Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pełnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pełnia. Pokaż wszystkie posty

4 maja 2022

Od Ćmiej Skóry (Pełni) — ,,Bezgwiezdni’’ cz. 1

Początkowo akcja dzieje się przed śmiercią Piaskowej Gwiazdy.
Od pamiętnego mianowania na wojowniczkę, Ćmia Skóra przez większość czasu po prostu włóczyła się po okolicy, rozmyślając. Była jak widmo, budząc zmartwienie w sercach jej matek i rodzeństwa. Suczka jednak jak gdyby tego nie zauważała, nieustannie nie zwracając większej uwagi na otoczenie i obowiązki wojowniczki, które na niej ciążyły.
Wszystkie jej myśli zajmowała wizja, która została na nią zesłana.
Poczuła na nosie kroplę wody.
Niepewnie zamrugała, zdziwionym wzrokiem raz za razem taksując otoczenie; nad jej głową gromadziły się ryczące burzowe chmury, z których nieustannie padał deszcz.
Stała na błocie, a wokół panowała ciemność.
Nagle niebo przecięła jasna błyskawica, rozjaśniając otoczenie; Ćma podskoczyła ze strachu, jeżąc sierść.
Burza.
Biegła przed siebie, brodząc łapami w mule. Z przerażenia wytrzeszczała oczy, a ogon wcisnęła pomiędzy tylne nogi.
Straciła poczucie czasu. Biegła, i biegła, a burza powoli zostawała w tyle, aż w końcu grzmotów w ogóle nie było słychać, a deszcz przestał padać.
Suczka z ulgą uniosła do nieba łeb, lecz zamarła zaskoczona. Jej serce wystukiwało nerwowe ,,tu-dum, tu-dum’’, a ciemna sierść parowała od potu i wody.
Na nieboskłonie nie było widać ani jednej gwiazdki. Cała kopuła nieba zanurzona była w jednolitej, smolistej czerni.
Zaczęła się na nowo bać.
Gdy jednak spróbowała się cofnąć, oślepił ją jasny, srebrzysty blask gwiazd. Zaskomlała, zaciskając kurczowo powieki; jednakże cały czas miała przed oczami łunę światła.
Po kilkunastu uderzeniach serca zebrała się na odwagę i niepewnie rozwarła ślepia.
Z początku nic się nie wydarzyło, lecz potem do jej nosa zaczął dolatywać zapach wielu psów, lecz jeszcze większej ilości roślin; mocnych, leczniczych ziół, a także pieprzowego, owocowego zapachu kurki.
Tamtego dnia nie utopiła się. Przeżyła. Pamiętała wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół. Czuła, że jest to najważniejsze, czego doświadczyła i czego doświadczy w swoim życiu.
Starała się wszystko rozszyfrować. Początek wydawał jej się jasny, lecz koniec totalnie pogmatwany. Burza na pewno symbolizowała Burzka. Ćmia Skóra nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej — Burzowe Gardło był dla niej tak ważną osobistością, iż na sto procent musiał mieć swoją własną wstawkę w przepowiedni dotyczącej jej życia.
Potem był jakiś chaos; bezgwiezdne niebo, potem nagle z dupy oślepiający blask gwiazd, psy, zapach ziół, jakieś grzyby. No kurwa.
Zaskomlała cicho, ze złością wbijając wzrok w kwitnące drzewo, które znajdowało się tuż obok niej. Mały ptaszek, siedzący na gałęzi, przechylił w jej stronę główkę, cicho świergocząc. W odpowiedzi otrzymał poirytowane spojrzenie brązowych ślepi.
Dlaczego, gdy na wokół panowała wiosna, we Flumine musiało być tak… ciężko i chłodno?
Suczka zwiesiła głowę, biorąc kilka głębokich wdechów. Pozwoliła, by wszystkie myśli, pomysły i wspomnienia zatańczyły jej w głowie.
Nie chciała tutaj być. Zdawała sobie z tego sprawę. Ta pewność, że nie powinna się już nazywać Wodną, powodowała, że żołądek zamieniał jej się w kamień, a w środku czuła uczucie dołującej beznadziei. Flumine nie było już jej domem. Nie czuła się tutaj jak u siebie.
Nie chciała być wojowniczką, robiącą za pionek do gry dla Piaskowej Gwiazdy. Ruda suka była jedyną osobą, która napawała ją strachem. Nienawidziła jej tak mocno, jak wielki niepokój czuła na jej widok. Miała wrażenie, że liderka jest w stanie w każdym momencie zrobić jej krzywdę.
Najpierw straciła swojego dziadka, potem otrzymała głuchego mentora i przeszła wykańczający ją trening, po to, by zostać kimś, kim być nie chciała, a przy tym poddaną opętanej liderki.
Wiedziała, że musi stąd odejść, a kluczem do tego była jej wizja. Była tego pewna.
Nie spocznie, dopóki nie rozszyfruje każdego pojedynczego wydarzenia, które ukazało się w jej głowie.
 
***
 
Piaskowa Gwiazda została zabita. Klematisowy Korzeń wrócił. Drzewa pokryły się zielonymi liśćmi, w powietrzu unosił się słodki zapach rozpoczynającego się lata. Z pozoru wszystko wydawało się dobre i takie, jak dawniej.
Ćma, mimo, że z początku czuła z tego powodu wielką ulgę, po pewnym czasie zrozumiała, że we Flumine już nigdy nie będzie się czuła tak samo. Jej wizja nie tyczyła się Piaskowej Gwiazdy. Nie miała z nią nic wspólnego. To, że suka została zabita, nie zmienia słów przepowiedni, która pozostaje tak samo ważna, jak przed tym wydarzeniem.
Bitwa, choć dla Wodnych zwycięska, okazała się też wyniszczająca. Lecz wszystkie straty, które dotknęły jej klan, wydawały się niczym, w porównaniu z tym, że jej dwaj bracia walczyli po stronie Piaskowej Gwiazdy. To było po prostu ohydne i spowodowało, że wojowniczka zaczęła gardzić własną rodziną. Chciało jej się rzygać, na myśl, że ta dwójka zachowała się, jakby nie miała kręgosłupa moralnego, a nawet mózgu.
Nic nie było tak jak dawniej. Wszystkie wydarzenia odkąd zmarł Burzowe Gardło, zmieniły postrzeganie Flumine przez Ćmę. Zrozumiała to dopiero teraz, gdy nie miała już na kogo zrzucać winy za to, że jest obrzydzona własnym klanem.
Zaczęła wymykać się z obozu jeszcze częściej, niż wtedy, gdy głową klanu była Piaskowa Gwiazda. Czuła, że każda wyprawa w skąpanym w spokoju otoczeniu letniej nocy, była bliżej zrozumienia wizji.
Podczas jednej z takowych wypraw, gdy uniosła pysk do nieba, poczuła cudowną wolność, a niezrozumiany dotąd znak, który starała się rozbić na wiele kawałków, złożył się w całość, jak puzzle.
Jej ogon ożywił się, uderzając o lekko wilgotną trawę. Widok tylu gwiazd, mimo że widziała go niemal co noc, tym razem otworzył jej oczy.
Suczka z ulgą uniosła do nieba łeb, lecz zamarła zaskoczona. Jej serce wystukiwało nerwowe ,,tu-dum, tu-dum’’, a ciemna sierść parowała od potu i wody.
Na nieboskłonie nie było widać ani jednej gwiazdki. Cała kopuła nieba zanurzona była w jednolitej, smolistej czerni.
Czarne niebo. Niebo bez gwiazd. Bezgwiezdne niebo. Bezgwiezdni.
Burza oznaczała śmierć jej dziadka. Bieg upływ czasu i wszystkie wydarzenia, które przeżyła od tego momentu. To całe przerażenie, które czuła podczas ucieczki, symbolizowało Piaskową Gwiazdę. Była tego niemal pewna. Lub jej rodzinę. Albo i całe Flumine. Któż to wie? Najważniejsze było bezgwiezdne niebo, symbolizujące klan Bezgwiezdnych, które zakończyło jej bieg. Było jej miejscem przeznaczenia. Nową rodziną.
Pod wpływem chwili wstała z ziemi i skąpana w blasku srebrzystego, okrągłego księżyca, ruszyła w drogę, idąc tak lekko, jak promyk księżyca, który, niczym włócznia przenika przez liście, opadając na ziemię.
Odeszła, nie żegnając się z matkami, które przez całe jej dotychczasowe życie starały się jej pomagać i ją chronić. Nie mówiąc ,,do widzenia’’ przywódcy klanu, któremu rzeczywiście zależało na każdemu z osobna. W tym na niej. Nie przepraszając Rumiankowego Ziela, za jej szyderstwa w jejgo stronę.
Odeszła zostawiając tyle spraw niezakończonych.
Wiedziała, że gdyby je zamknęła, prawdopodobnie nie potrafiłaby opuścić Flumine z taką łatwością, jak teraz.
Odlatując z rodzinnego gniazda jak nocny ptak, skąpany w blasku księżyca, Ćmia Skóra przestała być Ćmią Skórą, młodą wojowniczką z Flumine.
Zaczęła być Pełnią. I nie zamierzała tego zmarnować.

