Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgoczacy Nurt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazgoczacy Nurt. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2022

Od Jazgoczącego Nurtu CD Drżącego Szeptu

Jazgoczący starał się nie przejmować siostrą. Było to trudne, zwłaszcza że w jego głowie — cokolwiek nie zrobił, dokądkolwiek nie poszedł — huczała głośno i wyraźnie Dreszczka, mówiąca mu prosto w twarz obelgi, posyłająca mu krzywe spojrzenia, a nawet atakująca go. Nie potrafił wymazać tego z pamięci, chociaż bardzo chciał. Ilekroć widział Drżący Szept, był oderwany od rzeczywistości, sparaliżowany ze strachu, czuł się, jak gdyby wszystkie jego bolesne wspomnienia przykuwały go do ziemi i wysyłały mu setki sprzecznych rozkazów: ,,Uciekaj, ukryj się, walcz, bądź dzielny, zawołaj pomoc… porozmawiaj z nią’’. Próbował jej unikać, ale mieszkali w tym samym klanie, na tym samym terytorium. To nie było łatwe, a patrząc na to, że wykonywał również swoje obowiązki, niewykonalne. Każdy dzień był dla niego koszmarem, czuł się definicją porażki. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek na widok jej postaci poczuje się tak źle.
Było coraz gorzej. W dodatku Piaskowa Mara, ich siostra, opuściła Industrię i podbiła Flumine. Wieści, które dochodziły z nękanego przez nią klanu, nie były radosne. To mogło się zakończyć tylko jednym: jej śmiercią. Jazgoczącemu serce pękało, gdy myślał, iż Piasek stała się potworem i jako potwór umarła. Nie miał już sióstr, obie stały mu się obce. A dwójka braci oraz ojciec byli załamani. Potrzebowali jego pomocy. Szczególnie Promyczek. On sobie nie radzi — myślał Jazgoczący Nurt, wtedy jeszcze Łapa, obserwując zachowanie młodszego brata. — Biedny. Kochał Piasek najbardziej z nas wszystkich. Mimo że zarówno jego, jak i Promyczka trening dobiegał końca, Jazgotek obiecał bratu, że zaczeka na niego z mianowaniem. By razem mogli to przeżyć.
— Wiesz co, Jazgocząca Łapo… — wyszeptał do brata tak cichutko, zaraz po tym, jak dowiedział się, że on również stanie się za niedługo wojownikiem; w tamtym momencie to właśnie Jazgotek przeżywał podobne uczucia co on. Nie takie same. Nie miał z Piaskiem tyle wspomnień, ile Promyk. Ale wciąż był w podobnej sytuacji. To powodowało, że beżowy uczeń, czuł w sobie wręcz bolesną chęć wygadania się. Słowa same pchały się na jego język — tylko umysł był jakiś otępiały, z wielkim opóźnieniem przetrawiał wszystko. — Ja nie chcę być wojownikiem… Nie teraz… Myślałem, że… Och. Po prostu… Inaczej to sobie wyobrażałem, wiesz?... Ty pewnie też. Wszystko jest teraz tak… skomplikowane.
Jazgoczący popatrzył się na niego tak dziwnie, a jednocześnie tak pokrzepiająco, że Promiennemu łzy same napłynęły do oczu.
— Ty wiesz… — załkał cicho. — Co… Powinienem zrobić? Ja naprawdę myślałem, że Piasek jest dobra. A ona?... Biedna Piasek… Biedne Owcze Serce… Co one zrobiły…
— Porozmawiajmy z Rzepakową Gwiazdą. Ona zrozumie.
— I… Nie będę m-musiał zostawać teraz wojownikiem? Wiesz, ja naprawdę chcę nim być, tylko… Bardziej od tego pragnę trochę czasu… Po prostu… Aż ona nie wróci.
— Jasne. Jest kochaną liderką. — odszepnął trójkolorowy. — I ja też się wstrzymam z awansem. Najbardziej pragnę, by przejść mianowanie wraz z członkiem rodziny. Razem zostaniemy wojownikami. Jak będziesz gotowy — tutaj przerwał, jak gdyby bijąc się z własnymi myślami. I ostatecznie dodał, choć innym, obcym głosem: Poczekamy, aż Piaskowa Mara wróci. Wtedy zostaniemy wojownikami.
Lecz jego oczy mówiły co innego. Ona nie wróci — zdawały się krzyczeć, a jedynie miłość do brata i współczucie powstrzymały ten krzyk.
Jeszcze kilkanaście księżyców temu zakończenie treningu i otrzymanie wojowniczego imienia było dla niego najbardziej istotną na świecie sprawą. Ale wtedy rzeczywistość była inna. Spokojna. Bez problemów. Gdy teraz myślał o przeszłości, wspomnienia wydawały mu się bajką. Wątpił, by jego życie się ustabilizowało, chociaż bardzo tego pragnął.
Nawet nie zauważył, gdy sam zaczął zachowywać się jak jego rodzina; pogrążony w smutku, zamyślony, odłączony od rzeczywistości. Za cel postawił sobie jedynie pocieszanie bliskich, lecz przecenił swe możliwości.
Otrzymał pomoc ze strony osoby, po której najmniej się tego spodziewał.

***

Nie zauważył Dreszczki.
Zwykle to było trudne; jej białe futro rzucało się w oczy ze znacznej odległości. Jej zapach, śmierdzący i miły zarazem, jeśli można było to tak nazwać, był wyczuwalny w całym pomieszczeniu. Serce skakało mu jak na trampolinie, gdy zdawał sobie sprawę z jej obecności. Wracając z legowiska Promiennej Łapy, o dziwo, nie zarejestrował jej ślepi, które były wpatrzone prosto w niego.
— Jazgocząca Łapo? — jej głos zadudnił mu tuż przy uchu, na co zareagowała jego sierść, stając dęba. — Możemy porozmawiać?
O Gwiezdni. O Gwiezdni. Oczywiście, że nie — odpowiedziała zaraz jedna część Jazgotka, gdy ten podskoczył, przerażony błyskając oczami. — Mogłaś uprzedzić, że tu jesteś. Nie strasz mnie.
Lecz poczuł w głębi duszy jakąś nadzieję. Kruchą i małą, niczym kamyk, podskakujący przy każdym ruchu, uwierający i niewygodny. Jak ziarenko piasku, którego chciał się pozbyć, a nie potrafił go dostrzec. Nie chciał rozmawiać z Drżącą. Jeszcze nie.
Już układał w głowie odmowę, już otwierał pysk, już niemal odchodził, gdy postanowił unieść głowę. Popatrzeć Drżącemu Szeptu w oczy, jak za dawnych czasów.
Nie do końca wiedział, czego się spodziewać. Nie do końca wiedział, co chce w nich zobaczyć. Mimo tego, brak agresji w jej spojrzeniu, brak złośliwości, brak przewracania oczami, przymrużonych powiek — czysty, prosty wzrok, zaskoczył go. Pozytywnie.
Chwila zawahania z jego strony wystarczyła, by Dreszczka zabrała głos.
— Posłuchaj, Jazgocząca Łapo. Proszę.
Wziął urywany wdech. Bał się, co wojowniczka zaraz powie. Obawiał się tego strasznie. Lecz miał nadzieję… Wyczuwał jakąś szansę. Nie mógł tego zmarnować. Nie chciał tego zmarnować. Nie chciał się już męczyć. Może… Może coś się zmieni. Może.
,,Ale warto dać jej szansę’’ — pomyślał, przełykając ślinę. Odrzucił na tył głowy cichy, szepczący głosik: ,,Dawałeś jej wystarczająco dużo szans, nie bądź głupi. Jest niebezpieczna’’.
— Jestem zmęczona, Jazgoczący. Myślę, że dla własnego dobra powinniśmy przestać siebie unikać. Wiem, że zrobiłam źle, ale ty też nie jesteś święty — mruknęła, ale widząc, jak Jazgotek spina się, westchnęła. — W każdym razie chciałabym cię przeprosić. To nam nie pomaga. Piasek zaatakowała Flumine, a nasza rodzina powoli się rozsypuje. Powinniśmy coś z tym zrobić. Strasznie mi przykro, naprawdę. Pluję sobie w brodę, że wtedy nie mogłam opanować emocji. Wiem, że źle zrobiłam. Wybacz mi.
Słuchał jej w ciszy. Nie poruszył się, nie wydał żadnego odgłosu. Oddychał i słuchał, nie wierząc w to, co słyszy. Nie wierzył też do końca, by jej słowa oznaczały to, co powinny oznaczać.
Zmierzył ją niepewnym wzrokiem.
— No… Hm — burknął. Nie potrafił popatrzeć Drżącej w oczy. — Skoro… Skoro chcesz. W sensie… Myślę, że możemy spróbować. Mnie też to męczy. Chciałbym, żeby było tak, jak dawniej, Księżniczko — uśmiechnął się w nagłym przypływie pewności siebie.
W jednej chwili poczuł ciepło otaczającej go śnieżnobiałej sierści. Był zaskoczony, to oczywiste. Trochę zawstydzony. Ale było to przyjemne zaskoczenie. Czuł się, jak gdyby dostał prezent, którego pragnął od dawna — tyle że sam się do tego nie przyznawał.
Odwzajemnił uścisk, napotykając spojrzeniem jej błękitne oczy. Nie było w nich furii. Nie było agresji, która wyryła mu się w pamięci, zostawiając po sobie rany. Pierwszy raz dotarło do niego, że można te rany wyleczyć. A przynajmniej spróbować.
Drżący Szept, ta sama osoba, która zrzuciła na niego ten strach, zrobiła również pierwszy krok, by go przezwyciężyć. To dało mu motywację.
Nie minęło wiele czasu. Wydawało się, jakby minęły zaledwie godziny, jedynie minuty. Ani się nie obejrzał, a Promyczek również był gotowy. Oboje stali się wojownikami. Tak jak Jazgotkowi się wymarzyło — u boku brata, Promiennego Piasku. Z rodziną, która mu gratulowała.
I z siostrą, której dobrą stronę wreszcie zaczął poznawać. Dawniej myślał, że Drżący Szept takowej nie posiada. Teraz wiedział, że musiał jedynie zdobyć klucz. Wiedział, że nigdy by go nie odnalazł, nigdy nie przeżył tego momentu, w którym zaczął inaczej dostrzegać postać Dreszczki, gdyby nie wydarzenia, które go do niego doprowadziły. I gdyby nie fakt, że Drżący Szept sama postanowiła dostrzec, przeprosić, wysłuchać. Sama wręczyła mu ten klucz z własnej, nieprzymusowej woli.
Jak to mawiano — Errare humanum est — błądzić jest rzeczą ludzką. I nie tylko ludzką, bo również psią, jak się okazuje.
Pobłądził, wycierpiał się, lecz znalazł to, czego pragnął.
Odzyskał siostrę.
Koniec wątku Jazgotka i Dreszczki. Niech ich relacja już nigdy się nie pogorszy, amen.
[1261 słów: Jazgoczący Nurt otrzymuje 12 PD]

