Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manaci Olbrzym x Cynamonowa Pestka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manaci Olbrzym x Cynamonowa Pestka. Pokaż wszystkie posty

15 września 2021

Od Cynamonowej Pestki CD Manaciego Olbrzyma

— Ale posłuchaj, co z tymi imionami dla kociaków? O, wiem! Jednego nazwijmy Wodorost, jednego Jabłuszko, na moją i twoją cześć. A jednego nie wiem, może ty coś wymyślisz?
Cynamonka kochała Manaciego, to był fakt. Kolejnym faktem było też to, że uważała Manaciego za kogoś naprawdę genialnego, kogoś, kto przekazał jej całą wiedzę, jaką otrzymała. Czasami jednak musiała się z nim nie zgodzić, nie mogła go przecież okłamywać!
Owsianka pokręciła głową i go uciszyła.
— Nie, nie, nie — zamruczała, kręcąc głową. — Na pewno nie Manaciku! Te kociaki zasługują na ładniejsze imiona, a nie jakieś kurcze... No, no!
— Na pewno malutka? Te imiona są dość ładne i są po nas, no pomyśl, te kociaki zawsze by coś miały po nas, nieważne gdzie by poszły coś, by im o nas przypominało. No pomyśl o tym! Przecież to jest genialne. 
— To trochę samolubne — zmarszczyła delikatnie brwi. — Imię powinno reprezentować właściciela... No wiesz! Tak jak Płomienny Zachód miał sen z tym psem, od którego dostałeś imię — uśmiechnęła się. — Pasuje ci. A jeśli wybierzemy je, patrząc na nas to no, może nie pasować, a tego nie chce.
Manacik przez chwilę się zastanawiał.
— To jakie masz pomysły Malutka? Wiesz, no skoro chcesz je nazwać, to trzeba się zastanowić, tego bym może nazwał Sianko, no tylko go powąchaj! Pachnie jak takie świeżutkie sianko, zaraz po tym jak je się wymieni z posłania i wtedy jest tak milutko spać. 
Cynamonowa Pestka lekko uniosła brew do góry i pochyliła się, wtulając nos w futro jasnego kociaka. Zapiszczał cichutko, jednak szybko zaczął mruczeć. Rzeczywiście pachniał jak świeże siano. Kurcze.
Odsunęła się od malucha po chwili, upewniając się, że nic mu nie jest. Wyciągnął za nią swoje łapki, znowu się jednak układając w małą kulkę.
— No patrz no, jest nawet trochę podobny do ciebie, jak się urodziłaś! Też byłaś taka bialutka, jak się urodziłaś — Manat lekko się rozmarzył, już miał otworzyć pysk po kolejne tysiąc anegdot na temat dzieciństwa Cynamonowej, jednak ta go uprzedziła.
— No dobrze, dobrze — mruknęła. — I tak, pachnie jak sianko... A co z drugim?
Jej wzrok spotkał się z oczami drugiego kociaka, które świeciły się jak dwie małe iskierki. Przysunęła się lekko do malucha, a ten polizał ją w nos swoim okropnie mokrym językiem. Ślinił się strasznie, jednak Owsianka się tym teraz nie przejmowała. Uśmiechnęła się delikatnie i zerknęła na Manata. 
— No dobra, ten może być Wodorost.
Cynamonka naprawdę nie wiedziała, w co się pakuje. Myślała, że to będzie coś uroczego, małego, no przecież zajmie się maluchami i pomoże im dorosnąć, tak jak Manat pomógł kiedyś dla niej, opiekując się nią gdy czasami nie wiedziała co ze sobą zrobić w żałobie. Nie przewidziała tak wielu rzeczy, nie przewidziała wielkiej miłości, którą skieruje w stronę tych kociaków. Czuła się taka dumna gdy te przełamywały się, w końcu z nią rozmawiając. Z szerokim uśmiechem opowiadała dla każdego swojego pacjenta o swoich małych kotkach. Nie mogła się zamknąć, trajkotała o nich bez przerwy, opowiadając to jakich nowych rzeczy się nauczyły. To postęp w polowaniu, to w ich zręczności i tym jak potrafią skakać z jednej rzeczy na drugą, to czymś jeszcze.
Nic ją nie przygotowało na moment wtulenia się w nią dwóch już nie tak małych kulek futra, mruczących "Do zobaczenia".

***

— Miętowa Łapo, musisz bardziej uważać, naprawdę — mruknęła, nakładając skrzyp na ranę postrzałową na nodze młodego ucznia. — Postrzelenie to naprawdę poważna sprawa, wyciąganie tego metalowego pypcia nigdy nie jest przyjemne. Dla nikogo!
Miętowa Łapa już próbował coś powiedzieć, jednak mniszek lekarski w jego pysku zmienił każde słowo w papkę. Ślina nakapała mu między łapy.
Cynamonka wepchnęła mu w pysk te zioła nie tylko, by uśmierzyć ból ucznia, lecz by przestał marudzić. Robił to od moment gdy tylko przyprowadzono go tutaj. To, że tutaj śmierdzi zielskiem, że kotami, że to i tamto...
— Nie mów z pełną buzią! Zrobisz coś sobie — skarciła go, marszcząc brwi. 
"Może jak się zadławi, to czegoś się nauczy."
"Przestań, raz w życiu przestań, to, że ty musiałeś spalić sobie łapę w jakimś śmierdzącym kwasie, by nauczyć się, że nie wkłada się części ciała w dziwne substancje jak debil, nie znaczy, że każdy taki jest."
"Nie marudź panie wszystko wiedzący, wiem, jak widzę kogoś o charakterze młodego mnie debila. Spójrz tylko na jego wkurwioną minę gdy ta daje mu kazanie! Przecież to mały diabeł."
— Cicho — mrunęła, marszcząc brwi.
"Niemiłe."
Miętowa Łapa spojrzał się na nią z dziwną miną, ciągle żując w pysku ziółka. Stawał się coraz bardziej zirytowany. Cynamonka zerknęła na niego, przekręcając głowę na bok. Coś robiła źle? Kurcze, ona naprawdę się stara...
"Nie martw się, to maruda. Niech się kładzie i śpi, przynajmniej przestanie "
Lekko podskoczyła i chwyciła pajęczynę, by zabezpieczyć nią mech, którym jeszcze chwilę nakładała leki. Zrobiła to w ułamek sekundy, chcąc jak najszybciej skończyć zajmować się nim. Jak Cynamonka była zwykle serio szczęśliwa z towarzystwa innych psów, Miętowa Łapa jednak ją... Męczył.
— Połóż się, okay? Poczujesz się trochę lepiej mały.
Ten sapnął i padł na jego z posłań przygotowanych dla chorych. Owsianka w tym czasie zajęła się sprzątaniem. Nie minęła chwila gdy do legowiska medyka przyszedł Manaci Olbrzym, trzymając w pysku garstkę ziół. Odłożył je na miejsce i przytulił swoją uczennicę, liżąc ją po głowie.
— Jak tam malutka? Dużo miałaś do roboty? O widzę, że Miętowa Łapa przyszedł — ziewnął, siadając na podłodze. — Bardzo ładnie się nim zajęłaś, jestem z ciebie taki dumny Cynamonko.
Uśmiechnęła się lekko pod nosem.
— I co, może jeszcze zaraz stanę się lepsza od ciebie? 
— Może, może — pokiwał powoli głową. — Ale to znaczy, że cię dobrze nauczyłem.
— No jasne — zachichotała.  
"Cykuta."
Spięła się lekko, wzdychając.
— Manacie, możemy porozmawiać o czymś?
— Oczywiście malutka, o czym chcesz pogadać? Może chcesz radę, które owocki najlepiej zjeść? O! Może chcesz posłuchać o tym co udało mi się ostatnio odkryć o wodorostach?
— Nie, nie dzisiaj — mruknęła. — Może się przejdziemy do sadu. Chce... Być, żebyśmy byli sami. 
— Cynamonko wszystko okay? 
Ruszyła już do wyjścia, oglądając się na niego. Jej wzrok wręcz błagał.
— Chodźmy, proszę.
Manat spojrzał na nią i podsniósł się powoli z podłogi. 
Jesienne liście szeleściły pod ich łapami, gdy powoli szli w stronę sadu. Widziała kątem oka, jak medyk próbował parę razy zacząć rozmowę, uciszając się za każdym razem, widząc, jak Owsianka na to reagowała. Naprawdę chciała mieć to z głowy, w której od dłuższego czasu miała kompletny mętlik. Nie wiedziała, jak do końca powinna się zabrać do tego tematu.
W końcu usiedli razem pod jednym z drzew.
— O co chodzi malutka? — spytał zmartwiony Manat. — Potrzebujesz jabłuszka na poprawę humoru? 
— Manacie — mruknęła, spuszczając głowę. Przez chwilę milczała. — Wiesz, ja słyszę głosy i na początku się tym stresowałam, ale teraz myślę, że to Gwiezdni, bo na dodatek czasem też ich widzę i wygląda jak Gwiezdni, więc to muszą być Gwiezdni prawda? — powiedziała na jednym wdechu.
Skrzyżowała wzrok z Manatem.
— To są Gwiezdni, prawda?

