Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency × Leonis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency × Leonis. Pokaż wszystkie posty

17 stycznia 2021

Od Laurencego C.D Leonisa

Jedynym, co Laurency słyszał jasno i wyraźnie, było sformułowanie „dopóki nie odzyskasz kiły”. A może to wcale nie było tak? Tak czy inaczej — cała reszta zlewała mu się w jedną, nieszczególnie wyraźną całość, nabierając koślawego kształtu czegoś w rodzaju niczego (to nie to samo nic, co w głowie Laurencego; to to „nic” z gatunków funkcjonujących, ale nieprzypominających niczego niców), więc tylko kręcił i kiwał łbem na zmianę, żeby nie wyszło na to, iż albo zgadza się na wszystko, bo wtedy mógł pozwolić Leonisowi na testowanie go pod kątem wywoływania kiły u psów, albo zaprzecza, jakby medyk pytał, czy preferuje niekonwencjonalne leczenie i wydłużony okres powrotu do zdrowia. Swoją drogą, zastanawialiście się kiedyś, jak idiotycznym pytaniem jest „nie masz nic przeciwko?”? Nie to, że Leonis je zadał — na Bezgwiezdnych — tak sympatyczny i miły w obyciu jeszcze nie był, ale przyszło to do zamglonego, otumanionego umysłu Laurencego, kiedy motał się na trawie w bezsilnych wyrazach protestu, zwijając się w konwulsjach nie tyle, co bólu, ale paraliżującego poczucia nieposłuszeństwa tylnych kończyn i szczęki opanowanych zdrętwieniem. Wówczas jego życie, podobnie jak te wszystkie zające, chociaż w skrzydła nikt ich jeszcze nie wyposażył, przeleciało mu przed bursztynowymi oczętami, zalewając nietęgi rozum falą niespodziewanych rozważań. Gdyby trucizna była silniejsza, najprawdopodobniej nawet by się, o zgrozo, nawrócił.
— Po-słuchaj, ty… ty… — zawahał się, naprędce wertując bibliotekę wyzwisk, jakich znaczenia poznał w ciągu ostatnich lat — ...hultaju… drapichruście… ś-śmierdzący… śmier-dzielu… nie pozwolę na t-to. — Spróbował unieść zad, który uprzednio posadził na twardej, uklepanej ziemi w geście swoistego protestu. Medyk patrzył na niego z politowaniem, a Laurency, w amoku, nie hamował nazmyślania, głośno i wyraźnie zaznaczając swoją niechęć do ideologii leonisowej. — Nie potrze-buję ki-kiiiiiły, doktorku od siedmiu boleści! Nie chcę… nie ch-cę mieć zwidów! Kto by ci-ę wie… — czknął — ...wiedział, c-co ro-bisz ze swoimi… pasznetnami. — Z jego pyszczka wydobył się bełkot.
Leonis przyglądał mu się wnikliwie i jeśli tylko Laurency był we wzorowej kondycji fizycznej i o pełni rozumu, skuliłby się w obawie przed gderliwym gburem nielubiącym gadatliwych, zatrutych jak wujowie na rodzinnych imprezach alkoholem psów z problemami ze słuchem i aparatem mowy.
Panszetamipasztenami… kurczę pie-czone! — zaklął. — Wie-sz, doktorku, o co biega. A teeeraaaz…
Obrócił się o pełne sto osiemdziesiąt stopni, ponownie okręcił wokół własnej osi, jakby szukał wyjścia, i ponowił próbę rozruszania wszystkich posiadanych kości — podczas prostowania prawej tylnej, kiedy prężył się jak Kendall Jenner, wyrżnął jak długi o ziemię, ponieważ marnie ocenił swoją koordynację ruchów, równowagę i możliwości, przegrywając z męczącymi zawrotami głowy. Zarechotał baranio, dając wszystkim w pomieszczeniu, to jest, Leonisowi, do zrozumienia, jak komicznej rzeczy dokonał i że powinnością medyka było mu zawtórować. Pysk Leonisa nie zmienił jednak wyrazu.
— Patrzysz na mnie jaaaak… jak-bym był cię-żarem — jęknął z nieudawaną żałością pacjent. — Jakbym za-zabił ci… mamę… alb-albo… faceta… och, nie! Jakiż ja jestem głu-upi! Nie wszyscy wolą samców! Masz rację, Leo-eonisie, nic ze mnie nie wyrośnie! Nie przedłużę gatunku, więc muszę… muszę zająć się samicami! — Zanim skończył swoją litanię, Leonis zdążył odwrócić się z westchnieniem i zająć przygotowywaniem następnej dawki ziół, którą warto było podać majaczącemu bałwanowi. Laurie co prawda załkał z przykrości, ale spłynęło to po medyku jak morska woda po dmuchanej kaczce, na jakiej Dwunożni grzeją swoje egoistyczne zady.
