Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borsuczy Upadek × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borsuczy Upadek × Płomienny Krzew. Pokaż wszystkie posty

10 kwietnia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Borsuczej Łapy

Głupi młodziak, pomyślałem. Cieszy się jak mysz na widok sera i myśli, że wykonał coś niemożliwego. Mruknąłem jedynie i przewróciłem oczami, gdy ten skakał ze szczęścia. Zabił ptaka, heh, ja w jego wieku już samodzielnie potrafiłem zabić jelenia i zatopić zęby w odpowiednim miejscu na szyi. Teraz jeszcze oblazły go mrówki… Brawo Borsuk, masz za swoje. Zacisnąłem zęby od jego wrzasków i miałem ochotę nim trzasnąć o jakiś kamień, byleby zamknął pysk. Piskliwy głos obijał mi się o uszy i brzmiał w głowie jak najgorsze katusze. Spojrzałem kątem oka na szczyla, który cały czas strącał z siebie mrówki, a raczej próbował. Skakał, tarzał się, wyginał ciało we wszystkie strony, bo w losowych miejscach mrówki zostawiały bolesne ugryzienia. Kiedy znowu zaczął się wydzierać, bez wahania złapałem go za skórę na karku i po prostu trzepałem na boki albo targałem go ziemi. Oby te mrówki z niego zlazły i zamknął się, pomyślałem. Potem przyszło mi na myśl, że mogłem mu przydusić łeb i owady miałyby posiłek… Posadziłem go na zadku i odsunąłem do tyłu, nie interesowało mnie to, że jego białe futro było od ziemi i trawy — już nie miał potrzeby wydzierania mordy. Borsuk obejrzał się po sobie i otrzepał.
— Dziękuję — powiedział i zamerdał ogonem.
— Wystraszyłeś całą zwierzynę — mruknąłem, już chciałem dodać parszywy kundlu, ale stwierdziłem, że użyje tego kiedy indziej.
— Co teraz…? — spytał cicho.
— Będziesz tropił.
Nikogo w pobliżu nie ma, żeby kontynuować trening, wszystko przez te durne krzyki. Teraz będzie tropił nawet małą mysz w wysokiej trawie, zobaczy jakie to trudne i czasami męczące. Przyszła mi do głowy myśl, aby na koniec treningu zmierzył się ze mną, chociaż znając mnie, to już po 5 sekundach skręcę mu kark. Odrzuciłem ten kuszący pomysł.
Niedaleko znajdowała się inna większa polana, wyczułem słaby zapach młodej sarny, niedawno tu była łania z młodym. Dałbym mu zadanie zabicia młodego, ale ten prędzej zdepcze Borsuka.
— Wytrop sarnę z młodym — poleciłem.
Poczułem jego pytające spojrzenie na sobie, pewnie sobie myślał, skąd o nich wiem. Zapachy trzeba zapamiętywać i wiedzieć do kogo należą. Szczyl zniżył nos do ziemi, jeździł głową w lewo i w prawo aż coś złapał. Powoli szedł za tropem, coraz bardziej zagłębiając się w trawę. Za chwilę dojdzie do miejsca, gdzie łania zrobiła sobie posłanie — widać gołym okiem ugniecione miejsce na środku. Widziałem jego biały koniuszek ogona wystający nad trawą, łoże dwóch saren było przed nim, a ten dureń skręcił. Westchnąłem, ale po chwili szczyl znalazł swój cel. Uniósł głowę, dając mi znak, że wywąchał miejsce. Zbliżyłem się do niego.
— Jak długo tu byli? — spytałem.
— Eee… jak długo… — zamyślił się. — Chwilę… jak zacząłem krzyczeć, to musiały uciec, prawda..?
— Brawo — mruknąłem swoim niskim głosem.
Ten szczyl trochę przypominał mnie z zachowania na początku życia. Ten nic nie umiałem i samemu przyswajałem wiedze, tropienie, szukanie, zabijanie, przyczajanie. Musi sam zrozumieć większość rzeczy i je wykorzystać.
— Nie zapolujemy? — zapytał i przekrzywił głowę.
Chcesz być zdeptany? Proszę bardzo, ale będziesz sam to robił. Borsuk od razu zniżył nos do ziemi i zaczął tropić swoją ofiarę. Jestem ciekawy, jak się obroni przed atakiem łani, gdy będzie próbował dobrać się do jej młodego.
<Borsucza Łapo?>
[512 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, a Borsucza Łapa 2 Punkty Treningu]

