Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żonkil × Lodowy Przebiśnieg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żonkil × Lodowy Przebiśnieg. Pokaż wszystkie posty

25 września 2021

Od Żonkila CD Lodowego Przebiśniegu


Dwuczłonowe imiona niektórych są tak durne, że chce mi się śmiać — to zapewne (a raczej na pewno) płytkie z mojej strony, jednak! Jak sadystycznych rodziców oraz lidera trzeba mieć, by nazywać się, na przykład, Stokrotkowy Korzeń? Doszedłem do wniosku (co wywołało we mnie wielki zawód), iż szybkie, awaryjne myślenie zdecydowanie jest moją słabą stroną. Naprawdę nie mogłem wymyślić czegoś kreatywniejszego, co by nie brzmiało jak wymyślone na szybko, losowe słowo przez matkę, która padnie na zawał zaraz po porodzie? Stokrotka oraz Korzeń mogłyby mieć prawo bytu, gdyby łączyły się z czymś innym, co w połączeniu ze sobą nie brzmi tak marnie oraz nijako — każdy wie, że stokrotka, jak każda inna roślina, ma korzenie. Chyba. Jedyna moja wiedza o roślinach tyczy się leczniczych właściwości lawendy, obrzydliwego smaku imbiru oraz chęci podania czerwonych jagód Lotosowi. Przez nią (a raczej moje stresowe myślenie) będę znany przez białośnieżnego jako Stokrotkowy Korzeń z Tenebris — może to i nie tak, że mnie obchodzi obcy, który zapomni o mnie po dwóch bądź trzech (w najgorszym przypadku czterech) dniach po ostatnim pożegnaniu, lecz i tak wolałbym, przez tę chwilę, w jego lodowych oczach posiadać godną opinię. Było to jak pierwsze i ostatnie wrażenie, które wolałbym mieć pozytywne.
Zerwałem niezręczny kontakt wzrokowy (tak ważny w komunikacji z innymi, a przerażający i znienawidzony przez wielu, w tym mnie), przenosząc go na przyglądającą się nam u boku, czekającą niecierpliwie Lotos. Będę żałować tego dnia i podjętych decyzji do końca nieszczęsnego życia. A najbardziej będę żałować, że nie jestem w stanie przekazać szczeniakowi sztuki racjonalnego myślenia oraz ostrożności, do której naprawdę jej daleko. Nie jestem dobrym mentorem.  I prawdopodobnie czuję zbyt dużą odpowiedzialność za dziecko, które nawet nie jest moje, co źle oddziałuje właśnie na mnie, lecz nie mogłem nic na to poradzić i zaakceptować swój instynkt macierzyński, który zapewne w stosunku do mojego własnego, poczętego z moich genów potomstwa by nie istniał.
— Śpieszymy się — upomniałem obydwóch, po czym zwróciłem się bardziej w stronę Lotosu: — Miękka... Stopa mówiła, że chce z tobą przeprowadzić dziś trening.
— Niepraw... — przerwała i westchnęła głośno.
Pokiwała głową niezadowolona, na co uśmiechnąłem się do niej delikatnie, starając się ukazać wdzięczność. Nie miała jednak zamiaru przynajmniej na mnie zerknąć. Zapewne czuła, że ją kontroluje i ograniczam — to jednak jedyne, co mogłem zrobić, by przekazać jej jakiekolwiek podstawy dobrego zachowania. Po prostu jej nie ufałem — może i zaufanie jest dobre (i tak nie mogłem się do niego tak po prostu zmusić), jednak kontrolowanie i sprawdzanie lepsze. Może kiedyś będzie wdzięczna. Może. A może okaże się, że to ja byłem cały czas w błędzie. Popełniłem już tyle błędów, że jest sześćdziesięciopięcioprocentowa szansa na to drugie. Przy tym jest trzydzieści dwa procent szansy na to, że powie mi pewnego dnia ,,nie chcę cię widzieć", odwróci się ode mnie i będzie obwiniać za wszystko, przez co czuła się osaczona.
Na całe, prawdopodobnie, szczęście, zauważyłem od razu, iż białośnieżny nie zbliża się blisko centrum Ventusu — w zasięgu mego wzroku nie było nikogo, oprócz paru, przypadkowych dwunożnych. Założyłem, iż nie chce on narażać również samego siebie, co doskonale zrozumiałem. Był jednak najwyraźniej ostrożny, a nie tak durny, za jakiego go na początku wziąłem. Byłoby to z jego strony lekkomyślne, gdyby zgodził się z nami wejść na swoje tereny — wywołałoby to obustronne konsekwencje.
— Gdzie jesteśmy? — spytała Lotos po jakimś czasie.
— Jesteśmy... — Nastała charakterystyczna przerwa w wypowiedzi, pokazująca, że wypowiadający jest czegoś niepewny i musi zastanowić się dwie sekundy dłużej. — Blisko stajni.