Bezgwiezdny wojownik leżał na podłodze, jojcząc nieustannie na każdy temat, który akurat udało mu się wyciągnąć z czeluści bezdennego, ciemnotowatego umysłu. Nie przejmując się zupełnie cudzą, obecnością wylewał z siebie wszelkie żale i opisywał nieudane miłosne podboje, niepowodzenie związane z polowaniem na zająca i uczucie, jakie towarzyszyło mu w tamtych tragicznych dla żołądka momentach głodu i wyczerpania. Mimo że umysł domagał się odpoczynku, nieco zbity z tropu mnogością wydarzeń, które występowały po sobie jedno po drugim bez chwili oddechu, ciało Lauriego wyraźnie nie zapisało w swoim prowizorycznym kalendarzyku punktu „przestać pierdolić, dać spokój Leonisowi (((sen)))”, ponieważ kiedy tylko zamykał oczy, w kompletnie przypadkowej części ciała zaczynał czuć nie tyle, co mrowienie, a wręcz kłucie. Jak wiadomo powszechnie, nikt nie lubi kłótników (bo wiecie, kłuć a kłócić się to skrajnie różne słowa, a ani tego, ani tego nikt nie lubi. Dobra, w porządku, zapomnijmy o tym kiepskim żarcie).
Laurency jak przez mgłę usłyszał przekleństwo medyka i wiązkę słów ściśle powiązaną z narzekaniem na brak jakiegoś zioła, którego znajomość nie obejmowały mierne kompetencje wojownika.
— A co to? Buraczki? — Przechylił głowę, kiedy Leonis zbliżył się do niego z następną, tym razem różową mieszanką najróżniejszych specyfików. — Ratunku…
— Przestań — upomniał go po raz kolejny, tym razem jeszcze bardziej oschle i jeszcze bardziej niesympatycznie.
— Ja nie chcę…
— Na lit-...
— Mamo, ratuj…
Z pyska Leonisa dobiegło westchnięcie. 
— Trzeci raz! Przecież ja u-umrę!
— Może wtedy byś się zamknął.
— Ratunku, przemoc słowna.
Zanim zamknął pysk, łapa medyka po raz trzeci znalazła się zdecydowanie zbyt blisko i wepchnęła mu zioła. Mózg podsunął mu dwa wyjścia: wyjście A, wypluje to cholerstwo prosto na łeb Leonisa, przy czym narazi się na jego jeszcze większy gniew i na dobrą sprawę zmarnuje dobre roślinki, które mogą uratować czyjeś życie (o tym wcale nie pomyślał, ciężko o rozsądność w obliczu zatrucia) albo wyjście B, z kulturą zrobi to, do czego został na dobrą sprawę zmuszony i zaufa gburowi. Nie lubimy gburów. Nie lubimy nikogo. Ale gburów w szczególności.
— Jakie niedobre — skrytykował. — Smakuje jak żuki. Czy umrę?
— Nie. Na pewno nie po takiej dawce.
— Po większej bym… u-umarł?
— Tak.
— To daj… daj mi więcej… — Spuścił łeb z pokorą.
Leonis zignorował błagalny ton wojownika, ku jego wielkiemu niezadowoleniu i zawiedzeniu. Nie zdążył jednak ponowić swojej prośby, bo ledwo udało mu unieść spojrzenie, a jego powieki zaczęły się kleić.

14 czerwca 2020

Od Leonisa CD Laurencego

    Kocham pracę medyka, myślę, po raz setny w tym jakże nudnym dniu licząc zasoby ziół. Uznaję to za metodę “na wszelki wypadek”, choć zasadniczo nie muszę być restrykcyjnie ubezpieczony — Bezgwiezdni, w przeciwieństwie do innych (nieco głupszych) klanów, nie mieszają się w zbędne spory, tym samym zmniejszając też ryzyko wystąpienia rannych. Mimo wszystko nie widzę nic ciekawszego w zasięgu łapy. Zajmowanie stanowiska medyka ma w końcu zalety idealnie wręcz dopasowane pode mnie, nie muszę więc zbędnie wychylać się z tłumu, biegać całymi dniami w poszukiwaniu niczemu winnych zwierzątek i w jakże upierdliwy sposób ryzykować życiem za parę wygłodniałych psów, które równie dobrze mogłyby przejść na wegetarianizm. Jednak moje życie jako medyk polega jedynie na codziennej konserwacji niezbędnych w przeżyciu ziół i uspokajaniu karmicielek, że nie, to że jej synek kichnął wcale nie znaczy, że ma raka. To tylko alergia na pyłki.
