Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Żonkil•. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Żonkil•. Pokaż wszystkie posty

6 października 2021

Od Żonkila do Potokowej Łapy

— Za... Zabiliście ją?! Ale przecież... czy ona kogoś wtedy zaatakowała? Groziła wam? Dostaliście znak od Gwiezdnych? Przecież to przeciwko kodeksowi wojownika! 
Dawno nie słyszałem takich głupot jak na zgromadzeniu. Sądziłem, że taka mentalność zanikła już po wojnie, jednak, jak się okazało, niektórzy nadal — och, nie chcę wyglądać na uprzedzonego, jednak! — ślepo wierzą, że nasi przodkowie nas doglądają i pokazują drogę.
— Zrobiliście to w przynajmniej honorowy sposób? 
Och, trzymajcie mnie, bo wyprę swoje przykładne, grzeczne zachowanie. Zacisnąłem zęby, by nie wypowiedzieć zbyt wielu, zbyt nieodpowiednich słów.
Moja otwartość na cudzy punkt widzenia w pewnej chwili się kończy. Ważniejsza jest obiektywność, niż osobiste przekonania — możnaby powiedzieć, że w takim razie to ja uparłem się swojego kodeksu moralnego (może nawet tak było), jednak myślałem, że wśród klanów wierzących wyrosła większa rozumność, niż gdy należałem do takowego. W porządku. Sam byłem durny. Wszyscy są durni na pewnym etapie życia — prędzej czy później dojdzie do nich, że naiwność nie popłaca. A czy będzie to prędzej, czy później? — Będzie konsekwencją na to, co się robiło wcześniej.
Nie wtrącałem się raczej w sprawy Bezgwiezdnych — sprawa morderstwa była poważna, lecz to nie do mnie należał obowiązek winienia i karania. Skoro liderzy tak zadecydowali, mając dowody, jest to sprawiedliwe i słuszne. Nie znieważę opinii wyżej postawionych osobników, a pieprzeni Gwiezdni i tak nie ześlą mi żadnego znaku, bym zadecydował, czy było to w porządku, czy nie. 
,,Masz ochotę może iść na zgromadzenie?"
Gdyby znał mnie bliżej, wiedziałby, jak durne jest zadawanie tego pytania akurat mi. Coś w nim jednak sprawiło, że... się zgodziłem. Oczywiście, po sekundzie przyszło mi do głowy, że co ja, do cholery, robię — głupio byłoby jednak odmówić od razu po zgodzie. Jazgocie wyraźnie na tym zależało, a był też jednym z niewielu, do których żywiłem większą niż minimalną sympatię. Dobrze więc było zrobić dla niego cokolwiek, bo naprawdę w pewnej chwili wyglądał na nieco zbyt przejętego. Skutkowało to u mnie jedynie poczuciem mdłości, zbytnią irytacją oraz straceniem aż godziny — dwóch — czasu z i tak zmarnowanego życia. Szczerze, ogólnie rzecz biorąc, nie było tak źle. Było nawet w porządku. Nawet... nie było to kompletnie nieużyteczne czy bezsensowne doświadczenie.
— Dziękuję, Żonkil — powiedział zaś.
— Nic wielkiego nie zrobiłem. — Uśmiechnąłem się szczerze, czując się aż głupio. — Gdyby nie ty... — Urwałem myśl. — Myślę, że Bezgwiezdni dużo tobie zawdzięczają.
— Zgodziłeś się tam być. To mi starczy.
Tak. To było miłe z jego strony. Bardzo miłe. Tak miłe, że aż poczułem się lepiej na niewydolnym żołądku. Doceniałem Jazgota. Doceniałem to, co stara się robić — nawet jeśli prawdopodobnie nie widziałem w tym tak dużego celu, jak on. Sam fakt, że rzeczywiście na czymś mu zależało, czyniło go w moich oczach kimś szlachetnym i godnym.
Nie wiedziałem, czy jakkolwiek wpłynęła na to moja obecność na zgromadzeniu, lecz okazało się, że jeszcze na moment będę musiał uczestniczyć w sferze publicznej Bezgwiezdnych. Na Gwiez- na cholernego Dyma (gdyż się na niego uwziąłem) i wszystkich przeklętych, czy mścicie się na mnie za coś? Nie chciało mi się być kozłem na posyłki.
Jednak wtedy do głowy wpadła mi myśl, iż mogę się na coś naprawdę przydać.
Dopamina zdecydowanie nie współpracowała ze mną w tych ostatnich dniach. Miałem zły humor. Zły to mało powiedziane — był podły. Może to przez świętoszkę ze zgromadzenia, a może moje zdenerwowanie na samego siebie — czułem dziwną, nie do końca wytłumaczalną złość. Czy to przez to, że zabrałem swój głos przed tyloma osobami, nie przemyślając tego ani jednego, ani co dopiero dwóch razy? Że moja irytacja wygrała nad zdrowym rozsądkiem oraz nawet drżącym językiem? Że teraz przez miesiąc będę się obwiniać, choć nie była to wielka sprawa?

