Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza × Laurency. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Tęcza × Laurency. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2021

Od Laurencego C.D Białej Gwiazdy

Ciężko było jednoznacznie określić, które zajęcie sprawiało Laurencemu najwięcej przyjemności, jednak nic nie dostarczało mu endorfin i adrenaliny w takim stopniu, jak znajdujące się w ścisłej trójce rankingu nielegalne zakradanie na cudaczne zgromadzenia pełne obleśnych żartów, chaosu i tłumnego wypowiadania się w imię całego klanu. Wszyscy mieli Bezgwiezdnych głęboko w dupie, to i Bezgwiezdni zachowali się jak nieokrzesana ciotka wpraszająca się na wesele — koczując w przyległych miejscu spotkań krzakach i gdyby tylko dopisywało im szczęście, każde bite zgromadzenie nie kończyłoby się bezczelną dekonspiracją i demaskowaniem anty-baletnic o gracji podobnej do tej manaciej.
Laurency został przyłapany podwójnie i podwójnie palił się ze wstydu, zawiedziony zmysłem własnej równowagi i kamuflażem, który, jak po cichu liczył, miał wyśmienity, bo łaciaty. Cała ta farsa z odkrywaniem jego alter-ego rozegrała się raptem parę dni po zgromadzeniu, kiedy wybył w świat na niedługo po posiłku, coby rozciągnąć się trochę i poprzyglądać rozwijającej okolicy, jakby przeżywał preludium do jesieni swojego życia. Nie mógł poszczycić się szczególnie dobrą pamięcią, jak na wczesnego emeryta przystało, toteż nie zdziwił się zupełnie, nie rozpoznając w białej postaci nikogo istotnego.
— Znów się spotykamy, Bezgwiezdny.
Przekrzywił łeb, wbijając w nią pytające spojrzenie. Dorwała go wystarczająco nagle, żeby nie zdążył nawet spanikować, więc z jego pyska, ku zaskoczenia obojga, nie wylała się fala drobiazgowych, wyczerpujących wyjaśnień o tym, z jakiej racji znalazł się tutaj, dlaczego na śniadanie zjadł zająca zamiast owoców, dlaczego nazwał syna Mleczem, gdzie podziwa się Cierń i — finalnie — co, do jasnej cholery, robił przy ruinach. Tamtego dnia, kiedy pod cudzym imieniem poznał emo Białą Tęczę, wymyślił na poczekaniu krótką formułkę tłumaczącą, z jakiej racji przekroczył magiczną granicę swoich terenów i zupełnie nieświadomie przeniósł się ze swoim marmurkowym tyłkiem na terytorium oazy młodzieży gwiezdno-bytowej. Laurency nie miał Tenebris nic do zarzucenia, poza tendencją do emosowania, ale Tenebris najwidoczniej nie widziało się witać go z otwartymi ramionami.
Bo wiecie, psy, ramiona. To miało być zabawne.
— Bezgwiezdny? — powtórzył skrzekliwie, wskazując łapą na swoją pierś. — Bezgwiezdni? Gdzie są Bezgwiezdni? — Zaczął obracać się z teatralnym niepokojem, w drodze desperacji nie zaprzestając farsy zaczętej przy okazji spotkania przy ruinach. Najzabawniejszą częścią całego tego cyrku jest to, że Laurency dopiero w tej chwili, na uderzenie serca po kretyńskim piruecie, zorientował się, z kim ma do czynienia. Pogratulował sobie w duchu błyskotliwości, którą się odznaczył, przezornie zgrywając Nie-Bezgwiezdnego, dla wygody swojego ego omijając liczne epizody zwyczajowej głupoty i masę bałwańskich decyzji podejmowanych w przeciągu ostatnich dni. Był to, bez wątpienia, ewenement. Właściwie, byłby, gdyby Biała Gwiazda odznaczała się skromniejszą liczbą komórek mózgowych odpowidających za myślenie. — Kurczę blade, co mieliby tu robić Bezgwiezdni? Wystraszyłaś mnie nie na żarty, koleżanko, nie będę kłamać! Jeśli tyl-...