28 marca 2021

Od Borsuczej Łapy CD Płomiennego Krzewu

Już wiele razy zwracał uwagę na nietypowy ogon mentora. Dlaczego tak wyglądał? Może go bolał… Jeśli tak, czemu Płomienny Krzew nie odwiedził medyka? Borsucza Łapa dobrze wiedział, jak przerażający są Ciemny Kieł i jej młodociany adept, ale ból to ból — lepiej dać sobie pomóc, niż się męczyć.
— Jeśli boli cię ogon, Płomienny Krzewie, Ciemny Kieł na pewno ci pomo-
— Cicho. Mamy trening do zrobienia.
Zamilkł posłusznie i wpatrzył się w swoje biało-czarne łapy. Od czasu swojego mianowania niewiele zdołał się nauczyć, ale jedną rzecz zapamiętał bezbłędnie — jeśli mentor mówił, żeby zamknąć jadaczkę, trzeba było to zrobić najszybciej jak to możliwe. Z tego powodu wszystkie swoje myśli przekierował na trening polowania. Przez poprzednie próby przynoszenie zwierzyny kojarzyło mu się jedynie ze stresem, lecz czy miał inne wyjście, niż próbować dalej? Borsucza Łapo, dasz radę! Zostaniesz najlepszym z wojowników, ale żeby to zrobić, musisz nauczyć się polować. Nie ma wojowników, którzy nie polują, rzucił do siebie w myślach i spróbował zakraść się do ptaka.
Jak zwykle musiał sobie radzić bez żadnych wskazówek od Płomiennego Krzewu. Z oczu psa biło znudzenie, jakby mentor czekał tylko, aż dzieciak liderki w końcu capnie jednego z wróbli i da mu święty spokój.
Nabrał powietrza w nozdrza i pozwolił zapachom rozgościć się w umyśle. Trawa, liście, Płomienny Krzew...
Przykucnął, uważnie przyjmując pozycję do skradania i udał się wprost do stada ptaków. Wbił wzrok w jednego z gromadki i dał poprowadzić się instynktowi, jednak gdy był już blisko, ofiara rozejrzała się zaniepokojona. Borsucza Łapa zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie krzyk mentora przy swojej poprzedniej porażce.
Z zastoju wybudziło go furkotanie ptasich skrzydeł w powietrzu. Spróbował skoczyć do jednego z ptaków, ale było już za późno. W pysku Borsuczej Łapy zostało tylko jedno pióro, klejące się do języka i nieprzyjemne. Ptak zaskrzeczał z irytacją i wykonał iście baletowy obrót, próbując chronić cenny kuper.
Uczniak zawstydzony podszedł do mentora, wciąż międląc w pysku nieszczęsne pióro.
— Ne udalo se.
— To próbuj dalej.
— Płomienny Ksewie. — Wypluł pióro, żeby móc przestać seplenić niczym ledwo półksiężycowe szczenię. — Chcę wiedzieć, jak polować…
— Nauczysz się sam. — Czarne pazury Borsuka wciąż były zagrzebane w ziemi. Uczeń nie zamierzał ruszyć się z miejsca. Płomienny Krzew westchnął. — Jedna rada, o więcej nie proś: musisz skoczyć, zanim ptak zdąży się wzbić. A teraz idź, zanim tego pożałuję.
Pokiwał głową i radośnie odbiegł w stronę grupy ptaków. Po jego pierwszym (i podkreślmy to raz jeszcze, ewidentnie nieudanym) ataku, brązowe gnojki przeniosły się nieco dalej, ale część z nich wciąż stała wśród traw, nieudolnie szukając robaków i ziaren w suchej ziemi. Jeden z ptaków od razu stał się jego celem. Wydawał się dość niezdarny, gdy grzebał w opadłych liściach i skrzeczał piskliwie.
Tym razem wszystkie ruchy Borsuka były absolutnie przemyślane (choć wciąż koślawe, nie można było oczekiwać niczego innego). Łapy powoli skradały się przez zielone źdźbła, a żadna z ofiar nie zwracała na nie uwagi. Szybki skok zaprowadził Borsuczą Łapę tuż do jednego z wróbli. Ptak spróbował uciec, ale uczeń szybko zatopił w nim zęby.
— Udało się! Płomienny Krzewie, udało się! — wykrzyknął, skacząc radośnie po polanie wokół ptasiego ciałka. Borsuk był pewien, że teraz wszyscy będą z niego dumni. Upolował jedzenie i zrobił to wspaniale!
Mentor wywrócił oczami, a szczeniaka coś zakuło w sercu. Nie zasłużył na pochwałę..? Myślał, że poszło mu bardzo dobrze, ale widocznie się mylił. W końcu wojownik znał się na tym lepiej, niż on. Następnym razem musiał postarać się bardziej, żeby mu zaimponować.
Los nie pozwolił mu jednak długo się tym przejmować, od razu oferując kolejny powód do zmartwień. Łapy Borsuczka obłaziła właśnie cała gromada mrówek, widocznie zirytowana rozdeptaniem ich mrowiska. Histeryczny wrzask ucznia, słyszalny zapewne nawet przez członków Quintusa, przeszył powietrze, gdy ten rozpaczliwie próbował pozbyć się z siebie małych żyjątek.
<Płomienny Krzewie?>
[616 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

