Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

5 lipca 2022

Od Liliowej Łapy (Sadzawki) CD Cedrowego Deszczu

Obudziłam się wcześnie rano, z dziwnym uczuciem mrowienia w brzuchu. Mimo że mój mózg po przebudzeniu pracował na wolnych obrotach, pamiętałam, że powinnam o czymś pamiętać… Zmrużyłam oczy, przywołując wspomnienie wczorajszej rozmowy z Cedrowym Deszczem.
— Bardzo dobrze się spisałaś — wymruczała zadowolona wojowniczka, patrząc na mnie z dumą w oczach.
Chociaż byłam zdezorientowana i nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi, napuszyłam się, również z siebie zadowolona.
— Obserwowałam Cię, jak polowałaś — wyznała. Jej głos był spokojny i taki jak zawsze, ale jej niebieskie oczy wyraźnie błyszczały. — Myślę, że jesteś już gotowa.
Jutro rano przepytam cię z kodeksu i jeśli pójdzie ci równie dobrze, co dzisiaj, zostaniesz wojowniczką.
O Gwiezdni! Czyli dziś prawdopodobnie odbędzie się moje mianowanie!
Zwykle kwiaty, które otaczały moje legowisko, traktowałam z należnym im szacunkiem (w końcu były cudownymi ozdobami). Dziś jednak zapomniałam o nich i wybiegając z pomieszczenia, dość mocno je podeptałam.
Słońce mocno grzało i świeciło, co jasno mi mówiło, że zbliża się południe. Nie byłam pewna, czy Cedrowy Deszcz mówiąc „rano” miała na myśli taką porę, ale tak czy siak, miałam nadzieję, że się nie rozmyśliła i jest gotowa poczekać na mnie jeszcze chwilę.
Miałam zamiar poprosić Sarenkę, by pomogła mi odkręcić wodę do kąpieli i wyczesać sierść. MUSIAŁAM wyglądać idealnie. Z pośpiechem rozpoczęłam poszukiwanie siostry, a gdy ją znalazłam, wytłumaczyłam jej, jak ważne jest to, bym dziś wyglądała idealnie.
— Nie uwierzysz, Sarni Tupocie — zaczęłam, z dezaprobatą przyglądając się kołtunie, który wytworzył się na mojej sierści podczas snu. — Dziś jest mój ostatni dzień bycia uczennicą. Na ceremonii chciałabym wyglądać bosko — mocno zaakcentowałam ostatnie słowo. — Mam nadzieję, że pomożesz mi z kąpielą, mam rację?
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się promiennie. Byłam pewna, że Sarenka mi nie odmówi. I nie myliłam się. Młoda wojowniczka pokiwała głową i raz-dwa zabrała się do pracy.
Podczas gdy ona oblewała mnie stajennym wężem, ja poleciłam jej, by naprawdę się pośpieszyła. Zaznaczyłam, że już i tak jestem spóźniona. Sarenka przejęła się tym, a jej ruchy stały się jeszcze szybsze.
Rozmawiałyśmy między sobą o tym, jak dzisiejszy dzień jest cudowny. Moja siostra z zapałem szorowała moją sierść końskim szamponem, od czasu do czasu dając mi rady odnośnie ceremonii i ciesząc się razem ze mną.