— Wiesz, Ikra powiedziała mi kiedyś, że nie wyparła się Gwiezdnych. I że lubi fiołki. Rozsiejemy je na jej grobie?
Skinąłem głową. Pomyślałem o dwóch, spadających gwiazdach, które raczej były astrologicznym zjawiskiem, niżeli przepowiednią.
— Głupia śmierć. Co za pech.
Gdyby w ogóle miało to znaczenie, czy umierasz głupio, czy mądrze. Śmierć była śmiercią, przejmującą jedynie bliskich bądź tych, co wykazują się minimalną empatią. Nie miała jednak większego znaczenia (w przypadku szarych osobników) na skalę dotyczącą też innych klanów. Nie robiła im różnic, gdyż raczej nikt nie prowadzi polityki demograficznej dotyczącej bezgwiezdnych i liczby zgonów oraz narodzin.
— Skąd wiesz o niej takie rzeczy? — zaciekawiłem się. — Nie wydaje mi się, abyście byli kiedyś blisko.
— Masz rację, nie byliśmy — przyznał Ostrokrzew. Swoją drogę, lubiłem jego imię. — Ale raz otworzyła się przede mną, jak byliśmy razem na patrolu. Właściwie, było to niedawno.
— Zabawny zbieg okoliczności — wymamrotałem.
— Co nie? — Uśmiechnął się. — Pomyślałem nawet, że to wyczuła.
— Była chora. Nie chciała się leczyć — odparłem kpiąco, chociaż sam bym tego nie zrobił — Czego się spodziewałeś? 
— Wiem o tym. Po prostu... to tak, jakby tego chciała. 
Nie odpowiedziałem. Potowarzyszyłem mu w zrywaniu kolorowych chwastów, obserwując uważnie, jak rozsypuje je na miejscu pochówku suki. Szczerze mówiąc, to już nawet nie pamiętałem, jak wyglądała.
Wracając z Ostrokrzewem do obozu, pomyślałem, że fiołki są naprawdę brzydkimi kwiatami.

Tenebris. Gówniana kraina gównianych wspomnień. Należałem do niego z Ikrą — także wtedy nie widywałem jej zbyt często, jednakże jakimś cudem moja pamięć zostawiła sobie jej cząstkę. Złocista Trzcina. Tak się zwała. Skoro nie wyparła się Gwiezdnych, to co robiła w klanie Bezgwiezdnych?
Westchnąłem, obserwując z daleka widoczne ogrody, zapełnione Dwunożnymi. Różnokolorowe, nieco zbladłe rośliny uzupełniały przedzierającą się spomiędzy bieli zieleń — widać było, że ich gatunek naprawdę o nie dba. Coś ścisnęło mnie nagle w żołądku. Mój organizm zaczął odczuwać braki. Momentalnie zechciałem powrócić do obozu, do przechłodzonego blokowiska, znaleźć sobie ciepły koc i się w nim ułożyć. Jednak nie mogłem. Zmusiłem swoje łapy, by ruszyły w przód — zniechęcone powiodły w stronę Dwunożnych. Słychać było na dużą odległość ich śmiechy i rozmowy, od których zaczęła natychmiastowo pękać mi głowa. 
Niesamowicie ekstrawertyczne istoty.
Musiałem przyznać, że ogrody były przyjemnym, miłym miejscem — oczywiście nie licząc samego aspektu hałasu. Czułem zapach jedzenia, a także ciepło, przez co nabrałem ochoty pozostać tam na dłużej. Nikomu nie stanie się przez to krzywda, a ja może chociaż raz posłucham się oznak płynących z mojego ciała. Może będzie mi wdzięczne.
Z dwunożnymi byli i ich pupile — dojrzałem takich może trzech — którzy zerkali na mnie ukradkiem. Jeden właściciel podszedł do mnie, starając się zbliżyć, jednak szybko go uniknąłem i odszedłem na znaczną odległość. Jeden z nich rzucił mi ciepłe, ludzkie jedzenie, które nie było ani mięsem, ani warzywem — nie przypominało żadnego znanego mi posiłku, choć w smaku nie było złe. Skończyło się na tym, że nie wykonałem zbyt szybko i efektywnie swej roli posłańca.
Gdy miałem się zmywać ze skupiska Dwunogich, poczułem, jak coś rzuca się na moją tylną łapę — nieco speszony tym nieprzewidywalnym ruchem, odskoczyłem z warknięciem, odpychając od siebie napastnika. Jak się okazało, postanowił rzucić się na mnie szczeniak o czarnej sierści — rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Co ty wyprawiasz? — burknąłem. — Nie nauczyli cię, żeby nie rzucać się na obcych?
Brązowooki cofnął się o parę kroków, uważnie mnie obserwując. Westchnąłem cicho.
— No, już. Nic ci nie zrobię. — Usiadłem. — Ktoś inny może nie być tak miły, jak ja. Skąd... jesteś? — spytałem niezręcznie (choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak klanowicz, a nie pieszczoch), niepewny, jak przemówić do młodziaka.