— To tereny Bezgwiezdnych — zauważyła z trzeźwością.
Laurency zamknął oczy i je otworzył, czemu daleko było od mrugania, ponieważ cały karykaturalny proces trwał co najmniej dziesięć sekund — na zmianę rozchylał powieki, po czym na powrót je zaciskał, jakby w próbie przeanalizowania swojej pozycji. Zbyt kretyński na analizę umysł wzruszył swoimi wyimaginowanymi ramionami.
Cofnął się o krok — i Laurency, i jego umysł.
— Tu też?
Biała kupa sierści nie sprawiała wrażenia najcierpliwszej, z jej gardła wydobył się przytłumiony warkot brzmiący prędzej jak nieintencjonalna reakcja na głupotę, niżeli celowa groźba.
— Pani biały psie, nie denerwuj się już, proszę. — Położył po sobie uszy, a jego łeb zaczął niespodziewanie ciążyć. Nie lubił groźnych psów. To jest, lubił wszystkie psy, ale przy tych nieżyczliwych czuł się co najmniej niekomfortowo. — Proszę, nie patrz tak na mnie, nigdy nie chciałem zrobić nikomu krzywdy, jestem dorosłym, nieodp… odpowiedzialnym psem, ale niewierzącym, jestem niewierzącą kupą sierści z małym mózgiem o pojemności trzech komórek i dziwnym, gejowskim radarem. — „Który zaczyna piszczeć, kiedy się do mnie zbliżasz”, ale tę część zdania obawiał się wypowiadać choćby w głowie, w obawie, że brawurowa samica posiada przedziwną umiejętność odczytywania cudzych myśli. — Widziałem cię na zgromadzeniu, jestem pewny, że tam byłaś, chociaż nie pamiętam, w jaki sposób cię nazywali, ale przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam — stękał piskliwym tonem. — Pani Tenebris, jeśli chcesz zrobić mi krzywdę — odetchnął w końcu, zwyczajowo, aż nazbyt przesadnie i ze zbędną koloryzacją — przynajmniej pozwól mi pożegnać się z moim synem.
Samica nie zdawała się jednak być w zamiarze atakowania Laurencego — spojrzała na niego bez krzty zdenerwowania, a łaciaty bałwan rozluźnił spięte mięśnie. Nie wiedział, czy to zasługa jego uroku osobistego, czy wspominki o synu, ale Biała przestała go przerażać. Jak dobrze, że psy nie używają eyelinerów, wtedy zszedłby na zawał jeszcze zanim otworzyłaby usta. Eyelinery to dosyć abstrakcyjny pomysł. Dlaczego mieliby robić sobie kreski?
Nie to, że Laurency miałby cokolwiek przeciwko temu.
— Tato! Panie tato, gdzie jesteś? Laureeeency!
Bezgwiezdny podskoczył.
— Mlecz, kocha-...
Później wziął głęboki oddech.
— Nie znam żadnego Laurencego — powiedział do Mlecza przez zaciśnięte zęby. — Mlecz? Kto?
— Tato, co…
Uświadomił sobie, że było już za późno.
— Laurency. — Spuścił łeb. — Nazywam się Laurency, nie Żabi Odwłok.
Nie wiemy, czego oczekiwał, ale reakcja samicy była daleka od „Poważnie? Cały czas wierzyłam, że jesteś Żabim Odwłokiem!”.

<biała kupo sierści?>
raptem >800
[bez punktów]

5 lutego 2021

Od Białej Tęczy (Białej Gwiazdy) CD Laurencego

 
Szybkie ostrzeżenie: jeśli ktoś oprócz mnie boi się lub mocno brzydzi żab, polecam ominięcie trzech akapitów napisanych kursywą (zwłaszcza tego drugiego).
Nigdy, cholera, więcej.