Nie potrzebowałam jej rad, ale czułam się dobrze, że jest ze mną ktoś, kto już ma to za sobą, wysłucha mnie i zabawi rozmową. A w dodatku świetnie wyszoruje każdy brud i wyczesze każdy splątany włos. Umiejętność pielęgnowania mojej sierści była najlepszym darem mojej siostry.
— Dobrze, Sarni Tupocie — zaćwierkałam, gdy Sarenka rozczesała ostatnią kępkę mokrej sierści. Z zadowoleniem przyglądałam się mojemu odbiciu w kałuży wody, powstałej po mojej kąpieli. — Muszę już iść. Do zobaczenia na ceremonii!
Nie przejmowałam się czasem. Spacerkiem poszłam do legowiska wojowników, w poszukiwaniu Cedrowego Deszczu. Teraz byłam gotowa.
W pomieszczeniu jednak nie było mojej mentorki. Zamiast tego dostrzegłam Spadającą Łzę — przepraszam, teraz już Spadający Promyk. Oblałam się rumieńcem.
Wojowniczka wydawała się w ogóle mnie nie zauważyć. Poczułam się, jakby przyłożyła mi łapą prosto w nos.
— Ekhem, przepraszam — wydusiłam z siebie, unikając wzrokiem Spadającej. Och, Gwiezdni, ona naprawdę była taka śliczna. Prawie tak piękna, jak ja. Skarciłam się w myślach, bojąc się, że mój głos nie będzie już tak opanowany. Wdech, wydech. — Wiesz może, gdzie jest Cedrowy Deszcz? Wojowniczka dopiero teraz uniosła głowę znad swojego posłania.
— Ostatnio widziałam ją w legowisku lidera — na dźwięk jej głosu moje serce podskoczyło. — A czemu pytasz? Chcesz coś od niej?
Była za bardzo ciekawska, jak na mój gust, ale to nie przeszkadzało mojemu sercu w kontynuowaniu szalonych podskoków, które niemal rozsadziły mi klatkę piersiową.
— Yyy… To moja mentorka. Muszę się z nią spotkać — wypaliłam. Nie czekałam na odpowiedź. Pośpiesznie wyszłam z pomieszczenia, kierując się ku legowisku Wilczej Gwiazdy.
Moje serce szybko się uspokoiło, a ja poczułam ukłucie żalu. Nie byłam pewna, czy Spadający Promyk jest mi pisana, skoro ona nie wiedziała nawet, kto jest moim mentorem. Poza tym, w ogóle nie potrafiłam do niej zagadać. W sumie, to ona nawet pewnie nie wie, jak mam na imię. Ta myśl mnie przeraziła. Nieee, na pewno jest zainteresowana taką fajną suczką, jak ja.
— O, tutaj jesteś.
Otrząsnęłam się. Przede mną stała Cedrowy Deszcz we własnej osobie.
— Dzień dobry Pani! — wypaliłam nieco za szybko. — Przepraszam, że musiała Pani tyle na mnie czekać, ale musiałam się najpierw umyć.
Posłałam jej jeden z moich przepraszających uśmiechów.
— Rozmawiałam z Wilczą Gwiazdą. Wieczorem odbędzie się twoja ceremonia, o ile nie zawalisz części teoretycznej testu na wojownika.
— Nie zawalę.
 