— Możemy tam pójść? Chyba nikt nie będzie zły, jeśli przyprowadzisz tylko jakiegoś przypadkowego szczeniaka? — spytała i bezceremonialnie spojrzała przy tym na mnie.
— Nie pójdziesz tam sama — powiedziałem natychmiastowo, powstrzymując się od powiedzenia ,,chyba na głowę upadłaś".
— Nie będę sama!
— Będziesz tam z obcym.
— Nie jesteś moim ojcem.
Co to ma do rzeczy?
Westchnąłem, nie wiedząc, co mam na to odpowiedzieć. Zacząłem się obawiać, że w oczach wietrznego wyglądam jak ktoś nieodpowiedzialny, niepotrafiący zapanować nad głupim (przepraszam, Lotos, nie dotyczy to bezpośrednio ciebie, no, może odrobinę) szczeniakiem i co najgorsze, zbyt uległy.
— Nie jesteś? — Białośnieżny spojrzał na mnie, co odebrałem jako oceniające.
— Zgubiłeś nas, prawda? — Zmieniłem temat, mrużąc oczy. —  Nie znasz terenów własnego klanu?
Założyłem, że dość dawno minęliśmy Gwiezdny Szczyt. Również dwunożni zanikli, aby otoczyła nas pustka wyciętego ze zbóż pola. Lekki wiatr niósł ze sobą specyficzny, kwiecisto-trawiasty zapach, który nieprzyjemnie kuł mnie w nozdrza. Nie byłem szczególnie obeznany, jeśli chodzi o obszary klanów — większość życia spędzam w obskurnym, rozpadającym się blokowisku, prawie codziennie przechodząc obok równie obskurnego kościoła i jeszcze bardziej obskurnego, śmierdzącego cmentarzyska. Dopadło mnie jednak dziwne przeczucie, iż... śnieżnobiały sam nie do końca wie, gdzie nas prowadzi.
— Nie przebywam tam zbyt często — wyznał.
Zaskoczyłem się. A po chwili, z trudem powstrzymałem śmiech, jedynie uśmiechając się kącikiem. Co to w ogóle oznacza? Należenie do klanu, ale nie przebywanie tam ,,zbyt często" na tyle, że nie pamięta się dokładnie terenów, było dla mnie zbyt abstrakcyjne do przyjęcia.
— Więc chodzisz się najeść i znikasz? Tak mam to rozumieć? Nie czyni to z ciebie... darmozjada? 
Nie wydawał się ani odrobinę wzruszony bądź urażony moimi słowami, jakby te od razu wyparowały z jego pamięci — a były one cholernie niewłaściwe z mojej strony i sam bym poczuł się przez nie ukłuty. Czy go cokolwiek obchodzi? Najwyraźniej nie ma większego sensu się z nim droczyć.
— Nie do końca — mruknął. — Nikomu to nie przeszkadza.
Połowicznie przyznał, że tak, jest darmozjadem. Nie chciałem głębiej w to wnikać — przejąłem się bardziej tym, gdzie jesteśmy i czy moja orientacja w terenie będzie w stanie zaprowadzić nas z powrotem, co nie przeszkadzało jednak zaciekawionej wszystkim Lotos, która zapewne bardzo chętnie by się zgubiła.
— Stokrotkowy Korzeniu? Przypomniało mi się coś.
Spojrzałem na niego niepewnie, o mało nie zapominając o przybranej przeze mnie tożsamości.
— Wcześniej nazywałeś przy mnie Kamykową Łapę — zbliżył się do mnie — Lotosem. Skoro już kłamiesz, upewnij się, że nie robisz tego w głupi sposób.
Zmroziło mnie, gdy napotkałem jego błękitne tęczówki. Poczułem wstyd i zażenowanie. W sekundzie opuściła mnie cała lekceważąca postawa. Uchyliłem pysk, zamknąłem go i przełknąłem ślinę, z trudem odwracając wzrok. Przez jego słowa i ton mogłem zauważyć, że to on tym razem mnie pośrednio upokorzył.
Nie wierzyłem w istnienie karmy — to, czy spotka nas to samo, co my czynimy, jest jedynie przypadkiem. Nie każdy przestępca jest równomiernie i sprawiedliwie karcony, nie każdy dobroczyńca otrzymuje łaskę, a nawet wręcz przeciwnie — dobroć po prostu się nie opłaca. Jednak karma mnie dotknęła w tamtej chwili. Za nazywanie go darmozjadem otrzymałem w zamian wstyd.
— Ah, swoją drogą, gdzie twój dzieciak?
Gdzie mój dzieciak?
Spojrzałem na Lotos (a raczej puste miejsce, gdzie niedawno się znajdowała). Wypuściłem powietrze z płuc, po czym rozejrzałem się dokładniej, lecz w zasięgu mojego wzroku nie zobaczyłem żadnej biało-czarnej plamy. Cholera jasna, pomyślałem tylko. Mogłem wziąć pod uwagę możliwość, iż mogła uciec celowo, aby zrobić mi na złość. Jaka jest szansa, że wróciła do blokowiska? Nikła. Raczej albo poszła w kierunku wietrznych, albo w niewiadome. Właściwie, jakim cudem tak szybko zniknęła mi sprzed nosa?