— Z Tenebris. Trochę... się zgubiłem.
Westchnąłem i pokiwałem głową ze zrozumieniem.
— Mogę cię odprowadzić. I tak miałem się dostać do waszego obozu.
— Obozu? — Zmarszczył czoło i się naprężył. — A kim jesteś? Nie poznaję cię.
— Jestem... och, cóż, wyznaczyli mnie na posłańca.
Uśmiechnąłem się odruchowo przez podejrzliwe nastawienie szczeniaka. Miałem wrażenie, że za moment się rozrośnie i zatoruje mi drogę, uniemożliwiając ucieczkę.
— Będziesz ze mną walczyć. Jeśli wygrasz, to cię przepuszczę.
Uniosłem brew, zastanawiając się, czy przypadkiem te słowa nie były przesłyszeniem. Niższy ode mnie, zdecydowanie słabszy pies próbował wyzwać mnie na pojedynek — założyłem, że to dziecinna zabawa, która jednak mnie ani odrobinę nie interesowała.
— Nie — odparłem. — Odprowadzę cię do Tenebris i powiem twojej matce, by cię bardziej pilnowała.
— Nie mam matki.
O mało co się nie spiąłem, jednak, nie było w tym smutku. To dobrze. Mi by było smutno.
— Masz ojca?
— Tak, mam. Można powiedzieć, że nawet dwóch!
— To powiem twoim ojcom. 
— Możesz powiedzieć, jeśli... — zaczął, przybliżając się do mnie.
— Zrobię, co zechcę. Jestem starszy, ja tu teraz rządzę. Jak się nazywasz?
— Potokowa Łapa — odpowiedział, urażony.
Skinąłem jedynie głową, ignorując rażący wzrok ucznia. Momentalnie poczułem się odpowiedzialny — a nie powinienem. Niepotrzebnie zaczynałem z nim rozmowę. Mogłem po prostu odejść, a zamiast tego, dałem zmanipulować swoje miękkie serce.
— Jesteś posłańcem? — spytał nagle: wokół niego pojawiła się dziwna aura spokoju. — O co w tym chodzi?
Powinienem zaprzątać jego niewinną główkę takimi rzeczami? Chociaż, to chyba nie było nic wielkiego, a nie muszę też opowiadać żadnych szczegółów.
— Na zgromadzeniu ustalono, by wyznaczyć parę osób, które przekażą sprawnie informacje innym klanom.
Pokiwał tylko łbem, zapewne kodując tę informację — ponownie zamilkł, co przyjąłem z otwartymi ramionami. Najwyraźniej jest spokojniejszy, niż sprawia wrażenie za pierwszym razem. Znacznie mi ulżyło, gdyż nie miałem do czynienia z kolejnym, niewychowanym, głośnym i nie dającym mi spokoju bachorem — Potokowa Łapa ruszył za mną posłusznie, plącząc się pod nogami dwunogich, od których wypadało w końcu się oddalić, nim wpadnie któremuś do głowy coś durnego.
Okazało się jednak, że to szczeniakowi wpadło do głowy coś niesamowicie durnego. Zorientowałem się dość szybko, że go nie ma u mojego boku — gdy rozejrzałem się uważniej, dostrzegłem, że Potokowa Łapa znajduje się przy skupisku paru dwunogich i psa, uwiązanego łańcuchem do słupa. Omijając fakt, iż ten wyglądał, jakby dusił się w widocznie zbyt zaciśniętej obroży, a właściciele zbytnio mu przedobrzyli z jedzeniem, nie wyglądał przyjaźnie. Gdy do moich uszu dotarło warknięcie, szybko ruszyłem w stronę ucznia.
— Co ty wyprawiasz?
Zjeżony szczeniak wyglądał, jakby starał się zaatakować uważnego, przerosłego kundla, lecz najwidoczniej nie był już tego taki pewien po zobaczeniu jego ostrych kłów. Rzucił mi ostrzegawczy wzrok i napiął się na łańcuchu, zaczynając głośno szczekać, zwracając przy tym uwagę właścicieli. Jeden z nich opieprzył psa, kopnął go po czym spojrzał na nas i zaczął znowu głośno krzyczeć. Popychając lekko ucznia, zmusiłem go, abyśmy się oddalili, gdyż przeczuwałem, że dwunogi posunąłby się do czegoś gorszego.
— Czemu zaczepiasz jakichś kundli?
— Był na łańcuchu! Chciałem tylko... tylko...
— Przestań — westchnąłem. — Idziemy do twojego obozu. Nie mam czasu, aby zajmować się tobą dłuższy czas i pilnować, jak robisz coś głupiego.
— Ale jesteś sztywny.
Och.
Zatrzymałem się aż w miejscu, zaciskając odruchowo zęby. Potokowa Łapa bezczelnie mnie wyprzedził i nie odwracając się za siebie, ruszył jeszcze szybciej.
Doszedłem do bardzo przykrego wniosku, który doprowadził u mnie do chwilowego, wewnętrznego kryzysu egzystencjalnego. Do końca życia będę niańczyć rozwydrzone szczeniaki.
Zapomniałem już przez to wszystko, co miałem przekazać Jasnej Gwieździe.