16 lutego 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Borsuczej Łapy

Jakim trzeba być głupkiem, żeby nie potrafić zabić czegoś, co jest uwięzione i bezbronne? Miał tylko jedno zadanie — ukręcić łeb, czy to tak wiele? Miał swoją ofiarę wystawioną, jeszcze mu ją unieruchomiłem, a on, zamiast wykonać zadanie, pozwolił sobie na poranienie nosa w tak banalny sposób i jeszcze poszedł z piskiem do medyka. Pokręciłem łbem na widok oddalającego się szczyla. Miałem go dosyć, skoro nie potrafi zabić, to jak on ma zamiar przeżyć kolejny dzień. Nie będzie go ktoś wiecznie karmił, albo przynosić żarcie pod nos.
No dobra, przyłożę się do tego treningu, pomyślałem, przewracając oczami. Im szybciej wszystko załapie, tym będę bliższy pozbycia się ciężaru. Między łapami coś mi przebiegło i… się zatrzymało. To ta łasica, którą Borsuk miał zabić. To złe miejsce na przystanek, pomyślałem. Otworzyłem powoli pysk, odsłaniając zęby i bardzo szybkim ruchem złapałem ofiarę, nie miała szans na zrozumienie, że nad sobą ma wielkiego drapieżnika, który za 5 sekund zmiażdży jej małą główkę na miazgę. Wierciła się na wszystkie strony, próbowała mnie chwycić łapkami i dotkliwie pogryźć, ale nic z tego. Byłem większy i silniejszy, a kły w każdej chwili były gotowe wbić się w czaszkę ofiary. Łasica wciąż się świgała na wszelkie strony, ale za chwilę jej ciało zawiśnie bezwładnie — w jednej sekundzie. Szkoda, że tej cioty nie było przy mnie, zobaczyłby, na czym polega odbieranie życia. Za chwilę jednak przyszło mi do głowy, że spanikowałby albo i zesztywniał. Przewróciłem oczami i mocno zacisnąłem szczęki, rozległ się głośny trzask kruszonej kości. Pociekło mi trochę krwi, jeszcze ciepłej, ułożyłem się zaraz obok, żeby zjeść ofiarę mojego niedorozwiniętego ucznia.
Kilka dni później ujrzałem chudego psa idącego do mnie, dłużej się nie dało? Zwykłe draśnięcie po nosie i ile zachodu… Przeczułem, że się zjawi, dlatego trzymałem pod łapą małego zająca, jeśli za chwilę nie zabije tego futrzaka, to sam go zaraz dotkliwe pogryzę i będzie chodził jak w zegarku. Czy on znowu trochę urósł?
— Czy możemy kontynuować trening? — spytał nieśmiało, w dodatku przekrzywił głowę
Zmrużyłem oczy, możemy…wystarczy, że pokażesz swoją gotowość...
— Ostatnia próba to była hańba — mruknąłem i przydusiłem do ziemi zająca — dlatego teraz zrób to i zabij. — Odsłoniłem lekko zęby.
Odsunął uszy do tyłu i przełknął ślinę, pewnie nie spodziewał się wykonać od razu takiego zadania na dzień dobry. Denerwowałem się dodatkowo, bo stał zbyt blisko mnie, próbowałem się powstrzymać, żeby mu się nie rzucić do gardła.
— Zrobię to — powiedział w końcu. — Zrobię.
Schowałem kły i puściłem zająca, nie ucieknie ze względu na niewielki rozmiar. Teraz wystarczyło, żeby zacisnął mu szczęki na szyi i załatwione. Borsuk zbliżył się do futrzaka i przyjrzał z każdej strony, po chwili zniżył nos. On go obwąchuje?
— Zabij go — powiedziałem z warkotem, obudziły się w nim uczucia ?
Prawie podskoczył ze strachu na mój głos. Nareszcie chwycił zwierzę w pysk i po chwili udusił. Westchnąłem, doczekałem się dnia, kiedy taki ćwok zabije swoją pierwszą ofiarę. Spojrzał na mnie i lekko machnął ogonem.
— Udało mi się — szepnął.
Nie ciesz się za wcześnie, pomyślałem. Przyszło mi na myśl, żeby znaleźć większą zdobycz i dać mu do zabicia, może warchlaka?
— Zaniesiemy to dla klanu? — zapytał trzymając zająca w pysku.
— Po co?
— Żeby się podzielić… Wojownicy polują i dzielą się z innymi. — Położył uszy
— Twój wybór. — Odwróciłem głowę
Wypuścił futrzaka z pyska, martwe ciałko zderzyło się z ziemią. Ten szczyl za chwilę się odezwie z pytaniem, wiedziałem to i czułem. Przystępował z łapy na łapę, wyduś to jeśli cię to tak zżera.
— Płomienny Krzewie... co ci się stało w ogon? — Odsunął się na wszelki wypadek.
Mruknąłem cicho pod nosem. Co cię to obchodzi?
— Nie twoja sprawa.
Tak naprawdę przypomniał mi pewien epizod w życiu, o którym nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać. Nienawidziłem wracać do niego myślami, chciałem zapomnieć na zawsze. Ruszyłem się z miejsca, niech się czymś zajmie i pobiega za czymś, pomyślałem. Niech się sprawdzi w szybkości...
Doszliśmy kawałek dalej, gdzie przebywało stado ptaków.
— Znów zapolujemy? — Uniósł głowę, żeby zobaczyć widok przed sobą.
— Zakradnij się i przynieś ptaka — rozkazałem.
Spojrzał się na mnie pytającym wzrokiem. Ja się sam wszystkiego nauczyłem bez czyjejś obecności, to on też się nauczy metodą prób i błędów. Usiadłem się niedaleko i czekałem na jego ruch, na co czekasz?
<Borsuczek?>
[688 słów: Płomienny Krzew otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia, Borsucza Łapa 2 Punkty Treningu]

