie złapała, i przywarłem całym ciałem do ziemi, by móc wczołgać się w ciasną przestrzeń między gruntem a wbijającymi się w plecy deskami. Przeczekałem tak chwilę w cieniu kurnika zamyślony, aż nadarzyła się okazja na capnięcie pierwszego lepszego ptaka pod nieuważność właścicieli.
Wetknięcie łba przez mały otwór nie było trudne, oczywiście, bo daleko mi było do innych naturalnych drapieżników, przed którymi zabezpieczono kury budując im ten domek. Wyciągnąłem szyję, złapałem biedne zwierzę w szczęki i mocno ścisnąłem, w duchu współczując mu tak żałosnego losu.
Już chciałem się wycofać naprędce, gdy dotarły do mnie wrzaski i piski z zewnątrz, tak głośne, że aż zareagowałem lekkim podskokiem i rozluźniłem chwyt na zdobyczy w zaskoczeniu. Trup pomknął ku spanikowanym koleżankom, a ja przeklinając swoją nieudolność w myślach wykręciłem łeb i zaparłem się przednimi łapami, by wydostać z wnętrza kurnika, aż z impetem wylądowałem na zadzie. Rozejrzałem się dookoła i nim zdążyłem mrugnąć dostałem po łbie. Wcale przyjemnemu wrażeniu towarzyszyły równie bolesne, wysokie wrzaski, które zaczęły mieć triumfalny wydźwięk, co było już zwyczajnie... oburzające! Atakować tak znienacka. Hańba. Coś się we mnie zagotowało, i choć patrząc na to z perspektywy czasu przyznaję, że podjęty przeze mnie tok akcji był co najmniej durny, zamiast uciekać napiąłem mięśnie do wyskoku. Później była już tylko pogoń za babą i usilne próby wyszarpnięcia jej kija. Nastał chaos, a po nim nadeszła chwila na zdumienie, gdy grunt osunął mi się spod łap, a niebo zamknęło nade mną.
Ciemność, ciemność... Po upadku kilka trzeszczących pod moim ciężarem stopni w dół, wspinaczce po schodach z powrotem na górę i ciężkich wielominutowych próbach rozwarcia drzwi, przez których szparę ledwie wpadało światło, docieramy wreszcie do mojej obecnej sytuacji.
— Haloo? — mówię głośno, przytulając policzek do zimnych drzwi i po raz setny powtarzam, że potrzebuję pomocy. Czuję się przy tym niesamowicie żałośnie, bo odór śmierci i odchodów roznosi się po całej skrytce i wprost czuję, jak wsiąka w moją sierść. Z tego powodu polegać mogę tylko na swoich uszach, a słyszę okazjonalnie tylko szwargot tych drani, którzy mnie tu przetrzymują, więc sytuacja jest raczej niepokojąca. Zastanawiam się, czy to aby odpowiednia pora na dramatyzowanie i... Za późno, cholera. Oczami wyobraźni widzę już swoją przyszłość, a jest ona brudna i śmierdząca. Niemal porzucam już wszystkie swoje optymistyczne nadzieje na to, że ktoś się o mnie jednak zatroszczy, nim zginę marnie i przedwcześnie. Niemal.
— Do jasnej cholery, wypuśćcie mnie. — Chwila ciszy, a potem ciszej, rozpaczliwiej: — Będę płakać.
Co zazwyczaj robię w pierwsze dni miesiąca, zacznijmy od tego, jest sprawą ściśle tajną. Możliwe, że układam w głowie starannie kolejny plan sforsowania posiadłości Dwunożnych w poszukiwaniu jedzenia, w bardzo szczytnym celu zresztą, bo w imię mojej głodującej organizacji. Przynajmniej raz na tydzień trzeba ich wyżywić, wiadomo. Wracając do tematu: mało kto spoza mojego cudnego grona Bezgwiezdnych zdaje sobie sprawę z istnienia pewnego małego domku na obrzeżach miasta, gdzie, ku mojemu niezadowoleniu, wiecznie odbywają się spotkania Dwunożnej szczeniaterii, ale i tak zawsze warto się tam przypałętać, gdy przychodzi kolej na uzupełnienie zapasów.