— Lotos? — zawołałem. — Rozejrzę się.
Nie musiałem go o tym powiadamiać. Zacisnąłem zęby z niepewnością. Ruszyłem na wschód (a może zachód — nie rozróżniałem nigdy tych dwóch kierunków, dzięki czemu szansa na stracenie drogi powrotnej tylko się zwiększyła), zauważając, że białośnieżny idzie ze mną. Zatrzymałem się i odwróciłem w jego stronę.
— Jeśli już chcesz mi pomóc, poszukaj jej gdzieś indziej — fuknąłem. — Na swoich terenach.
— Jeśli się rozdzielimy, możemy zgubić się oboje — odpowiedział, ignorując mój ton. — Logiczniejsze będzie zgubić się w dwójkę.
No tak, w końcu sam nie zna dokładnie tych terenów. Zamyśliłem się, starając przy tym znaleźć dla niego wyrozumiałość i usprawiedliwienie. Nie powinienem się wtrącać w to, co robi obcy pies, jednak raczej nie spotkałem osobnika, który żyłby w taki sposób — należąc do klanu, ale nie spełniając wyznaczników, które powinien każdy klanowicz. Jaki był w tym cel? Tak po prostu stroni od innych, przybierając rolę pozornego samotnika?
— Ta, masz... masz rację. — Odwróciłem wzrok, odpędzając chmurę myśli. — Ale nie musisz mi w niczym pomagać. 
— Lotos lubi moje glony. Szkoda więc gdyby coś jej się stało.
Co za specyficzny organizm.
— Masz inne imię, niż Stokrotkowy Korzeń? — dopytał.
Więc jednak nadszedł ten moment w historii każdej międzyklanowej relacji, gdy się sobie przedstawiamy. Nie chciałem znać jego imienia i nie chciałem, aby on poznawał moje, lecz poddałem się temu niezmieniającemu schematowi. Niech się dzieje wola nieba. Przebywaliśmy ze sobą już na tyle długo i nastały na tyle konkretne konwersacje między nami, iż możliwe, że zapamiętamy siebie wzajemnie na dłużej.
— Żonkil.
— Stokrotkowy Kamień — odparł. — Żartuję.
Ha, ha. Napotkałem naprawdę wybitne poczucie humoru.
Do naszych uszu dotarł specyficzny odgłos, na który moje ciało zareagowało dreszczem — odwróciliśmy się natychmiastowo w stronę jego źródła. Białośnieżny zerknął na mnie wymownie i ze zdziwieniem, wywołanym tym dźwiękiem. Coś jakby... trzask? Zgrzyt? — który zapędził obcego, aby tam wyruszyć.
— Jeśli tam pójdziemy, to na pewno się zgubimy. — Powstrzymałem go.
— Lotos tam może być.
Westchnąłem, przyznając mu w duszy rację. Mieliśmy dwie... cóż, trzy możliwości. Ruszyć w stronę lasu, Ventus bądź gdziekolwiek indziej, co byłoby wielką niewiadomą — najpewniej będzie sprawdzić w dziczy, prawda? Jeśli zgubiła się gdzieś u wietrznych, raczej jest bezpieczna i ktoś ją znajdzie. Nie wiedziałem jednak, co mogło strzelić jej do tej naiwnej główki.
— Rozejrzymy się tylko na... brzegu lasu. Nie jest aż tak głupia, by pójść dalej. 
— My też nie jesteśmy na tyle głupi — odpowiedział z pewną nowością w jego zachowaniu, a mianowicie pociesznym tonem.
— Niech ci będzie — mruknąłem, chcąc mieć ostatnie słowo.
Chłodny wiatr zawiał mocniej, mierzwiąc moją sierść.

<Lodowy?>
[1555 słów: Żonkil otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

19 września 2021

Od Lodowego Przebiśniegu CD Żonkila

 Lodowy był tą najdziwniejszą postacią w każdym fantasy uniwersum. Dlaczego? Otóż na pewno kojarzycie tego jednego magika, który oddalił się od cywilizacji, sam sobie zbudował domek albo zasiedlił się w jakimś opuszczonym „nikt nie wie czym” i eksperymentował tam, próbując coś stworzyć? Zazwyczaj taki delikwent miał bardzo długą, siwą brodę i nikt nie wiedział, czy na pewno jest człowiekiem, bo z wyglądu przypominał kogoś, kto przeżywał już kolejny wiek. Lodowy jest właśnie takim magikiem, jednak z powodów stosunkowo prostych (psy nie potrafią czarować) nie posługuje się magią, lecz glonami. Aż nie trudno sobie wyobrazić jakie myśli plączą się po głowie czarnofutrzastego towarzysza, który z pewnością szuka możliwości ucieczki.