[1084 słów: Ćmia Skóra zmienia klan i otrzymuje 10 PD]

27 lutego 2022

Od Ćmiej Łapy (Ćmiej Skóry)

Pierwszy raz, odkąd pamiętała, czuła się niepewnie.
Piaskowa Gwiazda, szalona liderka, wnuczka morderczyni z Industrii, Malwowego Ogona, zwołała zgromadzenie klanu. Szczerze powiedziawszy, było to pierwsze zgromadzenie od krwawych rządów, na które Ćmia Łapa się wybrała — wszystkie wcześniejsze jakimś cholernym szczęściem udawało jej się uniknąć. Raz wybrała się na całodniową wycieczkę, uciekając zarówno od treningów z mentorem, jak i od Piaskowej Gwiazdy. Innym razem uparcie udawała, że śpi, ignorując próby obudzenia, podejmowane przez jej braci.
Ledwo stawiała łapy, pozwalając, by grupka innych wojowników, idących za nią, pchała ją delikatnie do celu. Widziała ich spięte z nerwów sylwetki, a w oczach strach. Mimo że jej duma nie chciała pozwolić, by dłużej się nad tym zastanawiała, czuła pewność, że ona sama wygląda na równie przestraszoną.
Wraz z grupką psów weszła do zatłoczonego pomieszczenia. Od razu w oczy rzuciła się jej zgrabna, acz dość umięśniona sylwetka Piaskowej. Poczuła, jak mimowolnie unosi się jej sierść na karku.
— Uczniowie, proszę, wystąpcie.
Dla Ćmy te słowa były jak jakiś zabłąkany piorun przecinający jej czaszkę. Nawet nie spostrzegła, a już stawiała kroki, idąc w ramię w ramię z pozostałymi uczniami. Nawet nie mrugnęła, a już stała przed przemawiającą liderką.
Była w zbyt wielkim szoku, by zrozumieć słowa Piaskowej Gwiazdy. Po prostu stała, patrząc się jak idiotka w szalone, błękitne oczy. Była jak kukiełka, która pod czyimś wpływem zrobiła wszystko, co miała. Popchnięta przez jakąś pełną współczucia duszę, podeszła na przód do liderki. Potem wystarczyły już tylko ruszające się wargi Piasek, wymawiające niedocierające do Ćmy, lecz jasne jak słońce słowa. Mianowana uczennica, pod złowrogim spojrzeniem starszej suki, pokiwała głową na znak złożonej obietnicy. Zaraz potem cofnęła się do tyłu, jak tracący równowagę pijak, wpadając z powrotem w tłum wojowników.
Ćmia Skóra, Ćmia Skóra…
To naprawdę jest ona. To jej imię.
„— Ćmia Skóro? — wiatr wynucił przyszłe imię suczki. — Nigdy nie będziemy…”
Przeznaczenie zaczęło się spełniać.
[305 słów, Ćmia Skóra otrzymuje 3 punkty doświadczenia]

