Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań x Miodowa Szarańcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omszona Krtań x Miodowa Szarańcza. Pokaż wszystkie posty

16 lipca 2021

Od Omszonej Łapy CD Miodowej Łapy (Miodowej Szarańczy)

 a no i to chyba dzieje sie latem idk
Był tutaj wiele razy, tak wiele razy. Palące go w kark słońce co rusz zmuszało go do schowania się w zimnej tafli wody, by choć na chwilę się schłodzić i uniknąć udaru słonecznego, kończąc trzy metry pod ziemią. W tym momencie jednak to jego towarzysz miał szansę tam skończyć i to wcale nie przez byle ciepło. Mech, logicznie, nauczył się podstaw pływania. Nie szło mu to okropnie, jednak efekty są takie jak przy większości rzeczy nauczonych przez samouków, nigdy niewidzących jak ktoś inny to robi. Pływa na tyle dobrze by się samemu nie utopić, ale daleko mu do nazwania tego nawet „akceptowanym” poziomem. Na pewno nie dałby rady pomóc dla Miodowej Łapy, najwyżej by mu tylko zaszkodził. Nie powinno go tu nawet być.
Cofnął się o dwa kroki.
Ucieknie, zrobi to. Jak jakiś tchórz, podkuli ogon i ucieknie przed konsekwencjami, prychając pod nosem. Tak właściwie to, co niby by mu mieli zrobić? Sam tam wlazł, to jego wina, że się topi, Mech nie ma z tym nic wspólnego. Jakby go wepchnął, wtedy byłoby to co innego. W takim wypadku może i by coś zrobił, jednak teraz? Na cholerę ma się wysilać? Zrobiłby jeszcze coś dla siebie, a wtedy liczba zwłok mogłaby się powiększyć o jedno, a o to raczej mu nie chodziło. To byłby okropnie nudny sposób na śmierć
Usłyszał plusk wody. Zrobił kolejne dwa kroki w tył.
Nie chciał być osobą, która jako pierwsza znajdzie jego ciało, dryfujące na powierzchni tafli wodnej. Co, jeśli posądzą go o morderstwo? To byłoby takie idiotyczne. Brać odpowiedzialność za głupotę kogoś, kto nie patrzył pod łapy i się przez to utopił. Nie odpowiada za to, co on odpierdala, a co dopiero za coś, co odpierdalają inni. W jego głowie nawet nie pojawiła się myśl, że Miodowa Łapa jest z Flumine, przez co teoretycznie powinien móc pływać. Jego ciało pompowało adrenaliną, a w głowie powtarzała się tylko jedna myśl — „uciekaj”. Uciekaj w dal i nie patrz się do tyłu, schował się w legowisku i udawaj chorego, nie wychodząc przez następne parę tygodni, aż wszyscy zapomną o śmierci ucznia.
Usłyszał kolejny plusk, a potem kolejny i kolejny. Nie ustawały, więc Mech po prostu odwrócił się i zaczął biec przed siebie, w stronę obozu ognistych.
— O-Omszona Łapo!
Zatrzymał się. Czy słyszał martwych? Odbiło mu kompletnie, czy to Gwiezdni nawiedzają go, próbując wybudzić jego sumienie? Odwrócił się powoli, dostrzegając rudy łeb pośród tafli wody. Pies próbował dopłynąć do brzegu, jednak najwyraźniej wciąż był na tyle zszokowany całym zdarzeniem, by szło mu to dość marnie. Mech w końcu zaczął biec w stronę jeziora, prawie potykając się o własne łapy. Ten moment był dla niego tak stresujący i sam nie wiedział nawet dlaczego. To nie była nawet jego wina.
— Jednak umiesz pływać! — krzyknął Omszony, hamując przed taflą wody. — Nie spodziewałem się.
Miodowa Łapa wyczołgał się z jeziora, kaszlając wodą przez dobre parę minut. Brzmiał jakby w każdym momencie, miał wypluć swoje płuca, wraz z litrami płynu z jeziora. Mech nie wiedział, czy śmiech w tym momencie jest zbyt okropny nawet jak na niego, więc po prostu się powstrzymał, siedząc cicho. Ale tylko tym razem, taki mały wyjątek.
— Chciałeś m-mnie zostawić? — wydusił z siebie, ciągle cicho kaszląc.