    Och, co za cudowny dzień. Co za piękny, rozświetlający duszę, pierwszej klasy dzionek, kiedy nikt nie zawraca ci głowy, myślę, patrząc jak wielka kula futra kolorów wszelkiej maści wczołguje mi się do nory.
  Nie fatyguje się nawet na “dzień dobry” — zamiast tego z jego pyska wydobywa się potok słów męczący dla mojej i tak już zażenowanej egzystencji, który w sumie nie układa się w kompletnie nic logicznego. Obserwuję sposób poruszania jego dziwnie niezgrabnego ciała, które wydaje się ociężałe, a każdy ruch mięśni wymaga stuprocentowego zużycia energii. Choć paplanina samca nic mi nie mówi, to sam próbuję porównać jego zachowanie do wszystkich schorzeń jakie znam. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że przypomina mi on co niektórych Dwunożnych, których czasem można spotkać w mieście. Mają oni charakterystyczny, nieprzyjemny zapach — każdy Dwunożny ma inny, niektórzy bardziej kwiatowy, ale równocześnie duszący, niektórzy przyjemny i naturalny dla ich ciała, szczenięta Dwunożnych pachną czasem mlekiem lub innymi słodkościami. Ale to właśnie Ci Dwunożni emanują wyjątkowo śmierdzącym zapachem, który nieprzyjemnie drażni nozdrza i jeży sierść na plecach. Często wydają się też bardziej agresywni, niejednokrotnie kiedy znalazłem się zbyt blisko nich zostałem zraniony kawałkiem szkła z przezroczystych butelek z którymi się nie rozstają. Chwiejący się, śmierdzący i wyjątkowo upierdliwi. Tak, być może Laurency był żulem.
    — To nie izba wytrzeźwień, młodziaku — sapię, zdzielając go łapą po łbie, kiedy psu grunt wali się pod nogami.
    — Panie doktorku, nie-e rozumiesz pa-an! — mamrocze pies, nerwowo kręcąc głową. Wykorzystuję moment, kiedy młodziak wierci się na podłodze, jakby próbując stłoczyć swoje ostatnie szare komórki na odpowiedź i kieruję się w stronę spiżarni, grzebiąc w niej przez krótką chwilę. — Rozmawiałem z zajączkiem, rozumiesz pan? Z-a-j-ą-c-z-k-i-e-m. I zaa-jączek– — Nie dokańcza. Bez pytania ani nawet jego pełnej odpowiedzi, siłą wpycham mu do gardła garść owoców.
    — Szto to? — pyta z pełnymi ustami.
    — Jagody jałowca.
    — Po czo? Nie jesztem głodny, prze-ed — przerwa na czkawkę — zjadłem za-ją-czka.
    To daje mi nowy trop na powód jego choroby. Być może zjadł zająca, który nie żył już dobrych parę dni. Kto wie, co dzisiejszej młodzieży we łbie siedzi? Czasowo przemyka mi przez głowę myśl o otruciu, ale szybko ją zbywam — nie wierzę w bajki. Jaki jest sens w otruwaniu niewinnego zająca? Albo, co gorsza, niczemu winnego psa?
    Zerkam na pacjenta, próbując doszukać się w nim powiązań z wrogami. To głupota. Męczy go czkawka, nie potrafi utrzymać się na łapach a przy tym wygląda tak beztrosko i niegroźnie, że nie jestem w stanie uwierzyć, iż ktoś naprawdę chciałby zrobić mu krzywdę celowo.
    — Jagody jałowca łagodzą bóle brzucha i działają uspokajająco — odpowiadam w końcu. Samiec bez zbędnych pytań przełyka podane lekarstwo. Kto wie, może moja wcześniejsza hipoteza ma jakiś sens? Laurency wygląda conajmniej… cóż, naiwnie. Wzdycham, wracając do spiżarni. Jeśli został otruty, pewna dawka trucizny już krąży w jego ciele, zwłaszcza patrząc na jego zachowanie. Ale czy przetrawił wszystko? Nie, to raczej niemożliwe. Być może jeśli zareaguję szybko, nie będę musiał zbierać z nory trupa. Zmarli ważą trochę więcej niż żywi, ciężko byłoby mi go stąd wynieść w pojedynkę.
