Patrol, na który Wojowniczy Mróz wyruszył, szybko okazał się być jego ostatnim. Zerwała się okropna burza śnieżna, a żaden z jego współklanowiczów, nie mogli go zlokalizować. Przepadł jak kamień w wodę. Cudem udało im się dotrzeć do obozu bezpiecznie, wciąż jednak bez Wojowniczego. Dopiero po parunastu godzinach, gdy pogoda się uspokoiła wyruszono na poszukiwania. Długie i żmudne. Parę dni zabrało im znalezienie truchła wojownika, przysypanego zaspą śniegu.
Wojowniczy Mróz, wojownik Tenebris, dołącza do Coelum.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojowniczy Mróz †. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojowniczy Mróz †. Pokaż wszystkie posty
20 marca 2022
Wojowniczy Mróz umiera
30 czerwca 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Fiołkowej Skałki
Moim ulubionym cytatem o Wojowniczym jest właśnie to, że bycie głupim jest równocześnie jego wadą i zaletą, ale nawet on, cholera, był na tyle bystry, żeby domyślić się, że przejście Ciemnego Kła na emeryturę było błędem. Humor jej odejścia udzielił się wszystkim w klanie; Aroniowa Łapa plasnęła kupką mokrego mchu prosto w pysk Skalnego Potoku, Cytrynowy Liść i Borsuczy Upadek nieudolnie trenowali walkę, turlając się prosto w kałużę błota, a Mleczne Oko próbowała uspokoić piszczącego Poziomkową Stopę, który zarzekał się, że w kropli błota na jego futrze zobaczył kiłę.
Zasadniczo Wojowniczy nie wiedział, czy wszyscy smucili się odejściem Ciemnego Kła ze stanowiska, czy przejęli humor po Lisim Wrzasku, a może po prostu Tenebris było najbardziej emo klanem wśród wszystkich pięciu mieszczańskich i nikt oprócz niego nie był tym już zdziwiony.
Krążył wzrokiem od wojownika do ucznia, od ucznia po starszego, od starszego aż do liderki, która — jak na złość — usadowiła się w miejscu najdalszym od legowiska medyków. Jedynie Wojowniczy był na tyle zainteresowany pracą Lisiego Wrzasku, że wodził wzrokiem pomiędzy jego posłaniem a całą resztą zgrai.
Jakieś czterdzieści psów na klan, czterdzieści edgy łbów, które słyną z tego, że pożerają małe szczeniaczki (suszymy ząbki, Płomienny Krzewie), biją się z liderami (cheese, Krwawy Zewie) i spiskują z Industrią (pomachaj, Jasne Serce), bo Gwiezdni najświętsi, jakaś suczka postanowiła przyspieszyć proces rozkładu paru psom (półtora metra odległości, Malwowy Ogonie, obostrzenia), co u Ognistych jest swoistym łamaniem Kodeksu Wojownika, a w Tenebris byłoby tylko przechwałkami na temat statycznej liczby ofiar w swoim życiu, a w całym tym obozowym rozgardiaszu czterdziestu emosów tylko trzech było w tak świetnym humorze jak nigdy.
Ciemny Kieł nie zajrzała do legowiska Lisiego Wrzasku nawet na minutkę, odkąd Biała Gwiazda uroczyście ogłosiła jej odejście. Wylegiwała się w legowisku starszyzny brzuchem do góry, jakby jesienny wiaterek był tylko wstępem do jej wakacji. Zasadniczo przesadziła w momencie, kiedy poprosiła Konwaliową Łapę o hawajski naszyjnik upleciony z kwiatów i do pełni szczęścia brakowało jej tylko drinka z palemką.
Drugim z wymienionych był sam Lisi Wrzask, który, o zgrozo, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu wyglądał na szczęśliwego, bo krzątał się w legowisku dumny jak paw, mamrocząc coś o tym, że jest najlepszym medykiem, a w ogóle to zamknij się, chory śledziu, Lisek ma właśnie inwokację o swojej wspaniałości, nie wołaj o kolejne przeciwbólowe w tym momencie.
Był też Wojowniczy Mróz. Trzecia biblijna plaga, wszy, według Księgi Wyjścia, Głód, jeździec Apokalipsy św. Jana. Suszył ząbki, bo życie było wspaniałe, kiedy Biała Gwiazda sprawowała nad nim pieczę, Jasne Serce ochraniał mu dupę przed Płomiennym Krzewem, a Odważny Kieł czuwał nad nim w Coelum.
Życie było wspaniałe, dopóki nie napastował go Lisi Wrzask.
— Wojowniczy Mrozie — Lisi Wrzask wymówił to z taką wyniosłością, jakby czystą pogardą było mówienie na głos imienia kogokolwiek oprócz własnego — mógłbyś coś dla mnie zrobić?
Haha, nie.
— Haha, tak — zaśmiał się sucho, w duchu przełykając wszystkie strachy przed przerażającym medykiem. (Może i sam podświadomie miał dobry humor, bo Ciemny Kieł odeszła ze stanowiska. Jeden przerażający medyk to dużo, ale dwóch przerażających medyków to horror).
Pracą Lisiego Wrzasku było to, żeby znaleźć drugiego jelenia, który zrobi pracę za niego.
— Świetnie! — Lisek poklepał go po barku, nim zdał sobie sprawę z problemu z fizycznością i z obrzydzeniem wytarł własną łapę o trawę, gromiąc Wojowniczego wzrokiem tak, jakby pierwszy go dotknął. — Kojarzysz tory, nie? Jasne, że kojarzysz, przecież włóczysz się to tu, to tam, jak każdy włóczęga.
