Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekkie Serce × Opalowy Promyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekkie Serce × Opalowy Promyk. Pokaż wszystkie posty

25 listopada 2020

Od Lekkiej Łapy CD Opalowej Łapy

Biegliśmy ile sił w łapach, aby tylko nie dopadła nas ta... rzecz. Co nie było dla mnie łatwe, ze względu na moją łapę. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nasz prześladowca już nas nie goni. Zmusiłem się, aby się odwrócić i spojrzeć za siebie. To coś zniknęło.
— Chyba jesteśmy bezpieczni — zawahałem się, rozglądając wokół.
— Wyglądało na jakiś sprzęt Dwunożnych — stwierdził niepewnie Opalowa Łapa. — Gdzie zniknął? Wciąż nas ściga?
— Raczej nie — stwierdziłem. — Musiało gdzieś zniknąć.
Mój wzrok padł na jedno z drzew. U jego korzenia leżał jakiś przedmiot. Podszedłem ostrożnie i zobaczyłem, że to ten sam przedmiot, który nas ścigał. Leżał teraz na Ziemi i podskakiwał dziwnie, ale nie mógł się już wznieść w powietrze. Trąciłem go łapą, ale nic się nie wydarzyło.
— Wszystko w porządku — zawołałem do Opalowej Łapy. — Dwunożni chyba stracili nad tym kontrolę, a bez ich kontroli to coś umiera.
— Jesteś pewien? — spytał pies Flumine.
— Nie czuję Dwunożnych. — Pociągnąłem nosem. — A to coś widać potrzebuje ich do życia.
Opalowa Łapa powąchał w powietrzu, po czym powąchał przedmiot Dwunożnych, po czym skinął głową, dając mi znać, że się ze mną zgadza. Następnie odwrócił się do mnie tyłem, próbując ukryć, że wzdycha z ulgą. Ja z kolei rozejrzałem się po miejscu, w którym się znaleźliśmy. Byliśmy w środku jakiegoś lasu. Ładne widoki, ptaszki śpiewają, zwierzyny pełno, jest tylko jeden problem. Zastrzygłem z niepokojem uchem. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. Jestem uczniem od niedawna, ale nie widziałem jeszcze granic Industrii. Może jesteśmy na cudzym terenie? Ba, to byłoby jeszcze dobre. Może wyszliśmy poza terytorium klanów? Większość psów klanowych ma chociaż jakieś zasady. Nie zabiłyby chyba dwóch zabłąkanych szczeniaków, prawda? Chociaż, Opalowa Łapa to już prawie wojownik, a ja, pomimo młodego wieku mam już kilku widocznych blizn po walce, chyba nie uznaliby tego za atak. To by było śmieszne. Z kolei psy spoza klanów... włóczędzy nie mają żadnych zasad, moralności, czy sumienia. Są w stanie rozszarpać szczeniaka, tylko dlatego, że nie podoba mu się jego futro. Obejrzałem się na swoje futro. Czy zaakceptują moje futro? Przeszedł mnie dreszcz. Spojrzałem na Opalową Łapę. Normalnie wolałbym go nie straszyć, ale nie mogę ukrywać mojego odkrycia. Może będę miał szczęście i okaże się, że on rozpoznaje to miejsce?
— Chyba się zgubiliśmy — stwierdziłem.
Opalowa Łapa skamieniał i rozejrzał się niepewnie. Sama jego reakcja mówiła już wszystko. On również nie rozpoznawał tego miejsca. Musimy jak najszybciej wrócić do domu. Już jestem do tyłu ze szkoleniem, w porównaniu z Orlą Łapą, który jest o rok młodszy ode mnie. A jeśli zostanie mianowany na wojownika przede mną? Nigdy sobie tego nie wybaczę. Jako wojownik będzie pewnie ze mnie kpić jak nigdy. Strzepnąłem z irytacją ogonem. Nie, po moim trupie. Już prędzej pozwolę się rozszarpać włóczęgom, niż ustąpię Orlej Łapie miejsca w legowisku wojowników.
— Musimy jak najszybciej wrócić — stwierdził Opalowa Łapa. — Miałem iść dzisiaj na wieczorny patrol!
— Do wieczora raczej nie zdążymy — mruknąłem cicho.