Okolice obozu swojego klanu Biała Tęcza znała już prawie że na wylot. Znajomość ta, oprócz możliwości korzystania z dziwnych skrótów, dawała jej coraz większą zdolność cichego poruszania się w łopianie i całym tym innym zielsku porastającym tereny wokół ruin. Już nie raz udało jej się niepostrzeżenie podejść na tyle blisko do plotkujących w czasie patrolu wojowników, by móc jeszcze przed przypomnieniem im, by wrócili do swoich obowiązków usłyszeć o czym bądź o kim rozmawiali. Co prawda zraziła się do tej metody, gdy pewnego dnia dowiedziała się co niektórzy mieli do powiedzenia o niej samej, lecz odruch prawie bezszelestnego przemierzania mniej wydeptanych dróg pozostał.
Torowała sobie właśnie drogę w kierunku centrum miasta, gdzie chciała zdobyć choć trochę pożywienia, gdy z wiatrem obijającym się o jej pysk dotarła do niej woń jakiegoś psa, który zdecydowanie nie należał do jej klanu. 
Staw czoła każdemu, kto naruszy granice twojego klanu.
Pewnym krokiem ruszyła ku intruzowi. Im bliżej była, tym wyraźniej czuła jego woń. Należał do jakiejś grupy, czuła zapach innych psów, nie miała jednak pewności czy był to jeden z klanów, czy pierwsza lepsza grupa ulicznych włóczęgów.  
Gdy do niego dotarła, zastała go wpatrującego się w mury ruin. Przystanęła, przyglądając mu się uważnie. Miał zadbane futro i łapy wyglądające na takie, które były w stanie bezproblemowo ponieść go daleko stąd, zanim ona zdążyłaby go spytać kim jest. Coś podpowiadało jej, że wtedy najprawdopodobniej nie miałaby szans go dogonić. Może gdyby zaatakowała teraz, szybko i znienacka, miałaby jakieś, choć najmniejsze, szanse? Powoli zaczynała się starzeć, ale wciąż miała w sobie sporo siły, wystarczyłoby przydusić go do ziemi...
Z rozmyśleń wyrwał ją wrzask nieznajomego, który najwyraźniej właśnie ją zauważył.
— Co ty wyprawiasz? — spytał, tak jakby to ona właśnie naruszyła jego tereny, a nie na odwrót. — To, że się czaję, nie znaczy, że jestem intruzem — wysapał, chyba nie myśląc zbyt długo nad swoimi słowami. Oczywiście, takie pokrętne tłumaczenie się zdecydowanie wskazywało na to, że nie jest intruzem.
Dalej już tylko bardziej się plątał, mamrocząc coś o ruinach. Miała ochotę warknąć, żeby się zamknął i przeszedł do konkretów albo się stąd wynosić, ale mówił tak szybko, że nie była w stanie nawet otworzyć pyska.
— Witam cię, moja droga, miło poznać. Jestem La… — Urwał. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś nerwowo. Zbyt nerwowo, by mogło to uciec uwadze Tęczy. — Żabi Odwłok — przedstawił się w końcu.
Żabi Odwłok zupełnie nie pasował do tego jego urwanego "La...". Nie skomentowała jednak, ponieważ szybko uświadomiła sobie, że ktoś o imieniu Żabi Odwłok musiał być kiedyś Żabką i Żabią Łapą. Skrzywiła się mimowolnie, zalana przez falę wspomnień. 
Znów widziała małe żabki skaczące sobie gdzieś wesoło w okolicy leśnego strumyka. Była przestraszoną małą sunią o zbyt długim, niezwiązanym wtedy jeszcze z jakimkolwiek klanem imieniem, uskakującą z ich drogi, wyśmiewaną przez swoją siostrę, że boi się małych żabek. Wtedy jeszcze po prostu bała się je zdeptać. Szanowała każde życie i nie chciała go zabierać z innego powodu niż potrzeba pożywienia się.