— No co ty — mruknął Mech, wywracając oczami. — Chciałem po prostu pobiec po pomoc, ale najwyraźniej te twoje szczudła na coś się przydają.
— Mogłeś m-mi pomóc — powiedział z wyrzutem.
— Czy ty siebie słyszysz? Woda ci zalała mózg czy uszy? Pływam gorzej niż topiący się kot, szybciej to dzięki mnie oboje byśmy skończyli na dnie.
— N-No dobra, może i m-masz rację, ale...
— Jasne, że mam. Czemu w ogóle tam wpadłeś, co? Chciałeś się pochwalić swoimi umiejętnościami? — zaśmiał się pod nosem.
— To był w-wypadek! — Miodek spiął się, marszcząc lekko swoje brwi. — Grunt mi n-nagle zniknął spod łap.
Mech tylko westchnął, wzdrygając się lekko, gdy wiatr zawiał mocniej.
— Po prostu stąd chodźmy, zaraz jeszcze se złapiesz katar i Szara Skała mnie zamorduje. — Wywrócił oczami, ruszając przed siebie, znowu nawet nie czekając na swojego nowego kolegę. Po prostu oczekiwał, że ten go dogoni.
Nie musiał długo czekać, u jego boku już po chwili znalazła się kupa rudego futra, idąca krok w krok. Wciąż cicho pokasływał, wzdrygając się co jakiś czas. Omszoną Łapę jedynie ciekawiło, jak długo mu to jeszcze zajmie. Wolałby, żeby drugi uczeń nie dusił się przed panem Piotrkiem. Nie chciał dodawać kolejnego nieprzyjemnego wrażenia dla medyka Industrii. Już i tak wyrzygał mu się pod nogi, wystarczy już tego. Dlatego właśnie, chciał zrobić jedną dobrą rzecz w swoim życiu — pomóc dla Miodka.
Prowadził go w najcieplejsze miejsce, jakie tylko znał, by ten mógł wyschnąć przed powrotem do obozu Industrii. Nawet pomimo porządnego wytrzepania, woda lała się z niego litrami, a brzuch ucznia Flumine zmienił się w małą, rudą chmurę deszczową, która nie miała zamiaru przestawać. Mech zerkał na niego co chwilę, jakby się upewniając czy ten na pewno nie zdechnie po drodze. Wszystko było możliwe. To naprawdę byłoby ostatnią rzeczą, jaką chciałby przeżyć w tym momencie, jeden moment prawie bliskiej śmierci jego towarzysza mu wystarczył na ten dzień. Albo tydzień. To naprawdę nie był typ przygody, jaką chciał przeżywać. Chciał śmiać się w twarz niebezpieczeństwa, prychając na odpowiedzialność i odwracając głowę od krzyków sumienia, a nie przeżywać takie gówno, jakie stało się teraz. Był pojebany, ale nie aż tak, szanujmy się.
Droga nie była krótka, to miejsce znajdowało się w połowie drogi od jeziora do kempingu. Małe miejsce, z kamieniami, gdzie idealnie padało słońce, nagrzewając kamienie i ziemie dookoła, tworząc z tego miejsce do odpoczynku, jak i wyschnięcia po wpadnięciu jak debil do jeziora. Na pysku Omszonego pojawił się lekki uśmiech, gdy ten padł po prostu na trawę, wygrzewając się. Dopiero po chwili zrozumiał, że jego towarzysz patrzy się na niego, stojąc jak słup.
— No co? Nogi ci wrosły w ziemię?
— C-Co?
— Kładź się, wychniesz szybciej — parsknął z głupim uśmiechem.
Nim Miodowa Łapa zdążył w ogóle odpowiedzieć, oboje się odwrócili w stronę krzyku, jakim był wrzask człowieka, a dokładniej idealnego przykładu blondwłosej karen z jej bąbelkiem u boku. Płaczącym bąbelkiem. Bąbelkiem z ugryzieniem na ręku, które idealnie pasowało do zębów ucznia Flumine. Mech od razu wyczuł kłopoty, więc poderwał się na łapy, niezbyt zadowolony z przerwania jego wylegiwania się.
— Coś ty odpierdolił? — warknął w stronę Miodka.
— U-Ugryzłem tego dzieciaka.