<Manacie?>
[1164 słów: Cynamonowa Pestka otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia + Miętowa Łapa wyleczony]

17 sierpnia 2021

Od Manaciego Olbrzyma CD Cynamonowej Pestki

 nie mam pojęcia kiedy to się dzieje, w jaką porę roku ani jak dawno, obiecuje, że zrobię skipa u siebie więc możemy mieć w to wyjebane ok
— W takim razie to doskonały pomysł, moja malutka. Żadne maluchy nie powinny być bez mamusi, albo bez taty, ale w tak młodym wieku mama może być jednak trochę bardziej pomocna. Ale co nam tam, spróbujemy rozwodnić mleko i podać naszym małym sierotkom, co? Poszukaj trochę mleka, ja pójdę po wodę. — Manacik wstał, z lekkim jękiem. — Uch uch, może powinienem jednak częściej się rozciągać. Nie jestem taki stary, żeby jęczeć przy podnoszeniu się, co? Czy jestem? Może jestem. Jestem stary, malutka? 
— Jesteś zdecydowanie zbyt rozgadany, jak na taki moment. Maluchy są głodne, słyszysz, jak piszczą? Jak wrócisz szybko z wodą, to nie jesteś stary. 
— Ojej, to chyba mogę być stary. Skoro wolne chodzenie, to według ciebie wyznacznik, to… 
— Manacie proszę!
    I medyk został wygoniony z legowiska. Chwycił jeszcze tylko wykrzywione, drewniane naczynie, którego używali do przenoszenia ciekłych składników lekarstw i potuptał cicho w stronę śmiesznego małego wodospadu, z którego najszybciej można było dostać wodę. Mógł pójść nad rzekę, ale była daleko a przecież liczył się czas. Liczyło się też nieprzemęczanie się i nie wychodzenie, gdy było tak chłodno, a w środku było tak miło i przyjemnie.
    Psu poszczęściło się; srebrzysty kurek sterczał ze ściany osamotniony. Nikogo nie było w pobliżu, więc Manat podstawił pod niego miskę i trącił połyskujący, śmieszny, wystający z niego uchwyt nosem. Chwila mocowania i już mógł wracać do swojej malutkiej, swoich nowych malutkich i swojego wyleżanego miejsca w posłaniu.
    — W końcu! Maluchy się niecierpliwią. — Cynamonka przywitała go od razu, przejmując wodę i z nadpsią prędkością zaczęła przygotowywać kotkom posiłek. 
— Jak ocena mojej prędkości? Poruszałem się wystarczająco szybko, żeby nie być starcem? Mógłbym być starcem, ale wolałbym jeszcze trochę z tym poczekać. Wiesz, starszyzna co chwila skarży się na kości, stawy, niestrawność, a ja naprawdę lubię jeść i spacerować. 
— Manacie, uważam, że jesteś strasznie powolny i jeśli pytasz o to, jak chodzisz, to muszę odpowiedzieć, że straszliwie wolno. Przecież jesteś najwolniejszym psem w historii klanu, zapomniałeś już? — Spojrzała na niego, jakby upewniając się, czy nie zmartwiły go jej słowa. Jego malutka była taka miła i kochana. Odpowiedział jej swoim zwyczajowym, ciepłym, szerokim uśmiechem. — Ale nie jesteś jeszcze stary. Jeszcze trochę księżyców ci zostało. No, gotowe!
    Zbliżyła się do maluchów i dała im powąchać mleczną miksturę. Zaczęły piszczeć jeszcze głośniej niż do tej pory.
— Wyciągnij je Manacie, dobrze?
— Pewnie, pewnie, Cynamoneczko. Wiesz, że mam wprawę z maleństwami, choć muszę przyznać, że te tutaj to wyjątkowo niewielkie kluseczki. Śmieszne takie, prawda? 
Zbliżył się do wiadra i przyjrzał im z bliska. Jego łeb znalazł się bardzo blisko maleńkich istotek, ale nie wydawały się tym przejęte. Manat pomyślał, że to pewnie dlatego, że myślą tylko o jedzeniu, i że doskonale je rozumie, i gdyby był, też by się nie przejmował żadnym gigantycznym stworem przyglądającym się mu, tylko musiał najpierw zjeść, i że musi je już wydostać z tego wiaderka, bo Pestka go skrzyczy. 
Pacnął łapą i kotki prędko znalazły się na sianie, na którym spał. Zaczęły pełzać w różne strony, wystawiając maleńkie pyszczki w górę. 
— Proszę, powiedz mi, że byłeś delikatny. — Cynamonowa Pestka zmierzyła go groźnym spojrzeniem, stawiając mleko na deski posadzki. 
— Oczywiście, moja malutka. Przecież mnie znasz! Co teraz mam robić, pani medyk, specjalistko od maluchów? — Wyszczerzył się do niej. Dla kontrastu jednak, przy siadaniu, nieomal zmiażdżył jednego z malców. Owsianka krzyknęła jednak w porę, a wielki psiak spuścił łeb, pokazując skruchę.
— Już trochę zapomniałem, jak to było mieć takie maluchy w legowisku. Przepraszam Cynamonko, będę bardziej uważał. Wiesz, że to śmieszne, że dalej jesteś taka mała, a ja pamiętam, jak pierwszy raz tu przyszłaś i byłaś niewiele większa, od nich. Taka mniej więcej, jakby wszystkie stanęły na sobie. Brzmi, jakby to było dużo, a wcale nie, ha ha ha. — Manat mimo rozbawienia, przelawirował między kotkami, które usilnie przysuwała do miski jego uczennica. I to bez potknięcia! — Powinienem pójść po trochę siana, to zrobimy im własne posłanie. Co ty na to?
— To… bardzo dobry pomysł... Manacie... — Cynamonowa Pestka była bardzo skupiona, na zaganianiu kotków do jedzenia, więc medyk nie czekał, aż skończy sentencję i ponownie wyszedł. 
Przy łuku prowadzącym, do legowisk minął Cedrową i Makową, wracające z patrolu. Zamienili parę słów (w przypadku Manata więcej niż parę) i poszli w swoje strony. Suczki były przemoczone, więc medyk zmienił plany. Postanowił pójść do brata, by zapytać, czy nie mógłby mu zabrać kawałka legowiska, bo ze stodoły nie przyniesie teraz niczego suchego. Normalnie poszedłby do mamy, ale o tej porze już zazwyczaj spała. On może jeszcze nie był stary, ale ona tak. 
Płetwiasty Ogon nie był zachwycony, ale nie chcąc budzić swojej partnerki, zgodził się, jeśli Manat nie powie już ani słowa i sobie pójdzie. Ten ucieszył się i już wracał z budulcem do siebie, zadowolony, że tak akurat pomyślał i nie musiał nawet wychodzić. 
Po szybkim powrocie do siebie został pochwalony za swoje szybkie poradzenie sobie ze sprawą, co podwoiło jego dobry humor. Zaczął nawet podśpiewywać piosenkę o poziomkach, ale Pestka go uciszyła, tłumacząc, że maluchy potrzebują teraz spokoju, żeby zasnąć.
Prędko uwinęli się z robieniem małego posłania i umieścili je obok tego Cynamonki. Ona stwierdziła, że tak będzie bezpieczniej, a Manacik się zgodził, bo co miał zrobić.
Kiedy kotki spały, Manat zapytał jeszcze:
— A jak je nazywamy? — Przyciszył szybko głos, po zobaczeniu miny Owsianki. — Mam kilka naprawdę dobrych, posłuchaj. Pomidorek, Śliweczka, Arbuzik, Jabłuszko, o, to może być nawet na twoją cześć, Gruszka, może Ziemniak, ale nie wiem. Możemy któregoś nazwać Ziemniak? Pozwól mi nazwać chociaż jednego, jak Ci się nie spodobały te, to mam jeszcze trochę w zanadrzu, posłuchaj… 
— Jak tak słucham, to cieszę się, że ja zostałam Pestką. Ukatrupiłabym cię, gdybyś mnie nazwał Cynamonowym Ziemniakiem. 
— O, no wiesz co, to nieładnie tak mówić. Ja bym ciebie nigdy nie ukatrupił. Ale ty nie pasujesz na Ziemniaczankę. Jesteś Pestką. Taką malutką, od jabłuszka. Ale też dla ciebie wszystko to pestka, jesteś taka zdolna i tak sobie dobrze radzisz ze wszystkim. Na ceremonii, wiesz, tej z twoim mianowaniem, pociekły mi łzy, wiesz? Taki byłem dumny z ciebie, moja malutka. I sobie pomyślałem wtedy, że łzy są jak pestki jabłuszek, więc pasuje, ha ha ha. Mówiłem ci to już?
Cynamonka spojrzała na niego czule i przysunęła się, tak, że stykali się bokami.
— Nie, Manacie. A… A ty wiesz, dlaczego zostałeś Manacim Olbrzymem? — zapytała, przekrzywiając łeb. 
— O tak, pytałem Płomienny Zachód, dopóki się nie ugiął i mi nie powiedział. Otóż olbrzym, to słowo, które kiedyś usłyszał, od jakiegoś obcego psa, włóczęgi, którego leczył. Spadły na biedaka skały, a Płomienny ocalił mu życie. Doglądał go jakiś czas i rozmawiali o świecie i o tym, co tamten widział i słyszał. A ten opowiadał mu, że tak wołali na wielkiego, ciemnego psa, największego, jakiego widział. Płomienny mówił mi potem, że Gwiezdni przypomnieli mu o tym spotkaniu w noc przed moim mianowaniem. Stwierdził, że to pasuje i że to może był mój ojciec. 
— Myślisz, że to mógł być on?
— Nie jestem pewien. Może. Jeśli tak, to wspaniale, ale już tyle księżyców żyję z tym imieniem, że to już jest po prostu moje imię. To ja. Ale trochę miałem z początku za złe Gwiezdnym, że zesłali mu ten sen. Już mi przeszło, bo to w końcu przodkowie, musieli wiedzieć, co robią. Ale byłem niezadowolony, bo mentor powiedział mi, że wcześniej czuł, że powinienem być Manacim Wodorostem. Wyobrażasz sobie?! Takie imię przeszło mi koło nosa.
Cynamonka zaśmiała się. 
— Ale posłuchaj, co z tymi imionami dla kociaków? O, wiem! Jednego nazwijmy Wodorost, jednego Jabłuszko, na moją i twoją cześć. A jednego nie wiem, może ty coś wymyślisz?
Owsianka tylko pokręciła głową i go uciszyła.