19 stycznia 2021

Od Borsuczej Łapy CD Płomiennego Krzewu

Wlepił przerażony wzrok w mentora. O co chodziło..? Mama mówiła mu o nauce polowania, ale chociaż słyszał o niej tylko historie, był pewien, że miała wyglądać zdecydowanie inaczej.
— Czy na pew-
— Jeśli chcesz zostać wojownikiem, lepiej zamknij jadaczkę — wymruczał Płomienny Krzew niskim głosem, mocniej przyciskając ofiarę do ziemi. — No dalej, nie mam całego dnia.
Borsucza Łapa uważnie przyjrzał się miotającej się pod pazurami mentora łasicy. Futrzaste zwierzątko piszczało przeraźliwie, szarpiąc się w żałosnej próbie ucieczki. Było jednak przygwożdżone do podłoża i nie miało żadnych szans na wyrwanie się. Uczeń jadł już tego typu zwierzynę, którą przynosiła mu matka, ale nie spodziewał się, że trzeba ją zabić tak... okrutnie. Jęknął cicho, za wszelką cenę nie chciał zwrócić na siebie uwagi mentora.
Czując na sobie jego zirytowany wzrok, zrobił kilka kroków w stronę zwierzaka, teraz orającego pazurami w ziemi. Spróbował zignorować ścisk w żołądku, który sprawiał, że miał ochotę zwrócić dwa ostatnie posiłki i chwycił podłużnego ssaka zębami. Zwierzę ledwo mieściło mu się w niewielkim pysku, w dodatku zdecydowanie nie było chętne do szykowania się na śmierć. Zanim zdążył zmusić się do zaciśnięcia szczęki na tyle mocno, żeby ruchliwe ciałko zwiotczało, łasica postanowiła wykorzystać swoją szansę. Szarpnęła zębami za pysk Borsuczka, w tym samym czasie wyciągając łapę w kierunku jego nosa.
Odskoczył, na tyle szybko, na ile pozwoliło mu nadal nieskoordynowane ciało, ale nie udało mu się uniknąć obrażenia. Ostre, zakrzywione pazurki zwierzęcia, idealne do kopania dziur, zaryły w jego nos, na co pisnął przeraźliwie. Ofiara czym prędzej pobiegła dalej w akompaniamencie własnych fuknięć i prychnięć.
Szybko zamrugał, już czuł napływające do oczu łzy. Spróbował polizać zranione miejsce i syknął, gdy zaszczypało. Na jego języku rozlał się metaliczny smak krwi, która powoli kapała z jego czarnego nosa.
— Płomienny Krzewie, boli, czy... czy mogę iść do medyka? — Spojrzał błagalnie, ale mentor wydawał się nieprzejęty.
— Masz już 12 księżycy, nie 2, więc przestań jęczeć. — Szczeniak podkulił ogon. — Tamta ofiara uciekła, musisz upolować coś innego. 
Usiadł i posłusznie czekał na dalsze wskazówki, powstrzymując drżenie przerażonego ciała. Kiedy jednak nie doczekał się żadnych rad, a jedynie zniecierpliwionego warknięcia, nie miał innego wyjścia.
Chcesz umieć polować? To musisz nauczyć się tego sam, ofermo.
Jak miał to zrobić? Nie wiedział, jak najlepiej podejść zwierzynę lub skradać się, nie powodując hałasu. Do tej pory nie miał zbyt wielu okazji do obserwowania polujących wojowników, dlatego brak było mu pojęcia, jak się do tego zabrać. Jego mentor zaczynał być na niego coraz bardziej zły, więc Borsucza Łapa z westchnieniem udał się na poszukiwanie zwierzyny. I tak nie miał szans niczego złapać. Był zbyt słaby.
Zawęszenie w powietrzu nie za wiele mu dało, bo jedyny zapach, jaki w tej chwili odczuwał, to ten należący do czerwonej cieczy powoli zasychającej na jego nosie. Zatrząsł się. Skoro nie mógł nawet tropić, upolowanie czegoś było niemożliwe.
Przed jego oczami przemknęło coś małego, na czym zaraz skupił wszystkie swoje osłabione już zmysły. Całkiem pulchna mysz skryta gdzieś między źdźbłami traw jak gdyby nigdy nic chrupała brązowe ziarenko. Jeszcze ich nie zauważyła! Może jednak złapie coś dla klanu i Płomienny Krzew będzie z niego dumny?
Ciało naturalnie przyjęło pozycję do skradania — przez to, że niewyćwiczona, wyglądała dość koślawo. Łapy powoli wyciągały się w przód, robiąc kolejne, jak najcichsze kroki. Z nerwów kręciło mu się w głowie, a całą swoją energię wkładał w to, żeby zwierzątko się nie spłoszyło.
Gdy był już o pół długości lisa od celu, mały nosek myszy zaczął poruszać się z niewiarygodną szybkością. Ofiara utkwiła w nim błyszczące, czarne oczy, a on zastygł. Już wiedziała o jego obecności.
Zamiast przemyśleć następny krok, rozpaczliwie rzucił się na mysz, która z piskiem umknęła między jego łapami. Do jego uszu dotarło zirytowane westchnienie mentora, przez co czarne uszy od razu powędrowały w dół.
Szykował się ciężki dzień.
***
Po paru kolejnych nieudanych próbach Płomienny Krzew uznał najwidoczniej, że ze swojego, na Gwiezdnych, ucznia, nic już porządnego nie zrobi i pozwolił mu odejść ( a raczej wywarczał do ucha, żeby wreszcie dał mu spokój). Borsuk rozpoczął monolog, w którym co najmniej piętnaście razy powtórzył słowo przepraszam, ale nie na wiele mu się to zdało, bo mentor nakazał mu tylko być cicho.
Teraz musiał udać się do medyka, bo pulsujący ból w miejscu zranienia nie pozwalał mu skupić się na niczym innym. Z żalem udał się do legowiska Ciemnego Kła, próbując odegnać myśl o jutrzejszym treningu, który wcale nie zapowiadał się dobrze.
<Płomienny Krzewie?>
[721 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu oraz traci 20 Punktów Zdrowia]

