Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płonący Konar × Różany Płatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płonący Konar × Różany Płatek. Pokaż wszystkie posty

26 sierpnia 2021

Od Płonącego Konara — „Róże mają kolce" cz.2

Płonący się starzał.
Myśl ta wykiełkowała po raz pierwszy w dniu, kiedy odwodniony trafił do medyka — myśl wzięta z przypadku i rzucona w otchłań, bardziej ironiczna niż trafiająca w sedno. Nie odczuwał potrzeby jej roztrząsać — w końcu jego młode, choć liczące sobie więcej niż kilkanaście księżyców ciało poradziło sobie z chorobą i wojownik na powrót włączył się w życie klanowe, nie musząc myśleć o tym więcej.
Przynajmniej do czasu, gdy nie poczuł bólu w krzyżu po intensywnym polowaniu. Jęknął wtedy przeciągle, a uczniowie zażartowali, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo skończy w legowisku starszych. Zbył tę uwagę śmiechem.

***

Kiedy indziej siedział z matką pod ścianą Magazynu, nasłuchując szeptów wiatru. 
— Jak tam związek twój i Różanego Płatka? — zapytała go.
— Jaki związek? — zdziwił się. — Spędzamy razem czas, ale to nic poważnego.
— Szkoda. Liczyłam, że w końcu zdecydujesz się na jedną suczkę, zamiast robić im nadzieję.
— Jeszcze mam na to czas — pocieszył ją, całkowicie wierząc w swoje słowa.
Lecz jej spojrzenie było twarde. „Nie masz czasu", mówiło.

***

Mówiono mu, że gdy widzisz czyiś pogrzeb, zaczynasz zastanawiać się nad sobą. On uważał natomiast, że to bzdura — widział pochówek wielu psów, a choć każde odejście bolało na swój sposób, nigdy nie sprawiało, że zaczął rozmyślać nad sensem życia. Wojownicy po prostu przychodzili i odchodzili, zakopywani za obozem, kończąc swą służbę dla klanu. 
Mimo wszystko wraz z innymi ronił łzy, gdy chowano ciało Malwowego Ogona i pozwalał jej byłej uczennicy wypłakiwać się w jego futro. 
— Nigdy nie mówiłaś mi, że tak bardzo ją lubiłaś — stwierdził, gdy ceremonia się skończyła i członkowie klanu się rozeszli.
— Była dla mnie wszystkim. — Siorbnęła nosem, ciut za głośno, by dał się nabrać. Mimo to nie odsunął się, a wręcz przybliżył jeszcze mocniej, sam nie do końca wiedząc, dlaczego.
By dać suczce odrobinę prywatności, przeniósł spojrzenie na świeżo zakopaną mogiłę i uderzyło go to, że w momencie gdy ciało zniknęło pod ziemią zupełnie zapomniał jak nieboszczka w ogóle wyglądała, mimo że była w klanie odkąd pierwszy raz otworzył oczy.
Różany Płatek trzymała głowę przy jego szyi jeszcze dobre parę minut, jakby chciała upewnić wszystkich wokół, ze jej rozpacz jest autentyczna; nawet, jeśli nikogo już nie było. Rozejrzała się po okolicy, uważnie i długo, a potem spojrzała na niego.
— Chodź — wyszeptała zmysłowo głosem, który nigdy by nie wskazywał na to, jak wiele wylała łez, i poprowadziła go daleko poza obóz; jej długi ogon zamiatał opadłe liście.
Muszę korzystać z życia nim skończę tak jak ci, co tutaj leżą — pomyślał, idąc za nią.

***
Oboje doskonale wiedzieli, że to gra, wiedzieli także, jakie są jej reguły. Był to cichy, niepisany kontrakt, który pozwalał im obojgu realizować własne cele — ona dostawała mnóstwo uwagi, a i inne psy patrzyły na nią z jakby większą dozą szacunku, on za to mógł zatrzymać przy sobie wizję wiecznej młodości, bez dorastających szczeniąt, kwitnących kwiatów i umierających drzew.
Ich schadzki stały się właściwie codziennością, nie tylko dla nich lecz dla całego klanu. Wojownicy wiedzieli, gdzie kończyły się ich "polowania", a Sowi Pazur znał pory, w których na pewno nie zastałby ich w obozie. Dopiero z czasem porzucili schemat, ich spotkania stały nieregularne, co nie znaczy, że nieczęste. Płonący dobrze wspominał te chwile, szelest gałęzi, łaskotanie trawy, gorący oddech na karku i blade światełka świetlikowych odwłoków unoszące się nad krzewami.
On i Różana, Różana i on. Piękna bańka, każdego dnia szarpana przez wiatr, która wciąż nie mogła pęknąć.
Z czasem wszystko wokół zaczęło więdnąć, przyroda przygotowywała się na Porę Nagich Drzew. Industria również była świadoma nadchodzącego okresu, wiele psów jakby zapadło się w sobie — tylko oni we dwoje zdawali się kwitnąć wśród wirujących płatków śniegu.
Skłamałby mówiąc, że nigdy nie myślał o innych suczkach; niejednokrotnie zdarzało mu się dłużej zawiesić na jakiejś oko, przystanąć na pogawędkę wpadającą w tematy dalekie od dwuznacznych. Czasami wracał do legowiska późno w nocy i gdy kładł się obok, Różana mogła poczuć obce zapachy na jego futrze oraz pojedyncze włoski sierści w innym kolorze niż rudy, wplątane w niego jak we własną skórę. 
I tak wtulała się mocniej, ignorując dowody zdrady przyniesione na własnym futrze — chyba, że sama tamtego dnia nie zdołała zauroczyć nikogo; wtedy Płonący widział jedynie jej plecy jako ciemny kształt pośród ogarniającej ich ciemności.
Tak mijały im kolejne księżyce. Kocham cię, mówiła, gdy zwycięsko wychodził z walki. Zostaw mnie, warczała, gdy kolejny raz wrócił z niczym z polowania, lecz jej nastrój był zmienny jak pogoda w Porze Opadających Liści, więc koniec końców i tak zasypiali przyciśnięci do siebie, z nosami wsuniętymi w futro drugiego, zapominając o wcześniejszych kłótniach.
Czy to już jest miłość, przeleciało mu przez myśl i zaraz parsknął w szyję swojej kochanki, rozbawiony absurdalnością tego pytania.
Wkrótce miał znaleźć na nie odpowiedź. 

