Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciemny Kieł × Leonis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciemny Kieł × Leonis. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Udawałam, że śpię, ale na dźwięk głosów Dwunożnych podniosłam jedno ucho. W czasie naszej wycieczki nauczyłam się jednego. Te istoty zawsze zwiastują kłopoty. W ich towarzystwie po prostu nie dałabym rady zasnąć, w każdej chwili spodziewając się dostania przez nich po głowie. 
— W teorii sam nie wiedziałem — usłyszałam odpowiedź drugiego Dwunożnego — Ale skoro same przyszły...wiesz, darowanemu psu nie patrzy się w zęby — zaśmiał się — Dawaj obroże. 
 Oczywiście, nie znałam ich języka, ale w głowie zadzwoniło mi słowo „obroże”. Miałam nieodparte wrażenie, że słyszałam już to słowo wypowiedziane przez naszych poprzednich prześladowców. Mogło ono równie dobrze oznaczać „najwyższa pora iść spać i nie męczyć tych niewinnych stworzeń”, ale bałam się zaryzykować. 
Postanowiłam obudzić Leonisa. 
— Leonis? — Potrząsnęłam nim. — Leonis, mamy problem. 
— So sie sieje — wyseplenił niemrawo, budząc się — Ciemny Kieł? Dlaczego mnie obudziłaś? Miałem taki przyjemny sen.
— Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale mamy coś gorszego na głowie niż twoją pesymistyczną podświadomość — syknęłam — Dwunożni tu są. 
— To co? — zdenerwował się Leonis — Lepszej miejscówy nie znajdziemy, a ona się o Dwunożnych czepia. Pierwszy raz ich widzisz? 
— Leonis, posłuchaj, oni się chyba nami interesują — warknęłam coraz bardziej zdenerwowana. 
— To niech się interesują — powiedział Leonis, ponownie kładąc się do snu. Jak chcą, rano mogą przed nimi nawet zatańczyć, ale teraz niech dadzą mi spokój. 
Jeszcze chwilę poszturchałam Bezgwiezdnego, ale on już głęboko spał. Albo przynajmniej udawał, abym się odczepiła. Zrozumiałam, że muszę wziąć sprawy we własne łapy i śledzić Dwunożnych.
Zeskoczyłam z trampoliny i kierując się węchem, ruszyłam szlakiem tych wysokich, denerwujących stworzeń. Co za labirynt korytarzy roztacza się w tym miejscu. 
Gdy znalazłam wreszcie Dwunożnych, to co tam odkryłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wielki pokój, a przy jego ścianach rząd niezliczonych klatek z niesamowitą ilością nieznanych mi zwierząt. Nie wiem, kim one były, ale widząc ich zagłodzone, żałosne spojrzenia, wiedziałam już, że nikt nie zasługiwał na taki los. Gdy podeszłam trochę bliżej, całkowicie mnie zamurowało. Tu było jeszcze więcej klatek, a w nich... koty i psy. 
— Pomocy... pomocy....pomocy. 
— Pomocy, pomocy. 
— Ratunku! — szczekały żałośnie. 
Na samym końcu pokoju, zobaczyłam owych Dwunożnych, wyciągających te dziwne obręcze na szyję. O nie. W co myśmy się wpakowali. 
Dwunożni mnie zobaczyli I ruszyli w moim kierunku. Zaczęłam uciekać. 
Musiałam ostrzec Leonisa.
<Leonisie?> 
[ 366 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 3 punkty doświadczenia]

13 kwietnia 2021

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

Ciemny Kieł stanęła pysk w pysk z Leonisem, jakby chciała odtworzyć z nim scenę z „Zakochanego kundla”. I nawet gdyby leciał na brązowowłose, przygłupawe suczki (albo, o zgrozo, w ogóle suczki), to nadal zniechęciłby go do niej smród kanalizacji i wybałuszone prosto na niego oczy.
— Co?
— Miał rację.
— Nadal jesteś pod wpływem?
Nie czekał na żadną próbę przekonania go do zmiany zdania. Po prostu ruszył w przeciwnym kierunku, prosto do miasta, z daleka od wyznawców foliowej czapeczki (cholera wie, czy chodzi tutaj o wilka, czy o Ciemnego Kła) i skrzeczących ptaków.
Tyły owiał mu jedynie zimny wiatr. Przypomniało mu to o klanie Wschodu — ile minęło od tego czasu? Kilka dni? Kilka tygodni? A jednak groza sytuacji wydawała się niemal identyczna; Ciemny Kieł ruszyła w swoją stronę, Leonis w swoją, a za średnio trzy minuty, Leonis będzie musiał znowu ją ratować.
Skończyło się tak, że znowu trafili na siebie nos w nos.
— Miałaś iść beze mnie!
— To ty chciałeś iść sam! A może poszedłeś za jaskółką, bo tak jak w Gwiezdnych, w podświadomie w to wierzysz?!
— Jestem pewien, że szedłem w przeciwnym kierunku! — syknął.
Odpowiedziało mu melodyjne skrzeczenie jaskółki dochodzące z kierunku, do którego podążał.
— To pewnie znak — wymamrotała Ciemny Kieł.
— Znak, że ptaki mają skrzydła i potrafią się przemieszczać. — Poprowadził przodem.
— Nie powiedziałeś przed chwilą, że nie będziesz szedł za śpiewem jaskółki?
— Nie idę! — żachnął się. — Szedłem w tamtym kierunku, zanim ten cholerny ptak się teleportował!
Leonis na ogół był raczej oszczędny w słowach. Poza cyklicznymi wyzwiskami rzadko słychać było, żeby cokolwiek padło z jego pyska, ale dalsza droga w kierunku głosu jaskółki mogła uświadomić Ciemnemu Kłowi, dlaczego Leonis tak naprawdę milczy. Cisza była taką torturą, że nawet jaskółka zamilkła, wystraszona emo aurą Leonisa. No dobra, nawet emo aura miała swoje ograniczenia, bo kilkanaście lub -set alejek i krzewików później Ciemny Kieł głucho zachłysnęła się powietrzem i pociągnęła Leonisa za ogon.
— N-nie idziemy dalej — wydukała.
— Sama chciałaś iść za głosem jaskółki.
— N-nie…
— Nie co?
— NIEDŹWIEDŹ!
— Czyli miałem rację! — warknął. — Nadal masz halucynacje! Nie wyruszymy dalej, dopóki ci nie przejdzie. Powinnaś teraz dużo pić. — Klapnął na ziemi, mrugając leniwie, jakby nagle przypomniał sobie, że to pora na sjestę.
Zastrzygł uchem, kiedy za jego plecami zachrzęściły łańcuchy. Ciemny Kieł wlepiała swój przerażony wzrok w niezidentyfikowany obiekt za nim, a kiedy się odwrócił, serce niemal mu stanęło; lub wręcz przeciwnie, niemal wyskoczyło mu z piersi. Może i halucynacje jego też do końca nie opuściły, ale niedźwiedź wydawał się całkiem realny, a Leonis z całą pewnością nie chciał owej rzeczywistości testować.
Adrenalina napędziła te jego kilka skradzionych Laurencemu komórek mózgowych. Szybko otaksował sytuację: chrzęst łańcucha pochodził od trzymanego na uwięzi niedźwiedzia. Leonis nigdy jeszcze nie widział, żeby niedźwiedź był czyimś pieszczochem, ale szczerze mówiąc, od tego zjawiska bardziej zdziwiłaby go już inteligentna riposta Ciemnego Kła. Sam sześćsetkilogramowy misiek był raczej bardziej zainteresowany wyrastającymi spomiędzy betonowych płyt chwastami, ale i tak szybko przewrócił się na drugi bok, odsłaniając nieoczekiwanym towarzyszom rany po limach.
— Wolałam krokodyla — burknęła Ciemny Kieł, zbliżając się do niedźwiedzia na bezpieczną odległość rozciągniętego łańcucha. — Przepraszam panie misiu, dałoby się nam powiedzieć, gdzie jesteśmy?
— Hrrr.
— Dzięki, jest pan może, no ten, bilingwalny? Kiepsko idzie mi niedźwiedzi.
Nie odpowiedział. Jego pierś unosiła się jedynie apatycznie, jakby nie miał siły nawet na oddychanie, a co dopiero na odpowiedź.
— Zapytaj go, czy jest głodny — odpowiedział Leonis, ochoczo nawołując z kilkumetrowej odległości.
— Co? Może nie być, ale jak go zapytam, to nagle będzie, i co wtedy?
— Wygląda na głodnego?
Zbliżyła się do miśka o pół centymetra, mierząc wzrokiem każdy fragmencik jego futra.
— Yyy, chyba nie.
Może i był jedyną faktycznie myślącą osobą w tym duecie, ale zazwyczaj od podejmowania decyzji była ta głupsza strona. Tymczasem kiedy Ciemny Kieł zagadywała szeptem niedźwiedzia, Leonis przekradł się obok niej, dał susa nad ogromną łapą, otarł się o wielkie pazury i zgrabnie stanął przed wejściem do okrągłego, materiałowego budynku, którego drzwi zastąpiła kotara. Kolory namiotu waliły w daltonizm Leonisa, bo biały i czerwony przypominał raczej stokrotkę z żółtaczką, ale nie przeszkodziło mu to w osądzie:
— Chyba wiem, gdzie jesteśmy.
„W Polsce!”, chciałoby się rzec. Nie, tak źle nie było — stanęli przed cyrkiem, rzecz jasna przyjmując, że Rzeczpospolita nie jest tego słowa synonimem.
— To jaskółka wie, gdzie jesteście, nie wy!
— Eee… jestem całkiem pewien, że już kiedyś słyszałem o cyrku.
— Śledziłeś nas? — Ciemny Kieł syknęła w stronę Wilka, który jakby teleportował się znowu obok nich.
— Szedłem za głosem jaskółki!
— Ten niedźwiedź chyba jednak wygląda na głodnego.
— Jest głodny mojej nowej przepowiedni!
— Do chuja, już wolałbym, żeby w środku mnie coś zeżarło, niż użerać się z kolejnym oszołomem — burknął Leonis, przechodząc pod kotarą.
Ciemny Kieł chyba nie miała siły już negować tego, że jej towarzysz podróży przed chwilą porównał ją do oszołoma, bo po prostu weszła za nim.
Z zewnątrz cyrk wydawał się optycznie mniejszy, niż faktycznie był w środku. Leonis pomyślał, że nawet niedźwiedź poczułby się mały na tak wielkiej arenie. Zewsząd otaczały ich jedynie materiałowe ściany namiotu i rząd licznych siedzeń, teraz opustoszałych, ale medykowi przypomniało to o jego walkach na życzenie Dwunożnych, z których przecież uciekli… jakkolwiek dawno lub niedawno by to nie było.
— Powinniśmy stąd iść — westchnął. — Dwa wdepnięcia w gówno temu powinniśmy zdać sobie już sprawę, że z tworami Dwunożnych lepiej jest nie mieć do czynienia.
— Wolisz poczekać do wieczora w opustoszałym cyrku, czy wrócić na zewnątrz, żeby urządzić sobie kółko adoracyjne z niedźwiedziem i oszołomem?
— Wiesz co? Nieważne.
Rozdzielili się w dwie strony. Ciemny Kieł ruszyła na lewo, Leonis zaś na prawo, a krótka misja miała polegać jedynie na znalezieniu dziwnych rzeczy, które w siedlisku Dwunożnych nie powinny być nieczęstym czy dziwnym zjawiskiem.
Za wieżą z pustych siedzeń stało monstrum na czterech nogach. Pies podskoczył na jego widok, ale w odpowiedzi przedmiot zaskrzypiał przyjaźnie, więc Leonis pacnął jego powierzchnię łapą.
— Znalazłem coś.
Odbił się od najbliższego siedzenia i skoczył na wierzchniego. Ku jego zdziwieniu, monstrum pochłonęło go na ułamek sekundy i odbiło z powrotem w powietrze. Leonis koziołkował w powietrzu jeszcze kilka chwil, żeby opaść wygodnie na stabilnej już trampolinie.
— Wiesz co? Nie spałem jakieś tygodnie. Mówię ci. A skoro i tak musimy czekać… cholera, jakie to jest wygodne… — Zamknął oczy.
— Mogę? — Ciemny Kieł musnęła łapą jego futro, na co zareagował gniewnym wrzaskiem i dziecinnie obrażoną miną.
— Znajdź sobie inną trampolinę, do stu dwunożnych!
Odwrócili się w stronę kotary namiotu. Dwóch Dwunożnych przeszło, starannie oglądając każdy kąt areny i zapisując coś w notatniku, dopóki nie zastali zdziwione pyski dwóch psów, czujnie skrytych na trampolinie.
— Monsieur, nic nie mówiłeś, że kupiłeś kolejne dwa psy do sztuczek.
<Ciemny Kle?>
[1080 słów: Leonis otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

