Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency × Mlecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurency × Mlecz. Pokaż wszystkie posty

4 grudnia 2020

Od Laurencego C.D Mlecza

Laurency miał trzy komórki mózgowe i każda z nich odpowiadała za inny obszar jego osobowości.
Pierwsza miała za zadanie utrzymać stężenie nieheteroseksualnych zachowań w jego krwi i jeżeli ktokolwiek byłby na tyle odważny, żeby podjąć się próby udowodnienia, iż cały charakter Lauriego nie jest budowany na stereotypowym przedstawicielu gatunku canis biseksualis, prawdopodobnie udowodniłby karykaturalność podkreślania jego orientacji w każdym możliwym momencie, niemniej jednak nie ma wśród nas osoby, której serce nie rozpłynęłoby się na myśl biednego, zagubionego w świecie psa wyglądającego jak greckie bóstwo. Tak więc ta pierwsza komórka mózgowa jest powszechnie kojarzona i wiązana z bezgwiezdnymi, ciemnymi masami, dobrze wiemy, z jakich powodów. Nie wątpimy, że posiadają oni znacznie większą ich liczbę, to jest, komórek, ale omawiana część osobowości jest obecna w każdym zestawieniu cech.
Drugą komórkę równie dobrze moglibyśmy pominąć, bo jest jak irytująca dziewczynka z przedszkola, której nie lubisz, bo jest głupia, śmierdzi i ma zbyt wysoką barwę głosu. Ten fragment niewielkiego, pomarszczonego mózgu Laurencego opisać można w skrócie — „jestem dużym dzieckiem, kochajcie mnie”. Wołająca o atencję, naiwna, niemądra dziewczynka piszcząca na widok pająka ukryta w ciele pięcioletniego psa.
Trzecia, ostatnia, to połączenie pierwiastków apollińskich i dionizyjskich. Nie będziemy zajmować się tu filozofią, ale biorąc pod uwagę ten właśnie podział, Laurency balansuje gdzieś na granicy — był światłem, ale i chaosem, wewnętrzną harmonią, zewnętrznym nieporządkiem, miłośnikiem zapierającej dech w piersiach natury, jak i pragnącym „czegoś więcej”, zachłannym Lauriem o ślicznych, niebieskich oczkach i głupiutkiej gadce.
I, proszę państwa, po tym poetyckim wstępie warto podkreślić, że żadna z tych wdzięcznych komórek nie dbała o odpowiedzialne zachowanie.
A teraz, kiedy po tylu historiach, w które wplątano najróżniejsze przemyślenia na temat charakteru jegomościa, które prędko przybrały postać monologów, kiedy dokonano całkowitego exposé łaciatego bohatera, pora porzucić monotonny sposób bycia i skupić się wreszcie na sednie problemu. Był nim bez wątpienia Mlecz, cokolwiek by nie mówić na temat jego ujmującego, typowo szczenięcego usposobienia.
Gdyby nie kłopot stojący na drodze Laurencego, z całą pewnością dogadywaliby się o stokroć lepiej.
— Słuchaj, mały szkrabie — zwrócił się do rudawej kulki co rusz wyprzedzającej jego krok. — Na chwilkę musimy stać się poważnymi psami. Bądź dzielny, miły dla Mlematisa, podnieś ten swój kochany łepek i w ogóle. Pamiętaj, że rządzisz bez względu na to, co się stanie i…
— A co się stanie? — przerwał mu wychowanek.
— Nic wielkiego… raczej. — Przeniósł spojrzenie na miejsce, w którym z reguły można było odnaleźć Klematisa. — Najważniejsze jest to, żebyś nie zachowywał się niegrzecznie, wiesz? Jesteś super i tak dalej, ale to jest nasz lider. Nasz szef, Mleczyku, to jest nasz szef. Ktoś jeszcze istotniejszy od kierownika. Pojmujesz to, maluchu? On rządzi jeszcze bardziej, niż ty.
— Serio? Co robi szef?
— Rządzi, przed chwilą powiedziałem.
— Ale jak rządzi?
— No, rządzi — wymruczał Laurie. Gdyby tylko miał ludzką twarz, co może brzmieć absurdalnie, ale dla podkreślenia emocji warto ją sobie wyobrazić, najpewniej uniósłby właśnie brązowe brwi, wykrzywił usta w grymasie i przekręcił głową. Tak w prawo. Wszyscy wiemy, o co chodzi. — Jak rządzi nami mama, tak on rządzi nami.
Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co właśnie wyfrunęło z jego pyszczka, było już za późno.
— Mama! No tak, gdzie mama?
„Dobre pytanie” — nasunęło mu się na myśl. Nie miał odwagi do wypowiedzenia tego na głos. Mimo tego, iż sprytny najbardziej na świecie nie był, to wiedział, jakie ruchy są dozwolone przy szczeniętach, a których, dla spokoju, wypada unikać.
Ten przypominałby samobójstwo, umyślnie naraziłby się na potok pytań lub, co gorsza, sprawiłby, że Mlecz przestałby być Mleczem.
— Widzisz tamten kształt? To Klem. — Skinął ku rdzawej postaci. — Pamiętaj, co ci powiedziałem, kierowniku.
Mlecz zatrzymał się wpół kroku. Laurie zerknął na niego z ukosa.
— Boję się — wymamrotał szczeniak z zadziwiającą pokorą.
— Kogo, Klematisa? — parsknął ten drugi. — Też się go boję, ale nie zrobi nikomu krzywdy. Jesteśmy jego ziomkami, tak jakby. W sumie to nie jesteśmy, ale…
— Ma duże uszy?
— Co?
— Czy Mlematis ma duże uszy?
— Ee… — zawahał się. — Nie ma dużych uszu. Chyba. Możesz sprawdzić.
— A duże zęby?
— Mlecz, ja naprawdę…
— CZY MA DUŻE ZĘBY? — pisnął.