    Wyjmuję zioło, od którego zapachu mimowolnie się wzdrygam i rzucam je psu pod pysk.
    — Pa-anie doooktorkuuu. To śmierdzi — bełkocze pies.
    W odpowiedzi syczę przez zaciśnięte zęby.
    — Przeżuj i połknij, o ile to ci się uda zanim pojawią się efekty. Ale tak czy siak radzę ci wziąć to do pyska, bo nie chcę przez następny tydzień czuć w tej norze trupa. To nieco odstrasza pacjentów.
Przypominam sobie o także nieszczęsnym zającu, którego kiedyś przytachałem do nory. Wówczas nie zjadłem go całego, uznając, że zostawię sobie resztę na później, ale ostatecznie wojownicy przynieśli mi inną zwierzynę do spożycia. Wtedy jakimś cudem zapomniałem o ofierze, odkrywając jego obecność dopiero wtedy, kiedy zaczął się rozkładać. Nie był to przyjemny dla mojego nosa zapach, ale istniały także plusy jego towarzystwa — nikt nie zawracał mi przez jakiś czas głowy, bojąc się źródła zapachu płynącego z mojej miejscówki, a ja równocześnie byłem zbyt leniwy, żeby się go pozbyć.
    Laurency nerwowo przełyka ślinę. Choć wszystkie informacje ze świata zewnętrznego dochodzą do niego z opóźnieniem, to mój komunikat jest dla niego akurat prosty na tyle, że pies w ciągu kilku sekund upycha listki w mordzie.
    Nie muszę długo czekać na jego reakcję. Sierść staje mu dęba, a on sam chwilowo spanikowany odzyskuje siły, wykorzystuję więc to i wypycham go z nory na trawę przed wejściem. Pies przy głośnym akompaniamencie niezbyt przyjemnych dla ucha odgłosów, oddaje cały swój obiad na trawnik przed norą.
    — Panie dokto-rku. Co za turbulencje. Mógłby być pan ze mną trochę delikatniejszy, ja jestem wra-żli-wym mężczyzną. — Uśmiecha się głupawo. — Cooo-o to za obrzydlistwo?
    — Nie marudź — fukam, omiatając wzrokiem zawartość jego żołądka spoczywającą na grządkach. — Tak swoją drogą, jak już wytrzeźwiejesz, to chcę ci tylko napomknąć, że jestem medykiem, a nie sprzątaczką. Lepiej szybko sprzątnij mój ogródek, bo w swojej spiżarni też mam niemiłe w efekcie dla ciebie zioła.
    Zostawiam go samego z jego osobistą mieszaniną zajączka i kwasów żołądkowych, żeby jeszcze chwilę pogrzebać w spiżarni. Układam szybki plan leczenia — jagody jałowca już opuściły jego układ pokarmowy wraz z potencjalnym nieprzyjaznym zajączkiem, pozostaje mi więc tylko podać mu miksturę, która pomoże mu w efektach spowodowanych nieznaną mi przyczyną. Marszczę nos, wiedząc, że nic innego nie jestem w stanie zrobić. Laurency nawet nie jest na siłach, żeby powiedzieć mi jak dokładnie się czuje.
    Taksuję wzrokiem zapasy. Doglądanie ich codziennie czasem się sprawdza, na przykład teraz — moje spojrzenie odruchowo ląduje w miejscu, gdzie znajdują się potrzebne mi rośliny. Golteria rozesłana? Doskonała nie tylko na rany, ale też i na trucizny. Wrotycz? Być może pomoże na jego dreszcze i ból brzucha. Lawen—
    — Panie doooktooorkuuu — jęczy Laurency, próbując z powrotem wejść do nory o własnych siłach. Potyka się jednak o swoje łapy i uderza pyskiem o ziemię. — Ktoś mnie otruł, jestem pewien, panie doktorku! To ten zajączek, doktorku. Tak naprawdę nigdy go nie lubiłem. A teraz?! A teraz, panie doktorku, on próbował mnie zabić! Mój własny przyjaciel! My-yślę, że powinniśmy przeprowadzić śledztwo, panie doktorku. Rozumiesz pan? Śle-dztwo. Pan doktorek musi być naprawdę mądry. Ja też jestem niczego sobie, haha! Rozumie pan doktorek powagę sytuacji? Razem go złapiemy. Zawsze chciałem być detektywem.