22 grudnia 2021

Od Jazgoczącej Łapy — "Puszka Pandory" cz. 2

Akcja dzieje się na przełomie wiosny i lata, w tym czasie, w którym odbywała się część pierwsza, kiedy Jazgotek miał ok. ośmiu księżyców.
Słońce, niedawno jeszcze ledwo wschodzące, teraz błyszczało wysoko na niebie; południe już niemal się kończyło, gorącymi promieniami prażąc wszystko, co zastało na swej drodze.
Jazgocząca Łapa wywalił język i, gdy tylko miał taką możliwość, wybierał zacienioną drogę, by jakkolwiek się schłodzić. Park majaczył daleko w oddali, rozmazany przez chmury spalin z potworów i gorąco wiszące w powietrzu, które, gdy nie przyglądałeś się czemuś dokładnie i w skupieniu, oszukiwało wzrok, zmieniając parę szczegółów czy kolorów. Tak też robiło i w tamtej chwili, wykrzywiając pnie drzew oraz dodając to czarną, to znów białą poświatę w polu widzenia psa, jak gdyby mocną, zbędną winietę.
Uczeń potrząsnął głową, przystając na chwilę. Zmrużył oczy, a otoczenie na powrót zaczęło wyglądać normalnie. Otworzył pysk jeszcze szerzej, przekładając wywalony język na drugą stronę pyska.
Trzykolorowy Płomienny rozglądnął się, szukając wzrokiem jakiejkolwiek kałuży, by tylko móc ugasić pragnienie; dokądkolwiek jednak nie spojrzał, widział jedynie popękaną ziemię, gdzieniegdzie porośniętą ostrą trawą. Parsknął, sapiąc głośno.
Zwolnił kroku, podchodząc do drogi grzmotu; po twardej, kruczoczarnej powierzchni z głośnym hukiem jeździły raz duże, raz małe potwory. Jazgoczący zadrżał, gdy wydawało mu się, że jeden z nich łypnął na niego kątem oka, wypluwając z siebie wyjątkowo głośny ryk; uczeń błyskawicznie odskoczył, znów czując pod łapami trawę.
Nabrał parę głębokich wdechów, z przerażeniem obserwując pędzące samochody; poczuł, jak jego serce bije coraz szybciej i szybciej.
Przekręcił głowę to w prawo, to w lewo, nerwowo zagryzając język. Gdy czerwony potwór minął go, uczeń bez wahania na drżących łapach rzucił się do biegu. Z determinacją wbił spojrzenie w park; jeżeli chciał wygrać z rodzeństwem, idąc po zapachu ojca szukając puszki, musiał przejść przez drogę. I, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział, pokonać wiele innych trudności.
Biegnąc czuł, jak asfalt drapie mu poduszki, nienawykłe do tak twardej powierzchni; wiatr, jeszcze niedawno spokojny, teraz bił go ze wszystkich stron. Zmrużył oczy i zacisnął zęby, w myślach wołając wszystkich Gwiezdnych i błagając ich, by dali mu żyć. Pęd potwora, który minął go o parę długości ogona, zmierzwił mu futro, powodując dreszcze na jego skórze; szczeknął cicho, wyciągając łapy jeszcze dalej przed siebie.
Przez myśl przemknęło mu, że już po wszystkim; z pewnością szczęśliwie uda mu się zeskoczyć na ziemię po drugiej stronie drogi. Już niemal czuł ulgę, a w łapach delikatnie mrowienie, które dodawało mu sił. Dobiegał już niemal do końca asfaltu.
Sorry, Jazgocząca Łapo, nie tym razem.
Poduszka jego przedniej kończyny natrafiła na drobny kamień, który wbił się w skórę; pies zapiszczał głośno, ze zdziwienia wywalając oczy.
Stracił równowagę, zataczając się w bok; gdy próbował się podeprzeć, stanął na podrażnionej łapie, powodując jeszcze mocniejsze wbicie się kamienia w poduszkę. Syknął przeraźliwie głośno, w ostatniej chwili zauważając pędzący wprost na niego samochód dwunożnych.
Piesek wlepił przerażony wzrok w potwora, a dwunóg siedzący w jego wnętrzu także go zauważył; trudno było stwierdzić, który z tej dwójki był bardziej spanikowany.
W akcie desperacji człowiek, czy też dwunożny — jak zwał, tak zwał — szarpnął mocno za kierownicę, usiłując wyminąć ucznia.
Potwór zapiszczał głośno, o kilka centymetrów mijając dygoczące, sparaliżowane ciałko Jazgotka.
O ile w pierwszej chwili na twarzy kierowcy auta wymalowała się ulga, po niedługim czasie na powrót zmieniła się w strach; dwunożny wjechał prosto pod samochód jadący z naprzeciwka. I chociaż dwunóg usiłował wyminąć innego kierowcę, manewr za drugim razem mu się nie udał, a samochody z impetem w siebie wjechały.
Jazgocząca Łapa na odgłos hamulców, a także zderzenia dwóch potworów podskoczył, jeżąc trzykolorową sierść. Zacisnął w panice powieki, a w uszach szumiała mu krew.
Gdy z powrotem otworzył oczy, ujrzał dwa zderzone ze sobą w kolizji potwory; jeden, ten, który nieomal go zmiażdżył, niebieski, a drugi mniejszy, szarawy.
Zadygotał, gdy dwunóg siedzący w srebrnym potworze otworzył drzwi, na drżących nogach wysiadając ze środka. Uczeń nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń; otrząsnął się z paraliżu i, kulejąc, pobiegł w stronę parku, starając się przemieszczać najszybciej, jak to możliwe; odprowadzały go wrzaski dwunogów. Biegł, chociaż coraz bardziej krzywo, to także szybciej i dynamiczniej; bał się spoglądnąć za siebie. Położył uszy płasko na głowie, ignorując kłucie i pulsowanie w łapie.
Na nowo przeżywał tamtą chwilę; maska samochodu tuż przy jego przerażonym pysku, śmierdzący odór spalenizny, twarz dwunoga, z początku zaskoczona, następnie pełna ulgi, a sekundę potem trwogi. Zamknął oczy i zaorał łapami, zmuszając te, by się zatrzymały.
Stał przez kilkanaście uderzeń serca w ciszy, zaciskając powieki i wbijając ciemne pazury w skamieniałą od gorąca ziemię. Myśli w jego głowie pędziły tak szybko, jak potwory, jeszcze parę chwil temu sapiące Jazgoczącemu na karku. Drgnął minimalnie.
Uczeń niepewnie, z przestrachem i kluchą w gardle, otworzył oczy, mrugając parokrotnie.
Gdy znów zobaczył znany mu krajobraz, uspokoił się na chwilę; serce podskoczyło mu dopiero wtedy, kiedy do jego uszu doleciał odległy, stłumiony jazgot dwunoga.
Z jednej strony strach wprawiał w drżenie jego pulsujące łapy, paraliżował myśli i przyśpieszał tętno; a jednak uczeń pragnął zrobić coś odważnego, złamać tą obawę, powąchać i poznać rozbite potwory, narazić się na wspaniałą, ryzykowną śmierć. Zyskać szacunek rodziców. I rodzeństwa. Przede wszystkim rodzeństwa.
Albo i nie.
Zyskać podziw Dreszczki; pokazać jej, że nie jest wcale najlepsza z nich wszystkich.
Potrząsnął głową, przeganiając z niej swoje myśli. Zmusił się do ruszenia swojego tyłka w jakieś bezpieczniejsze miejsce, a następnie wylizania swojej rany i kontynuowania podróży.
Szedł przed siebie z pewnym żalem, jednak nie pozwolił sobie na choćby jedno spojrzenie rzucone przez bark, z obawą, że zawróci na miejsce stłuczki, albo i pójdzie jeszcze dalej, w stronę magazynu. Ta cała zabawa — bo tak naprawdę atmosfera pomiędzy rywalizującym rodzeństwem była napięta, a każdy, chcąc nie chcąc, myślał tylko o sobie — to całe gówno coraz mniej mu się podobało.
Najpierw skłamał.
Potem oszukał brata.
Później prawie umarł na drodze grzmotu.
I skończył z dziurą w łapie.
Czy to ma sens? Czy opłacało się narazić swoje życie dla durnej puszki? — zadał sobie w myślach pytanie, po czym, bez wahania, ponieważ odpowiedź była już od dawna w jego głowie, mruknął pod nosem: — Nie.
Ale, ponieważ był wychowany, pilnował się z wulgaryzmami i przeklinał jedynie w myślach.
Kurwa.
Tym razem można mu było wybaczyć.
***
Jazgocząca Łapa doszedł do parku.
Po dokładnym wylizaniu poduszki, krótkim odpoczynku i przemyśleniu, czego on w końcu chce, podjął decyzję; zrobi to co planował, spierze tyłek Drżącej Łapie i zgarnie tytuł zwycięzcy. Proste? Proste.
Posmakował powietrza, próbując znaleźć zapach ojca wśród pomieszanych woni wiszących w powietrzu. Gdy w nos połaskotał go smakowity aromat myszy, poczuł ciążącą pustkę w brzuchu i usłyszał ciche burczenie.
Smak mięsa, które rzucili mu dwunożni, pozostał wspomnieniem, powodującym niekontrolowany ślinotok. Jego łapy instynktownie podążyły tropem zwierzyny, stąpając lekko i cicho, by nie nadepnąć na żadne śmieci czy gałązki, które zaalarmowałyby zwierzęta w najbliższej okolicy.
I wtedy zobaczył swoją ofiarę.
Mysz kręciła się to tu, to tam, popiskując cicho. Jej łysy ogonek poruszał się smętnie, powtarzając ruchy kościstego ciałka. Szarawa sierść była matowa, posiadała rozcięcia powstałe na wskutek ran.
Mimo, że głód wyostrzał jego zmysły, a on naprawdę się starał — podkradł się najciszej jak mógł, sprawdzał łapami podłoże, uważał, by nie zahaczyć o nic futrem — w chwili, gdy gotował się do skoku, wiatr zmienił kierunek.
Zwierzątko pisnęło, uciekając mu sprzed nosa. Uczeń Ognistego Maku warknął, z zawiedzeniem rozluźniając wcześniej spięte, gotowe do ataku mięśnie.
Zmrużył oczy, zezłoszczony uderzając ogonem na boki.
Marszcząc brwi, wpatrywał się przez kilka uderzeń serca w miejsce, w którym niedawno jeszcze była jego ofiara; po chwili jego oczy otworzyły się szerzej, gdy do nozdrzy doleciał zapach Pustynnego Wiatru.
Łapy go zaświerzbiły, a chociaż jedna z nich nadal delikatnie pulsowała, ruszył tropem ojca, lawirując pomiędzy wyschniętą roślinnością.
Drzewa szeleściły na lekkim wietrze, który chociaż trochę ochładzał sierść. Zadeptany trawnik mimo swoich zaschniętych łodyg jako tako łagodził starte na asfalcie poduszki. Byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie myśli Jazgoczącego, pełne chłodu i determinacji, pusty brzuch i skamieniały od suchości język.
Zapach miejscami słabł, by to tu, to tam znów wybuchnąć swą intensywnością; przeplatał się z niezliczonymi mysimi odchodami, kłakami sierści pieszczochów lecz i innej, pachnącej dzikością, wolnością i rodziną: złoto-czarnych aksamitnych włosów, będących kolejnym dowodem na niegdysiejszą obecność ojca w tym miejscu.
Uczeń, za każdym krokiem, każdą trzaskającą gałęzią pod łapami i złapaniem kątem oka obrazu kudłów Pustynnego na ziemi, czuł się coraz bardziej zmobilizowany. By wygrać, by wygrać. By tylko wygrać. Pragnienie i głód przestały być na tyle ważne, by w ogóle wziąć pod uwagę ból i pustkę, jakie odczuwał w żołądku czy pysku. Liczy się wygrana, prawda? Po to tu przyszedłem.
Marnowałem czas, w ogóle próbując łapać mysz.
Brzuch uczniaka zaburczał, wyraźnie się nie zgadzając z jego myślami; pies zacisnął zęby i przyspieszył, wybijając łapami wyraźny rytm.
Tylko słabi przerywają pracę. Nieważne, o co chodzi. Nie mogę przerwać pracy. Muszę iść do celu. Tak jak mówił ojciec.
Trzykolorowy pies ledwo mógł poruszyć skamieniałym językiem; chociaż jeszcze nie tak dawno na samą myśl o posiłku ślina spływała mu po wargach, teraz dokuczał mu jej brak. Niepewnie przejechał językiem po dziąsłach, poruszając nim w tę i we w tę. Jego pysk był ledwie wilgotny.
Jeszcze tylko parę kroków…
Dziesięć, dziewięć…
Osiem, siedem…
Sześć, pięć… Nie, zapach prowadzi dalej…
Gdzie jest ta puszka?...
Rozglądnął się po szybko po otoczeniu; z początku nie zarejestrował błysków wody w granicy pola widzenia, jednak, gdy znów przekręcił głowę w prawo, znieruchomiał.
Staw.
Zamrugał.
Nie wiedział, czy powinien zrobić przerwę; starał się upolować mysz — nie wyszło, zmarnował czas. Czy tak samo będzie z wodą?
Obrócił się w miejscu, zwracając pysk w kierunku, w który prowadził go zapach ojca. Prosto do wygranej; miał ją podaną jak na tacy.
Stał tak przez chwilę, sapiąc głośno; wbił spojrzenie w niebo, po czym, przekonany, że będzie tego żałował, puścił się pędem w stronę stawu.
Wysunął język, gdy łapy poczuły stwardniałe błoto. Wychłeptał kilka łyków; woda była ciepła, zmętniała, o smaku ziemi i glonów, ledwie gasząca pragnienie. Chociaż mokry piasek łaskotał go w gardło z każdym łykiem, uczeń czuł się tak dobrze, jak gdyby właśnie smakował najwspanialszego płynu na świecie.
Uniósł pysk znad tafli, oblizując nos z kropel brudnej wody. Przez sekundę jego myśli skupione były tylko i wyłącznie na uldze, jaką poczuł w tamtej chwili, jednak zaraz potem mózg przypomniał sobie o celu.
Poczuł ukłucie w sercu, przestraszony wracając na trop ojca.
Czy zmarnowałem za dużo czasu?
Odsunął od siebie nieprzyjemne przeczucie, że Drżąca Łapa i tak już wygrała. Nie ważne, czego by nie zrobił, nie ważne, jakby przyśpieszył, ona wygrała. I najpewniej teraz drzemała sobie w obozie, z błyszczącą puszką niedaleko łap oraz jeszcze mocniej błyszczącymi z dumy oczami Pustynnego utkwionymi w niej. W niej, nie w nim.
Głupota. Będę pierwszy. Szybszy. Najlepszy. Jak ojciec, jak Jazgot i jak Babcia.
Nikogo nie zawiodę. Wygram z Dreszczką, a potem zostanę wojownikiem i przywódcą. Będą dumni.
Przełknął ślinę, próbując wyłapać wszystkie pozostałe w jego pysku krople wody. Muszą mu wystarczyć do, prawdopodobnie, końca dnia.
Od kiedy myślę tylko o sobie? — pytanie zakiełkowało w jego głowie, zbyt odległe, obce i do końca jeszcze nie uformowane, a już przegonione. — Przecież jak Drżąca Łapa wygra, to będzie… fajnie! Będę się cieszył jej szczęściem!
Ha ha, na pewno. Czyżbyś jeszcze przed chwilą nie wątpił w swoją wygraną, Jazgocząca Łapo?
Uczeń wprawił łapy w ruch, a jego nos automatycznie rozróżniał woń Pustynnego spośród tylu zapachów wiszących w powietrzu, które zmieniały się nieustannie; to niektóre znikały, to znów dochodziły inne; wszystkie takie same, bo obce, a jednak zupełnie inne.
Trop bez wątpienia szedł dalej, w stronę targu. Szczeniak, zawiedziony i poddenerwowany westchnął; dotychczas był pewien, że puszka znajduje się w parku, że to w tym miejscu zakończy rywalizację. Minął ostatnie drzewa, wychodząc na chodnik biegnący wzdłuż ruchliwej drogi grzmotu.
Starał się nie patrzeć na mijające go potwory, skupiając się na celu. Uspokajał się w myślach za każdym razem, gdy mimowolnie podskakiwał na odgłos warkotu samochodu.
Dwunożni, których mijał, zdawali się w ogóle go nie zauważać; niektórzy niemal go zadeptywali, inni ślepo szli przed siebie, koncentrując się na kolorowych prostokątach trzymanych w dłoniach, z których biło nienaturalne, błękitne światło.
Jazgocząca Łapa zwinnie lawirował pomiędzy łysymi kreaturami, co jakiś czas niechcący muskając nogi dwunożnych; wtedy, przestraszony, zaczynał biec, nie oglądając się za siebie.
Niebo zasnuło się chmurami, dając miłą odmianę od gorąca, trawiącego ziemię przez cały dzień. Temperatury obniżały się wraz ze słońcem, będącym coraz niżej; do zachodu zostało zaledwie kilka, jednak bardzo drogocennych godzin.