<Potokowa Łapo?>
[1730 słów: Żonkil otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

26 września 2021

Od Żonkila — drabble ,,Efekt mefedronu"

//opis derealizacji

Towarzyszący mu wiatr zrywa się mocniej.
Choć wie, że czas upływa, wraz z kwitnącymi narcyzami oraz spadającymi z drzew liśćmi, czuje się, jakby jutra miało nie być — czuje to na tyle mocno, że nie jest w stanie nic z tym zrobić. Niemoc i bezsilność dominują mu od ostatnich lat. Ciągle poczucie czekania, aż coś się wydarzy, a przez to prokrastynacja. Wszystko staje się coraz bardziej mgliste. Nie jest świadom otoczenia. Traci kontrolę nad sobą. Tym, jak się zachowuje, tym, co myśli. Jest to od niego kompletnie niezależne. 
To tylko twoja paranoja, myśli.
Nie wie już sam, kim tak naprawdę jest.


[100 słów: Żonkil otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

25 września 2021

Od Żonkila CD Lodowego Przebiśniegu


Dwuczłonowe imiona niektórych są tak durne, że chce mi się śmiać — to zapewne (a raczej na pewno) płytkie z mojej strony, jednak! Jak sadystycznych rodziców oraz lidera trzeba mieć, by nazywać się, na przykład, Stokrotkowy Korzeń? Doszedłem do wniosku (co wywołało we mnie wielki zawód), iż szybkie, awaryjne myślenie zdecydowanie jest moją słabą stroną. Naprawdę nie mogłem wymyślić czegoś kreatywniejszego, co by nie brzmiało jak wymyślone na szybko, losowe słowo przez matkę, która padnie na zawał zaraz po porodzie? Stokrotka oraz Korzeń mogłyby mieć prawo bytu, gdyby łączyły się z czymś innym, co w połączeniu ze sobą nie brzmi tak marnie oraz nijako — każdy wie, że stokrotka, jak każda inna roślina, ma korzenie. Chyba. Jedyna moja wiedza o roślinach tyczy się leczniczych właściwości lawendy, obrzydliwego smaku imbiru oraz chęci podania czerwonych jagód Lotosowi. Przez nią (a raczej moje stresowe myślenie) będę znany przez białośnieżnego jako Stokrotkowy Korzeń z Tenebris — może to i nie tak, że mnie obchodzi obcy, który zapomni o mnie po dwóch bądź trzech (w najgorszym przypadku czterech) dniach po ostatnim pożegnaniu, lecz i tak wolałbym, przez tę chwilę, w jego lodowych oczach posiadać godną opinię. Było to jak pierwsze i ostatnie wrażenie, które wolałbym mieć pozytywne.
Zerwałem niezręczny kontakt wzrokowy (tak ważny w komunikacji z innymi, a przerażający i znienawidzony przez wielu, w tym mnie), przenosząc go na przyglądającą się nam u boku, czekającą niecierpliwie Lotos. Będę żałować tego dnia i podjętych decyzji do końca nieszczęsnego życia. A najbardziej będę żałować, że nie jestem w stanie przekazać szczeniakowi sztuki racjonalnego myślenia oraz ostrożności, do której naprawdę jej daleko. Nie jestem dobrym mentorem.  I prawdopodobnie czuję zbyt dużą odpowiedzialność za dziecko, które nawet nie jest moje, co źle oddziałuje właśnie na mnie, lecz nie mogłem nic na to poradzić i zaakceptować swój instynkt macierzyński, który zapewne w stosunku do mojego własnego, poczętego z moich genów potomstwa by nie istniał.
— Śpieszymy się — upomniałem obydwóch, po czym zwróciłem się bardziej w stronę Lotosu: — Miękka... Stopa mówiła, że chce z tobą przeprowadzić dziś trening.
— Niepraw... — przerwała i westchnęła głośno.
Pokiwała głową niezadowolona, na co uśmiechnąłem się do niej delikatnie, starając się ukazać wdzięczność. Nie miała jednak zamiaru przynajmniej na mnie zerknąć. Zapewne czuła, że ją kontroluje i ograniczam — to jednak jedyne, co mogłem zrobić, by przekazać jej jakiekolwiek podstawy dobrego zachowania. Po prostu jej nie ufałem — może i zaufanie jest dobre (i tak nie mogłem się do niego tak po prostu zmusić), jednak kontrolowanie i sprawdzanie lepsze. Może kiedyś będzie wdzięczna. Może. A może okaże się, że to ja byłem cały czas w błędzie. Popełniłem już tyle błędów, że jest sześćdziesięciopięcioprocentowa szansa na to drugie. Przy tym jest trzydzieści dwa procent szansy na to, że powie mi pewnego dnia ,,nie chcę cię widzieć", odwróci się ode mnie i będzie obwiniać za wszystko, przez co czuła się osaczona.
Na całe, prawdopodobnie, szczęście, zauważyłem od razu, iż białośnieżny nie zbliża się blisko centrum Ventusu — w zasięgu mego wzroku nie było nikogo, oprócz paru, przypadkowych dwunożnych. Założyłem, iż nie chce on narażać również samego siebie, co doskonale zrozumiałem. Był jednak najwyraźniej ostrożny, a nie tak durny, za jakiego go na początku wziąłem. Byłoby to z jego strony lekkomyślne, gdyby zgodził się z nami wejść na swoje tereny — wywołałoby to obustronne konsekwencje.
— Gdzie jesteśmy? — spytała Lotos po jakimś czasie.
— Jesteśmy... — Nastała charakterystyczna przerwa w wypowiedzi, pokazująca, że wypowiadający jest czegoś niepewny i musi zastanowić się dwie sekundy dłużej. — Blisko stajni.
— Możemy tam pójść? Chyba nikt nie będzie zły, jeśli przyprowadzisz tylko jakiegoś przypadkowego szczeniaka? — spytała i bezceremonialnie spojrzała przy tym na mnie.
— Nie pójdziesz tam sama — powiedziałem natychmiastowo, powstrzymując się od powiedzenia ,,chyba na głowę upadłaś".
— Nie będę sama!
— Będziesz tam z obcym.
— Nie jesteś moim ojcem.
Co to ma do rzeczy?
Westchnąłem, nie wiedząc, co mam na to odpowiedzieć. Zacząłem się obawiać, że w oczach wietrznego wyglądam jak ktoś nieodpowiedzialny, niepotrafiący zapanować nad głupim (przepraszam, Lotos, nie dotyczy to bezpośrednio ciebie, no, może odrobinę) szczeniakiem i co najgorsze, zbyt uległy.
— Nie jesteś? — Białośnieżny spojrzał na mnie, co odebrałem jako oceniające.
— Zgubiłeś nas, prawda? — Zmieniłem temat, mrużąc oczy. —  Nie znasz terenów własnego klanu?