11 stycznia 2022

Od Ćmiej Łapy

— Zabiłam Nakrapianą Gwiazdę — powiedziała głośno i doniośle.
Te trzy słowa przeszyły każdego na wskroś. Piaskowa Mara kontynuowała.
— Nakrapiana Gwiazda splugawiła tę ziemię, ten piękny klan! Sprawowała swoje rządy jako lider, nie szanując żadnego z was, a jej umysł i serce nie były stanem daleko od samej Bryzowej Gwiazdy na skraju jej życia — jej głos był donośny. Pomimo wielu kłów wyszczerzonych w jej stronę, ona dumnie stała nad martwym ciałem liderki Flumine, trzymając na nim swoją łapę. — Zabrała wam resztki godności, rzucając wami na prawo i lewo, jak tylko jej się żywnie podobało! Narażała wasze życie w imię idiotycznych przekonań, ale ja! Ja działam w imię czegoś wyższego, przemawia przeze mnie głos Gwiezdnych, waszych przodków, ku którym podnosicie głowy w niebo. To ja mam z nimi kontakt, wybrali mnie! Nie waszych medyków, nie liderów czy zastępców, lecz mnie. Zostałam wysłana przez psy z Coelum, by was uratować i oddać należną wam chwałę.
Piasek wykonała kolejne nacięcie na ciele Nakrapianej, pozwalając resztkom czerwonej cieczy uciec. Z Długiego Blatu zaczęła skapywać na podłogę krew, ciągle wypływająca z poranionego ciała Nakrapianej Gwiazdy. Jej ohydny chlupot przerywał ciszę, którą chwilę temu burzyła tylko płomienna mowa Piaskowej Mary i gardłowe warkoty członków Flumine. W końcu jeden z nich postawił się odezwać.
— Co zrobiłaś z Klematisem? — wycedziła przez zęby Rozżarzony Język. Jej oceniający wzrok był bliski wypaleniu dziury w sercu Owczej. — Też go zabiłaś? Pozbyłaś się osoby, która miałaby odwagę i moc, by ci się postawić?
Piaskowa Mara posłała dla Owczego Serca spojrzenie, które wyrażało więcej niż tysiąc ostrych słów czy setki noży, wbijanych w jej żołądek. Czuła jakby śniadanie podeszło jej do gardła. Piasek jednak szybko zwróciła swoją uwagę z powrotem na Rozżarzony Język, prychając pod nosem.
— Klematis to tchórz, zwykły zdrajca, obłudnik — zaśmiała się. Jej głos przepełniony pewnością siebie. Odczucia całego klanu Flumine jednak były dalekie od tego, iskry w ich oczach zgasły. — gdy tylko dowiedział się o śmierci waszej liderki, uciekł, bojąc się stawić czoła mnie! Wyparł się was — powiedziała ze śmiertelnie poważną miną wymalowaną na pysku.
Flumine się zmieniło i nikt nie miał co do tego wątpliwości, nawet Ćmia Łapa. Albo raczej: szczególnie Ćmia Łapa.
To, co ostatnio się tu zdarzyło, przerosło każdego, kogo suczka szanowała, czy też lubiła. Podczas gdy niektórzy zdawali się mieć to wszystko w nosie, albo, co gorsza, wspomagać nową liderkę w jej planach, znaczna część psów przyglądała się temu wszystkiemu z rosnącym niepokojem. Wśród nich była Ćma, która, ilekroć mijała Piaskową Gwiazdę, mimowolnie jeżyła sierść na karku, patrząc na liderkę spode łba. Nie wiadomo, jakiej reakcji spodziewała się od niebieskookiej, ale ta ignorowała jej zachowanie pełnym wyższości spojrzeniem i szła, jak gdyby nigdy nic dalej, unosząc wysoko łeb. Zwykle Owcze Serce dreptała za nią, powodując pojawienie się kolejnych iskier nienawiści w oczach uczennicy.
Trzykolorowa suczka nie mogła patrzeć na to, co się w jej klanie działo. Chciała stąd po prostu zniknąć. Z dnia na dzień była w coraz gorszym humorze, łudząc się, że Klematisowy wróci, zasiądzie na tronie, zabije Piasek i Owieczkę, niczym łatwą zwierzynę, a sprawy wrócą do normalności.
Wygnany zastępca jednak nie wracał. Nic się nie zmieniało. A to utwierdzało tylko psy w przekonaniu, że, tak jak mówiła Piaskowa Gwiazda, Korzeń był tchórzem. Ależ to ją denerwowało.
Gdy jak codziennie rano obudziła się, jak zwykle łudziła się, że Klematisowy Korzeń wrócił. Uniosła łeb z miękkich szmatek wyścielających jej legowisko, ślizgając pełnym nadziei wzrokiem po otoczeniu.
Usłyszała psie kroki, na co gwałtownie wstała, a nawet zamerdała ogonem.
To wszystko działo się tak szybko; zdecydowanie za szybko. W ciągu jedynego dnia życie Wodnych przewaliło się do góry nogami, zmieniając w koszmar. Jedyne, o czym teraz myślała to to, jak bardzo pragnie, by Klematis wrócił. By nie był tchórzem, za jakiego podawała go Piaskowa Mara, albo raczej, niestety: Piaskowa Gwiazda.
Zamrugała oczami, gdy pies wszedł do legowiska uczniów; nie był to średniej wielkości zastępca o płomiennorudej sierści, tylko… Ślimaczy Ślizg.
Gdy tylko ujrzała jego pysk, jej mina zaczęła wyrażać niemą groźbę. Nienawidziła ich wspólnych treningów. Nienawidziła go prawie tak bardzo, jak nową monarchię we Flumine. Nienawidziła przede wszystkim szkolenia się na wojowniczkę.
Każdy myślał, że wraz z wiekiem Ćmia Łapa zmądrzeje. Nagle przejrzy na oczy, zobaczy, że medycy nie są źli, że śmierć Burzka nie była ich winą. A także, iż zostanie wojowniczką nie jest niczym złym.
Pomylili się. Ćma utwierdziła się w swoich przekonaniach jeszcze mocniej, nieraz dając pokaz oślej upartości.
— Kurwa, no nie… — pozwoliła sobie na przekleństwo, z wyraźnym zawiedzeniem wpatrując się w szarawy pysk Ślimaczego.
Ten się skulił, ubodzony jej zabójczym wzrokiem i nerwowo zastukał pazurem w podłogę, po czym uniósł łeb, wwiercając się w uczennicę wyczekującym, lekko smutnym spojrzeniem.
Wiedziała, że chciał ją zabrać na trening. Jeszcze kilka tygodni temu machnęłaby na to łapą i skuliła się w kłębek, ponownie zasypiając, jednak przy rządach nowej, krwawej przywódczyni, nie chciała być na jej celowniku; poszła więc za swoim mentorem, zachowując śmiertelną powagę. Patrzyła na niego z góry i była gotowa cały trening udawać głupią, byleby znowu nie być zmuszana do przyswajania wojowniczej wiedzy.
Wyszli z obozu, kierując się w stronę portu. Ślimaczy Ślizg co jakiś czas odwracał się przez bark, posyłając swojej uczennicy ciepły i zachęcający uśmiech, ale ta była zbyt pogrążona w ponurych rozmyślaniach, by zwrócić na niego większą uwagę.
Wraz z zmniejszaniem się odległości Wodnych od portu, Ćmia Łapa wpadała w coraz gorszy nastrój. Nie mogła powstrzymać czarnych myśli, które niczym cień wkradły się do jej głowy.
,,Jak on może się tak uśmiechać, gdy naszą… l-liderką jest wariatka?’’
,,Nie poznaję własnego klanu’’ 
,,W zasadzie to nie jest mój klan’’
Przeraziła się tym stwierdzeniem i znacząco przyśpieszyła kroku, obserwując otoczenie; łudziła się, iż to odpędzi zmartwienia.
Zaraz jednak w jej głowie odtworzyło się wspomnienie, od którego wszystko zaczęło się sypać.
Ćma, ze łzami w oczach, ogłuszona, nadal niezdolna w ogóle pojąć, co wokół niej się dzieje, podeszła do swojego przodka.
Burzek leżał na boku z zamkniętymi oczami i zmierzwioną w niektórych miejscach krótką, czarną sierścią. Wyglądał… zwyczajnie; średnio raz w dniu drzemał sobie, wygrzewając się w jesiennym, już nie tak ciepłym jak w lecie słońcu. Nadzieja wstąpiła na sekundę w jej serce, powodując drobny, delikatny uśmiech na jej pysku.
— On tylko zasnął — szczeknęła z zaskakującą pewnością w drżącym głosie. — Widzicie?!
Dopiero gdy to wypowiedziała, dotarło do niej, że klatka piersiowa byłego wojownika porusza się coraz słabiej, a oddech dolatujący z rozchylonego pyska jest cichy.
Za cichy.
Niemal staranowała Podgrzybka, w panice dobiegając do dziadka Burzka; przycisnęła ucho do jego serca, rozpaczliwie pragnąc usłyszeć ciche, miarowe bicie.
Nie usłyszała nic. Pustka.
Potrząsnęła gwałtownie głową, gdy w oczach poczuła piekące łzy.
Nagle zderzyła się z grubą, szorstką sierścią. Zaryła łapami w miejscu, a jej nos wypełnił znienawidzony zapach Ślimaczego Ślizgu, który zaskoczony stracił równowagę, pod wpływem nagłego zderzenia się z własną uczennicą.
Suczka szybko cofnęła się i zamrugała ślepiami, wodząc nieobecnym wzrokiem po otoczeniu; w powietrzu unosił się zapach ryb, w oddali słychać było dwunogów, a zimna woda rozbryzgiwała się o twarde brzegi.
Ćma zerknęła w ciemną toń, a w jej oczach pojawiło się wyraźne przerażenie.
Zaniedbywała treningi — to po pierwsze. Co za tym idzie, umiała upolować jedynie ryjówkę, a z umiejętności obrony czy ataku jedyne co potrafiła w stuprocentach, to podstawy; samoobronę i parę prostych trików. Trudniejsze manewry, które już dawno powinna przyswoić, ledwo kojarzyła.
Po drugie, nie umiała nawet pływać.
Uniosła wytrzeszczone oczy, napotykając ponaglający wzrok brązowych ślepi należących do Ślimaczego.
Mentor pacnął ją łapą, zdecydowanie popychając w stronę wody. Zdawał się mówić: ,,Patrz, jakież to przyjemne i proste!’’
Sam podszedł do brzegu i, ku rosnącemu przerażeniu Ćmiej Łapy, wskoczył do wody, radośnie ją rozbryzgując. Pysk i łapy suczki zrosiło tysiące zimnych kropel, paraliżując jej ciało.
Ślimaczy wyskoczył z wody zwinnie i szybko niczym ryba, lądując koło swej uczennicy. Woda ociekała z jego sierści, tworząc kałużę pod jego brzuchem. Zanim Ćma zdążyła zlustrować jego osobę nieprzychylnym wzrokiem, ten popchnął ją w stronę brzegu.
Zaryła łapami i straciła równowagę, chociaż pchnięcie nie było mocne. Spróbowała stanąć pewnie na czterech łapach, jednak wpadła w poślizg na mokrym podłożu, z hukiem lądując w wodzie.
Zaskoczenie malujące się na pysku Ślimaczego Ślizgu było ostatnie, co dostrzegła, zanim nie pochłonęła ją woda.
Zimne fale wlewały jej się do oczu, uszu i nosa, oślepiając ją i ogłuszając. Traciła orientację, rozpaczliwie młócąc wodę łapami. Na chwilę udało jej się unieść pysk ponad taflę; przerażona nabrała powietrza w płuca. Na nowo ujrzała otoczenie: zszokowane ślepia Ślimaczego, zabrudzony port i kilka złowionych ryb, zaplątanych w sieć. Zarejestrowała to wszystko w zaledwie sekundę, zanim nie zginęła pod kolejną falą.
Zaczęła tracić siły. W jej głowie pulsowało, a w uszach szumiała krew. Machnęła łapami jeszcze parę razy, próbując znów wynurzyć się na powierzchnię. Potem znieruchomiała.
Wbiła otwarte z przerażenia oczy, co chwila zalewane zimną wodą, w górę, nieobecnie patrząc na promienie słońca migoczące w wodzie. Po uderzeniu serca zamknęła ślepia.
Poczuła na nosie kroplę wody.
Niepewnie zamrugała, zdziwionym wzrokiem raz za razem taksując otoczenie; nad jej głową gromadziły się ryczące burzowe chmury, z których nieustannie padał deszcz.
Stała na błocie, a wokół panowała ciemność.
Nagle niebo przecięła jasna błyskawica, rozjaśniając otoczenie; Ćma podskoczyła ze strachu, jeżąc sierść.
Burza.
Biegła przed siebie, brodząc łapami w mule. Z przerażenia wytrzeszczała oczy, a ogon wcisnęła pomiędzy tylne nogi.
Straciła poczucie czasu. Biegła, i biegła, a burza powoli zostawała w tyle, aż w końcu grzmotów w ogóle nie było słychać, a deszcz przestał padać.
Suczka z ulgą uniosła do nieba łeb, lecz zamarła zaskoczona. Jej serce wystukiwało nerwowe ,,tu-dum, tu-dum’’, a ciemna sierść parowała od potu i wody.
Na nieboskłonie nie było widać ani jednej gwiazdki. Cała kopuła nieba zanurzona była w jednolitej, smolistej czerni.
Zaczęła się na nowo bać.
Gdy jednak spróbowała się cofnąć, oślepił ją jasny, srebrzysty blask gwiazd. Zaskomlała, zaciskając kurczowo powieki; jednakże cały czas miała przed oczami łunę światła.
Po kilkunastu uderzeniach serca zebrała się na odwagę i niepewnie rozwarła ślepia.
Z początku nic się nie wydarzyło, lecz potem do jej nosa zaczął dolatywać zapach wielu psów, lecz jeszcze większej ilości roślin; mocnych, leczniczych ziół, a także pieprzowego, owocowego zapachu kurki.
Wizję przerwał donośny chlupot wody. Gdy tylko Ćmia Łapa poczuła pod sobą zimny, brudny beton, nabrała łapczywie powietrza w płuca. Zaraz potem zaniosła się ostrym kaszlem, widząc pochylonego nad jej cielskiem Ślimaczego Ślizgu, który zatroskany spoglądał na nią z góry.
Przeżyła.
Poczuła ulgę, chociaż również przejmujące ją zmęczenie. Powoli uniosła się, ledwo opanowując dygoczące łapy; z powodu wypadku, lecz także wizji. Szczególnie tego drugiego.
Suczka nagle zdała sobie sprawę, iż to, co zobaczyła tonąc, było znacznie ważniejsze, niż zwykły sen; zresztą, ona nawet nie spała. Jej intuicja krzyczała, że ten znak jest dla jej życia niezwykle decydujący; co więcej, jest proroctwem.
Aż zakręciło jej się w głowie, gdy zdała sobie sprawę, iż w ogóle go nie rozumie.