17 stycznia 2021

Od Płomiennego Krzewu CD Borsuczej Łapy

Ta cała ceremonia, mianowanie, dawanie uczniów… Wydało mi się to wszystko bez sensu, ta cała gadanina, chciało się wszystkim tego słuchać? A uczniowie... miałem cichą nadzieję, że jednak nikogo nie dostanę albo ktoś zabierze dwóch, ale nie — dostałem słabeusza, który chodzi z podkulonym ogonem, cokolwiek obok niego się poruszy. Tacy właśnie nie mają szans na przetrwanie… Przy najbliższych tygodniach jest w stanie zdechnąć z głodu albo coś go porwie i zje na obiad.
Pokręciłem głową i położyłem się przy dużym kamieniu. Nie miałem najmniejszej ochoty mieć kogoś obok siebie, a tym bardziej trenować. Powinien sam poznać świat i jego mroczne zakątki, a gdyby stanął oko w oko z drapieżnikiem — byłby zmuszony walczyć, ale znając tego chuderlaka, to podwinąłby ogon i jednym kłapnięciem pożegnałby się z życiem. Za jakie grzechy to wszystko... Ja tak kolorowo nie miałem, sam zdany na siebie uczyłem się sztuki przetrwania i na własnych zasadach dałem radę. Skoro ja dałem to on też może. Prychnąłem z myśli o tym, trzeba dać smarkaczowi porządną dawkę rzeczywistości i zrozumie, na czym polega życie.
Obudziłem się w nocy, coś sprawiło, że wstałem i przeszedłem kilka kroków naprzód. Dlaczego to zrobiłem i w jakim celu? Zdenerwowałem się, sen był dla mnie ważny i irytowało mnie takie wybudzenie bez celu. Chyba że… o nie, znowu to samo. Obserwowałem okolice i uważnie nasłuchiwałem, za chwilę powinien się zjawić. Wyszczerzyłem zęby, ten kto się pojawi, dostanie za swoje i nie będę się powstrzymywał.
— Pokaż się — mruknąłem, wypatrując czegoś w oddali.
Czułem, że jest blisko. Zatopię w tobie kły i nie będziesz w stanie ruszyć łapą, pomyślałem, grożąc mojemu przeciwnikowi. Wciąż się nie pojawiał, zacząłem myśleć, że to nie wytwór mojej wyobraźni, a rzeczywistość, to nie mogło być to…
Nagle z prawej strony biegł na mnie — czarny cień, zbiliśmy się ze sobą, aż prawie wylądowałem na ziemi. Nie dam ci za wygraną, oj nie. Gdy znów się pojawił, natychmiast zareagowałem i chwyciłem go za kark. Szarpałem jak opętany, rozrywałem, moje zęby coraz mocniej wbijały się, o dziwo, w twarde ciało wroga. Czułem krew, kapała mi z pyska coraz obficiej. To był dobry znak, bo przeciwnik opadał z sił i zdobywałem przewagę, za chwile mu oderwę głowę na znak zwycięstwa.
— Płomienny Krzewie…? — usłyszałem zza siebie cichy i bojaźliwy głosik małej istoty, podejrzewałem, że to pułapka.
Złapałem z całej siły martwe ciało w pysk i cisnąłem nim o drzewo, w momencie zderzenia wróg rozpłynął się w powietrzu. Zmrużyłem oczy, czemu zniknął…? Odwróciłem się, przypomniał mi się ten głosik i ujrzałem Borsuczą Łapę. Wpatrywałem się w niego, co ten szczyl robił w środku nocy? Zakładałem, że to on mnie bezczelnie obudził i sprowadził wroga na teren klanu, już ja mu dam porządną nauczkę...