Wtedy właśnie, dwójka ludzi zaczęła na nich szarżować.
<no i jak to odkręcisz, co panie miodku?>
[1049 słów: Omszona Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

29 czerwca 2021

Od Miodowej Łapy CD Omszonej Łapy

Miodek pozornie zdawał się zupełnie niegroźny, szczególnie ze swoją tendencją do jąkania się i posłuchem, którym cieszyli się u niego starsi. Wydawało się, jak gdyby w dowolnym momencie był w stanie przybrać postać siedemnastoletniego metra pięćdziesiąt pięć, jaki podskakuje wówczas, gdy wyższy kolega zabierze jej telefon, a z racji, że nogi owego wariantu są zbyt krótkie, żeby mu go wyszarpać, w międzyczasie delikwentka wykrzykuje: „Hej, jestem zbyt mała, oddaj mi to!”. Mimo że w rzeczywistości Miodowej Łapie dosyć daleko do powszechnie występującego typu pick me, ponieważ miara jego wzrostu jest znacznie odbiegająca od przyjętej normy bycia niskim (już dawno przerósł Podgrzybka o parę jego głów), poza tym nie ma telefonu ani przystojnych kolegów, których mógłby kokietować, rutynowo towarzyszy mu przeczucie, jakby otoczenie miało go za profesjonalnego wylizywacza tyłka Rybiego Potopu, kiedy w rzeczywistości Miodek tylko oddaje mu należną cześć i… cholera jasna, czy otoczenie nie miało racji? W każdym razie Rybi Potop nie zaszczyci dziś nikogo swoją prezencją, bo najprawdopodobniej, chociaż jego akolita nieustannie zaciskał nieistniejące kciuki za to, żeby się mylił, zjadły go wilki albo inne nieprzyjemne stworzenia, których pokaźne uzębienie zapewnia nieszczególnie sielankową śmierć w akompaniamencie skowytu przezeń, zwierzę, rozszarpywanego. Miód jednak miał na głowie ważniejsze troski, które nasilały się z każdą chwilą, w miarę jak Szara Skała oddalał się od nich, a losy Miodowej Łapy coraz bardziej zależały od decyzji, jaką podejmie Omszona Łapa. A nie wydawało się, jakoby Mchowi się gdziekolwiek spieszyło. Nie to, że Miodek miał cokolwiek przeciwko temu. Ostatecznie sam nie wiedział, czy zapałał do Petera jakąkolwiek sympatią, a jego nieobecność generowała okazję do czmychnięcia gdzieś w zarośla, coby kompletnie na oślep wrócić do Flumine, nie znając ani drogi, ani nawet kierunku, w którym powinien się udać. Stał wyprężony w samym centrum obozu Industrii i nie cieszyło go to w zupełności. Zasadniczo, ostatnimi czasy Miodka cieszyło niewiele.
Miodek odprowadził spojrzeniem podskakujący w rytm kroków tyłek medyka, wykrzywiając pysk w niewiadomego pochodzenia grymasie. Poczuł na sobie wzrok Omszonej Łapy, który ściągnął brwi i poruszył się, najpewniej znudzony stagnacją towarzysza.
— Nie pierdol i chodź.
Akolita otrząsnął się i popatrzył na Omszoną Łapę z malującym się na obliczu zaskoczeniem. Nie brało się z siarczystego przekleństwa, które przed momentem wyrwało się z jego wygadanej gęby ani suchego polecenia, jakie Miodkowi wydał — Miodowa Łapa najzwyczajniej sądził, że poprzestaną na niekoniecznie serdecznej pogawędce opartej na wyśmianiu defektu Miodka, przez trzydzieści uderzeń serca postoją jak dwa kołki, wydając z siebie serię głębokich i krótkich, urwanych westchnień, żeby finalnie rozejść się, kiedy Szara Skała wróci ze swojej misji, która popchnęła go do zabrania apostoła na swoje tereny. Omszona Łapa sprawił, że w niewielkim móżdżku Miodka po raz pierwszy wyświetlił się komunikat o błędzie. Sęk w tym, że w jednym momencie ów mózg naprodukował tyle endorfin, iż żołądek akolity niemal nie utrzymał się na swoim miejscu, pchany ku gardłu, a szczękę zacisnął tak mocno, że w pewnym momencie poczuł, jakby miała rozlecieć się na kawałki. Miodowej Łapie zdecydowanie brakowało rozrywek.