***
 
— Ja, Wilcza Gwiazda, lider klanu Wietrznych, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tą uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam ją wam jako wojowniczkę. Liliowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Miałam wrażenie, że cały klan wstrzymuje oddech. Zerknęłam na moją rodzinę, która obserwowała mnie z dumą w oczach.
— Obiecuję — odpowiedziałam z pewnością siebie.
— A zatem mocą Coelum nadają ci nowe imię. Liliowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Liliowa Sadzawka. Gwiezdni honorują twoją śmiałość i szybkość, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Ventusu.
W tamtej chwili nie miało znaczenia, że zostałam mianowana jako ostatnia z mojego rodzeństwa. Byłam cholernie z siebie dumna, a gdy Wilcza Gwiazda położył głowę na moim czole, niemal zapomniałam o tym, by polizać go w bark.
Gdy ceremonia dobiegła końca, pierwsze, co zrobiłam, to podbiegłam to mojej rodziny i stojącej obok nich mojej dawnej mentorki, z radością wyrzucając z siebie potok słów. 

<Cedrowy Deszczu?>
[891 słów: Liliowa Łapa otrzymuje imię Liliowa Sadzawka i staje się wojowniczką; otrzymuje 8 PD]

3 grudnia 2021

Od Liliowej Łapy

 Ledwie powłóczyłam łapami. Dyszałam ciężko, idąc z półprzymkniętymi oczami. Czułam się jak gdybym była martwa. 
Trening z Cedrowym Deszczem mnie wyczerpał. Moja mentorka zrobiła mi próbę biegu. Miałam PRZEBIEC 250 DŁUGOŚCI LISA! Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że moja nauczycielka wzięła się za mnie. Wybacz Cedrówko. Przykro mi, że nie jestem tak łatwa w trenowaniu jak mój brat, Płomienny Dech. Mi również jest przykro, że jest kujonem i zapierdalał z tym treningiem, jakby nie miał nic innego do roboty, jakby nie miał mózgu, jakby nie miał życia, szczęścia, hobby. Jakby nic go nie obchodziło, tylko to, by ukończyć ten debilny trening w najlepszym możliwym czasie - dwunastu księżyców.
Był łatwym uczniem, bo amebą. Ja mam mózg, więc myślę. Nie robię wszystkich ruchów jak robot. Staram się je zrozumieć.
Tak więc, podsumowując, naprawdę nie mam zielonego pojęcia, dlaczego Cedrowy Deszcz się na mnie uwzięła. Po co przyśpieszać? Dokończymy trening w ciszy, spokoju, tak, jak się zaczął, na moim poziomie, nie na poziomie ameby.
Z takim nastawieniem, marudna i nie w sosie, doczłapałam do legowiska uczniów i w ciemności położyłam się na moim posłaniu. Mrok nocy opatulił wszystko dookoła. Starając się nie myśleć o wyimaginowanych stworach czających się w kącie, zamknęłam oczy i wpadłam w objęcia Morfeusza. 

***

Wstałam południem następnego dnia. Słońce przypiekało. Prażyło wręcz. Siano, na którym się położyłam, trzasnęło, gdy dźwignęłam się na łapki. Z niezadowoleniem spostrzegłam, że jestem cała w kurzu.
Na wpół przytomna, mrugając zaspanymi oczami, wyszłam z sypialni uczniów. Właśnie chciałam się skierować na myjkę, by odbyć swoją ranną toaletę, gdy...
Zobaczyłam JĄ.
Stała, a w tle rozciągały się piękne sylwetki koni, których rżenie roznosiło się echem po korytarzu. Stała, spoglądając prosto w me rozwarte oczy. Stała, a na jej sierść padało tysiące promieni słonecznych. Stała, a po chwili na jej pysku pojawił się uśmiech. Uśmiech, który...
Nagle dotarło do mnie, że wyglądam paskudnie.
Oblałam się rumieńcem tak wielkim, że moja nowa crushi była zdziwiona. Moja kręcona sierść zwisała zakołtuniona, w oczach były śpiochy. Osiadał na mnie kurz. Byłam obleśna.
Czym prędzej wycofałam się z jej pola widzenia, drżąc ze wstydu.
Cała roztrzęsiona niemal teleportowałam się na myjkę, automatycznie wchodząc do wiadra z letnią wodą, które przygotowała dla mnie Sarni Tupot — moja siostra jest bardzo przydatna. Wystarczy ją o coś poprosić, a będzie to sumiennie wypełniała. Przykładem jest to, że codziennie rano przygotowuje dla mnie czystą wodę i szampon do mycia, dla koni, ale to nie ważne. Bez różnicy, serio.
W tamtej chwili nie myślałam jednakże o siostrze. Drgając jak w febrze, zanurzyłam się w wodzie. W mojej głowie był tylko jeden obraz. Obraz Spadającej Łzy. Mimo woli się uśmiechnęłam. Zaraz potem uświadomiłam sobie, że miałam beznadziejny start. Cholera.
Szybko namydliłam się, nie zwracając uwagi na to, że część szamponu wpadła mi do pyska. Może przez to oprzytomnię. I będę mieć świeższy oddech.
Spłukałam z siebie szampon, prychając i parskając. Gdy byłam pewna, że jestem już czysta i pachnąca, skończyłam kąpiel.
Wyrównałam pazurki, ścierając je o chropowatą ścianę. Poprosiłam Sarenkę, by rozczesała mi sierść, a ona się zgodziła oczywiście. Następnie wpadłam jak piękna, letnia burza do legowiska uczniów, zbierając z mojego posłania najpiękniejsze kwiaty.
Bo, jak ktoś nie wie, dekoruje swoją sypialnię pachnącymi kwiatami. Tak jest ładniej, bardziej przykuwa się uwagę.
Z kwiatami w pysku, koloru pudrowego różu i fiołkowego fioletu wybrałam się na poszukiwanie Spadającej Łzy. Byleby ją znaleźć! Byleby ją rozkochać we mnie!
[557 słów: Liliowa Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