Gorsza sytuacja zdarzyła się kilkanaście księżyców później. Prawdopodobnie była w wieku ucznia wojownika kończącego już swoje szkolenie. Wracali wszyscy (to jest ona, jej dwie siostry i ojciec; matka nigdy nie polowała) z nieudanych łowów. Zatrzymali się przy strumyku. Znowu była przy nim żaba. Większa, jeszcze bardziej pałętająca się pod łapami, skacząca tak chaotycznie, jakby była to zapowiedź jej agonii. Ojciec nie myślał długo. Był głodny. Wszyscy byli głodni. Zabił żabę i rozerwał ją na kawałki. Pod łapami Białej Tęczy, wtedy noszącej jeszcze zupełnie inne imię, wylądowała noga. Obrzydliwa noga, tylko jeden z fragmentów ciała zabitego zwierzęcia, które uważała za niezwykle odstręczające. 
Już po chwili wymiotowała w krzakach, a do jej uszu dobiegały drwiny Sigmy.
Teraz również chciało jej się wymiotować. Spojrzała jednak na samca i wbiła w niego zimne spojrzenie, udając twardą i nieugiętą.
— Nie wiem, do jakiego klanu należysz, Odwłoku, lecz na pewno nie do Tenebris. Lepiej będzie, jeśli się stąd wyniesiesz, zanim powiadomię patrol czy nawet lidera.
Już nawet nie jąkał się zbyt długo. Wystarczyło kolejne twarde spojrzenie, żeby pożegnał się czymś podobnym do ukłonu i odszedł w kierunku terenów neutralnych. Odprowadziła go wzrokiem, chcąc mieć pewność, że grzecznie przekroczy granicę. 

Istnienie Żabiego wyparowało z pamięci Białej szybciej, niż ona sama mogłaby się tego spodziewać. Jeśli by nad tym jednak dłużej pomyślała, w zasadzie nie miałaby się czemu dziwić — kolejne kilka czy kilkanaście księżyców było wypełnione prawdziwym natłokiem problemów w życiu prywatnym, zwanych też niechcianą ciążą i wychowywaniem szczeniąt. 
Również na tym pamiętnym zgromadzeniu, na którym zmarł Ciemna Gwiazda, a ona sama została nową liderką swojego klanu, zupełnie nie zwróciła uwagi na prześwitującą przez krzaki czekoladową marmurkową sierść. Fakty połączyła dopiero kilka dni później, gdy największe emocje zdążyły już opaść.
Żabi Odwłok nie należał do żadnego z czterech pierwotnych klanów. Należał do tego, który stanowił mieszaninę tych, którzy porzucili wiarę w Gwiezdnych, lecz wciąż czuli potrzebę życia we wspólnocie. Pies, którego imię najprawdopodobniej zaczynało się na zlepek dwóch głosek "La", należał do Bezgwiezdnych. Co więcej, Biała Gwiazda znów miała go przed swoimi oczami, a on ponownie wciąż jej nie dostrzegał. 
Gdyby nie to, że byli na terenach "niczyich", możliwe, że by go zaatakowała. Nie miała nic do Gwiezdnych, sama była córką psów, które jeszcze przed wojną porzuciły wiarę w Gwiezdnych. Została wychowana tak, by to rozumieć. Ale on ją okłamał. Nienawidziła kłamców, może jeszcze bardziej niż żab, do których nawiązał w swym wymyślonym (a może byłym, porzuconym po odejściu od klanu?) imieniu. Kodeks był dla niej jednak na tyle ważny, by tego nie zrobiła.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła w jego kierunku. Stanęła kilka kroków od niego i odchrząknęła. Spojrzał na nią zaskoczony.
— Znów się spotykamy, Bezgwiezdny — zagadnęła, dumnie wyprostowana, wbijając w niego zimne spojrzenie, opanowane przez nią na przestrzeni wszystkich księżyców, które do tej pory przeżyła.