W tej samej chwili wyczułem nowy zapach. Nastroszyłem sierść i podskoczyłem do góry. Ktoś tu idzie. Ma dobre zamiary, czy złe? Powinniśmy się z nim skonfrontować, czy uciekać? Ucieczka byłaby najmniej ryzykowną opcją, ale potrzebujemy pomocy. Jeśli ten, kto tu idzie, będzie agresywny, to wtedy zaczniemy się martwić.
— Poczekaj — syknąłem do Opalowej Łapy, który już szykował się do ucieczki. — Zaufaj mi i zaczekaj.
Opalowa Łapa niechętnie posłuchał, a ja usiadłem i polizałem przednią łapę. Starałem się wyglądać pewnie. Jeśli okażę strach, przeciwnik pomyśli, że ma przewagę i zapewne wykorzystałby ją przeciwko mnie. Czekałem, a krzaki zaczęły się ruszać. Siłą woli starałem się utrzymywać futro wygładzone i wpatrywałem się z wyczekiwaniem w zarośla. Wreszcie, wyszedł z nich... mały blady piesek z czarnym, spłaszczonym pyskiem. Teraz to ja odetchnąłem z ulgą i obejrzałem się na Opalową Łapę, który również się wyraźnie uspokoił. Co może nam zrobić ten nieznajomy? Jest naszej wielkości. Pewnie bardziej się boi nas, niż my jego.
— Proszę, proszę, proszę — syknął przez zęby obcy pies, nie okazując strachu. — Znowu jakieś szczeniaki uciekły z domu i zdawszy sobie sprawę z tego, że popełniły błąd, postanowiły wrócić, ale zgubiły drogę, prawda?
— Cóż... — przy obcym psie czułem się nieswojo i nie byłem pewny czy wiem, o czym on mówi. — Mniej więcej. Nazywam się Lekka Łapa, uczeń z Industrii, a to Opalowa Łapa, uczeń z Flumine. Uciekaliśmy właśnie przed... wielkim orłem. — Nie chciałem, aby nieznajomy zgadł, co to było, uznał to za niegroźne i stwierdził, że jesteśmy tchórzami. — Zgubiliśmy go, ale chyba nie wiemy, gdzie jesteśmy. Wiesz może, gdzie są klany?
Kiedy wypowiedziałem ostatnie słowo, nieznajomy pies najeżył się i spojrzał na nas ze szczerą nienawiścią. Choć na początku uznałem go za niegroźnego, teraz poczułem się zagrożony.
— Z klanów nic nigdy dobrego nie wynikło — warknął. — Może i mają swoje zasady, ale zwykłe, samotne psy uważają za śmieci niewarte życia. Czy my również nie chcemy tylko przeżyć? Raz wszedłem z siostrą przez przypadek na teren jednej z grup tych brutali. Tak nas powitali, że ledwie uciekliśmy, a Cola umarła następnego dnia od zadanych ran. Więc dobrze wam radzę, nie wracajcie tam. Nie mamy tak wygodnego życia jak wasi tzw. pobratymcy, ale przynajmniej nie dajemy się zamienić w bezmózgie potwory.
Spojrzałem na niego ze strachem. Nie spodziewałem się, że tak zareaguje, kiedy wspomnę o klanach. Sądziłem, że inne psy rozumieją, że my również próbujemy tylko przetrwać i nas za to nie nienawidzą. Ale jeśli ktoś ma równie złe wspomnienia związane z klanami co ten pies, to nic dziwnego, że nas nie lubi.
— Przykro nam — szepnął Opalowa Łapa. — Nie mieliśmy nic wspólnego ze śmiercią twojej siostry. Mogę spytać, jak się nazywasz?
— Chaber — sapnął łagodniej włóczęga. — Przepraszam, że was przestraszyłem. Wiem, że nawet o tym nie wiedzieliście. Lubię młodych, którzy nie zapoznali się jeszcze z niesprawiedliwością świata.
— Możesz nas zaprowadzić na tereny klanów? — spytałem. — Prosimy. To jest nasz dom.
Chaber spojrzał na mnie z nieufnością. Odniosłem wrażenie, że bardziej polubił Opalową Łapę, niż mnie. Może lepiej mu z oczu patrzy, nie wiem.
— Chodźcie. — Skinął głową.
<Opalowa Łapo?>
[972 słowa: Lekka Łapa otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