31 października 2021

Od Liliowej Łapy (Lilii) CD Sarniego Tupotu (Sarenki)

opowiadanie dzieje się kiedy obie suczki były szczeniakami
Jestem piękna.
Od zawsze o tym wiedziałam, ale usłyszenie tego od kogoś innego niż ja sama było prawdziwym miodem na moje serce. Rozpłynęłam się w samozadowoleniu.
Potrząsnęłam moimi białymi lokami, momentalnie przypominając sobie o ich zabrudzeniu. Bańka pękła. Jestem paskudnie brudna.
— Potrzebujemy wody — zaczęłam wyliczać ze spokojem. — Trochę, em, szamponu? W stajni widziałam coś takiego. Dwunożni myli tym konie, a teraz ty mnie w tym wykąpiesz, jeśli to znajdziemy oczywiście — przerwałam na chwilę, dumając w zamyśleniu. — Jakiejś czystej szczotki; często są porozrzucane obok myjki. Wyczeszesz moją sierść, gdy ta wyschnie po pachnącej kąpieli. Potem wypłuczę przełyk, język oraz zęby i voilà!, znów jestem pięknym, żywym posągiem bogini.
— Bogini? — Sarenka się strapiła. — Jakiej bogini? Przecież istnieją jedynie Gwiezdni! Nie wierzysz w nich…?
Zaśmiałam się niezręcznie, zdmuchując opadający mi na oko oblepiony, kręcony włos.
— Oczywiście, że wierzę, jak możesz tak myśleć, siostro — westchnęłam, jednak nie straciłam cierpliwości. — Jestem jednak pięknem stąpającym po ziemi. Gwiazdą błyszczącą srebrem wśród oszronionych pól. Złotym refleksem zachodzącego słońca na tafli jeziora. Wielką, perlistą muszlą, wśród zwyczajnych, słonych fal. Różowym kwiatem róży rosnącym wokoło chwastów. Nie można zapomnieć mojego ciała, gdy ujrzy się go raz na oczy.
Sarenka przybrała mało inteligentną minę.
— Nie bardzo rozumiem — szepnęła ze smutkiem. — Ale w jednym masz rację: Jesteś bajeczna. Musimy cię jedynie doprowadzić do porządku — na nowo się rozweseliła, a moje oczy zaszły mgłą szczęścia z powodu prawionych mi komplementów. — Poszukam wymienionych przez ciebie rzeczy!
Moja siostra zniknęła, merdając w szale ogonem. Miała energię. Wspaniale, że skoncentruje ją na mnie.
Czekałam cierpliwie na jej powrót. Usiadłam obok ściany, przedtem starannie zamiatając ogonem miejsce, w którym miałam położyć swój zadek. Normalnie w życiu nie dotknęłabym ogonkiem takiego kurzu, jednakże żyłam w nadziei, że za parę chwil już będę czysta, a i ogonek się umyje.
Sarenka wróciła z wszystkimi wymienionymi przeze mnie przedmiotami. Musiałam przyznać, że spisała się na medal.
— Zaczynamy — szczeknęłam w uniesieniu. — Przygotuj wiaderko!
Brązowa psina rozglądnęła się za pojemnikiem, a gdy dostrzegła dostatecznie czyste (chociaż miało na sobie jeden koński włos i po bokach, po zewnętrznej stronie zabrudzone było paroma drobinkami kurzu), zaciągnęła je na myjkę.
Wskoczyłam do wiaderka, a Sarenka, z większą wprawą, odkręciła wąż. Przez uderzenie serca myślałam, że rozwali całą stajnię, ale moja siostra, o dziwo, szybko się uczy. Nie tak szybko jak ja, ale jest w porządku.
Letnią wodą zrosiła moje loki, po czym zębami odkręciła szampon. Po jej minie widziałam, że wypiła trochę tego płynu. Jednakże nie rozumiałam, dlaczego tak się krzywi; przecież te wspaniałe mydło pachniało tak pięknie, niczym kwiaty!
Po chwili piana okryła moją sylwetkę. Sarenka sprawnymi ruchami wcierała szampon w moją sierść, a ja rozkoszowałam się chlupotem wody, upajającym zapachem i piękną, miękką pianką.
Odczekałyśmy parę minut, wesoło rozmawiając o tym, jaka będę czysta. Następnie moja siostra spłukała ze mnie koński szampon, a ja, ociekając wodą, roztaczając wokół siebie kwiecistą woń, wystąpiłam z wiadra.
Wielkimi susami pełnymi gracji wyszłam na zewnątrz stajni, na czystą, gęstą trawę.
Sarenka zaczęła mnie wyczesywać, delikatnie szarpiąc moją białą niczym śnieg sierść. Już było widać, że po wyschnięciu będzie idealna. Czysta, miękka, oszołamiająco wspaniała, kręcona, puchata…
— No i widzisz, jaka ja jestem pożyteczna — ziewnęłam, pozwalając, by słoneczko suszyło moje futerko. — Moje włosy są niczym mleko, gęste i jasne. Głos niczym miód. Jestem najcenniejszym obrazem w całej tej stajni.