Założyłem, że dość dawno minęliśmy Gwiezdny Szczyt. Również dwunożni zanikli, aby otoczyła nas pustka wyciętego ze zbóż pola. Lekki wiatr niósł ze sobą specyficzny, kwiecisto-trawiasty zapach, który nieprzyjemnie kuł mnie w nozdrza. Nie byłem szczególnie obeznany, jeśli chodzi o obszary klanów — większość życia spędzam w obskurnym, rozpadającym się blokowisku, prawie codziennie przechodząc obok równie obskurnego kościoła i jeszcze bardziej obskurnego, śmierdzącego cmentarzyska. Dopadło mnie jednak dziwne przeczucie, iż... śnieżnobiały sam nie do końca wie, gdzie nas prowadzi.
— Nie przebywam tam zbyt często — wyznał.
Zaskoczyłem się. A po chwili, z trudem powstrzymałem śmiech, jedynie uśmiechając się kącikiem. Co to w ogóle oznacza? Należenie do klanu, ale nie przebywanie tam ,,zbyt często" na tyle, że nie pamięta się dokładnie terenów, było dla mnie zbyt abstrakcyjne do przyjęcia.
— Więc chodzisz się najeść i znikasz? Tak mam to rozumieć? Nie czyni to z ciebie... darmozjada? 
Nie wydawał się ani odrobinę wzruszony bądź urażony moimi słowami, jakby te od razu wyparowały z jego pamięci — a były one cholernie niewłaściwe z mojej strony i sam bym poczuł się przez nie ukłuty. Czy go cokolwiek obchodzi? Najwyraźniej nie ma większego sensu się z nim droczyć.
— Nie do końca — mruknął. — Nikomu to nie przeszkadza.
Połowicznie przyznał, że tak, jest darmozjadem. Nie chciałem głębiej w to wnikać — przejąłem się bardziej tym, gdzie jesteśmy i czy moja orientacja w terenie będzie w stanie zaprowadzić nas z powrotem, co nie przeszkadzało jednak zaciekawionej wszystkim Lotos, która zapewne bardzo chętnie by się zgubiła.
— Stokrotkowy Korzeniu? Przypomniało mi się coś.
Spojrzałem na niego niepewnie, o mało nie zapominając o przybranej przeze mnie tożsamości.
— Wcześniej nazywałeś przy mnie Kamykową Łapę — zbliżył się do mnie — Lotosem. Skoro już kłamiesz, upewnij się, że nie robisz tego w głupi sposób.
Zmroziło mnie, gdy napotkałem jego błękitne tęczówki. Poczułem wstyd i zażenowanie. W sekundzie opuściła mnie cała lekceważąca postawa. Uchyliłem pysk, zamknąłem go i przełknąłem ślinę, z trudem odwracając wzrok. Przez jego słowa i ton mogłem zauważyć, że to on tym razem mnie pośrednio upokorzył.
Nie wierzyłem w istnienie karmy — to, czy spotka nas to samo, co my czynimy, jest jedynie przypadkiem. Nie każdy przestępca jest równomiernie i sprawiedliwie karcony, nie każdy dobroczyńca otrzymuje łaskę, a nawet wręcz przeciwnie — dobroć po prostu się nie opłaca. Jednak karma mnie dotknęła w tamtej chwili. Za nazywanie go darmozjadem otrzymałem w zamian wstyd.
— Ah, swoją drogą, gdzie twój dzieciak?
Gdzie mój dzieciak?
Spojrzałem na Lotos (a raczej puste miejsce, gdzie niedawno się znajdowała). Wypuściłem powietrze z płuc, po czym rozejrzałem się dokładniej, lecz w zasięgu mojego wzroku nie zobaczyłem żadnej biało-czarnej plamy. Cholera jasna, pomyślałem tylko. Mogłem wziąć pod uwagę możliwość, iż mogła uciec celowo, aby zrobić mi na złość. Jaka jest szansa, że wróciła do blokowiska? Nikła. Raczej albo poszła w kierunku wietrznych, albo w niewiadome. Właściwie, jakim cudem tak szybko zniknęła mi sprzed nosa?
— Lotos? — zawołałem. — Rozejrzę się.
Nie musiałem go o tym powiadamiać. Zacisnąłem zęby z niepewnością. Ruszyłem na wschód (a może zachód — nie rozróżniałem nigdy tych dwóch kierunków, dzięki czemu szansa na stracenie drogi powrotnej tylko się zwiększyła), zauważając, że białośnieżny idzie ze mną. Zatrzymałem się i odwróciłem w jego stronę.
— Jeśli już chcesz mi pomóc, poszukaj jej gdzieś indziej — fuknąłem. — Na swoich terenach.
— Jeśli się rozdzielimy, możemy zgubić się oboje — odpowiedział, ignorując mój ton. — Logiczniejsze będzie zgubić się w dwójkę.
No tak, w końcu sam nie zna dokładnie tych terenów. Zamyśliłem się, starając przy tym znaleźć dla niego wyrozumiałość i usprawiedliwienie. Nie powinienem się wtrącać w to, co robi obcy pies, jednak raczej nie spotkałem osobnika, który żyłby w taki sposób — należąc do klanu, ale nie spełniając wyznaczników, które powinien każdy klanowicz. Jaki był w tym cel? Tak po prostu stroni od innych, przybierając rolę pozornego samotnika?
— Ta, masz... masz rację. — Odwróciłem wzrok, odpędzając chmurę myśli. — Ale nie musisz mi w niczym pomagać. 
— Lotos lubi moje glony. Szkoda więc gdyby coś jej się stało.
Co za specyficzny organizm.
— Masz inne imię, niż Stokrotkowy Korzeń? — dopytał.
Więc jednak nadszedł ten moment w historii każdej międzyklanowej relacji, gdy się sobie przedstawiamy. Nie chciałem znać jego imienia i nie chciałem, aby on poznawał moje, lecz poddałem się temu niezmieniającemu schematowi. Niech się dzieje wola nieba. Przebywaliśmy ze sobą już na tyle długo i nastały na tyle konkretne konwersacje między nami, iż możliwe, że zapamiętamy siebie wzajemnie na dłużej.
— Żonkil.
— Stokrotkowy Kamień — odparł. — Żartuję.
Ha, ha. Napotkałem naprawdę wybitne poczucie humoru.
Do naszych uszu dotarł specyficzny odgłos, na który moje ciało zareagowało dreszczem — odwróciliśmy się natychmiastowo w stronę jego źródła. Białośnieżny zerknął na mnie wymownie i ze zdziwieniem, wywołanym tym dźwiękiem. Coś jakby... trzask? Zgrzyt? — który zapędził obcego, aby tam wyruszyć.
— Jeśli tam pójdziemy, to na pewno się zgubimy. — Powstrzymałem go.
— Lotos tam może być.
Westchnąłem, przyznając mu w duszy rację. Mieliśmy dwie... cóż, trzy możliwości. Ruszyć w stronę lasu, Ventus bądź gdziekolwiek indziej, co byłoby wielką niewiadomą — najpewniej będzie sprawdzić w dziczy, prawda? Jeśli zgubiła się gdzieś u wietrznych, raczej jest bezpieczna i ktoś ją znajdzie. Nie wiedziałem jednak, co mogło strzelić jej do tej naiwnej główki.
— Rozejrzymy się tylko na... brzegu lasu. Nie jest aż tak głupia, by pójść dalej. 
— My też nie jesteśmy na tyle głupi — odpowiedział z pewną nowością w jego zachowaniu, a mianowicie pociesznym tonem.
— Niech ci będzie — mruknąłem, chcąc mieć ostatnie słowo.
Chłodny wiatr zawiał mocniej, mierzwiąc moją sierść.