[1442 słów, Ćmia Łapa otrzymuje 14 punktów doświadczenia i 3 punkty treningu]

17 grudnia 2021

Od Ćmy (Ćmiej Łapy)

Akcja dzieje się w dzień mianowania suczki na uczennicę wojownika we Flumine, księżyc po śmierci Burzowego.
O wschodzie słońca Ćma otworzyła zaspane oczy, tym samym przerywając swój przyjemny, błogi sen. Uwielbiała stan, w którym nie musiała myśleć. Wpadała w przyjemny świat, biegając z rodzeństwem, a potem opowiadając wszystkie przygody dziadkowi, Burzkowi.
Wraz z jego śmiercią na dobre przestała nocą wychodzić z obozu. Znienawidziła całym sercem medyków i zabaw z rodzeństwem; nie mogła znieść myśli, że wtedy, kiedy jej dziadek umierał, ona słodko bawiła się z rodzeństwem w wojowników. Gadała o zostaniu najlepszą liderką Wodnych. A jej dziadek umierał, otoczony przez mysich móżdżków z ziołami w pyskach. Na samą myśl coś ją skręcało w środku.
I może dałoby się w niej zaszczepić jeszcze ducha walki oraz polowań, pokazać, że, hej, to nie medycy, a już na pewno nie jej chęć zostania wojowniczką ponoszą odpowiedzialność za śmierć Burzowego Gardła, a czas, który go dogonił.
Ona jednak była, więc i (chociaż, cóż, zwykle zachowywała się, jak gdyby była starsza oraz poważniejsza) zachowywała się jak przekonany o swej racji, pogrążony w żałobie gówniarz, który, mimo że wrzeszczał na ciebie i płakał, ilekroć rozmawiałeś z nim o zmarłym, to jednak wiedziałeś, iż cierpi. To jakoś ratowało jej reputację, bowiem większość psów ze smutkiem w oczach słuchała jej wrzasków i usprawiedliwiając ją jej cierpieniem, zostawiała w spokoju, a nawet pocieszała.
Sęk w tym, że to dawało Ćmie poczucie, że ma rację; medycy są głupi, a ona powinna zostać... W zasadzie nie wiedziała kim. Na pewno nie wojowniczką. W końcu to ta chęć ‘zabiła’ jej dziadka.
To rzeczywiście była pokręcona i naiwna logika, ale w tamtych dniach wydawała się dla Ćmy mądrością.
Aż w końcu, tego pięknego ranka, nadeszła dla niej ta chwila. Ta okropna, straszna chwila. Dzień mianowania.
— Ćmo? — Rozżarzony Język trąciła ją nosem. Jej oczy były pełne zatroskania i ukrywanego smutku. Szczenię wstało, unikając wzroku matki. — Chodź, wymyj się. Zaraz bardzo ważna ceremonia.
Suczka z kamiennym pyskiem przejeżdżała językiem po swojej trzykolorowej sierści, wygładzając ją należycie.
— Liderka powiadomiła nas o tym wczoraj, pamiętasz? — zadała pytanie Żarka, nie widząc żadnych emocji na twarzy córki.
Ćma warknęła coś niewyraźnie, na co jej matka zacisnęła zęby i odwróciła się do pozostałych dzieci, które, wielce podekscytowane, zaczepiały to ją, to Begoniową Plamkę, z piskiem prosząc o rady i wypytując, co jeszcze mówiła Nakrapiana Gwiazda.
Po chwili od ścian obozu odbiły się głośne słowa liderki, która nawoływała do zebrania klanu. Rodzeństwo Ćmy poderwało się i na zawołanie puściło się pędem w stronę serca obozu; Rozżarzona zamieniła szybko kilka słów ze swoją partnerką i ruszyła za swoimi synami; Begoniowa odwróciła głowę w stronę milczącej, jedynej córki i uśmiechnęła się.
— Ćmo, chodź. Myślę, że... — wzrok szczenięcia stwardniał jeszcze bardziej, gdyż suczka domyśliła się, że zatroskana mina u mamy i jej spokojny ton zwiastują, iż zaraz będzie mówiła o zmarłym. Begonia przerwała na uderzenie serca, widząc reakcję córki. — Myślę, że twój dziadek byłby szczęśliwy, widząc ciebie dzisiaj, gdy uśmiechnięta idziesz w jego ślady, stajesz się uczennicą. Nie możesz się poddać. Z dobrym mentorem stać cię na bardzo wiele.
Szczenię nie zareagowało; stało nieruchomo, z mocno zaciśniętą szczęką, gdzieniegdzie zakołtunioną, nierozczesaną jeszcze sierścią i jarzącymi się oczami. Na tak milczący, choć jawny bunt Begonia westchnęła głośno, podeszła do suczki i patrząc się jej prosto w oczy, kontynuowała.
— Słuchaj. To nie jest wina nikogo, absolutnie nikogo, że Burzowe Gardło dożył tylu księżyców. Naprawdę mało kto dożywa więcej, niż żył on.
Dawniej Ćma uwielbiała jej spokojny i aksamitny głos, ale od czasu śmierci Burzka wydawał jej się niebywale sztuczny i irytujący.
— Nikogo? — parsknęła. — Kogoś musi. Jeśli nie tego, że chciałam zostać wojowniczką i bawiłam się, że walczę dla klanu, to na pewno Gwiezdnych. Dlatego nie mam zamiaru iść ścieżką, którą oni mi wybrali.
Zszokowana mina, która w tamtym momencie pojawiła się na pysku Begoniowej Plamki, na długo zapadła Ćmie w pamięć.