Koniec wątku Sarenki i Lilii. 
[562 słowa: Liliowa Łapa otrzymuje 5PD i 1PT]

20 września 2021

Od Liliowej Łapy do Cedrowego Deszczu

Cedrowy Deszcz została moją mentorką. 
Oceniłam suczkę stojącą przede mną krytycznym wzrokiem. Zmrużyłam powieki, smakując powietrza — jej zapach byłby całkiem przyjemny, gdyby o siebie dbała, bowiem śmierdziała potem. 
— Mentorko? — zbliżyłam się do niej, przekrzywiając w skupieniu głowę. Wykrzywiłam szczękę, przyglądając się wojowniczce z uwagą; Cedrowa patrzyła się wszędzie, tylko nie na mnie. — Myślałaś czasem, żeby wysmarować się kwiatami? O, na przykład różami, pachną odurzająco słodko, jednak myślę, że do ciebie najbardziej pasowałyby ciemne astry, czy inne, bardziej delikatne. Mocne kwiaty nie są dla ciebie, łatwo by cię przyćmiły. — przerwałam na chwilę, by wziąć wdech. — Masz całkiem ładne futro, nie kręcone, ale zawsze coś. A to… O FUJ, CHOLERA, SUKO, ZABIERZ TO ODE MNIE!!! 
Cedrowa zamrugała zdziwiona oczami, zdezorientowana spoglądając po otoczeniu. 
Po chwili spuściła wzrok, podczas gdy ja biegałam spanikowana po pomieszczeniu, piszcząc głośno. Na jej łapie znajdował się paskudny, tłusty kleszcz. Przerażona nie na żarty, odbiegłam od wojowniczki, najdalej jak mogłam, przyciskając się ciałem do rogu pomieszczenia. Wywaliłam z przerażenia oczy. Stałam sparaliżowana, obserwując kątem oka robala. 
— Zabierz… to… ode mnie… — ponowiłam prośbę drżącym szeptem. 
Nagle Cedrowa schyliła głowę i zacisnęła zęby na pasożycie. Wyrwała go ze skóry, a naokoło trysnęła krew. 
Myślałam, że zemdleję. Zatoczyłam się. 
— Cholera — po chwili spokojnie powiedziała wojowniczka, przyglądając się swojej kończynie. — Źle ugryzłam. Chyba jego tyłek został mi w łapie. 
Oczy wpadły mi do czaszki, a ja zatoczyłam się, tak jak pokazywała Sarenka. Lekko drżąc, zemdlałam.