<Lodowy?>
[1555 słów: Żonkil otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

18 września 2021

Od Żonkila — drabble ,,Do grobu"

tw:  wymioty

Zbyt jasno. Zbyt głośno. Zbyt zimno. Zbyt...
Zwraca zawartość niemalże pustego żołądka, złożonej głównie z krwi oraz żółci. Nie prosi o nic Gwiezdnych, tracąc mozolnie zmysły. Doskonale wie, że nie jest sobą i wie, że jeszcze bardziej boi się być sobą. Nie ma też dla niego nadziei. Nie wierzy już w coś takiego jak ,,nadzieja". 
Krew paruje z jego żył, z trudem powstrzymując funkcje serca. Jego ciało; mięśnie, nerki, płuca — zaczynają powoli obumierać.
Koniec jest na wyciągnięcie kończyny, lecz nie ma ani odwagi ani chociażby siły się do niego zbliżać.
Zasługuje na cierpienie.
I w cierpieniu poczeka na śmierć. Samotnie.

[Żonkil otrzymuje 5 PD]

13 września 2021

Od Żonkila — drabble ,,Efekt Motyla"

Śnieg zmroził jego przebarwione szkarłatem kończyny. Czuł, jakby nie mógł się ruszyć z miejsca i utknął w pętli czasowej.
Na horyzoncie zanikała powoli sylwetka śnieżnobiałej postaci. Była odzwierciedleniem chłodu oraz ciepła. Szarości oraz czerni. Pojawiła się, przynosząc dobro oraz ból. Ból, który był zrozumiały, jednak nie zasłużony obwinianiem tego, który go spowodował. Z trudem ją żegnał – wzrokiem nieostrym, przykrytym suchymi łzami, wciąż przestraszonym – a pozostanie taki do końca jego dni, starając się znaleźć ujście żalowi, winiąc tego, co przyniósł dobro.
Marzył o tym, by do niego nie przyszedł, by słaby oddech zanikł.
Wszystko opadło, wraz z jego ciałem i duszą.
[100 słów: Żonkil otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Żonkila — drabble ,,Senna Mara"

Las po zmroku potrafi być strasznym miejscem. O tej porze życie w nim zamiera — cisza odbija się od kor drzew, ptaki cichną, nawet rośliny kładą się do snu — ktoś jednak nagle się z niego przebudza.
Wita go czerń oraz cienie pni, przypominające swoją sylwetką duchy zmarłych. Wokół czuć zgniliznę. Drży z zimna i strachu, nie jest w stanie kontrolować reakcji zestresowanego ciała. Grąźnie powoli w bagiennej ziemi. Dochodzi do niego, że to koniec.
Przebudza się ponownie.
Z trudem odzyskuje oddech. Ma ochotę krzyczeć, jednak nie może. Coś nadal ściska jego gardło.
Powoli wraca do niego świadomość. 
Nie jest w lesie.
[100 słów: Żonkil otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Żonkila CD Lodowego Przebiśniegu