6 listopada 2020

Od Opalowej Łapy CD Lekkiej Łapy

Nie miałem zamiaru przychodzić z takim problemem do Lekkiej Łapy. W końcu musiałem być twardy, nie mogłem okazywać słabości przez coś... takiego. Pewnie to nie jest nawet groźne! Mogłem jednak tylko siebie sam oszukiwać i zwodzić. To coś przyniesione przez Dwunożnych nabawiło mnie dużych wątpliwości. Przeszył mnie strach przed nieznanym, a najbliżej miałem właśnie do klanu, z którego pochodzi Lekka Łapa.
Obejrzałem się na ucznia, który rzucił mi zdezorientowane spojrzenie. Chciałem tylko się upewnić po jego oczach, czy nie ma zamiaru na mnie nakrzyczeć. Wolałbym tego uniknąć, naprawdę. Wysłuchiwanie pouczeń od ucznia... z innego klanu, to... to byłoby na mnie za wiele.
Zatrzymałem się tuż przed miejscem, w którym znalazłem dziwne straszydło zostawione przez Dwunożnych. Rozejrzałem się, by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu i powolnym krokiem ruszyłem w kierunku obiektu. Słyszałem, jak Lekka Łapa porusza się tuż za mną, idąc tak samo wolno.
— I co? — odezwał się nagle. — Nic nie widzę.
— Poczekaj, zaraz zobaczysz — zapewniłem go, zwalniając jeszcze bardziej.
Serce tłukło mi w piersi. Odgłos ten przypominał upadające drzewo, tyle że, to drzewo w takim razie upadało kilka razy bez przerwy. Lekka Łapa dorównał mi kroku, lecz już więcej się na mnie nie spojrzał. Jego wzrok skierowany był prosto w średniej wielkości obiekt postawiony na ziemi.
— Widzisz? — szepnąłem. — To coś się ruszyło, gdy chciałem obok tego przejść. — Zadrżałem.
Coś mi mówiło, że Lekka Łapa jest równie niepewny, co ja. Jednak on w przeciwieństwo do mnie zachowywał spokój. Nie widziałem po nim strachu, kroki stawiał pewnie, stanowczo szedł do przodu. Miałem zamiar się zatrzymać, czując, iż jesteśmy już wystarczająco blisko, lecz nie mogłem tego zrobić. Od drugiego ucznia płynęło dziwne uczucie, dziwna energia, która przepływała na mnie. Dodawało mi to siły, by się nie zatrzymać, ale iść.
Spiąłem mięśnie i przełknąłem ciężko ślinę. To nie może być przecież niebezpieczne. Dlaczego Dwunożni mieliby zostawiać coś niebezpiecznego samo sobie? Nie sprawiamy im kłopotów, nie próbują się nas poznać. Kiedyś nawet któryś rzucił mi kawałek kiełbasy, która była niesamowicie pyszna. Potem co prawda usłyszałem, bym nie brał już więcej jedzenia od Dwunożnych, ale było warto. Dlaczego więc tym razem mieliby być wrogo nastawieni?
Te myśli mnie podbudowały i dodały pewności siebie. Wyprostowałem opuszczony przed chwilą łeb i podobnie jak mój towarzysz, dzielnie parłem naprzód.
— Poczekaj. — Lekka Łapa cofnął się o dwa kroki. — Coś mi się tutaj nie podoba.
— Przecież chyba wszystko... wszystko jest w porządku? — Spojrzałem na niego. — Prawda, Lekka Łapo? — Jego oczy jednak mówiły coś zupełnie przeciwnego.
Brązowe, świecące oczy psa zaszły mgłą. Wyglądały jak wtedy, gdy próbował wykurzyć mnie z krzaków, w których się ukryłem. Odczułem od niego strach, ale nie wrogość.
— Opalowa Łapo, odsuń się! — krzyknął, lecz nim zdążyłem zrobić to, co powiedział było już odrobinę za późno.
Obiekt wzbił się w powietrza i zatoczył wokół mnie krąg. Wystraszony, próbowałem odbiec w miejsce, które posłużyłoby mi za schronienie. Straszydło latało za mną, jak orzeł, czy inny drapieżny ptak. Wydawało również z siebie przerażające odgłosy. Nie mogłem od tego uciec, chociaż bardzo się starałem.
— Lekka Łapo! — zawyłem, biegnąć w kierunku drzewa, za którym towarzysz najpewniej się ukrywał. — To... to jest niebezpieczne!
Za drzewem nie znalazłem ucznia. Nie znalazłem go też nigdzie w pobliżu. Serce waliło mi w piersi jeszcze mocniej, a mięśnie spięły się na tyle, że nie mogłem się ruszyć. Zastygłem w bezruchu, patrząc, jak latający obiekt wznosi się coraz wyżej, po czym opada i znów się wznosi. Lekka Łapa mnie zostawił. Uciekł pewnie, jak miał możliwość. Nie będę go za to winić... to bardzo dobrze, że udało mu się uciec. Nic mu się nie stało. Jest bezpieczny w swoim klanie. To coś pewnie za chwilę odleci i...
— Opalowa Łapo! — usłyszałem krzyk, który należał do mojego towarzysza. — Tutaj! Szybko!
Obejrzałem się za siebie. Lekka Łapa stał kilka metrów przede mną. Wbiłem w niego spojrzenie, lecz się nie ruszyłem. Po prostu stałem w jednym miejscu jak kołek wbity w ziemię i nic mi nie mówiło, iż teraz moje ciało się mnie usłucha.
— Co jest?! Rusz się!
Głos towarzysza zagłuszał mi odgłos walącego serca. Nie mogłem się ruszyć. Wgapiałem się w niego pewnie jak ostatni idiota. Lekka Łapa pojął, o co chodzi właściwie od razu, gdy próbowałem krzywo się do niego wyszczerzyć. Podbiegł do mnie i trącił mnie kilka razy nosem w bok.
— Nie mamy na to czasu. — Rozejrzał się nerwowo. — To coś już nas znalazło.
— Tak... jest — wymamrotałem.
Lekka Łapa skrzywił się, lecz nic więcej nie powiedział. Patrzył się na to na mnie wymownie. Jego wzrok mówił "ogarnij się i przestań się załamywać". Miał oczywiście rację. Jako uczeń wojownika musiałem brać sprawy we własne łapy. Nie mogłem tak sobie po prostu zamierać w nagłej sytuacji. Moja mentorka, gdyby mnie teraz zobaczyła, na pewno by się załamała... na pewno bardziej, niż ja teraz jestem.
Otrząsnąłem się i skinąłem Lekkiej Łapie na zgodę. Towarzysz zadowolony z mojej zmiany zamerdał ogonem i pobiegł w kierunku przeciwnym od tego, skąd przyszliśmy. Teraz wystarczyło liczyć na cud, że nie będziemy śledzeni przez to straszne cudo... 
<Lekka Łapo?>
[820 słów: Opalowa Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