<Laurency?>
[944 słowa: Biała Gwiazda otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
PUNKTY NIEWPISANE

5 listopada 2020

Od Laurencego do Białej Tęczy

Otóż, drodzy państwo, rozpoczął się kolejny dzień. Słońce wzeszło, oślepiając Gwiezdnym ducha winnym przechodniów, którzy spieszyli się do tych swoich pożal się prac i szkół (o których istnieniu Laurency pojęcia nie miał, toteż każdego takiego poranka przyglądał się obywatelom zapierającego dech w piersiach miasteczka ze zdziwieniem wymalowanym na urokliwym pyszczku, bo po cóż te tłumy się tak spieszą?), bezdomnych i ich również bezdomne psy oraz każdą inną istotę, która, za zrządzeniem przypadku, stała zwrócona ku wschodowi. Na przykład Lauriego. Tak, Laurie to zdecydowanie najlepszy przykład, bo, jakby nie patrzeć, to on jest gwoździem (chciałoby się powiedzieć: do trumny) tej historii. Tak więc Laurency wstał praktycznie ślepy, ze zmrużonymi powiekami, wymęczony na wszelkich płaszczyznach, ale szczęśliwy. Spojrzał na źródło światła, rozejrzał po okolicy, na którą składało się to żałosne legowisko, wielki kontener na śmieci, drabina prowadząca do nieba i pijaczyna wylegujący się na pudłach, po czym, jak gdyby nowo narodzony, potruchtał w stronę ulicy, od jakiej wychodziło jego prywatne bagno, tudzież cały ten zaułek.
Laurencjusz dreptał sobie chodnikiem, co na okolicznych mieszkańcach nie robiło już absolutnie żadnego wrażenia. Przyglądał się doskonale znanym już zresztą krajobrazom, tu zajrzał za szybę masarni, tam sklepu zoologicznego, żeby kiwnąć na powitanie wężom szczelnie trzymanym w zamknięciu, pomykał między lampami i od czasu do czasu mruczał coś do siebie, co dla szarego człowieka z całą pewnością brzmiało tak, jak każde inne psie szczeknięcie, warknięcie czy sapnięcie. Tylko Laurie był w stanie pojąć ich głębię i sens. Tylko Laurie wiedział, że listonosz nienaturalnie dzisiaj cuchnie, jakby zeszłego wieczora, nie umywszy się po tym rytuale, wytarzał się w stercie zgniłych owoców. Nikomu ta wiedza do życia nie jest potrzebna, tak więc mistrz nie zdradzał swoich i przechodniów sekretów.
Miasto było atrakcyjne tylko pod względem niecodziennego zagęszczenia ludzkich stóp na kwadrat płyty chodnikowej. W dni tłoczne, jak tamten, wszędzie po okolicy kręciły się dziesiątki samochodów, a panu szanownemu bezgwiezdnemu wojownikowi absolutnie nie widziało się umierać w tak prędkim tempie, w dodatku pod kołami, a tfu, Potwora, co za niegodna śmierć, jeszcze wrzuciliby jego zwłoki na śmietnik i zapomnieli, że istniał ktoś cieszący się tak wielkim autorytetem wśród bezrobotnych, bezdomnych mężczyzn, z którymi dzielił swoje szpargały. Dlatego też nie uważał pomysłu związanego z pozostaniem na tych terenach za szczególnie dobry. Wprawdzie zimno było jak cholera, sierść Laurencego powoli przestawała go dogrzewać, jegomość z pełną świadomością, iż nic bardziej interesującego i pożytecznego wskórać nie jest w stanie, ruszył poza miasto, w kierunku takim, jaki wskazał mu kraniec chodnika.