Szeroka, czteropasmowa droga grzmotu wyrosła przed uczniem, niemal zwalając z łap swym odorem. Potwory śmigały po niej, ich silniki dymiły, ludzie siedzący w ich wnętrzu rozmawiali, czy nawet darli się na siebie nawzajem; część rozmawiała przez telefon, niektórzy rzucali zatroskane spojrzenie w stronę stojącego na chodniku Jazgoczącego, powoli i uważnie obok niego przejeżdżając.
Uczeń przeraził się, gdy po raz setny upewnił się, że zapach przecina drogę i nagle dotarło do niego, iż musi przez nią przejść; ogarnął jednak swoje cztery litery i niepewnie, z mocno bijącym sercem począł przypominać sobie wszystkie słowa o drogach grzmotu i potworach, jakie usłyszał w swoim życiu; czy to od Ognistego Maku, czy też od rodziców.
Gdy słup z błyszczącymi różnokolorowymi światłami zapalił się na czerwono, ku zdziwieniu Jazgotka wszystkie potwory się zatrzymały.
Spoglądając z nieufnością na najbliżej stojącego srebrnoszarego potwora, uczeń zszedł z chodnika, stojąc przez uderzenie serca nieruchomo na czarnej, asfaltowej nawierzchni. Odskoczył, obawiając się, że potwory nagle ruszą, rozjeżdżając go na miazgę. O dziwo monstra jednak nadal stały, więc, po krótkiej bitwie myśli, Jazgocząca Łapa przebiegł przez drogę.
Bał się, że znowu coś się stanie i skończy się to wypadkiem. Biegł więc szybko, starając się ignorować piekące go od nagrzanej drogi poduszki.
Skoczył na krawężnik po drugiej stronie, z triumfem wpatrując się w stojące potwory. Kłęby dymu z ich silników unosiły się, przez co pies kichnął dwa czy trzy razy, a potem, nie mogąc dłużej wdychać tego odoru, znalazł trop ojca i podążył za nim prosto na targ.
Było to dziwne miejsce, szczególnie dziwne dla ucznia, który pierwszy raz widział je na oczy.
Gwar rozmów i krzyków dwunożnych dzwonił w szczenięcych uszach, a apetyczne oraz obce zapachy zalewały mu nozdrza, powodując pulsowanie w głowie. Widział dwunożnych, którzy pakowali jedzenie do toreb, parę z nich głośno się kłóciło. Dzieci biegały, wskazując pulchnymi rączkami różne błyskotki.
Jazgocząca Łapa zebrał się w sobie i zanurzył w labirynt stoisk, dwunogów i przerażających, nieznanych mu rzeczy. Skakał, biegał, czasami kręcił się w kółko, warczał cicho, gdy niektórzy sprzedawcy grozili mu kopniakiem i wymachiwali rękoma, gdy za bardzo się zbliżył.
Czuł, że puszka była coraz bliżej. Zamerdał ogonem, a w jego głowie zaczęły majaczyć marzenia, jak to wymęczony, lecz dumny, położy się spać, Drżąca Łapa zacznie go szanować, a ojciec szczerze mu pogratuluje.
Nagle powietrze, jak piorun, przeszył znany mu zapach, którego tak bardzo nie chciał wyczuć.
Pies stanął w bezruchu, ogon mu oklapł. Jedynie nos poruszał się przerażająco szybko, nieustannie węsząc, a oczy mrugały zaskoczone. Z pewnością nie wyglądał inteligentnie.
Woń była mu aż nadto dobrze znana; była niczym kurz wiercący w nosie, natrętna i niechciana. Pachniała magazynem, brudem, lecz miała w sobie coś delikatnego, przyjemnego. To coś było jednak tak słabo wyczuwalne, otoczone tak wieloma paskudnymi zapachami, że zdawało się, iż to jedynie wyobraźnia podsuwa nieistniejącą tak naprawdę woń.
W skrócie, był to zapach Drżącej Łapy.
Zacisnął zęby, przygryzając język. Na sztywnych łapach, nerwowo, byle szybciej, byle szybciej, biegł przed siebie, podążając za tropem. Wymijał wielkie, tylne kończyny ludzi, płaczące małe dzieci, sprzedawców i ich stoiska, by nagle gwałtownie skręcić i, ku swojemu rozczarowaniu, zobaczyć szereg kolorowych koszów na śmieci, kilka rozsypanych wokoło rupieci, a za sobą nieliczne, rzednące już stoiska.
Postawił jeszcze parę kroków, podchodząc do rozwalonych po ziemi wielu puszek. Niektóre były srebrne, inne czerwone, część dość duża, pachnąca nawet znośnie, a druga część rozwalona i cuchnąca tak niebywale, że aż trudno było się nie skrzywić.
Jazgoczącego jednak bardziej niż smród śmieci martwił unoszący się wszędzie, wsiąkający w jego sierść, dość świeży zapach jego śnieżnobiałej siostry — Drżącej Łapy.
Obwąchał starannie piętrzące się wszędzie puszki, podskakując nieznacznie, ilekroć jakaś się poruszyła. Starał się wskazać właściwą, chociaż jedyne, co czuł, jedyne, co był w stanie rozpoznać, jedyne, na czym był się w stanie skupić to woń Dreszczki, jego rywalki. Jego siostry.
W końcu, po gonitwie myśli, z zaschniętą na wargach śliną, z drżącymi łapami, z wytrzeszczonymi oczami i z pełną skupienia miną schylił się, na chybił-trafił biorąc w zęby fioletową, brzęczącą, dość brudną puszkę.
W myślach pomodlił się po krótce do Gwiezdnych, błagając ich, by wybrał właściwego śmiecia. By Drżąca Łapa pomyliła się. By mu się wydawało, że jej zapach w ogóle się unosi. By zrezygnowała. Cokolwiek, co da mu zwycięstwo.
Teraz liczyło się to, by jak najszybciej wrócił do obozu. Poprawił puszkę, by ta lepiej leżała w jego pysku i skierował się w drogę powrotną. Serce, pełne zaniepokojenia, trzepotało w jego piersi. On sam próbował się jakoś pocieszyć, uspokoić, wyciszyć. Jednak cokolwiek nie wymamrotał, cokolwiek nie pomyślał, uczucie pozostawało, a nawet było na tyle bezczelne, że rosło, stawało się coraz bardziej nieznośne. Pociągało przy tym wiele innych emocji, które towarzyszyły temu zaniepokojeniu, podsycały je i uruchamiały szczenięcą wyobraźnię.
Chociaż Jazgocząca Łapa był mocno zamyślony, udało mu się dość szybko i bezproblemowo przejść przez Targ. Kilka dwunogów warknęło coś do niego, gdy niechcący musnął ich nogi sierścią, czy lekko uderzył ogonem. Również parę szczeniąt ludzi śmiało się, wskazując na trzykolorowego szczeniaka, który trzymał w zębach puszkę i dreptał pośpiesznie.
Przejście przez ulicę wyrwało go z zamyślenia, a cała jego uwaga została skupiona na wybraniu dogodnego momentu, by nie zostać rozjechanym na placek przez pędzące, mordercze potwory.
Mając w pamięci, że potwory zatrzymały się tamtym razem, gdy światło zapaliło się na zielono, uczeń poczekał, aż tak się stanie. Gdy i tym razem auta wyhamowały i grzecznie stanęły, Jazgotek nie mógł powstrzymać tryumfalnego uśmiechu; ta wyprawa, choć była długa i spowodowała u niego tysiące dylematów, czegoś go nauczyła. Postanowił zapamiętać ten fakt, z pewnością, że jeszcze kiedyś mu się przyda.
Słońce muskało niższe gałęzie drzew pomarańczowymi promykami. Park, który był już całkiem blisko Jazgoczącej Łapy, cały był skąpany w barwach zachodzącego słońca, a pnie drzew rosnących w nim rzucały czarne cienie, które niczym włócznie przecinały ciepłe, tańczące, upalne promienie. Staw znajdujący się w parku odbijał w wodzie niebo i przyciągał chmary meszek, komarów i innych krwiopijców.
Jazgoczącej Łapie zaczęło dokuczać zmęczenie. Dotychczas odzywało się okazjonalnie, gdy był spragniony czy podczas przebiegania jakiegoś krótszego kawałka drogi. Jednak trud całodniowej wędrówki wziął górę nad skąpą satysfakcją, zalaną zewsząd wątpliwościami nad słusznością wyboru tejże puszki, którą samiec trzymał w pysku, a jego łapy i umysł, jego całe szczenięce ciało, były obolałe, wymęczone i na skraju padnięcia.
Wyminął park, idąc niemalże polami należącymi do klanu Wietrznych — Ventusu. Miejscami nawet wchodził w ich oznaczenia zapachowe, cicho mając nadzieję, że żaden z wrogich wojowników nie jest teraz na patrolu, jak mu się wydawało, sądząc po zapachu; jednakże unoszące się w powietrzu setki nieznanych woni, których nie miał siły analizować, nie dawały mu stuprocentowej pewności.
Złote pola w świetle zachodzącego słońca wydawały się krwistoczerwone, a niebo nad nimi było niczym jedna wielka błękitna łąka, pełna fiołków, maków, słoneczników i Gwiezdni wiedzą jeszcze czego, ukazując wszystkie kolory, jakie tylko kiedykolwiek mogła dać. Uczeń jednak od niechcenia przyglądał się krajobrazowi, myślami będąc już w obozie.
Nagle skrzywił się, gdy wróciło do niego wspomnienie z poranka.
— Nie słuchasz mnie! — krzyknął z wyrzutem Pustynny Wiatr, marszcząc nos. Z westchnieniem pokręcił głową, wbijając pazury w rozmokłą ziemię i obdarzając Jazgotka zdenerwowanym spojrzeniem. — Wytłumaczę więc jeszcze raz.
— Każdy zrozumiał — mruknął Krucza Łapa, drapiąc się za uchem. Był wyraźnie niezadowolony, że będzie zmuszony słuchać poleceń ojca po raz drugi. — Dlaczego mamy ponosić karę za to, że Jazgotek miał cię w dupie, ojcze?
Jazgocząca Łapa zamyślił się, pozwalając, by jego łapy znacząco zwolniły. Był cały skąpany w pomarańczowym blasku, poprzecinanym gdzieniegdzie cieniami kłosów rosnących z dwie długości myszy od niego, na terytorium Ventusu; wyglądał jak Wietrzny, z niby-rudą sierścią i ciemnymi prążkami cieni.
Może rzeczywiście nie słuchałem wtedy ojca — przemknęło mu przez myśl. Przysiadł na chwilę. Łodygi pod wpływem delikatnego wicherku czesały mu sierść, podczas gdy on odpoczywał, rozmyślając. — Może coś źle zrozumiałem; może to przez moją nieuwagę.
W zamyśleniu położył puszkę na ziemi, przyglądając się jej ponownie.
Wyglądała podobnie, jeśliby nie tak samo, tak tą, którą trzymał ojciec rano. Była brudna i śmierdziała. To musi być ta.
Zaraz dotarło do niego, że wszystkie puszki, które widział w śmieciach na targu były brudne i śmierdziały. Zgarbił się, nieuważnie popychając rupieć pazurem; ten zabrzęczał, łagodnie, spokojnie tocząc się przed siebie.
Nagle do jego nozdrzy dotarł zapach obcych mu psów. Przerażony skoczył do puszki, próbując ją złapać zębami. Śmieć jednak zabrzęczał i potoczył się dalej, a ilekroć uczeń kłapał zębami, puszka utrudniała mu jego zamiary na wszystkie możliwe sposoby.
W końcu złapał ją w zęby, tak gwałtownie i szybko, że zabolała go żuchwa. Już miał puścić się pędem w stronę schroniska, a potem do magazynu, gdy ujrzał nieznane mu psy.
Zapach, który poczuł kilkanaście uderzeń serca wcześniej, jasno mówił mu, że nadchodzący obcy nie są z żadnego klanu, a tym bardziej Ventusu; Wietrzni pachnęli końmi, sianem i zbożami, lecz także pewną świeżością wiatru. Tymczasem ta woń była obrzydliwa — Jazgotek, wąchając ją, nie mógł nie pomyśleć o dwunożnych, pocie i gównie (a szczególnie o tym ostatnim).
I gdy tak stał z puszką w zębach, naprzeciw niego wyszła zgraja psich włóczęgów; cztery psy, w tym jedna suczka, o skołtunionej, śmierdzącej sierści i pożółkłych, wyszczerzonych zębach. Wszyscy z nich posiadali piwne, przekrwione oczy i sierść w kolorze brązu, bieli i różnych odcieni szarości. Dwa psy były brązowo-białe, jeden wyglądał jak mieszaniec owczarka niemieckiego, a ostatnia, suczka, cała była zanurzona w ciemnej, prawie że czarnej szarości.
— Ojojoj… — mruknęła, spoglądając na skulonego szczeniaka, kurczowo zaciskającego ząbki na puszce. Wykręciła głowę, po czym wyszczerzyła kły w sztucznym uśmiechu. — Co tutaj robisz, śmierdzielu?
Zarechotała, a w ślad za nią ryknęły pozostałe psy, przysuwając się bliżej Jazgoczącej Łapy.
Uczeń Płomiennych za wszelką cenę starał się nie pokazać, że jest bliski spanikowania. W miarę możliwości wyprostował się, chociaż widząc powątpiewające spojrzenia włóczęgów, na nowo się skulił, co wywołało w ich szeregach kolejną falę śmiechu.
— Widzicie? — mruknął brązowo-czarny, wilczurowaty samiec. — Mała buba zgrywa nieustraszonego bohatera. Nie zsikaj się ze strachu, bo może jeszcze zrobi mi się ciebie szkoda.
Psy wyszczerzyły się jeszcze mocniej, tym samym powodując, że serce Jazgotka zaczęło bić dwukrotnie, trzykrotnie, a może i nawet czterokrotnie szybciej. Uczeń cofnął się sparaliżowany i wielkimi ze strachu oczami obserwował nieznanych mu osobników.
— Jaki przerażony gówniarz… — wypluł z pogardą jeden z łaciatych psów. — Ej, co on trzyma w mordzie?
Włóczędzy nagle ożywili się, z dziwną, nową czujnością obserwując zaniepokojonego tym Jazgoczącą Łapę.
— Jestem klanowym psem… — zaczął trzykolorowy uczeń, próbując się jakoś obronić. Zaraz się zająknął.— Jeżeli…
Oczywiście jego słowa nie przyniosły żadnego efektu, oprócz wywołania kolejnej fali kpiącego rechotu.
— Kurdupel próbuje nam grozić — wymruczał owczarek, staczając się ze śmiechu. — Trzymajcie mnie…!
— Zamknij się — przerwał mu drugi brązowo-biały pies, dotychczas milczący. — Jak myślicie, smarkacz ma cos do jedzenia w tej puszce? — zwrócił się do pozostałych, starannie omijając wzrokiem wilczura. Tych dwóch się chyba nie lubiło.
Jeżeli Jazgocząca Łapa myślał, że ożywienie, które zapanowało w szeregach bezdomnych, było przerażająco widoczne, na wzmiankę o pożywieniu wszyscy wyglądali, jak gdyby oszaleli; zaczęli toczyć pianę z pyska, co niektórzy mamrotali coś pod nosem, a w oczach wszystkich pojawiły się niebezpieczne, obłąkańcze iskierki.
— Zabierzcie kaszojadowi zabawkę — zarządził łaciaty włóczęga, który jako pierwszy zauważył puszkę w zębach Jazgotka. Jego przekrwione ślepia paliły się żywym ogniem, a sterczące żebra poruszały się w rytm łapczywego, chorego oddechu.
Jazgotek jęknął w duchu, próbując uciec. Jego wysiłki jednak na niewiele się zdały, gdyż runęła na niego lawina czterech dorosłych, obłąkanych i zagłodzonych psów.
Poczuł, jak szczęki jednego z nich zaciskają mu się na ogonie, miażdżąc kość. Zawył zaskoczony, gdy przeszył go piorun bólu. Jego oczy pokryły się mgłą, łapy zaczęły dygotać, a sierść stanęła dęba.
W akcie paniki próbował się wycofać, ale włóczędzy otoczyli go z wszystkich stron. Chmura zagłodzonych psów z matową sierścią była nie do przebicia.
Tuż przed nim mignęła szara plama, a on niemal w tej samej sekundzie poczuł na pysku palące uderzenie łapą. Myślał, że pazury przecięły mu skórę, jednak, ku swojej uldze i zdziwieniu, nie poczuł zapachu krwi.
Z wrażenia, oraz pod wpływem uderzenia, wypadła mu puszka, którą kurczowo trzymał w pysku. Psy w jednej sekundzie zostawiły go, doskakując do brzęczącego śmiecia.
Triumf, który wstąpił na ich mordy długo się nie utrzymał; obwąchali puszkę, spróbowali wsadzić do niej pyski, a gdy zobaczyli, że nie znajduje się w niej żadne pożywienie, byłli mocno zawiedzeni.
— Pewnie gówniarz wszystko zeżarł — syknął wilczur, kręcąc swoją wielką, brązową głową z czarną maską.
Włóczędzy warknęli, wymamrotali jakieś groźby, łypiąc kątem oka na leżącego bezruchu, sparaliżowanego Jazgoczącą Łapę, wzięli w zęby puszkę i wyjąc, odbiegli w stronę centrum miasta; prawdopodobnie mieli nadzieję, że znajdą tam jakieś pożywne łupy.