***

— Ćmo, Bryzku, Mgiełku, Szczurku i Tojadku, jesteście z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniecie swój trening. Ćmo, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Ćmia Łapa. Twoim mentorem będzie…
Nakrapiana Gwiazda przerwała, rozglądając się po tłumie. Gdy złapała kontakt wzrokowy z pewnym szarym, małym wojownikiem, kiwnęła wyraźnie głową i uśmiechnęła się do niego.
— ...Ślimaczy Ślizg — powiedziała to tak wyraźnie, iż brzmiało to niezwykle nienaturalnie, jednak umożliwiało wojownikowi rozczytanie się z ruchu warg; Ślimaczy podszedł do Ćmy niezwykle żwawo, merdając ogonem.
Ćma otworzyła szeroko pysk i wytrzeszczyła oczy. Złapała przelotne spojrzenie z Begoniową Plamką, równie przerażoną, co ona.
,,Nie możesz się poddać. Z dobrym mentorem stać cię na bardzo wiele.’’
Tymczasem przed młodziutką suczką stał głuchy, młody, średnio doświadczony wojownik, z którym porozumienie się było dla Ćmy czymś niemożliwym, a gdy przemknęło jej przez myśl, że on ma ją czegokolwiek uczyć, miała ochotę płakać.
To do niej nie dochodziło.
Tymczasem wszyscy czekali na jej ruch; miała polizać swojego mentora w bark. Suczka jednak stała uparcie, nieruchomo, rozpaczliwie.
W końcu to Ślimaczy Ślizg, wyraźnie zbity z tropu, podszedł do świeżo upieczonej uczennicy i trącił ją nosem w bark. Ćma pokazała totalny brak manier, jednak przez stan, który sparaliżował jej całe ciało i w którym właśnie się znajdowała, nie odwzajemniła gestu. Stała jak posąg, przerażona patrząc na wojownika, który stał przed nią. Który niewinnie, ze wstydem się uśmiechał. Który wyglądał na zakłopotanego. Na liderkę, która nawet nie zauważyła jej zrozpaczenia. Która prawdopodobnie w ogóle nie zrozumiała, jak wielkim ciosem była dla Ćmiej Łapy niedawna śmierć Burzka, ceremonia mianowania i fakt, że skończyła z głuchym mentorem.
Chciała się po prostu poddać. Uciec, schować gdzieś daleko, w bezpiecznym miejscu i rozpłakać. 
 
[916 słów: Ćma Łapa otrzymuje 9PD oraz 2PT]