27 października 2020

Od Lekkiej Łapy do Opalowej Łapy

Wziąłem sobie sikorkę ze sterty zwierzyny i poszedłem na ubocze, aby ją zjeść. Co prawda, mogłem zająć miejsce razem z innymi psami Industrii, ale wtedy musiałbym się wdawać w pogawędkę, a nigdy nie lubiłem rozmawiać przy jedzeniu. Byłem już w połowie obiadu, kiedy usłyszałem ruch w krzakach przede mną. Najeżyłem się i zostawiając z żalem smaczne mięso, poszedłem do krzaka. Kto to widział tak bezczelnie przerywać porządnemu psu, kiedy chce odpocząć?
— Ktoś ty? — spytałem, starając się brzmieć groźnie, ale podświadomie bałem się, co zrobię, jeśli z krzaków wyjdzie bardziej doświadczony wojownik.
Z drugiej strony, czy wojownik z Industrii chowałby się po krzakach? Niby dlaczego? Wstrzymałem oddech. A co jeśli to ktoś z wrogiego klanu? Irytujący uczeń nie będzie stanowił dla niego zagrożenie, ale może wezwać pomoc. Skuliłem mimowolnie ogon, po czym go znów podniosłem. Nie mogę teraz stchórzyć. Dam sobie radę. Mógłby tam siedzieć nawet sam Ciemna Gwiazda. Chociaż jestem uczniem, muszę zachować honor. Tak jak mnie uczył mój były mentor Mroczne Stopa. Nie ma niczego szlachetniejszego niż psi honor i lojalność. Bez względu w jakim wieku.
— Nie żartowałem! — Otrząsnąłem się i ponownie zwróciłem się do nieznajomego w krzaku. — Wyłaź albo sam cię wyciągnę za uszy.
Mimowolnie się uśmiechnąłem. Może takie zastraszanie wyszłoby, gdybym miał do czynienia z jakimś krnąbrnym szczeniakiem. Ktokolwiek tam jest, musi wiedzieć, że tak szybko mu nie odpuszczę i mogę tu sobie poczekać bardzo długo. Spojrzałem na niedojedzoną sikorkę. Ja tam mam jedzenie, gdybym zgłodniał, ale nie wiem, co z tamtym. Byłem skłonny zaczekać. Po chwili, z krzaka wyszedł niewielki, brązowy pies. Ulżyło mi, kiedy zorientowałem się, że to uczeń, taki, jak ja. Czułem jednak, że nie należy do mojego klanu. Pachniał nieco zapachem Flumine, ale był bardziej suchy.
— Witaj — przywitałem się, starając się potraktować go względnie przyjaźnie. — Jestem Lekka Łapa. Wszedłeś na terytorium Industrii. Wytłumacz się!
— Cześć. — Skinął głową pies. — Nazywam się Opalowa Łapa i jestem z Flumine. Jeden ze starszych wojowników wysłał mnie, abym zrobił indywidualny zwiad wokół terytorium. Wiedziałem, że nic z tego dobrego nie będzie, ale nie mogłem zignorować rozkazu... tego wojownika.
Byłem praktycznie pewien, że chciał użyć imienia wojownika, który go w to wpakował, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, rozumiejąc, że nie powinien rozpowiadać za dużo o swoim klanie uczniowi Industrii. Skinąłem głową ze zrozumieniem.
— Wyszedłeś daleko poza swój teren, Opalowa Łapo — mruknąłem, starając się udawać lekceważenie. — Ale nie jesteś moim wrogiem. Wiesz, jak wrócić?