30 marca 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Otrząsnęłam się z wody. Kilka kropel spadło na sierść Leonisa, który spojrzał na mnie z dezaprobatą, ale ja tylko się zaśmiałam i popchnęłam go przyjaźnie łapą. Byłam w zbyt dobrym nastroju. Racja, halucynacje nie były przyjemnym przeżyciem, ale przynajmniej dowiedziałam się czegoś bardzo ciekawego o Leonisie.
— Co się szczerzysz? — warknął medyk Bezgwiezdnych, który widocznie w przeciwieństwie do mnie nie potrafił dostrzec plusów tej sytuacji. 
W sumie to mu się nie dziwię. Z jego perspektywy rzeczywiście to same minusy.
— Wciąż wierzysz w Gwiezdnych. — Nie mogłam w sobie dłużej tego dusić. — Podświadomie ich wzywałeś.
— Co? — Leonis wyszczerzył z irytacją zęby. — Że niby co ja robiłem?
— Słodcy Gwiezdni! Mamusiu ukochana! Ciemny Kle, ratuj! — Zacytowałam go radośnie. — Może podświadomie wciąż...
— Słuchaj, to nie ma nic do rzeczy — syknął wrogo Leonis. — Byłem pod wpływem tej dziwnej rośliny, którą znalazłaś. Równie dobrze możesz powiedzieć, że podświadomie zakochałem się w wyimaginowanym krokodylu.
— Kto wie? — Uśmiechnęłam się złośliwie i spojrzałam w dal.
— Słuchaj, możemy już skończyć temat? — Odwrócił się ode mnie Leonis. — I już nigdy do niego nie wracać? Musimy odnaleźć drogę do klanów.
— W porządku, możemy kończyć. — Zgodziłam się. — Ale nie obiecuję, że już do niego nie wrócę.
Już miałam ruszyć przed siebie, kiedy usłyszałam spokojnie pomruk. Nie był to głos Leonisa. Czując narastający niepokój, odwróciłam się w kierunku ciemnej, dużej skały, zza której wychylił się duży, biały pies, przypominający odrobinę wilka.
— Młodzi podróżnicy — powiedział wilk. — Też taki kiedyś byłem.
— Ehm, witaj — powiedziałam, starając się ukryć strach. — Jestem Ciemny Kieł, a to Leonis.
Nieznajomy pies milczał, więc postanowiłam kontynuować swoją inicjatywę. Miałam wrażenie, że długo nie miał kontaktu z innymi psami.
— Kim jesteś? — Kontynuowałam.
— Dawno temu wyrzekłem się swojego imienia — powiedział nieznajomy. — Nadała mi je matka, która dokonała... Okropnych czynów. Wyparłem się całego mojego dziedzictwa, włącznie z imieniem. Teraz, robię wszystko, aby nie stać się kimś takim, jak ona.
— Skąd się tu wziąłeś, przy tej wodzie? — spytał Leonis.
Nieznajomy zastrzygł uchem, ale zignorował pytanie medyka Bezgwiezdnych. Leonis nie naciskał, a ja mu się wcale nie dziwiłam.
Cóż, wcześniej myślałam, że jego sztywna postawa i martwe spojrzenie mnie niepokoją. Ale jego głos i sposób wysławiania się... Gwiezdni, same jego słowa sprawiają, że mam ochotę w tej chwili się odwrócić i pobiec co sił w łapach.
Nieznajomy zdawał się szaleńcem. Instynktownie zrobiłam krok do tyłu, starając się nie patrzeć mu w oczy, aby go nie sprowokować do zrobienia czegoś głupiego. Może i był szaleńcem, ale i tak mógł być użyteczny.
— Są rzeczy, o których nie powinniście wiedzieć — powiedział nagle nieznajomy, przerywając mój tok myśli.
— Przepraszam — powiedziałam ostrożnie. — Jesteśmy psami klanowymi. Chcemy wrócić do domu. Możesz nam wskazać drogę?
Pies znów się zawiesił. Mogłabym przysiąść, że jego oczy na moment zaszły mgłą. Może to po prostu wciąż zwidy po halucynacjach. Mimo to czułam przepełniający mnie strach. W końcu pies się odezwał.
— Kierujcie się tam, gdzie poprowadzi was śpiew jaskółki — mówił głucho. — Nim zapadnie mrok, znajdziecie jedyne bezpieczne schronienie. Musicie jednak opuścić je, nim usłyszycie pierwszy krzyk konającego drzewa, gdyż wtedy, bezpieczna kryjówka zmieni się w śmiertelną pułapkę. Czeka was wiele niebezpieczeństw. — Nieznajomy wystawił język. — Nie ufajcie sową, nie ufajcie sową, nie ufajcie sową... — Zawiesił się, po czym ponownie potrząsnął głową i wziął głęboki oddech. — To wszystko. Ruszajcie jak najszybciej.
— Dziękuję — powiedziałam tylko, gdy nieznajomy już wycofywał się w kierunku swojej skały.
Spojrzałam porozumiewawczo na Leonisa. Odeszliśmy kawałek od tego tajemniczego miejsca. Tak, to musiał był szaleniec. Każde jego słowo sprawiało, że sierść mimowolnie stawała mi dęba.
— Świr — mruknęłam.
— Owszem, świr — przyznał Leonis. — Teraz rozumiesz, co czuję, gdy inni mówią o jakiś Gwiezdnych.
— To co innego — zaprzeczyłam, patrząc z powrotem w kierunku skały. - Dziwnie się tu czuję. Chodźmy już.
— Nie zamierzamy iść za jego wskazówkami i kierować się śpiewem jaskółki, prawda? — zaśmiał się sztywno Leonis.
Po chwili wahania dołączyłam do jego śmiechu. Ale nie za długo. Po chwili usłyszałam przerażający odgłos. Śpiew jaskółki.
<Leonisie?>
[632 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