Skulił się na mój widok, próbował coś wydusić z siebie, ale pysk odmówił posłuszeństwa. Mruknąłem pod nosem, a następnie zwróciłem uwagę na pogodę, skąd nagle zrobiło się tak jasno i ciepło… Przecież była noc, panował mrok, a teraz nagła zmiana jak na zawołanie. Na miejscu martwego ciała znajdował się… duży korzeń drzewa. Miał na sobie ledwo kilka rzędów kory, ogółem był łysy, a na środku wyłapałem wzrokiem, dosłownie, wyżartą dziurę. Dotarło do mnie, że walczyłem z nim i znów miałem zwidy, te cholerne zwidy z przeszłości. A krew, wyczułem rozległe rozcięcie na wardze.
Ponownie spojrzałem na szczeniaka, no tak o świcie mieliśmy zacząć szkolenie, aż mnie skręciło wewnątrz. Wypuściłem powietrze z płuc, ruchem głowy nakazałem mu iść w wybranym kierunku. Bardziej bym wolał wybrać się w jakieś ciche miejsce i przemyśleć kim była ta postać, ale niech będzie, że zaczniemy ten „trening”.
— Czy coś się stało? — spytało to strachajło, powiedział to tak cicho, że miałem ochotę go chlasnąć łapą.
— Nie twoja sprawa — powiedziałem.
Zamknął się, świetnie. Co by mu wymyślić, w sumie niedaleko mieliśmy kawałek pola i tam lubiły się kryć smaczne kąski w postaci zajęcy, ptaków lub łasic. Przyniósłby coś na śniadanie, ale potem przypomniało mi się, że nigdy nie polował. Kątem oka dostrzegłem, jak zaczął mu ogon latać na boki, na co się tak cieszy? Tutaj liczy się skupienie, a nie radość. Wiedziałem już co zrobić, żeby mu ten uśmieszek zniknął.
— Czekaj — rozkazałem.
Szczeniak usiadł posłusznie, chociaż to umiał wykonać posłusznie. Zanurzyłem się w wysokiej trawie i od razu wyczułem w pobliżu ofiarę. Powoli skręciłem w lewą stronę, namierzyłem łasicę około 6 metrów ode mnie. Bezszelestnie stawiałem kolejne kroki i w pewnym momencie skoczyłem wprost na zwierzę. Musiałem powstrzymać się od zaciśnięcia szczęk na jej słabym karku, nie myśląc już więcej, wróciłem do ucznia. Zainteresował się moją zdobyczą, chciał ją obwąchać z każdej strony. Jaki to on niecierpliwy, pomyślałem. Przygniotłem łasicę pyskiem do ziemi, żeby nie uciekła, a następnie położyłem jej łapę na ogonie. Lubiłem widok świgającej się ofiary przed krwawą śmiercią.
— Zabij — ponownie rozkazałem.
To będzie pierwsza lekcja, nie liczyłem na wiele, bo pewnie się rozklei na widok bezbronnego zwierzątka, zamiast ukręcić mu głowę.
<Borsucza Łapo?>
[802 słowa: Płomienny Krzew otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia a Borsucza Łapa 2 Punkty Treningu]