Jazgotek leżał tak przez kilka minut, próbując uspokoić trzepoczące serce, które waliło o wiele mocniej, niż powinno. Sprawiało mu to niemal fizyczny ból, gdy czuł, jak wali w jego klatce piersiowej.
Zachodzące słońce rzucało na niego swoje ostatnie promienie, ustępując miejsca księżycowi i gwiazdom. Początkowo nic nie czuł, zbyt sparaliżowany nagłymi wydarzeniami. Potem, zdając sobie sprawę, że nie widzi już włóczęgów, jego myśli zaczęły pędzić.
Najpierw z gonitwy myśli wyłowił jedną, najkrótszą, najgłośniejszą: puszka.
Podniósł się gwałtownie, ignorując piekący ból w ogonie. Rozglądnął się przerażony i postawił pierwszy, niepewny, pełen bólu krok; ogon, dotychczas pomagający mu jako-tako utrzymać równowagę, jedyne, co robił, to bolał. Cholernie bolał.
Gdy już miał zamiar rzucić się w szale szukać zguby, jak przez mgłę przypomniał sobie, że włóczędzy odeszli, a jeden z nich trzymał ją w zębach, błyskając złośliwie oczami przez ramię.
Przegrana nie wywołała u niego takich emocji, jakich się spodziewał.
Był po prostu zawiedziony. Smutny. Nie czuł złości. Po prostu gorzki smak porażki.
Zatrzymał się na chwilę, zaciskając powieki. Wbił pazury w ziemię, próbując jakoś uprzątnąć myśli.
Po kilku długich uderzeniach serca otworzył oczy. Starał się nie rozpłakać; czuł się tak beznadziejnie, tak bolał go ogon, a przy tym oczami wyobraźni już widział rozczarowanie ojca i triumf Dreszczki, że czuł mdłości.
Ruszył wolnym truchtem w stronę, gdzie było już kilkanaście długości lisa od schroniska.
W jego głowie cały czas odtwarzana była walka, powodując zimne dreszcze chodzące po jego kręgosłupie i płaczliwe spojrzenia, które posyłał najbliższemu otoczeniu. Jego ogon pozostawał wykrzywiony w połowie, a chociaż Jazgocząca Łapa starał się jak mógł nim nie ruszać, czuł przeraźliwy ból.
Gwiazd na niebie było coraz więcej, zerwał się także chłodny, nocny wiatr. Trawa szeleściła pod łapami, ładnie zasłaniając chłodną ziemię. Potwory pędziły po drogach, a do uszu ucznia dochodziły nieustannie ich ryki.
Minął schronisko bez większego problemu. Okolica była spokojna, choć przesiąknięta zapachem strachu i niezliczonych psów. Na Jazgoczącym nie zrobiło to jednak większego wrażenia, bowiem był za bardzo pogrążony we własnych myślach, by zwracać uwagę na otoczenie, które, na jego szczęście, było ciche.
Wszystkie sytuacje z tego dnia wróciły do niego, a na myśl, że zwieńczeniem tych wszystkich trudów, które spotkał, nie była wygrana, lecz porażka, poczuł się jeszcze gorzej.
Gwiazdy migały, niebo stawało się z każdą chwilą coraz ciemniejsze. Sierp srebrnego księżyca dawał małe ilości światła, przysłonięty w większości gęstymi chmurami. Jazgocząca Łapa szedł po ciemku.
Piesek, niewiele myśląc, podszedł parę kroków do przodu, ignorując rozpalony piasek, który piekł go w poduszki; zanurzył łapy w sadzawce, z zaskoczeniem czując, że woda nie zdążyła się jeszcze porządnie nagrzać, i jedynie przy brzegu jest ciepła, a gdy szło się dalej, głębiej, stawała się przyjemnie chłodna.
Zadarł łebek ku niebu, zastanawiając się, czy obserwują go przodkowie. „Babuniu, czy widzisz mnie teraz z góry?”
Dopiero gdy zadał sobie to pytanie, dotarło do niego, że Malwowa jest mordercą. Nie jest wśród Gwiezdnych. Kisi się w jakichś zatęchłych ciemnościach z innymi wojownikami.
Nie, nie wojownikami. Mordercami.
Przeszedł do dreszcz, nagle żałując, że w ogóle wszedł do Płycizny. Cofnął się z niej, obrzydzony stanął na jej brzegu. Splunął w wodę.
"Jak mogliście nie przyjąć do siebie babci?"
"Przecież była dla nas dobra"
Wlepił rozdrażniony, ale i smutny wzrok w sadzawkę; przez myśl mu przemknęło, że Gwiezdni nie są niczemu winni, babcia sama zabijała inne psy. Napuszczała węże, otruwała, spiskowała, karmiła się przerażeniem. Poczuł odruch wymiotny i zakręciło mu się w głowie na samą myśl o śmierci.
Wzdrygnął się, przypominając sobie o Malwowym Ogonie. Czuł coraz większy smutek: z powodu porażki, z powodu babci, z powodu bólu ogona. Nie mógł nawet zliczyć tego, co mu się nie udało, tego, czego najbardziej nienawidzi w tym dniu. Przede wszystkim jednak wiedział, że nic nie może z tym zrobić. Okłamał brata. Włóczędzy zabrali mu puszkę, ot tak, dla zabawy, znęcania się nad szczeniakiem. Zmiażdżyli mu ogon. Przegrał, po prostu przegrał.
Minął znaczenia zapachowe Industrii, kierując się w stronę magazynu. Chociaż na co dzień, gdy wyczuwał znajomy, rodzinny zapach, czuł szczęście i spokój, w tamtej chwili zalała go fala wstydu i zażenowania. Czuł, jak ze stresu pobolewa go brzuch.
Gdy mijał drzewa i krzaki porastające gdzieniegdzie tereny Płomiennych, czuł dreszcze strachu przebiegające mu po plecach. Nocą wszystko wyglądało inaczej, bardziej obco, a Jazgocząca Łapa, gdy patrzył na otoczenie, czasem dopiero po paru dłuższych chwilach zdawał sobie sprawę, gdzie w ogóle jest i co widzi.
Magazyn zapraszał go swoim ciepłem i lawiną znajomych zapachów. Jazgotek ze znużeniem stawiał krok za krokiem, smakując powietrza. Wszedł do obozu, kierując się w stronę legowiska uczniów.
Liczył, że uda mu się bezszelestnie zniknąć w swoim posłaniu, przemyśleć wszystko, zapłakać i w końcu zasnąć, gdy usłyszał stłumione głosy Pustynnego Wiatru, Fenkułowej Plamki, Kruczej, Drżącej, Promiennej i Piaskowej Łapy.
— Pustynny Wietrze, nie panikuj. Spokojnie — rozpoznał głos Fenkułowej, która widocznie uspokajała czarno-złotego wojownika. — Jazgotek umie o siebie zadbać. Ja w jego wieku znikałam czasami nawet na dłużej; nie było mnie z dwa dni i to była normalka.
Piesek zatrzymał się i zastrzygł uszami, a z powodu gwałtownego ruchu znów zapiekł go ogon. Pisnął, a rozmowy umilkły; rodzina go usłyszała.
Zdążył podkulić ogon, przez który ponownie przeszedł mu piorun bólu, zacisnąć zęby oraz opanować przerażone, pędzące serce, zanim nie stanął pysk w pysk z osłupiałym Pustynnym i resztą znanych mu psów, wpatrzonych w niego zaskoczonymi oczami.
Położył po sobie uszy, gdy zobaczył, jak jego ojciec otwiera pysk i zaczyna mówić.
— Jazgocząca Łapo! — zakrzyknął. — Na Gwiezdnych, co ty robiłeś? Tyle czasu szukałeś tej cholernej puszki? I… Najświętsze Coelum! Co ci się stało z ogonem?
Trzykolorowy pies nie zdążył odpowiedzieć, gdy głos zabrał, niestety, Krucza Łapa.
— Wiesz, tato — zaczął, złośliwie patrząc na Jazgotka, który, pod wpływem nagłych wyrzutów sumienia i smutku z powodu porażki, skulił się. — Nic dziwnego, że tyle mu zeszło z tym wszystkim, skoro zamiast wykonywać twoje polecenia, wprowadzał mnie w błąd. Okłamał mnie. Zaprowadził mnie na złe miejsce, mówiąc, że to tam właśnie jest nasz cel. Potem uciekł, nie przyznając się do winy.
Na te słowa zapanowała grobowa cisza. Jazgoczący czuł palące go spojrzenia brązowych i niebieskich oczu, pełne bezkresnego zdziwienia.
To był początek długiej, i, dla niego, bardzo ciężkiej rozmowy. Jazgotek na zawsze zmienił spojrzenie na rodzinę, własne wady, pomysły ojca i nienawiść jego brata, Kruczego. Przede wszystkim jednak w pamięć zapadł mu pusty tryumf Dreszczki, który najbardziej go zabolał.
***
Jazgocząca Łapa zwinął się w kłębek pozwalając, by głęboka ciemność legowiska uczniów ciasno go oplotła.
Czuł się beznadziejnie, a jedyne, o czym myślał, to to, że chce zasnąć. Ogon, wysmarowany maściami przez Szarą Skałę i usztywniony przywiązanym do niego patykiem, wyglądał niezbyt dobrze. I prawdopodobnie już zawsze nie będzie zbyt piękny, bowiem, jak medyk mu przekazał, wątpliwe, by się prosto zrósł, wracając do stanu sprzed złamaniem. Pomiędzy zębami nadal miał resztki ziół, które dodałyby mu sił i złagodziły ból przemęczonych łap.
Zamknął wilgotne ślepia i chociaż myślał, że pełen emocji dzień nie da mu zmrużyć oczu, a uczucia i wspomnienia będą go zalewały przez całą noc, zmęczenie okazało się silniejsze; po kilkunastu uderzeniach serca wszystko wokół niego stało się jednolicie czarne.
Nagle otoczenie wokół niego zaczęło się rozjaśniać; pies powoli otworzył zmęczone, brązowe oczy, gdy promyk światła przebijający się przez zielone gałęzie iglastych drzew zatańczył na jego powiekach.
Dostrzegł spokojny iglasty las, o silnych, młodych drzewach i chłodnym wietrzyku, który hulał w gałęziach. Wieczorne niebo upstrzone było tysiącami gwiazd i srebrzącym się w pełni księżycem. Słyszał ciche piski zwierzyny, a wśród rozsypanych na ziemi igieł widział kilka rosnących ziół, o słodkim zapachu.
Jazgocząca Łapa, zdziwiony i przestraszony zarazem, rozglądnął się po otoczeniu, po czym zaczął uważnie nasłuchiwać; wydawało mu się, że słyszy czyjeś kroki, delikatnie stąpające po miękkim podłożu. Zdezorientowany, okręcił się wokół własnej osi, a gdy po paru sekundach zatrzymał się, wytrzeszczył oczy; stał w oko w oko z Malwowym Ogonem.
Czuł na pysku jej gorący oddech oraz lodowoniebieskie, intensywne oczy.
— Cześć, babciu! — wrzasnął kilkuksiężycowy psiak, wpadając na drzemiącą suczkę. Starsza uniosła pysk oszroniony siwizną i, z nieodgadnioną, trudną do rozszyfrowania miną, patrzyła na jednego z ulubionych wnucząt.
— Czego chce-
Jazgotek zamerdał ogonem, patrząc się wielkimi oczami na wilczą, czarno-białą babcię.
— Babciu, babciu, znasz jakieś dobre kryjówki? Potrzebuję, już, teraz. To jest bardzo pilne.
Malwowa zamyśliła się na chwilę, wbijając oczy w błękitne niebo; był wyjątkowo piękny dzień, a po nieboskłonie płynęło zaledwie parę chmurek.
— Znam jedno takie miejsce — oznajmiła jak gdyby od niechcenia. Rozglądnęła się jednak przy tym, a w jej oczach pojawił się nieznany Jazgotkowi błysk. — A do czego jest ci potrzebna? Bawisz się z Piaskiem?
Należy zaznaczyć, że tuż po Jazgotku Malwowa najbardziej uwielbiała rudą, niebieskooką wnuczkę; dlatego też z góry stwierdziła, że piesek najpewniej bawi się ze suczką. No bo z kim innym?
— A tak, bawię się z Piaskiem, ale też z Promyczkiem — powiedział dobrodusznie i wiercąc się, jak gdyby miał owsiki. — W chowanego! Promyczek liczy i boję się, że przegram.
Milfowa uśmiechnęła się typowym dla niej uśmieszkiem, który nadawał jej pysku młodego wyrazu, lecz również budzący pewne przerażające ukłucia w brzuchu.
Miała się właśnie odezwać, już wstawała, już się podnosiła, gdy zza rogu magazynu wybiegł Promyczek.
— Jazgotek! Jazgotek! Mam cię! Widzę cię! — wyszczekał z entuzjazmem, merdając ogonkiem; zaraz potem, gdy dostrzegł rozczarowanie malujące się na pysku trzykolorowego.
Malwowy Ogon wyglądała, jakby chciała nakrzyczeć na Promyczka; zamiast tego nachyliła się nad Jazgotkiem i wyszeptała mu do ucha: "następnym razem wygrasz".
To zdanie zapadło mu w pamięć na znacznie dłużej, niż zakładał.
— Witaj, wnuczku — mruknęła, nie spuszczając z niego wzroku. — Nie przyszłam do ciebie bez powodu, Jazgocząca Łapo.
Trzykolorowy przełknął głośno ślinę. W jego głowie wirowały słowa: babcia, morderczyni, babcia, morder-
Babcia.
Przytulił się w jej gęste futro i stał tak przez dłuższą chwilę, wylewając z siebie wszystkie złe słowa, które chciał tyle razy wymówić tego dnia; gdy włóczędzy rozgryźli mu ogon, gdy Drżąca Łapa chwaliła się swoim zwycięstwem, gdy… w zasadzie praktycznie cały czas; za dużo się działo dla ośmioksiężycowego kurdupla.
— Następnym razem im pokażesz — wycedziła przez zęby. — Wygrasz.
Jazgotek uśmiechnął się ciepło.
— Tęskniłem za tobą, babciu. Szkoda, że Gwiezdni nie przyjęlicię do ciebie.
Malwowa przez ułamek sekundy wyglądała na zmieszaną, jak gdyby zastanawiała się, co ma na to odpowiedzieć.
— Przyjęli mnie. Dlaczego mieliby mnie nie przyjąć? — zaśmiała się. — Nie mów, że myślałeś, że zrobiłam takie złe rzeczy. Nie mów, że uwierzyłeś tym skurwy- mysim móżdżkom.
Na to wyraźnie zmieszał się Jazgocząca Łapa. Nie miał jednak siły zbyt zastanawiać się nad prawidłową wersją wydarzeń, tylko, zmęczony całym dniem i lekko obrażony na rodzinę, załapał wersję babci.
— Cóż… Nie byłem pewien — wymamrotał.
— Wracając do tematu. — W oku Malwowej znów pojawił się błysk, za którym tak bardzo Jazgocząca Łapa tęsknił. Kojarzył mu się z pozytywnymi wspomnieniami, z rodziną, babcią. — Chcę twojego szczęścia. Drżąca Łapa nie zasługiwała na to zwycięstwo, czyż nie? Jazgotek w ciszy pokiwał głową, chłonąc słowa dawnej wojowniczki.
— Stać się na dużo. Masz talent. Jednak nawet największy talent trzeba rozwijać. Nie możesz się zmarnować. Masz młodego, niedoświadczonego mentora, który był wytrenowany przez Fenkułową Plamkę. Tak, tak, niby moja córka, ale powiem ci, że walczyć to ona nie umie…
Coś zaczynało śmierdzieć Jazgoczącej Łapie, tak więc lekko spiął się, a oczy zabłyszczały mu ze strachu, serce mocniej zabiło.
— …Chcę cię trenować. Być twoją mentorką. Chyba mi tego nie odmówisz? Chyba nie zaprzepaścisz tej szansy?
Uczeń nabrał głęboko powietrza i wysilił wszystkie szare komórki.
— Ależ babciu! Jesteś starsza! Czy nie uważasz, że trenowanie kogoś jest… wymagające?
Uśmiech Malwowej prysł, a suka przybrała pokerową minę.
— Nie zapominaj, że jesteśmy w Coelum. Tutaj czas nie stoi nikomu na przeszkodzie — szczenięta mają mądrość, starsi siłę. Zresztą, ja zawsze ją miałam, czyż nie? Wyobraź sobie więc, jaka silna jestem teraz. Jaki silny będziesz ty.
Nachyliła się nad nim, ale Jazgotek czuł presję. Jej emocje, jej poirytowanie, ciężar, który spadł na jego zmęczone barki.
Dodatkowo kątem oka załapał jakieś dziwne ruchy, ciemne sylwetki psów lawirujące pomiędzy drzewami. Jak na potwierdzenie jego obaw światło gwiazd zmalało, a w lesie zapanował półmrok. Błękitne oczy Milfowej zamigotały.
— Więc… Jaka jest twoja odpowiedź?
Babcia, morderczyni, babcia, morder-
Morderczyni.
— Zostaw mnie w spokoju — warknął, odskakując od niej. — To nie jest Coelum. Śmierdzisz złem. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Malwowa nie odpowiedziała. Ciemność była coraz gęstsza. Zarzucał głową, wbijał pazury w ziemię, próbując się obudzić. Cokolwiek, byleby się wydostać z tego snu.
Obudził się, biorąc łapczywy oddech. Ogon zapiekł go jeszcze mocniej, przeszywając błyskawicą bólu jego ciało. Leżał sparaliżowany, patrząc się w na połamaną część ciała zamglonymi oczami.
Babcia zostawiła mu piękną pamiątkę.
Ogon był postrzępiony, rozerwany do połowy, oblepiony świeżą krwią i wyrwaną, biało-czarną sierścią.
[6130 słów: Jazgocząca Łapa otrzymuje 60 Punktów Doświadczenia i 8 Punktów Treningu]