11 marca 2021

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

Leonis z przerażeniem spoglądał to na Ciemnego Kła, to na sylwetkę majaczącą na tle brudu. Zieleń przecinała się z czerwienią, łuski krokodyla błyszczały niczym igły, a Leonis miał ochotę wypluć własną wątrobę.
Potrafił zachować zimną krew w zamknięciu — nieistotne, czy wtedy, kiedy byli pod ziemią, czy byli więzieni przez Dwunożnych. Ba, nawet dwóch Dwunożnych pod rząd. Potrafił zachować zimną krew, kiedy Ciemny Kieł straciła rozum, jęczała do Gwiezdnych i ogółem zachowywała się idiotycznie. Dlatego i tym razem wmawiał sobie, że to żaden krokodyl — przecież jeszcze chwilą w jego miejscu stał szczur, nie? — ale łuski mieniące się jak małe sztylety alarmowały go jedną, acz prostą zasadą: „nie ryzykuj”.
— No co ty — wydusił, choć jego głos przypominał bardziej piskliwy chichot — to szczur, nie widziałaś?
— Leonisie, on chyba do ciebie idzie…
— Tak, właśnie, szczurku ty mój mały, kici kici, chodź do tatusia! Tęskniłem za tobą!
Krokodyl kłapnął szczękami.
Leonis zapiszczał jak mała dziewczynka.
— Słodcy Gwiezdni! Mamusiu ukochana! Ciemny Kle, ratuj!
Przynajmniej próbował zachować zimną krew.
Kwestia dawnego imienia Leonisa była prosta — jako dziecko wabił się Chmurek, ale wszyscy prędko odkryli, że bardziej pasowałoby do niego Pochmurek. „Miły” i „Leonis” to wszystkim dobrze znane antonimy, a wraz z połknięciem pierwszego ziarenka maku (czy co to w ogóle było) poczuł, jak od środka wypełnia go miłość do całego świata.
Mówiąc w skrócie — nie było źle. Było gorzej.
Nawet Ciemny Kieł zerknęła na niego spod przymrużonych oczu, analizując, czy tak przypadkiem Leonis nie jest teraz większym zagrożeniem od samego krokodyla.
— Ja odwrócę jego uwagę, a ty rzuć w nim to. — Medyczka wskazała na leżący pomiędzy nimi kamień.
— Jajko?
— Co, na Gwiezdnych? To przecież jabłko.
— Jajko.
— Jabłko.
— Jaj-
Krokodyl wystrzelił do przodu, wyglądając przy tym jak zielony Pac-Man. Nie, chwila, już teraz różowy. Tym samym Leonis uznał, że nie ma co przeceniać umiejętności krokodyla w tej grze, więc podniósł jaj-błko i rzucił nim w stronę atakującego. Okrągły przedmiot poszybował w powietrzu; wydało mu się, jakby jakiś kosmiczny doktor pstryknął palcami i renderował ich do slow motion. Zaraz po tym jajko zamigotało w powietrzu, powiększyło się do kształtu jabłka, a na sam koniec z głośnym hukiem uderzyło w łeb krokodyla, lądując na nim już jako… kowadło.
— Och, nie… — jęknął. — Co, jeśli chciał się z nami tylko zaprzyjaźnić?
A mama mu mówiła, żeby nie brać ziarenek maku od obcych.
Wyrwał z dziury pomiędzy betonem a kanalizacją przypadkowy chwast i rzucił w stronę krokodyla, niby kwiaty na pogrzebie, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa modlitwy do Gwiezdnych, dopóki Ciemny Kieł nie pociągnęła go za sobą w głąb tunelu.
— Nie, nie możemy go zostawić! — krzyczał, ciągnięty przez Ciemną za futro. — Jeśli nie dokończę Rytuału Raczkującego Rabarbaru, on nie trafi do Plemienia Wiecznego Smrodu!
— Jeszcze chwila w tych śmierdzących kanałach, a my też tam trafimy!
— I co w tym złego? Zawsze chciałem trafić po śmierci do azylu. Niebo jest tak ogromne, nie sądzisz, że pomiędzy gwiazdami musi coś być?! Chciałbym znowu zagrać z ojcem w pokera…
Nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje — halucynacje mieszały mu ze wzrokiem, ale najwyraźniej tajemnicza roślinka musiała mieć dodatkowy element, który zupełnie odebrał mu rozum. Jakaś część jego podświadomości właśnie dreptała w kółko, obijając się o ściany i wydzierając wniebogłosy: „Niech ja tylko dorwę tę roślinę! Spalę jej dom i ześlę rodzinę do łagru!”. Ta sama podświadomość podsuwała mu przeczucie, jakby kiedyś już tutaj był, choć zdecydowanie po raz pierwszy w życiu czuł aż taki smród. Plątanina korytarzy kojarzyła mu się z podziemiami, a skoro znajdowali się teraz w podobnej sytuacji, mógł się tylko modlić, że nie czeka tu na nich kolejna mafia pająków.
Tunele kompletnie pozbawiono światła. Śmierdzący strumień płynący tuż obok uciekinierów jaśniał czarną taflą jak wody Styksu — nawet nie do końca przytomny Leonis wiedział, że nie chciałby, żeby chociaż kropla ścieków spadła na jego futro.
Wpatrywał się w beznamiętną toń tak długo, aż w jej odbiciu nie zaświtały trzy światełka. Przystanął gwałtownie, zapierając się wszystkimi czterema łapami, aż cała siła Ciemnego Kła nie była w stanie go przesunąć.
— Co znowu?
— Patrz, światełka! Ijooo, ijooo… ŁIŁO, ŁIŁO, ŁIŁO!
— Światełka?! Jesteśmy w mieście?!
Ich niezrozumiały bełkot w sumie był całkiem przydatny. Otępiona intuicja Leonisa ruszyła go w stronę kolorowych światełek, migających równocześnie czerwienią, żółcią i zielenią. Prawdopodobnie nie widział w nich nic więcej, niż uga buga, kolorki świecą, ale przynajmniej nieświadomie zrobił coś mądrego.
— Ty, patrz! Wodospad! — westchnął, wskazując na wylot ścieków.
— To zjeżdżalnia. Szczeniaki Dwunożnych takie mają.
— Wodospad!
— Zjeżdżalnia!
— Krokodyl!
— Co?
Ciemny Kieł odwróciła się. Krokodyl frunął do nich na małych skrzydełkach — wyglądał jak amorek z komercyjnych walentynek, z tym że brakowało mu pieluchy i berbeciowych fałdek.
Nie mieli dokąd uciec. Leonis nie wiedział już, czy szum w jego uszach to krew, czy woda uciekająca tunelem, ale przez jego bębenki śmigały ciche powarkiwania (krokodyle w ogóle wydają z siebie dźwięki?) nadchodzącego amorka.
— Musimy spłynąć wodospadem.
— Zjeżdżalnią.
W odpowiedzi wepchnął ją w strumień. „AAAAA!” odbiło się echem od ścian tunelu, a krokodyl błysnął w stronę Leonisa swoimi paciorkowatymi oczkami, jakby chciał zapytać, czy serio są takimi idiotami.
Zaszlochał, patrząc w te błyszczące ślepia i seksowne łuski.
— Musimy się pożegnać…
— LEONIS! — dobiegło z tunelu.
— Hrrr — zaskrzeczał krokodyl.
— Nigdy o tobie nie zapomnę!
Kiedy jego nos zalała fala smrodu, odpadków z Czarnobyla i innych pamiątek ze Strefy 51, przez chwilę latający krokodyl przybrał sylwetkę szczura wielkości kota.
I tak jak wcześniej dobiegło go wrażenie, że porusza się w slow motion, to teraz ktoś na górze — Gwiezdni, Plemię Wiecznego Smrodu czy Bóg przez duże B — wrzucił go na YouTube i przełączył szybkość na 2, najlepiej przy jakości 144p. Jeśli nie utopi się w wybuchowej mieszance ścieków, zapewne będzie już niezniszczalny, albo w ogóle wyrosną mu skrzydełka jak krokodylowi.
Niemal zachłysnął się powietrzem, kiedy światło okazało się nie tylko przejściem dla pieszych na skrzyżowaniu, ale i faktycznym nieboskłonem. Hiroszimskie tsunami zmyło go na brzeg, gdzie leżała Ciemny Kieł, oddychając płytko.
— Żyjesz?
— Już nie jesteś zielony. — Uśmiechnęła się.
Spojrzał w stronę wody. Nie wyglądała na uzdrawiającą, wręcz przeciwnie, w normalnych warunkach nie tknąłby jej nawet w trakcie kilkusezonowej suszy. Pocieszał się tym, że najwyraźniej wzięli zbyt małą dawkę, żeby halucynacje utrzymały się dłużej, więc tylko odwrócił się do Ciemnego Kła i, otrzepawszy się, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystkie wizje razem z brudną wodą, burknął:
— Pieprz się.
<Ciemny Kle? przepraszam za ten rollercoaster XDDD>
[1034 słowa: Leonis otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

10 marca 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Już byliśmy prawie u celu. A wystarczyła jedna źle postawiona łapa, a znów wpadliśmy w bagno. Tym razem nawet dosłownie. Spojrzałam przepraszająco na Leonisa, który rozglądał się ze zdezorientowaniem w oczach. On również już myślał, że może cieszyć się wolnością.
— Wybacz — mruknęłam cicho.
— Przeprosiny nas stąd nie wyciągną, do stu Dwunożnych — warknął Leonis.
— Owszem — westchnęłam smutno. — No cóż, trudno. — Usłyszałam pogardliwe mruknięcie Leonisa, ale nie zrozumiałam słów. — Najlepsze, co możemy teraz zrobić to iść przed siebie tymi tunelami.
— Nie — zaprzeczył Leonis. — Najpierw musimy opatrzyć nasze rany. Tu musi być jakaś pajęczyna.
Już miałam zaprotestować, ale niechętnie musiałam zgodzić się z Leonisem. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z poważnych ran, jakie poniosłam, spadając na szkło. Kiedy tylko o tym pomyślałam, poczułam niewyobrażalny ból.
— Zgoda. — Skinęłam głową. — Tu musi być jaka pajęczyna.
Spojrzałam w kierunku jakiegoś kąta i od razu znalazłam pełno pajęczyn. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem, poszłam w tamtym kierunku i zerwałam pajęczynę. Wzdrygnęłam się, przypominając sobie, o pająkach w podziemiach, ale to chyba nie to samo. To inne pająki, prawda? Trochę dałam Leonisowi, a trochę sama położyłam na swoje obrażenia. W teorii powinniśmy teraz leżeć, ale nie było czasu do stracenia. Poza tym, mimo pajęczyn wciąż czułam ból.
— Myślisz, że w kanałach są ziarna maku? — zwróciłam się do Leonisa.
— Zgłupiałaś? — drugi medyk był szczerze oburzony. — W jaki sposób mak miałby się znaleźć w kanałach?
— Nie rozumiesz? — Popchnęłam go przyjaźnie. — Tu też musi być jakieś życie. Cała rozwinięta cywilizacja. Inne zwierzęta są lepiej rozwinięte, niż sądziliśmy. Koty, pająki, Dwunożni... A w kanałach? Myszy, szczury, pająki, krokodyle. Też muszą osłabiać czymś ból. Powinni mieć jakiś odpowiednik maku.
— Krokodyle? — Leonis zrobił wielkie oczy. — Dlaczego sądzisz, że mogą być tu krokodyle?
— Starszyzna w Tenebris opowiada czasem historie o tym, jak przedzierała się kanałami, aby uciec Quintusowi i spotkała tam krokodyle. — Uśmiechnęłam się na wspomnienie ciekawych historii. — Ale bez obaw, raczej nie atakują niesprowokowane.
— Dobrze wiedzieć — mruknął ironicznie Leonis.
Obejrzałam się po miejscu, w którym się znajdowaliśmy. Odeszłam kilka kroków, po czym mój wzrok padł na małe czarne kulki. Wyglądały podobnie do maku. Co prawda, pachniały inaczej. Ściekami. Ale czego można spodziewać się po czymś, co leży w kanałach?
— Leonis, znalazłam coś — zawołałam wesoło.
— Jesteś pewna, że to pomoże? — spytał ostrożnie Leonis.
— Co cię nie zabije, to cię wzmocni — wspomniałam mu. — A u Gwiezdnych przynajmniej nie będzie tak śmierdziało.
— Chyba zapominasz, że ja nie wierzę w Gwiezdnych — mruknął niechętnie Leonis, ale ja już brałam ostrożnie do pyska czarną kulkę.
— Nawet nie jest takie złe — stwierdziłam. — Od razu czuję się lepiej. Spróbuj.
Leonis się wahał, ale w jego spojrzeniu widziałam, że jemu również dają się we znaki jego obrażenia. Bezgwiezdny spojrzał na mnie nieufnie, wziął głęboki oddech, po czym połknął to nietypowe ziarno maku. Czułam, że jemu również to pomaga. Jego zielona sierść falowała zdrowotnie... Chwila, Leonis chyba nie ma zielonej sierści? Więc dlaczego ja wyraźnie widzę, że ma zieloną sierść, czerwone oczy i nienaturalnie długi ogon? Chyba jednak te zastępcze ziarna maku nie miały właściwości zdrowotnych. Raczej... halucynogenne. Oj, nie. Kaszlnęłam, próbując wykrztusić zjedzone przeze mnie ziarno, ale nic z tego.
— Ciemny Kle, wszystko w porządku? — spytał Leonis. Nie był już zielony, a czerwony i... chyba umiał latać.
— Leonisie, bardzo cię przepraszam, ale chyba nas otrułam — przyznałam niechętnie, po czym zobaczyłam coś za nim. Coś wielkiego, zielonego i groźnego. I wyglądał, jakby miał właśnie zaatakować niesprowokowany. — Leonisie, też widzisz tego krokodyla stojącego za tobą? — szepnęłam z przerażeniem w oczach.
<Leonisie? Proszę, zrób coś,
nim sam zaczniesz się zachowywać jak Ciemny Kieł.>
[564 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