***

— Jestem w ciąży — oznajmiła mu Różany Płatek pewnego pięknego dnia. Wściekle, bezpośrednio. Ze spojrzeniem gotowym do popełnienia mordu.
To był ten moment gdy Płonący Konar, dzielny wojownik Industrii, przestał widzieć słońce. Właściwie, przestał widzieć cokolwiek.
Obudził się kilkanaście minut później, otoczony zapachem ziół, tak nieprzyjemnie znajomym, że pierwszym co zrobił po odzyskaniu świadomości było zaciśnięcie szczęk. Jeśli to ma być jakiś sygnał, by się przekwalifikować na medyka, to oficjalnie przestaję wierzyć w resztki rozumu u Gwiezdnych, pomyślał zirytowany. Nie pamiętał, jak i dlaczego się tu znalazł.
Zdenerwowane szczekanie Różanej zza ściany prędko go uświadomiło. 
Czy ponowne omdlenie nie będzie śmieszne? Zapewne tak uznał, ponieważ trzymał się dzielnie, zaciskając jak najmocniej powieki i gryząc język do krwi, lecz mimo tego w uszach mu szumiało i zdołał wyłapać ze słowotoku ukochanej tylko pojedyncze słowa — "bachory", "odpowiedzialność" i "wpadka" — oraz jedno dłuższe "nie zasłużyłam sobie na to", wypowiedziane rozżalonym tonem. Słowa naprawdę wypowiedziane, lecz, ponieważ przytłumione ścianą i jego nienajlepszym stanem, zdawały się być po prostu cudzym koszmarem rozgrywającym się za drzwiami. Rzeczą nieistotną, poza jego zasięgiem.
Wkróce zasnął, ukojony spokojnym głosem Petera aka Szarej Skały.

***

— Czy szanowny pan jest w stanie dziś rozmawiać, czy może znowu zamierza się wywinąć złym samopoczuciem? — Usłyszał nad uchem.
Przez ostatnie dni unikał jej jak mógł, najpierw udając sen, później błagając Petera, by ten zapewnił mu spokój, mimo że na dobrą sprawę nic mu nie dolegało. Nie chciał widzieć nawet własnej matki, a co dopiero źródła całego zajścia, do niedawna najdroższego mu psa na świecie. Ale nie mógł, nie miał ochoty też wiecznie uciekać i spać całymi dniami, a medyk nie mógł i nie zamierzał kryć go do końca życia. 
— Tak. — Oblizał wargi. — To znaczy, tak, mogę — dodał po chwili i dokładnie w tym samym momencie zapragnął odbiec daleko stąd.
— Zrywam z tobą.
Informacja ta była jak dostanie kamieniem w głowę; nawet zachwiał się lekko czując, jak uginają się pod nim łapy.
— Dlaczego? — wymsknęło mu się najgłupsze pytanie pod słońcem.
Różana przewróciła oczami. Wyraz jej pyska wyrażał wyłącznie irytację i politowanie.
— Wkopałeś mnie w sam środek śmierdzącego bagna i jeszcze się pytasz, dlaczego? — zapytała, choć wiedziała, że nie musi. — Przez ciebie z tobą zrywam, pchli móżdżku! Przez ciebie i te bachory, które mi zrobiłeś!
— To nie jest tylko moja wina, wiesz? — Starał się być głosem rozsądku, lecz jego wnętrzności płonęły z wściekłości, a w głowie nadal się kręciło.
— Nie ma to znaczenia, bo to ja — ja! — skończyłam tu z rosnącym brzuchem. Jeszcze Peter powiedział, że są jakieś komplikacje i nie może podać mi ziół poronnych, szlak by to trafił!
— Jakie komplikacje? — Nie spodobał mu się sposób, w jaki jego serce na moment się zatrzymało.
— Myślisz, że się na tym znam? Tak czy siak, muszę donosić ciążę. — powiedziała. — Aha, możliwe że część szczeniąt zdechnie — dodała po chwili, a on jakby skurczył się w sobie. — Oby wszystkie. 
Przez dłuższy moment język ciążył mu zbyt mocno, by mógł się odezwać. Atmosfera wokół nich przypominała niebo podczas burzy.
— I co zamierzasz teraz zrobić? — Bał się tego pytania, ale w końcu musiało ono zostać zadane.
— Na pewno nie wychowywać. Nie chcę ich — rzekła. 
— Czy... mówiłaś komuś o tym? Nie mogę być ojcem — szepnął, powoli zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, z tego że krzyki nie dochodziły dłużej zza ściany bezpiecznego legowiska.
Nie mogę być ojcem.
— Nie, ale i tak będą wiedzieli, że to twoje dzieci. Za kilka dni będziesz dostawał gratulacje za zniszczenie mi życia!
Nie mogę.
Impet, z jakim wypadł z obozu, prawie przewrócił dwa psy wracające z polowania.