<Cynamoneczko?>
[1242 słów: Manaci Olbrzym otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

22 czerwca 2021

Od Cynamonowej Pestki do Manaciego Olbrzyma — Kot w worku [przygoda#9]

 Epidemia zakończyła się już naprawdę dawno temu. Cynamonowa Łapa stała się Cynamonową Pestką, nowe szczeniaki przyszły na świat — z lepszym lub gorszym skutkiem — nawet pory roku zmieniły się, choćby to raz. Mimo to Owsianka wciąż czuła jej piętno na sobie, jakby zimny oddech na karku. Zerkające zza rogu. Ciągle chodziła lekko obolała po zachorowaniu, jakby nie do końca wyzdrowiała, mimo że przecież nic jej nie było. Sprawdzała to wiele razy, bez skutku. Była kompletnie zdrowa. Mimo to nie ważne jak długo tego by nie powtarzała, sobie czy też innym, Manaci Olbrzym ciągle kręcił się koło niej. Jakby lekko zdenerwowany, wręcz nadgorliwie upewniając się, że suczka czuje się dobrze.
— Malutka!
Na przykład teraz.
— Malutka, mam dla ciebie te zioła! Zobaczysz, poczujesz się po nich, jakbyś była szczeniakiem, nie żebyś była staruszką. Co to, to nie! Oczywiście, że są trochę gorzkie do przeżucia, ale musisz wytrzymać, po nich będzie ci lepiej, obiecuje. Przecież bym ci nie wciskał kitu, wiesz o tym!
Cynamonowa Pestka wsłuchiwała się w donośny głos Manaciego Olbrzyma, wbijając wzrok w garstkę liści, jaką położył przez nią. Jej niewyspany wzrok potrzebował chwili, by dostrzec, co tam się w ogóle znajduje. Ostatniej nocy miała naprawdę duże problemy ze snem. Jej łeb pękał z bólu, a całe posłanie śmierdziało, w bardzo dziwny i wręcz obcy sposób. Jakby nie była u siebie. Wpierw myślała, że to tylko jej urojenia, choć może coś się zrodziło w główce Owsianki i teraz to czuła, ale inne psy też jej to wytknęły. Nie miała zielonego pojęcia, co to mogło być, a z każdą chwilą myślała, że wie coraz mniej. Jej łóżko przecież było świeże, niedawno zmienione. Nic tam nie gniło, a legowiska innych były normalne. Coś tutaj było naprawdę nie tak i Pestka musiała to rozgryźć.
Teraz jednak wpatrywała się w ziółka, które przyniósł dla niej Manat. Dopiero paru sekundach wpatrywania się w nie bez słowa, wzięła je do pyska, powoli rzucając. Skrzywiła się od gorzkiego posmaku. Otrzepała się po chwili, jakby chciała usunąć w ten sposób nieprzyjemny smak, który mimo wszystko ciągle rozlewał się po jej kubkach smakowych.
— Nie kłamałeś, że są gorzkie — mruknęła, dalej się wykrzywiając. — Nie mogę uwierzyć, że zmuszamy inne psy to jedzenia ich, ledwo ja umiem je przerzuć — mimowolnie zachichotała pod nosem, machając lekko ogonem.
Manat się zaśmiał.
— Owsianko, mówiłem ci to już wiele razy! Lekarstwa mają leczyć, nie smakować dobrze.
— Nie obraziłabym się, gdyby nie smakowały jak coś, co mnie zabije.
— Nie przesadzaj Malutka, nie jest tak źle. — Pies polizał ją delikatnie w czoło, przyglądając jej się przez chwilę. — Ale ty powinnaś naprawdę się przespać! Wyglądasz, jakbyś całą noc biegała dookoła. Co robiłaś? Noc jest od spania, myślałem, że to wiesz!
Pestka zmrużyła oczy. Manat mówił naprawdę za dużo jak na jej powoli wyłączający się mózg. Czuła się okropnie, jakby wypiła z pięć energoli i właśnie kofeina jej się kończyła, zostawiając za sobą skorupę istoty, która kiedyś podobno była żywa. Chciałaby się po prostu położyć i usnąć, ale nie powinna! Przecież jej zadaniem było bycie medykiem, a nie spanie cały dzień. Nie była Kaczym Pluskiem czy Jaskółczą Burzą. Była sobą! Cynamonową Pestką, która przecież zwykle wypełniała zakątek medyczny w Ventus swoim śmiechem i krzątaniem się z jednego kąta do drugiego.
A teraz nie potrafiła nawet ustać prosto. Padła przed siebie, zamykając oczy. Nim jednak runęła pyskiem o siano, jej wybawiciel, Manaci Olbrzym, podstawił pod nią swoje cielsko, robiąc z siebie poduszkę.
— Chyba jednak nie wiesz, od czego jest noc, co? Chodź, zaniosę cię do twojego legowiska i się prześpisz, bez snu nie dasz rady pracować i pomagać innym. Pamiętaj, najpierw dbaj o siebie, a potem dbaj o innych! Inaczej niedługo sama skończysz pod moimi łapami i nieważne jak bardzo cię kocham, to nie chciałbym cię wyciągać od Gwiezdnych.
Gdyby Pestka to słyszała, pewnie powiedziałaby, że szczerze nie może doczekać się spotkania z Gwiezdnymi, kompletnie ignorując, jak źle może to brzmieć. Nie chodziłoby w tym o to, że Owsianka przedwcześnie chce skończyć 5 metrów pod ziemią, nie. Kocha życie, kocha swój klan i kocha Manaciego Olbrzymia, więc nie chce ich zostawiać tak szybko. Ma tak wiele planów i marzeń, które chce spełnić. Najzwyczajniej w świecie, myśl o tym, że mogłaby poznać któregoś z gwiezdnych piesków, wypełniała ją takim szczęściem jak serwer pon, gdy ktoś powie penis podczas grupowego oglądania filmów. Nie zrozumcie mnie źle. Dobrze jest cieszyć się z różnych rzeczy, jednak posiadanie chęci spotkania martwych przedstawicieli innych psów z twojej dziwnej religii, jako największe marzenie, może prowadzić... Co najmniej dziwnych sytuacji. Na szczęście młoda medyczka nie miała żadnych szkodliwych planów. Mimo to jej obsesja na punkcie gwiezdnych była nie raz zwyczajnie niepokojąca.
Owsianka nie raz próbowała podzielić się z innymi swoimi marzeniami. Robiła to już tak właściwie od szczeniaka. Opisywała wiele swoich teorii na temat tego, jak spotkanie z Gwiezdnymi może wyglądać. Czego może się dowiedzieć i w jak oczywisty sposób przodkowie przekażą jej informacje. Mogła robić to godzinami, bez przerwy. Większość jednak zbywała to jako dziecięce marzenia, mówiąc, że każdy młody medyk ma podobne myśli. Część wręcz kazała jej skupić się na swojej nauce. Ciągłe słyszenie takich rzeczy, najprawdopodobniej zabiłoby jej marzenia i wielkiego ducha, jednak mamy Cynamonowej Pestki wraz z Manatem byli przy niej, wspierając ją ich całymi sercami. Suczka nie mogłaby chyba wymarzyć sobie lepszych opiekunów.
Młoda medyczka jednak wciąż spała i raczej nie miała zamiaru zbyt szybko się budzić. Wtulona w grzbiet Manata, smacznie sobie spała, nie zwracając uwagi na to, że była przenoszona do swojego legowiska. Pestka nie obudziła się nawet, gdy medyk ją na nie ostrożnie położył, chcąc, by suczka się wyspała. Miał cichą nadzieję, że tym razem nic jej nie obudzi, pozwalając jej spać. Nie mógł po prostu, patrzeć jak ta była ledwo żywa, a mimo to próbowała wciąż wykonywać swoje obowiązki. Chciał się nią zająć, najlepiej jak tylko umiał, obiecał to sobie.
— Dobranoc Malutka — mruknął cicho, liżąc ją ostatni raz po głowie.
Siedział jeszcze chwilę przy niej, upewniając się, że ta na pewno spała. Nie mógł jednak zostać u niej cały dzień, ktoś musiał siedzieć i zapewniać opiekę medyka w sforze. Podniósł się powoli i odszedł.
Sen Pestki był dość nudny. Leżała po prostu na polanie, grzejąc się w słońcu, ptaki śpiewające nad jej głową. Pełny brzuch i żadnego bólu. Same nudy, o wiele bardziej by wolała, żeby działo się coś tam ciekawego. Na przykład koniec świata albo jakaś powódź! Wszystko byłoby ciekawe niż coś tak idealnego, bez skazy. Owsiance nie zależało na czymś takim, chciała być kimś ważnym i mówić ważne rzeczy. Nie chciała mieć snów, że nic ciekawego się nie działo. Nikt nie chciałby słuchać medyka, który nie ma ciekawych snów.
Choć może ten sen nie był do końca stracony. Jeden z ptaków, zleciał na dół z drzewa, lądując tuż przed pyskiem Cynamonowej Pestki. Zdziwiło ją to. Gdy ten zatrzepotał skrzydłami, podniosła się i odsunęła, a dziób jej nowego towarzysza otworzył się, wydając z siebie dźwięki. Nie wydobyło się z niego jednak ćwierkanie, lecz popiskiwanie. Nie było to piszczenie psa, szczeniaka, tego była pewna. Znała te odgłosy zbyt dobrze przez pomaganie dla matek ze szczeniakami, ostatnio dla Cedrowego Deszczu. Już miała się odezwać, jednak się przebudziła. Wyrwana ze snu, potrzebowała chwili na zrozumienie, że jest w swoim legowisku. Nie miała jednak nawet chwili na zastanowienie czy ktoś ją tutaj przyniósł, czy może doszła tutaj o własnych łapach.
— Cynamonowa Pestko!
Ktoś ją wołał.
Nie kojarzyła tego głosu, był szczerze dość cichy, jednak ktokolwiek to był znał jej imię, a to dla niej wystarczyło. Podniosła się i przeciągnęła, powoli idąc do miejsca, skąd usłyszała to wołanie. Przeciskała się przez kąty i zakamarki stajni, w które nawet edgy dzieciaki, próbujące schować się przed zatroskanymi rodzicami, się nie zapuszczają. Kurz kręcił jej w nosie, a pajęczyny przyklejały się do futra. Nie było to przyjemne, tak właściwie to było to wszystko poza przyjemnym. Próbowała się otrzepać z całego syfu, który był w powietrzu. To jednak to tylko pogorszyło całą sytuację, wbijając cały kurz do góry, prosto do jej nosa. Zaczęła kichać i kichać i kichać. Kichała ciągle, przez dobre parę minut. Dopiero po chwili się uspokoiła, a do jej uszu doleciało znajome piszczenie. Było teraz niedaleko, naprawdę niedaleko.
Znalazła dwa, wytarmoszone kociaki, które wyglądały jak przeciągnięte przez śmietnisko co najmniej parę razy. Całe brudne i śmierdzące, kuliły się w kącie, widocznie przestraszone. Rozejrzała się dookoła, szukając wzrokiem ich matki, jednak do jej nosa doszedł pewien zapach, którego wcześniej nie rozpoznała. Zatęchły i ciężki, wisiał tutaj w powietrzu. Zapach śmierci. Szybko połączyła dwie kropki, rozumiejąc, co się stało. Te kociaki były sierotami, ich matka umarła, a one zostały tutaj same, na pastwę losu i głodu. Były za małe, by samemu coś sobie upolować.
Czuła do nich dziwne przywiązanie. Nie wiedziała, czy to zwykła empatia, czy też głębsze uczucie, wręcz utożsamianie się, z powodu tego, że sama straciła swoje mamy, które przecież tak bardzo kochała. Widziała w ich oczach to przerażenie, które pojawiło się w jej oczach, gdy się o tym dowiedziała. Musiała im pomóc, to było dość oczywiste. Podsunęła się do nich powoli, starając się ich nie przestraszyć. Kociaki patrzyły się tylko na nią swoimi dużymi oczami.
— Hejka kociaki, wezmę was ze sobą, okay? — zamruczała. — Będziecie bezpieczne, obiecuje wam.
Miauknęły jej tylko w odpowiedzi.
Musiała je w jakiś sposób stąd wynieść. Nie widziało jej się chodzenie w tę i z powrotem trzy razy, zostawiając kociaki same. Przeniesie ich razem, na raz byłoby najlepszym rozwiązaniem, jednak... I wtedy to zobaczyła. Drewniane wiaderko, takie jak to, w którym kiedyś się bawiła z Manacim Olbrzymem. Uśmiechnęła się delikatnie i polizała kociaki po głowach, tak jak robił jej mentor. Chciała im zapewnić podobne uczucie bezpieczeństwa, jakie czuła przy nim. Delikatnie złapała kociaka za kark, wkładając go do wiaderka. Wpierw zareagował strachem, piszcząc. Widać było, że wolałby być ze swoim rodzeństwem, dlatego Owsianka jak najszybciej umieściła drugiego kotka w wiaderku. Wtedy trochę się uspokoili, wciąż jednak ta sytuacja wciąż była dla nich nowa.
W drodze powrotnej bardziej skupiła się na pilnowaniu kociaków niż na brudzie i pajęczynach. Chciała się upewnić, że są bezpieczne pod jej opieką. Gdy tylko doszła do obozu, postawiła wiaderko z kociakami tuż koło swojego posłania.
— Pestko?
Oczywiście, że Manat przyszedł.
— Co tam masz Malutka? — Uśmiechnął się ciepło, podchodząc powoli do wiaderka. — Przekonałem cię w końcu do jabłuszek? Wiedziałem, że mi się uda. Wiesz, przyszedłem zobaczyć czy już wstałaś, spałaś naprawdę długo, powinnaś spać o wiele więcej.
— Wiem, wiem Manacie! Ale mam ci teraz coś innego do pokazania. — Kiwnęła na wiaderko. — Zobacz co znalazłam — zachichotała.
Medyk zerknął do wiaderka, patrząc się na dwie puchate kulki przez chwilę. Cynamonka nie potrafiła odczytać emocji z jego pyska.
— To kociaki? Skąd je masz Owsianko? Nie mów mi, że je komuś ukradłaś, mówiłem ci, kradnięcie dzieci to nie jest dobry pomysł.
— Tak! Sierotki, ich matka musiała umrzeć, niestety. Manacie, możemy je zatrzymać?