25 lutego 2021

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

Leonis nieironicznie zaczynał bać się pieszczochów.
Zaczęło się od… Jastrzębia? A może Jastrząb był którymś z kolei pieszczochem na drodze ich wędrówki? Już kompletnie stracił poczucie czasu — nie wiedział, ile dni nie ma go w obozie Bezgwiezdnych, a co gorsza, nie wiedział kiedy wróci i czy kiedykolwiek wróci. Nieszczególnie chciał się o tym przekonywać, stając pysk w pysk z Małym.
Jego plan był subtelny. Może i przejście kanałami niekoniecznie było przyjemne i higieniczne, ale przynajmniej nie musieli atakować żadnego Dwunożnego i, cholera jasna, uciekać przed krwiożerczym niskopodłogowcem.
Rzucenie Ciemnego Kła na pożarcie Małemu nie wyglądało na zły pomysł.
Biegli na łeb, na szyję. Krótki skurczybyk doganiał ich tak, jakby jego właściciel w gratisie zamontował mu helikopter w dupie. Ciemny Kieł zerkała za siebie co chwilę z wahaniem, a Leonis nie był pewien, czy to dlatego, że zastanawia się nad sensem walki z nim, czy oddaniem się dobrowolnie w jego paszczę. Szybko zrozumiał, że to koniec obejmowania dowodzenia przez medyczkę.
Drzwi piwnicy były otwarte. Wchodzenie po schodach z powrotem do rezydencji Dwunoga było uciążliwie i ich spowolniło, a Mały pokonywał schodki długimi susami, jakby gonienie uciekinierów było jego wieczornym self-care.
Pomieszczenie, do jakiego wpadli, pachniało naprawdę ładnie. Na tyle ładnie, że odwróciło myśli Leonisa od goniącego ich skurczybyka mającego 69 cm w kłębie na szczudłach. Syknął, kiedy szczęki zacisnęły się na jego ogonie, boleśnie wyrywając sierść, ale w odpowiedzi Leonis zatrzepotał tyłkiem niczym Nicki Minaj i uderzył ciałem Małego o ścianę.
— Ciemny Kle, jedzenie! — wrzasnął, dobijając kurdupla o ścianę i subiektywnie wskazując na kuchenny blat.
— Na Gwiezdnych, teraz chcesz jeść?!
— Do stu Dwunożnych, nie, kretynko!
Mały puścił jego ogon. Skóra go piekła, ale adrenalina odejmowała mu bólu, więc rzucił się w stronę blatu, zdejmując z niego cały gang owoców.
— A masz! — Mały dostał w pysk z jabłka. — Żryj to! — Pomarańcza uderzyła go w nos. Nawet Ciemny Kieł odsunęła się od Leonisa, kiedy ten z chęcią mordu obrzucał swojego wroga zawartością rogu obfitości.
Mały albo miał alergię na jabłka, albo nie lubił owoców, albo Leonis wywołał w nim chęć wsadzenia mu banana w ucho, bo rzucił się w ich stronę trzy razy agresywniej. Sok kapał mu z pyska, kiedy zacisnął kły na trzymanej mandarynce.
— Twój Dwunożny chyba cię przecenił, skoro dałeś się pokonać mandarynce — prychnął Leonis. Jego sarkastyczne uwagi dawały mu czas na to, żeby przekalkulować techniczne możliwości kuchni, bo Mały wydawał z siebie głośny bulgot „Hhghghh!” stłumiony mandarynką, a Leonis, chociaż nie miał pojęcia, co to oznacza, to był pewien, że to nic miłego.
— Wyważ… — zaczął, chwytając w zęby banana, żeby cisnąć go w Małego, bo ten zaczął niebezpiecznie się zbliżać.
— Drzwi?
— Wyważ okno!
Banan wleciał centralnie w oko Małego. Pies wrzasnął przeraźliwie, cofając się o krok i usilnie machając głową. Bardziej niż o uciekinierów najwyraźniej bał się o siebie, ale Leonis uznał, że jeśli szybko nie zareagują, to pieszczoch może za bardzo wziąć do siebie powiedzenie „oko za oko”.
Ciemny Kieł jakby instynktownie podkuliła tylną łapę. Nie miał czasu na zastanawianie się, czy właśnie to zasymulowała, czy ból faktycznie znowu dał się jej we znaki.
— Do stu Dwunożnych — mruknął.
Wskoczenie prosto w okno nie może być przecież takie trudne, nie? Kogo obchodzą odłamki szkła w łapach czy w oku, „drobne” zadrapania, co z tego, że mógłby przeciąć sobie jakieś naczynie krwionośne. Był stuprocentowo pewny dwóch rzeczy — potrzaskanie okna własnym ciałem nie było bezpieczne, no i sam Leonis nie za bardzo nadawałby się do filmu akcji.
Rzucił pomarańczą w szybę. Na powierzchni nie pojawiło się nawet zadrapanie, a owoc odbił się z głuchym łoskotem, uderzając w — na szczęście — głowę Małego.
Owoce musiały bardzo lubić Leonisa i Ciemnego Kła, ewentualnie naprawdę bardzo nie lubiły Małego.
Wyklinał na wszystkie pokolenia truskawek, sycząc do brązowowłosej medyczki coś w stylu: „pomóż mi, do cholery”, równocześnie próbując ułożyć krzesło na swoich plecach. Medyczka podparła jego bok, po czym Leonis rzucił się przed siebie, odbił od podłogi i wyrzucił tobołek na grzbiecie w powietrze.
Tym razem szyba roztrzaskała się. Leonis natychmiast odwrócił od niej głowę, zasłaniając już i tak pokiereszowanym ogonem pysk Ciemnemu Kłowi. W tle Mały zakrztusił się sokiem z mandarynki, ale nawet pomimo ataku kaszlu próbował się do nich doczołgać.
Wyskoczyli przed okno, łapami lądując w odłamkach szkła. Ból można było porównać do cierni, które wbijały się czasem w poduszki. Syknął cicho, uznając, że i tak zajmie się tym później, chyba że chce wylądować na arenie z kiścią winogron w pysku.
Dopiero kiedy wpadł nosem w świeżo zakwitające liście, zdał sobie sprawę, że w sumie to był skończonym idiotą, że wyobrażał sobie tak łatwą drogę ucieczki. Dwunożny naprawdę dobrze się zabezpieczył — Bóg wie, czy to dlatego, żeby nikt się na jego posesję nie włamał, czy żeby nikt z niej nie uciekł. Stojąc pod potężnym ogrodzeniem, które okalały całe zastępy równo przyciętego żywopłotu i zwisającego bluszczu, Leonis mógł mieć tylko jeden punkt widzenia, a było nim odcięcie ucieczki.
— Kop — jęknął, starając się zachować zimną krew, chociaż mina mu zrzedła.
Nawet we dwójkę ciężko im było przekopać się pod świeżo skoszoną, równiusieńką trawą rezydencji. Od drugiej strony dzieliła ich odległość lisiego ogona, i choć brzmiało to łatwo, nie potrafili włożyć tyle sił w łapy, żeby wydostać się, zanim nie usłyszeli za sobą chrzęst odłamków szkła na werandzie.
Nie mieli czasu. Leonis odwrócił się, dosięgając własnego barku, skąd wyrwał dorodną kępkę sierści. Następnie wrzucił ją w połowicznie wykopany dół i pociągnął Ciemnego Kła w żywopłot, dając jej bardzo wyraźny znak, że ma się zamknąć.
Mark i Mały okrążali podwórko. Dwunożny przykładał sobie do policzka worek z lodem, kuśtykając cudacznie i łypiąc na wszystko dookoła tak złowrogim spojrzeniem, jakby sam miał ochotę poprawić Małemu mandarynkę w pysku. Pieszczoch jednak jej się pozbył (prawdopodobnie przy pomocy właściciela), ale jego sierść nadal pokrywał różnoraki miąższ i sok, który niemal tłumił jego zapach.
Nie zajęło długo, zanim dwójka znalazła futro Leonisa. Ten modlił się (na swój leonisowy sposób) do losu, żeby owocowa słodycz Małego odwróciła jego uwagę od tego, że poszukiwani czają się kilka kroków od nich.
Mark przeklął pod nosem. Mamrotał do swojego pieszczocha powtarzalną komendę „szukaj”, równocześnie grzebiąc w kurtce, żeby wyciągnąć z niej niewielki pilocik. Machnął ręką w powietrzu, poklikał, przez podwórko rozdarł się zgrzyt i… brama zaczęła się otwierać. Przeczucie i przyspieszone bicie serca utwierdzało Leonisa w tym, że brama tak naprawdę otwiera się szybciej w rzeczywistości, a to jego głowa próbuje wydłużyć pewną śmierć.
Ciemny Kieł nie potrzebowała znaku. Rzuciła się w na bramę, po drodze taranując zaskoczonego Małego. Leonis bez większego zastanowienia czmychnął za nią, ale zanim brama w pełni się otworzyła, a ich wrogowie w ogóle ocknęli, postawili swoje łapy na betonowym chodniku. Tak jest, Leonis-Man i jego przydupas Ciemny Kieł znowu wydostali się z kłopotów, pokonując zło!
Ciemna stanęła na pokrywie od studni kanalizacyjnej. Ta zachybotała się i z łoskotem spadła do ścieków, a razem z nią — Ciemny Kieł, która pociągnęła też Leonisa.
<Ciemny Kle? niech owoce będą z tobą>
[1131 słów: Leonis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

24 lutego 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Może udzielił mi się pesymizm Leonisa. Będę szczera. Mam nadzieję, że udzielił mi się pesymizm Leonisa, ponieważ naprawdę wątpiłam, aby jego plan wypalił. Przede wszystkim musielibyśmy w jakiś sposób wydostać się z tego pomieszczenia, a potem zejść do podziemi. Nie wydawało mi się to być niczym łatwym, ale nie zamierzałam dawać Małemu satysfakcji. Zachowanie pieska działało mi już na nerwy. Zresztą, zaczął mi się powoli rodzić w głowie pomysł, w jaki sposób moglibyśmy uciec z tego pokoju.
— Leonis, zacznij drapać w drzwi i wołać Dwunożnego — doradziłam. — Ja się schowam za drzwiami. Kiedy Dwunożny wejdzie, zaatakuję go z zaskoczenia.
— Więc ufasz, że to nie jest beznadziejny plan? — spytał ostrożnie Leonis.
Wstrzymałam parsknięcie. Pewnie, że wciąż myślę, że to beznadziejny plan. I nikt ani nic nie nakłoni mnie do zmiany decyzji, dopóki nie będziemy daleko od tego miejsca. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Nie przy Małym, który zdaje się tylko czekać, na każdą możliwą okazję, aby nas wyśmiać.
— Ufam — skłamałam, chowając się za drzwiami.
Wątpię, by Leonis mi uwierzył, ale przynajmniej nie naciskał. Podszedł do drzwi i zaczął w nie drapać. Nie minęło wiele czasu, nim w drzwiach pojawił się Dwunożny. Leonis odskoczył od niego, próbując uniknąć ataku. Ja z kolei rzuciłam się na jego nogę. Dwunożny upadł, krzycząc coś w swoim języku, a ja przeskoczyłam nad nim i przebiegłam przez drzwi. Usłyszałam tupot za mną, więc z ulgą przyjęłam fakt, że Leonis pobiegł za mną. Sierść mi się jednak najeżyła, gdy usłyszałam jęk Małego.
— Mark! — krzyczał Mały. — Co oni ci zrobili? Jak oni mogli?
Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego Mały próbował nas odwieść od prób ucieczki. Nie chodziło o to, że uważał to za bezsens. To dlatego, że był po stronie tego Dwunożnego. Typowy pieszczoch. Poczułam nagły przypływ pogardy wobec wrednego Małego, dopóki nie usłyszałam kolejnych łap, podążających za nami. No i wszystko jasne. Mały jest wściekły, że zraniliśmy jego Dwunożnego i ruszył za nami w pościg. Może i jest tylko pieszczochem, ale zaciekłym nie mniej, niż Jastrząb.
<Leonisie? Tylko nie lekceważ Małego.>
[326 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