***

Biegł i biegł przez ulice, łąki i pola, a choć czuł wiatr w sierści i twardą ziemię pod łapami, to cały świat był oceanem.
Emocje poniosły go daleko od domu, przez tereny innych klanów, przez tory, aż do granicy między miastem a obecnymi terenami Quintusu. Dopiero wtedy zauważył, jak bardzo pędził, jak szybko płynął — biegł póki nie brakło mu powietrza w płucach, biegł aż wreszcie upadł na trawę, a oczy mimowolnie powędrowały ku niebu, którego nie potrafił dostrzec. Był uwięziony w swojej głowie, nad sobą mając jedynie niknące między falami światło słońca, pod sobą — nieskończoną ciemność. 
Tonął.
Zamknął oczy, chcąc odpędzić wizje, uspokoić bijące serce. Trochę pomogło.
Las, przynajmniej z zewnątrz, nie zmienił się wiele odkąd uciekli do miasta. Drzewa wzbijały się wysoko, dostrzegał wśród nich zarówno rozłożyste konary dębów jak i smukłe, strzeliste czubki sosen. Zawęszył w powietrzu — dotarł do niego ciężki, lepki zapach żywicy, drewna oraz ziemista woń leśnej podściółki, a także, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, leśnej zwierzyny. Sam nigdy nie chciał odchodzić z tego miejsca i nie rozumiał decyzji ojca, Okopconego Pyska.
Dziś na śniegu się nie skończy.
Czy tak czuł się jego ojciec, gdy porzucał partnerkę ze szczenięciem? Czy przystanął choć na chwilę spojrzeć na las, na który on teraz patrzył, mieć ostatnie pożegnanie z miejscem, które dla nich obu było kiedyś domem?
Jako uczeń Płonący pomodlił się do przodków, by nigdy nie pójść w jego ślady — dziś jednak oboje stali na tym samym rozstaju. Gwiezdni nie istnieją — uznał nagle w przypływie szaleństwa, czując na języku wyłącznie słodycz kłamstwa. Gdyby istnieli, nie pozwoliliby mu zostać ojcem.
Prawda?
Pomyślał o Szałwiowej Gwieździe i jego słowach, i o wspólnej wędrówce przez gwiazdy. Podróż ta nie była łatwa — wciąż pamiętał kamyki obsypujące drogę, ostre i śliskie od potu tych, którzy próbowali przed nimi. Takie wizje były rzadkością, lecz on swego czasu był Wybrańcem, rzuconym w wielki świat na wiele księżyców, z zupełnie obcymi mu psami. Były lider powiedział mu coś wtedy o zaufaniu i coś o litości, lecz nie mógł przypomnieć sobie konkretnych słów. 
Minęła dłuższa chwila — mogąca trwać nawet godziny — nim uniósł się z ziemi. Na dobrą sprawę mógłby tu zostać na zawsze, pozbawiony obowiązków i odpowiedzialności, lecz ostatnie kilka dni pokazało mu naturę życia. Odpowiedzialność stanowiła cel, a on bez celu się nudził.
Żywot jest rzeką, Płonąca Łapo, nie cofa się ani nie stoi, tylko nieustannie mknie naprzód.
Jestem taki stary, lamentował w myślach. Stary i głupi, że w takich chwilach zebrało mi się na ckliwe wspominki mądrości mojej matki.
Stał w dobrym oddaleniu od boru, a i tak słyszał szum liści, jakby stał tuż pod gałęziami drzew. Znikąd pojawiła się myśl, że chciałby, by jego szczeniaki mogły go kiedyś doświadczyć, nawet gdy on nie będzie miał siły by dalej o nie walczyć.
Rzucił lasowi ostatnie spojrzenie i odszedł w kierunku miasta.