— Nie, nie, nie, nie. Nie krzycz tak, bo pobudzisz ptaki i następnym razem zrobią ci kupę prosto na ten ciekawski pyszczek — zagroził Laurency nienaturalnie poważnym tonem. — Co się podziało z twoją odwagą, Mleczyk, chojraku?
— Co to znaczy?
— A no tak. Znasz tylko kilka słów. Dobra, jeden pies, mały, idziemy do Klematisa z długimi uszami i podłużnymi, ostrymi kłami.
— Nie żartuj sobie! — strofował go maluch.
Marmurkowy samiec pokręcił łbem i w akompaniamencie świergotu bodaj skowronków poprowadził szczenię do siedliska przerażającego Klematisa. Pies, ku radości obojga, znajdował się na swoim miejscu. Okolica nie była najprzyjemniejsza i z całą pewnością nie sprawiała, że Mlecz czuł się bardziej rozluźniony niż przed momentem, kiedy jego niedoszły jeszcze opiekun straszył go potworną postacią szefa Bezgwiezdnych, jak gdyby należał do wyjętego spod psiego co prawda prawa gangu — jakby nie patrzeć, byli wyjęci spod wojowniczego kodeksu, co stanowi swoiste odwzorowanie spisu ludzkich praw i obowiązków, tudzież zbioru moralnych norm, czy jakąkolwiek inną nazwą można to opatrzyć.
Laurency, nie kłamiąc, wciąż nie był świadomy, na co się pisze i jaka sytuacja rozwija się na jego oczach.
— Klematis — przywitał go, wyszczerzając się kretyńsko. — Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo zł-... znaczy, mam na myśli, zajęty, bo ten, no, sprawa. Jest sprawa. Dosyć delikatna sprawa, a ja przyszedłem ją rozwiązać. Chociaż nie, rozwiązać to za mocne słowo, to wszystko dopiero się zaczy…
— Laurency.
— Czemu wszyscy mi dzisiaj przerywają? No dobrze, już dobrze. — Westchnął męczeńsko. — To jest Mlecz. Urodzony jako Reksio w odległych górach za lasami i rzekami, tak naprawdę zaraz za miastem — napomknął szeptem. — Jak widzisz, szefie, znaczy się, Klematisie, Mlecz to towar małego kalibru i jest malutki, to w praktyce tylko szczeniak, który ledwo co nauczył się mówić.
— Nieprawda! — fuknęła zirytowana kulka futra. — Umiem mówić od bardzo dawna, odkąd się urodziłem!
— Tak, tak, Mlecz, pewnie. Widzisz, głupiutki jest, naiwny. — Laurie przygarnął go do siebie, zwracając się do lidera niewierzących dupków. — Kto wie, co dzieje się w tym łebku, kto wie. Tak czy inaczej. Pewnie ciekawi cię, kim jest Mlecz i skąd się właściwie wziął. Otóż… jakby ci to dosyć zgrabnie… to jest… syn? Syn. Tak. To syn Ćmy. Tej takiej. Ćmy. Nie wiem, czy chcesz usłyszeć całą historię, zapewniam, że jest popieprzona gorzej ode mnie, ale w stu procentach szczera i… tak, zdecyduj, co ja się będę produkować.
— Laurency, spokojnie. Nie musisz mi o tym opowiadać, wśród Bezgwiezdnych znajdzie się miejsce dla każdego.
— Serio? — zdziwiły się dwa głosy.
Klematis skinął. Laurie, z nieukrywanym szokiem i niepohamowaną satysfakcją jednocześnie, spojrzał na szczenię wbijające w niego spojrzenie wyrażające równie wiele, co jego własne. Bezgwiezdny podejrzewał, że podobnie, jak on sam, Mlecz nie zdawał sobie sprawy z tego powagi tego momentu i skutków, które niosła za sobą podjęta przez starszego decyzja. Chociaż Klematis ochoczo zgodził się na przygarnięcie szkraba do Bezgwiezdnych, wyraził także niemą zgodę na to, żeby Laurency podjął się trudu wychowania raptem kilkumiesięcznego wulkanu energii do momentu, w jakim malec zacznie treningi i całą zgromadzoną energię będzie mógł wyładować w ich trakcie, żeby w momencie, gdy słońce będzie najwyżej na niebie, wracać do swojego opiekuna, żeby poprzechwalać się, jakich to sukcesów nie odniósł tamtego dnia. Wizja ta przyprawiała samca o lekkie dreszcze, ponieważ już wtedy czuł presję, jaka odtąd będzie na niego wywierana — od jego podejścia zależy, na jak wspaniałego wojownika wyrośnie ten rudawy, skrajnie ekscentryczny i wszędobylski Mlecz. Mimo że nosił imię po chwaście, był to niezwykle piękny chwast i właściciel tego miana był zmuszony do noszenia go z dumą — inaczej Laurency zwróciłby go na śmietnik z nadzieją, że takie zwroty funkcjonują i nie musi zwracać żadnych kosztów.
— Klematis, królu złoty, dziękujemy — płaszczył się pod nim. — Jeśli to ma jakieś znaczenie, wezmę go do siebie, będziemy się tam kręcić, jakby ktoś czegoś potrzebował. Dziękujemy jeszcze raz, niech ci sierść służy podczas pory nagich drzew!
Oddalili się o kilka długości, zanim Mlecz otrząsnął się na tyle, żeby móc otworzyć pyszczek.
— Co to pora nagich drzew?
— Mlecz, Mlecz. Mamy całe życie na tłumaczenia, kierowniku. Caaałe życie.