Jak na Bezgwiezdnego, a na dodatek prostą jak budowa cepa fajtłapę, nie był szczególnie rozchwytywany, co by nie mówić. Trzymał się na uboczu i rzadko kiedy doświadczał sytuacji, gdzie faktycznie skonfrontowałby się z kimś z własnego klanu. Sądził więc, iż ciąży na niego swojego rodzaju fatum, chociaż kwestie wiary, religii i przesądów miał, kulturalnie mówiąc, kompletnie w dupie, pieprzony, chodzący paradoks. Z jednej strony ekscentryk, z drugiej na kilometr cuchnęło introwertyzmem. Niby taki ateista, a jednak nie. Co utwierdziło go w przekonaniu, że jest zwyczajnie demoralizującym małe szczeniaczki złym wujkiem, którym straszy się nieposłuszne latorośle? Ano, nic. Absolutnie nic. Miał w głowie panikę na sam widok drugiego organizmu, który miał cztery łapy, jeden łeb, sprawne serce, lub nie, i gałki oczne. I bum, jakby Laurencego nie było. Skubaniec był święcie przekonany, iż każdy członek absolutnie każdego klanu zna go na wylot, a w szczególności jego aparycję i na dodatek był w stanie rozpoznać go z odległości równej wysokości najwyższej góry na całym świecie, nawet jeśli nigdy jej nie widział. Na swoje szczęście, mniej więcej rozeznał się w tym, kto przynależy do ugrupowania degeneratów i szumowin z półświatka aka niewierzących łajz, więc był w stanie rozpoznać, czy na horyzoncie widzi sprzymierzeńca, czy postać gotową do wyszarpania mu gardła. Nie trzeba mówić głośno, że te absurdalne obawy były co najmniej… absurdalne.
Coby nie przedłużać, Laurency opuścił miasteczko w akompaniamencie własnych westchnień i myśli. Humor miał wówczas całkiem niezły, nie miał powodów do narzekania — zresztą, zwykł nie narzekać.
Przechodząc obok prowizorycznego wysypiska na śmieci, wyłapał zapach zbliżony do tego, który zwykł czuć od swoich Dwunożnych kolegów, czyli całkiem nęcący, a jakże intensywny, można powiedzieć, wręcz smród, jednak wciąż kuszący i atrakcyjny dla psiego nosa. Znajdował się akurat w okolicach pobliskiej, co prawda niewielkiej, ale wciąż odznaczającej się na tle sielskiego miasta fabryki, od której ów zapach było czuć zwyczajowo, ilekroć nie mijało się tego jakże potężnego budynku. Tamtego dnia jednak woń dobiegała nie tylko z lewej strony ulicy, ale i przeciwnej, prawej, gdzie ustawiono dwa niewielkie, plastikowe kontenery pełne błyszczących przedmiotów, które natychmiastowo przykuły ciekawskie spojrzenie Laurencego. Wokół pojemników nie było żadnych Dwunożnych, więć Laurie, bez większego skrępowania, podreptał ku nim, obwąchał starannie i odkrył, iż spomiędzy dwóch ścianek cieknie płynna substancja przypominająca wodę tylko w strukturze — pachniała gorzko i wyglądała kompletnie inaczej! Pies oblizał to, co utworzyło sporą plamę na chodniku i przeszedł nieco wyżej, do samego źródła, skąd wypływała. Mimo że z początku się krzywił, zaraz doszedł do wprawy i odszedł od wodopoju, dopiero kiedy od tego wszystkiego zakręciło mu się w głowie.

— Strzałka, stary — rzucił, kiedy wkroczył na tereny rolne, nieopodal wielohektarowych pól. Adresatem jego słów był niewielkich rozmiarów borsuk, który biegł krańcem trawiastego terenu i, po zatrzymaniu się, spojrzał na Lauriego z wyrzutem. — Jakieś zmartwienia?
Wydawał się zły, jakby Laurie zabił mu borsuczą matkę.
— Spieprzaj, złamasie — odparował borsuk.
Laurencego wmurowało w ziemię. Przystanął, rozejrzał się dookoła, wrócił spojrzeniem do małego słoneczka i omiótł go w taki sposób, jakby od tego skanu zależało każde powodzenie w jego, to jest, Lauriego, życiu. Kompletnie zdezorientowany zgromił go wzrokiem.
— Coś ty powiedział?