Młodszy pies, strasznie rozgadana i towarzyska suczka, nie chciała jednak opuścić Lodowego na krok. Szła z nim prawie tak, jak ojciec z dzieckiem, który tłumaczy bobaskowi, co jest czym. Biały pies jednak nie tłumaczył Lotos prostych rzeczy, lecz opowiadał jej o morskich roślinach i żyjątkach, które przez lata swoich „badań” odkrył oraz obserwował.
Prawda o Lodowym jest również taka, że od dawna nie widział się z żadnym innym psem — a towarzysze klanu zapewne zapomnieli o tym, że żyje; bo kto pamiętałby dziwaka, który podczas dawnej wojny przydawał się do wielu rzeczy, był szanowanym strategiem, o wysokiej inteligencji, chociaż bardzo młodym? Wszyscy, którzy zapewne przeżyli tamtą masakrę, pozwolili wspomnieniom odejść i nie opowiadają już dłużej własnemu potomstwu legendy o białym bohaterze; bohaterze, który ratował klan, chociaż wcale nie musiał tego robić i sprawił, że duża część wojowników uszła z życiem.
— Jest pan medykiem? — zapytał rozweselony, ciekawski szczeniak.
Ogon suczki chodził na wszystkie strony, kiedy Lodowy wolnym krokiem zmierzał ku terenom Ventus. Tak dawno tam nie był, że wątpił, czy wszystko uda mu się pokazać.
A gdyby tak...
— Wojownikiem — odpowiedział, rozglądając się na dwie strony, bo nagle wpadł na genialny pomysł oszukania suczki i pójścia tylko tam, gdzie nie znajdą nikogo, tym samym pomijając większość terenów. — Chodźmy tędy. — Wskazał łbem w kierunku, tak zwanym, lewym (Lodowy to prawdziwy lewak).
Starszy pies, który wyglądał, jak mentor Lotosu wlókł się za nimi, niezadowolony z faktu, że został troszeczkę odsunięty na bok. Wielokrotnie próbował coś powiedzieć, lecz w tym samym momencie odzywał się szczeniak, jakby wyczuwała, że Żonkil zacznie narzekać. Lodowy zaś pokazywał przyszłej wojowniczce okrojone tereny Ventus, a na każde pytanie „dlaczego nie pójdziemy do obozu” odpowiadał, że zapomniał drogi.
— Nie brzmi to zbyt przekonywająco — burknęła niezadowolona Lotos.
— Mam kiepską orientację w terenie.
Żonkil odchrząknął.
— Myślę, że możemy już wrócić do siebie.
Lotos zaczęła jęczeć i pokazywać całemu światu, jak bardzo nie chce wracać skąd przyszła, Żonkil natomiast pozostawał nieugięty, chociaż wyglądał, jakby sobie nie radził ze szczeniakiem.
— Skąd tak właściwie jesteście? — zapytał. — Czuje zapach... sam nie wiem czego, bo mój nos przyzwyczaił się do zapachu glonów, mam nadzieje, że rozumiecie.
— Z Tenebris — odpowiedział pospiesznie starszy, chcąc wyprzedzić małą gadułę, która zapewne bez ogródek zdradziłaby ich prawdziwą tożsamość.
Żonkil będąc bardzo sceptyczny i ostrożny pomyślał, że Lodowy zareaguje agresywnie na wieść, że spotkał się z Bezgwiezdnymi. Prawda była jednak taka, że Lodowy, ładnie mówiąc, miał to w dupie.
— Och — zamyślił się. — To fajnie.
— Ale my nie...
— Tak, też myślę, że to fajnie. — Żonkil rzucił Lotos ukradkiem wrogie spojrzenie. — Nazywam się Stokrotkowy... Korzeń, a to jest Kamykowa Łapa. — Uśmiechnął się, jakby chciał, by wszystko, co powiedział zabrzmiało prawdziwie.
Lodowy z początku nic nie odpowiedział, patrząc się na dwójkę nieznajomych, analizując informacje, których mu właśnie udzielono.
— Dlaczego Stokrotkowy? — Zmarszczył pysk. — Zupełnie ci to imię nie pasuje. — Przyjrzał się towarzyszowi. — Wyglądasz bardziej na...
Śnieg. Dużo śniegu. Biel — jeszcze więcej śniegu. I on. Stał pośród krwawych smug na białym puchu. Serce łomotało mu w piersi. Chciało się wydostać, uciec z klatki, zwanej żebrami i uciec na wolność, tak jak jego pobratymcy, który pustymi, chłodnymi oczyma wpatrywali się w nicość; ale stał też i on. Obcy. Pośród czerwieni, nie odrywając wzroku od małej choinki, pokrytej śniegiem.
Wyglądał jak żółty kwiat, który przynosi nadzieję oraz broni wspomnień.
Patrząc na nowopoznanego, czuł, jak przed jego oczyma otwiera się zbiór ksiąg, w których zostały zapisane szczegółowo sytuacje z tamtych dni.