11 listopada 2021

Od Jazgoczącej Łapy CD Drżącej Łapy

 
 Akcja dzieje się nie-wiadomo-jak-dawno, gdy jeszcze panowała susza, to jest: latem.

Jazgocząca Łapa oblizał się łakomie, czując w brzuchu wiercącą pustkę. Stos zwierzyny był przerażająco mały; w rogu pokoju, w cieniu jakiś starych przedmiotów dwunożnych, leżał malutki drozd, dwie stare myszy i nornica przyniesiona przed chwilą z polowania Pustynnego Wiatru. 
— Ile psów było z tobą na polowaniu? — odezwał się, próbując nie łypać tęsknym wzrokiem w stronę upolowanych zwierząt.
Drżąca Łapa skrzywiła się, nie wiadomo czy na wspomnienie łowów, czy też na głos swojego brata.
— Promienna Łapa, Różany Płatek, Iskrzący Płomień i Pustynny Wiatr — wyliczyła. — Razem ze mną piątka.
Jazgotkowi opadły uszy, bowiem zdał sobie sprawę, że jeśli sam niczego nie upoluje, może pożegnać się z obiadem, a może i nawet kolacją. Utkwił błagalne spojrzenie w brudny sufit, bezgłośnie modląc się do przodków. ,,Ile jeszcze ta susza będzie trwać? Kiedy spadnie deszcz?'' Drżąca prychnęła pod nosem, gotowa odpuścić sobie posiłek i odejść do legowiska.
Gdy śnieżnobiała Księżniczka zaczęła się oddalać, uczniowi zaświtał w głowie pewien pomysł.
— Dresz… — w porę przypomniał sobie, jak bardzo jego siostra nienawidzi, gdy ktoś mówi do niej szczenięcym imieniem. — Drżąca Łapo, chciałabyś pójść ze mną na polowanie?
Widział wahanie w oczach siostry i, co najważniejsze, zmęczenie i rezygnację. Wiedział, że uczennica co dopiero wróciła z treningu z ojcem, bez żadnej zdobyczy. Znał jednak jej ambicje, był pewien, że siostra będzie chciała wybrać się jeszcze raz. Poza tym sam planował złapać dla siebie i klanu jakąś zwierzynę, a wolał już towarzystwo siostry niż samotność (dodatkowo w sercu tliła mu się cicha nadzieja, że uda im się poprawić kiedyś swoje relacje).
— Nie. Jestem zmęczona.
Poczuł na sercu lodowate pazury, patrząc w błękitne oczy swojej siostry. Nie odezwał się. Dreszczka nawet nie próbowała unikać jego wzroku. Po paru uderzeniach serca Jazgoczący odwrócił się bez słowa i wyszedł z obozu.
Ostre, pożółkłe od panującej suszy trawy uginały się pod jego łapami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, posyłając w taniec promienie, by te refleksami migotały na trzykolorowej sierści młodego psa. 
Jazgocząca Łapa włóczył się po okolicy, smakując na każdym kroku powietrza; jednak wszędzie, gdzie postawił krok, nie mógł wyczuć żadnego, nawet najmniejszego zapachu zwierzyny.
Zniechęcony zatrzymał się w pół kroku, gotowy zawrócić.
Nagle do jego nozdrzy doleciał zapach siostry; pies uniósł uszy i ogon, łapczywie wciągając powietrze w poszukiwaniu kolejnych informacji. Drżąca bez dwóch zdań była z ojcem. Czy Pustynny znowu o coś ją poprosił? Albo usłyszał jego propozycję i kazał Księżniczce pójść za nim, by dołączyła do niego na polowaniu?
Zaintrygowany, podążył za unoszącą się znaną mu wonią. Nawet gdy po chwili marszu wyczuł dość świeży trop ryjówki, z żalem zignorował go. Gnany ciekawością, nie myślał o opłakanym stanie stosu zwierzyny, swoim pustym brzuchu i głodnych pobratymcach. Zapach rodziny prowadził go dalej i dalej, w głąb terenu Płomiennych; czy Dreszczka i Pustynny go nie wyczuli? Jedyne, co chciał, to znaleźć siostrę i ojca; może razem zapolują? I… Zaraz, do cholery jasnej, dlaczego nie idą w jego stronę, tylko się oddalają?
Przyśpieszył, zaniepokojony zdając sobie sprawę, że jego siostra i ojciec cały czas się przemieszczają; inaczej już dawno by ich dogonił.
Po jakimś czasie usłyszał ich ciche kroki, a woń była wyraźniejsza. Tłumiąc w sobie wyrzuty sumienia, śledził ich przez jakiś czas, robiąc sobie z wyprawy siostry i ojca, a zarazem mentora Drżącej, zabawę i sposób na trening.
Wyostrzył wszystkie zmysły, skupiając się na tym, by gałęzie nie zaszeleściły, suche trawy nie zatrzeszczały i w razie potrzeby szybko wyczuć, gdyby wiatr nagle zmienił kierunek. Pogratulował sobie w myślach wspaniałego pomysłu, by wykorzystać tę okoliczność na trening; przy tym nieźle się bawił, czując się jak prawdziwy, doświadczony wojownik, tropiący zdrajców klanu.
Zachowywał się jak szczenię, ale w gruncie rzeczy nim był. 
Nagle Pustynny Wiatr i Drżąca Łapa zatrzymali się przy wielkim drzewie, a Jazgoczący przykucnął w krzakach niedaleko, zza zielonych liści obserwując roziskrzonymi oczami swoją siostrę i jej trening.
— Serio, Pustynny? — burknęła, wbijając wzrok w drzewo. — Niedawno zabrałeś mnie na polowanie. Nie uważasz, że-
Złoto-czarny wojownik pokręcił głową tak gwałtownie, że Jazgotka, gdy ten na to patrzył, aż wzdrygnęło.
— Drżąca Łapo — westchnął. — Odmówiłaś wspólnego treningu z twoim bratem, musiałem zareagować! Z jednej strony mówisz mi, że chcesz zostać wojowniczką, z drugiej zaprzepaszczasz okazję, kiedy masz szansę poćwiczyć! Też jestem zmęczony, a nie narzekam.
Jazgotek poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła z zażenowania, gdy usłyszał słowa swego rodziciela. Drżąca Łapa milczała, zagryzając wargę i wgapiając się z pokerową twarzą w swojego mentora.
— Rozumiem.
Tymczasem w głowie Jazgoczącego kłębiło się tysiące myśli. Głupio mu było już przez taki czas się ukrywać, szczególnie że podsłuchał rozmowę jego siostry. Wyczuł, że jego durna zabawa powinna się już skończyć; początkowo chciał się wycofać i wrócić do polowania, ale bał się, że Pustynny go zauważy, a to, cóż, byłoby na pewno krępujące, a nawet i żenujące.
— Pustynny Wietrze? Drżąca? — Z szybko bijącym sercem wyszedł z zarośli. Poczuł, jak w jednej chwili dwie pary oczu się w niego wwiercają, obie tak samo zaskoczone. — Co wy tu robicie? 
Pustynny Wiatr zakrył swoje zdziwienie i dezorientację sztucznym uśmiechem.
— O, Jazgocząca Łapo, wspaniale, że tu jesteś! — wykrzyknął. — Twojej siostrze słabo idzie wspinaczka. Poćwiczy trochę. Może do niej dołączysz?
Jazgocząca Łapa, pod wpływem nagłej paniki, wrósł w ziemię. Powoli podążył spojrzeniem za wzrokiem Pustynnego, który, najpierw patrząc na swojego syna, wyraził szczególne zainteresowanie najbliższym, największym i prawdopodobnie najstarszym dębem w okolicy — dziwne, że jeszcze dwunożni nie rozdrobnili tego drzewa na kawałeczki.
— Na pewno się na to wespniecie. Ja w waszym wieku dawałem radę na dwa razy większe. — Pustynny Wiatr wysuszył ząbki, czekając na reakcję swoich dzieci.

<Drżąca Łapo?>
[904 słowa: Jazgocząca Łapa otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

4 września 2021

Od Jazgoczącej Łapy — drabble ,,Dom jest tam, gdzie jest rodzina"

Okrągły księżyc srebrzył się na niebie. Otoczenie, w dzień rozbrzmiewające głosami Płomiennych, zanurzone było w ciemności, gdzieniegdzie rozjaśnionej nocnym blaskiem.
Z cienia wynurzyły się sylwetki: śnieżnobiała, kruczoczarna, dwie piaskowe; jedna beżowa, druga rdzawa. A także ostatnia, o sierści we wszystkich tych barwach.
Wiatr zmierzwił futra, rozpraszając padające na nie księżycowe światło; promyczki zadrżały, tańcząc we sierści.
Psy stały w szeregu, milcząc. Nikt nie zabierał głosu. Zapach rodziny wisiał w powietrzu, a bliskość dawała szczeniętom spokój oraz poczucie bezpieczeństwa.
Początkowo ich życie układało się tak dobrze; nie ważne, gdzie byli; jeżeli razem — szczęśliwi. 
Rodzeństwo nawet nie drgnęło, wpatrzone w spadające gwiazdy.

[100 słów: Jazgocząca Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenie]

31 sierpnia 2021

Od Jazgotka (Jazgoczącej Łapy) CD Jazgotu


Oczy Jazgotka rozszerzyły się, a ogon zamerdał, ubijając biały piach.
Czy przypadkiem się nie przesłyszał? Poruszył uszami, wywalając język. Nie, chyba nie. Czyli że to jest Jazgot? TEN Jazgot?
Przyglądnął się Bezgwiezdnemu, raz za razem mrużąc oczy, to znowu je szeroko otwierając. Mimo średnich, jeśliby nie małych rozmiarów, wojownik wyglądał bardzo dobrze; błyszczące futro, upstrzone plamkami, silne mięśnie oraz zdrowe kończyny, świadczące o zwinności, zręczności i niebywałej sile. Jazgotek był pod wrażeniem, skacząc wzrokiem po otoczeniu, by za chwilę znów utkwić spojrzenie w imiennika.
— TY JESTEŚ JAZGOT? — szczeknął, znacznie głośniej, niż myślał. Bezgwiezdny wyglądał na zbitego z tropu, a kilka dwunogów na plaży zachichotało, sypiąc piasek w powietrze. — BABUNIA MI O TOBIE OPOWIADAŁA, WIESZ?
Wojownik zamrugał oczami, łącząc fakty. Piesek, zbyt podekscytowany, zakręcił się w miejscu, nie nadążając za swoimi myślami.
— MUSISZ BYĆ ŚWIETNYM WOJOWNIKIEM! — krzyknął z entuzjazmem. Nie pamiętał, kiedy ostatnio się tak nakręcił. — BABCIA MÓWIŁA, ŻE WYGRAŁEŚ Z NIĄ KŁÓTNIĘ! TO PRAWDA?
Jazgot podążał wzrokiem za szczeniakiem, który podskakiwał w miejscu; po chwili kaszojad otrząsnął się mocno, starając się uspokoić. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, w szybkim oddechu. Brązowe, dziecięce oczy błyszczały, utkwione w te dorosłe, krwistoczerwone.
— Twoja babcia to... Malwowy Ogon? — zadał pytanie Jazgot, przyglądając się uważnie szczeniakowi. Nie wiadomo, co mu właśnie chodziło po głowie, jednak szczenię posłało mu przepraszający uśmiech. Tak na wszelki wypadek.
— Tak, tak, oczywiście. — Potaknął głową, starając się przybrać spokojny ton. 
W rzeczywistości nie było to łatwe, bo w środku Jazgotek nadal był cholernie podekscytowany. Bezgwiezdny odchrząknął, jak gdyby nie pewien, jak ma na to zareagować, czy nadal po części będąc myślami we wspomnieniach; a może i to, i to. Szczeniak, nadal cały czas waląc ogonem na boki, przystąpił z łapy na łapę, podchodząc jeszcze bliżej do morza; zmusił się do oderwania wzroku od wojownika, próbując ujarzmić swoje emocje.
Spokojne fale teraz go dosięgły, mocząc słoną wodą szczenięce, ciemnoróżowe poduszki. Mewy człapiące po piasku wyrywały sobie kawałki bułki, którą udało im się wyżebrać od młodych dwunogów, raz za razem wybijając się w powietrze; srebrzystobiałe skrzydła trzepotały w powietrzu, a letni wiaterek wiał delikatnie, gorącymi, regularnymi podmuchami. Większość dorosłych dwunogów leżała na plaży, brzdękając kolorowymi szklankami z orzeźwiającymi napojami, chociaż niektórzy z nich pływali w błyszczącej wodzie. Szczeniak wciągnął głęboko w płuca świeże, morskie powietrze, delikatnie się uśmiechając. Po paru wdechach i wydechach odwrócił wzrok od szumiącej wody, z powrotem przyglądając się Jazgotowi; jego obecność była dla niego tak cenna, a równocześnie niemożliwa, jak gdyby właśnie ujrzał legendę. Zdrową, młodą i przerażająco silną, jak na swoje rozmiary psią legendę.
Cisza, chociaż w rzeczywistości nie trwała długo, dla Jazgotka ciągnęła się przez wieki; myśli szczeniaka, dotychczas już lekko uspokojone, znów zaczynały być coraz bardziej paniczne i pozbawione sensu. Nie wiedział, o co dokładnie chodziło z Malwową i Jazgotem; dlaczego Jazgot zamilkł? Czy w rzeczywistości ich kłótnia wyglądała inaczej? Albo była po prostu bajką? Zamarł. Przecież takim razie robi z siebie idiotę.
Ale, zaraz. Przecież Jazgot istniał. Znał Malwową. W takim razie Babcia nie mogła kłamać.
— Hmm... — zmusił się do wyduszenia z siebie słów; gdy pierwsze sylaby wydobyły się z jego gardła, kolejne przychodziły z coraz większą łatwością. — Czy to, że moja babcia jest Malwowym Ogonem, jest złe?
Jego serce, dotychczas rozpędzone, zatrzymało się. Młode dwunogi chichotały, chlapiąc sobie słoną wodą do oczu, mewy wrzeszczały, srając, gdzie popadnie, a on, jedyne co był w stanie zobaczyć w zadowalającej ostrości to pysk Jazgota; otoczenie wokół niego się rozmyło.
— Nie, nie — zaprzeczył szybko Bezgwiezdny. — Malwowa jest po prostu specyficzną suką — urwał na chwilę i, po krótkiej chwili wahania, zaczął mówić dalej. — Wiesz, żaden pies nie wybiera sobie rodziny; a przynajmniej tej biologicznej — zamilkł na uderzenie serca. — Moją rodziną na przykład są Bezgwiezdni.
Szczeniak zamrugał oczami, czując w jednej chwili ulgę, lecz także i… ciekawość. Nadstawił uszu, ukazując swe zainteresowanie.
— Uważam, że Bezgwiezdni to silny klan — zaczął z ulgą, że rozmowa na nowo się zaczęła. W głowie szukał odpowiednich słów, by powiedzieć wszystko tak, jak należy, ale też i dowiedzieć się czegoś nowego o niewierzących, a przede wszystkim o Jazgocie. — Nie bali się zmian, stworzyli własną społeczność i zasady.
Wziął wdech, utrzymując kontakt wzrokowy z wojownikiem. Bał się, co może zaraz usłyszeć, a jednak wątpliwości, pytania i domysły kłębiły się w jego głowie.
— Ale… — Chociaż początkowo planował zapytać się Jazgota o jego rodzinę prosto z mostu, zmienił zdanie. — Jak dołączyłeś do swojego klanu? Oczywiście, jak nie chce… — zawahał się na chwilę, ostatecznie jednak decydując się na zwrot grzecznościowy — p-pan odpowiadać, to nie musi.
Zapowietrzył się, gubiąc się w swoich słowach.
— Ee, oczywiście pytam tylko z ciekawości — dodał szybko, kiwając sztywno głową. Cholera, po prostu był ciekawy, był tylko gówniakiem. Dlaczego to wyszło tak sztucznie?