Laurency znowuż źle dobrał pytanie. Znów pomyślał raz, zamiast co najmniej trzech. Bardziej zastanawiała go kwestia, dlaczego borsuk powiedział cokolwiek zrozumiałego dla niego.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi, więc zadawanie następnego pytania było pomysłem wyjątkowo głupim.
Jednak nie wystarczająco głupim dla niego.
— Odezwałeś się do mnie, gałganie? Chcesz się bić?
Borusk tylko zapiszczał i, całkowicie zbywając Laurencego, uciekł na zachód, w przeciwnym kierunku do słońca. Tyle po nim było.
Laurie, gdyby mógł, prawdopodobnie wzruszyłby ramionami, niemniej jednak, jako pies, mógł pozwolić sobie na tylko i wyłącznie męczeńskie sapnięcie. Odsuwając myśli od przypadku przedziwnego zwierzęcia, potruchtał dalej.
Spokoju doświadczył na krótko, ponieważ już po paru chwilach biegł praktycznie na oślep, z okrzykiem tłumionym w gardle i posmakiem przerażenia na języku. Goniony przez hordę wściekłych borsuków, które zmówiły się i znalazły Laurencego, kiedy ze stoickim spokojem spacerował między kępami krzaków w nie najlepszej, jesiennej kondycji — nikt, to jest, wyłącznie Laurie, nie wiedział, z jakiej racji pędził wzdłuż pól, skrajnie wystraszony bandą czarnych dzikusów chcących wpić swoje ostre, małe ząbki w jego wspaniałą, odżywczą skórę na okrągłych pośladkach. Miał jednak świadomość jednego — po tamtejszej rozmowie ze zmutowanym borsukiem, nic nie mogło go zdziwić. Potykał się o własne łapy. Wysapywał błagalne prośby. Próbował utrzymać równowagę, ale non-stop wpadał w różne dziury i zagłębienia.
Nagle znalazł się przy murze.
— O, a co to ma być? — wymruczał, opierając się o cegły. — Co to za pięk… och.
Uniósł łeb i przetaksował wzrokiem ruiny murów, ścian i, ogólnie rzecz biorąc, pewnej budowli, którą Laurie widział pierwszy raz na oczy. Murowane resztki były rozsiane na calusieńkiej ogromnej polanie. Umysł Laurencego był zbyt otumaniony, żeby podejrzewać, iż ruiny ciągną się jeszcze dalej, poza zasięgiem jego wzroku.
Kiedy udało mu się uspokoić oddech, odwrócił się z zamiarem powrotu na pola. Przebywanie wśród ruin sprawiało, że czuł się co najmniej nieswojo, w dodatku w momencie uderzyły w niego wszystkie plotki, które na temat owych pamiątek słyszał — miejsce było idealne dla klanu, nie mogło stać puste.
Odwrócił się więc z powrotem w stronę słońca.
— A! — wrzasnął, podskakując. — Co ty wyprawiasz?
Jak spod ziemi, wyrosła przed nim postać białej samicy. Strzelał, iż nie chciała go wystraszyć ani nie miała w zamiarze ogryzania mu krtani, niemniej jednak, przyłapany, odczuł nagły skok ciśnienia.
— To, że się czaję, nie znaczy, że jestem intruzem — rzucił, zanim zdążyła rozchylić pysk. W desperacji szukał odpowiednich słów. — Tak tylko podglądam. Nie, nie podglądam, tak tylko stoję sobie. I patrzę. Ładne ruiny, ok-okazałe. I duuże. Godne pochwalenia, wasza robota? Nie no, pewnie nie, nie umiemy robić takich cudów — zaśmiał się nerwowo. — Witam cię, moja droga, miło poznać. Jestem La…
Bezgwiezdni. Bezgwiezdni. Bezgwiezdni.
— Je… Ża… Ża… bi… Odwłok. Żabi Odwłok. Jak mówiłem, miło mi, Żabi Odwłok.
<biała temcza?>
[1361 słów: Laurency otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]