—...żonkila — dokończył, mrużąc oczy i na chwilę zapominając miejsca, w którym się znalazł.
Dziwne.
— Och. — Rozejrzał się nerwowo. — Tak myślisz?
— Jakbym tak nie myślał, to bym o tym nie mówił.
— Fakt.
Patrzyli się na siebie w ciszy, jakby wyżerali sobie dusze bez wiedzy młodej uczennicy.

<Żonkil?>
[711 słów: Lodowy Przebiśnieg otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

13 września 2021

Od Żonkila CD Lodowego Przebiśniegu

 Gdybym miał nazwać swoje życiowe traumy, jedna z nich zwałaby się Boguś. Z czego wiem, wiele osób ma skłonność do nazywania roślin, przedmiotów, do których są przywiązani, w tym nawet kamieni. Ja sam, gdy byłem jeszcze małym, głupim wypierdkiem (a raczej mam nadzieję, że byłem i już z tego wyrosłem), nazywałem rośliny, które i tak po paru miesiącach wymierały, by dać miejsce śniegowi i, po jego stopieniu, kolejnym pędom. Powtarzające się co cztery sezony koło. Boguś, co przyszło mi do głowy zupełnie przypadkowo, brzmi zapewne komicznie, lecz dzięki temu doskonale oddaje istotę mojej niezręczności w kontaktach z innymi, o której również zapewne wie większość tych, co miała ze mną do czynienia. Bezgwiezdni szczerze wydawali się bardziej bliscy sobie niżeli inne klany (choć może to było tylko moje wrażenie, bądź pewne, mieszane uczucia związane z samym Tenebris), lecz nie oznaczało to i tak, że czułem się wśród nich lepiej. Możliwe nawet, że właśnie to wywoływało u mnie przytłoczenie, dziwne odczucie, że i tutaj nie pasuję.
— Podobno w Bryzowa podwoiła patrole
Spojrzałem na Szmaragda kątem oka, nie odzywając się ani słowem. Jedna z wielu kropel deszczu opadła prosto na jego czarny nos, wystający zza spod dachu. Teren wokół był obmyty błotem, podobnie jak nasze łapy — jeszcze poprzedniego dnia znajdowała się tu biel, czysty puch, na którym widać każde zanieczyszczenie. Z połączenia śniegu oraz opadów otrzymaliśmy breję. Jednym słowem, było obrzydliwie. 
— No co? — dopytał, zauważając wyraz mojego pyska. 
Spięcie z Tenebris mnie bawiło.
— Powinniśmy się ruszyć — zignorowałem go. — Czemu tu w ogóle siedzimy?
— Ach, chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Przeszkadza ci to? — Uśmiechnął się szeroko, zerkając na mnie.
Nie odezwałem się znowu, przymykając oczy z zirytowaniem. Nienawidzę rozmów „o pogodzie”, szczególnie gdy ta nie służy jak najszybszemu oddaleniu się od niechcianego towarzystwa — podniosłem się, zauważając przy tym uciekających panicznie przed deszczem, jakby zawierały żar i kwas, Dwunogich. Osłaniali się trzymaną na kiju zasłoną o okrągłym kształcie, by po chwili móc się schronić w swoich ciepłych domach. Momentami byłem zazdrosny o taką wygodę.
— Przyjaźnisz się z samymi szczeniakami, stwierdziłem, że dobrze ci to posłuży — dodał, zauważając moją mimikę. — Och, wybacz. Sam jesteś... dość, cóż, młody. Mógłbyś być moim synem. No, może przesadziłem. Prawie.
Ty za to wzbudzasz we mnie staruchofobię, bo jesteś niesamowicie durny, ale jakoś tego nie komentuję. Upomniałem siebie w myślach za tę obelgę, choć spodziewałem się, że za jakiś czas znowu zacznę go bezmyślnie urażać. Wybacz, Szmaragdzie, choć i tak tego nie słyszysz, dzięki czemu zapewne postrzegasz mnie jako niewinnego oraz miłego.
Jakieś małe dziecko zaczęło skakać w kałuży, mocząc swoje ubrania, a jego — prawdopodobnie — opiekun w postaci — zapewne — rodzica uniósł na niego głos i pociągnął gwałtownie za ramię, wywołując okropny płacz.
— Idziemy, Szmaragdzie.
— Ależ formalnie — prychnął ironicznie. — W porządku, szanowny paniczu liderze Żonkilu.
To żeś mi podniósł ego.
Sprawiał, że resztki mojej dobrej chęci zachowywania się w sposób serdeczny i życzliwy zanikały, jednak może nie był aż taki zły, choć nie dość, że jest upierdliwym prymitywem, to i, delikatnie mówiąc, gdyż wykorzystałem swoje pozwolenie na ubliżanie innym, kobieciarzem. Ale kim ja niby jestem, by wygłaszać o nim swoją ocenę.