<Jazgot?>
[769 słów: Jazgocząca Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia oraz 1 Punkt Treningu]

23 sierpnia 2021

Od Jazgoczącej Łapy

Jazgocząca Łapa przebrał łapami w miejscu, z niepewnością wpatrując się w horyzont, który rozjaśniała swoim błyskiem jutrzenka. Odwrócił głowę, natrafiając spojrzeniem na rdzawy pysk Ognistego Maku. Wojownik zmarszczył nos, wciągając w nozdrza świeże, poranne powietrze.
— To dopiero twoje trzecie polowanie — kąciki warg dorosłego uniosły się, a oczy wypełnił blask. — Postaraj się robić to, o czym ci mówiłem wczoraj.
Szczeniak kiwnął w skupieniu głową, czując, jak zasycha mu w gardle. Łodygi wysuszonej trawy ugięły się pod ciężarem jego łap.
— Co czujesz? — zadał pytanie Ognisty Mak, wodząc wzrokiem po okolicy.
Jazgocząca Łapa wziął głęboki wdech, analizując wonie wiszące w powietrzu.
— Mysz — odparł niepewnie, bacznie przyglądając się swojemu mentorowi; rudy wojownik zamrugał zdziwiony oczami, kręcąc głową z dezaprobatą.
— Nie — westchnął — To szczur; dość stary zapach, także mogłeś się pomylić.
Trzykolorowy szczeniak wbił wzrok w ziemię, czując na sobie wzrok mentora. Uszy mu zapłonęły z zażenowania.
— Nie przejmuj się — Ognisty Mak zastrzygł uszami, odwracając się do swojego ucznia tyłem. — Wkrótce się nauczysz.
Wojownik ruszył przed siebie, przedzierając się przez ostrą, wysuszoną trawę. Jazgocząca Łapa otrząsnął się, i nadal lekko zawstydzony, podążył za nim.
Pora zielonych liści już niewątpliwie się zaczęła, a wraz z nią seria upałów i okropna susza; polowania i patrole odbywały się głównie rankiem oraz późnym wieczorem, trudno było złapać zwierzynę czy ugasić pragnienie. Chłodny wiaterek towarzyszący wiosennej mżawce pozostał wspomnieniem, do którego Jazgoczący często wracał; nienawidził lata, żaru lejącego się z nieba, który sklejał sierść, bzyczących koło ucha owadów i gwałtownych, burzowych chmur huczących nad głową.
Jazgotek wytężył wzrok i wychylił głowę zza mentora, by dostrzec jezioro; nieruchome wody odbijały wschodzące słońce, które wisiało nisko nad nimi, połyskując zniekształcone w toni. Przyśpieszył do równego truchtu, by dotrzymać tempa Ognistemu.
Dwa psy zaczęły się zbliżać do celu; zapachy wiszące w powietrzu zmieniły się, nasiąkając odorem zanieczyszczonej wody, która była o niższym poziomie niż zazwyczaj. Na tafli pływało parę plastikowych śmieci dwunożnych. Jazgocząca Łapa przeszedł się kawałek po brzegu jeziora, rozglądając się za zwierzyną. Zamarł, gdy dojrzał wynędzniałą kaczkę schowaną w sitowiu. Ptak podpłynął do brzegu, nurkując w poszukiwaniu jedzenia; nie zdawał sobie sprawy z obecności ucznia Industrii.
Pies zaczął się podkradać, uważnie obserwując zwierzynę; wbił wzrok w swoją ofiarę, starając się stąpać bezszelestnie. Cóż, jego wysiłki na niewiele się zdały; gdy nastąpił na gałązkę, skrzywił się, cicho przeklinając pod nosem. Kaczka zaczęła trzepotać skrzydłami i przebierać nóżkami, by móc szybko uciec.
Jazgoczący rzucił się do biegu, wpadając w wodę. Pędził za zwierzyną, dopóki czuł pod łapami dno; gdy zrobiło się głębiej, wybił się całą swoją siłą i wyciągnął łapy przed siebie, próbując trafić kaczkę, która właśnie wzbiła się do lotu.
Trafił w kręgosłup, aż zgrzytnęło; w jednej chwili poczuł rozgrzewającą satysfakcję, gdy kaczka z głośnym pluskiem wpadła w jeziorną toń, a on, zdążywszy przedtem raz machnąć łapami w powietrzu, spadł do wody za nią. Zamknął oczy, mając wrażenie, że te wypadną mu z czaszki, gdy letnia woda zalała go; na oślep złapał skrzydło kaczki, i ciągnąc za sobą zwierzynę, wściekle ruszał kończynami, próbując utrzymać się na powierzchni. Popłynął w stronę brzegu, po krótkiej chwili wyczerpany wychodząc na ląd; dyszał głośno, ale jednocześnie nie mógł się powstrzymać od triumfalnego spojrzenia, rzucając martwą zwierzynę pod nogi Ognistemu. 
— Jak mam być szczery… — zaczął rudy mentor, z dezaprobatą przyglądając się swojemu uczniowi; piesek zamarł, przełykając ślinę. — To nie było piękne. Przez chwilę myślałem, że się utopisz. Jazgocząca Łapa skrzywił się lekko, słysząc słowa wojownika; ten jednak kontynuował.
— Ale wiem, że to jeszcze twoje początki z treningiem — wymruczał, łapiąc w zęby brązowo-szarą, wychudłą kaczkę. — A klan ucieszy się z każdej zwierzyny.
Trzykolorowy uczeń kiwnął głową, człapiąc za swoim mentorem; Ognisty Mak szukał dobrego miejsca do zakopania zwierzyny Jazgoczącego. Ubijał swoją łapą piasek blisko brzegu, a potem twardą, popękaną ziemię, obrośniętą kilkoma łodyżkami traw.
— To jest dobre miejsce — szczeknął, natrafiwszy pazurem na kupkę mniej wysuszonej ziemi, znajdującej się w cieniu drzew. — Zakop kaczkę, żebyśmy mogli potem po nią wrócić.
Jazgocząca Łapa bez zająknięcia przystąpił do pracy, rozgarniając przednimi łapami twardą ziemię; kamienie obcierały się o jego poduszki, a grudki wysuszonej gleby oblepiały mu pazury.
Gdy dół w ziemi był wystarczająco głęboki, uczeń wrzucił tam zwierzynę, po czym zasypał ją, wzbijając w powietrze kurz. Kichnął kilka razy, po czym odwrócił się przodem do mentora, czekając na jego kolejne polecenia.
— Dobrze — pochwalił swojego ucznia Ognisty Mak. Jazgotek odetchnął cicho, kilkakrotnie mrugając oczami z ulgą. — Teraz ja będę polował, a ty mnie obserwuj, dobrze? Musimy popracować nad twoim stylem polowania.
Trzykolorowy uczeń z zakłopotaniem podrapał się za uchem, po czym wbił wzrok w kaczkę, zasypaną ziemią. Przez paręnaście sekund wpatrywał się w swoją zdobycz, z niezbyt inteligentnym wyrazem pyska, po czym otrząsnąwszy się, wbił wzrok w swojego mentora.
— W porządku — stęknął w odpowiedzi na słowa Ognistego; chociaż wojownik mówił prawdę, jako że jest początkujący, Jazgotek czuł się nieprzyjemnie, jakby właśnie go zawiódł.
Ruszył tuż za rudym psem; ostra trawa ocierała się o jego brzuch, a popękana ziemia skrzypiała pod wyciągniętymi pazurami. Słońce wzeszło wysoko, prażąc coraz mocniej. Jazgocząca Łapa westchnął, czując, jak gorące promyki tańczą w jego sierści; wolał nawet się nie zastanawiać, jak bardzo gorące jest jego futro, a w szczególności te czarne, na grzbiecie i głowie.
Ognisty Mak przeszedł do równomiernego truchtu, a jego uczeń zaraz się z nim zrównał, z niebywałą czujnością obserwując okolicę w poszukiwaniu potencjalnych ofiar.
Otoczenie jednak było spokojne i ciche; zwykle pora zielonych liści obfitowała w zwierzynę, której teraz dotkliwie brakowało. Jazgocząca Łapa jeszcze niedawno łudził się, że jego trening będzie łatwiejszy, skoro będzie odbywał się w wiosnę i lato; cóż, przeliczył się, bo polowania wcale takie nie były, a po kursach walki padało się z gorąca i pragnienia. Gdyby nie fakt, że na terenach Industrii znajduje się jezioro, najpewniej straciliby kilka starszych psów.
Pod przysadzistymi krzaczkami dało się słyszeć szmer; Jazgotek zastygł w bezruchu, pamiętając o słowach mentora, by teraz mu się przyglądać, chłonąc jego taktykę i styl polowania.
Ognisty Mak zakradł się, przedtem upewniając się, że na jego drodze nie ma żadnych gałązek i innych dupereli, które spłoszyłyby zwierzynę; jego uszy ruszały się we wszystkie strony, gdy pies nasłuchiwał, a nos węszył, sprawdzając kierunek wiatru.
Zza uschniętych liści i popękanych gałązek wystawał mały nosek myszy; po chwili pojawiło się całe ciałko. Wojownik bez wahania skoczył, wyciągając przednie łapy; gdy już niemal uderzył w kręgosłup mysz, ta rzuciła się do panicznej ucieczki.
Gryzoń zniknął w zaroślach, a za nim, drepcząc mu po piętach, pędził Ognisty Mak. Jazgocząca Łapa z bijącym sercem, w podekscytowaniu i lekkim zaniepokojeniu stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze niedawno znajdował się jego mentor.
Po kilkunastu, dłużących się uderzeniach serca, uczeń dostrzegł rudą sylwetkę psa, wyłaniającą się z gąszczy. Płomienny wojownik trzymał w zębach niezwykle dorodną mysz.
Jazgotkowi z wrażenia zaschło w pysku; w jego głowie zakiełkowały wątpliwości, czy on sam kiedykolwiek upoluje jakąś zwierzynę, robiąc to poprawnie. Stał tak, patrząc się z mieszanką wstydu, podziwu i smutku w mentora, nie mogąc, lub też nie chcąc się z nim podzielić swoimi myślami. Przystąpił z łapy na łapę i wbił wzrok w trawę.
— Gratuluję — wyszeptał z kluchą w gardle.
[1162 słow, Jazgocząca Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