16 listopada 2021

Od Ćmy (Ćmiej Łapy) — ,,Grandpa, Tell Me a Story'' cz.2

Akcja dzieje się wtedy, kiedy umierał Burzowe Gardło.
Jak każdego wieczoru, tak i tego słońce zaszło, rzucając na opuszczony dom tysiące miedzianych promieni; ostatnio jednak ich barwa była coraz bardziej nijaka, wpadająca bardziej w beż niż mieniące się złoto. Trawa pokrywała się z dnia na dzień coraz bardziej wyraźnym i mocnym szronem, opadłe liście zaczęły gnić, a powietrze przybrało znacznie ostrzejszą woń, przepełniając się śmierdzącym smogiem.
Ćma, na co dzień taka poważna, dziś bawiła się i szczekała na całego, gryząc się na niby z rodzeństwem. To Szczurek krzyczał, gdy wdepnął w kałuże błota, to Mgiełek i Bryzek kłócili się o to, który z nich wygrał bójkę. Tojadek, zwykle spokojny, dziś przeszedł samego siebie, z wyjątkowymi emocjami rozmawiając z Chmurną Łapą, raz za razem prawie podnosząc głos. Ćma czasami zerknęła w ich stronę, ale była zbyt zaabsorbowana kłócącymi się Mgiełkiem i Bryzkiem oraz zszokowanym Szczurkiem, by zwrócić na Tojadka większą uwagę.
— Przestańcie się kłócić — warknęła, stając pomiędzy nimi. — Lepiej ogarnijcie swoje dupy, zanim wam je odgryzę!
I z odsłoniętymi kłami, lekko zjeżoną sierścią i roziskrzonymi oczami, rozradowana rozpoczęciem się kolejnej zabawy, skoczyła na najmłodszego psa w miocie, a zaraz potem razem poturlali się po usłanej liśćmi trawie, wzbijając drobinki kurzu i gnijących roślin w powietrze.
Ćma została pacnięta łapą Mgiełka w pysk, lecz oddała mu lekkim szczypnięciem zębami w bark. Podobne do beagle'a szczenię pisnęło zaskoczone, na co suczka kopnęła go tylnymi kończynami w miękkie podbrzusze, posyłając jego ciało w powietrze. Masywne łapy i dość duży wzrost, które odziedziczyła po dziadku i matce, znacznie ułatwiły jej to zadanie. Bryzek przyglądał się ich walce z otwartym pyskiem, nie wiedząc, kiedy i, przede wszystkim, kogo zaatakować. Nie chciał wywoływać wojny z żadnym z rodzeństwa, zdradzając jednego na rzecz drugiego.
Ćma podniosła się z ziemi, wydając z siebie zwycięskie wycie.
Mgiełek zaburczał coś pod nosem, otrzepując się niezgrabnie. Po odniesionej porażce z zewnątrz zupełnie ignorował swoją siostrę, chociaż najpewniej w środku właśnie główkował, jaki kawał jej zrobić w ramach zemsty. Wszakże ,,kawał’’ to chyba za mało powiedziane, bowiem Mgiełek, jak już coś robił, to tak, by inni niemal dostali zawału serca.
Jego siostra w tym czasie zadowolona ze zwycięstwa wbiegła do obozu, zostawiając na zewnątrz bawiące się rodzeństwo i pilnującą ich Chmurną Łapę, która odbywała właśnie swoją karę za kwestionowanie poleceń mentora — oczywiście, jak to ona, nieustannie pytała się, czy dane zadanie jest bezpieczne. Małe trzykolorowe szczenię chciało podzielić się swoim sukcesem z dziadkiem i cicho wyszeptać mu do ucha, że zostanie wspaniałą wojowniczką, pełną oddania dla swojego klanu, z zapałem i wiarą.
Gdy biegła przez korytarz, zauważyła, że przed wejściem do legowiska starszyzny jest wyjątkowo dużo psów; zaniepokojona tym faktem zwolniła, przekręcając głowę. Pod wpływem strachu, który kłuł jej serce jak lodowate igiełki, zatrzymała się.
Wpatrywała się przez dłuższą chwilę w rozciągający się przed nią obraz, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Widziała, jak Podgrzybkowa Sierść drepcze nerwowo, trzymając w pysku wiązankę ziół. Za nim szło Rumiankowa Łapa z widocznym zatroskaniem malującym się na jejgo pysku.
Ćma, jak zahipnotyzowana, ruszyła powoli przed siebie, krocząc sztywno, niepewnie, zmuszając się do postawienia choćby najmniejszego kroku.
W nos załaskotał ją znany zapach jej dziadka, jednak, zamiast wejść do pomieszczenia i jak zwykle przywitać się z nim, skąpo merdając ogonem raz czy dwa, jednak z ciepłem w głosie, zatrzymała się ponownie. Woń członka jej rodziny była słaba, zmieniona. Nie wiedziała jeszcze, co to dokładnie oznacza, była zbyt przerażona; nie mogła przełamać strachu, stanąć twarzą w twarz z widokiem, który czekał na nią za ścianą, która oddzielała ją od legowiska Burzka. Nie wiedziała, co zobaczy; wiedziała tylko tyle, że będzie to coś strasznego, obcego. Intuicja jej to mówiła, zmieniony zapach dziadka jej to mówił. Nie potrzebowała niczego więcej.
Nagle jakiś wojownik stojący przed legowiskiem starszych dostrzegł malutką, puszystą kulkę i trącił zesztywniałą Ćmę nosem, w ciszy zachęcając, by pożegnała się z dziadkiem.
Suczka ruszyła, lecz nie dlatego, że zdążyła to jakoś sensownie przemyśleć, ale raczej dlatego, iż ktoś ją do tego zachęcił; pod wpływem dotyku, niezdolna do podejmowania samodzielnych decyzji, wyszła zza rogu i przekroczyła próg legowiska starszyzny.
Zalał ją widok, którego tak bardzo się obawiała; medycy stali nad umierającym psem, którego oddech był coraz płytszy, jedna z jej matek siedziała przy głowie starca, szepcząc do niego jakieś ciche słowa.
Na odgłos jej kroków wszyscy unieśli głowy, z wyjątkiem ukochanego przez Ćmę dziadka Burzka. Rozżarzona, na co dzień twarda, chaotyczna, używająca swego ciętego języka, w tamtym momencie była krucha, załamana, totalnie nieprzygotowana na sytuację, która ją spotkała. Medycy z bezsilnością patrzyli na konającego członka klanu; Rumianek zwiesiło głowę, a Podgrzybkowa Sierść wymruczał coś do Ćmy, która dopiero po parunastu uderzeniach serca zrozumiała ciche słowa.
— Nic nie możemy zrobić… Dożył sędziwego wieku.
Ćma, ze łzami w oczach, ogłuszona, nadal niezdolna w ogóle pojąć, co wokół niej się dzieje, podeszła do swojego przodka.
Burzek leżał na boku z zamkniętymi oczami i zmierzwioną w niektórych miejscach krótką, czarną sierścią. Wyglądał… zwyczajnie; średnio raz w dniu drzemał sobie, wygrzewając się w jesiennym, już nie tak ciepłym jak w lecie słońcu. Nadzieja wstąpiła na sekundę w jej serce, powodując drobny, delikatny uśmiech na jej pysku.
— On tylko zasnął — szczeknęła z zaskakującą pewnością w drżącym głosie. — Widzicie?!
Dopiero gdy to wypowiedziała, dotarło do niej, że klatka piersiowa byłego wojownika porusza się coraz słabiej, a oddech dolatujący z rozchylonego pyska jest cichy. Za cichy.
Niemal staranowała Podgrzybka, w panice dobiegając do dziadka Burzka; przycisnęła ucho do jego serca, rozpaczliwie pragnąc usłyszeć ciche, miarowe bicie.
Nie usłyszała nic. Pustka.
Stała tak chwilę, łudząc się, że zaraz wszystko wróci do normy. Jej czarno-brązowa matka chlipała pod nosem, ze smutkiem patrząc na ciało swojego ojca i przyciśniętą do niego córkę.
Ćma, stercząc bez ruchu, poczuła delikatny dotyk szorstkiej sierści. Podgrzybkowa Sierść.
Z narastającą w głębi wściekłością zrodzoną z bezsilności i szoku, odwróciła się z warkotem do stojącego przed nią niewyrośniętego medyka, który był jedynie o parę centymetrów wyższy od niej.
— Jesteście do niczego! — wydarła się, stukając pazurami o podłogę. Nie zważała na to, że w oczach medyka klanu, który uratował tak wiele żyć, ukazał się ból. — Po chuj wam są te zioła, skoro żałujecie ich dla mojego dziadzia! Gdybyście nie stali jak kołki z założonymi łapami, to Burzek by żył! Wypchajcie sobie wasze zapchlone dupska tymi lekarstwami!
W jej sercu zapaliła się nienawiść do Podgrzybkowej Sierści, do Rumiankowej Łapy, do zabawy w walkę z rodzeństwem, a co za tym idzie, do przygotowania się do bycia wojownikiem. Wszystko było nie tak. Wszystko.
[1056 słów, Ćmia Łapa otrzymuje 10 punktów doświadczenia i 2 punkty treningu]

9 listopada 2021

Od Ćmy (Ćmiej Łapy) — ,,Grandpa, Tell Me a Story’’ cz.1

Część akcji dzieje się jesienią, kiedy jeszcze Burzowe Gardło żył. Pisałam to nie wiadomo jak dawno, gdy jeszcze na terenach klanów były wnyki.