***

Z obrzydzeniem zezując, by przyglądnąć się mysiej żółci, którą trzymałam na kupce mchu nabitym na patyku, weszłam do legowiska starszyzny.
Nie rozumiałam, dlaczego akurat mi przypadło wyciąganie kleszczy starszyźnie. Przecież to takie ohydne! A co, jak przeskoczą na mnie? Paskudztwo. Poczułam, jak resztki myszy podchodzą mi do gardła. 
— Dzień dobry! — mruknęłam niewyraźnie, gdyż trzymana w zębach gałązka utrudniała mi mówienie.
— Przyszłam zobaczyć, czy macie kleszcze i w razie czego wam pomóc. O, może pani chce pierwsza?
— zwróciłam się do najstarszej w legowisku suczki. Zaraz potem mrugnęłam do dziadków. — Wybaczcie panowie, ale suczki mają pierwszeństwo. 
Starszyzna zaśmiała się ochrypłymi głosami. W zasadzie to ich nawet lubiłam, jeśli tylko nie musiałam ich moczyć w tej żółci, ble. 
Podeszłam do jednej z babci, sprawdzając, czy nie ma w sierści kleszczy. Przebierałam łapami jej sierść, co jakiś czas widząc przyczepionego do skóry pasożyta. Z przymrużonymi oczami i natłokiem myśli uniosłam gałąź, niepewnie dotykając kleszcza zamoczonym w żółci mchem. Robal udusił się, z plaskiem opadając na podłogę. Znów zakręciło mi się w głowie. 
— Wszystko w porządku? — starsza rzuciła mi spojrzenie przez bark, na co delikatnie pokiwałam głową, zbyt przerażona, by wykonać większy ruch. Kleszcz leżał tuż przede mną. 
Była wojowniczka podniosła łapę, miażdżąc ciałko robala. Odrzuciłam głowę w tył, a patyk z mysią żółcią niemal wyleciał mi z pyska. 
— Och, współczuję. Biedna jesteś — mruknęła babcia, wstając. Jej stawy trzasnęły cicho. — Daj ten badyl, widać, że to nie na twoje nerwy. 
— Nie, nie… — wyjąkałam, jednak jeden ze starszych psów mi przerwał. 
— Przecież mamy zęby i łapy, daj spokój. Sami możemy o siebie zadbać. 
Wlepiłam w niego przerażone spojrzenie, a łapy znów zaczęły mi się trząść. 
Dziadek podszedł do mnie, wyrywając mi z pyska gałązkę. Przytknął mech z żółcią do miejsca na głowie suczki, w którym siedział naprawdę olbrzymi kleszcz. 
Piszcząc głośno, wybiegłam z legowiska, odprowadzana własnym echem.

<Cedrowy Deszcz?>
[558 słów: Liliowa Łapa otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia oraz 2 Punkty Treningu]