30 grudnia 2020

Od Borsuczej Łapy do Płomiennego Krzewu

Wraz z upływem kolejnych ciemnych wieczorów i chłodnych poranków, miot Białej Tęczy powoli dorastał. Łapy Borsuczka stawały się coraz dłuższe — dopiero co udało mu się zdobyć nad nimi całkiem dobrą kontrolę, a one złośliwie urosły, na nowo utrudniając skoordynowanie ruchów. Powoli godził się z prychnięciami, jakimi raczył go Lisek za każdym razem, gdy poślizgiwał się na drewnianej podłodze żłobka lub źle wymierzał wysokość przy skoku i uderzał czarnym nosem w obiekt, na który zamierzał się dostać. Tak miało chyba wyglądać całe jego życie. Widocznie bycie Borsuczkiem-łamagą było mu pisane.
Teraz jednak te czarne myśli opuściły Borsuczka, ponieważ na horyzoncie pojawiło się wydarzenie wyjęte wprost z jego snów. Ceremonia mianowania na ucznia. Gdy tylko Biała Tęcza wspomniała o niej po raz pierwszy, ciemne oczy szczeniaka rozbłysły radością. Będzie uczniem! W końcu nauczy się walczyć, a potem zostanie silnym wojownikiem i wszyscy będą go lubić! Na pewno uda mu się znaleźć całą masę przyjaciół — w końcu kto nie chciałby się przyjaźnić z tak wyjątkowym i dzielnym psem?
Od tej pory serce Borsuczka biło zasilane wewnętrzną dumą i niecierpliwym oczekiwaniem na ceremonię. Miał tak wiele pytań! Kto będzie jego mentorem? Czego będzie się najpierw uczył? Co znajduje się poza obozem? Na myśl o wszystkich nowych miejscach, które czekały na postawienie w nich czarno-białej łapy, jego ogon merdał niekontrolowanie. Co prawda lęk siedział gdzieś we wnętrzu szczeniaka, co jakiś czas na nowo dając o sobie znać, ale Borsuczek z całych sił starał się go ignorować. Przecież wszystko się ułoży, nie było szans, żeby stało się inaczej… prawda?
W dniu ceremonii Borsuczek nie czuł się ani trochę gotowy. Choć codziennie przed snem zapraszał tę chwilę do swoich snów, w tym momencie wydawała się czymś surrealnym. Jak to… już? Miał zostać uczniem? Nie wiedział co powiedzieć, jak się zachować. Nawet słowa matki, powtarzane z uporem kilka razy, w jego uszach przypominały wyłącznie niezrozumiały szum. Nie chciał zawieść, ale jak miało mu to wyjść, jeśli nie wiedział, co miał zrobić?
Biała Tęcza zaprowadziła ich do jednego z wielu pokojów w Ruinach. Był naprawdę wielki — gdyby nie to, że stres odbierał Borsuczkowi zdolność do racjonalnego (nieracjonalnego zresztą też, będąc szczerym) myślenia, szczeniak zapewne z zachwytem zabrałby się za eksplorację nowego pomieszczenia. W tej chwili tylko kroczył roztrzęsiony na samym końcu sznureczka szczeniąt podążających za Białą.
Złociste promienie słońca otaczały zebranych wojowników, uczniów i piątkę maluchów, zaglądając do pokoju przez wielkie okna, częściowo zakryte grubymi, opadającymi na podłogę zasłonami. Łapy czarno-białego szczeniaka zdawały się być stopione w jedno ze starą, drewnianą podłogą. Nie chciały mu dać tej przysługi i ruszyć się w żadną stronę, uparcie przylegając do podłoża.
Zwinny skok pozwolił liderowi znaleźć się na niewysokim stole, skąd otaczał spojrzeniem cały swój klan. Ciemna Gwiazda odchrząknął i rozpoczął ceremonię.
Choć Borsuczek z całego serca starał się uważnie słuchać i zapamiętywać każdy szczegół, jego wspomnienia z ceremonii najbardziej przypominały podarty papier lub kilka zagubionych fragmentów puzzli. Nie pozwalały złożyć się w sensowną całość, do której brakowało znacznej ilości kawałków. 
Co wiedział?
Ciemna Gwiazda mówił naprawdę dużo słów. Naprawdę dużo naprawdę poważnie brzmiących słów. Jakie to były słowa? Borsuczek nie miał pojęcia. Pamiętał natomiast, że jako pierwszego wymienił Liska. 