Zdusił w zarodku pytanie, gdzie Omszona Łapa zamierza go zabrać. Posłusznie, stawiając łapę za łapą niemal w tych samych miejscach, w jakich kończyny kompana utworzyły wyżłobienia w ziemi, posuwał się do przodu, z każdym uderzeniem serca rozważając co najmniej jeden argument przeciwko takiemu przedsięwzięciu. Omszony był niższy od niego o głowę, a mimo to apostoł czuł się tak, jak gdyby to on był przedszkolakiem, którego prowadzi despotyczna, złakniona władzy nad nieświadomymi trzylatkami przedszkolanka o aspiracjach przewyższających te dyktatorskie, ponieważ znacznie łatwiej utworzyć armię z podekscytowanych, sporadycznie sikających pod siebie trzylatków niż niepokornych, złaknionych piwa i kiełbasy czterdziestoletnich Niemców. W tym czy innym wypadku — musieli iść na północ, ponieważ Miodkowi udało się wyłapać zielony porost rozlewający się po północnych częściach pni mijanych drzew. Później utracił na pewności, ponieważ zaczęli między nimi lawirować, wreszcie wyłaniając się z rzadkiego lasku; stając na progu rozległej, wilgotnej od rosy polany, Miodek skrzywił się, kiedy poczuł, jak sierść na jego łapach staje się coraz to bardziej mokra. Dyskretnie popatrzył na niewzruszonego Omszoną Łapę.
— T-to tutaj? — zapytał w końcu. W trakcie wypowiadaniu ostatniej sylaby złamał mu się głos, upodabniając się do tego czternastoletniego chłopca w trakcie mutacji. Speszył się nieco i zestresował, że Omszony go wykpi, ale towarzysz zdawał się zupełnie tym nie przejmować.
— Nie — parsknął, zerkając na niego. — Co, twoje szczudła cię już bolą?
Miodek uśmiechnął się pokrzepiająco i uśmiechnął półgębkiem.
— Nie — rzucił w odpowiedzi, ruszając do przodu przez sięgającą mu do piersi trawę.
W międzyczasie do jego jamy ustnej dostało się mniej więcej pięć sztuk robactwa, z czego trzy miał zaszczyt połknąć, żeby przez następne uderzenia serca kasłać i potrząsywać łbem w próbie nieefektywnego wydostania martwych ciałek z przełyku. Chociaż czuł na sobie pełne niezrozumienia spojrzenie Omszonego, nieustannie wypłakiwał sobie oczy, próbując pozbyć się skurwysyńskiej materii. Wtem poczuł, jak czyjaś, precyzując, Omszonego, łapa ląduje na jego plecach. Miodek zgiął się wpół i odkaszlnął raz jeszcze.
— K-klepnąłeś mnie w kre-kręgosłup, durniu — wycharczał.
— Czyli nie pomogło? — Pokiwał łbem ze zrozumieniem, szczerząc się pod nosem.
Miodowa Łapa przewrócił oczami i zacharczał tak, jakby lada moment miał pójść na bingo i ograć wszystkie osiemdziesięciolatki, a potem pójść na pisowski wiec, aby domagać się dwudziestej siódmej emerytury. Nie miał pewności, czy jakikolwiek ciało białkowe wydostało się z jego pyska, nawet szczerze w to wątpił, ale nie drapało go już nic więcej, więc nie przedłużał ich spaceru i pozwolił Omszonemu wyprzedzić się o kilka kroków, żeby doprowadził go do celu bez błądzenia.
Słońce grzało prosto na ich pyski. Miodowa Łapa desperacko łaknął wody — jej dotyku albo (nie)smaku — drepcząc po nagrzanych kamieniach, którymi wyłożona była ścieżka prowadząca ku przyczepom kempingowym Dwunożnych, skrzętnie poustawianym w znacznych odległościach od siebie, uniemożliwiając sąsiadom zaglądanie do siebie przez okno, jeśli którakolwiek ze stron uznawała to za nieodpowiednie. Miejsce kipiało od natężenia ludzi. Dzieci przecinały pole w każdą stronę, pokrzykując euforycznie i ganiając za sobą albo motylami, które miały nieszczęście w tamtej chwili tam przelatywać. Przy każdej z przyczep stał leżak albo dwa, jeszcze częściej drewniane krzesełka z małym stolikiem pomiędzy nimi, rzadziej Miodek dostrzegał zgliszcza i okręgi wyznaczające niewielką przestrzeń na ognisko, gdyby ktoś zdesperowany i pozbawiony grilla miał chęć na pieczoną kiełbasę albo spalone ciało tostowe.