    Gorzej niż myślałem. Może jednak podwójna dawka jagód jałowca przyda się także na jego upierdliwe majaczenie.
    Wszystkie rośliny ujmuję w pysk i kładę przed nim, uprzednio miażdżąc je łapami w jednolitą papkę. Pies jednak wyjątkowo zapiera się przed lekarstwem. Wzdycham z irytacją.
    — Nie, doktorku, nie rozumiesz! Już czuję się lepiej, chcę znaleźć winowajcę! — bełkocze.
    Przymykam na chwilę oczy, próbując osiągnąć wewnętrzny spokój ducha. Może faktycznie powinienem zostać wojownikiem? Mógłbym legalnie dać kuksańca co niektórym upierdliwym jednostkom bez wyrzutów sumienia.
    — Jestem medykiem, nie Sherlockiem Holmesem — mówię najspokojniej jak tylko potrafię w tej sytuacji. Laurency nabiera powietrza w płuca tak, jakby zaraz chciał powiedzieć coś na jednym wdechu, więc na wszelki wypadek sam wpycham mu wcześniej przygotowane zioła do pyska i zmuszam do żucia. Już nawet nie interesuje mnie to, że jest moim pacjentem. Do stu Dwunożnych, niech tylko się zamknie. — Mało mnie obchodzi, co stanie się z tobą po wyjściu z tej dziury. Ale dopóki nie odzyskasz siły, jesteś skazany na moją obecność, jasne?
<Laurency?>
[1327 słów: Leonis otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

13 czerwca 2020

Od Laurencego do Leonisa

Gdyby ktoś zapytał, dlaczego Laurency chodził taki wygłodniały i mizerny, wytłumaczenie jest prostsze, niż komukolwiek mogłoby się wydawać.
  Otóż Laurency uwielbiał robić z siebie największego durnia i zwyczajnie nie potrafił porządnie zapolować — ot, cała historia, która odejmuje mu pięć procent od męskości. Lata praktyki na nic się zdały, ponieważ kiedy dochodziło co do czego, ta skończona fajtłapa albo skakała na biednego zwierzaka, przygniatając go ciężarem swojego niedożywionego ciała, albo atakował ich… cóż, właściwie to wcale nie atakował, ponieważ poszanowanie wobec przyrody i dzieł matki natury zakazywało mu warczenia na słabszych od niego. Powtarzał sobie wówczas, że tak został wychowany i że każdy organizm ma takie samo prawo do życia, jak on i jego pobratymcy, chociaż w praktyce nie przestawał myśleć o Viktorze i jego moralności. Vic powtarzał, że należy doceniać dary zesłane przez naturę. Laurency kiwał łbem i z pokorą jadł to, co mu ukochany podsuwał pod nos, czyli zieleninę i dziwaczne owoce, które widział pierwszy raz na oczy. Samiec, mimo że nie zdołał go przekonać do diety pozbawionej mięsa, zaszczepił w Lauriem konkretne przekonanie i odkąd wyzionął ducha, tamta fajtłapa z bólem serca dokonywała mordów na niewinnych istnieniach. Albo udawała, że to robi, żeby nie wyjść na niedorajdę.
  Można go opisać tyloma epitetami, a i tak większość z nich będzie znaczyła to samo.
  Ledwo letniego popołudnia, wydawałoby się, że sierpniowego, a tu dopiero czerwcowego, wybrał się więc na te swoje, pożalcie się, łowy, żeby sprawić sobie w najlepszym przypadku mięso niedomagającego już, potrzebującego dobicia leśnego stworzenia pokroju, powiedzmy, zająca albo sarny. Licząc się ze swoimi marnymi umiejętnościami, już w drodze na obrzeża miasta przygotowywał staranny plan działania (punkt pierwszy, przyczajenie się, drugi — atak). Minął komplet dwunożnych, którzy ciągnęli za sobą pieszczocha, zapierającego się i przytwierdzonego do ściany — posłał mu więc jedno z tych przepraszających, pełnych współczucia spojrzeń i kontynuował swoją wędrówkę przez ulice zatłoczonego miasteczka. Lubił ten tłok, nigdy nie miał problemu z adaptacją, to i miliony zapachów docierających do jego nozdrzy każdego dnia po przebudzeniu nie stanowiły większego problemu. Wręcz przeciwnie! Miło było poznawać je wszystkie i chodzić ich śladami, żeby od wielkiego dzwona docierać do nowo odkrytej knajpki, która wieczorami wyrzuca resztki do śmietnika albo starszej pani dokarmiającej bezdomne psy i gołębie. Laurency przywykł do staruszek na tyle, że nauczył się jeść karmę dla ptaków i, jak się okazuje, kiedy jest się głodnym, wszystko smakuje jak najsmaczniejsze kąski.