8 lutego 2021

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

Leonis był wredny, to fakt — jego niedorobiony, psi mózg, zajmowały głównie dwie zasady, obejmujący ten obszar służący za interakcje społeczne:
1. Nie wpieprzaj się.
2. Jak już się musisz wpieprzać, to chociaż nie bądź miły.
„Nie wpieprzaj się” było akurat na tyle złotą regułą, że drugiej używał jedynie w sytuacjach kryzysowych… czyli prawie zawsze, biorąc pod uwagę jego samotniczy tryb życia. Trzecią, niekoniecznie spisaną, acz jedną z największych wartości w życiu gburowatego medyka, był pacyfizm, wyjątkowo ironiczny, jeśli wziąć ogół jego charakterystyki.
— Co?
Nie był zmuszany do walki od… nie, wróć. Może i był zmuszany do walki, ale niekoniecznie do tych rozkazów się stosował. Nie do końca mógł też być z tego dumny; mało rzeczy brał do siebie, ale sytuacja, kiedy (wyjątkowo rozzłoszczona) Rubinowe Futro, medyczka jak on, musiała rzucić się w jego obronie podczas wojny z Quintusem, bo Pochmurny-Pachołek-Pysk obiecał sobie, że nie podniesie na nikogo pazurów, niezaprzeczalnie zostawiła rysę na jego honorze.
— Nie będę walczyć. — Miał nadzieję, że Ciemny Kieł nie usłyszy wahania w jego głosie. Najwyraźniej czasem dopadała go krztyna wyrzutów sumienia, w końcu stojąc bezczynnie na polu bitwy, musiał być chroniony przez innych, zamiast — w zamiarze — bronić resztę przed hipokryzją wojen.
— Ale Dwunożny…
— Nie będę walczyć. Nie. Będę. Walczyć.
Wystarczyło kilka uderzeń serca przerwy, by rozzłościć Dwunożnego. Ciemny Kieł skuliła się na posadzce. Leonis, po drugiej stronie ringu, miał wrażenie, że jeszcze chwila i dostrzeże przebiegające wzdłuż brązowego futra elektryczne iskierki. Najwyraźniej te iskierki były faktycznie skuteczne; medyk nie wątpił w skuteczność wynalazków ludzi, niekiedy rozważał też ich mechanizmy, ale jego potrójne komórki mózgowe mogły dojść co najwyżej do wniosków: „Boli. Be. Elektrycznej obroży nie lubimy”.
Suka wystąpiła krok do przodu. Leonis przeklinał w myślach cholernego Darwina, który, tworząc teorię ewolucji, nie miał na nią wpływu na tyle, żeby Ciemny Kieł potrafiła dojść do prostej dedukcji, że zawsze jest więcej rozwiązań problemu niż jedno. Oczywiście, gdyby tylko Leonis wiedział, kim był Darwin — ale nawet wtedy zapewne uważałby go za idiotę.
Zanim Ciemny Kieł w ogóle zdążyła podejść, jej przeciwnika przebiegł wstrząs; dopiero wtedy poczuł maksymalną siłę włożoną w obrożę elektryczną. Ze wszystkich obszarów jego mózgu zrobił się popcorn, a dedukcja „Boli. Be. Elektrycznej obroży nie lubimy” momentalnie zmieniła się w „Aaaaaał!”.
Jajecznica z bekonem smażona na jego żywcem palącym się mózgu podsuwała mu bardzo kuszące myśli: „Uga buga, walczyć?” i ƒ„Jak to jest jeść ogórki kiszone z sosem barbeque, stojąc na krześle obrotowym na jednej nodze, kiedy za oknem wschodzi słońce?”. Żaden z tych pomysłów nie brzmiał dobrze, więc Leonis zmuszony był oprzeć się kukurydzianemu mózgu i… usiąść. Na środku areny, z żyłką pękającą na czole, Ciemnym Kłem czającym się na jego futro i ogólnie — mając przejebane. Usiadł, posyłając więżącemu ich Dwunożnemu tak piorunująco soczyste spojrzenie, jakby od samego jego wzroku człowiek miałby paść trupem.
Przebiegła go kolejna fala wstrząsu, ale Leonis już czuł się satysfakcjonująco wygrany. Dwunożny klikał zawzięcie w swój sterującymi obrożami pilocik, sierść Leonisa powoli zaczynała przypominać porażonego piorunem Einsteina, ale satysfakcja (to jest: adrenalina), dodawała mu sił na tyle, że nawet prażone komórki mózgowe nie powstrzymywały go od zwyczajnego siedzenia.
Jesteś oazą spokoju, Leonis. Pieprzoną oazą spokoju pełną plujących jadem- KSZKSZ, FBI, otwierać! HA HA HA! Pardon? Des fois, j'ai envie d'oeufs brouillés.
Zemdlał.
 
Kiedy ponownie otworzył oczy, obraz zaszedł mu mgłą i tańczącymi po ścianie mrówkami. Mózg dalej go bolał, podobnie zresztą jak całe (niemal upieczone żywcem) ciało, ale był w stanie myśleć na tyle jasno, żeby poczuć się zawiedziony sam sobą. Zupełnie wtedy, jak podczas wojny, nie był w stanie wymyślić… nic. A przynajmniej nic sensownego, poza przepisem na jajecznicę z bekonem. Był jak tupiący nogą dzieciak, który po raz pierwszy w życiu nie osiągnął tego, czego chciał. W zasadzie czuł się podobnie; od pierwszych dni planował wszystko tak, żeby być kowalem własnego losu. Nie przejmowało go nic poza własnym zdaniem, a kiedy ktoś nie potrafił się do niego podporządkowywać, powiewało mu to jak chorągiewka na wietrze. A teraz zetknął się twarzą w twarz (pysk w pysk? Pysk w twarz?) z osobą, przeciwko której był zupełnie bezbronny — człowiekiem.
— Oberwał bardziej niż ja — doszedł do niego głos Ciemnego Kła.
Nie znajdowali się już na arenie; zapach mordu zastąpiła stęchlizna i obcy leonisowym nozdrzom pies. Jego towarzyszka była na tyle blisko, że owiewała swoim brązowym ogonem jego nos.
Kichnął.
— Oho — Mały zwrócił na niego wzrok — pan nie-będę-walczyć się obudził?
— Pieprzyć to. Musimy stąd uciec. — Ciemny Kieł asekurowała bok Leonisa, kiedy podniósł się na chwiejnych łapach.
— Mówiłem wam już. — Mały ziewnął. — Jeśli chcecie stąd uciec, najprostsza droga będzie kominem, kiedy Mark spali wasze zwłoki.
Kusząca propozycja.
— ...ewentualnie możecie się po prostu poddać i robić to, co wam każe, a wtedy przeżyjecie i-
Pieprzyć to, nie słyszałeś?
Zatkał się. Najwyraźniej nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, żeby wiedzieć, że Leonisowi w paradę się nie wchodzi.
— Mały, pomożesz nam? — zagaiła Ciemny Kieł, podobnie jak obcy towarzysz, niechętna do kłótni z drugim medykiem.
— Nie planowałem w najbliższym czasie zostawać grillowanym kurczakiem.
— Słusznie — warknął Leonis, czujnym wzrokiem badając słabo otynkowaną ścianę. — Poradzimy sobie z tobą czy bez ciebie.
Porównanie smażenia mózgu do popcornu było w jego przypadku wyjątkowo trafne. Po szybkiej terapii elektrowstrząsami poczuł się, jakby jego drobne ziarenka kukurydzy, to znaczy komórki mózgowe, napęczniały, wybuchając całą zgromadzoną energią.
Leonis miał to w dupie.
— Mam to w dupie — oznajmił, po czym zaczepił obrożą o gwóźdź wystający ze ściany.
Niespodziewanie Ciemny Kieł rzuciła się w jego stronę, ciągnąc boleśnie do siebie za futro.
— Nie, Leonisie! To nie czas na samobójstwo! Nie zostawiaj mnie tu samej!
— Ty cholerny przygłupie, do stu Dwunożnych!
Szarpali się, dopóki leonisowa obroża nie zaskwierczała, zaiskrzyła i… ucichła, spadając z szyi nosiciela.
— Widzisz? — warknął, z wyraźną satysfakcją wskazując medyczce na zniszczoną obrożę. — Niestety, ale nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Nawet Mały nagle ucichł, śledząc wzrokiem, jak Ciemny Kieł zahacza obrożą o domniemany gwóźdź.
— To tylko obroże — wymamrotał w końcu. — Jak tylko Mark wróci, założy wam nowe. Po co wam to było? Teraz was tylko ukarze.
— Dłużej żyję na tym świecie niż pieszczoszek o durnowatym imieniu — odburknął Leonis wymijająco. — Ciemny Kle, po drodze do areny widziałem kratę przy podłodze. Podobne są w mieście. Wydaje mi się, że jeśli jakoś się przez nią przepchniemy, wylądujemy w kanalizacji. 
Jeśli. Jakoś.
Te słowa wisiały nad nim jak fatum — każdy plan, jaki tylko obejmował, ciągnął za sobą ryzyko. Ale Leonis posiadał umiejętność szybkiego dochodzenia do tego, czy coś ma sens, czy go nie ma. W tym przypadku nie mieli zbyt dużo innych możliwości; mogli albo liczyć na cud (jakby jeszcze medyk wierzył w cuda), albo zająć się losem na własną łapę.
Kierując się wzdłuż wąskiego korytarza, faktycznie zwieńczonego rozwidleniem, które kierowało na arenę, a tam — do kraty kanalizacyjnej umieszczonej przy podłodze, z której śmierdziało jak z psiego wychodka w klanie.
Leonis wybrał możliwość drugą.
<wyciągnij nas z tego (メ ̄▽ ̄)︻┳═一>
[1120 słów: Leonis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