— B-będziemy przytulać Dwunożnych? O-odważne.
Omszona Łapa jeszcze raz zaprotestował, popychając go w stronę słońca, na wschód. Obeszli szerokie pole kempingowe, choć znacznie nadłożyli drogi, żeby następnie przebyć ostatni odcinek z przyciśniętym do siatki bokiem. Cień, który dawały obrastające ją krzewy. sprawił, że Miodkowi nieszczególnie widziało się wychodzić z kryjówki, niemniej jednak Omszony i jego determinacja sprawiły, iż niemrawo wyczołgał się spomiędzy gałęzi prosto na słońce, wyduszając z siebie przeciągłe „znoowu?”. Rybi Potop opowiadał mu kiedyś o zjawiskach pogodowych i porach roku, ale ile mogły trwać upały? Jeszcze tydzień, a Miodowa Łapa zakwitnie albo po prostu zacznie śmierdzieć.
Stanęli na brzegu niewielkiego zbiornika wodnego. Jezioro nie należało do największych i znajdowało się kawałek drogi od przyczep, a mimo to piaszczyste brzegi były oblegane przez turystów. Miodek skrzywił się.
— N-nie możemy za-zadzierać z Dwunożnymi — przestrzegł Omszoną Łapę. — Są więksi i si-silniejsi.
— A, no tak — wymruczał wymijająco drugi, po czym podszedł jeszcze bliżej granicy, jakiej akolita nie chciał przekraczać. Miodowa Łapa syknął, jakby miało to Omszonego jakkolwiek powstrzymać.
Miodek zrobił krok do przodu.
— Omszona Ła-Łapo, ja na-prawdę nie…
Omszona nawet na niego nie spojrzał, tylko przyspieszył tempa. Akolita wydał z siebie kolejne westchnienie. Jego oddech stał się płytszy, a mięśnie napięte.
— O-Omszona Łapo…
Tym razem obejrzał się przez bark i spojrzał na Miodka z pytaniem w oczach.
— N-nie wiem, czy chcę…
A później, nie bacząc już na dalszą część zdania, wrócił do truchtu i ledwo apostoł zdążył się zorientować, zniknął gdzieś za koszem, wywołując sensację wśród Dwunożnych. Na tym etapie Miodek był pewien, że lada moment się popłacze, a od kompletnego załamania nerwowego dzielił go tylko jeden uśmiech, który nieustannie, nieco nieświadomie, kwitł na jego pysku, wystarczyła jedna myśl o pomykającym gdzieś parę metrów dalej Omszonej Łapie. Miodowa Łapa porwał się do przodu tak, jak pomykał przez łąkę, zgrabnie wymijając pojawiających się zupełnie znikąd Dwunożnych — mimo wszystko nie skracał dystansu między sobą a zaginionym uczniem, ponieważ Omszony dalej błądził gdzieś między ludźmi, a jego ogon pojawiał się i znikał z prędkością porównywalną do tej, w jakiej rozrastają się kłótnie o byle bzdurę na Twitterze. Rdzawa barwa sierści akolity odznaczała się na tle bladych ciał Dwunożnych i piasku, na którym porozkładali swoje kolorowe prostokąty, toteż na jej widok niemal każde dziecko wyciągało ku Miodkowi ręce, a odważniejsi zaczynali go gonić, zupełnie ignorowani przez sączących alkoholowe trunki rodziców. Raz, kiedy poczuł na swoim okrągłym tyłu dziecięcą dłoń, w panice odwrócił się, żeby złapać napastnika za nadgarstek, więc kiedy jego zęby najdelikatniej na świecie zacisnęły się na skórze dzieciaka, ciszę przeszył wrzask i dopiero wówczas matka odzyskała zainteresowanie swoim niechlubnym potomkiem.