Nieraz już wróciłem stamtąd ze świeżym kurczakiem, także i tego dnia rutynowo ominąłem Dwunożnych szerokim łukiem, aby przejść wreszcie do lepszej części zawodu wojownika (polowania). Jak zwykle przemknąłem przez podwórze nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na tycią pułapkę na lisy czy inne bobry, która nigdy niczego nie złapała, i przywarłem całym ciałem do ziemi, by móc wczołgać się w ciasną przestrzeń między gruntem a wbijającymi się w plecy deskami. Przeczekałem tak chwilę w cieniu kurnika zamyślony, aż nadarzyła się okazja na capnięcie pierwszego lepszego ptaka pod nieuważność właścicieli.
Wetknięcie łba przez mały otwór nie było trudne, oczywiście, bo daleko mi było do innych naturalnych drapieżników, przed którymi zabezpieczono kury budując im ten domek. Wyciągnąłem szyję, złapałem biedne zwierzę w szczęki i mocno ścisnąłem, w duchu współczując mu tak żałosnego losu.
Już chciałem się wycofać naprędce, gdy dotarły do mnie wrzaski i piski z zewnątrz, tak głośne, że aż zareagowałem lekkim podskokiem i rozluźniłem chwyt na zdobyczy w zaskoczeniu. Trup pomknął ku spanikowanym koleżankom, a ja przeklinając swoją nieudolność w myślach wykręciłem łeb i zaparłem się przednimi łapami, by wydostać z wnętrza kurnika, aż z impetem wylądowałem na zadzie. Rozejrzałem się dookoła i nim zdążyłem mrugnąć dostałem po łbie. Wcale przyjemnemu wrażeniu towarzyszyły równie bolesne, wysokie wrzaski, które zaczęły mieć triumfalny wydźwięk, co było już zwyczajnie... oburzające! Atakować tak znienacka. Hańba. Coś się we mnie zagotowało, i choć patrząc na to z perspektywy czasu przyznaję, że podjęty przeze mnie tok akcji był co najmniej durny, zamiast uciekać napiąłem mięśnie do wyskoku. Później była już tylko pogoń za babą i usilne próby wyszarpnięcia jej kija. Nastał chaos, a po nim nadeszła chwila na zdumienie, gdy grunt osunął mi się spod łap, a niebo zamknęło nade mną.
Ciemność, ciemność... Po upadku kilka trzeszczących pod moim ciężarem stopni w dół, wspinaczce po schodach z powrotem na górę i ciężkich wielominutowych próbach rozwarcia drzwi, przez których szparę ledwie wpadało światło, docieramy wreszcie do mojej obecnej sytuacji.
— Haloo? — mówię głośno, przytulając policzek do zimnych drzwi i po raz setny powtarzam, że potrzebuję pomocy. Czuję się przy tym niesamowicie żałośnie, bo odór śmierci i odchodów roznosi się po całej skrytce i wprost czuję, jak wsiąka w moją sierść. Z tego powodu polegać mogę tylko na swoich uszach, a słyszę okazjonalnie tylko szwargot tych drani, którzy mnie tu przetrzymują, więc sytuacja jest raczej niepokojąca. Zastanawiam się, czy to aby odpowiednia pora na dramatyzowanie i... Za późno, cholera. Oczami wyobraźni widzę już swoją przyszłość, a jest ona brudna i śmierdząca. Niemal porzucam już wszystkie swoje optymistyczne nadzieje na to, że ktoś się o mnie jednak zatroszczy, nim zginę marnie i przedwcześnie. Niemal.
— Do jasnej cholery, wypuśćcie mnie. — Chwila ciszy, a potem ciszej, rozpaczliwiej: — Będę płakać.
<Ktosiu?>
[544 słowa: Richie otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
"There is a crack in everything. That's how the light gets in."
Subskrybuj:
Posty (Atom)