<Manaci Olbrzymie? Możemy, prawda?>
[1779 słów: Cynamonowa Pestka otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia + 10 za przygodę, zostaje wyleczona]

31 stycznia 2021

Od Manaciego Olbrzyma CD Cynamonowej Łapy

— A to tak, jasne, jesteś. Nawet moją uczennicą! I widzę, że się spisałaś. I to już jest rozdrobniony ten mech, no proszę, naprawdę przydatnym maluchem. — Manaci Olbrzym zaczynał już swój wywód, ale po zerknięciu na Cynamonkę szybko dodał: — To znaczy, bardzo przydatna z ciebie uczennica. Znalazłaś mech, to już em, to już jest coś. Pozbierajmy więcej, wrócimy do obozu i porozdrabniasz go, to będziemy mieć gotowy do leczenia. Kto by pomyślał, że szczeniaki są takie przydatne. Tylko uważaj na siebie, żebyś mi znowu nie zniknęła w tym śniegu.
Razem z Cynamonową Łapą zaczęli gromadzić gęsty, zielony, listkowy mech. Manat pokazał uczennicy jak najlepiej ściągać roślinę z pniaków i głazów, a gdy nagromadzili już odpowiednio dużo, zwrócił się do niej:
— Dobra malutka, weźmiemy to teraz, a ty wskakuj na mój grzbiet. Nie chcę, żebyś mi znowu przepadła tutaj, więc tak sobie pójdziemy, co? — I nie czekając na odpowiedź, pochwycił zapas mchu w pysk, po czym schylił się i prawie położył, by mała mogła wskoczyć na jego plecy. Suczka też chwyciła mech w pyszczek i podeszła do Manata. Kiedy tak się powoli gramoliła, stwierdził, że lepiej się położyć całkowicie i wtedy Cynamonowa Łapa w końcu bezpiecznie usadowiła się na grzbiecie mentora. Ruszyli i w milczeniu powracali po śladach do obozu.
Ta dwójka tak cicha nie była codziennym widokiem, więc gdyby ktokolwiek ich przyuważył, mogłoby się to okazać niezłą atrakcją. Jednak każdy wydawał się martwić własnymi sprawami i nie zwracać uwagi na medyków, gdy ci znaleźli się już przy stadninie.
W legowisku medyków Manat położył się, a Cynamonka zjechała z jego gęstego futra prosto na siano, na którym spał. Odłożyli mech na miejsce, które już uprzednio jej pokazał i wtedy Manaciemu Olbrzymowi zawitała we łbie myśl.
— Powinnaś spać ze mną. To znaczy, tutaj, w legowisku medyków. Nie jest może tak przytulne, jak twoich mam, ale tak się śpi, z mentorami. Chyba że się coś zmieniło — zamyślił się na chwilę i spojrzał na nią, jakby miała znać odpowiedź, po czym kontynuował — Ale chyba nie, to jak byś chciała, to możesz tu spać. Jeśli nie to rozumiem, bo właściwie ja też czasem lubię spać gdzieś indziej, w stodole jest całkiem miło, nie wiem, czy tam spałaś? Ja tak i jest bardzo ciepło, czasem można spać pod gwiazdami, na łące, ale to jak już nie ma śniegu lepiej. Może byś chciała kiedyś? Nie ma to jak wstanie ze wschodem, zjedzenie kilku śliweczek i zerwanie stokrotek czy złocieni. Otwierają się wtedy dopiero, najlepiej je właśnie tak zbierać.
Cynamonka chętnie przytakiwała mentorowi i starała się nadążać za wszystkim, co mówił. Pies nie był pewien, czy ucieszyła się na wiadomość o spaniu w legowisku medyków, ale zgodziła się na to, więc on się ucieszył. Przydzielił jej zadanie, by swoim malutkim pyszczkiem poszatkowała mech na drobne kulki, których resztka leżała obok, a sam udał się na poszukiwania Złotego Popiołu. Miał przecież porozmawiać o tym zainteresowaniu się małym Jazgotem, co to się tu szwendał wcześniej. Jednak do wiceliderki nie dotarł. Dowiedział się, iż gdzieś wybyła, więc zawrócił. Coś jednak przykuło jego uwagę. Bliżej legowisk koni, tam, gdzie kręciło się pełno Dwunożnych, stało spore wiadro. Wiadro w pobliżu koni, oznaczało jedno — przysmaki. Manacik nie potrzebował dodatkowej zachęty, ruszył swoim zwyczajnym, nieśpiesznym krokiem w stronę przerośniętej łupiny Dwunogów. I tym razem jego instynkt i nos się nie pomylili, jego oczom ukazało się kilkanaście jabłek, czerwonych i wielkich. Nie pachniały tak dobrze, jak te, które strącał z drzew w sadzie, ale jak mogłyby się dobrze prezentować, skoro była jeszcze Pora Nagich Drzew? Toż to prawdziwy wybryk natury, gdzie te stwory znalazły takie cudeńka?
Po szybkim pochłonięciu pierwszego jednak Manat szybko zreflektował swoje myśli. Wyczulony nos się nie mylił, te jabłka nie przypominały zbytnio faktycznych, mniej okazałych sztuk, które pałaszował w cieplejsze pory. Jednak medykowi szkoda by było zostawić taki, skądinąd, skarb, pochwycił więc wykrzywioną gałązkę sterczącą z wiadra i ruszył do swojego zakątka. Zastał tam Cynamonową Łapę, kończącą już swoją misję. Przekrzywił wiadro i wysypał zdobycz na górę pozostałych roślinnych przysmaków, które tu składował.
— Naprawdę jesteś szybka! I pyszczek masz do tego idealny, mam nadzieję, że długo jeszcze będziesz takim szkrabem, to podzielisz nam mchu na zapas na całe lata. Patrz, co znalazłem! Jabłka! Kiedy na drzewach ani jednego listka! To ci dopiero, co? Ale jakieś dziwne są. Nie trujące, co to, to nie, możesz się śmiało częstować. Tylko takie jakieś bez smaku. Ale wziąłem, bo co się mają zmarnować. Tylko szkoda, że ususzyć się nie da, takie suszone można zjeść zawsze, a te trzeba będzie szybko. No dalej, nie chcesz? Chociaż jedno, o to jest małe, jak ty, powinno być akurat.
— Nie jestem głodna, Manaci Olbrzymie — dawała mu swoją zwyczajową odpowiedź.
— Co ja z tobą mam, myślałem, że kto jak kto, ale drugi medyk… Jeszcze się przekonasz, zobaczysz, ale jakbyś mogła, to się z tym przekonywaniem pospiesz, bo owoce zgniją i będzie po wszystkim. To jak, myślisz, że możesz się teraz przekonać? — zapytał i zaczął rozglądać się za szczeniakiem. Nie zwrócił uwagi, gdy podczas swojego wywodu przekręcił się i przypadkiem przewrócił wiadro tak, iż przysłoniło uczennicę. Dopiero gdy się poruszyło, a z jego wnętrza zaczęło rozlegać się drapanie, zdał sobie sprawę, co się stało i pacnięciem wielkiej łapy uwolnił Cynamonkę.
— No proszę, niezłą kryjówkę sobie znalazłaś. Kto to widział tak się chować! — Manacik zaśmiał się donośnie, ale widząc minę uczennicy, dodał: — Oj dobrze, wiem, że to ja, ale nie widziałem cię. Śmieszne, że się tam zmieściłaś! A właściwie to się nam może przydać. Jakbym Cię w tym nosił, to byś mi się nie zgubiła w śniegu. Co ty na to? Mogę cię też zawiesić na gałęzi drzewa, jak jakiś borsuk czy inny zwierz się pokaże. Albo możemy do tego ładować zioła czy gałęzie, jak nazbieramy, co? Tyle możliwości, tyle możliwości. Chodź, sprawdzimy, czy zadziała noszenie Cię w tym. Oj rozchmurz się, na długich wyprawach taki rozlataniec jak ty na pewno szybko się zmęczy. Nie rozumiem, jak wy możecie tak marnować energię, ja się nigdy nie męczę, zawsze mogę wstać i iść. A wam to się czasem tak spieszy, że potem leżycie i na nic nie ma sił. I po co wam to? A szczególnie wy, szczeniaki, macie jakieś upodobanie do latania wszędzie i robienia wszystkiego tak na już, uderzenie serca, a was nie ma. Śmieszne to nawet. To idziesz czy nie?
Chwycił znalezione wiadro i skierował łapy ku wyjściu z obozu, a mała, jasna kulka, chcąc nie chcąc podreptała za nim. Dopiero kiedy wyszli na zewnątrz, Manaci Olbrzym zauważył, że zaczynało się już ściemniać.
— To chyba jednak nigdzie dziś nie pójdziemy, ale to nic przecież, pójdziemy jutro. O, a czekaj, zobaczymy coś. Widziałem, jak szczeniaki się tak bawiły kiedyś w podobnym urządzeniu Dwunogów. Wskakuj!