Spojrzałem na czarno-białą, zwiniętą w kącie kulkę. Westchnąłem cicho i położyłem się niedaleko niej, rozkoszując się chwilową ciszą w bloku. Nieco zgniły zapach, obdarte ściany, wybite szyby i światło wpadające przez dziury mogłyby wielu odstraszyć, lecz mi dawało specyficzny komfort — szczególnie że akurat to pomieszczenie było rzadko odwiedzane, więc mogłem pobyć w samotności. Powoli przestało padać, a moje kończyny były oziębłe oraz ścierpnięte. Musiałem odpocząć. Bolały mnie nawet zatoki. Modliłem się, aby nie wpadła za moment do bloku Miękka czy jej wkurzający zastępca, by zaczął wydawać kolejne polecenia, które i tak wnosiły niewiele do stosunków pomiędzy nami, a innymi klanami. Wszyscy, szczególnie ci stojący na wyższych pozycjach zachowywali się od jakiegoś czasu, jakby mieli się zesrać na sam widok obcego pyska na swoich terenach. Nie potrafią rozwiązać logicznie czy pokojowo kompletnie niczego.
Usnąłem z trudem, a ten trud okazał się zmarnowanym wysiłkiem, gdyż po niedługim okresie — czterdziestu, może pięćdziesięciu minutach — poczułem szturchanie. Lotos postanowiła mnie pomęczyć, a ja, po raz z resztą kolejny, zezwoliłem na to.
— Chcę na plażę — powiedziała wprost.
— No i? — mruknąłem ledwo przytomny. — To sobie idź.
— Nie lubię sama. Co, jeśli się zgubię, albo ktoś mnie porwie?
Upierdliwiec. Zlitowałem się, doskonale wiedząc, że zrobiła to specjalnie, próbując jeszcze jakoś wzbudzić we mnie poczucie winy. Jednak sam się o to prosiłem, decydując się tego jednego, pierwszego razu na spędzanie czasu z Lotosem. Możliwe, że nie jestem aż tak asertywny, jak myślałem, co jednak zbytnio przygniotłoby moje ego, abym przed sobą to przyznał.
Lubiłem przebywać na plaży. Ciepły piasek, choć nie raz irytujący, przynosił mi ukojenie, podobnie jak delikatne, chłodne fale, moczące moją sierść. Choć był to neutralny teren, nie widywałem innych osobników zbyt często, a gdy już zawidziałem, mogłem spokojnie znaleźć ustronne, cichsze miejsce. Nie czułem się dzięki temu tam aż tak niepewnie.
W pewnej chwili Lotos znikła mi z oczu. Rozejrzałem się wokół speszony — dostrzegłem ją jako daleką, niewielką plamę, kilkanaście metrów od siebie, obok nieznanej mi osoby. Poczułem spięcie.
No tak, Lotos nie jest... tak niezręczna w relacjach międzypsich, jak ja. Właściwie to jest nad wyraz zręczna w tej sferze życia. Na tyle, że musiała truć dupę jakiemuś przypadkowemu gościowi.
Odetchnąłem cicho.
Nadal nie sądziłem, aby ten szczeniak był wciąż na tyle samodzielny i rozsądny, by rozpoznać niebezpieczeństwo — jest zbyt pewna siebie, dlatego musiałem się między nich wtrącić.  Czułem potrzebę opieki nad nią.
— Lotos, zostaw pana. Jeszcze cię ugryzie — powiedziałem nerwowo, pokazując suce, że naprawdę nie powinna ot tak zaczepiać obcych, jakby wspólnie dzielili klan. — Przepraszam, pewnie przeszkadza.
Białośnieżny, szczupły pies może i nie wyglądał groźnie, lecz mogły być to jedynie pozory. Postanowiłem trzymać się na przynajmniej dwa metry odległości.
— W niczym nie przeszkadza — odparł. — Pokazywałem jej glony.
Och. Zmarszczyłem czoło odruchowo. Och. Rozumiem. Znaczy, nie do końca rozumiem, ale nie mam ani najmniejszego zamiaru w to wnikać.
— W każdym razie, Lotos, idziemy — pogoniłem ją, obawiając się, że natrafiłem na jakiegoś czubka lub wariata.
— Może ze mną zostać. Nie zjem jej ani nic. Jestem zupełnie nieszkodliwy. 
Poddałem się, gdy Lotos burknęła coś w moją stronę, śmiertelnie się obrażając i usiadła na piasku, nie mając zamiaru się ruszyć z plaży. I tak mam zbyt dobre serce.
Czemu szczeniaki tak się zachowują? Też taki byłem?
Westchnąłem cicho. Nie lubiłem obcych, a pies był w moich oczach delikatnie podejrzany. Szybko poczułem się zmęczony. Poza tym nie chciało mi się tu siedzieć i ich obserwować. Nie wiedziałem, co niby mam ze sobą zrobić.
Jak się okazało, obcy o lodowych oczach miał bardzo ciekawe zainteresowanie, które zainteresowało i Lotos. Mianowicie, rozmawiali o... tak, glonach. Chyba nigdy nie słyszałem bardziej bezsensownych — na tyle, że szybko porzuciłem próby zrozumienia dziwnych rzeczy, które rozumiała jakimś cudem Lotos — wywodów, od tych, wychodzących z pyska białośnieżnego.