 Gdybym miał nazwać swoje życiowe traumy, jedna z nich zwałaby się Boguś. Z czego wiem, wiele osób ma skłonność do nazywania roślin, przedmiotów, do których są przywiązani, w tym nawet kamieni. Ja sam, gdy byłem jeszcze małym, głupim wypierdkiem (a raczej mam nadzieję, że byłem i już z tego wyrosłem), nazywałem rośliny, które i tak po paru miesiącach wymierały, by dać miejsce śniegowi i, po jego stopieniu, kolejnym pędom. Powtarzające się co cztery sezony koło. Boguś, co przyszło mi do głowy zupełnie przypadkowo, brzmi zapewne komicznie, lecz dzięki temu doskonale oddaje istotę mojej niezręczności w kontaktach z innymi, o której również zapewne wie większość tych, co miała ze mną do czynienia. Bezgwiezdni szczerze wydawali się bardziej bliscy sobie niżeli inne klany (choć może to było tylko moje wrażenie, bądź pewne, mieszane uczucia związane z samym Tenebris), lecz nie oznaczało to i tak, że czułem się wśród nich lepiej. Możliwe nawet, że właśnie to wywoływało u mnie przytłoczenie, dziwne odczucie, że i tutaj nie pasuję.
— Podobno w Bryzowa podwoiła patrole
Spojrzałem na Szmaragda kątem oka, nie odzywając się ani słowem. Jedna z wielu kropel deszczu opadła prosto na jego czarny nos, wystający zza spod dachu. Teren wokół był obmyty błotem, podobnie jak nasze łapy — jeszcze poprzedniego dnia znajdowała się tu biel, czysty puch, na którym widać każde zanieczyszczenie. Z połączenia śniegu oraz opadów otrzymaliśmy breję. Jednym słowem, było obrzydliwie. 
— No co? — dopytał, zauważając wyraz mojego pyska. 
Spięcie z Tenebris mnie bawiło.
— Powinniśmy się ruszyć — zignorowałem go. — Czemu tu w ogóle siedzimy?
— Ach, chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Przeszkadza ci to? — Uśmiechnął się szeroko, zerkając na mnie.
Nie odezwałem się znowu, przymykając oczy z zirytowaniem. Nienawidzę rozmów „o pogodzie”, szczególnie gdy ta nie służy jak najszybszemu oddaleniu się od niechcianego towarzystwa — podniosłem się, zauważając przy tym uciekających panicznie przed deszczem, jakby zawierały żar i kwas, Dwunogich. Osłaniali się trzymaną na kiju zasłoną o okrągłym kształcie, by po chwili móc się schronić w swoich ciepłych domach. Momentami byłem zazdrosny o taką wygodę.
— Przyjaźnisz się z samymi szczeniakami, stwierdziłem, że dobrze ci to posłuży — dodał, zauważając moją mimikę. — Och, wybacz. Sam jesteś... dość, cóż, młody. Mógłbyś być moim synem. No, może przesadziłem. Prawie.
Ty za to wzbudzasz we mnie staruchofobię, bo jesteś niesamowicie durny, ale jakoś tego nie komentuję. Upomniałem siebie w myślach za tę obelgę, choć spodziewałem się, że za jakiś czas znowu zacznę go bezmyślnie urażać. Wybacz, Szmaragdzie, choć i tak tego nie słyszysz, dzięki czemu zapewne postrzegasz mnie jako niewinnego oraz miłego.
Jakieś małe dziecko zaczęło skakać w kałuży, mocząc swoje ubrania, a jego — prawdopodobnie — opiekun w postaci — zapewne — rodzica uniósł na niego głos i pociągnął gwałtownie za ramię, wywołując okropny płacz.
— Idziemy, Szmaragdzie.
— Ależ formalnie — prychnął ironicznie. — W porządku, szanowny paniczu liderze Żonkilu.
To żeś mi podniósł ego.
Sprawiał, że resztki mojej dobrej chęci zachowywania się w sposób serdeczny i życzliwy zanikały, jednak może nie był aż taki zły, choć nie dość, że jest upierdliwym prymitywem, to i, delikatnie mówiąc, gdyż wykorzystałem swoje pozwolenie na ubliżanie innym, kobieciarzem. Ale kim ja niby jestem, by wygłaszać o nim swoją ocenę.

Spojrzałem na czarno-białą, zwiniętą w kącie kulkę. Westchnąłem cicho i położyłem się niedaleko niej, rozkoszując się chwilową ciszą w bloku. Nieco zgniły zapach, obdarte ściany, wybite szyby i światło wpadające przez dziury mogłyby wielu odstraszyć, lecz mi dawało specyficzny komfort — szczególnie że akurat to pomieszczenie było rzadko odwiedzane, więc mogłem pobyć w samotności. Powoli przestało padać, a moje kończyny były oziębłe oraz ścierpnięte. Musiałem odpocząć. Bolały mnie nawet zatoki. Modliłem się, aby nie wpadła za moment do bloku Miękka czy jej wkurzający zastępca, by zaczął wydawać kolejne polecenia, które i tak wnosiły niewiele do stosunków pomiędzy nami, a innymi klanami. Wszyscy, szczególnie ci stojący na wyższych pozycjach zachowywali się od jakiegoś czasu, jakby mieli się zesrać na sam widok obcego pyska na swoich terenach. Nie potrafią rozwiązać logicznie czy pokojowo kompletnie niczego.
Usnąłem z trudem, a ten trud okazał się zmarnowanym wysiłkiem, gdyż po niedługim okresie — czterdziestu, może pięćdziesięciu minutach — poczułem szturchanie. Lotos postanowiła mnie pomęczyć, a ja, po raz z resztą kolejny, zezwoliłem na to.
— Chcę na plażę — powiedziała wprost.
— No i? — mruknąłem ledwo przytomny. — To sobie idź.
— Nie lubię sama. Co, jeśli się zgubię, albo ktoś mnie porwie?
Upierdliwiec. Zlitowałem się, doskonale wiedząc, że zrobiła to specjalnie, próbując jeszcze jakoś wzbudzić we mnie poczucie winy. Jednak sam się o to prosiłem, decydując się tego jednego, pierwszego razu na spędzanie czasu z Lotosem. Możliwe, że nie jestem aż tak asertywny, jak myślałem, co jednak zbytnio przygniotłoby moje ego, abym przed sobą to przyznał.
Lubiłem przebywać na plaży. Ciepły piasek, choć nie raz irytujący, przynosił mi ukojenie, podobnie jak delikatne, chłodne fale, moczące moją sierść. Choć był to neutralny teren, nie widywałem innych osobników zbyt często, a gdy już zawidziałem, mogłem spokojnie znaleźć ustronne, cichsze miejsce. Nie czułem się dzięki temu tam aż tak niepewnie.
W pewnej chwili Lotos znikła mi z oczu. Rozejrzałem się wokół speszony — dostrzegłem ją jako daleką, niewielką plamę, kilkanaście metrów od siebie, obok nieznanej mi osoby. Poczułem spięcie.
No tak, Lotos nie jest... tak niezręczna w relacjach międzypsich, jak ja. Właściwie to jest nad wyraz zręczna w tej sferze życia. Na tyle, że musiała truć dupę jakiemuś przypadkowemu gościowi.
Odetchnąłem cicho.
Nadal nie sądziłem, aby ten szczeniak był wciąż na tyle samodzielny i rozsądny, by rozpoznać niebezpieczeństwo — jest zbyt pewna siebie, dlatego musiałem się między nich wtrącić.  Czułem potrzebę opieki nad nią.
— Lotos, zostaw pana. Jeszcze cię ugryzie — powiedziałem nerwowo, pokazując suce, że naprawdę nie powinna ot tak zaczepiać obcych, jakby wspólnie dzielili klan. — Przepraszam, pewnie przeszkadza.
Białośnieżny, szczupły pies może i nie wyglądał groźnie, lecz mogły być to jedynie pozory. Postanowiłem trzymać się na przynajmniej dwa metry odległości.
— W niczym nie przeszkadza — odparł. — Pokazywałem jej glony.
Och. Zmarszczyłem czoło odruchowo. Och. Rozumiem. Znaczy, nie do końca rozumiem, ale nie mam ani najmniejszego zamiaru w to wnikać.
— W każdym razie, Lotos, idziemy — pogoniłem ją, obawiając się, że natrafiłem na jakiegoś czubka lub wariata.
— Może ze mną zostać. Nie zjem jej ani nic. Jestem zupełnie nieszkodliwy. 
Poddałem się, gdy Lotos burknęła coś w moją stronę, śmiertelnie się obrażając i usiadła na piasku, nie mając zamiaru się ruszyć z plaży. I tak mam zbyt dobre serce.
Czemu szczeniaki tak się zachowują? Też taki byłem?
Westchnąłem cicho. Nie lubiłem obcych, a pies był w moich oczach delikatnie podejrzany. Szybko poczułem się zmęczony. Poza tym nie chciało mi się tu siedzieć i ich obserwować. Nie wiedziałem, co niby mam ze sobą zrobić.
Jak się okazało, obcy o lodowych oczach miał bardzo ciekawe zainteresowanie, które zainteresowało i Lotos. Mianowicie, rozmawiali o... tak, glonach. Chyba nigdy nie słyszałem bardziej bezsensownych — na tyle, że szybko porzuciłem próby zrozumienia dziwnych rzeczy, które rozumiała jakimś cudem Lotos — wywodów, od tych, wychodzących z pyska białośnieżnego.
— Hej, spójrz na to! — Zwróciła nagle moją uwagę Lotos, wskazując na czerwono-brązowawą, wyłowioną z wody roślinę, przypominającej korzenie. — To nazywa się Czerwonowąs. O, a to jest... gumowiec muszelkowy. W środku tej muszli jest taki glut, który można zjeść! Chcesz spróbować? Pan powiedział, że można. 
Próbował tego obrzydlistwa? Zerknąłem na niego kątem oka z zdegustowaniem. Co za dziwak.
— Nie, dzię...
— To nie glut — wymamrotał obrażony pies, bezczelnie mi przerywając. — To gumowiec. Mięczak. Z tej samej grupy, co ślimak.
Nagle zaczął stwierdzać jakieś akademickie fakty. Uśmiechnąłem się krzywo do samego siebie, pozorując obojętność.
— Do jakiego klanu Pan należy? — spytała, zapalając czerwoną lampkę w mojej głowie. 
Po pierwsze, taki nadmiar grzecznościowych zwrotów — których użyła może dwa, trzy razy — ani odrobinę do niej nie pasował. Po drugie, samo pytanie pokazało mi, że próbuje wprowadzać jakieś intrygi i kompletnie nie zwraca uwagi na to, że może mi się to nie spodobać.
— Do Ventus.
— O! — Zamerdała ogonem. — Jak ja dawno tam... czy mógłby Pan mnie oprowadzić?
— Lotos, nie... — jęknąłem cicho.
— Bardzo proszę — naciskała.
Doskonale wie, że nie powinna przekraczać cudzych granic. Ja ją tego uczyłem, mentor ją tego uczył. Miałem jednak nadzieję, że białośnieżny jest rozsądny i jej odmówi, bo jego też ktoś z pewnością nauczył czego można, a czego nie.
— Ja... dobrze.
Chrząknąłem, zwracając na siebie uwagę. Zaczynałem czuć się, jakbym był niewidzialny, a nie podobało mi się to ani trochę. Nie będę piątym kołem u wozu.
— Powinniśmy wracać, Lotos.
— Nie, nie musimy nigdzie wracać. — Bezczelna. 
Zbytnio daję sobą pomiatać. To ostatni raz, gdy to robię — postanowiłem, że mimo wszystko pozwolę, aby szczeniak przez chwilę pobył na swoich starych terenach. Szanowałem granice innych klanów i nie chciałem po prostu mieć kłopotów. 
Będę mieć ich na oku. 
<Lodowy?>
[1403 słowa: Żonkil otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

„Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiaty nazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie. Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor!"

[kliknięcie przeniesie do karty postaci]