Odczekał, aż Cynamonka weszła do wiadra i podniósł ją z łatwością. Opuścił uczennicę dopiero na bardzo śliską, oblodzoną powierzchnię za stadniną. Wyjaśnił jej, na czym polegała zabawa, którą podpatrzył, po czym popchnął wiaderko. Cynamonka wydała z siebie cieniutki pisk, gdy ruszyła szybko po lodzie, a gdy się zatrzymała, krzyknęła do Manata:
— Jeszcze! Jeszcze!
— Dobrze już, idę przecież. Jakbym wiedział, że to takie szybkie, to bym siedział cicho, ale idę, widzisz, idę. No idę!
Wkrótce medyk jednak znalazł również jakąś radość w tym ciągłym chodzeniu w kółko, by popchnąć Cynamonową Łapę. Był w trakcie opowiadania jej historii o tym, jak to mały Potwór Dwunogów kiedyś się go wystraszył, jak się z nim witał na głośnej, twardej ścieżce, kiedy do jego ucha trafił donośny krzyk Złotej:
— Co ty wyprawiasz Manacie?!
— A bawię się z Cynamonką. Zabawa to bardzo ważny element treningu, wiesz? Też mogłabyś się czasem z nią pobawić, w końcu to twoja córka, tak się chyba robi. Może chcesz teraz? Mnie się już trochę znudziło to chodzenie, to możesz mnie zmienić — wyjaśnił, gdy suczka już się do niego zbliżyła.
— O czym ty w ogóle… Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ona jest w tym czymś? — zapytała takim tonem, że od razu wyczuł, iż nie powinien jej teraz oznajmić czegoś, czego nie chciałaby usłyszeć.
— Ano jest, pewnie, że jest. To jak, piszesz się na wspólną zabawę? Na zabawę nigdy nie jest za późno, wiesz, nawet jak się rządzi klanem. To co? A właśnie, mam taką sprawę, bo Nieuchwytka chyba bardzo lubi tego Jazgota, to może go przygarniemy? Ty się na tym znasz, co?
Zanim suczka dostała jakąkolwiek szansę na odpowiedź rozległ się krzyk Cynamonki:
— Miało być jeszcze!
— Już idziemy! — wrzasnął za nią Manat i ruszył na drugą stronę ślizgawki swoim zwyczajnym, powolnym tempem. 
***
— Już wstawaj mała, no dalej. Mnie też się nie chce, ale musimy, wiesz? Czasem trzeba się zerwać z rana, nawet jak nocka była nieciekawa. Musimy nazbierać te zioła. Też miałaś sen, prawda? — Medyk spojrzał na nią, a po przytaknięciu uczennicy kontynuował: — Właśnie, to wiemy czego szukać. Może być niedługo bardzo nieciekawie, więc musimy się zbierać już teraz. Z tamtym psem się nie udało i… to jest straszne, wiem malutka. Ale musimy iść teraz i postarać się ocalić kolejne psy. Bo będzie więcej takich i musimy się przygotować.
— A co jak komuś coś się stanie, kiedy nas nie będzie? Może ty pójdź sam, a ja zostanę. Już dużo umiem przecież!
— Tak wiem, bardzo szybko się uczysz mała, ale potrzebuję twojej pomocy. To nie są proste do znalezienia zioła, a zdobycie może się okazać jeszcze trudniejsze. Lubią rosnąć w miejscach, do których nie idzie wsadzić łapy. No, a moje i tak trudno wsadzić gdziekolwiek. A jeśli martwisz się, że ktoś zachoruje, kiedy nas nie będzie, to spokojnie, postaramy się wrócić prędko. Obiecuję, że będę się spieszył. No, na tyle, na ile potrafię, to się rozumie.
— A o jeśli i tak nie zdążymy? — Cynamonowa Łapa dalej się martwiła. Wyglądała na wyjątkowo przybitą.
— Parę psów tutaj wie, co podać na jakie objawy, zostawiłem im nawet odpowiednie rośliny na wierzchu, widzisz? — Medyk wskazał łapą na kilka kupek ususzonych kwiatów i liści.
— Ale… — Cynamonka chyba sama nie wiedziała, co chciała powiedzieć. Manat podszedł do niej i spojrzał prosto w oczy. Jego poczciwy pysk, zwykle uśmiechnięty, teraz był poważny. Czekało ich wiele, zbyt wiele, ale musieli być na to gotowi.
— Posłuchaj mnie, moja malutka. Wiem, że to wszystko jest straszne, ale jeśli my damy się zastraszyć, to już wszystko kompletnie runie. Medycy są silni, wiesz? Może nie walczymy najsprawniej i nie biegamy szybko, choć tu, oczywiście, jesteś od koniuszka pyska do koniuszka ogona przede mną. Ale to nie jest najważniejsze. Jesteśmy silni, bo kiedy inni tracą łeb i nie wiedzą, co robić, to właśnie my musimy wyglądać, jakby wszystko było pod kontrolą. My musimy czasem powiedzieć o porażce czy nie płakać. My musimy od wschodu do zachodu księżyca czuwać i błagać Gwiezdnych o pomoc. A skoro to nas wybrali Gwiezdni, to znaczy, że tylko my tak możemy. Psy mówią, że nie obchodzi mnie, kiedy ktoś odchodzi, ale to nieprawda. Po prostu nie płaczę, kiedy to się dzieje, skupiam się na kolejnych życiach, które mogę ocalić. To nie znaczy, że mnie to nie obchodzi, rozumiesz? Nie chcę, żebyś tak myślała. Nie myślisz tak, prawda?
Cynamonka wolno pokręciła łebkiem. Manat wychylił się i podsunął jej wcześniej sporządzoną mieszankę przyrządzoną ze szczawiu, stokrotek, rumianku i krwiściągu.
— Zostawiamy ich ze wszystkim, czym możemy, a idziemy po coś ważniejszego. Jeśli nam się uda, pewnie wojownicy zaczną szukać tych ziół, a my będziemy na miejscu, gotowi. Tylko teraz musimy już iść, by wrócić, kiedy będzie trzeba. A teraz wsuwaj, to zioła podróżne. Niedługo będziemy robić dużo takich mieszanek, opowiem ci dokładniej po drodze. Wypełniają cię i nie zgłodniejesz nawet jeśli nie będzie cię długo. Nie wiem na ile idziemy, ale mogą się okazać niezbędne.
— Czy to kwiaty rumianu? — zapytała, pociągając nosem przy badaniu mieszanki.
— Zgadza się, brawo. Mówiłem, że zdolna jesteś? A taka malutka cały czas, śmieszna sprawa, naprawdę. — Mentor zaśmiał się, a na jego psyk powrócił dobrotliwy uśmiech. — Co jeszcze rozpoznajesz?
— Stokrotki, mają inne płatki. I krwiściąg. Ale… nie wiem, co to za liście.
— Spokojnie, spróbuj. Czasem medyk poznaje rośliny przy pomocy więcej niż jednego zmysłu. No i ma nadzieję, że nie będą trujące.
— Uee, szczaw! — Suszka wykrzywiła pyszczek po przełknięciu ziół.
— Bezbłędnie. Następnym razem ty to nam przyrządzisz, zobaczymy, czy zapamiętasz.
— Szczaw na pewno — mruknęła pod nosem.
Kiedy opuszczali obóz czuło się jeszcze poranny przymrozek. Manat wskazał drogę w kierunku Gwiezdnego Szczytu. Jeśli w śnie widział kamienie, to powinni skierować się za szczyt. Ruszyli więc trasą przez pola, łyse i twarde. Nie pachniały jeszcze zdrową ziemią, choć śnieg zaczynał powoli znikać. 
***
— Chodź tu malutka! — krzyknął do Cynamonki. Suczka przestała węszyć między głazami i szybko podbiegła do mentora.
— Są tutaj? — pyta podnieconym głosem. Przypatrzyła się pokaźnej kłodzie i w końcu też zauważyła, że wystają spod niej ciemnozielone, długie liście. Kłoda była usadzona między głazami, więc żeby dostać się pod nią, a tym samym do ziół, trzeba było ją jakoś zepchnąć.
— Cóż, chyba nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować ją przesunąć. Odsuń się mała.
Manat popchnął raz i nic się nie stało. Spróbował więc znowu i znowu. W końcu postanowił wbiec na nią z całą siłą i przechylić ciałem. Wziął rozbieg i ruszył na kłodę, a przy zderzeniu poczuł, że ta się luzuje.
Od Mistrza Gry: Manaci Olbrzym z powodzeniem odsuwa kłodę, a za nią znajduje całkiem sporo ziół. Ventus otrzymuje 20 ziół.
<Cynamonowa Łapo?>
[2153 słowa: Manaci Olbrzym otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia, Cynamonowa Łapa 2 Punkty Treningu]