31 stycznia 2021

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

I znów wróciliśmy do punktu wyjścia. Ponownie byliśmy w klatkach. Dwunożny wywiózł nas swoim Potworem jeszcze dalej od terytorium klanów do swojej... placówki. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Dwunożny mieszkał w wielkim białym domu. Wyglądał inaczej niż inne domy Dwunożnych. Gdy wszedł do domu, wypuścił nas z klatek. Próbowałam go zaatakować, ale nałożył mi coś na pysk i tą głupią obrożę. Następnie, to samo zrobił z Leonisem.
Podporządkował nas sobie, trzymając za obroże. Zaprowadził do jakieś ciemnej piwnicy i puścił wolno. Zaraz potem zamknął drzwi i odszedł. Spojrzałam na Leonisa. On również niczego nie rozumiał.
— Stary Mark znów rekrutuje nowych — usłyszałam za sobą wysoki głos i się odwróciłam.
W piwnicy był jeszcze jeden lokator. Mały, czarno-biały piesek z pewną dozą pogardy w oczach. Coś mi się w nim nie podobało, ale uznając, że on wie więcej niż my, zagaiłam rozmowę.
— Witaj — powiedziałam przyjaźnie. — Jestem Ciemny Kieł. A to Leonis.
— Dziwne macie imiona — stwierdził piesek. — Zwłaszcza ty, Czarny Pazurze. Nie jesteście stąd, prawda?
Starałam się zignorować to, jak nasz nowy znajomy przekręcił moje imię. W tej chwili jesteśmy zdani na niego. Musimy dowiedzieć się, co się tutaj dzieje. Zamiast odpowiedzi, skinęłam tylko głową, nie chcąc powiedzieć, że jesteśmy z klanów.
— Nazywam się Mały — przedstawił się pies, a ja w tych ciemnościach dopiero teraz zauważyłam, że leży na eleganckim, czerwonym legowisku, obok którego leży kilka misek jedzenia dla pieszczochów. — Pewnie chcecie się dowiedzieć, co się tu dzieje, prawda? — ku mojej uldze, pies chyba nie interesował się naszym pochodzeniem. — Mark, czyli ten Dwunożny, jest bardzo bogaty.
— Bogaty? — chciałam spytać, co oznacza to słowo, ale Leonis mnie uprzedził.
— To znaczy, że ma władzę nad innymi Dwunożnymi, Leonie — powiedział Mały, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy specjalnie przekręca nasze imiona. — Wychodzi raz na jakiś czas ze swojego domu i hipnotyzuje innych Dwunożnych jakimiś papierkami, aby zrobili dla niego wszystko, co chce.
— Leo... — zaczął protestować Leonis, ale popchnęłam go, dając mu do zrozumienia, aby dał spokój.
— Jak przywódca? — spytałam ostrożnie.
— Nie wiem, kim jest przywódca — zawahał się Mały — ale jeśli potrafi zmusić innych do posłuszeństwa, to tak. Przejdźmy do rzeczy. Mark zmusił innych Dwunożnych, aby zapewnili mu możliwość organizowania walk psów, tylko dla swojej rozrywki.
Najeżyłam się. Poprzedni Dwunożni przynajmniej sprowadzali innych Dwunożnych, aby mogli sobie popatrzeć. Możliwe, że zyskiwali wtedy od nich jakąś wdzięczność. Ale on robi to ze zwykłego egoizmu. Tylko dlatego, że może.
— Co jakiś czas karze kilku psom się bić — kontynuował. — Wygrany dostaje od niego dary. Posłania, zabawki, karmy i tym podobne.
— A przegrany? — spytałam, po czym zobaczyłam, że Mały patrzy na jakieś pudła. Podeszłam tam i powąchałam. Unosił się z nich zapach śmierci.
— Zabijałem wiele psów — powiedział Mały. — Nie jestem z tego dumny, ale to było jedyne wyjście, aby przeżyć w tym miejscu. W końcu zostałem sam. Teraz przyszliście wy, a i tak pewnie prędzej czy później zginiecie.
Zmierzyłam Małego wzrokiem. Musi przecież kłamać, prawda? Tak mały piesek nie może przecież nikogo pokonać. To znaczy, nie lekceważę wielkości przeciwnika. Znam wiele małych piesków będących wspaniałymi wojownikami. Ale on to ledwie pospolity pieszczoch. Mały zauważył moje niedowierzanie i spojrzał na mnie z wyzwaniem w oczach.
— Chcesz walki? — spytał. — Na próbę? Aby poznać styl przeciwnika? Udowodnię ci, że również potrafię się bić. Nie walczymy na śmierć. Ale jak chcesz, Leon może walczyć z tobą, jak chcesz.
— Nie walczę — powiedział Leonis.
— To już wiemy, kto dłużej pożyje — zaśmiał się szaleńczo Mały, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. — Zabawimy się?
Skinęłam głową i stanęłam w rozkroku, pozwalając Małemu zaatakować pierwszym. Mniejszy pies z szybkością królika przebiegł mi pod łapami i wybiegł w drugiej strony. Próbowałam się odwrócić, ale Mały złapał mnie za ogon. Krzyknęłam z bólu, a wtedy Mały zaatakował moją łapę. Dokładnie tą samą, która jeszcze nie zdążyła się dobrze zagoić po walce z pająkami. Opadłam na ziemię, dając małemu do zrozumienia, że się poddaję. Naprawdę umie walczyć.
— Musimy się stąd wydostać — zwróciłam się do Leonisa.
— Nie macie szans — parsknął Mały. — Nawet gdyby udało wam się dostać do wyjścia, to te obroże są pod napięciem.
— Pod napięciem? — spytałam.
— Mark może kazać im was zranić — powiedział Mały, a ja wciąż niewiele rozumiałam.
Nie zdążyłam jednak spytać, o co mu chodzi, bo zaraz potem przyszedł Dwunożny, szczekając coś. Nie mogliśmy go zaatakować, bo wciąż mieliśmy na sobie te ograniczenia na pyski.
— Chce, abyście z nim szli — powiedział Mały. — Nie radzę wam mu odmawiać.
Spojrzałam na Leonisa, który niechętnie skinął głową i poszliśmy za Dwunożnym. Dwunożny zdjął nam ograniczenia na pyski, ale wciąż trzymał na obroże w taki sposób, że nie mogliśmy się odwrócić, aby go zaatakować. Zmusił mnie, abym weszła do boksu. Leonisa wciąż trzymał i gdzieś z nim poszedł. Rozejrzałam się po boksie. Był wysoki. Nie da się zaprzeczyć, że tym razem nie będzie tak łatwo uciec. Po chwili, w przeciwległym krańcu boksu pojawił się Leonis. I dokładnie wtedy wszystko zrozumiałam.
— Leonis — zawołałam do niego. — Ten Dwunożny chce, abyśmy walczyli ze sobą. 
<Leonis? Nasze postacie chyba nigdy nie skończą pakować się w kłopoty>
[807 słów: Ciemny Kieł otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