16 sierpnia 2021

Od Jazgoczącej Łapy — ,,Puszka Pandory’’ cz. 1

 Jazgotek raz za razem potrząsał głową i mrugał oczami, próbując nadążyć za słowami Pustynnego. Zanim słońce jeszcze wstało, ojciec szczeniaka postanowił obudzić wszystkie swoje dzieci, by zrobić im dodatkowy trening o takiej porze, by z pewnością mogły zdążyć na swoje bardziej oficjalne treningi, o normalnej porze z empatycznymi mentorami. Promyczkowi udało się jednak uniknąć treningu z ojcem; szczenię wolało zbierać zioła dla medyka, a Pustynny, faworyzując go, pozwolił mu na to; nie miał również nic przeciwko, gdy beżowy uczeń poprosił, by towarzyszyła mu Piasek. Jazgotek, lekko poirytowany, obserwował, jak jego rodzeństwo się oddala, a Promyczek usilnie próbuje zarazić siostrę swoim optymizmem, wesoło szczebiocząc.
Zastanowił się, czy Piasek aby na pewno będzie zadowolona z takiego obrotu spraw i czy rzeczywiście Promyk wraz z nią pójdzie zbierać zioła. Nie trudno mu było sobie wyobrazić, jak jego brat zgadza się na każdą propozycję uczennicy.
— Dobrze, teraz słuchajcie — chrząknął Pustynny, siadając w cieniu, na trawie niedaleko Magazynu.
Wschodzące słońce rzucało pierwsze promyki na zroszone kwiatki, które wyciągały swe główki w jego stronę. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a jego kolor wahał się od błękitu, poprzez fiolet, skończywszy na jasnym pomarańczowym. Szczeniak zadarł pysk do góry, mrużąc oczy; już niemal czuł, jak bardzo gorąco będzie w porze wysokiego słońca. Ostatnie gwiazdy migotały uspokajająco, wiatr mierzwił sierść na karku Jazgoczącej Łapy, a rosa obmywała poduszki jego łap.
Piesek ziewnął szeroko, a pysk opadł mu na klatkę piersiową; siedział nieruchomo, jedynie jego uszy ruszały się, gdy złoto-czarny wojownik mówił coś zafascynowanym głosem, błyskając naokoło piwnymi oczami.
— Zrozumieliście, kochani?
Jazgotek zamrugał oczami, gwałtownie unosząc głowę. 
— C-co? — wymruczał, wlepiając w ojca nieobecny wzrok. Drżąca Łapa zaśmiała się cicho, szturchając łapą drzemiącego Kruczka; czarno-biały uczeń uniósł głowę, wlepiając w nią buntownicze spojrzenie. Zmierzyli się wzrokiem.
— Nie słuchasz mnie! — krzyknął z wyrzutem Pustynny Wiatr, marszcząc nos. Z westchnieniem pokręcił głową, wbijając pazury w rozmokłą ziemię i obdarzając Jazgotka zdenerwowanym spojrzeniem. — Wytłumaczę więc jeszcze raz.
— Każdy zrozumiał — mruknął Krucza Łapa, drapiąc się za uchem. Był wyraźnie niezadowolony, że będzie zmuszony słuchać poleceń ojca po raz drugi. — Dlaczego mamy ponosić karę za to, że Jazgotek miał cię w dupie, ojcze?
Jazgocząca Łapa miał ochotę rozgryźć Kruczkowi gardło za to, że tamten nazwał go szczenięcym imieniem, ale zamiast tego milczał, wpatrując się w ojca. W myślach liczył do dziesięciu, nieustannie zaciskając zęby.
— A ty nas niby słuchasz, głupi skurwie- — zaczęła Dreszczka, machając w powietrzu białym ogonem.
— Drżąca Łapo, milej do brata — syknął Pustynny, nerwowo rozglądając się po otoczeniu. Jazgotek jednak nie był taki pewien, czy siostra kierowała swoje słowa do Kruczka; obstawiałby bardziej ojca, jednak wciąż milczał.
Ptak przysiadł na gałęzi drzewa rosnącego niedaleko nich, zaczynając swe poranne trele. Światło tańczyło w jego szarych piórach, a pazurki stukały o korę. Jazgotek zagapił się na chwilę. Kątem oka dostrzegł jednak lodowaty wzrok siostry, tak więc zmusił się, bo wysłuchać ojca.
— Widzicie tę puszkę?
Trzykolorowy uczeń wlepił w Pustynnego niezbyt inteligentny wzrok. ,,Co on znowu wymyślił?’’
Złoty wojownik obracał w łapach okropnie śmierdzącą puszkę po napoju dwunożnych, która dodatkowo była do połowy uwalona brudem, kurzem i błotem; natomiast jej czystsze fragmenty pobłyskiwały na słońcu, zachęcająco się mieniąc.
Szczeniak poruszył uszami, słysząc ciche sapnięcie siostry.
— Ta puszka, moi drodzy — mówił, stukając w przedmiot pazurem. — należała do dwunogów, a oni z niej, jak wiadomo, pili. Jednakże nie była w ich posiadaniu wiecznie. Posłuchajcie tej wspaniałej historii…
— I to tyle? Obudziłeś nas tak wcześnie, by opowiedzieć nam bajkę o puszce? — parsknął Kruk.
Jazgotek, chcąc nie chcąc, musiał się z nim zgodzić. Nie był zachwycony postawą swojego ojca.
— Jakbyś nie przerywał, to byś się dowiedział — Pustynny zamrugał zdziwiony, jak gdyby właśnie sobie uświadomił, że jego dzieci mają już osiem, nie dwa, księżyców za sobą. Wziął wdech i kontynuował: — Szkoda, że nie ma z nami Promyczka i Piasek, ale wierzę, że pomagają medykowi. Było to istne nieporozumienie, że liderka nie wybrała waszej siostry na medyczkę.
,,Nie została wybrana przez Gwiezdnych, nie przez liderkę’’ — poprawił ojca w myślach Jazgoczący.
— Wracając do puszki — wyszczerzył się sztucznie. — Znalazłem ją w mieście, jacyś dwunożni znając życie ją wywalili, a ja, jak już się pewnie domyślacie, mam zamiar ją wykorzystać w waszym treningu. Schowam ten przedmiot gdzieś w mieście, niedaleko, a waszym zadaniem będzie odnalezienie go i przyniesienie mi go z powrotem.
Jazgocząca Łapa wymienił spojrzenia z siedzącym obok niego rodzeństwem. ,,Co, kurwa?’’ 
— Mamy biegać po całym mieście? — Kruczek był wyraźnie oburzony.
— Możemy powąchać tę puszkę, zanim pójdziemy na misję samobójczą? — Księżniczka wydarła się głośniej od brata, zakłócając słowa najmłodszego. 
— Ile mamy czasu? — jak zawsze, rzeczowo i logicznie zapytał się Jazgoczący, choć te słowa przyszły mu z trudem. Był zdenerwowany na samą myśl o tym treningu, gdzie będzie zdany jedynie na siebie. Miał aż ochotę rozładować atmosferę jakimś żartem, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Przełknął ślinę.
— Nie krzyczcie — warknął wojownik, odkładając puszkę na ziemię. — Powąchacie ją i będziecie podążać jej tropem. Postaram się ją ukryć dość dobrze, ale niezbyt daleko. Nie chcę, żebyście się pogubili. Co do czasu — sapnął, obdarzając dzieci zachęcającym spojrzeniem. — Zróbcie to najszybciej, jak się da; musicie zdążyć na swoje treningi z mentorami. Ten, kto znajdzie puszkę pierwszy, wygrywa.
Jazgotek pozwolił sobie na powątpiewające spojrzenie, jednak ojciec go zignorował. Krucza Łapa wyszeptał pod nosem wiązankę przekleństw. Również został zignorowany.
— To pomysł mysiego móżdżku — mruknęła Drżąca, jednak jako pierwsza z rodzeństwa wstała, podchodząc do puszki. Dokładnie obwąchała przedmiot i przyglądała mu się, szepcząc coś do siebie.
Po kilku minutach uniosła głowę, oznajmiając swoją gotowość.
— Poczekaj na braci — zaśmiał się na to Pustynny, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że w oczach jego dzieci jest idiotą. 
Następny ruszył się z miejsca Jazgotek. Chciał się wycofać, tak więc nie szedł zbyt pewnie, strzelając spanikowanym wzrokiem w stronę ojca. Zatrzymał się przed śmieciem, trącając go łapą; puszka chwile potoczyła się po ziemi, brzęcząc.
— Chcę się wycofać — wydusił z siebie, nie mając odwagi spojrzeć w oczy Pustynnego. Utkwił wzrok w ziemię.
— Słucham? 
Jazgocząca Łapa uniósł głowę, sztucznie się uśmiechając. Niebezpiecznie spokojny ton u jego ojca nie wróżył nic dobrego.
— N-nic — pisnął, czując na sobie lodowaty wzrok Dreszczki, który niemal przewiercił go na wylot. Ojciec w odpowiedzi wyszczerzył się, obserwując, jak Jazgotek wącha przedmiot, parskając.
Zapach unoszący się z puszki był tak paskudny, że szczeniak otworzył pysk, tłumiąc odruch wymiotny; na języku osiadł mu odór dwunożnych, resztek ich płynu, Industrii i ojca, powodując mdłości. Kichnął, odskakując z powrotem na swoje miejsce.
— Kruczku, teraz ty — zachęcił Pustynny najmłodszego z miotu, trącając pyskiem przedmiot w jego stronę. 
Czarno-biały uczeń niechętnie podszedł, niuchnął raz i drugi, po czym wrócił z powrotem na swoje miejsce, zataczając parę kółek na trawie; po krótkiej chwili położył się na ziemi, zamykając oczy.
— Tyle? — Pustynny wyglądał na lekko zawiedzionego, gdy patrzył na trójkę swoich dzieci; żadne z nich nie wiwatowało, ani nie szczekało z entuzjazmem, wychwalając nadludzką, albo raczej nadpsią inteligencję ojczulka.
Szczeniaki popatrzyły się na siebie, po czym w milczeniu pokiwały głowami. Wiatr zmarszczył nos, obserwując ich spod półprzymkniętych powiek. Jazgotek podrapał się za uchem, próbując pozbyć się wrażenia wywieranej na nim presji.
— Patrzcie na słońce — polecił Pustynny, chwytając puszkę w zęby. — Jeśli będzie, eee, powiedzmy, tuż nad koronami tych młodych drzewek, zacznijcie wtedy poszukiwania. Pamiętajcie, że wynagrodzę zwycięzcę.
Jazgoczący kiwnął głową, słysząc, jak Dreszczka syczy coś do ucha Kruczka; brat otworzył prawe oko, a kąciki jego warg uniosły się do góry w głupkowatym uśmiechu.
Złoto-czarny wojownik odszedł od swoich dzieci, truchtając w stronę schroniska; Jazgotkowi przemknęło przez myśl pytanie, czy aby przypadkiem ojciec nie chce się ich pozbyć. Chwilę potem, porażony swą głupotą, potrząsnął głową, próbując zmusić swoje szare komórki do myślenia.
— Na pewno wygram — mruknął Krucza Łapa, na powrót zamykając oko; przeciągnął się w trawie, potężnie ziewając.
— Taaa, a jeże zaczną latać — prychnęła Księżniczka, otwierając szerzej swe lodowe oczy. Udeptała przednimi łapami ziemię, z nudów stukając pazurami o małe kamyczki. 
Odgłos stukania doprowadzał Jazgoczącego do szewskiej pasji. Zresztą, on już i tak był nieźle poddenerwowany; ojciec dał im głupie zadanie, a Jazgotek nie miał odwagi się wycofać, wiedząc, że Dreszczka zacznie się z niego naśmiewać, a on nie zdobędzie doświadczenia, będąc w tyle z treningiem. Kruk przez cały czas będzie marudził, albo spał, może czasem urozmaici swój czas kłótnią z Księżniczką.
Miał tego wszystkiego po dziurki w nosie.
— Przestań — warknął, odwracając się do siostry tyłem. Rozzłoszczony uderzył w ziemie ogonem.
— A bo co mi zrobisz? — Księżniczka zastygła z łapą uniesioną w górze. Jej oczy błyszczały z nagłej nadziei; uwielbiała oglądać Jazgotka w gorszych momentach, a teraz, jak już zauważyła, mogłaby mieć niezłe przedstawienie.
Jazgotek jednak się opamiętał.
Wzruszył ramionami, wysilając się na zdziwiony wzrok, chociaż w środku gotował się ze złości. Zacisnął mocno zęby.
— No właśnie — zaśmiała się pusto, na powrót bawiąc się kamieniami.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerywana co jakiś czas odgłosem stukania o siebie kamyczków i markotnym narzekaniem Dreszczki.
Jazgocząca Łapa również położył się na trawie, jednak w przeciwieństwie do brata, nie zasnął; spod przymrużonych powiek obserwował wędrówkę słońca na niebie, mozolnie licząc w myślach sekundy. Pszczoła usiadła na jego barku, chodząc po nim przez chwilę; wraz z wyprostowaniem kończyny przez Jazgotka, odleciała z cichym brzęczeniem, przysiadając na kwiatku.
— Jak myślicie… — zaczął trzykolorowy szczeniak, obserwując lot pszczoły. Spróbował ukryć emocje nagromadzone w jego głosie. Zamilkł.
Dreszczka przerwała swoją zabawę, wlepiając w Jazgotka pytający wzrok, a także szturchając drugiego z braci swoją białą łapą; Kruczek otrząsnął się, wybudzony z drzemki. Zrezygnowany sapnął.
— Co chciałeś powiedzieć? — Drżąca Łapa obdarzyła Jazgoczącego podejrzliwym spojrzeniem. — Czy to jest związane z treningie-
— Wiesz może, w jaką stronę poszedł Pustynny? — przerwał siostrze czarno-biały uczeń, przekręcając głowę. — Jeśli nie, to mnie to nie interesuje. Chcę zakończyć to błaznowanie jak najszybciej się da.
Uczeń Ognistego Maku przełknął ślinę, skacząc wzrokiem po swoim rodzeństwie. W głowie mu huczało.
— Mhm, widziałem — potaknął, zdziwiony stwierdzając, że jego głos brzmi tak jak zawsze; czuć z niego opanowanie, a słowa były wymawiane wyraźnie. — Także uważam, że najlepiej jest to zrobić szybko.
— Albo i w ogóle nie robić — mruknęła Drżąca Łapa, ignorując pierwsze słowa brata. Wbiła wzrok w ziemię. — Pomysły ojcmentora są do dupy.
Oczy Kruczka zabłyszczały.
— Wiesz, w którą stronę poszedł? — zwrócił się do Jazgotka; najmłodszy z rodzeństwa otrzepał się z nagłego podekscytowania, na samą myśl o tym, że załatwi sprawę prosto, poprawnie i błyskawicznie, zyskując w oczach matki, a także i ojca, a na sam koniec mając święty spokój. 
Jazgocząca Łapa nie myślał, co mówi. Było to tak instynktowne, jak uspokajanie rodzeństwa, gdy te zaczynało się kłócić, czy podczas rozmów z Piasek przyjmowanie ciepłego tonu, skończywszy na parskaniu w odpowiedzi na kąśliwe komentarze Dreszczki. Zrobił to, by tylko mieć przewagę. By tylko wygrać z rodzeństwem.
— W stronę płycizny — przełknął kłamstwo, a serce niemal wyskoczyło mu z piersi. 
Miał wrażenie, że wzrok rówieśników prześwietlił go na wskroś, a oni sami poznali jego myśli. Napiął mięśnie i błagał Gwiezdnych, by nie wyglądać jak idiota.
— Myślisz, że jestem głupia? — Drżąca Łapa, po początkowym milczeniu obdarzyła brata podejrzliwym spojrzeniem. — Poszedł w stronę schroniska.
Wyrzuty sumienia, jakie poczuł w tamtej chwili były bolesne, jednak nic nie powiedział, wbijając pazury w ziemię. Głupio postąpił, ale — jego zdaniem — jeszcze głupiej by było, gdyby teraz się przyznał do kłamstwa. Mimo paraliżu, zmusił swoje szare komórki do myślenia, jak wyjść z sytuacji nie tracąc godności.
— Hm — wzruszył ramionami, rozluźniając mięśnie. — Może się mylę. Zawsze mogło mi się przewidzieć.
Wzrok siostry niemal spalił mu zadek, ale Kruczek jedynie westchnął zawiedziony, z głośnym kłapnięciem zamykając pysk.
Serce Jazgoczącego na powrót zaczęło wystukiwać normalny rytm, a on sam przestał wyglądać jak przerażona mysz w łapach kota; wypuścił ze świstem powietrze, czując rozgrzewającą jego ciało ulgę. Uniósł trzykolorowy pysk, wbijając wzrok w niebo. Wiaterek ustał, a słońce wzeszło wysoko; niektóre z jego promyków muskały gałęzie niskich drzew.
— Mogliście patrzeć, jak się oddalał. Teraz nic nie wiemy — marudził Krucza Łapa, na nowo zamykając oczy. — Obudźcie mnie jak-.
— Wstawaj — pies został uszczypnięty przez swoją siostrę, na co odpowiedział rozwścieczonym sykiem, jeżąc sierść. Przewróciła oczami. — Nie zachowuj się jak mysi móżdżek.
Sierść na karku Kruczej Łapy nastroszyła się jeszcze bardziej, a sam szczeniak wyglądał na dwa razy większego; kłapnął w powietrzu zębami i spiorunował Księżniczkę wzrokiem. Dreszczka wytrzymała jego spojrzenie, marszcząc groźnie nos. Zanim doszło do rękoczynów, Jazgoczący krzywym susem wskoczył między nich.