20 stycznia 2021

Od Cynamonowej Łapy CD Manaciego Olbrzyma

Nie wiedziała, czy to właśnie tak powinno wyglądać. Czy od dziś ma być codziennie, że będzie spać z mamą? Całe rodzeństwo już mieszkało w nowym miejscu, a Cynamonowa Łapa musiała patrzeć, jak Biała Zamieć kręci łbem. Cóż, tej nocy nic jej się nie śniło. Ledwie umiała zasnąć.
Następny dzień spędziła na polanie, zwiedzając obozowisko, o mało nie myląc mamy z innym psem. Czemu muszą być takie podobne? Poznała też Słoneczny Mech — jedynego starszego psa w obozie, i mamokształtną, ale ciemną Brunatną Łapę. Ponadto Cynamonowa Łapa zdążyła policzyć okna oraz siedzących na koniach Dwunożnych. Strasznie się kiwali, jakby nawet siedzenie było dla nich wysiłkiem, a potem tak dziwnie skakali po plecach tych dużych, brązowych zwierząt. To musi być bardzo niewygodne.
Gdy miała w końcu zająć się polowaniem na mysz, w stodole trafiła na Białą Zamieć. To dzięki niej wreszcie trafiła do Niedźwiedzia, który mocno spał. Szybko jednak tego pożałowała.
— Fuj — pisnęła, wycierając łapami łepek i z wyrzutem obejrzała się na wychodzącą mamę.
Co do Niedźwiedzia, była zadziwiona jego dietą. Nie zamierzała próbować, bo widziała, jak psy od trawy wymiotowały, ale i tak dziarsko wypytywała o czarne, pomarszczone owoce i jakieś takie śmieszne czerwone kule. Medyk okazał się bardzo uparty. Cały czas nie dość, że znał odpowiedź na każde pytanie, to jeszcze mówił więcej od niej i Nieuchwytnej Łapy. Jasna suczka nie miała pojęcia, że w ogóle ktoś to umie, ale wreszcie wiedziała, jak czują się inni. To sprawiło tylko, że zaczęła mówić więcej. Ktoś, kto wszedłby w tym momencie do legowiska medyka, zapewne zaraz by się wycofał. Zdawało się, że mówią jednocześnie, ale ten, kto by się przysłuchał i jego głowa nie eksplodowałaby, na pewno dostrzegłby pewną harmonię. Cóż, trwało to chwilę, bo nim Manaci Olbrzym skończył, Cynamonowa Łapa nieźle się zmęczyła, a raczej rozbolała ją główka. Za dużo nowych informacji na raz więc na kolejną historyjkę o mchu tylko nim kiwała.
— Mech. Na krew i na leki. Miód na kaszel i gardło. — Potakiwała. — Mech na rany, mech na picie.
Lecz tak w tym monologu usłyszała słowo o lesie. Już nie pierwszy raz ktoś o nim mówił, ale to tak odległe i tajemnicze, że zastrzygła uszami.
— Pójdziemy do lasu? — spytała piskliwie, skacząc przy nogach Niedźwiedzia. — Do lasu i na plażę. Chodźmy do lasu i na plażę.
Wreszcie gdzieś poza ten nudny obóz. Daleko, tak jak jeszcze żaden pies z klanów nie doszedł. Wyłączyła się zupełnie, gdy medyk zaczął mówić znów o jakiś roślinach. Buszując po pomieszczeniu czasem pytała Manaciego, czy dany przedmiot jest z lasu, bo w końcu skoro on pamiętał las, to coś musiał z niego mieć, prawda?
Dosłownie zachowywała się jak osa w ulu i nawet zimne powietrze nic nie zmieniło. Momentami sama chciała poganiać swojego mentora. Ach, przestrzeń.
— Te drzewa to las? Jesteśmy w lesie? — pytała, a ogon latał na boki, jakby miał zaraz odpaść.
Jednak Manaci Olbrzym całkowicie spokojnie, a nawet z lekkim rozbawieniem odpowiedział:
— Nie. To jest sad. W lesie drzewa rosną jeszcze gęściej i zupełnie inaczej pachnie.
Mała westchnęła ze smutkiem, skupiając się na zadaniu, jak tylko medyk zapewnił, że kiedyś tam się wybiorą. Mech. Będą szukali zielonych kępek mchu o jaśniejszych końcówkach i niezbyt puchatego. Jak taka mała kulka może dać radę, skoro wokół widziała tylko lodowaty puch? Z drugiej strony to jej pierwsze zadanie. Nie może się ot, tak poddać, bo inni ją wyśmieją. Jeszcze pójdzie plotka, że Cynamonowa Łapa nie umie nawet zebrać kawałka zieleniny. Nonsens.
I wtedy, nagle, Cynamonowa Łapa została sama. Ot tak medyk zostawił ją samą z zadaniem. W pierwszej myśli skuliła się, bo co jeśli gdzieś w okolicy grasuje jakiś Zły Dwunożny, albo wilk i ją zje? Otrzepała się, starając wyzbyć tej myśli i nadmiaru topniejącego śniegu z jej futra.
— Musisz być odważna Cynamonowa Łapo — powiedziała do siebie, zaraz skacząc przez śnieg z dumnie wyprostowanym ogonem. — Pokazać Nieuchwytnej Łapie, że masz fajniejsze zajęcia niż skakanie po torach, i że znajdziesz fajniejszego przyjaciela od Jazgota. — mówiła, momentami stając na tylnych łapkach, by rozejrzeć się po okolicy za mchem. Znalazła kępkę i mając nadzieję, że się nada, zaczęła ją zrywać. — Lisa znajdę. O, i przyjdę z lisem do klanu. Nazwę go Ognisty Ogon i będziemy razem jeść.
Postanawiała i myślała z coraz to pełniejszym pyszczkiem. Przez myśl przemknął też borsuk Pasiasty Łeb i szakal Złociste Futro. A zielonego materiału w jej pyszczku w końcu było tyle, że nie mogła mówić. Wtedy postanowiła odnaleźć swojego mentora. Były takie susy gdy ciut mchu sypało się na śnieg, ale zbytnio się tym nie przejmowała, aż do momentu nawoływania. Odpowiedziała, upuszczając całą zdobycz, bo przecież nie ucieknie prawda? Ale jednak tak się stało.
Momentalnie cały świat stał się biały i zimny. Pisnęła zaskoczona. Na nic zdały się próby przemieszczenia, zupełnie jakby... wpadła w zasypany dołek. Słyszała, jak Medyk sapie gdzieś w okolicy, ale go nie widziała. Przez chwilę bała się, że ten nie dosłyszy wołania o pomoc, bo w końcu przecież jest już uczennica i powinna dać sobie radę, prawda? Nie była już tym bezbronnym szczeniakiem co dnia poprzedniego. Jednak kroki ucichły. Gdyby tylko mogła wyczuć stąd jego zapach...
— Manaci Olbrzymie? — pisnęła nieśmiało w górę tunelu, skąd widziała prześwit gołych gałęzi.
Wtem jakiś cień złapał ją za kark, ciągnąc ku górze. To koniec, Teraz coś ją zje, ale mała nie podda się bez walki. Cynamonowa Łapa zaczęła się wić i piszczeć. Miała nadzieję, że uda jej się jakoś odkręcić sięgając kiełkami w stronę napastnika. Chwilkę, napastnika? Czemu napastnik się śmieje?
— No już, spokojnie. Od kiedy szczeniaki są takie groźne? — spytał „napastnik”, odstawiając ją na ziemię.
— Nie jestem szczeniakiem! — szczeknęła oburzona Cynamonowa Łapa. Otrzepała powoli przemakające futro i dumnie się wyprostowała.
— Nie?
— Nie. Jestem uczennicą. — zaznaczyła ostro, po czym pokazała Niedźwiedziowi swój rozsypany zbiór mchu. 
<Manaci Olbrzymie?>
[940 słów: Cynamonowa Łapa otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