Słysząc imię brata, ochłonął nieco. Przynajmniej nie musiał wychodzić na sam środek jako pierwszy. Mógł jeszcze przez chwilę pozostać w błogiej nieświadomości, strefie względnego komfortu. 
Gdy usłyszał, że Lisek — teraz już dojrzalej brzmiący Lisia Łapa — dostał za mentorkę Ciemny Kieł, rozejrzał się zdziwiony. Może i wiedział, że jego brat podchodził do stanowiska wojownika, łagodnie mówiąc, bez entuzjazmu, ale jego decyzja go zaskoczyła. Bycie medykiem wydawało się czymś niesamowitym i zdecydowanie dziwnym. To Lisek miał objąć tę funkcję po aktualnej medyczce? Nie tego się spodziewał.
Pełen skupienia przyglądał się Liskowi, który z wyniosłym wyrazem czarnego pyszczka dumnym krokiem podszedł do swojej mentorki. Suczka zetknęła się z nim nosem i zabrała go na bok. Borsuczek uważał to za magiczny, uświęcony wręcz moment. Ciekawość, jak będzie wyglądać ta chwila dla niego, powoli brała górę nad przejmującym strachem.
Potem na środek wyszły jego siostry. Z emocji nie zapamiętał nawet imienia mentorki Srebrnej Łapy, jedynie jej wilcze futro i czarny nos. Stokrotka natomiast trafiła wygrany los w życiowej loterii i miała zdecydowanie łatwiej — nie dość, że z wyglądu mogłaby z powodzeniem udawać mniejszą i nieco bardziej puchatą wersję matki, to właśnie rodzicielka została jej mentorką.
A Borsuczek?
Tak, jak ostatni się urodził, ostatni dostawał swoją porcję jedzenia i ostatni szedł na to klanowe zebranie, teraz został ostatnim mianowanym. Jeśli jest się Borsuczkiem, jest się ostatnim — to po prostu jedna z zasad wszechświata. Widocznie gdyby ktoś się jej przeciwstawił, równowaga zostałaby zaburzona. A jako że Borsuczek niespecjalnie lubił mieszać w równowadze wszechświata, przyjmował bycie ostatnim.
Ciemna Gwiazda po raz kolejny wylał z siebie potok dojrzale brzmiących słów. 
— Borsuczku, od dziś będziesz nazywał się Borsucza Łapa. Twoim mentorem zostanie Płomienny Krzew. — Zakończył, po czym zwrócił się do psa o szarym futrze i stojących uszach. — Płomienny Krzewie, okazałeś się odważnym i silnym wojownikiem. Te cechy przekażesz swojemu uczniowi, Borsuczej Łapie.
Lider skinął głową, czekając aż nowo mianowany uczeń podejdzie bliżej, jednak łapy Borsuczego uporczywie stały w miejscu. Minęło zaledwie kilka uderzeń serca, zanim udało mu się wstać i chwiejnym krokiem podejść do mentora, ale dla niego zdawały się trwać nieskończoność. Wypełniony emocjami aż po brzegi swojego malutkiego ciała stanął przy Płomiennym Krzewie i wyciągnął pyszczek w jego stronę, jednak zamiast pełnoprawnego zetknięcia nosami otrzymał tylko pobieżne trącenie. Czy tak miał wyglądać ten wyjątkowy moment..? Mentor rzucił mu niezadowolone spojrzenie, a uczeń mimowolnie opuścił uszy. Odszedł z nim na bok, nie odrywając wzroku od podłogi.
Po zakończeniu ceremonii, nieśmiało zwrócił się do Płomiennego Krzewu:
— Czy… czy pójdziemy dziś na trening? — wydukał zestresowany, wpatrując się w resztę rodzeństwa, która właśnie rozpoczynała swoje szkolenie.
— Płomienny Krzewie. Tak masz do mnie mówić — Borsucza Łapa opuścił ogon i skinął głową. — I nie, dziś nie mam na to czasu. Szczególnie przez to, że jesteś taki ślamazarny.
— Ale jest dopiero ranek… — przerwał na chwilę, czując na sobie spojrzenie mentora — Płomienny Krzewie.
— Borsucza Łapo, kto z nas jest wojownikiem? — Szczeniak nie odpowiedział. — Jeśli tak dobrze wiesz wszystko, może wcale nie musisz trenować, co? Sprawdzimy to jutro. Będę czekał na ciebie o świcie. A teraz lepiej idź do legowiska uczniów, zamiast sprawiać kłopoty.
Samiec odwrócił się w swoją stronę i wyszedł z Ruin, a Borsucza Łapa zadrżał. W jego snach wyglądało to zdecydowanie inaczej.
<Płomienny Krzewie?>
[1048 słów: Borsucza Łapa otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]