28 grudnia 2020

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

 TW: opisy zabijania ig
Leonis zrób to, Leonis zrób tamto. Im dłużej przebywam w towarzystwie Ciemnego Kła, która ubzdurała sobie siebie za przywódczynię naszego duetu, tym bardziej przekonuję się, że jestem anarchistą.
Jest medyczką, a zachowuje się jak liderka, przypominając mi tym samym o marudzeniu Klematisa. Leonisie, idź pozbieraj zioła. Leonisie, wrócił patrol, opatrz ich. Leonisie, urwał nać, przestań narzekać i weź się za robotę. I nie, żeby wartościowanie swoich problemów było czymś właściwym, ale nagle zaczynam doceniać swoje klanowe obowiązki, kiedy zmuszony jestem znaleźć wyjście w sytuacji bez niego.
Rozważając wszelkie możliwe opcje, zaczynam powoli tracić nadzieję. Być może mnie i Ciemnemu Kłowi udałoby się uciec, gdyby nie fakt, że druga medyczka prawdopodobnie będzie uparcie bronić naszych bezbronnych towarzyszy. „Teraz mają szansę przetrwać”; optymistka, czy po prostu jest głupia?
Wypuszczając nas z klatki, stajemy pośrodku pomieszczenia przypominającego halę. Najwyraźniej piwnica jest dużo większa, niż oboje myśleliśmy. Boks służący za arenę otoczony jest wysokim ogrodzeniem, zza którego wychylają się głowy kilkunastu Dwunożnych, z podnieceniem w paciorkowatych oczach wymieniających między sobą zwitki banknotów. Za nami postawiono ścianę klatek z psami, których nie było dane nam poznać pokój wcześniej. Swąd krwi łączący się z zapachem brudu sugeruje liczne infekcje, a same psy z rzędu klatek wydają się o wiele bardziej zaniedbane, niż nasi schorowani towarzysze. W przeciwieństwie jednak do tamtych ci stoją na równych łapach, obszczekując ze wszystkich stron Jastrzębia i Kruszynę słabymi głosami. Najwyraźniej pomimo niedoli nie utracili woli walki. Najlepsi z najgorszych.
Zza prętów wychyla się do nas Niedźwiedź, Śnieżynka i Strzała, zdeterminowani do podążania za planem Ciemnego Kła. Łapa został w swojej celi, obijając się ciężkim cielskiem o pręty i nawołując rozpaczliwie imię swojej partnerki aż do momentu, kiedy Dwunożny nie wchodzi na arenę i nie uderza grubym kijem o jego klatkę. Wystraszony władzą Wyprostowanego cofa się w kąt, przytulając wyliniałe futro do ściany.
— To znowu wy, dzikusy? — syczy Jastrząb, ale jego głos jest niewyraźny przez nałożony na pysk kaganiec.
— I ty, piecuchu — szydzi Strzała, wykazując się taką odwagą, jakby wcale nie obawiała się nadchodzącego rozszarpania. Jedynie jej napięte mięśnie zdradzają, że w rzeczywistości wcale nie cieszy się na widok wrogów. — Widzę, że twoi Dwunożni wreszcie postanowili zatkać ci mordę.
Ślina skapuje mu z pyska, kiedy próbuje rzucić się w stronę Strzały, ale zatrzymuje go krótki łańcuch. Nasz dalszy los jest teraz w łysych łapach Dwunożnych, którzy zadecydują o rozpoczęciu walki, spuszczając psy z uwięzi… no i w mojej głowie, jeśli uda mi się wymyślić skuteczny plan na czas.
Ciemny Kieł, podobnie jak ja, wykorzystuje chwilę czasu na rozjaśnienie planu trójce towarzyszy. Nie wtajemnicza mnie w sekrety walki i uznaję to za doskonały pomysł; i tak wolałbym zostać rozszarpany żywcem, niż podnieść pazury na drugiego psa. Nie jestem pewien, czy wynika to z moralnego pacyfizmu, czy z lenistwa, ale nie mogę zaprzeczyć, że wojownikiem byłbym raczej kiepskim.
Oblizuję wargi, obrazując w myślach sytuację. Ogrodzenie jest za wysokie, żeby przez nie przeskoczyć. Jedyną opcją ucieczki w ten sposób byłoby wspinanie się po klatkach, a następnie zeskoczenie na mur, ale i to nie daje nam gwarancji ucieczki, biorąc pod uwagę to, że zewsząd otaczają nas Dwunodzy. Zresztą, co jest po drugiej stronie ogrodzenia? Przeskakując przez nie, nie będę mieć na tyle czasu, aby znaleźć kolejną drogę, zanim zostaniemy złapani. Niemniej uważam to za opcję wartą ryzyka.
— Ogrodzenie — rzucam lakonicznie syczącym szeptem. — Wejdziemy po klatkach na ogrodzenie i przez nie przeskoczymy.
— A później? — dopytuje Niedźwiedź.
— Później trzeba będzie improwizować. — Wzdycham.
Ciemny Kieł potakuje kiwnięciem głowy. Jej ogon kołysze się rutynowo, co najwyraźniej wnerwia Strzałę, bo ta następuje jej boleśnie na łapę.
— Najważniejsze jest, aby Jastrzębia i Kruszynę zmę-
Chrzęst zrywanego łańcucha alarmuje nas wszystkich. Dwunożny odpina psom kagańce, po czym odsuwa się tak gwałtownie, jakby sam miał paść ofiarą swoich agresywnych pieszczochów. Jastrząb, w przeciwieństwie do nas, nawet nie próbuje opracować planu — najwyraźniej jego planem na walkę jest właśnie jego brak. Warczę głucho, zdając sobie sprawę, że ten skończony kretyn ryzykuje atakiem tak bardzo zapewne dlatego, że nie jest przyzwyczajony do porażki. Momentalnie w moich żyłach zaczyna płonąć determinacja, niekoniecznie podobna do leonisowej osobowości; żaden wrzód na ogonie nie będzie ignorować mojej osoby, jakbym był tylko przeklętą pchłą w futrze.
Śnieżynka na drobnych łapkach kuśtyka pod brzuch Jastrzębia, starając się go zmylić. Kruszyna rzucająca się na szczeniaka zostaje powstrzymana pociągnięciem za ogon przez masywniejszego od niej Niedźwiedzia, a Ciemny Kieł stara się powstrzymać dwójkę wrogów od rzucenia się na starszego włóczęgę. Wykorzystując chaos panujący na polu bitwy, rzucam się w stronę ściany klatek, obijając się o pręty bokiem. Tępy ból przemyka przez wszystkie moje nerwy, ale ja uparcie nabijam sobie więcej siniaków, aż rząd cel nie spada na ziemię, wyłamując pręty.
Nawet jeśli nie uda nam się wyciągnąć stąd wszystkich, opóźnimy nieco Wyprostowanych, którzy będą próbowali uratować chociaż część najbardziej umiejętnych psów. Niczym marionetki na sznurkach, właściciele naszych wrogów gniewnie wymachują w naszą stronę pałkami, niepewnie próbując interweniować na arenie, ale próba złagodzenia chaosu kończy się fiaskiem, kiedy uwolniona z klatki ruda suka pociąga do siebie jego broń, przy okazji kalecząc Dwunoga w dłoń. Najwyraźniej nawet Bezwłosi, rządzący się na swoich terenach jak liczni liderzy, mogą być bezbronni wobec kilku kłów zdziczałych i głodnych psów.
Na wyliniałym futrze rdzawej suki osadza się stary, aczkolwiek nadal rozpoznawalny zapach klanu. Przywodzi mi na myśl ognistych wojowników, którzy zanoszą się własną dumą, nie tracąc jej nawet w momencie kryzysu. Wojowniczka Industrii, zamiast rzucić się w wir walki pozostałych, uporczywie próbuje wyciągnąć spomiędzy prętów wychudzoną, popielatą sukę.
Wypuszczone z klatek psy są zbyt słabe, aby dołączyć do Ciemnego Kła, Strzały, Niedźwiedzia i Śnieżynki, więc jedynie próbują wspiąć się na kruchych łapach po ogrodzeniu, skowycząc marnie i szczękając pazurami. Przeklinam siebie za głupi pomysł chęci pomocy innym; nawet jeśli powstrzymało to Dwunożnych i zdezorientowało Jastrzębia i Kruszynę, w głębi serca liczyłem na to, że psy postanowią się zemścić na oprawcach i nam pomóc. Szybko okazuje się, że to tylko mrzonki, a zabiedzone kundle wszelkiej maści dbają tylko o własny egoizm, ślepo szukając przetrwania, jakby wielodniowy ból kompletnie wybił im z rozumu pojęcie stada.
— Strzało! — przez chaos przebija się rozgoryczony jęk Łapy, który utknął między pokrzywionymi prętami.
Ciemny Kieł chwieje się na własnych łapach — jej wcześniejszy ból nogi daje się we znaki, a teraz sama jest osłabiona ochroną kilku bezbronnych psów. Śnieżynka kuli się zaraz za nią w kałuży własnej krwi, a liczne szramy zdobią jej białe futro, przesiąkłszy włos szkarłatem.
— Jeszcze chwilę, Śnieżynko — mamrocze Ciemna, choć w jej głosie nie ma ani krztyny przekonania. — Jestem medyczką. Jeszcze chwilę. Pomogę ci.
Zaaferowana obroną półżywej suczki nie zauważa, że Strzała bardziej potrzebuje pomocy niż szczeniak bez nadziei. Przyciskana przez Jastrzębia do ziemi suka łapczywie łapie resztki powietrza, podczas gdy Kruszyna próbuje dobrać się do brzucha ofiary, najwyraźniej wiedząc, co ciężarną zrani najbardziej. Niedźwiedź, usiłujący powstrzymać tę dwójkę od morderstwa, zostaje boleśnie pacyfikowany przez tłum Dwunożnych, którzy skandując imiona naszych wrogów, obijają biczami żebra włóczęgi, rysując na brunatnym futrze ogniste znaczenia.
Odbijam się tylnymi łapami od podłoża, chcąc rzucić się na psy, ale wymija mnie wcześniej widziana suka o cienistym futrze, goniona przez rdzawą członkinię Industrii.
— Nocne Futro, nie! Mamo! Musimy uciekać!
Nie słucha córki. Z wyskoku ląduje na grzbiecie Jastrzębia, który usilnie próbuje zrzucić z siebie Nocne Futro. Strzała uwalnia się spomiędzy łap oprawcy, odsuwając się w stronę Niedźwiedzia i tworząc za sobą krwawą ścieżkę na arenie. Tymczasem Jastrząb, podobnie jak ja wcześniej o klatki, obija się grzbietem o ogrodzenie, próbując zrzucić starszą wojowniczkę Industrii. Ta, uporczywie wbijając pazury w jego skórę, w końcu zostaje ściągnięta przez Kruszynę, która ciągnie ją za kark, uderzając głową swojej ofiary o mur. Nocne Futro osuwa się na ziemię w akompaniamencie głośnego zawodzenia swojej córki, która próbuje przecisnąć się przez kłapiące szczęki morderców własnej matki. Podobnie jak tamta, zostaje szarpnięta za szyję. Strużka krwi wycieka z pyska rudej wojowniczki, kiedy z rozerwanym gardłem pada na martwe ciało Nocnego Futra.
Dopiero po śmierci dwóch Ognistych Dwunożni reagują. Jastrząb i Kruszyna zostają smagani biczem, po czym jeden z Wyprostowanych wbija w ich sierść ten sam specyfik, który został wcześniej podany nam przez Hycla. Psy padają nieprzytomne, wyciągane z areny przez tłum, a jakiś tłusty Dwunóg wychyla się z rzędu, podchodząc do właścicieli pomieszczenia.
Celuje palcem to we mnie, to w Ciemnego Kła, wciskając w dłoń naszego porywacza kupkę banknotów.
— Chcę ich kupić. Tak, tę dwójkę. Od dzisiaj będą pracować dla mnie.
<Ciemny Kle? ah shit here we go again>
[1372 słowa: Leonis otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

15 grudnia 2020

Od Ciemnego Kła CD Leonisa

Cóż, będę szczera. Nie mam pojęcia, co robić. Ustawienie klatek wskazuje, że nie uciekniemy tak jak poprzednim razem. Jedyne, co mogę na razie zrobić to obserwować, jak potoczy się sytuacja. Obok nas, leżała jeszcze jedna klatka, chodź nie widziałam, kto jest w środku. Jednak ewidentnie ktoś w niej był, gdyż czułam w niej świeży zapach psa.
— Cześć — powiedziałam spokojnie. — Jak ci na imię?
Przez bardzo długi czas nie usłyszałam odpowiedzi. Byłam już pewna, że może tam nikogo nie ma, kiedy zobaczyłam nieśmiało wysuwającą się główkę małej, białej suczki. Wstrzymałam oddech. Była młoda. Gdyby należała do klanów, nie wiem, czy byłaby już uczniem.
— Moi Dwunożni nazywali mnie Śnieżynka — powiedziała suczka. — Ale ci tutaj mówią na mnie Głupi Kundel.
— Oni mówią tak na wszystkich. — Usłyszałam rozbawiony głos kolejnego psa. - Jestem Niedźwiedź.
— Jesteś włóczęgą, prawda? — Zaciekawiłam się. Widać, nie należał do żadnego z klanów.
— Zgadza się — odparł Niedźwiedź. — Kiedyś byłem pieszczochem. Matka mieszkała z Dwunożnymi, a ojciec był psem klanowym, chyba... Ventus, tak to nazywacie? Wychowałem się z matką. Dwunożni, nie traktowali nas jednak dobrze. Zostałem ze względu na matkę, ale po jej śmierci odszedłem, by zostać włóczęgą. Dożyłem starości żyjąc samotnie w dziczy, ale... lata już nie te. Teraz głównie spałem w swoim legowisku z liści i czekałem na śmierć. To właśnie tam złapali mnie ci Dwunożni.
— Wydajesz się być zadowolony, że nas tu trzymają — zauważył Leonis.
— Przyznam, owszem. — Uśmiechnął się Niedźwiedź. — Przynajmniej dostałem szansę, aby umrzeć z honorem w walce.
| Wymieniliśmy z Leonisem pobłażliwe spojrzenia. Jako medycy, nie rozumiemy tej komicznej motywacji większości psów (pomijając pieszczochów), aby rzucać się do walki. Prawda, okazują tym odwagę, ale przecież, śmierć to śmierć. Czym różni się spotkanie z nią na polu bitwy od skonania w swoim legowisku?
— Moi Dwunożni wyjechali, zostawiając mnie samą w domu — powiedziała Śnieżynka. — Postanowiłam skorzystać z okazji i zwiedzić okolice. Gdy zobaczyłam tych Dwunożnych, pobiegłam się przywitać. Ale oni... oni... — Głos jej się zaciął.
— Jesteś pieszczoszką? — parsknęła suka, które zaczepiła nas jako jedna z pierwszych. — Nie robicie niczego sami. Jesteście niewolnikami Bezwłosych. Ja sama, od księżyca niosę w brzuchu trójkę młodych i sama za siebie poluję.
— Nie sama, tylko ze mną, Strzało — mruknął drugi pies, który nas zaczepił. — Jestem Łapa. Partner Strzały. Zostaliśmy złapani na spacerze. Po prostu.
Spojrzałam po swoich towarzyszach niedoli. Wszyscy byli starsi, młodzi, lub w ciąży. Nie było wątpliwości, że Dwunożni łapali te psy, które jak uznali nie mają szans z Jastrzębiem. Mają rację, osobno możemy równie dobrze teraz zbiorowo sami się zabić. Ale jeśli zaatakujemy w większej grupie... Usłyszałam kroki Dwunożnego.
— Spróbujcie go sprowokować — szczeknęłam. — Niech weźmie wszystkich do walki. Ze wszystkimi nie ma szans.
— Znowu poczuje rozkosz walki z nowo poznanymi psami we wspólnej sprawie. — Uśmiechnął się Niedźwiedź.
— Będziemy mieli większe szanse — uznał Łapa.
— Może jednak ja i moje szczeniaki przeżyjemy? — zawahała się Strzała.
Tylko Leonis pozostawał sceptyczny wobec mojego pomysłu. Spojrzeniem dałam mu znać, aby mi zaufał. Nie wiem skąd, ale czułam, że ten plan może wypalić. Właśnie w tej chwili wszedł Dwunożny i wziął klatki moją i Leonisa. Inne psy zaczęły ujadać.
— Cisza — szczeknął.
— Może weź wszystkie — zawył drugi, który właśnie schodził. — Będzie lepsza zabawa.
— Chcesz od razu wszystkie zmarnować? — warknął pierwszy.
— Złapiemy nowe. — Wzruszył ramionami drugi.
Pierwszy Dwunożny skinął głową i pozwolił drugiemu wziąć inne klatki. Nie wiem, czy rozsądne jest branie na bitwę szczenięta i starszych, ale Dwunożni i tak by ich zmuszali do walki. A każdy wiek ma swoje zalety, które my możemy wykorzystać.
— Śnieżynka — zawołałam. — Biegaj między łapami wroga, nie dając się złapać. Niedźwiedziu, postaraj się go gryźć za każdym razem, gdy przestanie zwracać na ciebie uwagę. Strzało, chroń tych, którzy znajdą się w niebezpieczeństwie. Leonis, szukaj drogi ucieczki. Nikt dziś tu nie zginie.
— A jeśli poszczują nas Jastrzębiem i Kruszyną? — spytała Strzała.
— To wezmę na siebie Kruszynę — warknęłam. — Postaram się odwrócić jej uwagę, dopóki Leonis nie znajdzie wyjścia. Niedźwiedziu, rób z nią to samo, co z Jastrzębiem. Śnieżynko, skup się na Jastrzębiu.
— Właśnie skazałaś te psy na śmierć — warknął Leonis.
— Już wcześniej byli na nią skazani — westchnęłam. — Teraz mają szansę przetrwać.
W tej właśnie chwili Dwunożny położył nasze klatki i je otworzył. Znaleźliśmy się w jakimś boksie, w którym stali już Jastrząb i Kruszyna. Ślina ciekła obu psom z pysków. Czułam dreszcze na plecach.
— Gwiezdni, miejcie nas w opiece — szepnęłam.
<Leonisie?>
[703 słowa: Ciemny Kieł otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