W końcu Miodowa Łapa zatrzymał się, dysząc ciężko i opierając ciało o brązowy pomost. Mostek długością nie przekraczał czterech metrów, szeroki był na raptem półtora i bez problemu pomieściłby co najmniej sześciu Dwunożnych, ale, ku zadowoleniu Miodka, konstrukcja była wolna od uciążliwych osobowości. Krzyki ustały, w oddali grała ludzka muzyka, a raz na jakiś czas mężczyzna od orzeszków obwieszczał, że jego orzeszki są generalnie zajebiste, w przeciwieństwie do jego pensji — akolita przysłuchiwał się temu z najmniejszym skupieniem, ponieważ w tamtym momencie wszystkie jego myśli koncentrowały się na odzyskaniu miarowego oddechu. Naprzemienne unosił i opuszczał łeb.
— Zmęczyłeś się?
Gwałtownie podniósł wzrok. Ta sama, niższa o głowę postać patrzyła na niego, samym spojrzeniem rzucając mu wyzwanie. Miodek kondycję miał godną pożałowania, choć, jakby nie patrzeć, potrafił biegać szybko. Upał odcisnął piętno nie tylko na nim — obserwował ruchy Omszonej Łapy i zauważył, że i on odnajduje trudność w uspokojeniu oddechu.
— T-ty też.
Omszona Łapa zacisnął pysk i obrócił się, jakby szukał czegoś w głębi jeziora. Miodek postąpił naprzód, a jego łapę otoczyła chłodna woda. Zadrżał, ale dostawił do niej następną, i następną, dopóki woda nie dosięgała mu do przedramion. W miejscu, w którym stał, Omszona Łapa najpewniej by się utopił. Miodowa Łapa poruszył nosem. Zmierzył kompana od kolan po łeb, ponieważ tylko tyle wystawało znad tafli.
— U-umiesz pływać? — Miodek wszedł jeszcze głębiej, aż w pewnym momencie grunt osunął się spod jego opuszków.

<mech?>
+1600

28 czerwca 2021

Od Omszonej Łapy do Miodowej Łapy

Wpadam w monotonię.
Każda historia Mcha powoli sprowadza się do tego, że ten mały, pieprzony emos, wpierdala się gdzieś, gdzie nie powinien i przeżywa swoje szalone, quirky przygody, ignorując przy tym wszelkie zakazy i nakazy. Ile można pisać o tym samym? Tereny innych klanów nie są mu obce, a wiele psów uznało go za przybłędę, szwendającego się z miejsca na miejsce. Lubił swoje małe wycieczki, a konsekwencje miał głęboko gdzieś, tak samo jak protesty jego młodszego brata czy też ew Sowiego. Z każdym momentem staje się coraz bardziej egoistyczny, żując w swoim pysku jakieś ziółka, które ukradkiem zabrał od medyka, z nadzieją, że stanie się dzięki nim coś ciekawego. Sam nie wiedział, czego tak właściwie się spodziewał, jednak podczas podsłuchiwania rozmów medyka z jego pacjentami, zawsze coś zapamiętywał. Zwykle to właśnie skutki uboczne go interesowały. Nadmierny spokój, rozbawienie, halucynacje, omamy.
Mówiąc o nowym medyku — był chyba jeszcze dziwniejszy od poprzedniego. Srocza Łapa zachowywała się jak szczeniak. Miało to sens. Nigdy nie skończyła swojego treningu z jej mentorem. Poprzedni medyk wylądował pod ziemią, nim zdążyli to zrobić. Była przez to dość roztrzęsiona. A potem wylądowała tam, gdzie jej mentor. Ironicznie. Klątwa medyków, co? Teraz, przypałętała się jakaś przybłęda, gadając do siebie pod nosem, jakby prowadził z kimś rozmowę. Mech nie wierzył, że to byli Gwiezdni i stawiał bardziej na możliwość bycia zwyczajnie popierdolonym. Jeszcze kazał nazywać siebie „Peter”. Co to w ogóle za idiotyczne imię, he? Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego Rzepa czy Sowi go w ogóle tutaj wzięli. Chyba z desperacji, nie widział innego wyjścia.