19 stycznia 2021

Od Manaciego Olbrzyma do Cynamonowej Łapy

Był bardzo ładny poranek, ale niestety również bardzo zimny. Zrywanie się wcześnie w Porze Nagich Drzew nie należało do najprzyjemniejszych, ale jak się już wstało i szło, to właściwie nie miało to żadnego znaczenia; najgorsze było już za nami. Było też już za Manacim Olbrzymem, gdy stąpał po świeżym śniegu. Musiał opowiedzieć swój sen Płomiennemu, w końcu znak od Gwiezdnych nie powinien czekać. Cynamonowy zapach cały czas tkwił w jego dużym, szarym nosie, mimo że wiatr atakował psa z każdej strony, jakby chciał się go stamtąd pozbyć. Akurat dzisiaj dostał senną przepowiednię, tego jednego dnia, gdy zdecydował się spać nie w legowisku, a wśród stogów siana w stodole. Co prawda to, że nocował poza obozem, nie było jakąś nowością, ale zazwyczaj oznaczało to, że mógł wstać później, pozbierać ziół i wrócić jakby nigdy nic. Nikt nie miał wtedy pretensji. A teraz szedł senny, a łapy plątały mu się.
Kiedy dotarł już do legowisk, dojrzał niemałe zbiegowisko przy posłaniu medyka. Zamyślił się, o co wszystkim może chodzić i przez myśl przeszło mu, że może ktoś został ranny w walce. Tylko czemu tyle psów przygląda się opatrywaniu ran? A może to z liderkami było coś nie w porządku? Przyspieszył aż kroku, w końcu jeśli Płomienny ma pracę, to powinien być przy nim. Profesja medyka to poważna sprawa. Kiedy podszedł wystarczająco blisko, by członkowie klanu go zauważyli, rozstąpili się, ukazując mu makabryczny widok. Płomienny Zachód, jego mentor i medyk klanowy leżał martwy w swoim posłaniu. Zapach cynamonu z wielkiego nosa został wyparty przez woń krwi i trupa.
Wietrzni patrzyli na niego. Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu przerwała ją Orzechowa Gwiazda:
— Musisz się kimś zająć.
Dostrzegł dwa szczeniaki, z czego jednego nieznajomego, ukryte za Złotym Popiołem. Zadarł łeb i szybko chwycił do pyska kilka ziół, po czym schylił się i pozwolił, by usadowiono Nieuchwytkę na jego szerokim grzbiecie. Jej mały towarzysz i przybrana matka podążyli za nim. Reszta klanu patrzyła, jak oddalał się ich nowy medyk. W jego nieco wilgotnym od niedawnego śniegu futrze widoczne były liczne pasma słomy i siano, na którym spał. Niechaj Gwiezdni mają ich w opiece. 
***
Ceremonia mianowania na uczniów była śmieszna. Orzechowa Gwiazda zaczęła od jego podopiecznej, Cynamonki. Teraz już właściwie Cynamonowej Łapy. Mała wydawała się bardzo przejęta całym wydarzeniem, ale podobnie jak reszta rodzeństwa trochę wystraszona. Manaci Olbrzym wiedział, że szczeniaki często się go bały, więc nie był zdziwiony. Kiedy liderka wywołała go i oznajmiła, iż okazał się medykiem zdolnym i empatycznym, zrobiło mu się miło. Zignorował czyjeś prychnięcie i kilka spojrzeń przepełnionych niedowierzaniem.
Wiedział, że wiele psów nie mogło się pogodzić z tym, że teraz to on zostanie medykiem. Na przykład jego brat. Był zupełnie przerażony i próbował pogadać z nim o tym, jaka to teraz ważna funkcja na nim spoczywa i jak musi szybko dorosnąć i spoważnieć. Naprawdę cały czas widział w Manacie szczeniaka. A przecież przeszedł już szkolenie i został zaakceptowany przez Gwiezdnych. Może po prostu był zazdrosny, że to nie on dostał ucznia. Albo dalej czuje się szczeniakiem, więc o nim też tak myśli. W każdym razie zapewnił go, że nie musi się niczym obawiać, w końcu na pewno będzie lepszym medykiem, niż ktokolwiek inny w klanie.
Patrzył na Nieuchwytkę, której łapą musiał się niedawno zajmować. Biedna mała, zobaczenie zwłok to nie jest lekka sprawa. Pamiętał, jak asystował przy ratowaniu rannego Pędzącego Niedźwiedzia. Jego obrażenia okazały się na tyle poważne, że nie udało się go uratować. Był wtedy uczniem dopiero parę księżyców. Pytał Płomiennego i w końcu także Gwiezdnych, dlaczego nie udało im się go ocalić, skoro przecież tak się starali i robili wszystko, co trzeba. Szczeniaki nie rozumieją jeszcze takich rzeczy. Teraz wiedział już, jak sobie radzić z takimi rzeczami, znał też odpowiednie zioła, które mogły w tym radzeniu dopomóc. Proponował podanie ich szczeniakom, ale Złota skarciła go i kategorycznie zabroniła. Kiedy Nieuchwytka stała tak przed całym klanem i czekała na zostanie wojowniczką, ich spojrzenia się spotkały. Wyszczerzył do niej pysk i machnął ogonem. Może chociaż zdoła przekazać jej pozytywne nastawienie. Zdecydowanie więcej psów powinno pozytywnie podchodzić do życia. Ze spokojem, co się stało, to się nie odstanie, a świat będzie płynąć dalej.
Po uroczystości poszedł z Cynamonową Łapą do legowiska medyka. Było już dokładnie wysprzątane i pachniało sianem i ziołami tak jak dawniej. Pokazał jej wszystko i przykazał, by jutro o Wysokim Słońcu przyszła tutaj. Trącił ją nosem na pożegnanie i położył się na trochę. Z przymrużonymi oczami skupił się na zapachach, jakie go otaczały. Wolał się upewnić, że nie ma tu już żadnych śladów ostatniego brutalnego ataku. Po krótkim odpoczynku podniósł się i zaczął dokładniej obwąchiwać każdy skrawek. Przy okazji przeglądał zioła i inne lekarstwa skrupulatnie posortowane przez Płomienny Zachód. Trzeba było uzupełnić zapasy mchu, kończył się też miód, ale to nic dziwnego, w końcu w Porze Nagich Drzew wiele psów męczył ból gardła i kaszel. Będzie musiał niedługo postarać się ich poszukać. Może nawet zrobi taką lekcję z Cynamonką, w końcu coś muszą robić. Ale właściwie to coś zawsze porobić można, a jak nie to mogą sobie pogadać. Może w końcu znajdzie kolejnego kompana do rozmów!
Po posiłku, na który w jego przypadku składały się suszone jabłka, wyszedł na świeże powietrze. Nie padało, a na śniegu widać było liczne ślady łap. Pewnie wszyscy już byli w obozie. Postanowił przejść się w pobliże sadów i popatrzeć na gwiazdy. Rozmyślał nad losem swojego mentora.