***
— Przepraszam za tamto. — W jego głosie pobrzmiewała skrucha.
— Nie rozmawiam z tobą — odparła, gwałtownie odwracając głowę. — Przeprosin również nie przyjmuję.
— Rozumiem — spuścił wzrok. — Jeśli będziesz czegoś potrzebować...
— Daruj sobie. Jedyne czego od ciebie potrzebuję, to żebyś zniknął z mojego życia! — przerwała mu.
— Żyjemy w jednym klanie, jak niby mam to zrobić? — Zdenerwował się. — Słuchaj, nie chcę być ojcem równie mocno, jak ty nie chcesz być matką, ale skoro musisz urodzić, to nie możemy zniszczyć szczeniakom życia. Przecież wszystko do tej pory było między nami dobrze, gdybyśmy tylko...
— Nie zamierzam się z tobą wiązać, jeśli o to ci chodzi — znów się wtrąciła, mierząc go spojrzeniem tak zimnym, że niemal czuł wbijające się w skórę igiełki lodu.
— Nie musimy być razem, przynajmniej nie na początku, możemy dać sobie czas i w tym czasie chociaż udawać... — Naprawdę nie wierzył, że to mówił, on, który jeszcze parę księżyców temu zapewne olałby całą sprawę, odcinając się od rzeczywistości i jej problemów. 
Może właśnie nadszedł czas na zmiany?
— Nie, nie możemy! Nie zamierzam udawać, że cieszy mnie noszenie twoich bachorów w brzuchu, a potem znoszenie ich pisków.
— Jeśli chodzi ci o uznanie, to karmiące są darzone olbrzymim szacunkiem...
— Do czego zmierzasz? — Zmrużyła oczy.
— Ja... — Na dobrą sprawę sam nie wiedział; wiedział tylko, że wspędzone wspólnie miesiące to nie coś, co można łatwo zapomnieć. Długo nie mógł znaleźć nazwy dla tego uczucia. — Chyba się przywiązałem. Do tego, co było między nami.
Nie było to wyznanie miłości, ale serce biło równie mocno, jak gdyby nim było. 
Różany Płatek popatrzyła na niego; jego własny szok przez moment odbił się w jej spojrzeniu, nim wygrała wściekłość. 
— Nie jesteś dla mnie nikim specjalnym, Płonący Konarze i nigdy cię nie kochałam — powiedziała dobitnie z pyskiem zmarszczonym w czystej nienawiści, a on poczuł się jak zając z zaskoczenia przyszpilony do ziemi, czekający aż lis wyrwie mu rozszalałe ze strachu serce. — Głupi jesteś, jeśli kiedykolwiek tak myślałeś.
Dalej, dobij mnie. Niech ten świat się skończy.
Nigdy przedtem tak bardzo nie bał się własnych myśli.
Suczka jednak nie powiedziała już nic więcej i zostawiła go, stojącego po środku obozu i drżącego jak osika. Te psy, które nie wybyły na patrol lub polowanie ani nie siedziały we wnętrzu Magazynu posyłały mu zarówno współczujące, jak i usatysfakcjonowane spojrzenia.


***

Znalazł matkę w kącie obozu, osłoniętym przed obcymi spojrzeniami.
— I jak, jesteś dumna ze mnie? — Jego głos wręcz ociekał sarkazmem, gdy przysiadł się do niej, zakłócając poobiedni odpoczynek.
— Zawsze byłam — odpowiedziała spokojnym tonem.
Nastała chwila milczenia.
— I...? Coś się może zmieniło? — pociągnął temat. Zauważył, jak matka się waha.
— Prawdę mówiąc, bałam się, że uciekniesz — szepnęła wreszcie, tak cicho, że musiał się pochylić, a i tak usłyszał tylko drugą połowę zdania.
— Nie chciałbym powtórzyć jego błędu — powiedział. Najlepiej będzie, jeśli ucieczkę z miasta zachowam dla siebie, dodał w myślach.
Na te słowa Milczący Kwiat uznała rozmokły grunt pod łapami za niezwykle interesujący, a on nie naciskał — znów więc pogrążyli się w ciszy, chłonąc zapach deszczu. To sprawiło, że pojawił się przed nim obraz Różanej, obrzucającej go wyzwiskami jeszcze parę chwil wcześniej.
— Ona mnie nie kocha — powiedział. — Ich też nie będzie kochać.
— A ty? — zapytała. — Będziesz je kochać? Nawet gdy ich matka wyrzuci je ze swojego życia?
Zagryzł wargę i zamilkł na długo.
— Chyba nie umiem odpowiedzieć na to pytanie — wydusił z siebie w końcu, nie mogąc powstrzymać ciężkiego bicia serca.
Lecz na pysku Milczącego Kwiatu zakwitł jeden z najpiękniejszych uśmiechów.
— Nigdy nie byłam tak szczęśliwa — rzekła mu i przycisnęła bok do jego boku.