Teraz, korzystając z nieobecności pana Piotrka medyka, Omszona Łapa grzebał w ziołach, szukając czegoś dla siebie. Nie szło mu świetnie. Nadal słabo je rozpoznawał, jednak coś tam niby wiedział. Na pewno nie pamiętał ich nazw, głównie kojarzył zapachy, którymi nie raz śmierdziały psy wychodzące od medyka. Szło mu marnie. Odrzucał co chwilę kolejne zioła na bok, wzdychając cicho. Czy naprawdę tak trudno było znaleźć to czego chciał?
Wtedy jednak poderwał się i nadstawił uszu. Ktoś tutaj szedł. Był dość daleko, ale jednak wystarczająco blisko, by móc złapać ucznia na grzebaniu w ziołach, jeśli ten nie wycofa się w tempie natychmiastowym. Mech wykonał jedyny najsłuszniejszy ruch, czyli wyczołgał się tyłem, między kartonami. Wszystko by ominąć konfrontacji. Niedługo, a będzie zbyt duży, by tamtędy przechodzić, ale ten czas szybko leci, co? Już miał kompletnie zapomnieć o tej sytuacji, idąc na swoje legowisko, ale wtedy wpadł na wyżej wspomnianego Szarą Skałę i... Kogoś, kto na pewno nie był z ich klanu. No i dupa z jego potajemnej ucieczki.
— Huh? — Medyk wbił wzrok w Omszoną Łapę, jakby wyrwany z myśli. — Och. To ty. — Zerknął na psa, który z nim przyszedł. — Przypilnuj... — znowu przerwał, jakby z kimś rozmawiając. — Tak, to na pewno dobry pomysł. Przypilnujesz go, jasne?
Nim Mech miał w ogóle szansę zaprotestować, pan popierdolony zniknął mu z oczu, zostawiając go sam na sam z obcym. Najwyraźniej jednak nie miał wyboru. Mógłby niby sobie odejść i mieć w to wypierdolone, jednak znajomość z medykiem mogła mu się przydać.
Prychnął pod nosem i obejrzał psa od góry do dołu. Nie było szczerze na co patrzeć. Nie, żeby był mały. Przerastał Mcha i to można było zobaczyć od razu, bez mierzenia ich długościami banana czy innej absurdalnej skali. Pozostawia to tylko do myślenia, dlaczego to jego właśnie Szara Skała wybrał do pilnowania przybysza. Nie, pies najzwyczajniej w świecie był po prostu cały rudy, z jedynie malutką białą plamką na klatce. Zlewał się wręcz w jedno. Omszona Łapa miał ochotę wskoczyć na jedno z pudeł, by się z nim wyrównać, jednak szybko odrzucił ten pomysł jako zbyt idiotyczny, nawet jak na niego.
— Kim jesteś? — parsknął Mech, patrząc się na obcego, o wiele pewniej niż powinien.
— M-Miodowa Łapa — powiedział, jak się okazało, uczeń.
— Skąd niby jesteś?
— Flumine.
— I co, wszyscy tam t-tak mówią? — zaśmiał się głupio Mech, jakby dumny ze swojego żartu. Przekręcił lekko głowę na bok, ciągle się w niego wpatrując.
Miodowy delikatnie zmarszczył brwi, jednak szybko znowu wydusił z siebie odpowiedź. Kolejny cierpliwy, świetnie. Żadnej zabawy z nimi nigdy nie ma.
— Chyba t-tylko ja. Przeszkadza c-ci to? — Pochylił się.
— Pftt, a co? — Pacnął go lekko łapą w pysk, jakby chcąc, by ten się odsunął i nie sprawiał, że Mech czuł się jeszcze niższy, niż jest przy tej żyrafie. Podziałało. — Będziesz tu tak sterczeć jak kołek czy chcesz gdzieś się przejść?
— Ale w-wasz medyk kazał nam tu z-z-zostać.
— Nie pierdol i chodź.
Nie patrząc się do tyłu, ruszył do przodu, chcąc go zabrać na swoje ulubione miejsce do wygrzewania się w ostatkach słońca. Chciał skorzystać z tego najdłużej jak mógł. Nie wiedział szczerze, czego miał się spodziewać po tym trochę śmiesznym uczniu. Tę parę zdań, które zamienili, nie mówiły mu wiele. Nie znał też za bardzo psów z Flumine, mimo wszystko był tam, głównie przechodząc gdzieś indziej. Wiedział jednak jedno, na pewno nie będzie się nudził.
<Miodowa Łapo?>
[811 słów: Omszona Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]