<mleczak?>

18 listopada 2020

Od Mlecza CD Laurencego

Wczorajszy dzień był dla mnie jednym z lepszych, tak mi się wydaje. W końcu tych dobrych chwil nie miałem dużo na tyle, by ustalić jakąś skalę. Spotkanie wujka Laurencego przyniosło mi tyle nowości! Kto by się spodziewał, że istnieją takie wielkie stosy z dobrym jedzeniem, a do tego tak miękkie podłoże? Mimo przyjemnego spanka moje mięśnie, a bardziej pęcherz zaczęły mnie budzić. Przeciągnąłem się i z grzbietu przewróciłem się na bok, otwierając swoje ślepia. Rozejrzałem się wokół i widząc znów te brązowe futro, zamerdałem ogonem. Miło jest wstawać z osobą, z którą się zasypiało, zawsze jest tak jakoś weselej.
— Wstawaj! No już, szkoda dnia! — Zacząłem podgryzać ucho psa, zapierając się przy tym przednimi łapami na jego ciele.
— Mhm już, tak, podnoszę się — mruknął samiec, trzepiąc łbem, by odgonić się od moich zębów. Odskoczyłem od Lauriego, przyjmując pozę do zabawy. No już! Szybciej! Chciałbym jeszcze raz pójść na górę jedzenia! Gdy ten wstał, również się podniosłem, dopiero teraz zauważyłem wielką różnicę pomiędzy nami, jednak nic dziwnego, skoro jeszcze jestem szczeniakiem, za to on na karku nosił zapewne ponad cztery lata.
— Jak się spało, kierowniku? — zapytał, trącając mnie nosem.
— Baaardzo wygodnie! Nigdy nie sądziłem, że coś miększego istnieje od liści — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, miałem wielką nadzieję, że zostaniemy tu z mamą na zawsze. Mógłbym się nawet szybko przyzwyczaić, chociaż Dwunożni, którzy zajęli wcześniej miejsce wujka, są straszni.
— W dechę, jednak wiem, co jeszcze bardziej ci się spodoba, a raczej twojemu żołądku — stwierdził, gdy z mojego brzucha wydobyło się ciche burczenie.
Nie potrzebowałem szczegółowej informacji co do planu psa, było to tak bardzo oczywiste, aż nos sam mnie zaczął prowadzić. No, prawie. Szedłem obok Lauriego, by przypadkiem się tu nie zgubić, moja orientacja w terenie jest dość słaba. Powiem wam, że spędzanie tutaj czasu ma swoje uroki, a gdy robi się ciemno, to już nie da się tego opisać.
Gdy dotarliśmy już na jadłodajnię, zacząłem wędrować na wczorajszy stos jedzenia, no po prostu wyśmienicie! Nigdy, ale to nigdy nawet nie myślałem, że takie miejsca istnieją. Tyle zapachów, które drażniły przyjemnie mój nos, zachęcając do tego, by zjeść to wszystko. Jednak wiem, że nie zjadłbym tego na raz. Skusiłem się na jakieś mięso, które nie wyglądało na jakieś spalone, było dość jasnego koloru. Otwierałem już szczękę, by zabrać kawałek, lecz szybszy ode mnie był jakiś szary kocur. Nie lubiłem ich, były wredne i zawsze wszystko zabierały. Nie myśląc zbyt dużo, ruszyłem za nim.
— Hej! Oddaj! To moje! — warknąłem, starając się omijać innych osobników, nie chciałem przypadkiem wpaść w czyjś pysk.
— Mlecz? Mlecz, gdzie jesteś? Mlecz, wracaj tu! — słyszałem odgłosy mojego opiekuna, jednak chęć dorwania tego kota była większa. No i prawie mi się udało. Byłem tak blisko, lecz jeszcze bliżej było brązowe futro, które już poznałem.
— Oszalałeś, kierowniku? Mogło ci się coś stać! I to nie tylko stracić zęby, a nawet cenne futerko! Nie można tak robić, kierowniku — zbeształ mnie, trącając pyskiem.
— Tylko że on! Ten sierściuch! Zabrał mi moje śniadanie! — warknąłem, lecz pod wzrokiem opiekuna opuściłem łeb. — Wybacz, Laurie — mruknąłem z lekkim poczuciem winy.
— No już, jest okej. Następnym razem nie podejmuj decyzji pochopnie.
— Pochopnie? Co to znaczy? Brzmi jak to coś, co się świeci — zapytałem, wyczekując odpowiedzi.
— Mleczu, Mleczu, pochopnie to znaczy szybko. Tak jak pobiegłeś za tym kotem — odparł ze spokojem, na co ja zamerdałem ogonem. Coraz więcej poznaje dziwnych słów. Nigdy nie pomyślałem, że będę słyszał takie słowa.
Wróciliśmy na wcześniejsze miejsce i od razu zacząłem zjadać pożywienie rzucone przez brązowego psa. Zdecydowanie miał lepsze doświadczenie odnośnie do jedzenia. Chociaż twierdzi, że mlecze nie są smaczne. A nawet ich nie spróbował! Skandal. Zdecydowanie ten chwast jest najlepszy z kwiatków. Gdy mój posiłek został pochłonięty, podniosłem się, otrzepując. Laurency dopiero kończył swój posiłek, wiec zacząłem podgryzać swoją łapę. Pchły atakowały moją skórę co jakiś czas.
— Dobra, kierowniku, zrobimy małą wycieczkę — mlasnął samiec, ruszając powoli, by nie zgubić go, poszedłem za nim.
— A gdzie idziemy? Może pójdziemy nad jakąś kałużę? — znów zadałem pytania. Laurie chyba już się przyzwyczaił. To było jedno z charakterystyczniejszych moich cech. Tak przynajmniej mówiła matka.
— Powoli, kierowniku. Idziemy do Klematisa — rzekł dość niespokojnie, jakby obawiał się spotkania z mniemanym psem.
— Mlematis? Po co? Przecież nic się nie stało? Czy to dlatego, że pogoniłem kota?
Pytaniom nie było końca. Co chwila zadawałem więcej głupszych pytań. Laurie na samym początku starał się nie pogubić i co chwila kazał mi się zamknąć, jednak nie widząc żadnej szansy na spokojną wyprawę, odpowiadał jedynie jakimiś krótkimi słowami, nawet niezbyt wsłuchując się w sens pytań.