3 grudnia 2020

Od Leonisa CD Ciemnego Kła

W duchu klnę na siebie, że postanowiłem doprowadzić sprawy do końca — jak mogę przekładać głupi len ponad powrót do domu? Ciemny Kieł znalazłaby sobie go gdzieś w pobliżu, a ja mógłbym wrócić do domu bez szwanku. Tymczasem nie dość, że nie osiągamy początkowego celu, to jedyne, co w tym dniu zdobędziemy, to własny grób.
— Słuchajcie, naprawdę jestem zbyt leniwy na dwójkę emo psów — mamroczę, teatralnie udając znudzenie.
Ślina kapie z pyska nieznajomemu owczarkowi, kiedy postępuje krok w naszą stronę, zupełnie jakby chciał nas przestraszyć. Ani drgnę; najwyraźniej wyprawa z medyczką Tenebris doprowadziła mnie do kompletnej znieczulicy. No bo hej, skoro jakimś cudem od losu udało mi się przetrwać gonitwę mafii pająków, to dlaczego miałbym się bać dwóch psów?
— Kogo nazywasz emo?! — syczy suka o brązowym pysku, wysuwając gniewnie pazury w moją stronę. — Ty… ty… ty kocia pchło!
Ciemny Kieł staje między nami, widząc, że ponownie w ciągu naszej przygody ktoś ma ochotę mnie rozerwać za mój cięty język.
— Przestańcie. Przychodzimy w pokoju. Należymy do psich klanów, jestem medyczką, która poszukuje lnu w waszym ogrodzie — tłumaczy.
— Znowu te bezdomne kundle? — warczy owczarek, ale szybko uśmiecha się krzywą szczęką. — Hej, Kruszyna, pamiętasz, jak właściciel nam dwóch takich przyprowadził jakiś czas temu? Jeden był tak słaby z głodu, że wyrwałem mu łapy jednym machnięciem!
Nie morderstwo wydaje mi się najbardziej zaskakujące z całej jego wypowiedzi.
Kruszyna? — powtarzam, wlepiając wzrok w czarną sukę o brązowym pysku. Zwracam uwagę na jej dobrze umięśnione ciało, które wyraźnie odznacza się nawet w stosunku do jej znajomego. Pysk ma pokryty licznymi bliznami, wyglądając, jakby stanęła do walki w pojedynkę z całym klanem Quintus i wyszła z tego żywo, w przeciwieństwie do jej wrogów.
Ciemna dźga mnie boleśnie łokciem między żebra.
— Przysięgam na Gwiezdnych, że– — zaczyna medyczka, postępując krok w stronę nieznajomych, ale sekundę później zdaje sobie sprawę, że to był błąd.
Psy wraz z przybliżeniem się do nich wydają się jeszcze bardziej rozjuszone. Kruszyna wydaje z siebie ostrzegawcze, charczące szczeknięcie, a z głosu narcystycznego owczarka wypełzają liczne szczeknięcia. Zanim udaje nam się w jakikolwiek sposób zareagować, na ogród wypada Dwunożny, wyglądający, jakby na nasz widok ślina podobnie ciekła mu z pyska, co Kruszynie. Widząc naszą dwójkę, Bezwłosy pokazuje gest ręki swoim pieszczoszkom, a te jak w transie rzucają się w naszą stronę. Zanim mogę mrugnąć okiem, jestem przyszpilony do ziemi przez tę jakże delikatnej urody sukę, której zęby znajdują się niebezpiecznie blisko mojej szyi.
Dwunożny powraca po chwili znowu, tymczasem trzymając w łysych łapach krótki łańcuch. Próbuję się wyrwać, ale Kruszyna mocniej dociska mnie do gruntu, wydając z siebie ciche warknięcie. Bezwłosy zakłada mi i Ciemnemu Kłowi uwięź na szyję, a wtedy pieszczochy puszczają nas, jednak nadal nie odsuwają się dalej niż na długość lisa.
Świetnie. Porwani po raz kolejny. A przecież wystarczyło zapytać przypadkowego pieszczocha na ulicy o drogę do starego blokowiska, żeby ponownie znaleźć się na bezpiecznym terytorium Bezgwiezdnych.
Zostajemy zaciągnięci do nory Łysego. Ku naszemu szczęściu, nieprzyjazne psy zostają na dworze, najwyraźniej zmuszone do dalszego pilnowania terytorium. Wzdrygam się lekko na wspomnienie o ich kolczastych obrożach i poleceniach wydawanych przez właściciela — dlaczego pieszczochy są w stanie dobrowolnie zgodzić się na takie traktowanie? Wyglądali, jakby nie znali innego życia, niż posłuszne służenie swoim opiekunom. Chociaż myśl o wychowywaniu udomowionego psa przez klan się do mnie nie uśmiecha, to jednak dzikość wydaje mi się o wiele lepszą opcją, niż brak wolności u boku tych łysych kreatur.
Dwunożny ciągnie nas przez szereg pomieszczeń. Za każdym razem kiedy zapieramy się łapami, ten gniewnie przyciąga łańcuch do siebie, a jego ogniwa wbijają nam się w szyję. Syczę cicho, kiedy uwięź mnie poddusza, więc zmuszam się do dalszego kroku, mimo że równocześnie mój mózg uważnie taksuje otoczenie, szukając jakiejkolwiek możliwości ucieczki.
Bezwłosy otwiera drzwi, po czym zaciąga nas w dół po schodach. Naszym oczom ukazuje się ciasne, słabo oświetlone pomieszczenie, w którym rozchodzi się swędzący zapach psów — ba, wielu psów. W nosie mieszają mi się zapachy pieszczochów, samotników oraz psów z klanów, niektórzy wydają się starsi, inni młodsi. Smród obcych psów wydaje się w niektórych miejscach słaby, jakby już dawno opuściły to miejsce.
W pierwszej chwili przychodzi mi na myśl schronisko, ale brakuje mi charakterystycznej woni specyfików czy karmy dla pieszczochów. Kiedy Dwunożny prowadzi nas głębiej, dostrzegam ciąg klatek, podobnych, jakie widzieliśmy kilka godzin wcześniej u hycla. Te jednak nie śmierdzą dziwnymi środkami, a zapachem opłakanych warunków, w jakim znajdują się zwierzęta. Na nasz widok nie wydają z siebie żadnego odgłosu, jedynie co niektórzy łypią smutnymi oczami spomiędzy krat, a kiedy mój wzrok ląduje na ich wystających żebrach, przechodzą mnie ciarki.
Dwunożny otwiera jakąś klatkę, po czym wpycha mnie do niej, a obok Ciemną. Patrzymy po sobie rozzłoszczeni, choć wiemy, że w zamknięciu nie będziemy w stanie nic zrobić. Następnie nasz porywacz wyłącza światło w pomieszczeniu, przez co zostajemy owiani półmrokiem.
Mrugam kilkukrotnie, rozglądając się dookoła, ale ruchy mojej głowy ograniczane są przez ciasnotę panującą w klatce. Choć nie jestem największym psem w klanie, moje ciało ledwie się mieści, a pręty powoli zaczynają wbijać się w moje futro.
— Co to za miejsce? — Ciemny Kieł zadaje to pytanie na głos dopiero teraz, choć oboje myślimy o tym samym od początku pobytu tutaj.
— Zanim ktoś wam odpowie, zaraz stąd znikniecie — mamrocze żałośnie pies obok nas. Nawet nie podnosi z łap pyska, wtulony w kąt swojej klatki, z ogonem ułożonym między nogami.
— To znaczy?
— Widziałem już wielokrotnie, jak kogoś stąd wyprowadzano, ale jeszcze nikt nigdy tu nie wrócił.
Przełykam ślinę. Może to jednak było schronisko? Charakterystyczny odór śmierci roztacza się wokół nas, ale żaden z przebywających psów nie wydaje się tym wzruszony. Po prostu, leżą, pogodzone ze swoim losem.
— Wiecie może, dlaczego? — dopytuje Ciemny Kieł.
— Lepiej dla was, żebyście nie wiedzieli — chrapliwy syk dobiega z klatki po przeciwnej stronie. — Łatwiej jest pogodzić się ze swoim losem, kiedy do końca ma się nadzieję.
Medyczka marszczy czoło, a jej ogon drga niespokojnie.
— Mamy i będziemy mieć nadzieję, bo się stąd wydostaniemy.
Po pomieszczeniu rozlegają się zgodne, sarkastyczne parsknięcia.
— Śmierdzisz klanem. Nic dziwnego, że jesteś tak głupia. Co, może pomodlisz się do Gwiezdnych i cię uratują? — warczy zirytowana suka, a przytaknięcia innych psów powodują, że wyczuwam, jak mięśnie Ciemnej tężeją. — Kiedyś Dwunożny wpuścił tu Jastrzębia, kiedy ktoś za bardzo się opierał i był agresywny.
— Jastrząb? — zagaja brązowowłosa.
— Ten owczarek, którego widzieliśmy z Kruszyną? — zgaduję.
Kościsty kundel w klatce obok kiwa głową.
— Jastrząb powiedział nam, że jesteśmy hodowani do walk psów. Może i zdziczałe psy jak wy tego nie zrozumieją, ale żyjemy tylko dla rozrywki paru Bezwłosych, którzy cieszą się na widok więzienia nas i rozszarpywania w klatce przez większe, dobrze odżywione i wytrenowane psy. Jesteśmy teraz tylko jedzeniem dla przeciwnika. Szarpakiem dla pieszczoszków — tłumaczy dalej, jąkając się co chwilę, jakby ułożenie paru zdań sprawiało jej trudność. — Głodzą nas, żebyśmy nie mieli szans. Czy teraz jesteś zadowolona z odpowiedzi, dzikusko?
Zjeżona sierść zarówno moja, jak i Ciemnego Kła, odpowiada za nas.
<współczuję>
[1133 słowa: Leonis otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]