  Czasami czuł zapachy innych klanów i wtedy, mimo wrodzonej pewności siebie, starał się brać łapy za pas, przynajmniej dla własnego bezpieczeństwa. Poza tym nie widziało mu się zawczasu tracić przydatnych elementów ciała.
  Najsmutniejszym elementem jego bezsensownego, nudnego życia było jego życie towarzyskie. Momentami odnosił wrażenie, że jedynymi żywo zainteresowanymi nim mieszkańcami miasteczka była para gołębi notorycznie obserwująca go z dachu pralni naprzeciwko, przejeżdżający od czasu do czasu hycel i dziewięćdziesięcioletnia dwunożna, która, zakochana w jego oczach i umaszczeniu, co dwa dni przynosiła mu świeżo ugotowany obiad. Nie był on co prawda najwyższych lotów, ot, kilka kawałków mięsa na krzyż, ale Laurencemu nigdy nie było tak ciepło na sercu, jak wtedy, kiedy doświadczał ludzkiej dobroci. Z Dwunożnymi nigdy nie miał na bakier, nie udawał męskiego i niezależnego, tylko korzystał z ich życzliwej pomocy — mimo to nie można było nazwać go niczyim psem. Był swój. Trochę zasmucony, osamotniony, ale swój.
  Jak jego lokum w ciemnej uliczce, między dwoma kontenerami na śmieci. Pachniało tam zaskakująco dobrze (miejmy na uwadze, iż Laurency jest psem), a znalezione gdzieś na drugim końcu ulicy stare legowisko z kilkoma dziurami, chociaż twardością dawało się we znaki, było wystarczające, kiedy przychodziło przesypiać na nim kilka godzin. Przebywając w dzielnicach widocznie bogatszych, gdzie nie czuł mieszających się zapachów stęchlizny i niezadbanych psów, rozglądał się po pozostawionych przy śmietnikach rzeczach, ale od chwili znalezienia pierwszego posłania nigdy więcej się mu nie poszczęściło.
  W zasadzie to nie miał szczęścia do niczego.
  Do lasu chciał dotrzeć przed napływającymi do niego Dwunożnymi, żeby w spokoju oddalić się na wystarczającą odległość i nie martwić o własną, trochę wygłodzoną i kościstą dupę. Wskoczył w zarośla, nurkował w gęstwinach i, przepraszając wszystkich leśnych mieszkańców w duchu, deptał po odpoczywających w ściółce robakach, nieustannie węsząc za śladem jakiejkolwiek zwierzyny. O ile zimą o pożywienie było ciężko, zające, sarny czy wyciągnięte z zimowego snu niedźwiedzie pozostawiały za sobą tropy — sytuacja latem miała się nieco inaczej, ponieważ Laurency musiał polegać jedynie na swoim spaczonym zmyśle węchu.
  I masz ci los, w takich momentach desperacko próbował przypomnieć sobie słowa ojca, które powtarzał i powtarzał do usranej śmierci, a Laurie błagał, żeby już przestał.
  — Nie ułatwiacie mi tego — szepnął przez zaciśnięte zęby. — Wcale mi tego nie ułatwiacie.
  Bezszelestnie sunął między drzewami, bez wątpienia znacznie oddalony od wydzielonej dla Dwunożnych przestrzeni. W tych okolicach krążył tylko ci z bronią, czyli myśliwi, lub leśniczy, żyjący w swoich przytulnych chatkach. Pierwszych Laurency unikał jak ognia.
  Zastrzygł uszami, słysząc szelest w krzakach za drzewem naprzeciw. Niepewnie pochylił się do tyłu, przeniósł ciężar ciała na nieco drgające tylne łapy i, w pełni przygotowany do skoku, rozważał. Myślał. Jak to Laurency. W obliczu tak istotnych dla jego fizjologii momentów mógł stać tak i zastanawiać. Viktor. Głodówka. Szacunek wobec natury. Wrodzony instynkt. Empatia. Brak innych możliwości.