<Laurency?>
[742 słowa: Mlecz otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

8 listopada 2020

Od Laurencego do Mlecza

Laurency, swojego czasu, kiedy miał w głowie tyle bzdur, że aż pękała mu od nadmiaru kretyńskich pomysłów, znał pewną postać — przeciętną, przyjaźnie nastawioną samicę najprawdopodobniej tej samej rasy, którą reprezentował on sam, o całkiem ładnych, bursztynowych oczach i dosyć tuzinkowym uosobieniu. Ot, była ona epizodycznym bohaterem jego bezgwiezdnej historii, nie sprawiła, że zmienił swoje nastawienie albo cokolwiek innego. Pojawiła się i zniknęła jak fala podmywające brzegi. Owo zniknięcie robiło na nim wrażenie tylko z początku, kiedy dotarła do niego informacja, iż Ćma nie była widziana od solidnego kawałka czasu, z każdym następnym dniem brakowało mu jej coraz to mniej i mniej, o ile czasownik „brakować” oddaje jego uczucia względem tej sprawy. Znali się w końcu, raptem, kilka wschodów, jeden jedyny raz dzielili posiłek — i to byłoby na tyle w kwestii tej znajomości. Wieść o Ćmie zaginęła, więc każdy, kto był zainteresowany jej żywotem, założył, że albo uciekła, albo została pożarta przez Potwory.
Czemu zawdzięczacie tak interesujący, z całą pewnością niezbędny wstęp zawierający na pęczki informacji o kompletnie przypadkowej suce? Otóż jej synowi. Ale o tym za moment. Laurie nie potrafił trzymać urazy. Zresztą, nie miał prawa żywić jej w stosunku do Ćmy, szczególnie kiedy pojawiła się w mieście, nawet po tak długiej nieobecności. Chociaż, co prawda, ledwo pamiętał, jak wyglądała, udało mu się w całkiem szybkim tempie zidentyfikować nowo-stary zapach, który pojawił się w jego okolicach — temu właśnie zapachowi towarzyszyła jeszcze jedna woń, różna od pierwszej, jednak rozpoznanie tej konkretnie przysporzyło mu znacznie więcej kłopotów i koniec końców nie doszedł do żadnego wniosku. Zaintrygowany zorientowaniem się w pochodzeniu zapachu, zaczął podążać jego tropem (jako że bardziej interesujących zadania wówczas nie miał) bez względu na przeciwności losu w postaci mieszających się z nim innych, miastowych smrodów, takich jak choćby spaliny samochodowe, niemyjący się Dwunożni czy gnijące jedzenie, spoglądające na przechodniów spomiędzy krat piwnic postawionych wzdłuż ulicy budynków mieszkalnych i pomniejszych sklepów. Truchtał swobodnie chodnikiem do momentu, w którym zapach się urwał, jakby był tym smutnym kawałkiem chleba, jaki Dwunożni zawsze odkrawają, bo jest za suchy i nikomu nie smakuje (innymi słowy, woń zniknęła, jak gdyby odcięto ją bardzo ostrym narzędziem) — wtedy zatrzymał się, rozejrzał i w momencie spochmurniał. Opuściły go wszelkie nadzieje i entuzjazm, który zdążył zagotować się w ciągu kilkunastu minut nieustannego jeżdżenia nosem po chropowatej nawierzchni. W końcu ta krótka przygoda zapowiadała się na jedną z najciekawszych tamtego dnia, tygodnia lub w ogóle miesiąca! Czuł się tak zawiedziony!
— Laurency? — usłyszawszy swoje imię, wyprostował się jak struna. Nie minęła chwila, a dostrzegł, jak w jego kierunku podąża para dwóch psów — brązowy pies średniego wzrostu i mniejsze, pulchne szczenię podskakujące za każdym razem, kiedy przenosiło ciężar ciała z łapy na łapę. Wyglądał jak -duży, okrągły kamień, tylko beżowy i bardziej… puchaty. Czyli w zupełności nie jak kamień. Bardziej jak gil, ptasi grubas. Tak, wyglądał jak gil, będąc przy tym uroczym w cholerę. Laurie, widząc małą kulkę sierści, nie mógł się powstrzymać i westchnął z miłością. Malec sprawiał wrażenie tak beztroskiego i zadowolonego, że serce Laurencego roztopiło się jak na zawołanie. Następnie zerknął ku górze, na prowadzącą go postać i, o zgrozo, gdyby siedział na krześle, to prawdopodobnie by z niego spadł — kroku szczeniakowi dotrzymywała brązowo-biała samica o głębokich, bursztynowych oczach. To Ćma! Laurency spotkał Ćmę, jakkolwiek niesympatycznie by to nie brzmiało (gdyby ktoś nie zrozumiał, mało kto lubi ćmy. Ćmy, owady). Nagle jakoś lżej mu było na sercu, miał ochotę pobiec do Klematisa. „Klematisie! Klematisie!” — wyobraził sobie — „Klematisie, nie zgadniesz, kogo widziałem! Kto wrócił!”.
Nie posiadał się z radości. Laurie poczuł nagle, jakby jej widok zrzucił kamień z jego serca, nagle było mu jakoś lżej. Ćma żyła! I była w formie! I miała… cholera, no tak, przecież Ćma sprawiła sobie dzieciaka!
— Ćmo? Ćmo, jak miło cię widzieć! — odparł. — Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się martwiliśmy! — Nie była to prawda, rzecz jasna, niemniej jednak Laurency nie skłamał świadomie. Chciał tylko, żeby czuła się równie dobrze, co on w tamtym momencie. — Jak miło cię widzieć, powiem to jeszcze raz. Bardzo miło. Widzisz, jaki podekscytowany jestem, no nie? — Faktycznie, w wyniku nagłego napływu endorfin jego mięśnie zaczęły drżeć, więc drżał również głos. Trząsł się bardziej niż galareta! — A cóż to za młody dżentelmen? Jaki ty przystojny, po mamie. Znaczy, mama jest ładna, ty przystojny. Znaczy. Dobra, nieważne, zaczynam być towarzysko niezręczny. Jak leci, malcu?