,,…Gałęzie jesiennych drzew trzeszczały głucho, a wiatr wiejący z północy przyniósł ze sobą pierwsze krople deszczu, które bijąc regularnie o ziemię, obmywały opadłe liście.
Otoczenie było ciche, pogrążone we śnie. Zimny, księżycowy blask padał przez ciemne gałęzie drzew na wąską drogę grzmotu, biegnącą między starymi, spróchniałym klonami. Pewna, hmm…, nieznana tobie suczka zadrżała, zmuszając do marszu zamarznięte łapy.
Rozglądnęła się, gdy w ciemności dostrzegła biegnący kształt, który, nie zatrzymawszy się nawet na chwilę, zniknął w odległych zaroślach, będących plątaniną gałązek, korzeni i łodyg.
Zamrugała zdziwiona oczami, jednak szła przed siebie dalej; na wszelki wypadek ominęła rozgałęziony krzak; mimo, że szła daleko od niego, wydawało jej się, że długie, rozcapierzone gałęzie wyciągają w jej stronę kolce, kołysząc się na wietrze.
Deszcz przybrał na sile. Suczka położyła po sobie uszy, mrużąc czekoladowe oczy. W oddali dostrzegła rozproszone światło i nastawiła uszu, słysząc cichy, przybierający na sile ryk.
Potwór.
Skoczyła na bok, przyciskając sierść do najbliższego drzewa, gdy gorący podmuch spalin zawiał w jej pysk, uderzając w nią wraz z deszczem; poczuła na wargach gorzki posmak. Zmarszczyła nos, a wraz z następnym podmuchem lodowatego wiatru jej nozdrza zalały kolejne nieznane wonie.
Ruszyła dalej, ignorując strugi deszczu zalewające jej oczy i krople bębniące o ziemię. Nadstawiła uszu, gdy w oddali huknął grzmot, a niebo przeszyła błyskawica; przerażona podkuliła ogon i zjeżyła sierść na karku.
,,To tylko grzmot" powtarzała cały czas w głowie. ,,Totylkogrzmot". Powoli te słowa traciły sens.
Gnana ciekawością i ambicją, chciała jedynie pójść na spacer i zobaczyć tereny klanu, co mogłoby się jej przydać w treningu na wojowniczkę; nie musiałaby poznawać terenów Wodnych, a od razu zacząć polować i walczyć. Wymykała się tak już od jakiegoś czasu, regularnie odkrywając coraz to nowe miejscówki. Przy okazji poprawiła swoją orientację w terenie, poznała wiele nowych zapachów, ale również o mały włos, a pięćset razy samochód zdążyłby zrobić z niej galaretę, bądź borsuk rozszarpać na kawałki.
Kiedyś musiał się jej zdarzyć wypadek i oto nadeszła ta nieszczęsna chwila.
Piorun przeszył niebo, w oddali ponownie odezwał się grzmot. W jednej chwili z czarnych chmur zaczęły bombardować kolejne krople deszczu, zalewając zupełnie na to nieprzygotowaną suczkę.
Suczka, drżąc cała, z zimna i strachu, rzuciła się pędem drogą powrotną, przeciskając się pomiędzy mokrymi chaszczami. Zastrzygła nerwowo uszami, gdy niebo ponownie rozjaśniła błyskawica.
Była pewna, że pioruny deptają jej po piętach, deszcz rani skórę. Po jej kręgosłupie przebiegały dreszcze; zarówno z zimna, jak i przerażenia. Jej marne szczenięce futerko stanowiło nijaką ochronę przed rozszalałą burzą.
Kolejna błyskawica rozjaśniła niebo, rzucając swój chłodny, biały blask na chude pnie drzew oraz migając złowieszczymi iskierkami w oczach szczeniaka, który lawirował pomiędzy zaroślami, próbując na ślepo uciec od czyhającego w głośnych chmurach zagrożenia.
Suka wrzasnęła, gdy rozmokłe liście osunęły się spod jej łap, a ona sama upadła prosto na pysk w stertę gnijących roślin. W panice, nie mogąc uspokoić dreszczy, które przebiegały po jej ciele, zaczęła rzucać łapami na wszystkie strony, próbując niezdarnie wstać. Wiła się jak wąż dopóty, dopóki nie natknęła się poduszką na coś dziwnego, metalowego, chudego i zimnego.
Zanim zrozumiała, z czym ma do czynienia, zanim dotarło do niej, że jest to coś niepokojącego, zanim nie zamajaczyło jej w głowie wspomnienie o słowach jej mam, które zamartwiały się wnykami na terenach klanu, poruszyła łapą o milimetr za daleko.
Błyszcząca, srebrna pętla w jednej chwili oplotła jej kończynę, obejmując ją w bolesnym uścisku…’’
— Burzowe Gardło?
— Dziadziu?
— Ej no, słyszysz mnie?
Starszy zaniósł się ochrypniętym kaszlem, przerywając swoją historię. Zgromił swoją suczkę pozornie gniewnym wzrokiem, chociaż w głębi jego oczu można było dojrzeć radosne ogniki.
—  Co chciałaś, Ćmo? — zapytał się z niezadowoleniem, lecz i także pewną dumą ze swoich umiejętności wymyślania bajek z morałami. Obserwował swoją zniecierpliwioną wnuczkę, która była zaciekawiona i zezłoszczona zarazem.
— Ale jak ta suczka się nazywała? Z jakiego klanu była? I dlaczego, na rozłożone kości moich praprababek, tak bardzo przypominała mnie? — wyrzuciła z siebie z pretensją. — Też mam czekoladowe oczy i dwie mamy. Również wymykam się nocami z obozu, ale dziadziu, obiecałeś, że nie będziesz się ze mną z tego powodu droczył i że nikomu nie powiesz!
Ze starego gardła wydobył się głośny pomruk, a wyglądające groźnie, jak na wojownika przystało, oczy się rozszerzyły w rozbawieniu.
— A czy ja komuś zdradziłem twój sekret? — odpowiedział pytaniem na pytanie starzec. — Jeśli chcesz się dowiedzieć, co było dalej, to siedź cicho i słuchaj.
Ćma nie spierała się więcej, tylko z powagą usiadła, podwinęła ogon pod łapy i wlepiła w swojego dziadka uważne, lekko ponaglające spojrzenie, jednak oprócz tego było to spojrzenie na pierwszy rzut oka chłodne, poważne, skrywające pod obojętnością wielkie zniecierpliwienie i ekscytację. Bowiem sztuczkę ukrywania emocji i zachowania stoickiego spokoju w (prawie) każdej sytuacji Ćma opanowała do perfekcji. W końcu chciała być w przyszłości wojowniczką, sprawiedliwą zastępczynią i wybitną liderką, czyż nie?
W jej sercu odezwał się cichy głos, nieśmiałe przeczucie, że ktoś wybrał dla niej inną ścieżkę; albo też, że to ona ją wkrótce wybierze. 
,,Nigdy nie będziemy na ciebie źli-
Potrząsnęła gwałtownie głową, uspokajając trzepoczące serce. Postanowiła stłumić tę myśli, tę intuicję, na nowo dając się wciągnąć w bajkę Burzowego Gardła.
,,Nagle z ciemności wyszedł dziadek nieznanej ci suczki, który usłyszał jej krzyki i złapał jej trop. Ponieważ bardzo ją, ekhem-, bardzo lubił jej opowiadać różne historyjki, postanowił ją uratować. 
Był to stary wojownik, doświadczony. W swoim życiu nie raz i nie dwa spotkał na swej drodze wnyki. Przy pomocy jego masywnych łap i ostrych zębów wyciągnął drobną kończynę suczki z metalicznej obręczy.
Szczenię leżało w bezruchu przez dłuższą chwilę. Próbowało złapać oddech, a gdy chciało się odezwać, złamać swą dumę i wychrypieć jakieś podziękowanie, grzmot zagłuszył jej drżący szept. Ulewa wzrastała na sile, wiatr był już nie tyle, co zimny, a lodowaty. Chmury w zupełności przysłoniły księżyc, a na terenach zgadnij-jakiego-klanu zapanowały egipskie ciemności.
Burza rozpętała się na dobre. Starzec złapał swoją wnuczkę za skórę na karku i zaciągnął do ciepłego obozu, gdzie czekała na nią pulchna mysz, którą niedawno sam upolował. Jednak suczka, mimo głodu, nie miała ochoty na jedzenie. Niepewnie wąchała zwierzę, za każdym grzmotem podskakując nerwowo i jeżąc sierść.
Jej przodek ją jednak pocieszył i przekonał, że nic jej już nie grozi. Wytłumaczył, że burza nie ma nic wspólnego z gniewem Gwiezdnych, to po prostu pada deszcz — a deszcz jest zbawieniem dla psów, szczególnie Wodnych. A co najważniejsze, przekonał swoją wnuczkę, by ta już nigdy sama nie wychodziła z obozu, dopóki nie dorośnie’’.
Gdy Burzowe Gardło zakończył swoją wymyśloną opowieść, przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
— Dziadziu? — szczeknęła Ćma po chwili przyciszonym głosem. — Nie wiem, jak ta suczka, ale ja nadal boję się burzy.
Starszy westchnął przeciągle, lekko poirytowany. Pewnie przypomniał sobie jak poprzedniej nocy, gdy rozpętała się burza, jego wnuczka poszła do jego posłania ze łzami w oczach i, cała roztrzęsiona, próbowała zasnąć.
— Szkoda, że nazywasz się Burzowe Gardło. Jak burza — powiedziała cicho, tracąc trochę na pewności siebie; wbiła wzrok w ziemię i mamrocząc coś do siebie pod nosem, kalkulowała, czy jest sens kontynuować, czy nie.
Po paru uderzeniach serca sztywno podniosła pysk, wlepiając zamglone spojrzenie w nieznany punkt w tle, za sylwetką Burzowego.
— Twoje imię mi się źle kojarzy — szepnęła dość sztywno, poważnie. — Wolałabym mówić na ciebie Burzek.
Odpowiedział jej oburzony wzrok dziadka, którego dumę wyraźnie zraniła.
— A co, wyglądam ci na jakiegoś szczeniaka? — mruknął z sarkazmem. — Burzek! — pokręcił głową z dezaprobatą. — Skąd ten pomysł? Lider i Gwiezdni wybrali dla mnie takie imię, jakie mam nie bez powodu! Jakbym w ogóle jeszcze pamiętał, jak matka mnie tak nazywała! 
— Przypomnisz sobie — zapewniło szczenię z pewnością siebie. — Proszę!
Burzowe Gardło był dumnym, poważnym i lekko poświrowanym dziadkiem. Miał swoje poglądy, swoje zdanie na każdy temat, był cholernie uparty, nierzadko jego komentarze zwalały z nóg. Ćma odziedziczyła wiele cech po nim, wiele po Rozżarzonym Języku, inteligencję także posiadała; dlatego wiedziała, że kłótnię z dziadkiem może sobie odpuścić.
— Dobrze, rozumiem — wydusiła z siebie bez emocji, kierując się w stronę wyjścia z legowiska starszych. — Dobranoc… — uśmiechnęła się chytrze, z błyskiem upartości w oku. — …Burzku.
I w podskokach wybiegła z legowiska.
,,Burza nie ma nic wspólnego z gniewem Gwiezdnych’’ — przeleciało jej przez myśl.