— Hej, spójrz na to! — Zwróciła nagle moją uwagę Lotos, wskazując na czerwono-brązowawą, wyłowioną z wody roślinę, przypominającej korzenie. — To nazywa się Czerwonowąs. O, a to jest... gumowiec muszelkowy. W środku tej muszli jest taki glut, który można zjeść! Chcesz spróbować? Pan powiedział, że można. 
Próbował tego obrzydlistwa? Zerknąłem na niego kątem oka z zdegustowaniem. Co za dziwak.
— Nie, dzię...
— To nie glut — wymamrotał obrażony pies, bezczelnie mi przerywając. — To gumowiec. Mięczak. Z tej samej grupy, co ślimak.
Nagle zaczął stwierdzać jakieś akademickie fakty. Uśmiechnąłem się krzywo do samego siebie, pozorując obojętność.
— Do jakiego klanu Pan należy? — spytała, zapalając czerwoną lampkę w mojej głowie. 
Po pierwsze, taki nadmiar grzecznościowych zwrotów — których użyła może dwa, trzy razy — ani odrobinę do niej nie pasował. Po drugie, samo pytanie pokazało mi, że próbuje wprowadzać jakieś intrygi i kompletnie nie zwraca uwagi na to, że może mi się to nie spodobać.
— Do Ventus.
— O! — Zamerdała ogonem. — Jak ja dawno tam... czy mógłby Pan mnie oprowadzić?
— Lotos, nie... — jęknąłem cicho.
— Bardzo proszę — naciskała.
Doskonale wie, że nie powinna przekraczać cudzych granic. Ja ją tego uczyłem, mentor ją tego uczył. Miałem jednak nadzieję, że białośnieżny jest rozsądny i jej odmówi, bo jego też ktoś z pewnością nauczył czego można, a czego nie.
— Ja... dobrze.
Chrząknąłem, zwracając na siebie uwagę. Zaczynałem czuć się, jakbym był niewidzialny, a nie podobało mi się to ani trochę. Nie będę piątym kołem u wozu.
— Powinniśmy wracać, Lotos.
— Nie, nie musimy nigdzie wracać. — Bezczelna. 
Zbytnio daję sobą pomiatać. To ostatni raz, gdy to robię — postanowiłem, że mimo wszystko pozwolę, aby szczeniak przez chwilę pobył na swoich starych terenach. Szanowałem granice innych klanów i nie chciałem po prostu mieć kłopotów. 
Będę mieć ich na oku. 
<Lodowy?>
[1403 słowa: Żonkil otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Lodowego Przebiśniegu do Żonkila

  — Niesamowite... — wyszeptał do siebie, po czym przybliżył nos do znaleziska.
Biały, jak śnieży puch pies, siedział na plaży i przyglądał się czemuś niezwykle zielonemu oraz mokremu. Wyłowił to z morza, które teraz było niemiłosiernie chłostane wiatrem; fale raz po razie przybierały na sile i coraz to mocniej uderzały o brzeg. Gdyby nasz bohater był normalny i posiadał zmysł, który zmuszałby go do opuszczenia względnie niebezpiecznego miejsca, to już dawno by go tutaj nie było. Lodowy był jednak pochłonięty zielonym glutem, który przewracał w łapach, trącał nosem i oglądał z każdej strony. Żadna nadchodząca burza czy szalejące morze nie zmusiłoby go do odejścia. To miejsce było jego ulubionym, a przecież nikt nie lubi opuszczać miejsca, które lubi.
Woda już niemal dotykała łap białego psa, a on wciąż obwąchiwał gluta i nic nie wskazywało na tym, żeby się przejął zmieniającą się sytuacją pogodową; ciemne chmury stopniowo zakrywały nieboskłon, zabierając tej części świata dostęp do słońca i przyczyniając się do szalejącego wiatru. 
Glon się poruszył i w tym momencie poruszył się również Lodowy. Nie próbował łapać uciekającego powoli gluta, gdyż zwyczajnie bał się, że go uszkodzi. Zamiast tego delikatnie odgrodził mu drogę ucieczki łapą i przybliżył pysk do delikatnie mokrego znaleziska. 
— Jesteś zbyt cenny — wyszeptał do glona, który najwyraźniej poruszony tymi słowami przestał się poruszać i uciekać od białego psa. 
Już miał zabrać się do przetransportowania gluta do swojego legowiska, w którym zresztą miał też zabrane, a może raczej pożyczone, od ludzi kartony; trzymał w tych kartonach oczywiście swoje znaleziska, to nie powinno nikogo zaskakiwać, lecz już szokującą informacją będzie, że niektóre glony siedzą w tych pudłach od co najmniej kilku miesięcy. Dawno przesuszone, niegdyś głęboko zielone gluty, starannie ułożone jeden obok drugiego, codziennie podziwiały ściany kartonów.