<Koniec (?).>
[2387 słów: Płonący Konar otrzymuje 23 Punkty Doświadczenia]

19 maja 2021

Od Płonącego Konara CD Różanego Płatka

Wypoczywał przy Magazynie, skryty w cieniu pojedynczego drzewa, starając się ignorować zanikający wolno — zbyt wolno — ból po użądleniu pszczoły, na szczęście w porę opatrzony przez medyczkę. Gdyby zrobiło się szczególnie zimno, zamierzał czym prędzej czmychnąć do wnętrza budynku, nim wiatr zdołałby przeczesać gęstą sierść — nie stało się tak jednak, za to na horyzoncie zamajaczyła inna rzecz, która przyprawiła go o dreszcz podniecenia i szybsze bicie serca. Niby leniwie, niby przypadkiem zmienił pozycję, ułożył się tak, by wyglądać bardziej nonszalancko, przymknął powieki. Zaczął żałować, że dzień był bezwietrzny.
— Spodziewam się, że wciąż nie wypocząłeś po wędrówce, jednak co powiesz na krótki patrol? Myślę, że spacer po dawno niewidzianym domu dobrze ci zrobi. — Usłyszał. Różany Płatek stała nad nim ze słodkim uśmiechem, bezpośrednia jak zawsze. Taką przynajmniej ją zapamiętał.
— Już przydzielono psy do patrolu? — zapytał, zachowując neutralny wyraz twarzy. Nie żeby nie chciał iść, oczywiście. Odrzucić patrol u boku jednej z najładniejszych suczek w klanie? Nigdy w życiu, trzeba było jednak zachować pozory — co zdobyte z małym trudem, łatwo odrzucić.
Jej uśmiech zadrgał niemal niezauważalnie, Płonący uznał to za przywidzenie, gdyż jej głos był równie niezachwiany jak na początku:
— Nie, ale jeśli się pospieszymy to się załapiemy. — Większość psów już pognałaby szukać Sowiego Pazura, płomienna i natychmiastowa w realizacji zachcianek, jak na psa z Industrii przystało, jednak ona widocznie czekała na jego reakcję. 
— Kimże jestem, by odmawiać propozycji pięknej damy? — uśmiechnął się spod przymrużonych powiek i rozciągnął się tak, ze aż w pewnym momencie można było usłyszeć delikatne pyknięcia rozciąganych stawów. 

***

Świat wyglądał pięknie Porą Nagich Drzew.
Choć wciąż nie było ani śladu wiatru, na zmarzniętej ziemi leżał świeży śnieg, czyniąc chwilę niemalże bajkową — białe połacie terenu lśniły w promieniach zachodzącego słońca niby diamentowy pył, a powietrze było tak czyste i rześkie, że wojownik z tym większą przyjemnością chłonął spokojną atmosferę wieczoru. 
Różany Płatek szła na przedzie grupy, wyprzedzając samego Sowiego Pazura, a Płonący Konar nagle poczuł się w obowiązku utemperować towarzyszkę, przyspieszył więc kroku i chwilę później szli już łapę w łapę.
— Gwiazdo zaranna, zwolnij trochę proszę, nie wszystkich wiatr nosi na swych skrzydłach. — Zagadnął, uśmiechając się przyjacielsko, po raz któryś tego dnia. Teoretycznie komplement nie miał prawa bytu, gdyż nawet najlżejszy podmuch nie zawitał na tereny Industrii przez cały ten czas, ale dla żadnego z nich nie miało to znaczenia — Różana posłała mu nieśmiałe spojrzenie spod rzęs i odwzajemniła uśmiech.
— Jestem pewna, że tak szybki i zwinny pies jak ty, Płonący Konarze, nie potrzebuje wiatru by mnie prześcignąć — zdecydowała się odbić piłeczkę.
Płonący był raczej przeciętnie szybki i z pewnością nie nieprzeciętnie zwinny, ale i tak przyjął pochwałę zadowolonym kiwnięciem głowy.
— Myślisz, że nasz zastępca nie będzie miał niczego przeciwko, że zostawimy resztę grupy w tyle? — zapytał.
Jego towarzyszka przegryzła wargę w zamyśleniu i pies musiał przyznać, że wyglądała naprawdę uroczo, nawet bardziej niż Łania, pomimo większego wzrostu i smukłego pyska.
— Dopiero wróciłeś z długiej podróży, a jednak nie zatraciłeś przez ten czas szacunku dla Kodeksu Wojownika, godne podziwu — powiedziała wreszcie, lecz wygladało na to, że ani w głowie było jej zwalniać. 
— Podróżowałem z czterema innymi psami, sami w sobie stanowiliśmy wspólnotę, a Kodeks był jedną z rzeczy, która przez te wszystkie księżyce nie pozwalała nam zapomnieć o domu — odpowiedział.
— Właśnie, słyszałam że powaliłeś atakującego was Dwunożnego — płynnie przeszła z jego tematu do drugiego.
Chwila zawahania.
— To prawda.
— Wszyscy w obozie mówią o tobie — rzuciła po krótkim momencie milczenia.
— Wciąż próbują przyjąć do wiadomości mój nagły powrót, to normalne, niedługo im przejdzie — odparł skromnie.
— Wiem, że większość plotek jest zapewne podkoloryzowana, dlatego chciałabym usłyszeć twoją wersję tego wydarzenia — oczywiście, jeśli masz ochotę się tym ze mną podzielić — dodała, nie za prędko i nie za późno, tak że prośba doskonale wmieszała się w pierwszą część wypowiedzi. 
Płonący Konar docenił to i zdecydował się opowiedzieć historię z Dwunożnym — historię półszczerą, w której półprawdy poganiały niedopowiedzenia, ale Różany Płatek i tak słuchała z zapartym tchem, zapominając o całym świecie. On też zapomniał, prawdę mówiąc, i na nic były poirytowane pomruki reszty patrolu, którzy jednak uznali danie ulgi powracającemu wojownikowi za złą decyzję.
— Dasz pazur, weźmie całą łapę — powiedział ktoś z przekąsem, ale on nie słuchał, zatracony w opowieści, w spojrzeniu Różanej i jej cichych westchnieniach; zatracony w grze.