Zarówno jak i Ćma, i malec zerknęli na niego z dołu, z całą pewnością przygnieceni lawiną słów, jaka wypłynęła z pyska Lauriego. Ćma nie wydawała się jednak zdenerwowana ani wystraszona — jak sądził, znała go dosyć dobrze i była świadoma tego, jak okropnym charakterem się odznacza. 
— Mama twierdzi, że piękny jestem po ojcu, ale miło, ty też masz ładne futro! Co do latania, jeszcze nie umiem, jednak obiecuję, że się nauczę — odparował szybko szczeniak, zadzierając łepek jeszcze wyżej.
Laurency uśmiechnął się szeroko, rozpływając się nad tym, jak urocze było małe przeciwieństwo Ćmy. Jak mówił, całą urodę musiał przejąć po ojcu, ponieważ matki nie przypominał w absolutnie niczym — różnili się na każdej płaszczyźnie, wyrazy pyszczków mieli różne, oczy w kompletnie innych barwach, w dodatku, malec, jak na szacowany przez Lauriego wiek, był wyjątkowo wysoki, w porównaniu do średnio-dużej borderki. Odznaczał się ponadprzeciętnym optymizmem wyczuwalnym na kilometr. Laurencjusz posiadał dwa wrodzone radary — gejradar i szczęścioradar — z czego ten drugi jasno i wyraźne wskazywał, iż stężenie radości w obrębie przebywania malucha gwałtownie wzrastało. Ćma jednak nie sprawiała wrażenia szczególnie szczęśliwej, ku zaniepokojeniu naszego komedianta.
— Jeśli planujecie zostać w legowiskach Dwunożnych dłużej, mogę nauczyć cię latać, jeśli tylko zechcesz, szkrabie. Szefie, udanego masz dzieciaka — zwrócił się do Bezgwiezdnej. — Kopę lat, Ćmo. Co cię sprowadza do tego kurwido-... och, usznowanko, przepraszam, zapomniałem o kierowniku, — skinął do malucha — do tego padołu łez i rozpaczy? Mnie się podoba wybitnie, no nie, ale gdybym miał wybór, jak, prawdopodobnie, ty miałaś, uciekając stąd, hoho!, dawno temu bym uciekł i w tej chwili najpewniej szwędałbym się tam, o, bezgwiezdni, po wysokich górach, kotlinach, wzgórzach mniejszych i większych, udając natchnionego mnicha. Jednak rozumiem, że ty to nie ja, dlatego też pytam: co skłoniło cię do, jak rozumiem powrotu? Bo zniknęłaś, prawda? Poczuł wstyd dopiero kiedy, dostrzegł, w jakie zakłopotanie wprawił Ćmę. Rozglądała się po Dwunożnych i swoim synu, szukając dogodnej odpowiedzi, a Laurie, jak ostatni dupek, gotowy był brnąć w to dalej. Nie ukrywamy, iż miewał kłopoty z logicznym myśleniem.
— Szukałam siebie. Wśród Bezgwiezdnych miałam się… dobrze. Ale czułam, że gdzieś dalej może spotkać mnie coś jeszcze lepszego — odparła zdawkowo i szybko zmieniła temat. — A co u ciebie, Laurie?
Laurency coś tam odpowiedział, z czegoś tam się pośmiał, próbował rozładować atmosferę i tak toczyła się ta jakże owocna rozmowa. Nie był świadomy tego, jakie skutki przyniesie — szybko się to zmieniło, bo Ćma nie pieprzyła się w tańcu.
— Spadłeś nam z nieba — oznajmiła niespodziewanie, kiedy Laurencjusz rozwodził się nad rodzajami szynki, którą udaje mu się porywać z masarni w jego okolicy. — Z Reksiem… 
— Z kim?
— Z Reksi…
— Z R e k s i e m? R e k s i e m?! — przerwał jej wzburzony jak morze po niewyobrażalnym sztormie. — Nazwałaś dzieciaka Reksiem? Nazwałaś j e g o Reksiem? Reksiem, do stu tysięcy Dwunożnych, Reksiem? Przecież to jest takie żałosne, Ćmo, nie obrażając ani ciebie, ani tego dżentelmena. Te wszystkie Dwunożne burki noszą takie imiona, spotkałaś kiedyś sympatycznego burka? Nie? Ja też nie! Dlaczego więc maluch nazywa się R e k s i o? Spójrz na niego. — Szybko opuścił łeb. — Strzałka, kierowniku. Nie wyglądasz na Reksia, prawda?
— Laurency… — rzuciła z politowaniem. — To bez większego znaczenia.
— Ale…
— Wracając, nie mamy się gdzie podziać. Dopiero wróciliśmy i moją pierwszą myślą było przyjść do ciebie. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Nie wiedziałam, kto inny mógłby nas przyjąć. Minęło dużo czasu.
„Fakt, minęło” — przeszło mu przez głowę. Laurency wprawdzie nie miał swojego mieszkania, legowiska, żadnej nory podobnej do Leonisowej, stałej pracy, pensji ani samochodu, ale zawsze był gotowy ugościć przyjaciółkę z dawnych lat. W porządku, „przyjaźń” to za duże słowo, jednak w dalszym ciągu nie wahał się ani chwili, tylko ochoczo odparł:
— Jasna sprawa, szefie, zapraszam do mojej willi.