— Jasne — szczeknął drugi uczeń, wyraźnie nieco pewniej, niż na początku. — Nie jestem mysim móżdżkiem.
— To dobrze, Opalowa Łapo. — Uśmiechnąłem się lekko, po raz drugi wypowiadając jego imię.
Mroczna Stopa uczył mnie, że jeśli wypowiada się imię rozmówcy na końcu każdego zdania, zaznacza się tym swoją wyższość. Nie chciałem okazywać swojej wyższości nad Opalową Łapą, ale to był mój pierwszy kontakt z psem innego klanu poza zgromadzeniami i choć starałem się to ukryć, byłem lekko zdenerwowany. Odwróciłem się i ruszyłem w kierunku swojej sójki.
— Miło było cię poznać, Opalowa Łapo — zawołałem jeszcze przez ramię.
Już miałem zacząć jeść, ale zauważyłem, że Opalowa Łapa jeszcze nie odszedł, tylko patrzy się znacząco na mój obiad. Nie dało się ukryć, że musiał od dłuższego czasu nie jeść i był głodny. Westchnąłem niechętnie, po czym rzuciłem mu swoją zwierzynę.
— Masz — powiedziałem. — Jedz. Ja już się najadłem. Potem masz się stąd wynosić. Nie chcę się za ciebie tłumaczyć przed swoim klanem.
Opalowa Łapa szczeknął coś w podziękowaniu i zabrał się do jedzenia. Ja tymczasem rozglądałem się bacznie, bojąc się ujrzeć któregoś ze swoich pobratymców. Co by sobie pomyśleli, gdyby zobaczyli, jak dokarmiam psa Flumine? Odgryźliby mi ucho. Kiedy zobaczyłem, że po ptaku nie zostało ani śladu, dałem Opalowej Łapie znak, że nic tu po nim.
— Dobrze — powiedział uczeń. — Idę. I jeszcze raz dziękuję, Lekka Łapo.
Uśmiechnąłem się, zastanawiając, czy specjalnie użył mojego imienia, wzorując się na mnie, czy to był czysty przypadek. Zacząłem lubić tego psa. Liczyłem, że jeszcze go spotkam na zgromadzeniu, czy gdzieś indziej. Byle nie w ataku na któryś z klanów. Patrzyłem, jak odchodzi, a kiedy zniknął z linii wzroku, odwróciłem się. To był długi dzień i czułem się zmęczony. Nie zdążyłem nawet zrobić kilku kroków, nim usłyszałem za sobą po raz kolejny przerażony głos Opalowej Łapy.
— Lekka Łapo, Lekka Łapo! — wołał.
Odwróciłem się i spojrzałem na niego groźnie. Czyżbym go przecenił? Racja, chciałem go jeszcze kiedyś spotkać, ale nie tak szybko. Nie przesadzajmy.
— A ty przypadkiem nie miałeś odejść? — Wyszczerzyłem lekko kły, chcąc zrobić na nim wrażenie.
— Lekka Łapo — powtórzył Opalowa Łapa, cofając się lekko, nie kryjąc przerażenia. Nie byłem pewny czy mną, czy tym, co zobaczył, kiedy spuściłem z niego wzrok. — Tam coś... coś jest. Coś dziwnego. Dwunożni musieli to przynieść, a ja nie wiem, co to robi.
Zaniepokoiła mnie reakcja Opalowej Łapy. Dlaczego przyszedł z tym do mnie, a nie wrócił na terytorium Flumine i zwrócił się do kogoś ze swojego klanu? Może zbyt bał się przejść obok tego, co tam znalazł. Nie wahając się dłużej, pobiegłem za nim.
— Chodź — szczeknąłem. — Pokażesz mi, co tam było.
<Opalowa Łapo?>
[821 słów: Lekka Łapa otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]