  W końcu, jakby od niechcenia i bez przekonania, dźwignął się, pchnął i wskoczył w gęstwiny.
  Sęk w tym, że jego ofiara zdążyła czmychnąć niepostrzeżenie.
  Rzucił się więc w pogoń, która w praktyce potrwała raptem pół minuty, ponieważ uciekinier, wyraźnie osłabiony, poddał się oprawcy zaskakująco szybko. Laurency, jak ostatni baran, zamiast za zajęczy kark, chwycił za jego lewą kończynę, to i zanim doprowadził do śmierci biedaka, otrzymał dwa solidne kopnięcia prosto w ten pełny współczucia, którego zając wyraźnie nie podzielał, pysk. Kiedy ułożył go pod swoimi łapami, westchnął męczeńsko i trącił dwukrotnie w nos, w nadziei, że ten nie żywi do niego szczególnej urazy.
  — Jestem fanem reinkarnacji, zajączku. — Uśmiechnął się do niego. — Mam nadzieję, że w następnym życiu będziesz kimś silniejszym, na przykład wilkiem.
  Głód zasysał mu żołądek, więc nie powstrzymywał się ani chwili dłużej, tylko odgryzł zajęcze udo i z niemałymi wyrzutami sumienia połykał rozdrobnione mięso. Nie był wybitnym koneserem, nie znał się na smakach mięs i nigdy się nad nimi nie rozczulał, ale to smakowało dziwnie. Odstawało od wszystkich innych, których zdarzyło mu się smakować — pachniało równie osobliwie, kiedy pochylił się nad zwłokami i wziął głęboki wdech. Nieprzyjemny zapach drażnił jego nozdrza i to powinno być wystarczającym ostrzeżeniem, ale Laurency pomyślał sobie, że skoro przemógł się i martwego już jegomościa uśmiercił, nie może grymasić. Zrzucił to przy okazji na fakt, iż lata świetlne minęły, odkąd ostatnio miał w pysku zajęcze mięso.
  Im pełniejszy miał żołądek, tym gorzej widział na oczy. I gorzej słyszał. I poczuł, jak uginają mu się łapy. W pewnym momencie cały las — wszystkie drzewa, ich gałęzie, większe i mniejsze krzaki, i leśne runo — zlało się w jedną, zielono-brązową plamę. Czuł intensywny, nabierający na sile zapach zmieszanej z wonią stęchlizny słodkości, która, łącząc się tak z odorem truchła, nie miałaby swojego uroku, gdyby nie to, iż Laurency, powiedzmy sobie wprost, bez wątpienia przebywał na haju, jakby przed chwilą znalazł i pochłonął co najmniej trzy listki LSD, nie żegnając się przy tym z życiem. Złapał pozostałości z jedynego kompana znoszącego jego obecność w pysk i, korzystając z błogości, jakiej uświadczył, beztrosko oddalał się z miejsca zbrodni, kierując swoje niepewne łapy ku miastu.
  Półgodzinna wędrówka zakończyła się klęską, ponieważ gdzieś w jej połowie, mimo szczerych chęci zwrócenia wszystkiego na ziemię, Laurencjusz przystanął, rozejrzał się i odgryzł zającowi ostatnią pozostałą kończynę, niczym wygłodniały wilk do cna czyszcząc kość z jakiegokolwiek mięsa. Jego stan w żadnym razie się nie polepszył — ba!, z każdą chwilą było coraz to gorzej, ponieważ zza drzew zaczęły wychodzić niezidentyfikowane, niekształtne parodie cieni, pokracznie kroczących ku tej niedorajdzie na swoich nieistniejących, niezmaterializowanych nóżkach. Pisnął w duchu, bo pysk miał zajęty, rzucił do tyłu i biegł — biegł — ile sił miał w łapach, a szybki, oddajmy mu to, istotnie był. Jak w labiryncie mijał dziwaczne skały, które przypominały się wzajemnie (gdyby się tak nie spieszył, z całą pewnością pozostawiłby za sobą ślady wymalowane własną krwią), unikał zderzeń z wysokimi jak góry pniami drzew, z ignorancją deptał po małych sprzymierzeńcach żyjących w trawie i nawet nie odwracał, ażeby się tylko nie spowolnić. Towarzyszyły mu wyłącznie własne myśli i martwe ciało zająca, którego nieustannie ściskał w zębach, byle go gdzieś po drodze nie zgubić.