***

Ich posłania zwykle były dość niedaleko od siebie, lecz jako, że jego stare miejsce zostało zajęte przez nowych wojowników, zmuszony był znaleźć sobie nowe legowisko. Nie oponował, gdy Różany Płatek zaprowadziła go do pustego kawałka podłogi, zaskakująco blisko miejsca, gdzie sama spała.
— Śpię tu od księżyców i zawsze się wysypiam — wyszeptała, muskając ogonem jego bok — ale oczywiście wybór należy do ciebie.
— Z pewnością nie odmówię, nie mam siły targować się z młodzikami. — Zaczął mościć się w posłaniu obok. — Chyba jutro przyniosę ci śniadanie w ramach podziękowań.
Trzepot długich rzęs i delikatny uśmiech.
— Z pewnością nie odmówię.


<Różana?>

[punkty niewpisane]

30 kwietnia 2021

Od Różanego Płatka CD Płonącego Konara

Praktycznie niemożliwe było, by to poruszenie umknęło bacznym uszom i spostrzegawczym oczom Różanego Płatku. Po magazynie zaczęła panoszyć się jakoś nowa, jednak wciąż dziwnie znajoma woń. Suczka próbowała ją sobie zobrazować w myśli i zajrzeć do najgłębszych odmętów wspomnień, by poznać właściciela zapachu. Chłodne i ostre powietrze nieco utrudniało głębsze wczucie się w zapach, co zirytowało Różaną i postanowiła ruszyć się spod legowiska i na własne oczy zobaczyć powód zamętu. W drodze na miejsce, które obrała sobie za cel, dosłyszała jakiś szmer i szepty wśród uczniaków, wyraźnie czymś podekscytowanych. Zdecydowała się do nich nie podchodzić, mimo że prosto i szybko mogła wyciągnąć od nich wszyściusieńkie informacje, jednak sprawa zdawała się na tyle poważna i podejrzana, by Różana zapragnęła samodzielnie ją zbadać.
Wbiło ją w ziemię, gdy przed jej ślipiami ukazała się smukła sylwetka obdarzona złotawym futrem. Zabrakło jej na moment tchu, nie wiedząc, czy to ze zdziwienia, czy zauroczenia tym cudownym widokiem. Nigdy nie sądziła, że będzie dane jej ujrzeć żywego jednego z psów, które zaginęły już dobry sezon temu. Tak też i się stało, że w niewiadomych okolicznościach zaginął jeden pies z każdego z czterech klanów. Ostatecznie uznano je za martwe i zapomniano o nich. Z pamięci Różanego Płatku już niemal zupełnie wymazał się obraz psa, którego to tak sobie bardzo upodobała, mimo że nigdy nie weszła z nim w głębszą relację. Kończyło się na wymianie kilku zdań, czy słów i wspólnych łowach. Gdy ten, jakby rozpłynął się w powietrzu, szara nie tęskniła za nim ani trochę, co też nie oznaczało, że nie ucieszyła się na ponowny jego widok. Oczywistym też był fakt, że poczuła wielką ochotę podbiegnięcia do starego znajomego i zasypania go wodospadem pytań i zagadnień. Musiała się jednak powstrzymać. Wypadało dobrze się zaprezentować, obraz Różanej mógł już niemal zniknąć z umysłu samca. W takim wypadku będzie to jak próba zrobienia dobrego pierwszego wrażenia.
— Witaj w domu, Płonący Konarze — odezwała się miękkim głosem i zamrugała niewinnie powiekami, przyjaźnie, z troską spoglądając na starszego. — Co było powodem twojego zniknięcia? Mów śmiało, o ile, rzecz jasna, chcesz.
Po wysłuchaniu historyjki o Gwiezdnych, wybrańcach i długiej wędrówce, w pamięci szarej suczki odżył obraz silnego i szanowanego wojownika, w dodatku ze zdwojoną siłą. Płonącego Konara można było nawet nazwać teraz bohaterem i niczym dziwnym będzie, jeśli zachwyt i budząca się pokora przed nim będzie jeszcze przez kilka księżyców gościć w sercach klanowiczów. Jakby głębiej pomyśleć, Różana mogłaby też przygotować sobie miejsce u boku Konara, jedynie po to, by inne suczki jej pozazdrościły tak cudownego partnera, bohatera klanu. Ha, czemu by nie spróbować? Życie jest za krótkie na nieryzykowanie, a wizja mienia Płonącego Konara za partnera jest wręcz... Cudowna.
Wieczorny patrol brzmiał jak idealna randka. Różany Płatek łatwo nie przegapi takiej okazji, by pokazać się swojemu obiekcie zalotów w promieniach zachodzącego słońca. Wszyscy dobrze wiedzą, że sylwetka odznaczona promykami wygląda najpiękniej i najsmuklej. Pewna siebie podeszła do świeżo przybyłego z długiej drogi i powitała go uśmiechem.
— Spodziewam się, że wciąż nie wypocząłeś po wędrówce, jednak co powiesz na krótki patrol? Myślę, że spacer po dawno niewidzianym domu dobrze ci zrobi — z góry wykluczała opcję odmówienia, jednak gdyby to się stało, wpadłaby w lekką konsternację i zażenowanie. Liczy na to, że wojownik zdążył się już zauroczyć jej urokliwym spojrzeniem i zawiesił na niej oko, za każdym razem, gdy ją tylko zauważył. Po tej randce zapragnie częściej słyszeć jej przyjemny dla ucha głos i sam dodawać swoje pięć groszy do jej rozmów i dyskusji. Zakocha się, a potem będzie miała go na własność i zrobi z nim, co zechce. Mogłaby pozostać mu wierna do końca swego żywota i równie dobrze go zostawić, jak tylko pojawi się taki kaprys. Tak, to brzmi, jak plan, nawet na całe życie. Kto jej zabroni? Jedynie nieprzyjazne zrządzenie losu, które sprawi, że jakimś cudem Różana jednak nie podpasuje Płonącemu Konarowi lub zaistnieje jakaś inna niesprzyjająca szarej suczce sytuacja.
<Płonący Konarze?>
[639 słów: Różany Płatek otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