5 sierpnia 2021

Od Lilii do Sarenki

Przeciągnęłam się w żłobku, ziewając szeroko. Moje śnieżnobiałe zęby błysnęły krystalicznym blaskiem, wyraźnie odcinając się na tle zdrowych, czerwonych dziąseł. W rogu pomieszczenia leżało wiaderko napełnione do połowy wodą; dorośli zwykli mówić, że to jedyny przydatny wynalazek Dwunożnych, do którego mają dostęp w swoim obozie. Wierzyłam im.
W końcu, jak te łyse brzydole mogliby wpaść na jakikolwiek inny dobry pomysł niebędący wiaderkiem? Co innego, gdyby mieli moje umiejętności. O, wtedy byliby taaacy mądrzy.
Podeszłam do wiadra, przekręcając główkę. Lubiłam patrzeć na znajdującą się w przedmiocie wodę. Co prawda może zajmowałam miejsce przy nim i przeszkadzałam psom, które chciały się z niego napić, ale moja poranna toaleta była znacznie ważniejsza.
Zanurzyłam głowę w wodzie, energicznie nią potrząsając. Opłukałam także pysk od środka, dokładnie czyszcząc swoje zęby, chociaż dobrze wiedziałam, że były w świetnym stanie. Zaledwie półgodziny później kiwnęłam głową na rodziców i rodzeństwo, czym prędzej zmykając ze żłobka.
Szybko się uwinęłam, nie ma co.
Teraz tylko znaleźć jakąś czystą wodę, o, na przykład w głębokiej kałuży, i się umyć. Następnie wypadałoby wylizać łapy z drobinek słomy i kurzu, a potem wygrzać mokrą sierść się na wiosennym słońcu, by znów pięknie się kręciła.
Rozglądnęłam się z zapałem po obozie, a mój wzrok zatrzymał się gwałtownie na miejscu, w którym dwunogi zwykle kąpali swe konie. Teraz jednak nie stał tam żaden wierzchowiec, a i dwunożni się nie kręcili. Zadowolona i jakże uradowana, pobiegłam z powrotem do żłobka, ponieważ potrzebowałam pomocy drugiego psa w dokładnej kąpieli.
— Witajcie — szczeknęłam, zaglądając do żłobka. — Chciałabym się wykąpać… Ktoś z was przytrzyma mi ten żółty sznur i spróbuje odkręcić wodę, tak jak to robią Dwunożni?
Szczeniaki wlepiły we mnie wzrok; wszystkie co do jednego. Mile zaskoczona ich uwagą i zainteresowaniem zatrzepotałam rzęsami.
— Ja ci z chęcią pomogę! — cicho pisnęła Sarenka, wstając z posłania z zapałem.
Kiwnęłam zadowolona głową, uśmiechając się.
— Za mną. 
***
— Wiesz co, Lilio… — nieśmiało zaczęła Sarenka, stojąc na tylnych łapach i usiłując odkręcić wodę.
— Jakieś problemy z wężem? — spytałam moim dźwięcznym, krystalicznym i czystym głosem, siedząc na środku myjki. Z obrzydzeniem dostrzegłam w rogu ściany kupkę końskich odchodów. Odsunęłam się jak najdalej od tamtego miejsca.
— Jakim wężem?! — pisnęła moja pręgowana siostra, posyłając mi przerażony wzrok. — Przecież w stajni nie ma żadnego węża, prawda?
Westchnęłam.
— Tak Dwunożni nazywają ten żółty sznur, przez który leci woda — wytłumaczyłam ze spokojem.
Siostra odetchnęła z ulgą i gwałtownie odbiła się z ziemi, łapiąc zębami kran. Szarpnęła raz i drugi, dyndając tylnymi łapami w powietrzu, aż nie słychać było szumu płynącej wody. Sarenka z triumfem, lecz i także przerażeniem popatrzyła za siebie, szukając wzrokiem miejsca, w które mogłaby zeskoczyć.
— Złaź stamtąd — krzyknęłam, próbując ukryć panikę.
Ciśnienie wody, którą odkręciła Sarenka, było wysokie, tak więc żółty wąż skakał po całej myjce, wypluwając z siebie skandaliczne ilości zimnego płynu. Raz za razem moczył mi futerko, a ja, piszcząc z przerażenia, uciekałam na drugi koniec myjki.
— Przecież próbuję! — w tonie siostry słychać było panikę. — Pomóż mi!
Podbiegłam do niej i skoczyłam, a moje zęby zacisnęły się na jej ogonie.
Powietrze przeszył jej krzyk.
Pociągnęłam ją w dół z całej siły, a ona na mnie spadła, przygniatając me idealne ciało.
Zanim zdążyłam ją ofuknąć, oblała nas kaskada lodowatej wody, mocząc nas od stóp do głów. Pierwszy raz w życiu przeklęłam, czując na sobie pełen paniki wzrok Sarenki i wodę, która najwidoczniej chciała zrobić mi dziurę w ciele.
<Sarenko?>
[551 słów: Lilia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]