Powędrowali więc w stronę posiadłości Laurencego pod wielkim kontenerem, przy przydrożnej knajpce mieszczącej się w dużym, szeregowym budynku z brunatnych cegieł. Na jego szczęście, w okolicy nie czaiło się zbyt wielu Dwunożnych bezdomnych śmierdzących gorzkim smrodem fabryki z obrzeży miasta, więc Reksio, jak gospodarz sądził, nie miał powodów ku jakiemukolwiek baniu się tego miejsca. Był to zaułek w spokojniejszej części miasteczka, wąska, niedługa uliczka odgrodzona od drugiej podobnej srebrną siatką — tam też się kończyła. Jak powszechnie wiadomo, bo było o tym wspominane co najmniej dwadzieścia jeden razy w każdym opowiadaniu, jego „lokum” mieściło się dosłownie przy śmietniku, więc ten, kto nie przywykł do odrażających zapachów, mógł się ździebko zrazić, jednak nie on, brązowowłosy rycerz walczący o przetrwanie zaadaptował się bez większego kłopotu.
— To jest moje legowisko, Ćmo, Reksiu. — Wskazał nosem na zbitkę przedmiotów najróżniejszego pochodzenia. — Mogę wam go odstąpić, ponieważ jestem przekonany, że oboje się na nim zmieścicie, jednak nie jestem pewny tego, czy ta… feeria zapachów przypadnie wam do gustu. Chyba że, tak jak ja, przyzwyczailiście się do różnistych smrodów. Wtedy droga wolna. Drugą możliwością jest spać na tym leżysku, o, tam. — Tym razem skinął łbem ku prostokątnemu materacowi. Wystawało z niego parę sprężyn, jednak były na tyle tępe i nieszkodliwe, iż nadziać się na nie nie szło w żadnym razie. A krzywdy sobie zrobić to już w zupełności. — Zazwyczaj goszczę na nim gości, więc powinno spełniać swoją funkcję.
— Nie będziemy zabierać ci miejsca.
— Aw, jaka ty słodka — wymruczał. — Skoro wiecie, gdzie znajduje się co, wyjdziemy na obiad? Jestem troszkę zmęczony, co chyba po mnie widać, ale dla starej kumpeli zawsze znajdę chwilę. Ćma, mimo wyraźnej aluzji Laurencego, nawet nie zaprotestowała. A szkoda, bo to byłaby pierwsza sytuacja, gdzie Laurie cieszyłby się z pozostania w swoim bezpiecznym legowisku. Zabrał ich na wysypisko, na tę przyjaźniejszą część, bez mechanicznych, głośno ryczących Potworów, które na tysiące mniejszych części roztrzaskiwały inne Potwory należące do Dwunożnych. Laurency od czasu do czasu zastanawiał się, czy to w porządku wobec nich, ale prędko uświadamiał sobie, że te same Potwory nie dawały mu spać po nocach, kręcąc się po ulicach w tę i we w tę, jak gdyby nie potrafiły stanąć albo znaleźć sobie miejsca na świecie. Poszli więc w miejsce, gdzie roiło się od innych kundli. Tutaj, za wysokimi płotami, ale otwartą na oścież bramą, usypano wysokie stosy marnowanego przez koncerny, większe, mniejsze biznesy jedzenia, które, według logiki ludzi rządzący nimi i zasad ustalonych przez głowy organizacji międzynarodowych, nie nadawały się już do spożycia ani sprzedawania. Było tam więc wszystko, od owoców, warzyw, poprzez posiłki obiadowe spakowane w styropianowe pudełka, zafoliowane kanapki z małych spożywczaków, poprzez słodkie soki w szkle, różnisty nabiał, kończąc na cukrowych łakociach (których psy jeść pod żadnym pozorem nie powinny), pieczywie albo mięsie, które bez żadnego kłopotu można by było sporządzić i upiec w piekarniku czy na grillu — niestety, ludzie nie byli aż tak błyskotliwi. Czy to dobrze? Czy to dzięki nim psy były w stanie przeżyć? I tak, i nie, ponieważ skutki jedzenia poniektórych rzeczy, w szczególności cukrów, bywały opłakane. I tego raz doświadczył Laurency, więc od tamtej chwili przestrzega tego rodzaju posiłków i przestrzega przed nimi najbliższych. Psów było tam na pęczki, ale nikt nie sądził, żeby jedzenia miało zabraknąć — było go tak wiele! Laurie dostrzegł iskierkę w oczach Ćmy. Reksio zaś czekał na jej ruch, obserwując węszących po owych górkach rówieśników. Faktycznie, szczeniąt nie brakowało.
— Zawsze tu było? To…
— Tak. Znaczy się, odkryłem to tak daaawno temu, że nawet nie pamiętam, jaki kolor liści miały drzewa, jednak tak, sądzę, iż było tu zawsze i tylko czekało, aż ktoś z nas tu zawita. Bądź ostrożna, Ćmo! Pewnego dnia, kiedy zjadłem słodziutką, okrągłą bułę, nie mogłem odpędzić od siebie gazów i rzygałem tyle wschodów słońca, że hoho! To bardzo niesmaczne, prawda? W takim razie mam nadzieję, że was odciągnie od pomysłu wciągania takich łakoci. To złe, złe, bardzo złe. Szczególnie dla ciebie, szefie! — powiedział do Reksia. — Zęby wszystkie stracisz. Dasz wiarę, jakie to proste?
— Co do jednego? Nawet jeśli spróbuje tyci tyci? — Spojrzał na Laurencego, zastanawiając się przez moment. — A ty, straciłeś jakieś?
Laurie pokręcił łbem.
— Nie, ale to dlatego, że jako mały szkrab ich nie jadłem. Mniejsza z tym, po prostu tego nie rób, bo cię tu zostawimy i umrzesz. — Ćma odwróciła gwałtownie głowę i obrzuciła go gniewnym spojrzeniem. — Dobra, dobra, sory, psia matko, nie mam ręki do dzieciaków. Czy możemy przejść do sedna? Dziękuję, kocham was. Najbardziej opłaca się szukać w tej górze przed nami, macie tu jedzenie z Dwunożnych sklepów, tam…
— Czym są sklepy?
— Ee… to są. To takie duże. No jakby, patrz, idziesz ulicą, widzi-...