25 kwietnia 2021

Od Płonącego Konara do Różanego Płatka

Gdy wyruszał na misję, śnieg okrywał ziemię, a gdy wracał z misji, pierwsze w tym roku płatki spadały z nieba i zaczepiały się o wilgotne futro, zwiastując następną Porę Nagich Drzew. Gdyby nie one, niewykluczone, że Płonący Konar zupełnie straciłby rachubę czasu.
Im bardziej on i reszta wybrańców zbliżali się do terytoriów klanów, tym szybciej zanikały pojedyncze śmiechy i zalążki rozmów. Nawet gadatliwy Laurency umilkł, a Płonący nie musiał być szczególne domyślny, by wiedzieć, że na powierzchnię myśli wypływa ta jedna, szczególnie bolesna i tłumiona przez wiele księżyców — że prawdopodobnie jest już za późno na jakikolwiek ratunek. Myśl ta, wspólna zapewne dla nich wszystkich, przyprawiała go o mdłości i sztywność łap, a gdy wiatr przywiał znad miasta zapach czterech klanów, do żołądka jakby spadł mu kamień.
Bo może... może nie było już czego tam szukać?

***

Wybrańcy pożegnali się z Brązową Blizną się na granicy Ventusu, którego pysk zastygł w jakby smutnym uśmiechu — Płonący nie miał pewności, czy z tęsknoty za nowymi przyjaciółmi, czy przez przytłaczającą ciszę, która otaczała tereny dworca, a może z powodu obu tych rzeczy. 
— Dziękuję, Brązowa Blizno — zdołał jeszcze wymamrotać przez trzymane w pysku zioła, zanim zmuszony był dogonić resztę; nie powstrzymało go to jednak od tego, by odwrócić kilkukrotnie głowę i za każdym razem widzieć małego, brązowego psa w tym samym miejscu, patrzącego za nimi, dopóki nie zniknęli w cieniu pierwszych budynków.

***


Każdy krok przybliżał go do utęsknionego klanu, ale też zabierał resztki pewności siebie. Z każdym ubywającym członkiem drużyny powietrze wokół stawało się zimniejsze, a wiatr ostrzejszy — następny zwiastun Pory Nagich Drzew. Zadrżał, gdy lodowaty podmuch smagnął go po karku. Ostatni pies właśnie go opuścił, kierując się na tereny swojego klanu. W oddali, po drugiej stronie drogi majaczyła sylwetka Magazynu, szarego i ponurego jak zawsze. 
Wreszcie, wiedząc, że i tak nie ma wyboru, zdecydował się przekroczyć granice Industrii. Zawęszył w powietrzu — oznaczenia były całkiem świeże, co oznaczało, że niedawno musiał przechodzić tędy patrol. Kamień w żołądku trochę się skurczył.
A co jeśli to nie psy Industrii zostawiły oznaczenia? Czy to możliwe, by zapomniał zapachu własnych pobratymców?
W drodze do obozu nie spotkał żywej duszy, co w połączeniu z widokiem zacisznych, znajomych mu terenów sprawiło, że po tylu latach znów poczuł na języku słodko-gorzki smak lekarstwa, które musiał przyjmować za szczeniaka — specyficzny zapach niesionego medykamentu dodatkowo wzmagał to odczucie.