— Mamy zadanie do wykonania, zapomnieliście? — zapytał, lustrując warczące szczeniaki wzrokiem. — Słońce już jest wystarczająco wysoko; mamy wyruszać.
Drżąca Łapa prychnęła, wymijając Kruczka i ruszając w stronę schroniska. Musnęła syczącego brata ogonem, na co tamten niemal złapał ją zębami za skórę, pudłując o kilka milimetrów; Księżniczka odwróciła się przez ramię, obdarzając go pełnym satysfakcji spojrzeniem.
— Wygram to — odparła z pewnością w głosie, zadzierając wysoko głowę.
Przeszła ze spokojnego chodu w bieg, pokonując odległości długimi susami. Jej bracia odprowadzili ją wzrokiem, milcząc. Dopiero gdy Księżniczka zniknęła za krzewami, Jazgotek ruszył za nią.
— Ej! — uczeń usłyszał za sobą wołanie najmłodszego. — A co z Płycizną? Mówiłeś, że to tam poszedł! Nie chcesz tego sprawdzić?
Jazgotka kusiło, by zignorować to pytanie.
— Hm… Najpierw chcę wiedzieć, co wyrabia Drżąca — odparł, przełykając ślinę. Po chwili uśmiechnął się szczerze, mówiąc: — Powodzenia!
Pies odwrócił się z powrotem głową w stronę schroniska, jednak zanim zdążył postawić choćby krok, Kruczek znów zaczął mówić.
— Ale co cię to obchodzi? — czarno-biały podszedł do Jazgoczącego, blokując mu drogę. Zmroził go spojrzeniem kakaowych oczu. — Najwyżej przegra! A ty wygrasz! Gdzie tkwi problem?
— Nigdzie — westchnął, uświadamiając sobie, o ile prościej byłoby, gdyby nie skłamał. — Po prostu…
Krucza Łapa zmarszczył brwi i wykrzywił pysk, wgapiając się prosto w pysk brata. Jazgotek nie mógł się nie poczuć niekomfortowo.
— Po prostu chodźmy razem w stronę płycizny, bierzmy puszkę, wracajmy i miejmy spokój.
Jazgotkowi serce stanęło. Czuł, że Kruczek zaczyna go podejrzewać, a przy tym ma własny plan; wątpił, by rzeczywiście chciał z nim współpracować. Poza tym, doszukiwanie się wszędzie wad rodzeństwa było w jego stylu; z pewnością wolał dowiedzieć się o kłamstwie Jazgotka, by potem opowiedzieć o tym rodzeństwu i rodzicom, niż brać udział w tej szczenięcej zabawie.
— Skoro chcesz — trzykolorowy psiak kiwnął głową, próbując opanować drżenie łap.
Kruczek wydawał się zbity z tropu, gdy ruszyli razem w stronę Płycizny.
Rosa z trawy zniknęła, a jej łodyżki stały się suche i chropowate; temperatury z dnia na dzień się podnosiły, co zwiastowało przychodzącą wielkimi krokami porę zielonych liści.
Jednak jak na razie ziemia nadal była pokryta gdzieniegdzie mulistymi kałużami i obrośnięta wiosennymi kwiatami; w powietrzu natomiast unosiły się pyłki z kwiatów, swoim zapachem powodując wiercenie w nosie.
— Mamy szczęście, że zostaliśmy uczniami w porę nowych liści — zaczął rozmowę Jazgotek, kichając, gdy jeden z pyłków dostał mu się do nosa. — Jeśli się pośpieszymy, otrzymamy imię wojownika przed porą spadających liści.
— Yhmm, nie będziemy musieli polować z mentorami w zimę — mruknął Krucza Łapa, wyraźnie nie paląc się do rozmowy.
Szczeniaki minęły parę drzew i krzewów, zamykając oczy, by nie utracić ich w kolizji z cierniami. Jazgocząca Łapa starał się ignorować nieprzyjemne ocieranie się gałązek o jego sierść i łaskotanie młodych liści. Syknął dopiero wtedy, ku uciesze brata, gdy jeden z cierni wyrwał mu pokaźny kłębek kłaków.
Gdy wyszli z zarośli, Jazgotek wylizał swoje drobne rany, oczyszczając je z resztek liści i gałązek. Kruczek przyglądał się temu, jednak własnych obtarć nawet nie dotknął; uniósł za to głowę, z wyższością pokazując swą odporność, albo raczej głupotę.
Przyśpieszyli do truchtu, zbliżając się do Płycizny; słońce wzeszło już dość wysoko, co Jazgotek zauważył z niepokojem. ,,Dreszczka pewnie już wygrała, a ja marnuję czas’’.
— Pośpiesz się! — rzucił z pasją do zostającego w tyle brata, z determinacją ruszając łapami jeszcze szybciej.
— Po co? — usłyszał odpowiedź za sobą, ze zrezygnowaniem widząc, jak Kruk jeszcze bardziej zwalnia. 
,,Robi to specjalnie’’ — przemknęło mu przez myśl.
— Czas też się liczy — przypomniał mu Jazgocząca Łapa, na co czarno-biały, choć niechętnie, dogonił go.
Wzniesienie, na którym znajdowała się Płycizna, było co raz bliżej. Kilka ostatnich odległości dzielących ich od sadzawki, uczniaki pokonały z rekordową szybkością; z niepewnością zaczęły mozolną wspinaczkę, a wiaterek, który ponownie zaczął owiewać ich sierść, choć trochę im to uprzyjemnił. 
Mimo, że Jazgocząca Łapa wraz z bratem szli wydeptaną ścieżką, część piasku osuwała się spod ich łap, a inne drobinki unosiły się w powietrze, osiadając na ich sierści; po niedługim czasie futro braci było całe w pyle i kurzu.
— Jesteśmy — sapnął Jazgocząca Łapa, gdy dotarli na szczyt.
Płycizna była dość duża, ale i nie głęboka. Jej wody obmywały leniwie gorący, niemalże biały piach, mieniąc się w promieniach słońca błękitem, czerwienią i tysiącami innych barw, na które Jazgotek nie mógł znaleźć odpowiedniej nazwy.
Piesek, niewiele myśląc, podszedł parę kroków do przodu, ignorując rozpalony piasek, który piekł go w poduszki; zanurzył łapy w sadzawce, z zaskoczeniem czując, że woda nie zdążyła się jeszcze porządnie nagrzać, i jedynie przy brzegu jest ciepła, a gdy szło się dalej, głębiej, stawała się przyjemnie chłodna.
Zadarł łebek ku niebu, zastanawiając się, czy obserwują go przodkowie. ,,Babuniu, czy widzisz mnie teraz z góry?’’
Dopiero gdy zadał sobie to pytanie, dotarło do niego, że Malwowa jest mordercą. Nie jest wśród Gwiezdnych. Kisi się w jakiś zatęchłych ciemnościach z innymi wojownikami.
Nie, nie wojownikami. Mordercami.
Przeszedł do dreszcz, nagle żałując, że w ogóle wszedł do tej Płycizny. Cofnął się z niej, obrzydzony stanął na jej brzegu. 
Splunął w wodę.
,,Jak mogliście nie przyjąć do siebie babci?’’
,,Przecież była dla nas dobra’’
Wlepił rozdrażniony, ale i smutny wzrok w sadzawkę; przez myśl mu przemknęło, że Gwiezdni nie są niczemu winni, babcia sama zabijała inne psy. Napuszczała węże, otruwała, spiskowała, karmiła się przerażeniem. Poczuł odruch wymiotny i zakręciło mu się w głowie, na samą myśl o śmierci.
— Jazgocząca Łapo? — pytanie Kruczka usłyszał jak zza mgły. — Halo?
Otrząsnął się, odwracając pysk w stronę brata.
— Szukamy tej durnej puszki, zapomniałeś? — usłyszał kolejny krzyk brata, który węsząc, próbował zlokalizować ojca.
— Nie. Pamiętam.
— No nie wydaje mi się — syknął czarno-biały, przewracając oczami. — Wiesz co-
Jazgocząca Łapa westchnął, zaciskając mocno zęby i zmieniając pozycję, by nawet kątem oka nie widzieć Płycizny. Nie wiedział czemu, ale miał ochotę płakać. 
— Wiesz co? — zaczął, obserwując słońce na niebie. — Może… Ty poszukasz zapachu taty po drugiej stronie sadzawki, a ja tutaj?
Jazgocząca Łapa widział, jak najmłodszy z jego rodzeństwa kiwa głową i niechętnie oddala się, człapiąc wzdłuż sadzawki na drugi brzeg. Wzbijał w powietrze piasek, który zasłonił go niczym gruba zasłona.
Trzykolorowy, z bijącym sercem, poczekał, aż Kruczek oddali się na sporą odległość.
Wiedział, że będą go potem trawić wyrzuty sumienia i wiedział, że nie powinien tak robić. Mimo to, podszedł do krawędzi wydmy, cofając się w popłochu, gdy piasek osunął się po dość stromym, piaszczystym zboczu.
Rzucił szybkie spojrzenie przez bark, upewniając się, że brat niczego nie widzi; czarno-biały był zajęty szukaniem zapachu puszki, jak i ojca. Nie zastanawiając się dłużej, z głośno bijącym sercem zsunął się po wydmie.
Był przerażony, gdy potknął się i zaczął zsuwać, tracąc kontrolę nad prędkością. Piasek oblepił go ze wszystkich możliwych stron, wpadając do jego pyska i oczu.
Tocząc się, zapomniał, gdzie jest góra, a gdzie dół; piasek wirował wokół niego, a drobne kamyczki waliły go jak grad.
Gdy pozbył się pierwszego szoku, wyciągnął łapy na maksymalną długość, wbijając pazury w wydmę. Jakimś cudem znalazł twardszy fragment i podciągnął się, stając niepewnie na nogach. Cały drżał, serce mu biło szybko i głośno, a myśli pędziły jak stado koni.
Biorąc drżący wdech zadarł głowę, wlepiając spojrzenie w ścieżkę, z której się stoczył, prowadzącą do Płycizny. Spodziewał się ujrzeć czarno-białą sylwetkę wściekłego brata, jednak nic takiego nie miało miejsca; słyszał jedynie pluskanie wody, ćwierkanie ptaków i hałasy piszczących dwunogów dochodzące z plaży. Wypuścił powietrze, z skupieniem kontynuując schodzenie w dół.
Szedł spokojnie; z uwagą stawiał kroki, swobodnie trzymał ogon, który ułatwiał mu złapanie równowagi. Żałował, że wybrał tak strome zbocze do schodzenia, ale jednocześnie wiedział, że te łagodniejsze było bliżej miejsca, w którym szukał ojca Kruczek, a co za tym idzie, brat mógłby go łatwiej odnaleźć. 
Z wydmy zeskoczył pewnym susem, a gdy poczuł pod poduszkami łap trawiastą, stabilną ziemię, odetchnął z ulgą. 
— Udało się — westchnął, z satysfakcją lecz i także lekkim szokiem oglądając się przez ramię. — Uciekłem bratu.
Zaraz potem poczuł nagłe wyrzuty sumienia, kłujące i ściskające jego brzuch.
Potrząsnął głową, próbując pozbyć się z niej poczucia winy jak i piasku na sierści, a także zamrugał parokrotnie, starając się oczyścić załzawione oczy z drobinek kurzu; nie wiedział już czy to łzy, czy tylko podrażnienie spowodowane piachem.
Po krótkim doprowadzeniu się do względnej czystości, ruszył w stronę schroniska. Nieustannie obracał się za siebie, w panice sprawdzając, czy przypadkiem brat nie drepcze mu po piętach; za każdym razem wszystko wskazywało na to, że Kruczek nie zauważył jeszcze jego braku. Choć chciał, by to go uspokoiło, tylko wzmogło jego żal i zmieszanie.
Zacisnął zęby, znów przedzierając się przez młode krzewy. Ciernie waliły go po wcześniejszych zadrapaniach, a rozkruszone liście wplątywały się we futro i wpadały do oczu, już i tak nieźle zmaltretowanych po wcześniejszym spotkaniu z piaskiem.
W końcu przedarł się przez zarośla, dochodząc do kempingu. Rodzina dwunożnych kręciła się wokół niego, rozstawiając dziwne, szeleszczące, kolorowe i małe domostwa. Ich szczenięta śmiały się głośno, bijąc się nawzajem patykami; co jakiś czas otrzymywały od swoich mentorów ostre reprymendy.
Jazgocząca Łapa stanął przestraszony i zaintrygowany; przez chwilę bił się z myślami, spoglądając tęsknie w stronę schroniska, jednak postanowił podejść do dwunogów.
Niepewnie, ze zmierzwioną sierścią umorusaną w liściach, piasku i zaschniętym błocie postawił parę kroczków w stronę młodych dzieci; kaszojady przerwały zabawę, a na ich buziach pojawił się uśmiech.
Uczeń Płomiennych nie wiedział, ile minut minęło, ale w pewnej chwili czuł na sobie dłonie dwunogów, wyczesujące go z brudu. Oczy młodych błyszczały, a ich rodzice wyglądali na lekko zmartwionych, jednak po pierwszym strachu przekonał ich mały wzrost Jazgoczącego i jego szczenięca, mięciutka sierść.
W stronę pyska psa poleciał kawałek kiełbasy. Jazgotek, wyraźnie zaskoczony, odskoczył, cicho powarkując; po chwili jednak, przekonawszy się, że jest to tylko jedzenie, złapał mięso w zęby i zaczął przeżuwać, głośno mlaskając.
Kaszojady, ucieszone niezmiernie, zaczęły klaskać pulchnymi rączkami, wielkimi oczami obserwując szczeniaka.
Jazgocząca Łapa połknął kiełbasę w całości, na co żołądek podziękował mu cichym bulgotaniem. Wyszczerzył się przyjaźnie i zamerdał ogonem, czekając na kolejne porcje; wprost przepadał za jedzeniem dwunogów, a ich samych akceptował, dopóki nie chcieli mu zrobić krzywdy. W głowie mignęły niejasne wspomnienia, jak Pustynny opowiadał mu o dwunożnych, ostrzegając go przed nimi.
,,Chyba nie są tacy źli’’ zastanowił się, cały czas bacznie obserwując rodzinę bezwłosych stworzeń.
Nagle gigantyczna ręka dorosłego samca dwunoga złapała go za skórę na karku, a z jego pyska wylatywał słodki szczebiot. Chcieli go porwać? Zranić? Wywieść? Zmienić w pieszczoszka? Jazgotek nie miał czasu na żadne przemyślenia; górną szczękę zacisną na nadgarstku dwunoga, a dolne zęby wbił w jego niebiesko-zielone żyły. 
Powietrze rozdarł krzyk i pisk przerażonych młodych. Duża samica zamachnęła się nogą na Jazgotka, ale ten w tym samym momencie puścił łysą kończynę, czując metaliczny posmak krwi na języku. Przełknął ślinę, nieznacznie się przy tym krzywiąc.
Nie czekał, aż sytuacja się jeszcze bardziej rozwinie. Odwrócił się błyskawicznie, przebierając łapkami w stronę schroniska. Sadził możliwie największe susy, a jego ogon i sierść powiewała na wiosennym wietrze. Przeskoczył przez kamień, który stał mu na drodze, odprowadzany skowytem dwunożnych. W uszach mu szumiało, a otoczenie rozmazywało się podczas szalonego pędu. Budynek w zasięgu jego wzroku rósł w rytm jego kroków. 
Zwolnił dopiero wtedy, gdy upewnił się, że kemping został daleko za nim. Dyszał głośno, czując kropelki krwi na jego zębach; przejechał po nich językiem, na samo wspomnienie drżąc.
— Co mi przyszło do głowy, by do nich podchodzić? — mruknął do siebie z wyrzutem. — A co ważniejsze, czy musiałem okłamywać brata?
Znów poczuł się ciężko na duszy, człapiąc w stronę schroniska. ,,Przynajmniej znajdę puszkę!’’
Zatrzymał się, gdy znalazł się tak blisko kanciastego budynku, że ten ocierał się o jego sierść. Zawęszył w powietrzu, szukając znanej mu woni ojca, a do jego nozdrzy w jednej chwili wlało się przerażająco dużo zapachów nasiąkniętych strachem; zmarszczył brwi, z zamyśleniem spoglądając na schronisko.
Po krótkiej chwili rozróżnił w powietrzu zapach Pustynnego Wiatru, automatycznie merdając ogonem; znana mu woń wyraźnie odcinała się na tle wiszącego w powietrzu przerażenia niezliczonych psów.
Uczeń z determinacją zaczął podążać dość świeżym tropem; okrążył kilkukrotnie budynek, zachowując jednak cały czas zwiększoną czujność. 
Ślad zapachowy miejscami słabł, a czasami praktycznie zanikał; kilka razy Jazgoczący stał nieruchomo, bezradnie go szukając, jednak ostatecznie zawsze wracał na trop ojca, i podążając jego śladem, stopniowo oddalał się od schroniska.
Uczeń był zaskoczony, że jego ojciec podążył dalej; dotychczas był przekonany, że puszka znajduje się właśnie tutaj. Mimo to parł do przodu dalej, poruszając się powolnym zygzakiem, ze skupieniem wciągając raz za razem powietrze w nozdrza.
Uniósł ze zdeterminowaniem głowę, gdy zrozumiał, że trop prowadzi do parku.
Gdyby uniósł pysk parę sekund wcześniej, zobaczyłby migające daleko przed nim białe futerko szczeniaka z błękitnymi oczami, które śledziły jego sylwetkę; po paru uderzeniach serca suczka zniknęła w skupisku zadbanych krzewów dwunożnych. Jej oczy błyszczały z satysfakcji.

[4074 słów: Jazgocząca Łapa otrzymuje 40 Puntków Doświadczenia roaz 6 Punktów Treningu]