— A co to ulica?
— Ziom — westchnął Laurency. — Nie wytłumaczę ci tego tak o, przypomnij, jak będziemy wracać. Wracając, tej drugiej, tam, lepiej nie dotykajcie, bo rozwali wam tyłki, ta trzecia, czwarta i tak dalej to takie… średniaki, średnia półka, ale jeśli nie dbacie o smak, tylko zależy wam na najedzeniu się, droga wolna.
— Pójdziemy z tobą — rzuciła Ćma.
— Okej, w dechę.
Znaleźli sobie trochę pokarmu i kiedy uzbierali wystarczającą jego ilość, Laurency wystąpił z propozycją zjedzenia tego wszystkiego gdzieś indziej, niż wśród dziesiątek rozgadanych psów. Za cel obrali pola za miastem, licząc na to, że kuszące zapachy nie zwabią pobliskich drapieżników, a jakiś przypadkowy klan nie uzna, iż to idealny dzień na odgryzienie im łbów. W drodze na miejsce rozprawiali o tym, jak to w ciągu dwóch lat nie zmieniło się miasto, dochodząc finalnie do skutku, iż nie zmieniło się w zupełności. Kiedy osiedli się na polach, słońce chyliło się ku zachodowi, budując niesamowitą atmosferę. Tereny spodobały się szczególnie Reksiowi, jednak co się dziwić — był raptem szczeniakiem, który odkrywał tereny Laurencego od podszewki.
— Ćmo, chciałbym zapytać, o ile to nie kłopot i to pytanie nie sprawi, że poczujesz się niezręcznie, albo źle, albo niekomfortowo, albo nie pomyślisz, że jestem wścibskim gnojkiem wtrącającym się w nie swoje sprawy i jeśli nie będziesz miała z tym pro-...
— Laurency — parsknęła. — Mów.
Wziął głęboki oddech.
— Co się działo?
Nie musiał podawać konkretów, żeby zorientowała się, co ma na myśli. Dla tych mniej bystrych czytelników — chodziło o ten dwuletni okres, kiedy, choć formalnie była w szeregach Bezgwiezdnych, nie pojawiała się nigdzie, jak gdyby była tylko duchem. Zresztą, ta historia od strony Lauriego jest znana, w końcu opowiedziano ją na samym początku.
Teraz Ćma westchnęła przeciągle.
— Ja… nawet nie wiem, od czego zacząć.
— Okej, nie zmuszę cię, ale je-...
— Można powiedzieć, że kogoś poznałam — przerwała mu, a Laurency, jak na rozkaz, umilkł. Reksio zajadał się swoim kawałkiem nieco spalonego, suchego mięsa. — To nie tak, że kazał mi stąd odejść albo zmusił do pójścia z nim. Nie, nie myśl tak. To… jakby ci to wyjaśnić, dosyć skomplikowane i chciałabym, żebyś mi obiecał, że nie będziesz patrzył na mnie inaczej.
— Obiecuję na stertę jedzenia i moje wszystkie zęby.
— Nasz plan zakładał wspólną ucieczkę. Tak właściwie to mieliśmy to zrobić następnej Pory Nowych Liści, ale pospieszyło nas to, że… miałam urodzić Reksia. Że coś nie gra zorientowałam się późno, rady zaciągnęłam u medyka spoza naszego klanu, a mój stan ledwo pozwolił nam opuścić te tereny. Szwendaliśmy się po lasach jedną, może półtorej pory i w pewnym momencie, kiedy nazajutrz mieliśmy wyruszyć w kierunku gór, on… — zwiesiła łeb — ...zniknął.
Laurencego ogarnął żal i współczucie względem starej przyjaciółki. Wiedział, jak to jest utracić miłość, jednak nie w tak bestialski sposób, w jaki uczynił to kochanek Ćmy. Nie mieściło mu się w głowie — jak można zostawić swoją ukochaną i maluśkiego szczeniaka na pastwę własnego losu!
Spojrzał na beztroskiego Reksia.
— Mały wie?
— Po części. Nie jest tego do końca świadomy, ojciec to tylko zamglone wspomnienie. Laurency, spadłeś nam z nieba. Ty i twoja pomoc…
— Bez stresu, Ćmo, ja zawsze tu będę — chętny do pomocy i oferujący swoje wsparcie. Możecie spać tam, gdzie ja i jeść tam, gdzie ja, zachowując przy tym pełną niezależność. Tutaj macie wolną łapę.
Ćma trąciła go pyszczkiem, bezgłośnie dziękując.
— Najadłeś się, kierowniku? — zapytał Laurency Reksia.
Maluch uniósł pyszczek, w którym jeszcze przed chwilą mielił tego swojego kotleta. W tamtej chwili jednak obgryzał fioletowego, małego kwiatuszka.
— Halo, halo, halo, halo — spanikował pan Bezgwiezdny. — Zostaw to, jest trujący.
Reksio mlasnął.
— Mlecz smakował lepiej.

Na długo po zachodzie wrócili do swojego zaułka. Na materacu, który miał pełnić funkcję legowiska Ćmy, wylegiwał się akurat długi, śmierdzący Dwunożny, więc Laurency, żeby zwolnić to miejsce dla przyjaciół, skrupulatnie obszczekał bezczelnego mężczyznę z każdej strony, aż ten, próbując go przy tym skopać, oddalił się. Bezgwiezdny przeprosił Ćmę za warunki, w jakich skazani są funkcjonować, ale ta nie wydawała się szczególnie przejęta — bez narzekań ułożyli się wspólnie z Reksiem na leżysku. Laurency padał już na ten swój głupiutki pyszczek, więc zanim towarzysze zdążyli życzyć mu dobrej nocy, już chrapał, rozwalony wśród starych kurtek i pogiętych kartonów.