Dalej nie wiedzieli, co się stało i kto to zrobił. Mały Jazgot przeraził się nieźle, że wszyscy pomyślą, że to on. Zaczął mu się plątać język, wspominał coś o swoim mentorze i widać było, że bardzo panikował. W dodatku niektórzy dawali mu do zrozumienia, że nie był tu mile widziany. Nieodpowiedzialne, głupie psy. Szczeniaka w takim momencie denerwować. Próbował kilka razy dać mu wyciąg z ziół na uspokojenie i choć wielokrotnie mu w tym przeszkadzano, to w końcu, gdy zostali sami, mu się to udało. Co z tego, że mały nie był od nich, przecież wszyscy są psami, a każdemu psu warto pomagać. A jak się jest medykiem, to nawet trzeba. No, a może zostanie z nimi, skoro tak się błąka po świecie i nie ma klanu. Wydawał się sympatyczny i już zaprzyjaźnił z małą Nieuchwytką. Po co rozdzielać przyjaciół? Znalazłoby się miejsce i dla niego, jakby się urodził szczeniak, to by go przecież nie wyrzucili. A jak się martwią o jedzenie, to mógłby mu dać trochę swoich roślinnych zapasów, a zaraz wiosna, to nawet więcej ich będzie.
Postanowił, że przedstawi ten pomysł Złotemu Popiołowi, bo w końcu opiekowała się Nieuchwytką. To przy okazji by z nią pogadał jak tu tego Jazgota przyprowadzić. Z tą myślą położył się wygodnie. Przecież to mogło poczekać do rana. Jakby obudził Złotą, to by zresztą pewnie nie chciała z nim rozmawiać, a nawet na niego nawrzeszczała, że maluchy budzi. No to poczeka. 
***
Wstał wcześnie i rozprostował łapy. Miał ochotę pójść nad rzekę, ale najpierw przegryzł parę listków mięty. Zawsze dawała mu takie przyjemne uczucie w gardle i nawet dłużej potem nie czuł się głodny. Tym razem jednak poczuł, że ma ochotę zjeść coś więcej, przegrzebał więc swoje zapasy i zabrał się za wsuwanie tego, co mu się nawinęło. Po posiłku jakoś ochota na spacer nad rzekę mu przeszła, postanowił więc uciąć sobie drzemkę. Kiedy ponownie się obudził, był dużo bardziej wyspany. A obudziła go Biała Zamieć. Stała nad nim wraz z Cynamonową Łapą. Choć jego uczennica właściwie nie stała nad nim, bardziej była na wysokości jego łba. Przywitał ją liźnięciem w ucho i podziękował Białej za obudzenie. Pewnie już było Wysokie Słońce, to akurat czas na trening.
Kiedy został sam z uczennicą, zaczął opowiadać jej o śniadaniu i zaproponował trochę, ale odmówiła. Niezrażony spróbował znowu, tym razem proponując miętę, ale znowu spotkał się z odmową. Przeszedł więc do pokazywania zapasów, które były nagromadzone w siedzibie medyka. Pokazał, gdzie były składowane zioła, gdzie trzymali orzechy, gdzie patyki, gdzie były lekarstwa, gdzie przygotowywało się maści, a gdzie wywary i gdzie był jego składzik na przekąski. Kiedy go pokazywał, ponownie zaproponował coś do przegryzienia i w końcu sam się zdecydował na kilka śliweczek. Zaczął tłumaczyć, jak trzeba wyciągać z nich pestki, bo te są trujące i wymieniać inne suszone owoce, z którymi trzeba robić to samo. W końcu wskazał, gdzie składowany jest miód i przypomniał sobie, że musi poszukać więcej mchu.
— Potrzebujemy mchu, wiesz? Przydaje się do zmywania krwi z ran, podaje się go też z miodem, jak ktoś ma kaszel. Ostatnio to prawie każdego bolało gardło, zauważyłaś? Jeden po drugim przychodzili i trzeba było maczać kuleczki mchu w miodzie i podawać, prawie nie mamy miodu też przez to. Ale znaleźć miód to trudniejsza sprawa, niestety. Twoja mama też przyszła, bo ją gardło bolało, pamiętasz? O i właśnie na bolące gardło to te kuleczki też pomagają, nie tylko na kaszel. A no i bym zapomniał powiedzieć, mech się przydaje, żeby w ogóle leki podawać, a czasem trzeba go maczać w wywarze z ziół i na ranę kłaść, więc widzisz, mech jest ważny. Ważniejszy niż by się wydawał, co? Trzeba często uzupełniać zapasy, ale teraz jest trudniej, bo w lesie to było go pełno. Żałuj, że się lasem nie nacieszyłaś, ale tu też jest fajnie. Dwunożni blisko, ale jak ciekawie! Można pójść na plażę i nurkować w morzu, zabiorę cię tam i zobaczysz, jak jest fajnie! W dodatku są wodorosty i zupełnie nowe rośliny, wszystkie smaczne, czego chcieć więcej. Próbuję znaleźć ich właściwości lecznicze, wiesz? Podaję je psom, jak coś im jest, robiłem już maści i wywar, nie wszystko wyszło, ale na pewno coś robią. Poza tym jak się poddam, to nigdy nie będzie szansy, żeby się dowiedzieć, czy mogą w czymś pomóc, to po co przestawać próbować, prawda? Płomiennemu się nie podobało, że tyle ich tu miałem, mówił zawsze, że mu śmierdzi. No ale teraz to już będę mógł ich tu dużo przynosić, bo mi tam one nie śmierdzą wcale. No wstawaj, idziemy po mech! Ale spokojnie, mech nam nie ucieknie, nie musisz biec.
Manaci Olbrzym ruszył w stronę wyjścia ze stadniny, a mała, puchata kulka ruszyła obok niego. Choć kroczył zupełnie zwyczajnym tempem, to uczennica musiała nadążać za jego wielkimi łapami. Kiedy tak szli w stronę sadu, medyk opowiadał historię o tym, jak opatrywał matkę, która miała nieprzyjemne spotkanie z jakimś dziwnym, dużym zwierzem, którego nie umiała nazwać. Zaznaczał, jakie znaczenie miało odpowiednie dobranie mchu, żeby chłonął dużo maści, przy okazji tłumacząc, jakiego mają szukać. Szli trasą niewydeptaną przez łapy, więc prędko Cynamonka zaczęła dreptać po jego wielkich śladach. Kiedy w końcu znaleźli się blisko sadu, skierowali się w stronę rzeki, przy której rosły drzewa, a nawet było kilka zwalonych pniaków. To w nich Manacik pokładał nadzieje. Jako że poinstruował Cynamonkę, czego ma szukać, postanowił, że jak się rozdzielą, to pójdzie im szybciej.
Ruszył raźno w górę zamrożonej tafli, w stronę kilku zwalonych przez dawne burze pni. Po drodze jednak coś go tknęło i postanowił zawrócić, by przyjrzeć się temu, co robi jego mała uczennica. Była przecież jeszcze malutka i coś by się jej mogło stać. Albo by się zgubiła w tym śniegu, w końcu wiele od niego większa nie była. Oparł łapę o pobliski dąb i rozejrzał się uważnie, próbując wypatrzeć szczeniaka. No ładnie, jednak się zgubiła w tym śniegu. Zaczął wołać ją po imieniu, aż w końcu usłyszał cieniutki głosik w odpowiedzi. Ruszył za okrzykiem, a gdy ten w pewnym momencie się urwał, przyspieszył i zaczął biec. Nie był najszybszy, ale był zdeterminowany, a to się przecież też liczyło. Śnieg wzlatywał w górę od uderzeń jego łap; wyglądało to, jakby pies rozpętał małą śnieżycę na swojej drodze. Stwierdził, że bez przyspieszenia się nie obędzie. Może i gdyby szedł, to by też dotarł, ale co jeśli coś się stało? A przecież z nim tu jest, on może jej pomóc. Jest medykiem, pomaganie to jego rola. No i bardzo to lubił. Ją też lubił, miły z niej szczeniak. Wszystkich właściwie lubił. Tylko biegać nie lubił.
<Cynamonowa Łapo?>
[1963 słowa: Manaci Olbrzym otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia, Cynamonowa Łapa 2 Punkty Treningu]