***

— To... to niemożliwe!
— Chłopie, gdzieś ty się tak długo szwendał, poszedłeś odwiedzić samych Gwiezdnych?
— Nareszcie w domu!
Ktoś walnął go w bok i pacnął w ucho. Mocno, aż pociekła krew.
— Ty zapchlona kupo futra, myśleliśmy, że od dawna gnijesz w jakimś rowie! — Usłyszał od napastnika. Nie odwrócił się, by spojrzeć, kto to.
Łapy zaczęły stopniowo odmawiać posłuszeństwa. Nawet nie zauważył, kiedy przysiadł na popękanej ziemi.
— A co ty tam trzymasz w pysku? Czy to...
— Zioła! — zawołał ktoś. — Przesuńcie się wreszcie, zróbcie miejsce medykowi... witaj, Płonący Konarze. Czekałam na ciebie. 
Podniósł głowę i ujrzał przed sobą aksamitnie czarny pysk Sroczej Łapy. Uczennica medyka wyrosła przez ten rok, a jej głos nieco się zmienił — pies wyczuwał w nim brzemię pozostawione przez ciężkie czasy.
Zakręciło mu się w głowie. Tyle znajomych pysków, zapachów, przekrzykujących się głosów, niedowierzających w jego powrót. I jakaś dziwna, ciężka mgła snująca się po obozie, niewyczuwalna dla nikogo poza nim samym. Musiał się położyć.
— Nic mi nie jest — zapewnił, zanim ktokolwiek zdążył zapytać. Przekazał zioła młodej medyczce, nie patrząc jej w oczy, by nie mogła dostrzec zbierających się łez. Ta pochyliła się nad nim troskliwie. 
— Mimo wszystko i tak poprosiłabym cię, byś poszedł ze mną do legowiska — powiedziała i pomogła mu wstać.
Wewnątrz Magazynu było cieplej, a gdy znaleźli się w kąciku przeznaczonym dla medyków, owionął go zapach ziół. Nawet za tym miejscem tęsknił. 
— Płomień...? 
To jedno słowo sprawiło, że serce na moment przestało bić, a wszystkie wnętrzności ścisnęły się w wielką, bolesną kulę. Otworzył pysk, ale nie wydobyło się z niego ani jedno słowo, nie miał siły, by mówić — ale nawet gdyby mógł, nie rzekłby nic, gdyż miękkie, ciepłe, trochę zakurzone futro wtuliło się w niego, tak mocno, że prawie by się przewrócił. Tak dobrze znana mu woń wypełniła nozdrza, coś gorącego pociekło po szyi. 
Łzy. Nie wiedział, czy należały do niej, czy do niego. Nie potrzebował wiedzieć.
— Gwiezdni jednak wysłuchali naszych modlitw — wymruczała Srocza, krzątając się wokół medykamentów. — Wreszcie będziemy mogli pożegnać epidemię.
— Co się stało, mamo? Dlaczego śpisz w legowisku medyka? Jesteś chora? — zapytał, gdy emocje zdążyły nieco opaść.
— Nie, po prostu trochę... przemęczona. — Milczący Kwiat uśmiechnęła się słabo. — Przez epidemię mamy łapy pełne roboty, odkąd części psów... zabrakło. To nie twoja wina — dodała szybko, widząc, że zamierza błagać o wybaczenie. 
— K-kto odszedł...? — Może nieodpowiednie, może zbyt bezpośrednie, lecz to pytanie samo cisnęło mu się na język.
— Oszroniona Gwiazda i Szkarłatny Bluszcz. — Westchnęła medyczka. — I kilku innych.

***

Został jeszcze chwilę w legowisku, by Srocza mogła obejrzeć jego rany, jeszcze niezupełnie zagojone i nakazała mu odpoczywać. Milczący Kwiat, która do tej pory cierpiała z powodu utraty jedynego syna, zaczęła szybko stawać na nogi.
Zimny wiatr ponownie przywitał go, gdy wyszedł na zewnątrz. O ile u medyczki miał spokój, tak teraz pozostali członkowie Industrii mijali go, by zażyć medykament. Większość z nich zatrzymywała się, by zamienić z nim kilka słów, podziękować za — późny, ale wciąż — ratunek; część nawet, przeważnie uczniowie, pozwoliła sobie uznać go za klanowego bohatera (za którego on się nie uważał, ale dawno niesłyszane komplementy zaczęły budzić uśpione ego) i wpatrywać się w niego z podziwem. Obiecał im opowiedzieć o swoich przygodach, gdy tylko epidemia zostanie całkowicie zażegnana.
Już myślał, że przywitał się z każdym członkiem klanu, który zdołał przeżyć, lecz był jeszcze ktoś, kto chciał się z nim zobaczyć.
Cały rok spędzony w towarzystwie czterech psów niemal wymazał mu z pamięci niektórych członków klanu, a inne okrył mgłą odległego wspomnienia — w tym obraz cętkowanego futra i długiego, smukłego pyska; jasnych, bursztynowych oczu i słodkiego uśmiechu. Teraz, mając Różany Płatek przed sobą i jej spojrzenie pełne uwielbienia, poczuł, jak budzi się w nim coś znajomego, dotychczas pozostającego w uśpieniu — coś, co podnosiło poziom adrenaliny i wydzierało dech z piersi.
Och, jak bardzo spragniony był tego widoku.

<Różana? Przepraszam za długi wstęp i mało właściwej interakcji, obiecuję poprawę w następnym opku, gdy się akcja rozkręci ;). >
[1005 słów: Płonący Konar otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]