[1329 słów: Ćmia Łapa otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

13 września 2021

Od Ćmy

Ćma rozglądnęła się uważnie, wyciągając daleko przed siebie przednią łapę; jej czarna poduszka dotknęła lodowatej i chropowatej powierzchni podłogi w opuszczonym domu. W ciemności pomieszczenie wydawało się przerażające i dziwnie obce; meble, za dnia będące idealną kryjówką, w nocy zmieniały się w wielkie i zimne kwadraty, majaczące wszędzie, gdziekolwiek suczka skierowała wzrok.
Mimo to, w pogrążonym w ciszy żłobku, zasnutym nocną ciemnością, było coś tajemniczego, coś przyciągającego i dobrego. Gdy Ćma, pozbywając się niepokoju, przyglądnęła się czterem, zimnym ścianom dokładniej, dostrzegła ich podobieństwo do tych ciepłych, odbijających szczenięce wrzaski, pokrytych starą farbą, a nie księżycowym blaskiem.
Otarła się trzykolorową sierścią o nierówny, poszarzały kąt w pokoju. Zdawała się nie słyszeć jęczenia lodowatej podłogi, za każdym razem, gdy stykała się z nią pazurami silnych łap.
Przez brudne, po części wybite okno, widać było popielaty, okrągły księżyc; jego nieliczne, chłodne, srebrne promienie zatańczyły w popękanym szkle, oświetlając rysy na jego powierzchni.
Jedna, druga, trzecia...
I czwarta, i piąta...
Gdzieniegdzie stykały się, przeplatały ze szronem, rysując własny obraz na przeźroczystej tafli, tak jak białe płótno pod palcami artysty zamienia się powoli w arcydzieło.
| Ćma zadarła pysk, obserwując taniec księżycowych promieni, wypełniający głębokie szramy na chłodnej powierzchni okna. Wolno, szybciej, i szybciej, coraz szybciej; Ćma potrząsnęła głową, nie wiedząc, gdzie ma skierować swój zafascynowany wzrok.
Wybiła się, lądując na poszarzałym siedzisku, stojącym tuż pod oknem; oparła przednie łapy o materiał, przytykając nos do zimnej niczym lód tafli.
Znalazłszy się w plamie nocnego światła, wyprostowała się jak struna, ciepłym powietrzem z nozdrzy ogrzewając popękane szkło. Światło gwiazd padało prosto na nią, błyskając swoimi ognikami w jej oczach.
Westchnęła cichutko.
A potem niebo przykryła ciemność.
Zniknęło światło, bez zapowiedzi przerywając swoje widowisko. Z oczu Ćmy zniknął także blask, zastąpiony odbijającą się w ich ciemnej toni czarną chmurą, łagodnie osiadającą na tarczy księżyca.
Szczenię tęsknie wbiło wzrok w jednolicie czarny, skryty, milczący i niebezpieczny świat po drugiej stronie szyby, wbijając pazury w pleciony materiał mebla.
Z rozmachem uderzyła łapami w okno.
Raz, i drugi, i trzeci..
Czwarty, piąty...
Wyciągnięte pazury stuknęły o szybę, z trzaskiem rysując na jej powierzchni kolejną rysę.
Suczka z westchnieniem wyciągnęła wysoko pysk. Po chwili, z wyraźnym zaskoczeniem, poczuła woń krwi; oblizała się, a metaliczne krople osiadły na jej języku i spłynęły do gardła. Ze zdziwieniem wyciągnęła język, dotykając swojego czarnego nosa; znów zalała ją krew.
Uświadomiła sobie, że, przez swoją własną nieuwagę, skaleczyła sobie nozdrza odłamkiem szkła.
Nie drgnęła jednak, w dalszym ciągu wpatrując się w nocne niebo; gwiazdy nie wróciły, a czerwonych kropli było coraz więcej. Z cichym kapaniem plamiły popękane szkło, do którego suczka przycisnęła z całej siły nos.
Ćma straciła poczucie czasu.
Widziała, jak krew tworzy kałużę pod jej pazurami, czuła, jak głowa zaczyna jej pulsować.
Gdzie jest księżycowe światło? Ile jeszcze mam czekać?
Oczywiste było, że czas płynął, a jednak suczce trudno było w to uwierzyć; otoczenie cały czas było takie samo, owinięte ciemnością niczym grubym kocem. Do jej uszu regularnie docierały ciche oddechy śpiącej matki i rodzeństwa.
W końcu odwróciła się, gwałtownym ruchem ogona rozpryskując czerwone krople pozostałe na szybie.
Jeśli pójdę do medyka, krew przestanie cieknąć, a Gwiezdni znów oświetlą ciemność?
Jeśli gwiazdy zniknęły, Przodkowie są na mnie źli?
Odgłos kroków Ćmy był coraz cichszy, przytłumiony. Suczka odeszła w stronę pachnącego zielem legowiska.
Na zewnątrz budynku, zza gałązek kolcolistu błysnęła para bursztynowych oczu, utkanych z gwiazd. Krew powoli wysychała, brudząc szkarłatem szybę.
Ćmia Skóro? — wiatr wynucił przyszłe imię suczki. — Nigdy nie będziemy na ciebie źli.
Księżyc znów wyłonił się zza grubych chmur. Jego promienie, przeszywając poplamione krwią szkło, zabarwiły się na odcień ciemnej czerwieni, po czym, błysnąwszy na pleciony materiał, rzuciły cień, łudząco podobny do sylwetki suczki. W powietrzu zawisł ledwo wyczuwalny, słodki aromat jeżyny. Od ścian odbił się cichy śmiech.
[615 słów: Ćma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]