  Cienie ustąpiły po długiej pogoni. Laurency, wymęczony, zipiący, osunął się na ściółkę i zajęczał głośniej, niż te wszystkie cholerne zjawy razem wzięte. Biedny, bezsilny, z nieustępującymi bólami i głowy, i brzucha, i kończyć, i nawet ogona, położył przyjaciela po swojej lewicy — sam przechylił się w prawą stronę, oparł pyskiem o łapy, przewrócił na bok, eksponując przy tym każdy detal niesamowitego ciała, odkaszlnął (co oznacza mniej więcej tyle, że podczas tej czynności splunął ze trzy razy, żeby wypluć zajęcze kostki podchodzące mu do gardła) i jeszcze raz stęknął.
  — Boli mnie — powiedział do towarzysza. — Boli mnie każda część ciała. Ty też to widzisz? Te dusze ucierpione, zajączku, czy to Gwiezdni?
  Wydawałoby się, że ten pokręcił głową.
  — Ja wiem, ja wiem, Gwiezdni to bzdura, którą sprzedają nam ci naiwniacy z klanów. Co oni, rozumy potracili? Przecież… — Westchnął, zmęczony mówieniem. — Przecież gdyby istnieli, Viktor by żył, zajączku, nieprawda?
  Nie odpowiedział, ale Laurency wiedział, że w duchu obaj się zgadzali.
  — Viktorze — wypowiedział jego imię z nienaturalną delikatnością, jego głos był sentymentalny i pieszczotliwy, jakby zbitka kilku literek, które przywodziły na myśl wszystkie wspomnienia, była jego powodem do uśmiechu. Jakby nie patrzeć, temu stwierdzeniu niedaleko do prawdy. W płynących po niebie chmurach widział jego kształt. — Jeśli mnie słyszysz, a z całą pewnością tak jest, ponieważ zawsze słuchałeś mnie, jakbym głosił najświętsze przykazania, Viktorze, wiedz, że będę cię kochał, dopóki ten świat się nie skończy. — Tak zobowiązująca deklaracja dawno nie padła z jego pyska, aż dziwnie zabrzmiała, nawet w jego głowie. — Kocham też panią, która mnie dokarmia, ale to sprawy drugorzędne. Ciebie najmocniej, zaufaj mi!
  Odpowiedział mu tylko kojący szum liści.
  Dźwignął się jeszcze raz na tych niegodnych zaufania łapach, otępiały i powodowany przez rozlewający się po całym ciele ból, żeby skierować się do tego, jakiekolwiek imię nosił, pożal się zielarza Bezgwiezdnych, którego to odwiedzić miał pełne prawo. Gdyby nie luki w pamięci, trafiłby tam od razu, skręcając wpierw w lewo, później prawo, jeszcze raz prawo, lewo, kawałek prosto, w dół i dwukrotnie w jakimś tam kierunku, nie wiadomo do końca, jakim, ale będąc w takim stanie, jakim Laurency był, ciężko zachować trzeźwość umysłu. Poszedł więc do tyłu, w stronę, z której rośnie mech, do słońca i wokół kamienia, później zgodnie z mrowiskiem i razem z największą gwiazdą na niebie, która wywiodła go nie wiadomo gdzie, jak to Dwunożni zwykli mówić, do lasu, ale skubaniec trafił do leonisowej nory, skrytki na wszystkie zielska na każdą istniejącą przypadłość.
  Schodząc do niej, uderzył łbem o twardą ziemię i wybrudził w niej cały pysk. Na jego szczęście, w dziurze odnalazł poszukiwanego, który spojrzał na niego spod byka, z deka zaskoczony.
  — Panie doktorku. — Zachwiał się na własnych łapach. — Mam pro-blem.
  Klapnął na ziemi, zgasłym spojrzeniem mierząc samca.
  — Sprawa wygląda tak, że boli mnie tu. — Kiwnął łbem. — I brzuu-ch też mnie boli. I-i-i nogi, ale biegłem. Bieg-ną-łem. Biegłem, chyba tak to się mówi, nie jestem medykiem. Wiesz pan, jak to się mówi? No nieważne. Proszę jakieś zielsko, żebym mógł wrócić spokojnie do domu, bo co ru-usz coś widzę, a ja chcę do siebie. I nie patrz tak na mnie, bo już tu u ciebie byłem, kiedyś… — Czknął. — Niech ja sobie przypomnę… no wiesz sam, kiedy. Ja jestem Laurency, jakbyś mnie nie pa-miętał.

<Leonis?>
[1910 słów: Laurency otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia]