Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzaczasty Cień †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzaczasty Cień †. Pokaż wszystkie posty

6 stycznia 2022

Krzaczasty Cień umiera


Niektórych zachowań czy czynów nigdy nie rozumiemy. Możemy się zastanawiać, dumać, rozmyślać i rozkładać daną chwilę na najmniejsze małe momenty... Tylko po to by do niczego nie dojść. Tak prawdopodobnie czuła się rodzina Krzaczastego Cienia, wojownika Flumine, na wieść o jego śmierci. Wciąż młody pies, popełnił samobójstwo.
Z powodu swojego zwątpienia w Gwiezdnych, trafia on do Vanity.
Tomuś napisze potem bardzo ładne opko z tego jak Krzak umiera, kc Tomuś

4 sierpnia 2021

Od Krzaczastej Łapy — bitwa z Industrią

 Zimą, prawdopodobnie krótko po wygnaniu (i śmierci) Malwowego Ogona, przed zgromadzeniem
Później mówiono, że Krzaczasta Łapa jest zawadiackim idiotą, a on w zasadzie nie potrafił temu zaprzeczyć.
Nigdy nie postrzegał się za idiotę. Tym bardziej, o zgrozo, za zawadiakę. Zdarzało mu się obić pysk paru psom z klanu i poza nim, ale sąsiadki mówiły o nim raczej: „To dobry chłopak, zawsze mówił dzień dobry”. Przesadna pewność siebie nie kolidowała również z narcyzmem, co było wyjątkową hipokryzją z jego strony, jeśli weźmiemy pod uwagę jego przecenianie własnych umiejętności. Czuł się najlepszy i chciał wyrwać z tego jeszcze więcej, ale robił to tylko i wyłącznie dla samego siebie, jakby nie obchodziło go, co inni o tym mówią.
Był najlepszy. A dopóki był najlepszy, inni mogli mówić do jego rudego zadu.
Po raz pierwszy poczuł się narcystycznie, kiedy stąpał od zachodniej strony terenów Industrii. Znowu czuł się najlepszy. Nie dlatego, że mógłby mieć punkty umiejętności równe poziomowi Jazgotu, ale temu, że jako jedyny tak się czuł spośród jego towarzyszy.
Kiedy Nakrapiana Gwiazda zwołała zebranie, on stał tam, pod samymi łapami liderki, jakby chciał zaraz ją stamtąd zrzucić. Brońcie Gwiezdni nie próbował dobrać się do władzy, ale fakt, że ktoś tak ważny w klanie zwołał wszystkie psy tylko ze względu na niego, cholernie mu schlebiał.
— Niech wszystkie psy zdolne samodzielnie polować zbiorą się przy Wyszczerbionym Stole!
Durna nazwa.
Płomiennorudą sierść łatwo było dostrzec wśród tłumu, bo było jej, cholera, od gromu. Krzaczasta Łapa zobaczył, jak matka i ojciec niby jeden mąż siadają obok siebie, tak samo blisko liderki, jak syn, a mimo wszystko tak daleko — jakby specjalnie odsuwali się na drugi koniec. Irysowe Serce marszczyła nos, czymś wyjątkowo zmartwiona (nie, żeby to było nowością), a Klematisowy Korzeń szeptał coś do niej z boku, usilnie próbując pocieszyć.
Dyniowa Łapa był z tyłu. Krzaczasta Łapa nie do końca wiedział, jakim cudem ich rodzina ma talent do tak skutecznego udawania rdzawych posągów, które ani drgną, ale Dynia był w tym prawdopodobnie mistrzem. Siedział, ogonem schludnie okrywając łapy, a pysk miał zwrócony prosto w stronę liderki, mimo że nawet nie zaczęła jeszcze mówić. Wyglądał, jakby miał ci przypierdolić za samo przerwanie mu ciszy.
Dojrzał Miodową Szarańczę i od razu odwrócił wzrok.
— Niedawno doszły mnie słuchy, że pewna wojowniczka Industrii bezwstydnie panoszy się pomiędzy naszymi członkami i sabotuje psy — zaczęła Nakrapiana Gwiazda, obrzucając resztę chłodnym spojrzeniem. — Jeden z naszych uczniów, Krzaczasta Łapa, omal nie umarł, po tym, jak ta wiedźma napuściła na niego węża.
— Sugerujesz, że mamy chronić dupę Krzaczastej Łapie?
Kilkanaście głów odwróciło się w stronę kolejnego rudego łba, który prostował się pośrodku, nie wyróżniając się niczym szczególnym, poza jego własną partnerką, Uszatym Niedźwiedziem, która merdała wesoło ogonem tuż przy jego boku i dopingowała: „Tak jest, Borowikowa Nóżko! Dobrze mówisz!”.
Krzaczasta Łapa spiął się. Nie śmiał nawet odwrócić pyska w stronę brata, a targały nim mieszane uczucia; równocześnie wstydził się, martwiąc, że inni pomyślą, że jest zwyczajnych tchórzem, który nie miał odwagi postawić się Borowikowej Nóżce, ale też myślał o tym, że Borowik nie zasługiwał na nic innego, niż na ignorancję. Splunął gardząco.
Zalazł Borowikowej Nóżce za skórę albo Borowikowa Nóżka zalazł mu — żaden z nich do końca nie wiedział, o co chodzi. Borowik zderzył się z okrutną idealizacją dzieciństwa, bo Krzaczasta Łapa okazał się nie taki idealny, jak zawsze myślał, a Krzak nie mógł patrzeć prosto w jego oczy, podczas gdy sam pozostawał uczniem. Wiedział, że Nakrapiana Gwiazda zaproponowała mu już mianowanie, ale momentami żałował własnej decyzji przedłużenia treningu.
— Sugeruję, że żaden członek Industrii nie powinien hulać, wybijając mi po kolei psy.
Wybuchła wrzawa. Na chwilę wszyscy zapomnieli, że to honorowe zebranie klanu, szepcząc między sobą o planach Nakrapianej Gwiazdy, jakby liderka nie istniała.
— Cisza! — syknęła, orząc pazurami o blat Wyszczerbionego Stołu. — Podjęłam decyzję. O zachodzie słońca Irysowe Serce, Pajęczy Odwłok, Krzaczasta Łapa i dwóch wybranych Wodnych wyruszą na bitwę z Industrią. Jasne?
Nie padła żadna odpowiedź, a mimo to w obozie nie zapadła cisza. Wojownicy na przemian martwili się o wyniki bitwy, jak i dławili się własnym honorem, który ochronić mogli w walce.
Krzaczasta Łapa obejrzał się za siebie, upewniając się, że Dyniowa Łapa i Konwalijkowy Zagajnik dotrzymywali mu kroku w stronę obozu. Śnieg skrzypiał pod ich łapami i Irysowe Serce co chwilę musiała szeptać słowa uciszenia, żeby Ogniści nie wykryli ich zbyt wcześnie.
Krzak otarł się o ścianę magazynu, złośliwie znacząc ją własnym zapachem. Ze środka dobiegał chaos, jakby budynek ten wcale nie był okupowany przez zgraję bezdomnych psów, ale Dwunożnych, którzy pracowali w nim na bieżąco.
— Jak my mamy tam w ogóle wejść? — prychnął Pajęczy Odwłok, podpierając się na tylnych łapach, żeby zajrzeć przez nieszczelne okno. — Wbić do środka, powiedzieć „wyremontujemy wasz dom” i zacząć się gryźć?
— Subtelniej — burknęła Irysowe Serce, ale jej słowa były tak gorzkie, jakby w ogóle nie chciały przejść jej przez gardło; jakby nadal nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę.
Nie potrzebowali żadnego „subtelniej”.
— Co, do cholery? — dobiegło zza ich pleców.
Krzaczasta Łapa odwrócił się w ostatniej chwili, nim srebrny podmiot rzucił się w jego stronę, usilnie machając łapą z rozcapierzonymi pazurami. Uchylił się, a suczka warknęła znacząco, łapiąc równowagę na płytkim śniegu.
— Jagodowa Mgło, powinniśmy załatwić to subtelniej-...
— Też mi subtelniej, Ciepły — warknęło coś o skrzywionym w złości pysku przy uczniaku. — Na pohybel skurwysynom!
Warczący emo gówniarz rzucił się w stronę Dyniowej Łapy bez żadnego zawahania. Najwyraźniej na pohybel poszli nie tylko skurwysyni, ale także i jego subtelność. Dynia naprężył się, gotowy odeprzeć atak, ale przeciwnik okazał się szybszy i drasnął go w bark.
Krzaczasta Łapa planował większość rzeczy w swoim życiu. Sezonami myślał o zemście na Malwowym Ogonie, ba, na samej Industrii, za to, że śmiała w ogóle zrodzić czarownicę jej pokroju. Rozpoczęcie bitwy nie poszło tak, jak planował — o ile w ogóle planował, bo subtelne wtargnięcie do obozu planem nazwać się nie dało — a już po chwili zza karku Jagodowej Mgły, rzekomego Ciepłego i skurwysyńskiego emosa wychyliły się jeszcze dwa łby. Jednego rozpoznał jako Sowiego Pazura, zastępcę, który wtargnął w idiotycznie podobny sposób co emos; warcząc karygodnie: „Co, do chuja?”.
Pyski obcych mu psów rozmazywały się w chaosie. Uczepił się w swojej głowie naznaczonej bliznami mordy Malwowego Ogona i szukał jej usilnie w ferworze, ale trop uciął mu pies o podobnie rudej sierści do jego samego i długich łapach, który kłapnął w jego stronę zębiskami, ale Krzak odskoczył, wślizgując się w śnieg i uderzając o ścianę magazynu przy boku.
Malwowy Ogon nie powinna go obchodzić. Pewnie grzała się teraz w legowisku starszych, chroniona przez zgraję wojowników, coby nikt nie pozostawił rysy na delikatnej skórze emerytki. Teraz musiał skupić się tylko na tym, żeby Malwowy Ogon poczuła, do czego Krzaczasta Łapa jest zdolny.
Odbił się tylnymi łapami od ściany magazynu i rzucił się w stronę emo ucznia. Ten przeturlał się w bok, a Krzak niezbyt zgrabnie wyglebił się w zaspę, zaraz jednak stając na nogi i z furią w oczach szarżując na pysznego dzieciaka.
Przeszkodziła mu Jagodowa Mgła, która wykorzystała, że Krzaczasta Łapa stracił instynkt. Uczepiła się jego pleców, wgryzając z całej siły w kark. Miotał się, próbując ją z siebie strząsnąć, ale już po chwili przekonał się, że to nie miało sensu, a wraz z zębami wojowniczki od jego ciała odchodziły kolejne płaty skóry. Na chwiejnych łapach, próbując utrzymać ciężar i swój, i obcej, pochylił się w stronę budynku magazynu, by z całą swoją siłą uderzyć w nią cielskiem Jagodowej Mgły na sobie.
Odpuściła. Krople krwi skapnęły na śnieg pod łapami Krzaka, a on odsłonił zęby, żeby dobić otumanioną Jagodową. Osłonił ją jednak długonogi, rudy pies, z którym uczeń miał już do czynienia wcześniej, własnym ciałem zasłaniając obolałą wojowniczkę. Krzaczasta Łapa, nie tracąc szansy, zacisnął kły na łapie bohatera, dopóki Jagodowa Mgła nie wyszarpnęła się spomiędzy ich dwójki i nie uciekła w bok.
Rudy wojownik trzepnął łapą Krzaka w łeb, nie używając do tego pazurów. Uścisk puścił, a Ognisty rzucił się zaraz za Jagodową.
Otrzepał futro, patrząc, jak krew spływa w mieszaninę śniegu, błota, krwi i śliny innych. Zagotowała się w nim nieuzasadniona złość. Czemu ktoś śmiał przed nim uciekać? Nie skończył. A jeśli on nie skończył, to znaczy, że przeciwnik go nie doceniał.
Rzucił się za rudym wojownikiem, z rozpędu powalając go na ziemię i na chybił-trafił kłapiąc szczęką. Szumiało mu w uszach, brud zasłaniał widok, a cała bitwa przypominała raczej zbitkę kłów i wyrywanych kłębków sierści, ale Krzaczasta Łapa poczuł, że trafił, po żelaznym smaku w pysku.
Odsunął się od przeciwnika, namierzając Jagodową Mgłę. Warknął ostrzegawczo, co szybko okazało się błędem, bowiem wojowniczka usłyszała głos Krzaczastej Łapy i przygotowała się na jego atak, zręcznie odskakując przed jego pyskiem.
Zamajaczyła mu sylwetka kolejnego psa. Rozpoznał go jako Ciepłego, jak nazwał go wcześniej emos. Krótka sierść stapiała się ze śniegiem, a kropki na futrze powodowały, że Krzak nie do końca wiedział, czy to maść przeciwnika, czy tańczące mu przed oczami mroczki.
Nastroszył się, odsłaniając dziąsła, ale Ciepłego nie przestraszyło to ani na chwilę; już i tak codziennie musiał oglądać wkurwiony pysk Omszonej Łapy. Pazury smagnęły Krzaczastą Łapę wzdłuż szyi, skapując z sierści razem z piekącym bólem. Zdążył dojrzeć Jagodową Mgłę, która przyczaiła się obok Ciepłego i rzucił się wprost na jej bok, zaciskając kły, dopóki coś nie zachrzęściło.
— Wycofajcie się, do chuja! — dobiegło do uszu Krzaczastej Łapy.
Jak na zawołanie, puścił skórę Jagodowej Mgły, naznaczając ją jedynie sporą szramą. Ślina i krew rozlały mu się z pyska, ale zanim zdążył rzucić się po raz kolejny, usłyszał wrzask Irysowego Serca:
— Wycofajcie się! Flumine!
Miał ochotę rzucić się na własną matkę. Pierwszy raz w życiu dopadła go kompletna frustracja, której do tej pory jeszcze nigdy wobec niej nie czuł. Wiedział, że Rysa traktuje go inaczej niż innych. Myślenie nad tym szczerze doprowadzało go do szału, tak samo, jak staranie się, żeby go zauważyła. A teraz, kiedy wreszcie miał okazję udowodnić przed własną rodzicielką, że jest tym, na kogo chciała go wychować, postanowiła się wycofać jak ostatni tchórz?
Krzaczasta Łapa nie był tchórzem. Nie dałby sobie nawet wmówić, że nim jest.
— Krzaczasta Łapo, uspokój się — Konwalijkowy Zagajnik szepnęła mu do ucha, łagodnie podpierając go bokiem. Wskazała pyskiem dwa leżące punkty w oddali. Jeden, skołtuniony i w kałuży własnej krwi, drugi, kilka metrów dalej, łudząco podobny do Krzaka. Musiałby przetrzeć oczy, żeby zrozumieć, że pomiędzy nimi leżą dwa trupy Pajęczego Odwłoku i Dyniowej Łapy.
Zignorował Konwalijkę i przepchał się pomiędzy Industrią prosto w stronę Dyniowej Łapy. Nie wiedział, czy żyje, więc jedynie złapał go za wszarz, przeciągając po śniegu. Ścieżka z krwi znaczyła każdy ich krok, ale dla Krzaka przestał się liczyć upływ krwi czy czasu. I tak wychodziło na jedno i to samo.
 
Głucha cisza, która zawisła nad obozem Flumine, była niczym w porównaniu z jazgotem podczas zebrania.
W mieście szybko zaczęło zmierzchać. Wieczorna ciemność okrywała jasną powłokę śniegu, a chłód młócił futra psów, które miały tę noc spędzić bezsennie.
Maść ze skrzypu paliła rany Krzaczastej Łapy. Leżał, z nosem w czarnym futrze, które wydawało się okrutnie zimne, bardziej nawet niż towarzysząca mu pora nagich drzew. Wcześniej zawitał tutaj Podgrzybkowa Sierść, który niezdarnie oczyścił psa z brudu i krwi, dając wszystkim pozory, jakby Pajęczy Odwłok tylko spał.
Irysowego Serca nie było wśród czuwających. Krzak miał wrażenie, że matka nie chciała patrzeć na czuwanie, albo wręcz przeciwnie, nie chciała patrzeć na niego. Zamiast tego swoje czuwanie odbywała przy Dyniowej Łapie, który spał wśród ziół Rumiankowej Łapy — cały, ale nie zdrowy.
Czuwanie nie odbywało się także jedynie nad Pajęczym Odwłokiem. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich w klanie i chociaż mogło być to tylko wrażeniem, w końcu Krzaczasta Łapa leżał przy martwym ciele, to jednak w głębi duszy wiedział, że tak nie jest.
Ktoś musiał ponieść za to wszystko konsekwencje i, biorąc pod uwagę stanowisko, nie mogła to być Nakrapiana Gwiazda.
Było to jakąś formą pokuty — oczekiwania, aż wszystko raz na zawsze się zawali. Spoczywał przy Pajęczym Odwłoku w całkowitej ciszy, myśląc o tym, że gdyby to był on, nikt nie musiałby teraz być obwiniany za nieudaną bitwę. Ale to był on i świtała u niego egoistyczna myśl, że wolałby zostać wydalony z klanu, niż być zabity, nieważne czy na polu walki, czy przez członków własnego klanu.
Niech tylko spróbują chociażby go dotknąć, myślał. Był lepszy od całej Industrii razem wziętych. Choćby Flumine miało być jego przeciwnikiem, i tak zwycięży.
[2008 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia i 6 Punktów Treningu] 
I win!

Od Krzaczastej Łapy — „Smacznej kawusi, udław się” [przygoda#24]

 What do you think at that, L?
Zimą, mniej-więcej w czasie śmierci Malwowego Ogona, możliwe, że przed nią, przed zgromadzeniem i przed bitwą z Industrią
Ku swemu przerażeniu, z podobieństwa do matki Krzaczasta Łapa zdawał sobie sprawę dopiero, obserwując ją z boku.
Tylko jej rude włosy drgały pod wpływem przeciągu w obozie, wietrznie wpadającym przez wybite okna porą nagich drzew. Siedziała jak posąg, zapewne jednej z tych osobistości, które psy najbardziej lubią obsikiwać. Krzak miał wrażenie, że nie poruszyłaby się, nawet gdyby Pajęczy Odwłok, charczący jej właśnie do ucha, naplułby jej prosto w pysk.
Wyłączył się gdzieś na początku tej rozmowy. Pajęczy Odwłok zdawał zastępczyni relację z patrolu, znaczy się „patrolu”, bo w pewnym momencie relacja stała się jedynie żywym kurwieniem na niesubordynację Krzaczastej Łapy. Poczuł się, jakby był w cholernym przedszkolu i ktoś właśnie usadowił go na karnym jeżyku, bo przecież Pajęczy Odwłok nie mógł być poważny, ważąc się z takim przejęciem narzekać, jakby wredny nastolatek był najgorszym występkiem w jego życiu starszego już psa. Krzaczek, w bezpiecznej odległości kilku metrów, od kiedy wrócił z patrolu, wydawał się lustrzanym odbiciem Irysowego Serca. Wiatr wtłaczający się przez okno omijał jego futro, a jedynym znakiem, że uczeń jest żyjącą istotą, był ruch jego gałek ocznych, kiedy obserwował każdy centymetr ciała swojej matki.
Pajęczy Odwłok zapomniał z kim i o czym rozmawia.
— Syn Bezgwiezdnego — bąknął — pewnie we krwi ma to, że nawet w życiu nie dotknął tafli wody.
— Że co, proszę? — zapytała Irysowe Serce, mrugnąwszy prawdopodobnie po raz pierwszy od piętnastu minut.
— O-och, Irysowe Serce, nie bierz tego do siebie, to…
— Klematisowy Korzeń jest Wodnym jak każdy z nas.
W żyłach Krzaczastej Łapy na nowo zagotował się jad. Nie obchodziło go to, że Pajęczy Odwłok wytknął mu brak umiejętności, ba, wytknął mu przed zastępczynią, nie obchodził go też zarzut, że ojciec tak naprawdę nie jest Wodnym. Jedyne, o czym myślał, to o tym, że matce nawet przez pysk nie przeszło bronienie go.
Irysowe Serce bez słowa wodziła wzrokiem za synem, kiedy ten stanął tuż obok Pajęczego Odwłoku, mierząc go takim spojrzeniem, jakby matka centymetr dalej w ogóle nie istniała.
— Dzisiaj — syknął. — Zachód słońca.
— Umawiasz się na randkę? — odwarknął Pajęczy.
— Nie, na pool party, do cholery.
— Krzaczasta Łapo — Irysowe Serce podniosła głos, a Krzaczek zauważył mimowolne skrzywienie na jej pysku — jest pora nagich drzew, to nie jest dobry pomysł.
— To nie była propozycja. To było stwierdzenie.
Rysa nie patrzyła na niego w sposób, jakby bała się swojego syna i Krzak zaczynał podejrzewać, że suka boi się jedynie samej siebie. Miał wrażenie, że gdyby jako dziecko przyszedł do niej cały we krwi, ta tylko ukucnęłaby przy nim i zapytała tym swoim wiecznie surowym i spokojnym głosem: „Kochanie, co zakopałeś w ogrodzie?”.
Prawdopodobnie zabijał samego siebie, żeby Irysowe Serce była z niego dumna.
 
Krzaczasta Łapa nie chodziłby na pool party. Zapewne nie chodziłby na żadne party — byłby tym dziwnym dzieciakiem, zawsze cichym, który ma niepokojąco dużą wiedzę, jeśli chodzi o broń palną. Gwiezdnym dziękujcie, że psy nie mają do niej dostępu i nie posiadają kciuków przeciwstawnych, inaczej ten cichy, autystyczny dzieciak, mógłby szepnąć ci przypadkiem na ucho: „Nie wchodź dzisiaj do obozu Industrii”.
Leonis jeden wie, co on planował. Napędzała go chęć zemsty na Malwowym Ogonie, a wraz z każdym nagłym wzrostem jego gniewu, rana na łapie paliła żywym ogniem, jakby sama domagała się pochłonięcia twórczyni w swoje płomienie. Mijały sezony, ale on tylko zbierał siły, żeby te nie opuściły go, jeśli Malwowy Ogon wyjmie z rękawa jeden z tych swoich beznadziejnych sposobów na oszukanie najgłupszych psów w klanie.
Krzaczek nie był głupi. Był niezręczny towarzysko, ryzykował wszystkim, żeby dopiąć swego, miał zawyżone poczucie własnego ego i na etapie uczniowskim dążył do tego, żeby położyć cię na ziemię samym naciskiem swojego pazura. Wszystko, co planował, było idiotycznie ułożone i równie cepowato logiczne, mimo że każdy jego ruch napędzany był suchą potrzebą wyładowania własnego gniewu i impulsem.
Nie był głupi, a mimo to robił kompletnie głupie rzeczy, które traktował tak śmiertelnie poważnie, jakby od tego zależało jego życie.
Zresztą; czy kąpiel w lodowatej wodzie w środku pory nagich drzew nie była rzeczą, którą można podpiąć do etykiety „od tego zależało jego życie”?
— Posłuchaj, nigdy nie parałem się morsowaniem — bąknął Pajęczy Odwłok, ze zmarszczonymi brwiami zanurzając koniuszek łapy w rzece, pomiędzy której falami pływały odłamki kry.
Krzaczasta Łapa zignorował go.
— Posłuchaj — przedrzeźniał go, jakby to był szczyt jego umiejętności komunikacyjnych — umówimy się na zakład, dobrze?
— To — Pajęczy Odwłok wskazał na rzekę — nie jest już zakładem?
— Może i jest. Ale każdy zakład powinien mieć swoją cenę, nie? — Przeciągnął się, jakby wyzwanie wcale go nie stresowało, choć w głębi duszy yoga przed morsowaniem była jedynie próbą rozluźnienia napiętych tremą mięśni. Wygra to, choćby miał utopić złośliwego starucha. — Jeśli wygram, poręczysz za moją sprawę przy Nakrapianej Gwieździe.
— Jaką sprawę?
— To nie jest obecnie istotne. — Wzruszył ramionami. — Najwyżej wtajemniczę cię, kiedy już wygram.
Nawet z dzielącej ich odległości Krzaczasta Łapa usłyszał zgrzyt zębów przeciwnika na akt jego arogancji.
— A kiedy ja wygram?
— Nie obchodzi mnie to. Choćbyś kazał popełnić mi seppuku na oczach całego klanu, zrobię to, jasne?
Coś w spojrzeniu Krzaczastej Łapy — bijąca z jego ślepi szczerość i pewność siebie, zapewne — skłoniło Pajęczego Odwłoka do odwrócenia pyska.
Chwilę później oboje zanurzyli się w mroźnej toni.
Krzak przeszył szok, który z jego płuc wyrzucił równocześnie całe powietrze, jak i zapas pewności siebie. Był przygotowany na wiele rzeczy — nawet na gniew ojca po zajebaniu mu hot doga — ale nie na to.
Nie mógł oddychać i, szczerze mówiąc, nie odważył się nawet spróbować. Wszystkie jego mięśnie, cząsteczki i atomy zdrętwiały, zapadając się w zimową zmarzlinę. Tylko mózg przesyłał do siebie sygnały, nakłaniające go do niczego poza ucieczką.
Nawet Krzaczek był słabszy od instynktu przetrwania. Zamachnął się łapami, instynktownie, jak szczenię łapie się mleka matki, mimo że nawet nie otworzyło jeszcze oczu. Po omacku próbował znaleźć jakikolwiek punkt, który dałby mu żyć jeszcze przez chwilę, przez sekundkę, wyrywając go z objęć strachu, paraliżu i mrozu. Szpony wczepiły się w mulistą ścianę strumyka, a opuszczające go siły pozwoliły przytrzymać się i łapczywie wyciągnąć szyję poza taflę.
Żył. Instynkt przetrwania przyćmił mu wszystko. Nie obchodziło go nic, nawet to, czy wygra, albo czy jest daleko w tyle za Pajęczym Odwłokiem, bo zwyczajnie żył. Przez wszystkie sezony nigdy tak jak teraz nie zdawał sobie sprawy z tego, jak mało brakowało, żeby pozbawić go ostatniego tchu.
Gdzie trafi po śmierci? Zabił psa. Złego. I w praktyce nawet nie psa, co ducha, parszywą duszę z Infernum, która żywiła się jego poczuciem gniewu i zemsty, myśląc, że Krzaczasta Łapa jest na tyle głupi, żeby dać na sobie żerować. Mimo wszystko go zabił, ale jego wyrok był istotą moralnie podlegającą dyskusji, a kto, do jasnej cholery, miałby osądzać go z jego czynów, jeśli nie on sam?
Próbował złapać się gruntu poza rzeką, ale spotkał się jedynie z oszronioną trawą. Nie mógł wyjść na brzeg. Wtedy się podda.
Nie podda się, nawet jeśli Malwowy Ogon oblepi go tysiącem węży i jeszcze większą ilością ran po kąsaniu. To właśnie robią wygrani, prawda?
Odepchnął się przednimi łapami od brzegu i pysk ponownie skrył pod wodą. Krótką chwilę, podczas której jego serce prawdopodobnie się zatrzymało, a przynajmniej metaforycznie, zajęło mu przyzwyczajenie się do kolejnego ataku szoku. Tylne łapy miotały się chaotycznie pod wpływem prądu, aż w końcu przybrały równomierny bieg, podobny do tętentu jego serca.
Bum, bum, bum.
Słyszał tylko swoje łapy przecinające fale i szum krwi w uszach, ale odważył się otworzyć oczy nawet pogrążony w tej pustce.
Musiał zamrugać kilkukrotnie, aby przyzwyczaić się do nowego stanu.
Nie było to wcale a wcale piękne, jak opisują dramatyczne chwile lepsi pisarze. Przez wodę nie widział prawie nic, a nawet jeśli by coś ujrzał, to ostatnim, nad czym by się zastanawiał, byłoby piękno. Wstrzymanie oddechu kosztowało go siły i samokontrolę, a szum w uszach był tykającą bombą do omdlenia.
Zew pochłonął go na tyle, że dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z otaczającego go wiru. Podczas gdy on delikatnie, jakby tańczył, poruszał łapami przez prąd, ciemniejący punkt młócił taflę przed sobą. Na początku Krzaczasta Łapa pomyślał, że to Pajęczy Odwłok jest już daleko z przodu, szaleńczo waląc łapami w wodę, żeby płynąć dalej. Później zdał sobie sprawę, że szary punkt, mimo przerażającej wręcz siły woli, ciągle pozostaje z tyłu.
Nie pomylił się tak bardzo, bo szarym punktem był Pajęczy Odwłok. Ciągnącym się do gruntu rzeki, burzliwie kłapiąc zębami, jakby chciał zagryźć niewidzialnego wroga.
Statystycznie 90% klanu — z Pajęczym Odwłokiem włącznie — uważało Krzaczastą Łapę za skończonego skurwysyna. Krzak praktycznie w ogóle o tym nie myślał; to prawda, denerwowało go, że Flumine zbyt łatwo go ocenia, ale nie postrzegał się za jednostkę ani dobrą, ani złą. Był sobą i reagował tak, jak instynkt mu każe.
Nawet jeśli instynkt kazał mu pomóc wrogowi, co było dziwaczną nowością w jego życiu.
Pajęczy Odwłok kłapnął kłami w jego kierunku, kiedy Krzak podpłynął za blisko. Nic dziwnego, kiedy ktoś, kto prawdopodobnie życzył ci śmierci i ma złowieszczą aurę zwyrodnialca, zaczyna majstrować ci przy szyi. Krzaczasta Łapa był jednak kompletnie wytrącony z równowagi zarówno instynktem, zimnem, szumem, jak i impulsem, więc nie zważał nawet na zębiska przy tętnicy, własnymi kłami próbując rozerwać plastikowy odpadek, który zaczepił się o roślinę przy gruncie rzeki i ciągnął wojownika do tyłu. Siatka nie puszczała, ciągnąc się w paszczy Krzaczka jak na złość, a Pajęczy Odwłok przestawał go kąsać, co, o, ironio, wcale nie oznaczało nic dobrego.
Szarpnął tak, że Pajęczy Odwłok mimowolnie zakaszlał, nawet pomimo braku powietrza w płucach.
Krzak spanikował, kiedy nie ustąpiła. Ciało Pajęczego ciążyło mu w pysku, a przed powiekami zaczęły poruszać się ciemne iskierki. Ostatnim pomysłem, który przyszedł mu do głowy, Krzaczasta Łapa podpłynął do dna, wściekle orząc je naprzemiennie pazurami i kłami.
Roślina odpuściła pod jego atakiem. Krzaczek wypchnął cielsko wojownika ponad taflę, rzucając się żarliwie w stronę brzegu, żeby woda wypchnęła Pajęczego na ląd.
Nie wiedział, co robi, kiedy wypłynął. Ostatnim pytaniem, które błądziło mu w myślach, było: „Jaka może być różnica pomiędzy sześcioma a siedmioma minutami?”.
 
Kiedy odzyskał przytomność, znowu nie czuł ciała i przez moment był pewien, że nadal znajduje się pod wodą.
Zdanie: „W Infernum rany się nie goją” chodziło za nim jak mantra, zupełnie jakby podświadomość podpowiadała mu, gdzie skończy. Pomyślał, że być może psy na ziemi nie wiedzą wszystkiego i tak naprawdę oprócz niezagojonych ran, Infernum zachowuje też pełne okoliczności śmierci, jakby chciało już bez przerwy w tę i z powrotem męczyć cię ciągłą śmiercią. Będzie topił się już do końca świata, myślał.
Poczuł, jak coś spadło mu na nos i kichnął mimowolnie.
Nie, wróć. Jednak żył. Po prostu jest trochę dramatyczną suką.
Uniósł niemrawo łeb, dostrzegając pokrywające go płatki śniegu na futrze. Obok, w odległości być może kilku centymetrów, leżał nieprzytomny Pajęczy Odwłok. Nie miał siły sprawdzić, czy żyje. Mógł tylko podnieść się na wszystkie cztery łapy, skostniałe do szpiku, chwycić czarne ciało za skórę na karku i iść przed siebie po omacku w stronę obozu, nie zważając na to, czy niesie w pysku trupa, czy ledwie żyjącą istotę.
Zresztą, czy dla Flumine zrobiłoby to różnicę? Z czymkolwiek nie wróci, uznają go za skurwysyna. Jeśli Pajęczy Odwłok przeżyje, uznają, że próbował go zabić. Jeśli przyprowadzi nieboszczyka, uznają, że go zabił.
Zaledwie kilka chwil, kiedy Krzaczasta Łapa przekonał się, jak kruche jest życie, sprawiło, że jego osobliwa kruchość zaczęła mu być obojętna.
 
Jak się później okazało, zemdlał kolejny raz po drodze, już niedaleko obozu. Nie pamiętał ani momentu taszczenia Pajęczego Odwłoku, ani nawet zemdlenia, a kolejne kilka dni spędził w transie, nie mając pojęcia, czy śni na jawie, czy po prostu umarł. Nie czuł nawet dotyku Rumiankowej Łapy na karku, kiedy podtrzymywało mu głowę, żeby Podgrzybkowa Sierść mógł wlać mu przygotowaną ziołową miksturę do pyska. Nie czuł, że Irysowe Serce kilka razy dziennie przychodziła z kolejną wygrzebaną ze śmietnika i własnego legowiska płachtą, żeby okryć go po tak skrajnym wychłodzeniu. Nie wiedział też, że obok ogrzewa go drugie, równie słabe ciało, i że przez te kilka dni krzątali się wokół niego różni, kaszlący pacjenci Podgrzybkowej Sierści i Rumiankowej Łapy.
Nie wiedział też, ile minęło, od kiedy po raz kolejny otworzył boleśnie ciążące powieki.
— Pff — usłyszał chrapliwy szept gdzieś przy uchu — więc żyjesz. Już myślałem, że jesteś słabszy ode mnie.
— Mhmm.
Mówienie do kogokolwiek po obudzeniu powinno być obostrzone przepisem prawnym.
— Wygrałeś.
Uśmiechnął się, tak słabo, jakby robił to z przyzwyczajenia, mimo że widok uśmiechającego się Krzaka był równie rzadki, co naturalnie zespawnowanej różowej owcy w Minecrafcie. Nie odpowiedział niczym.
 
„Nakrapiana Gwiazdo? Możemy porozmawiać?”.
„Tak, chodzi mi o Malwowy Ogon. Z Industrii, tak”.
„Chciałbym… chciałbym poręczyć za Krzaczastą Łapę. Miał rację. Ta suka jest szalona. Na własne oczy widziałem, jak próbuje kogoś zabić w ten sam sposób, co Krzaka”.
„Myślę, że… wypowiedzenie wojny Industrii będzie idealną sposobnością, żeby Malwowy Ogon dopadła sprawiedliwość”.
[2082 słowa: Krzaczasta Łapa otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia+10 i 4 Punkty Treningu] 
This is my perfect victory!

19 lipca 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Konwalijkowego Zagajnika

— Jak się nazywasz?
Były to pierwsze słowa, które wypełzły z pyska Krzaczastej Łapy. Pierwsze od początku patrolu, rzecz jasna; nie można było jednak wykluczyć, że równocześnie pierwsze w stosunku do Pajęczego Odwłoku, który przystanął wpół kroku, nie racząc nawet obdarzyć go spojrzeniem.
Gdyby Krzaczasta Łapa i Konwalijkowy Zagajnik tylko wiedzieli o śmierci Malwowego Ogona, pomyśleliby, że jej duch właśnie jest z nimi, bo powietrze przesycone było jadem żmii, wyszedłszy z pyska ucznia.
— Przepraszam? — powtórzył wojownik, zawieszając nos nad śniegiem.
— Jak się nazywasz?
Gdyby jad żmii był wybuchowy, to iskry błyskające w spojrzeniu Pajęczego Odwłoku właśnie spowodowałyby pożar.
— Nie znasz członków własnego klanu?
— Nie takie było pytanie.
— Panowie-... — próbowała przerwać im Konwalijka.
— Pajęczy Odwłok.
— Czy nazywasz się Pajęcza Gwiazda?
Krzaczastej Łapie odpowiedziała cisza, więc on odpowiedział pozostałym skrzypieniem śniegu pod łapami, kiedy ruszył przed siebie, złośliwie omijając Pajęczego.
— Krzaczasta Łapo? — zagaiła Konwalijka. W jej głosie dało się wyczuć coś zupełnie innego od jadu czy ognia, ale Krzaczasta Łapa był niemal pewien, że te parę nut potrafiłoby wysadzić w powietrze cały obóz Flumine, gdyby tylko chciało. Spędził dwadzieścia cztery księżyce na analizowaniu swojego każdego przeciwnika i — choć trochę mu to zajęło — nauczył się nie przeceniać ich możliwości. — Gdzie-...
— Konwalijkowy Zagajniku — podniósł głos, jakby próbował ją przekrzyczeć, co w teorii było zwykłym brakiem szacunku, ale nie dla Krzaka; ogon Konwalijki za to opadł, jeżąc się na każdą wypowiadaną sylabę ucznia — pójdziesz ze mną?
Zabrzmiało to, jak obnażenie jego dumy. Dwoma osobami, przed którymi Krzaczasta Łapa czuł respekt na tyle wielki, żeby zadawać delikatne, acz szczere pytania, byli kolejno Dyniowa Łapa i Irysowe Serce, o ego większym niż ich poziom IQ. Konwalijkowy Zagajnik jednak w niczym mu nie zawiniła; a skoro Nakrapiana Gwiazda zleciła im patrol, to jest: zadanie w minimum duecie, nie zamierzał działać solo, wykluczając od siebie już i tak zbędnego idiotę.
— Co zrobi Nakrapiana Gwiazda, jeśli się dowie, że uczeń rozkazuje przywódcy patrolu? — syknął Pajęczy Odwłok, pozostając w tyle, kiedy Konwalijka postąpiła krok do przodu, zawahawszy się nad każdym ruchem ciała przed zbliżeniem do Krzaka.
— Jak już wrócisz, to ją zapytaj — bąknął, zawieszając rudy łeb nad śniegiem, żeby przez warstwę lodu wyczuć jakikolwiek zapach wskazany przez wojowniczkę.
Usłyszał prychnięcie i drżenie ziemi w odległości kilku metrów, kiedy Pajęczy Odwłok odskoczył, ruszając w drugą stronę.
— Krzaczasta Łapo, nie powinniśmy go tak zostawiać — jęknęła Konwalijkowy Zagajnik, dołączając się krok w krok z Krzakiem. Nie umknął mu kilkucentymetrowy dystans, jak gdyby wojowniczka tylko czekała na nagły odskok, chwycenie zagrzebanego w śniegu patyka i wciśnięcie mu go w oko.
— Nie zostawiliśmy go — westchnął. — Nie powiedziałem mu, że ma z nami nie iść. Sam sobie poszedł.
— Ale… to… eee… kodeks mówi…
— Złapałem.
Woń zakręcała w stronę Ventus, robiła tam fikołka, tańczyła makarenę w powietrzu i wracała do granic z Flumine, jakby Rumiankowa Łapa i Omszona Łapa nie byli jedynymi ćpunami w tutejszych okolicach.
— To Ventus? — dopytała Konwalijka, momentalnie skupiając się na zadaniu.
Krzak wyprostował się, jakby nabrał zupełnie nowej energii. Konwalijkowy Zagajnik może i buzowała empatią większą, niż chęć Aleksa do życia podczas pisania opowiadania przed wyjazdem, ale jej zadaniowość przypominała mu właśnie to, co respektował w dwóch ważnych osobach jego życia.
Dla Konwalijki klan był najważniejszy. Psy, kodeks, granice. Dla Krzaczastej Łapy najważniejsze były zasady i zadania. Nie były to tak odległe od siebie rzeczy, na jakie wyglądały.
— Oba — potwierdził Krzak, wpatrując się w śnieg przed sobą, jakby ślady zapachowe świeciły neonem, ale tak naprawdę to jego wyobrażenia płatały mi figle na tle białego krajobrazu. — Podejrzewam, że samotnicy musieli znaleźć się także na terenie Ventus, skąd zostali przegonieni. Może jakiś uczeń zapędził się za bardzo podczas pogoni i trafił do nas.
Konwalijkowy Zagajnik pokiwała głową w milczeniu, wpatrując się dokładnie w ten sam, martwy punkt.
— Powinniśmy zawracać?
Barki zesztywniały mu niczym skute lodem. Nie zdążył powiedzieć, że powinni to sprawdzić, bo jego przeczucie płata mu figle — ba, pewnie w końcu ze swoim przeczuciem dałby sobie spokój, w końcu logika i wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że niebezpieczeństwo nie istniało — nim Konwalijkowy Zagajnik pchnęła go w bok, szczerząc zęby.
— Krzaczasta Łapo, uważaj!
To był ten zapach. Ventus. Samotnik. Przeplatane tchórzostwem, uczniowską naiwnością i starym, zwietrzałym zapachem Dwunożnych.
Zapach nie był osobami, lecz osobą. Suczką o rudo-czarnej, podpalanej sierści, szczenięcym spojrzeniu i równie szczenięcym uchem, które opadło razem z kolejnym krokiem intruzki, kiedy Konwalijka instynktownie zasłaniała Wodnego własnym ciałem.
Uniósł brew, ze zdziwieniem zerkając to na Konwalijkowy Zagajnik, to na nieznajomą. Co one, do cholery, obie myślały?
Może jednak nigdy nie nauczył się nie przeceniać swoich przeciwników.
— Co robicie na terenach Ventus?! — fuknęła suczka, rozbieganym spojrzeniem starając się przestraszyć Flumine, ale zaraz na jej nos spadł płatek śniegu i ta potrząsnęła głową, żeby go strzepnąć.
— Zaraz, terenach… co? — wyjąkała Konwalijka, zerkając na Krzaka ukradkiem.
Parsknął niezręcznie śmiechem, bo żadna inna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy.
— Ven-tu-su — przeliterowała młoda, marszcząc czarny nos. — Wy też jesteście nowi? Nie wiecie co to klany?
Nowi?
Przybrali układ bojowy, jak dwójka żołnierzy, mimo że nigdy wcześniej nie walczyli u swojego boku. Konwalijkowy Zagajnik czuwała okiem nad nieznajomą suczką, a Krzaczasta Łapa pilnował tyłów, które szybko nabrały wyraźnego już zapachu Wietrznych.
— Spalona Łapo! — biały z psów rzucił w eter. Truchtała przy nim druga, brązowa, a oboje razem wyglądali jak duo ptasiego mleczka.
Większy z Wietrznych, wtapiający się w mleczną barwę śniegu, wystawił zęby w stronę dwójki z Flumine. Krzaczasta Łapa odpowiedział mu tym samym, spinając zad w gotowości do skoku. Przeciwnik wyciągnął łapy do przodu, chcąc rzucić się wprzód, ale brązowa suka złapała go za skórę na karku i docisnęła do ziemi.
— Jaśniejąca Łapo — warknęła — co ja ci mówiłam o rzucaniu się na innych? Brzydki piesek.
— Siostrzyczko — wyjąkał, a uczucia w jego tonie wahały się pomiędzy kompletnym poniżeniem a złością.
— Co ja ci mówiłam o moim imieniu? — oburzyła się.
— Pstrokate Skrzydło, psiakość, duszę się!
Puściła go, ale nerwy ani trochę nie zelżały któremukolwiek z Wodnych.
— Ktoś mi powie, co tutaj się dzieje? — fuknęła Konwalijkowy Zagajnik, omiatając Krzaka ogonem.
— Wybaczcie — westchnęła Pstrokate Skrzydło, potulnie pochylając łeb na znak szacunku. Krzaczek rozdzielił się z drugą wojowniczką, dopiero kiedy poczuł, jak jej mięśnie rozluźniają się pod wpływem znaku nadanego przez wojowniczkę. — Spalona Łapa jest u nas nowa. To dopiero jej drugi patrol przy granicy.
Nowa? zaświtało po raz drugi w myślach Krzaczastej Łapy. Był pewien, że zakręcający zapach Ventusamotników (sprytna nazwa, nie?) nie należał tylko do jednej osoby, ale nie odezwał się choćby słowem. Nie powinno go to obchodzić, dopóki którykolwiek z nich nie postawi łapy na jego posesji. Rozejrzał się jednak po pyskach zebranych i dostrzegł najdziwniejszą mieszaninę emocji, z jaką kiedykolwiek się spotkał — Spalona Łapa wyglądała na przerażoną, Jaśniejąca Łapa na zatroskanego i poniżonego, a Pstrokate Skrzydło usilnie unikała ich spojrzeń, żeby tylko nie zdradzić skrywanego przez wszystkich wojowników Ventusu strachu o ich własną liderkę.
<Konwalijkowy Zagajniku?>
[1117 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

22 czerwca 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Chwasta

„Krzaczasta Łapa był wkurwiony” powinno rozpoczynać każde opowiadanie od niego CD Chwasta. Widzieli się jakieś, cholera, dwa razy, a jak na umiejętności społeczne Krzaczka, nawet dwa, teoretycznie przypadkowe spotkania były czymś wielkim w jego życiu. Cały problem leżał w tym, że Krzak na swoje życie towarzyskie wcale nie narzekał, a Chwast po raz drugi doprowadził go do kurwicy i zaczynał zajmować miejsce w rankingu zaraz za Brzozowym Kłem w kolejności „najbardziej wkurwiających osób, jakie Krzak znał”.
Ten przeklęty Brzozowy Kieł pojawiał się przed nim codziennie, a Chwast zjawił się dwa razy i dostał kamieniem w łeb.
— O-ona mnie zabije — wyszeptał Chwast, cholera wie, czy do rudzielca, czy do siebie samego. — Ja siebie zabiję. Skrzywdziłem kamienie.
— To tylko kamienie — odburknął.
— Aż kamienie! — Bezgwiezdny prawie wpadł w płacz, kiedy Słoneczny Pysk w milczeniu doglądała okazanych zniszczeń w swoim legowisku, lustrując wzrokiem kolejne pojedyncze kamyczki, a każde wyglądające identycznie. — To były jedyne takie, najbardziej wypolerowane, umyte w wodach Płycizny kamienie, takie, które odbijały się w słońcu, emanowały tęczą i-i Laurency powiedział, że to prawdziwy diament dla queerowego dziedzictwa!
— Och — westchnęła Słoneczko — kamyczki się rozsypały.
— S-Słoneczny Pysku! — wydukał Chwast, akcentując każdą literkę, ale Krzaczek skupił się na tym, że skąd do cholery uczeń Bezgwiezdnych zna imię tutejszej wojowniczki. — Znajdę ci inne takie. Lepsze. Przysięgam na kamień, który znalazłem trzy dni temu, ten, który miał na sobie ptasie guano.
— Przecież mówiłeś, że to jedyny taki na świecie — powiedział teatralnie Krzaczasta Łapa, po raz pierwszy od dawna uśmiechając się z tak głupiego powodu, jakby był, no nie wiem, może najzwyczajniejszym w świecie szczeniakiem, odczuwającym uczucia i robiącym sobie głupie żarty, niż przedwcześnie dojrzałym uczniakiem, który ma na koncie przynajmniej jedno morderstwo. — Jedyny. Tęczowy. Queerowy. Co zrobi Leu… Liru… La… — wzdrygnął się — ja pieprzę, te dziwne imiona. Co zrobi Laurowy Radosny, jeśli się dowie, że zarysowałeś dziedzictwo queerowej historii?
— Spokojnie, dzieciaki, nic się nie sta-
— Laurency! — zawył Chwaścik. — O nie, Laurency! On się załamie! Parówki Ciernia mu nie pomogą! Jak ja mu niby powiem, że zgubiłem tak ważną rzecz dla jego gejostwa?
— Nie mów? — zaproponował.
— Dzieciaki, to tylko ka-
— Karygodny czyn łamiący Kodeks Wojownika? — rzucił Krzak.
Chwila nowego dla Krzaczastej Łapy szczęścia rozmyła się wraz z pierwszym zawołaniem wojownika Flumine. Nagle przypomniał sobie, jak bardzo nienawidzi tracić czujności; jak bardzo nienawidził sam siebie, że nie potrafił zawsze być idealny.
— Słoneczny Pysku! — Do legowiska wojowników zajrzał Puchate Serce, wyszczerzając niewielkie, wykruszone ząbki w przyjaznym uśmiechu. — Mamy… malusi problem. Malusi, naprawdę.
— Czy może być większy problem od brzydkich kamieni? — westchnął Chwast.
Słoneczny Pysk i Krzaczasta Łapa znali swoje obowiązki równie dobrze, jak Chwaścik znał się na kamieniach. Zostawili go samego z żałobą po queerowym dziedzictwie, kierując się za Puchatym Sercem, który naprędce tłumaczył coś nieśmiało, ale jego puchaty ogonek drgał nerwowo, nie pokrywając się z entuzjazmem.
— Więc — nawijał — byliśmy na małym patrolu i Dyniowa Łapa wyczuł jakiś zapach. No i poszliśmy za tym smrodem, który doprowadził nas do jakichś dwóch psów, dajesz wiarę, że nawet nie próbowali się schować? Znaczy, jeden się zarzekał, że próbował, taki, wysoki, no, jasny, kudłaty, powiedział, że jakiś Lau… Lei… że jakiś pies kazał mu się nasmarować gołębim gównem, żeby zamaskować zapach.
— Mhm — przytakiwała Słoneczko ochoczo, podczas gdy Krzaczasta Łapa miał wrażenie, że każdy schodek na dolne piętro dłuży się coraz bardziej.
— Poszliśmy, gdzie pokazał, a był tam ten Li… Lemur? Porozmawialiśmy z nim, fajny nawet, uznaliśmy, że możemy ich puścić wolno, bo trochę głupiutcy się wydawali, ale Lemur się uparł, że nie wyjdzie stąd bez Chwasta.
— Och. — Słoneczny Pysk i Krzaczasta Łapa spojrzeli po sobie równocześnie. — Mamy Chwasta.
— Macie Chwasta? — Puchate Serce zamrugał. — Powinienem zawołać Podgrzybkową Sierść? Co prawda leżał w legowisku trochę zmęczony, cały taki, napuchnięty, ale może chociaż Rumiankowa Łapa z nimi porozmawia. Poza tym przecież nie jesteście medykami, skąd możecie…
— To imię, skarbie — westchnęła Słoneczko, zaglądając przez ramię, jakby ze schodów zaraz miała stoczyć się górka kamieni.
— Dziwne imiona — wymamrotał Puchate Serce, odchodząc w bok, kiedy cała trójka minęła ostatni schodek.
Krzaczasta Łapa nigdy nie narzekał na szczególnie nudne życie, ale wielokolorowy, ubrudzony w białym guano pies, który tarzał się po ziemi, podczas gdy wojownik Flumine gilgotał go po brzuchu, był zdecydowanie najdziwniejszym zjawiskiem.
— Ha-ha… przestań, nie mogę oddycha-ha-ha-ć! — piszczał.
— Mów! — syczał Brzozowy Kieł, nie przestając go torturować nawet na sekundę. — Jak masz na imię naprawdę, Lemurze?!
— Laurency!
— To nawet nie ma drugiego członu!
— Laur Ency? — jęknął.
— Mamy Chwasta — odparowali Krzaczek i Słoneczko.
— Chwaścik? — Wysoki, jasny pies zamerdał ogonem jak skończony idiota, ale Krzak nie mógł powiedzieć tego głośno, bo zarówno wyglądem, jak i energią, cholernie przypominał Słoneczny Pysk.
— Oddamy go wam za minutkę. — Słoneczny Pysk odwzajemniła merdanie ogonem.
— Oddamy go wam, jeśli złożycie nam ofiarę w postaci jednego z was — dodał Krzaczasta Łapa.
— Za minutkę.
— Jeśli za minutkę złożycie nam ofiarę w posta-
— LAURENCY!
— CHWAST!
— LAU-REN-CY!
Wyglądali jak scena z westernowego filmu ustawiona w slow motion, ale przynajmniej skutecznie zatkali Krzaka, który wolał śmiać się jak Mlecz — to jest: jak skończony idiota — z tego, że Chwast rzucił się prosto w ramiona (łapy?) Laurencego, przytulając do jego brudnego, ociekającego ptasim gównem futra.
— Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę!
— Super — burknął Krzaczasta Łapa — pozbyliśmy się obu problemów na raz.
Odwrócił się i już miał odejść w kierunku legowiska uczniów, żeby rozkoszować się chociaż przez chwilkę, wspomnianą wcześniej minutkę odpocząć z daleka od Chwasta. Albo z daleka od idiotów, ale to zdawało się synonimami.
Nie odszedł daleko, bo dość brutalnie został zatrzymany nadepnięciem na ogon, a choćby dotknięciem pojedynczego włoska na futrze był w stanie rozpoznać, kto to był.
— Mamo — mruknął, pochylając łeb z niechętnym szacunkiem.
— Krzaczasta Łapo — potaknęła, uśmiechając się ukradkiem — mam zadanie bojowe dla ciebie.
— Mhm.
— Odprowadzisz, proszę, tych panów, do ich obozu?
Sierść zjeżyła mu się na karku, ale odpowiedział najbardziej nienawistnym „mhm”, jakie w życiu przyszło mu było wymruczeć.
 
Skończył, idąc gęsiego ze Słonecznym Pyskiem, Puchatym Sercem i nienadgryzioną trójką idiotów z Bezgwiezdnych.
Bądźmy szczerzy, każdego z nich uważał za mniejszego lub większego idiotę — może poza Słonecznym Pyskiem i Puchatem Sercem, do których zachowywał własny, klanowy szacunek, ale optymizm i przyjacielskość nie mieściły się w jego małym móżdżku, więc musiał zaliczyć ich do jakiejkolwiek kategorii. Scenka nie przypominała już western, a kanał Mini Mini. Albo ID, gdzie Krzaczek mordował przedszkolaki pod mostem.
— No i wtedy on mi mówi, że zapomniał o naszej rocznicy — nawijał Puchate Serce, machając na boki swoim krótkim ogonkiem. — A potem, poteeem — przeciągał dramatycznie — potem zabrał mnie na randkę do parku, i wiecie co? Przyniósł mi dwa, takie śliczne ślimaczki. Czaicie? Bo nazywa się Rogaty Ślimak. Miały kolorowe skorupki i, Gwiezdni, nie wiedziałem, że ślimaki mogą być tak dobre.
— Zawsze się tak nie odzywasz?
Prawie podskoczył, kiedy poczuł na karku oddech Bezgwiezdnego wojownika.
Czy wszyscy Bezgwiezdni byli tacy sami?
— Mhm.
— Wiesz, Chwast mi o tobie mówił. W sensie niekoniecznie Chwast. Chwast powiedział Laurencemu, a Laurency powiedział mnie, więc tak jakby mi powiedział. I wiesz, co? Strasznie dużo o tobie mówił. Jakieś całe trzy słowa, jeśli tata tego nie przekręcił. Myślę, że się w tobie zakochał.
— Mhm.
— Powinieneś do niego zagadać. Naprawdę, myślę, że pasowalibyście do siebie. W sensie powinieneś przestać być trochę emo, edgy, wiesz, taki vibe od ciebie zalatuje, jakbyś kogoś zabił, ale nie zabijesz mi przyszywanego brata, prawda? — zaśmiał się sucho.
Krzaczasta Łapa miał bardzo dziwne sposoby odpowiadania rodzinie swojego przyszłego chłopaka.
Doskoczył do Mlecza i zacisnął szczękę na jego łopatce. Zanim smród krwi w ogóle dotarł do jego nozdrzy, Mlecz, zaskoczony atakiem, upadł, machając przednimi łapami, żeby odepchnąć od siebie Krzaka, który dociskał go do ziemi w bardzo dziwnej metodzie BDSM, której Laurency i Cierń już nie praktykowali.
— Nie mów mi co mam robić.
Zanim Krzaczasta Łapa został odepchnięty przez resztę, pozostawił na pysku Mlecza krwawą bliznę od pazurów.
<Chwaście?>
[1277 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

12 czerwca 2021

Od Krzaczastej Łapy — „Unieście rąbki sukien, drogie panie, wkraczamy do piekieł!” [przygoda#18]

Gdyby Krzaczasta Łapa prowadził ranking swoich mentorów, to Opalowy Promyk zdobyłby pierwsze miejsce w hierarchii „największa pizda Flumine”. Równocześnie ich relacja była najdziwniejszą w życiu Krzaczka — zazwyczaj albo kogoś lubił, albo nienawidził. Ale jeśli chodziło o Opala… Krzaczasta Łapa nawet nie miał siły się z nim kłócić.
— K-Krzaczasta Łapo, chciałbyś może… razem… no wiesz… trening? — dukał ledwo zrozumiały ciąg słów, jąkając się przy tym jak tygodniowe szczenię, a gdyby nie jego ciemnobrązowa sierść, Krzaczek na pewno dojrzałby to, jak cały zbladł.
— Nie.
— Och. W porządku. Na-następnym razem.
Następnego razu nigdy nie było. A przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej planował Opalowy Promyk — o trening pytał go codziennie, jakby role się odwróciły i to Krzak był jego mentorem, w dodatku unikającym szkolenia swojego ambitnego ucznia. Nigdy w życiu nie przyznałby tego na głos, ale nagle tęsknił za tym upartym staruchem, który, co zabawniejsze, nie potrafił pogodzić się z decyzją Nakrapianej Gwiazdy równie mocno, co Krzaczasta Łapa.
— Opalowy Promyku — zagajał Brzozowy Kieł przy każdej okazji, ledwo kuśtykając na niesprawnej łapie mimo rehabilitacji u Podgrzybkowej Sierści — nie powinieneś trenować z Krzaczastą Łapą?
Biedny Opalek nigdy nie nadążał nawet z odpowiedziami.
— Może Nakrapiana Gwiazda źle wybrała? Wiedziałem, że tak świeży wojownik to zły pomysł. Nie da się upilnować tego gówniarza. Ach, i jeszcze pomijanie treningów… co za…
Przestawał dopiero, kiedy Irysowe Serce stawała w obronie swojego adoptowanego syna (swoją drogą wyglądającego, jakby zaraz miał paść na zawał, mimo wspomnianego wieku świeżego wojownika).
Bądźmy szczerzy, cała pora zielonych liści wyglądała jak trójkąt miłosny Krzaczastej Łapy, Opalowego Promyka i Brzozowego Kła, z tą różnicą, że nikt się nie kochał i wszyscy uwzięli się na biednego Opalka.
Lato było też okresem najbardziej intensywnego treningu w życiu Krzaka. Nie to, że wcześniej był leniwym typem; zabiłby kogoś za takie określenie. Problem w tym, że jego ambicje wkroczyły na poziom, którego on nigdy nie będzie żałować, ale za to wychowania takiego wojownika jak on może żałować cały klan.
 
— Jeszcze raz — sapnął, jak na złość stając na ugryzionej przez żmiję łapie, przez którą przebiegło mrowienie, jakby poza kłami Borowikowej Nóżki za skórę szarpał go też prąd.
— Hej, braciszku, wyluzuj, wszyscy wiedzą, jaki jesteś cool, nie musisz tego udowadniać, żeby zostać mianowa-
— Jeszcze, kurwa, raz.
Krzaczasta Łapa brzydził się Borowikową Nóżką.
Był jego bratem, podziwiał go i wyjątkowo łaskotało to jego rudą dumę. Chciał być podziwiany i chciał, żeby wszyscy dookoła mówili mu, że jest cool i nie musi tego pokazywać.
Ale, kurwa mać, nie mógł na niego patrzeć. Nie mógł oprzeć się żądzy wypieprzenia mu w ten krzywy pysk. Nie mógł oprzeć się ciągłej walce mimo szarpiącego bólu w łapie i omdleń spowodowanych przegrzaniem, a wszystko to po to, żeby go poniżyć, choć Borowikowa Nóżka nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
Ani razu nie pomyślał, że go nie lubi. Brzmiało to jak hipokryzja, ale dla Krzaczastej Łapy wszystko, co wiązało się z jego ego, było logiczne. Obrzydzenie pojawiło się wraz z tym cholernym mianowaniem, od kiedy Borowikowa Łapa nagle został okrzyknięty Borowikową Nóżką, jakby był od nich lepszy, jakby nie był tylko cholernym przeciętniakiem, który ukończył trening w wieku dwunastu księżyców.
Posłuszny piesek, chciał kląć. Słuchający się swojego mentora. Posłuszny klanowi. Krzaczasta Łapa działał na własną łapę i dokonywał wielkich rzeczy, a mimo to ta pieprzona, ślepa liderka, nigdy nawet go nie pochwaliła, więc Krzak nigdy nie zwrócił się do Borowikowej Nóżki nowym, wojowniczym imieniem.
Z każdym kolejnym krokiem rzucał się na niego, jakby walczył właśnie z najobrzydliwszym podmiotem, jaki było mu dane spotkać.
Borowikowa Nóżka był znacznie szybszy i silniejszy, ale posiadał tą jedną, jedyną cechę, której Krzaczasta Łapa nigdy nie wykształcił — potrafił odpuszczać.
Prześlizgnął się pomiędzy jego łapami. Borowik wywrócił się, ale Krzaczasta Łapa nie zdążył ponownie go zaatakować. Borowikowa Nóżka podniósł się na słabych łapach, tym samym mogąc zablokować paszczę Krzaka, który rzucił się na jego szyję. Zęby uczniaka zacisnęły się na jego łapie, ale napędzany adrenaliną mózg Nóżki pozwolił mu oprzytomnieć na tyle, żeby zamachnąć się pazurami na niedawno zagojone ugryzienie żmii u Krzaczka.
— Cholera — mruknął, zataczając się do tyłu. Wzdłuż rany znowu przebiegło mrowienie i Krzak zachwiał się, kiedy łapa się pod nim ugięła.
— Krzaczasta Łapo-
Wykorzystał chwilę nieuwagi, odbijając się tylnymi łapami od ziemi i rzucając Borowikowej Nóżce do gardła.
Wszyscy we Flumine byli pieprzonymi głupcami. Nie było to nawet subiektywną opinią Krzaczastej Łapy — zwyczajnie przez osiemnaście księżyców jego życia mogli zauważyć, że Krzak jest zdolny do najgłupszych i najgorszych rzeczy, a wszytko to po to, żeby wygrać.
Z gardła wojownika wydobyło się głośne charknięcie. Pies zakrztusił się, zamierając w pół kroku, a Krzak dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że na jego futro skapuje krew.
Zacisnął się mocniej ostatni raz i puścił go, odsuwając się na parę kroków, podczas gdy Borowikowa Nóżka upadł, kaszląc nieprzyjemnym warkotem.
Z rany na szyi lała się krew, ale poza tym Borowikowi nie dokuczały żadne większe urazy. Kaszląc, wyrzucał z siebie krople krwi, które jak rosa osiadały na trawie, pozostawiając krzakowe exegi monumentum jego wygranej.
— Nic mi nie jest. — Borowik splunął krwią na polanę.
— Nie pytałem.
— Wiem. — Wzruszył ramionami. — Mówię ci na wszelki wypadek, jakbyś myślał, że to ty mnie zabiłeś.
Skrzywił się na to oświadczenie, jakby klan uważał go za mordercę. Przecież nigdy nikogo nie zabił; ciężko okaleczył, jasne. Muszelkowy Nos warczała za każdym razem, kiedy znajdował się w jej pobliżu, sycząc coś o pieprzonym sadyście, jakby nadal przed oczami miała jego walkę z Brzozowym Kłem, mimo że od niej minęło już kilka księżyców. Zresztą, Krzaczasta Łapa żył z myślą, że nawet gdyby wtedy go zabił, nie byłoby to jego winą, a Brzozowego Kła, który nie potrafił nawet wygrać jak prawdziwy wojownik, nieważne czy chodziło o triumf w walce, czy o triumf nad śmiercią.
Była jedna osoba, której trup nawiedzał go każdej nocy.
 
— O, tak. Właśnie tak.
W gąszczu coś zaświergotało, odbijając się głuchym echem od bębenków Krzaczastej Łapy, który instynktownie zastrzygł uszami. Sapał głośno, próbując złapać oddech.
Czasem Krzaczasta Łapa brzydził się też sobą.
Orzechowe Oko uniósł łapę na znak przerwy, tym samym dołączając do medyka, który starannie układał różnokolorowe kwiatki w stosik, nawet na chwilę nie patrząc w stronę rudzielca.
Nie mógł winić Orzechowego Oka i Trzmielego Lotu za to, jacy byli, kiedy sam był tak obrzydliwy.
Obrzydliwy, ale przynajmniej wybrany — tak o sobie myślał. Kiedy po raz pierwszy pojawił się w Dawnym Domu, poczuł najnowsze uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczył; ziemisty smak porażki, kiedy Orzechowe Oko dociskał go do gleby.
— Dlaczego mnie wybraliście? — zapytał w końcu podczas przerwy.
W układaniu kwiatów przez Trzmieli Lot było coś dziwnie uspokajającego. Orzechowe Oko posilał się zabitym ptakiem, którego Krzaczasta Łapa nigdy w życiu na oczy nie widział i mógł się jedynie domyślać, że to gatunek zamieszkujący wyłącznie las. Tymczasem medyk rozgrzebał kopczyk ziemi, starannie upychając w dół kwiatki i zasypując go glebą.
— Nie wybraliśmy cię — mruknął, a kropla krwi z jego rany skapnęła na kwiatowy grób.
— Nie?
— Sam nas wybrałeś.
Syknął nieprzyjemnym śmiechem.
— Nikogo nie wybrałem — warknął. — Umiem sobie poradzić sam. Nie potrzebuję żadnych pieprzonych morderców, żeby osiągnąć to, co tylko chcę.
— Tylko jeden z nas jest tu mordercą — mruknął Trzmieli Lot. Brzmiało to jak żart, ale nikt się nie zaśmiał; ciszę przerwało jedynie mlaskanie Orzechowego Oka nad zwierzyną. — Potrzebowałeś nas.
— Nikogo nie-
— Potrzebowałeś nas. Podświadomie czy nie, ale nas potrzebowałeś. — Syknął, kiedy jedna z niezagojonych ran dała się we znaki. Docisnął do niej łapę, ale krew rozlała się jeszcze większym strumieniem i Krzaczasta Łapa zastanawiał się, czy można wykrwawić się drugi raz już po śmierci. — Jestem medykiem, znam się na znakach. Twój ojciec też nas potrzebował.
— Ojciec?
Wyobraził sobie Klematisowego Korzenia z tą swoją cielęcą miną stojącą obok zakrwawionego medyka Industrii-Infernum i omal nie parsknął śmiechem.
— Potrzebował Błotnistego Żaru, ale odmówił — burknął, po czym obrzucił Krzaczastą Łapę chłodnym spojrzeniem przecinającym go na wskroś. — Tylko prawdziwi wojownicy wiedzą, że droga do perfekcji jest także drogą po trupach. Był zbyt głupi, żeby to zrozumieć, ale ty nadrobisz jego wady.
Normalnie połechtałoby mu to ego; przecież o to cały czas chodziło, prawda? O zostanie najlepszym wojownikiem. Takim, przed którym klękać będą dusze z Coelum i Infernum.
— Podarowałem ci swoje medyczne umiejętności, Krzaczasta Łapo. Dzięki nich będziesz mógł znaleźć najsłabsze punkty swojego przeciwnika i je wykorzystać. Nie zmarnuj tego. — Wbił pazury w krwawiącą ranę, która rozbryznęła się na kopczyk pod jego łapami. Przez chwilę krople krwi zawrzały na ziemi, po czym ucichły, pozostawiając całą trójkę w martwej ciszy, ale Trzmieli Lot uśmiechnął się pomimo tego. — To znak.
— Co to za kwiaty?
— Prezencik dla starej przyjaciółki — westchnął. — To malwy.
Czuł, jakby żyły rozpaliły się podobnym wrzątkiem, co krew medyka przed chwilą. Ugryzienie żmii przebiegło całe jego ciało, na nowo krwawiąc z dwóch, symetrycznych śladów po kłach.
W Infernum rany się nie goją, przypomniał sobie.
Był pewien, że jeszcze nie umarł. To wszystko było pieprzonym snem. A mimo to z tyłu głowy miał poczucie, że dla śmierci Malwowego Ogona będzie w stanie poświęcić nawet całe swoje życie, żeby smażyła się w językach ognia wiecznej niedoli Infernum.
— Podarowałem ci swoje wojownicze umiejętności, Krzaczasta Łapo. — Orzechowe Oko dołączył do nich, przysiadając na wprost niepozornego dołku. — Dzięki nich będziesz najlepszym wojownikiem w historii Flumine. Dobrze to wykorzystaj. — Podniósł w pazurach konsumowaną wcześniej zwierzynę i docisnął ją do kopca, rozbryzgując krew wokół ich łap.
— Ty nie byłeś najlepszym wojownikiem — syknął Krzaczasta Łapa po dłuższej chwili wpatrywania się w zakopane malwowe kwiaty.
— Pardon?
Ale Krzak odpowiedział niemal bezpardonowo, zamachując się szponami w stronę pyska Trzmielego Lotu. Docisnął go do kopca, a uschnięte kwiaty malwy zakrwawiły się ranami medyka, kiedy Krzaczasta Łapa szczerzył nad nim kły.
— Jesteście tylko pierdolonymi zdrajcami swoich klanów — warknął. — Zrobię to, czego tylko będę potrzebował. I nie potrzebuję do tego żadnej pomocy skurwysyńskich zdrajców.
Ze snu obudził się w tym samym momencie, kiedy krew tętnicza Trzmielego Lotu trysnęła w jego pysku.
 
— Ja-jaśni Gwiezdni, co wy znowu…
Miodowa Łapa wyszczerzył kły do Krzaczastej Łapy, kiedy ten próbował pomóc podnieść się Borowikowej Nóżce.
— Nic mi nie jest — powtórzył Borowik.
— Nie pytałem — uciął Miodek.
— Trenowaliśmy — burknął Krzaczek, opierając pysk na barku Borowika, żeby móc wygodniej podeprzeć go od boku.
— Trenować nie powinno się z mentorem?
— Jesteś ostatnią osobą, którą widziałbym ze Słonecznym Pyskiem. — Miodowa Łapa strzelił językiem, gotowy odegrać się złośliwą ripostą, ale Krzak nie miał zamiaru słuchać ani minuty dłużej tego oszołoma. — Widziałeś gdzieś Rybi Potop?
— Ry-Rybi Potop?
— Rybi Potop. Spotkaliśmy go po drodze. Miał sprowadzić medyka.
— J-ja to zrobię!
Zanim Krzaczasta Łapa zdążył zastanowić się nad tym, czy do Infernum lepiej posłać Malwowy Ogon, czy jednak Miodową Łapę, drugiego kandydata nie było już w pobliżu.
 
Wieczorny patrol. Nocne czuwanie. A wszystko to po to, żeby znowu nie zasnąć.
Noc była spokojna, a ciszę przerywał jedynie szelest wiatru i jego własny oddech. W ciągu wieczoru ochłodziło się i Krzaczasta Łapa mógł odpoczywać na wycieraczce starego domu, starannie wylizując sparzone słońcem poduszki łap.
Poczuł na języku krew i zakrztusił się własną śliną, od razu odwracając wzrok od własnych pazurów.
Ile jeszcze razy będzie musiał ich użyć, żeby wreszcie poczuł, że zrobił wszystko, co zamierzał? Tymi szponami zaatakował Trzmieli Lot. Tym językiem wylizywał rany po walce. A wszystko to po to, żeby wreszcie poczuć się wystarczający; nawet jeśli robił już wszystko, co mógł, żeby to udowodnić.
— Krzaczasta Łapo? Jesteś tu?
Odwrócił głowę, od razu wracając do czujnego siadu, jakby nie chciał po sobie poznać, że jeszcze chwilę temu miał czelność odpoczywać w spokojnym wieczorze i zajmować się swoim selfcare.
— Liderko — potwierdził, skłaniając głowę.
Nakrapiana Gwiazda uśmiechnęła się, przeciągając na wycieraczce.
— Rozmawiałam z Brzozowym Kłem.
— Mhm.
— Potwierdził, że jesteś gotowy, by zostać wojownikiem.
Machnął niecierpliwie ogonem.
— Rozmawiałam też z Opalowym Promykiem.
— Mhm…?
— Również uważa, że z twoim mianowaniem nie będzie problemu.
— No i rozmawiałam z…
— Nakrapiana Gwiazdo, z całym szacunkiem, ale nie miałem więcej mentorów.
Zaśmiała się i Krzak przez chwilę zobaczył w niej jej własnego brata, ale mniej upartego i wkurwiającego, a w tej scenie było coś tak przyziemnego, że pomyślał o tym, jak by to było mieć dobrą relację z Brzozowym Kłem. Czy śmiałby się tak samo szczerze, jak Nakrapiana Gwiazda?
— Nie, nie. — Pokręciła łbem. — Rozmawiałam z Irysowym Sercem. Może i nie jest twoją mentorką, ale jest moją zastępczynią.
Zamarł.
— Irysowe Serce za mnie poręczyła?
— Jak najbardziej.
Rodzina potrafiła wyrażać wobec siebie miłość na różne sposoby. Niektórzy mówili sobie proste „kocham cię”, przytulali, śpiewali ci kołysanki, jak byłeś dzieckiem i przynosili gorącą herbatę, kiedy byłeś chory. Irysowe Serce mogła dać mu to wszystko, ale postanowiła okazać mu coś, czego zawsze mu brakowało — poczucie bycia wystarczającym.
Po raz pierwszy w życiu odpowiedział Nakrapianej Gwieździe stuprocentowo szczerym śmiechem, ale zaraz zwiesił głowę, nie przestając się uśmiechać.
— Muszę odmówić, Nakrapiana Gwiazdo.
— Krzaczasta Łapo?
— Wiem, co robię — uciął, a mina zrzedła mu z pyska. — Chcę być idealnym wojownikiem. Nie potrzebujecie kolejnego, który będzie przeciętny w swoim klanie. Ja będę najlepszy. A kiedy już będę, powiem ci to.
Sapnęła, jakby kpiąco, ale nawet liderka nie miała zbyt dużo do powiedzenia w kwestii jego decyzji. Wstała, próbując wrócić do środka Starego Domu, ale Krzaczasta Łapa zatrzymał ją machnięciem łapy.
— Ach, i jeszcze jedno… — zaczął, wyszczerzając kły, jakby zaraz miał obwieścić jej radosną nowinę — Industria ma zdrajcę wśród swoich. Myślę, że powinno cię to zainteresować, liderko.
[2171 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia +10 za przygodę i 4 Punkty Treningu]

30 maja 2021

Od Krzaczastej Łapy — zgromadzenie klanów

Krzaczasta Łapa wyszedł z legowiska starszyzny z głową uniesioną tak wysoko, jak tylko duma mu pozwalała. Zanim zdążył dobrze wystawić łapę poza framugę wejścia, zawrócił, przymykając łzawiące oczy, żeby chwycić w zęby mech nasączony mysią żółcią i wymknął się z powrotem, zadzierając łeb jeszcze wyżej.
Chciał być idealnym wojownikiem, nie uczniakiem, ale kiedy Rumiankowa Łapa powiedziało mu, że otruje go nasionami maku (swoją drogą; Krzaczek zdolności medyczne odziedziczył po rodzicach, bowiem nie domyślił się, że mak nie jest czymś trującym), jeśli nie obłoży kleszcze Popielatego Strumienia mysią żółcią. Miał fizia na punkcie własnej dumy i bycia najlepszym, ale kiedy po raz pierwszy poczuł zapach okazanego mu przez Rumianek specyfiku, pożałował, że nie wybrał życia pieszczocha jako szczenię.
Rozejrzał się dookoła pośpiesznie, nie chcąc, żeby ktokolwiek widział go w takim ujmującym majestatu stanie, po czym rzucił mchem z mysią żółcią o ziemię, plując na wszystkie strony własnym niesmakiem. Na język nasuwało mu się zdrowe przekleństwo, ale zamiast tego wydusił z siebie krwiożercze: „ble!”, szorując jęzorem o własne futro.
Nabierając w płuca głęboki wdech, żeby choć przez chwilę nie czuć tego okropnego zapachu, pochylił się z powrotem nad porzuconą maścią… i zatrzymał wpół kroku, kiedy do jego nosa wdarł się jeszcze jeden, doskonale znany mu zapach.
— Irysowe Serce — usłyszał głos zza ściany — możemy porozmawiać? Proszę.
Krzak wzdrygnął się, słysząc Wojowniczego Mroza. To nie tak, że go nie lubił, ale bądź co bądź pochodzili z dwóch różnych światów, a cytując skromną opinię Krzaczastej Łapy, był pewien, że stałby się lepszym wojownikiem od tego młodziaka o piskliwym głosie.
— Nakrapiana Gwiazda chciała, żebym…
— Proszę — przerwał jej. — To dla mnie ważne. I dla klanu… dla klanu chyba też. — Wojowniczy zaśmiał się, tym swoim niewinnym, niemal dziecięcym chichotem, ale w jego głosie nie było choćby skrawka faktycznego uśmiechu.
Idealny wojownik powinien wiedzieć, jeśli coś ważnego dzieje się w jego klanie, prawda?
Po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni w całym swoim życiu, Krzaczasta Łapa podziękował mysiej żółci za tak upierdliwie śmierdzące maskowanie zapachu.
 
Wycieczka do Gwiezdnego Szczytu w sam środek upału, śledząc dwa, nieobce mu psy (czego Krzaczasta Łapa zdecydowanie nie powinien był robić) w towarzystwie cholernie, naprawdę cholernie śmierdzącej mysiej żółci było ostatnią rzeczą, o której Krzak marzyłby jako idealny wojownik.
Gwiezdny Szczyt był nieosłoniętym pagórkiem i Krzaczasta Łapa musiał wspiąć się od bardziej stromej strony, opierając łapy na zapadających się kamyczkach. Zacisnął kły na mysiej żółci tak mocno, że obiad sprzed roku podszedł mu do gardła, ale dzielnie zadarł łeb do tyłu, żeby niezbyt szarmancko podsłuchać rozmowę.
— Irysowe Serce, ja… przepraszam — usłyszał głos Wojowniczego Mrozu. — Chodzi o to, że ja… ja chyba dłużej nie pasuję do Flumine.
Żwir zaszeleścił między pazurami Krzaczastej Łapy, ale poza tym dookoła zapanowała cisza.
— Hej, Wojowniczy Mrozie, jesteśmy twoją rodziną, czemu…
— Nie — urwał. — To znaczy… tak, ty jesteś moją rodziną. Naprawdę cię kocham, Irysowe Serce! Odważny Kieł też był moją rodziną. Ale poza wami… uch, chyba wiesz, jak to jest, kiedy twoje serce kłóci się z twoimi morałami. Chodzi o to, że… Biała Gwiazda też jest moją rodziną. I Jasne Serce. I nawet, jeśli ty byłaś tą jedną osobą na cały klan, która we mnie wierzyła, nie równa się to temu, że dla wszystkich innych nadal byłem uczniem, wiesz? — załkał. — Zresztą, dobrze rozumiesz kodeks wojownika. Jesteś zastępczynią. Też w niego wierzę. Problem w tym, że nie wiem, jak miałbym go przestrzegać, skoro nie potrafiłbym zaatakować Tenebris. Co jeśli zrobiłbym krzywdę rodzinie Białej Gwiazdy podczas bitwy między klanami? Co jeśli straciłbym znowu jedyną rodzinę, bo nie potrafię pogodzić siebie między Flumine a Tenebris?
Przełknął głośno, pociągając nosem. Irysowe Serce nawet się nie odezwała; matka, jak zauważył Krzaczasta Łapa, zawsze była spokojna. Nawet kiedy dowiedziała się o śmierci Gorzkiej Łapy, nie krzyczała na cały klan i nie prosiła Gwiezdnych o inny wyrok. Mimo to Krzak wiedział, że płakała, kiedy została sam na sam, by później z godnością perfekcyjnej wojowniczki odbyć czuwanie.
Nie brzmiało to obco dla Krzaczastej Łapy. W zasadzie, jeśli dłużej by się nad tym zastanowić, syn i matka byli do siebie niemal łudząco podobni. Krzak przejął ideały swojej rodzicielki, a mimo to wciąż ją zawodził i, cholera, nie miał pojęcia dlaczego.
— Irysowe Serce, proszę, nie nienawidź mnie, ja…
— Nie nienawidzę cię — westchnęła. Jej głos był jak wiosna; zdawał się zimny, ale każdy, kto znał ją nieco bliżej słyszał tę nutę ciepła. — Rozumiem twój wybór, Wojowniczy Mrozie. Zapewne nie postąpiłabym tak samo, ale znam kogoś, kto by tak postąpił… kto tak postąpił, jasne? — Ojciec. Krzaczasta Łapa wolałby umrzeć, niż dostać się z podkulonym ogonem do innego klanu. — Może i nie będziemy rodziną, ale nadal jesteś moim przyjacielem, Wojowniczy Mrozie. Zawsze będę o tobie pamiętać, ale na polu bitwy nie wybiorę cię zamiast klanu.
Wojowniczy pociągnął nosem. Krzak był niemal pewien, że wojownik uśmiechnął się, pocieszony słowami zastępczyni.
— Dziękuję, Irysowe Serce.
Ścieżka zachrzęściła pod łapami Wojowniczego Mrozu, kiedy truchtem oddalił się w stronę granicy Tenebris. Irysowe Serce nie poruszyła się jednak choćby o krok, zerkając to w stronę odchodzącego Wojowniczego, to w stronę zbocza.
— Wyjdź, Krzaczasta Łapo — mruknęła.
Oparł się przednimi łapami o wystający kamień i podciągnął, otrzepując gęste futro ze żwiru.
— Dlaczego pozwoliłaś mu odejść? — zapytał, marszcząc nos z irytacją; zawsze tak robił, kiedy nie rozumiał czyichś działań, a nie było to rzadkim zjawiskiem, jeśli Krzak średnio rozumiał inne ideały oprócz swoich.
Irysowe Serce westchnęła, schodząc w dół pagórka krok w krok z synem.
— Niektórych rzeczy chyba nie da się wytłumaczyć inaczej, niż sercem — mruknęła, choć jej tęskne, zmartwione spojrzenie sugerowało, że wcale nie była tego taka pewna, albo wręcz przeciwnie: była tak pewna, że aż nie mogła sobie z tym poradzić.
— Jest zdrajcą.
— Ty też. — Krzaczasta Łapa podskoczył, kiedy Irysowe Serce rzuciła mu spojrzenie pełne wyzwania. — Kodeks mówi, żeby nigdy nie atakować wojownika ze swojego klanu.
Umilkł. Najwyraźniej matka była jedyną osobą, która mogła patrzeć na niego w taki sposób, nie tracąc jednej z łap.
Irysowe Serce jednak nie czekała na jego odpowiedź. Kiedy Krzaczasta Łapa milczał, ze wzrokiem bacznie wlepionym w oczy zastępczyni, ta pokręciła tylko głową, wracając do swojego wcześniejszego, zmęczonego nostalgią spojrzenia, po czym odwróciła się i odeszła w stronę Flumine.
Krzaczasta Łapa nie poszedł za nią.
 
Porą zielonych liści wreszcie został wyznaczony do zgromadzenia klanów.
Jego obecność VIP na liście była dla niego tak oczywista, że nawet nie miał czasu szczycić się zazdrosnymi spojrzeniami Miodowej Łapy i Dyniowej Łapy, którzy nie zostali wybrani. (W zasadzie nie narzekałby na obecność drugiego z braci. Niekoniecznie byłby wtedy wyróżniony, ale przynajmniej miałby kompana do omawiania głosów liderów na zgromadzeniu).
Puste obietnice o nieszczyceniu się tym opadły jednak wraz z momentem dotarcia na Gwiezdny Szczyt. Nakrapiana Gwiazda przycupnęła na wystającym z ziemi korzeniu rozłożystego drzewa, mając przy boku Irysowe Serce. Każdy z klanu w teorii miał dla siebie gdzieś miejsce, ale w rzeczywistości starsi oddalali się na ubocze, żeby ze sobą porozmawiać, a młodsi uczniowie skakali między sobą, unikając spojrzeń ich mentorów.
Krzaczasta Łapa nie unikał spojrzenia swojego mentora. (Znaczy — już ex mentora, ale Krzak wolał nadal żyć myślą, że ten upierdliwy dziad się nad nim znęca, niż musi znosić pizdę, która wybyła z klanu na dobre kilka księżyców). Zamiast tego przeszedł obok niego z pełną dumą, usiadłszy na samym przodzie, na wprost pysków Nakrapianej, Irysowej i wszystkich zebranych liderów. O, zgrozo, gdyby nie Konwalijkowy Zagajnik, która promiennym uśmiechem zagadała ojca, Krzaczasta Łapa (albo odwrotnie) mógłby skończyć jako nawóz dla Srebrzystego Drzewa.
— Bez przedłużania — odezwał się Sowi Pazur. Jego spojrzenie pełne wyższości niemal od razu uciszyło zebranych; jedynie Rzepakowa Gwiazda mamrotała coś do swojego zastępcy, na co ten odpowiadał podobnymi burknięciami.
— Nasz szczeniak wszedł na tereny Tenebrisu i został zamordowany — powiedział głos z tyłu. — Myślę, że to jeden z tematów, które warto byłoby omówić. Nie znam się na kodeksie, ale zapytałem się kilku osób i wiem, że mordowanie jest zdecydowanie niedozwolone przez niego.
Paru członków Tenebris rozstąpiło się, żeby zrobić miejsce dla gościa na zgromadzeniu. Niezbyt wysoki pies przesiąknięty zapachem Bezgwiezdnych zignorował rzucane mu spojrzenia szarych wojowników, mierząc się wzrokiem jedynie z liderami. Stanął przodem, nie racząc jednak dojść do korzeni drzewa.
Brzozowy Kieł splunął, mamrocząc coś o pogwałceniu tradycji.
— Zajmuję się już tą sprawą. Szukam sprawcy, który, gdy tylko uda mi się go znaleźć, zostanie w trybie natychmiastowym wydalony z klanu — powiedziała Biała Gwiazda, rzucając łagodne spojrzenia pozostałym przywódcom, jakby chciała uświadomić im, że wszystko jest pod kontrolą.
Spokój Białej Gwiazdy udzielił się także Jazgotowi, który przystał na jej decyzję. Krzaczastej Łapie nie umknęło jednak nerwowe spojrzenie liderki Ciemnych posyłane na przemian to w stronę Bryzowej Gwiazdy, to w stronę nie do końca jeszcze zagojonej rany na szyi Nakrapianej Gwiazdy.
Krzak strzelił nerwowo językiem, kiedy żadna z nich się nie odezwała. Pieprzone tchórze, a nie przywódcy. A skoro liderzy są skończonymi idiotami, to czemu ktoś inny, lepszy, nie może przemawiać na zgromadzeniu?
Podniósł się, rzucając pewnym siebie okiem w stronę wszystkich klanów. Kiedyś będzie patrzył na nich z miejsca na korzeniu.
— Chciałbym zauważyć — odezwał się, ignorując zaskoczone spojrzenie Brzozowego Kła, który w myślach prawdopodobnie chciał go zabić za niesubordynację — że Tenebris, rzecz jasna, jak każdy klan, nie mogłoby wydać członka własnego klanu. Jedynym świadkiem zatem może być Bezgwiezdny, ale najwyraźniej śmierć szczeniaka nie jest tak ważna, skoro nie raczyli się tu pojawić.
— Owszem, jednakże nasz świadek widział, jak szczenię zostaje rozszarpane na kawałki na jego oczach. Każdy, kto mierzył się ze śmiercią, a sądzę, że wielu to tu przeżyło, wie, jakie to traumatyczne zdarzenie. Poza tym na dziecku dało się też wyczuć zapach. Biała Gwiazda współpracuje z nami, starając się z całych sił znaleźć sprawcę. — Spojrzał na samicę. — Nie chcemy w końcu niepotrzebnych oskarżeń i rozlewu niewinnej krwi. A co do naszej... niewielkiej obecności. Zostało uznane, że jestem odpowiednim przedstawicielem bezgwiezdnych i obecność większej ilości naszych członków nie jest konieczna, do omówienia spraw. — Powieka Jazgotu drgała nerwowo tak, jakby wypił na raz za dużo kawy.
Parsknął.
— I nawet nie jesteś chociażby zastępcą.
Zignorował syknięcie Brzozowego Kła, że sam jest cholernym uczniem. Wrócił do swojego napiętego siadu dopiero, kiedy Puchate Serce delikatnie usadowił go z powrotem, niemal nakazując skończyć dyskusję z Bezgwiezdnym.
— A jeśli można wiedzieć… jak mniej więcej wyglądał morderca? — widocznie starsza suka z Industrii zabrała głos.
— Wolałbym, by pozostało to między nami a Białą Gwiazdą. Nie chcemy niepotrzebnych oskarżeń. W końcu opis, jak mówiłem, pasuje do wielu psów. Byłoby słabo, gdyby morderca wyglądał na przykład jak ty. Od razu zaczęłyby się niepotrzebne podejrzenia.
Pieprzeni tchórze. Pieprzeni. Tchórze. Pieprzeni…
Brzozowy Kieł wbił mu pazury w łapę.
— Uspokój się — warknął, na tyle cicho, żeby tylko były uczeń go usłyszał. — To nie twoja sprawa. Sam mi to powiedziałeś.
Powiedział. Krzaczasta Łapa był pewien w końcu, że idealny wojownik powinien radzić sobie sam i podobnie żyć. Nie należał do żadnego z klanów, między którymi toczył się spór.
Nie wiedział też nic o wojowniku Tenebris. Jakkolwiek bestialsko by to nie brzmiało, Krzak żył w przekonaniu, że nawet najgorszą zbrodnię można usprawiedliwić, jeśli krył się za nią ważniejszy motyw.
 
Flumine i Industria wracało łapa w łapę od Gwiezdnego Szczytu. Krzaczasta Łapa trzymał się na przedzie, jednakże z boku, jakby chciał słuchać rozmów przywódczyń — szybko jednak okazało się, że miejscówka zaraz za hierarchią była mu zbędna, bowiem Rzepakowa Gwiazda jedynie jak najęta opowiadała Nakrapianej Gwieździe o swoich pięknych, śliniących się bąbelkach, które już na następnym zgromadzeniu będą uczniami. (Powiedziała też Nakrapianej i jej zastępczyni, żeby czasem wpadły na tereny Industrii po porzucone w śmietniku nuggetsy. Wszyscy oprócz Rzepakowej Gwiazdy nie wiedzieli, o co chodzi, ale ta szybko zmieniła temat, kiedy Sowi Pazur przerwał niezręczną ciszę, mrucząc z zażenowaniem: „Rzepa…”).
Pysk wcześniej spotkanej wojowniczki Industrii, która przemawiała na zgromadzeniu, ucieszył go bardziej, niż powinien.
— Krzaczasta Łapa, tak? — zagaiła, posyłając mu dziwnie intrygującą minę wraz ze spojrzeniem spod przymrużonych oczu. — Widziałam, jak przemawiałeś na zgromadzeniu. Zasługujesz na to, żebyś wkrótce stał się wojownikiem.
Zacisnął zęby. Pieprzeni ekstrawertycy…
— Dziękuję — uciął.
Przewróciła oczami na jego małomówność.
— Ci brudni Bezgwiezdni — westchnęła cierpiętniczo. — Nie potrafią nawet upilnować własnego bachora, a potem żalą się, ba, żalą się w pojedynkę!, wysyłając nam z pogardą jakiegoś swojego posłańca. — Splunęła. — Chcesz mieć kiedyś dzieci, Krzaczasta Łapo?
— Mhh. — (Szczerze mówiąc, sam nie wiedział, czy oznaczało to tak, czy nie).
— Ja mam aż… — wystawiła język, intensywnie licząc w myślach — piątkę. Piątkę, tak.
— Mhm.
— Nigdy w życiu nie wypowiedziałabym innemu klanowi wojny za nieupilnowanie własnego dzieciaka! — żachnęła się. — Bezgwiezdni nawet nie mają własnych zasad. Jakim prawem inne klany mają płacić za to, że oni nie potrafią zająć się paroma gówniarzami?
Nadstawił ucho, kiedy usłyszał, że liderki dziękują sobie za zgromadzenie, rozchodząc się na swoje ścieżki.
— Słuchaj, paniusiu — burknął — mam głęboko gdzieś te bachory, Bezgwiezdnych i ciebie, więc lepiej przejdź wprost, czego chcesz, zanim umrzesz ze starości przed następnym zgromadzeniem.
Mina zrzedła z pyska Malwowego Ogona. Wzdrygnęła się na chwilę, a w jej oczach pojawiły się dziwne iskry, szybko zastąpione przez ten poprzedni, teatralny uśmiech.
— To nie temat na obecność innych wojowników, kochanieńki — zamruczała wesoło. — Widzisz te krzaki, o, tam, przy tych skałach? Pożyczę cię tylko na minutkę.
Prawie jej wyjebał, ale wtedy jeszcze nie wiedział, że w zasadzie powinien był to zrobić.
Podążył za Malwowym Ogonem, która kazała mu się zatrzymać w gąszczach, węsząc za czymś pod kamieniem.
— Och, tak, Krzaczasta Łapo, jak już mówiłam, słyszałam, jak przemawiałeś na zgromadzeniu i bardzo mi się to spodobało…
— Nie uprawiam seksu z MILF-ami.
Zamrugała, podnosząc na chwilę głowę zza skały.
— Wracając, myślałam, że może mamy podobne ideały... — nawijała. Coś zasyczało w krzewach, a Malwowy Ogon stęknęła, odpychając kamień. — ...ale jednak zmieniłam zdanie.
Wychyliła pysk zza skały, z furią w oczach wyrzucając w powietrze coś, co przecięło jej odległość do Krzaczastej Łapy. Odskoczył, zaskoczony patrząc w glebę, o którą coś uderzyło ze świstem, następnie ruszając przez trawy. Zanim zdążył ponownie odskoczyć, drobne kły wbiły mu się w łapę, pulsującym bólem rozchodząc się wzdłuż wszystkich połączeń nerwowych.
— Kurwa! — wrzasnął.
Naćpany adrenaliną chwycił w pysk większy kamień, uderzając nim kilkukrotnie o łeb węża, który padł martwy. Nie zdążył nawet zrobić tego samego z parszywym pyskiem Malwowego Ogona — kiedy w panice odwrócił się w stronę skały, za którą jeszcze przed chwilą stała, suki już dawno nie było na horyzoncie.
 
Z biol-chemicznego punktu widzenia autora Krzaczastej Łapy, jego zachowanie było idiotyczne, ale z drugiej strony zrozumiałe; oddalił się od miejsca „zbrodni”, podążając za śladami łap Flumine. I, jak z wiadomości z pierwszej pomocy wynika, brońcie Gwiezdni, nie myślcie o nadmiernym poruszaniu się po ugryzieniu jadowitego węża — nawiasem mówiąc, to wprowadza jad szybciej do krwiobiegu. Dookoła nie pozostało jednak żywej duszy, więc Krzaczasta Łapa z kołatającym sercem i dreszczami ruszył do obozu, pozostawiając za sobą jedynie krwawą ścieżkę.
Jak powszechnie wiadomo, Krzak odziedziczył umiejętności medyczne po swoich rodzicach. (Nie powtarzajcie tego w rzeczywistości, wszystkie działania opisane w opowiadaniu były wykonywane pod okiem (idiotów) specjalistów, przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą). Układ immunologiczny miał jednak niczego sobie. Padł dopiero, kiedy dotarł do obozu Flumine, wstrząsany usilnymi dreszczami. Klan nie zauważył nawet jego obecności, uciszony wrzawą, która zapanowała przez opowieści o zgromadzeniu.
— Zabiję ją — warknął. Uwagę zwrócił jedynie Ślimacza Łapa, który szturchał pośpiesznie swoje rodzeństwo, alarmując przy okazji także mentorkę, Rozżarzony Język. — ZABIJĘ JĄ! — wrzasnął, wytłaczając z płuc ostatnie resztki sił.
Jego oddech zarzęził, wypuszczając z pyska potok piany.
 
Kolejne dni były tylko urywkami.
„Nie wiem, czy… przeżyje…”.
„Jest…”.
„Źle?”.
„Umiera”.
„Rumiankowa Łapo?”.
„Kto…”.
[2509 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia i 6 Punktów Treningu]

11 maja 2021

Od Krzaczastej Łapy CD Dyniowej Łapy

Musiał przyznać, że przeszył go dreszcz na te słowa. W głosie Dyniowej Łapy słychać było szczere poruszenie, ale dźwięk był raczej chrapliwy, jakby medyk przeciął mu struny głosowe kamieniem. Oczy Krzaczastej Łapy zalśniły tym błyskiem, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy był czymś bardzo przejęty.
— Spróbujmy więc.
Zalśnił arogancją. Nie był zbyt specjalnie narcystyczny, a przynajmniej za narcyza się nie uważał — wiedział, na co go stać i na podstawie tych wniosków określił własną wartość.
Zaatakował pierwszy. Dynia zawsze był od niego szybszy, więc i tym razem odskoczył, ale jego ruchy wydały się Krzaczkowi spowolnione, więc dorwał go mimo wszystko, całym ciężarem ciała rzucając go na ziemię. Przeciwnik spróbował się podnieść, ale kiedy to nie dawało skutku, na karku Krzaczastej Łapy rozbłysła świeża plama krwi od ugryzienia brata,
Puścił go, odsuwając się tylko na chwilę. Zaszarżował, przednimi łapami z wyskoku przytrzymując ciało Dyniowej Łapy, na co ten odpłacił się identycznym ruchem. Pod pazurami obojga wystrzeliła krew, ale to Krzaczkowi nie wystarczyło, więc zacisnął szczęki na szyi rudego.
Był silniejszy. Walczyli jak równy z równym i wspólnie mogli korygować własne błędy; Dyniowa Łapa był szybszy, Krzaczasta Łapa zręczniejszy. Zacieśnił ucisk i uniósł Dynię na kilka centymetrów w powietrze.
Oboje stracili oddech. Dyniowa Łapa podduszony, Krzaczasta Łapa z bólu, bowiem pies wraz z uniesieniem rozorał mu pazurami skórę.
Puścił go tak szybko, jak go uniósł i fuknął, kiedy osłabione ciało Dyniowej Łapy zderzyło się z ziemią, a pies zaczął się krztusić własną chorobą i utratą oddechu.
— Nie jesteś sobą, Dynia — mruknął Krzaczek, siadając naprzeciw zbierającego się brata i omiatając go sympatycznym spojrzeniem.
— Co masz na myśli? — Rudzielec otrzepał się z własnej krwi i resztek śliny pozostałych na futrze.
Krzaczasta Łapa miał szczerą ochotę pomóc mu wstać. Bądź co bądź, byli braćmi, w dodatku bliskimi sobie braćmi, nawet jeśli ich związek ograniczał się do zdrowej rywalizacji, wspólnych treningów i paru(nastu?) walk w ciągu sezonu. Wspólne DNA przekazało im jednak to, że tak samo nienawidzili litości, więc Krzaczek lustrował wzrokiem każdy ruch wstającego Dyni.
— Byłeś u medyka, prawda?
Dynia fuknął w odpowiedzi.
— Nie będę z tobą walczyć, jeśli mam przewagę — westchnął. — Jesteśmy braćmi, więc bądź, kurwa, moim bratem, i walcz ze mną jak równy z równym.
— Mogę jeszcze raz-
— Nie — uciął.
Dyniowa Łapa warknął, zapewne gotowy do odwetu, gdyby nie fakt, że obok zawtórował im trzeci głos.
— Krzaczasta Łapa mentor Krzaczastej Łapy mentoruje teraz Dyniowej Łapie?
— Kurwa, znowu on — jęknął.
Zdecydowanie za mało mówił „kurwa”, zwłaszcza na widok Brzozowego Kła, który panoszył się z tym swoim perlistym uśmiechem.
Dyniowa Łapa zmarszczył brwi. Klan nieczęsto widział ich razem, mimo że Nakrapiana Gwiazda na mianowaniu uczniów wyraziła się jasno, że to Brzozowy Kieł został mentorem Krzaczka. Wolał już, żeby jego mentorem została mrówka, niż ten stary chuj.
— Gotowy na trening? — zaświergotał.
Nawet z odległości kilku lisich skoków Krzaczasta Łapa był w stanie dojrzeć, jak sierść Brzozowego Kła jeży się nieprzyjemnie, a jego mięśnie drgają, zmuszając się do ogromnego wysiłku. Zmuszał się do stania na zmasakrowanej łapie, mimo że Krzaczek doskonale widział go kulejącego. Z każdym kolejnym dniem od dnia, kiedy wdał się w walkę ze swoim mentorem, coraz rzadziej zaglądał ukradkiem do legowiska medyka, żeby sprawdzić, czy stary chuj w ogóle żyje, ale doskonale zapamiętał, że jeszcze kilka dni temu podejrzał Brzozowego Kła wyjącego z bólu i proszącego Podgrzybkową Sierść o garść maku na ból.
— A wyrobiłeś już kartę inwalidzką? — mruknął gorzko, złośliwie zerkając w stronę niesprawnej łapy mentora.
— Przezabawne. — Nikt się nie zaśmiał. — Podgrzybkowa Sierść powiedział, że mogę już wrócić do treningów z tobą.
— Mhm. Gdybyś jeszcze miał do czego wracać.
— Nie słyszałem, żebyś był mianowany.
— A ja nie słyszałem, żebyśmy kiedykolwiek prowadzili trening.
Warknął, odwracając się znowu do Dyniowej Łapy, żeby pchnąć go w stronę wyjścia z legowiska uczniów.
— Poza tym mam ważniejsze sprawy na głowie — dodał.
— Masz na myśli mentorowanie Dyniowej Łapie?
— Nikt mi nie mentoruje — syknął Dynia, wbijając pazury w łapę popychającego go Krzaka.
— Słuchajcie, też mam dzieci — jęknął Brzozowy Kieł, teatralnie przewracając oczami, jakby chciał podkreślić to, że ma do czynienia co najwyżej z bywalcami żłobka. — Co prawda nie są tak nieznośne i nie próbują mnie zabić, ale je mam. No i też kiedyś byłem uczniem, a…
— Do rzeczy — prychnęli jednocześnie.
— Jeden na dwóch.
Krzaczek zamrugał kilkukrotnie. Zaczynał coraz bardziej podejrzewać, że Boomerowy Kieł był masochistą. Irytowało go, że musiał udowadniać swoje umiejętności przed starym chujem, który w dodatku ledwo trzymał się na łapach, ale nie mógł przepuścić żadnej okazji; tym bardziej że miał obok siebie Dynię. Nawet jeśli stary chuj był tylko idiotą, Dyniowa Łapa był dla Krzaka kimś, z kim warto byłoby walczyć przy swoim boku.
Nie zdążyli odpowiedzieć, bo Brzozowy Kieł skoczył w pierwszej kolejności na Krzaczastą Łapę. Rudy zareagował dostatecznie szybko, żeby do starcia doszło w powietrzu, a psy kłapnęły na siebie szczękami, skutecznie zostawiając blizny na pysku i nosie. Dyniowa Łapa rzucił się na przeciwnika od boku i, jak na złość, zaatakował akurat niesprawną łapę wojownika, bo białka oczu Brzózka wywróciły się do góry nogami, a on upadł, przytrzymywany przez dwóch braci.
Krew szumiała w uszach Krzaczastej Łapie. Ten kretyn znowu doprowadził go do szału i chciał mu za wszelką cenę pokazać, kto tu rządzi, ale zanim dorwał się do jego osłabionego ciała, Dyniowa Łapa odepchnął pysk Krzaka od ich przeciwnika.
— Stój — mruknął. — Chyba zemdlał.
Z gardła Krzaczka wydobył się zdesperowany warkot. Znowu wygrał — a w zasadzie to wygrali — ale w jego głowie nie pojawiła się ani krztyna satysfakcji. To nie była równa walka. Ten stary dureń znowu odpadł za szybko; zbyt szybko, żeby Krzaczasta Łapa poczuł się w ogóle usatysfakcjonowany przelaną krwią mentora.
Dyniowa Łapa bezsłownie zaszedł bok Brzozowego Kła, schylając się, żeby podeprzeć półżywe ciało wojownika. Krzaczasta Łapa osłonił mentora z drugiej strony, a kiedy ruszyli do Podgrzybkowej Sierści, ich korowód zamykał ostatni członek formacji: niesprawiedliwość.
 
Ktoś powinien zdecydowanie wcześniej powiedzieć Podgrzybkowej Sierści, że stos pudełek nie maskuje dźwięków z jego legowiska.
— Podgrzybku — syknął słabym głosem Brzozowy Kieł — masz jeszcze trochę maku?
Krzaczasta Łapa oparł pysk na łapach, ułożony z drugiej strony kartonów. Był pogrążony we własnych, kolejno niesatysfakcjonujących myślach i potoku słów sprzeczających się Brzozowego Kła, Podgrzybkowej Sierści i Nakrapianej Gwiazdy, kiedy tuż obok niego przysiadł się milczący Dynia.
— Brzozowy Kle, wyjadłeś prawie wszystkie moje zapasy!
— Tylko trochę…
Rozległo się zmartwione westchnięcie Nakrapianej Gwiazdy.
— To chyba koniec — mruknęła.
— Jeszcze nie umieram, siostrzyczko — odparował Brzozowy Kieł, ale ból w jego głosie nie brzmiał ani trochę przekonująco.
— Nie to — syknęła. — Spróbowałbyś. Nie możesz być mentorem Krzaczastej Łapy.
Zapadła cisza. Krzaczasta Łapa mógł dosłyszeć jedynie szeleszczące zioła Podgrzybkowej Sierści i chrapliwy oddech Dyniowej Łapy.
— Daj mi czas.
— Nie mogę dać ci więcej czasu, jeśli on go nie ma — warknęła. — Wydobrzejesz. Dzisiaj obwieszczę, że mentorem Krzaczastej Łapy zostanie Opalowy Promyk.
Parę pudełek przewróciło się, kiedy Brzozowy Kieł wstał gwałtownie.
— Na Gwiezdnych, chyba cię pogięło! — wysyczał. — Lubię tego wrednego młodzika. Będzie idealnym wojownikiem, jeśli nauczę go pokory.
— Której ty nie masz — skwitowała — ale ktoś inny, jakkolwiek pizdo- um, nieporadny by nie był, ma. — Westchnęła, potrząsając łbem. — Wierzę w Opalowego Promyka.
Krzaczasta Łapa uniósł łeb, pierwszy raz w życiu posyłając Dyniowej Łapie przerażone spojrzenie, którego na szczęście on nie mógł dojrzeć.
<możesz skończyć wątek, odpisać albo przekierować go do opalka idk jak chcesz>
[1171 słów: Krzaczasta Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]