Kiedy otworzył oczy, noc trwała w najlepsze. Omiótł go chłód, jak gdyby w ciągu tych godzin ochłodziło się o co najmniej dziesięć stopni, więc skurczył się do pozycji krewetki, wciskając łeb między łapy. Towarzyszyły mu przedziwne wrażenia — jednocześnie spał i był przytomny, czuł ciepło, zimno na raz i z trudem przekonywał się do kontynuowania tej błogiej czynności, jaką nazywano snem.
— Nawet nie wiesz, jak… — ktoś, coś mówiło, a on z trudem rozróżniał, czy była to jawa, czy tylko jeden z tych idiotycznych snów — ...przykro… — przerwa — …nie chciałam… — kolejna przerwa — ...tak się stało… — i szumy, i zagłuszenia — ...będzie dobrze… — szszsz — ...dbaj o siebie.
Wtedy uszy stanęły mu dęba. Otworzył oczy. Dźwignął się na łapy. Dostrzegł majaczącą przy Reksiu Ćmę.
— S-słucham?
— Cholera — zaklęła pod nosem i, obdarzając Laurencego jednym, pośpiesznym spojrzeniem, rzuciła się do biegu.
— Hej! Hej! — wrzasnął za nią Bezgwiezdny.
Prędko wstał z legowiska i pognał jej śladem — wypadł z zaułka, skręcił w lewo, robiąc wszystko, żeby nie zwolnić ani na chwilę. Był szybki, a Ćma jeszcze szybsza. Jej sylwetka zniknęła za rogiem spożywczaka z neonowym, bijącym po oczach banerem nad drzwiami. Zasapany Laurency, wciąż bez dowodów na to, czy ów bieg miał miejsce w rzeczywistości, czy był tylko i wyłącznie wytworem jego popieprzonej wyobraźni, opadł do siadu i tkwił w bezruchu przez następne minuty.
Wrócił do legowiska tylko i wyłącznie po to, żeby skontrolować, czy Reksio nadal tam był.
I był.
Z brzuchem do góry, rozwalony, jakby materac był jego własnością, z bezbronnością wymalowaną na twarzy i chrapliwym, periodycznym oddechem spał w najlepsze, kompletnie nieświadom tego, co zadziało się przed momentem. Serce Laurencego pękło wówczas na pół, po raz trzeci od śmierci Viktora, na którą nie miał wpływu, i Wilczego, jakiej zawinił. Jednocześnie czuł się jak duch, jak gdyby był trzecią postacią obserwującą jego fizyczną formę wpatrzoną w malucha, postacią, która wyzbyła się każdej emocji na rzecz rzetelnej oceny rzeczywistości. Może tak byłoby lepiej? Może gdyby nie kierował się uczuciami, wszystko byłoby prostsze?
Wtedy było jednak za późno, żeby osądzać Ćmę lub kogokolwiek innego. Klamka zapadła, los splótł ich nici. Jedynym, co pozostało do zrobienia, był powrót do snu, żeby rano, z trzeźwym umysłem, wziąć pod uwagę wszystkie czynniki i zdecydować, co zrobić z malcem. Gdyby wówczas, świeżo wyrwany z letargu, miał podjąć jakikolwiek wybór, najpewniej wybrałby źle, depcząc ścieżkę wyznaczoną mu przez przeznaczenie. Tylko czy jego przeznaczeniem była opieka nad Reksiem? Gwiezdni, czy istniejecie, czy nie, dlaczego? Dlaczego Laurency miałby być choćby d o b r y m materiałem na matkę? Spójrzmy na niego, spójrzmy na tę marną postać i rozłóżmy każdą jej cechę na czynniki pierwsze.
Laurie nigdy nie chciał mieć dzieci. Mimo że serce ma gołębie i z całą pewnością swoje szkraby pokochałby najszczerszą miłością, on zwyczajnie nie poradziłby sobie z ciężarem, który został na niego nałożony. Nie potrafi zadbać o siebie, jakim więc prawem miałby zdołać zapewnić godne życia warunki drugiemu organizmowi potrzebującemu jeszcze większej ilości ruchu, jeszcze większych porcji jedzenia, posiadającemu jeszcze większe pokłady energii, niż on sam w szczycie swojej formy? Laurency nie byłby w stanie nauczać walki, chodzić na wspólne sesje polowania i doradzać, jakie zwierzę spośród wszystkich w stadzie było najkorzystniejszą, najprostszą do złowienia ofiarą. Nie rozróżnia zająca od królika, borsuka od skunksa śmierdziela, zwykłych jagód od trujących — co więc, do cholery, przemawia za tym, że byłby dobrym ojcem?
Wykończyłby się psychicznie, ponieważ niewątpliwie przekładałby dobro dziecka ponad swoje. Choćby paliło się i waliło, nie zostawiłby go w potrzebie, nie pozwolił, żeby głodował i ostatni kawałek mięsa, nawet jeśli miałby przesądzić o tym, czy Laurency dożyje następnego dnia, czy zginie z wycieńczenia, odda mu bez chwili zastanowienia. W tamtej chwili Reksio był rocznym szczenięciem — zanim zostałby pełnoprawnym wojownikiem, musiały minąć dwa lata. Dwa lata trenowania, dwa lata dbania o to, żeby żył w dostatku. Dwa lata miał spędzić na pilnowaniu cudzego szczenięcia, żeby nie zrobiło sobie krzywdy jeszcze większej niż sam Laurie był w stanie.
I to, że nie łączyły ich więzy krwi, nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ Laurency nie był w stanie zostawić go na pastwę losu.
Tamtej nocy, kiedy stał nad śpiącym Reksiem, poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby wyrósł na szczęśliwego, zdrowego i samodzielnego psa. Obiecał to sobie na wszystkie wartości, które cenił, na Viktora i na Wilczego, wziął za priorytet i postawił ponad każdy inny, włącznie z godnym życiem, paradoksalnie, bezdomnego psa. Od tamtego momentu jego główną rolą nie był wojownik, Bezgwiezdny czy pan własnego losu.
Był ojcem.

<Mlecz?>