Rozmarzony, podniósł łeb i zamknął oczy, wsłuchując się w odgłosy fal, które przynosiły mu spokój oraz próbując wyobrazić sobie siebie ze swoimi cennymi glonami. Gdyby w świecie ludzi żył taki maniak glonów i ogólnie roślin morskich, na pewno szybko zdobyłby zainteresowanie przez niecodzienne hobby. Hobby Lodowego natomiast nikogo nie interesowało, nie tylko przez fakt, że mieszkał na uboczu, z dala od legowiska klanowego, ale też dlatego, iż często jego pierwsze wrażenie było... niezbyt przyjemne. Wiele psów różnie o nim mówiło; jedni opowiadali o nim jak o geniuszu, mózgu Ventus, który przyniósł klanu niegdyś zwycięstwo w minionej wojnie, a drudzy nieprzychylnie na niego patrzyli i swoim potomkom mówili o białym, niebezpiecznym psie, czającym się tuż obok ich legowiska. Lodowy Przebiśnieg stał się więc i wzorem do naśladowania oraz materiałem do opowiadania strasznych historii szczeniakom, aby nie samowolnie nie oddalały się w miejsca, których nie znają. 
Miał już się zbierać, właściwie, miał zrobić to już wcześniej, ale milion innych rzeczy sprawiło, że zaczęło się to dłużyć. I właśnie przez to przeciąganie natknął się przypadkowo na wyrośniętego już trochę szczeniaka. Nigdy wcześniej go nie widział, toteż zaskoczenie mimowolnie namalowało się na jego pysku. 
— Dzieeeń dobry. — Szczeniak wyszczerzył się do zaintrygowanego Lodowego, którego zaskoczenie przeszło i zmieniło się w czystą ciekawość. — Bardzo ładna roślinka. — Podeszła do cennego glona psa i zaczęła go obwąchiwać. — Ma pan ich więcej? Jest bardzo ładne i ciekawe, chciałabym zobaczyć więcej takich roślin. Wie pan, nigdy nie byłam w tych okolicach...
— To jedyny w swoim rodzaju. 
— Więc nie ma ich więcej?
Lodowy pośpiesznie pokręcił głową, usiadł i wziął głęboki wdech. 
— Jest ich tutaj znacznie więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Ten gatunek jest jednak niesamowity i jedyny w swoim rodzaju. Wyłowiłem go dzisiaj i jestem pewien, że w swojej kolekcji mam tylko dwa podobne, co w porównaniu z innymi gatunkami jest śmieszną ilością.
— Ten glut ma jakąś nazwę? — Szczeniak, który zresztą nazywał się Lotosem, usiadł i z zaciekawianiem przysłuchiwała się nieznajomemu.
— Oczywiście! — Lodowy niemalże nie podskoczył. — Jego nazwa to zielonowąs szlachetny.
— Zielonowąs? — Uśmiechnęła się ironicznie. 
Lodowy otwierał już psyk, by wyjaśnić historię nazwy, kiedy przeszkodził mu kolejny pies, który wyłonił się z krzaków. Ciemnej maści pies rozejrzał się i gdy dostrzegł szczeniaka, siedzącego przy białym obywatelu Ventus, przyspieszył kroku. 
— Lotos zostaw pana, jeszcze cię ugryzie. Chodź tutaj, idziemy. 
Szczeniak nie zwrócił nawet uwagi na starszego od siebie psa i wpatrywała się dalej w Lodowego, oczekując dalszej części historii.
— Przepraszam, pewnie przeszkadza. — Podszedł ostrożnie, jakby naprawdę był przekonany, że Lodowy pożera szczeniaczki. 
Śnieżnobiały pies przekrzywił głowę. Nie rozumiem, dlaczego ciemnego umaszczenia pies, o ciekawych, dwukolorowych oczach zakładał, że szczeniak jakkolwiek mu przepraszam. W końcu tak bardzo kochał, jak ktoś pytał go o jego zainteresowanie; a nie pytał go nikt. 
— W niczym nie przeszkadza. — Pokręcił głową. — Pokazywałem jej glony.
Ciemny pies gdyby mógł, z pewnością skrzywiłby się z zażenowania — lub też — z niedowierzeniem. 
— W każdym razie, Lotos, idziemy. — Nerwowo zamachał ogonem i widząc, że szczeniak nie zwraca na niego uwagi, zaczerpnął głośno powietrza, prawie tak, jakby był astmatykiem i zaczął się dusić. 
— Może ze mną zostać. — Lodowy usiadł i spojrzał na kręcącego się szczeniaka. — Nie zjem jej ani nic... jestem zupełnie nieszkodliwy. — Widząc niepewny — i zapewne — spanikowany wzrok psa, ucichł i nie powiedział nic więcej, kiedy dwukolorowy zaczynał przeganiać jęczącą suczkę. 
<Żonkil?>
[822 słowa: Lodowy Przebiśnieg otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]