Pierwszy raz w życiu Wojowniczy zgromił kogoś wzrokiem.
— ...no, w każdym razie, obok torów kwitnie trochę pokrzyw. Przydałyby się. A, jak tam będziesz, to obok rośnie dąb, liście też się przydają. No i te jeżyny… Masz tu parę roślinek, żebyś wiedział, jak wyglądają — wręczył mu uschnięte i zarobaczone, sypiące się w kłach zielsko — i nie zgub, bo cię, kurwa, zadźgam kolcem tej jeżyny.
Chwycił w pysk prezencik tak gwałtownie, że gałązki jeżyn pokaleczyły mu dziąsła, ale przełknął dumę z posmakiem krwi i rzucił Liskowi wyzywające spojrzenie.
— Poradzę sobie — wymamrotał.
Tenebris mogłoby mieć dwa trupy w najbliższym czasie, bo Wojowniczy Mróz po drodze na tory prawie zemdlał ze strachu, że Lisi Wrzask faktycznie go zabije.
Poza tym, jak się okazało — rozpoznawanie ziół było u niego na poziomie pisania literek w przedszkolu.
Roślinki niósł najdelikatniej, jak tylko potrafił, ale i tak na koniec jego podróży liście dębu zaczęły przypominać raczej igły sosny.
— Cholera — mówił, przyglądając się zielsku jak składanej ofierze. — Cholera, cholera, cholera.
Ostatnio powiedział Sosnowej Łapie, że mógłby nawet być medykiem, jeśli dzięki temu klan byłby z niego dumny i nagle pożałował, że Podgrzybkowa Sierść go jednak nie trenował wtedy we Flumine.
Zastrzygł uszami, kiedy coś załomotało w oddali. Irysowe Serce powiedziała mu kiedyś, że tory wydają się nieużywane przez Dwunożnych, ale po roku spędzonym w mieście wojownicy zdali sobie sprawę, że kolej prowadziła do rzadko używanej drogi do innego miasteczka. Tędy musieli przejeżdżać tylko masochistyczni Bezwłosi, którzy nie obawiali się zardzewiałego metalu i głośnego skrzypienia, a poza tym każdy głupi pies wie, że na tory się nie wchodzi, przecież to prawie jak Droga Grzmo-
— CHOLERA!
Medykamenty Liska zatrzepotały w powietrzu, kiedy Wojowniczy Mróz jak ostatni masochista porwał się na tory.
Nie no, nie miał samobójczych zapędów (chociaż przemknęło mu przez myśl, że rzucanie się pod pociąg jest lepsze od szukania ziół dla Lisiego Wrzasku). Niespecjalnie jarała go też adrenalina, jakkolwiek idiotycznie impulsywnie by się nie zachowywał. Ale kiedy widział śpiącą królewnę przy torach, nagle włączał mu się tryb księcia.
— Nie, n-yeh, niii-eeeh — mruczał sam do siebie, łapiąc w zęby skórę nieprzytomnej Fiołkowej Skałki, żeby odnieść ją jak najdalej od torów.
Sierść zjeżyła mu się na karku, kiedy wiatr rozdmuchiwany przez łoskoczący pociąg rozwiał mu ogon, ale szczerze powiedziawszy, Wojowniczy Mróz wolałby już stracić kończynę i spasować z pozycji wojownika, niżeli zostawić samego członka swojego klanu.
Wojowniczy byłby ostatnią osobą, która bodyshamingowałaby kogokolwiek, ale, jasna cholera, Fiołkowa Skałka budową masy wdała się w swojego ojca, przy którym Mróz wydawał się chucherkiem, a czterdzieści punktów umiejętności w sile to wcale nie tak mało.
Może dzięki tym czterdziestoma punktami w sile przeżył wizytę u Lisiego Wrzasku. Albo trzydziestoma pięcioma w szybkości, bo spieprzył mu z widoku i wrócił do jego legowiska dopiero kiedy zaczęło zmierzchać.
O dziwo nie po to, żeby się z nim nie spotkać. (Kto do cholery chciałby spotkać się z Liskiem?). Medyk zniknął z widoku, bardzo prawdopodobne, że po to, żeby uzupełnić pozostawione przez Wojowniczego braki, a sam Wojowniczy zajrzał do omszonego posłania, na którym czuwała Fiołkowa Skałka.
Spała. Od kolejnych kilku godzin spała, a Wojowniczy Mróz, mimo że szczerze bał się Liska, bał się też zostawić kogokolwiek ze swojego klanu na pastwę samotności. Czuwał przy legowisku medyka bez przerwy, chowając się po kątach, żeby Lisi Wrzask go nie zauważył, a potem podsłuchał, jak Lisek po głośnych narzekaniach na własną niedolę powiedział Aroniowej Łapie, że w zasadzie to nie wie, czy Fiołek kiedykolwiek się obudzi.
Pochylił się nad jej pyskiem, żeby zajrzeć, czy aby na pewno choć jedna się powieka nie uchyliła, a brązowe oczy napotkały jego nos.
— Gwiezdni! — Odskoczył.
— Poszedł już?
— K-kto?
— No, Lisek.
Zamrugał oczami, próbując wysilić swoje trzy komórki mózgowe do zresetowania systemu z lagów.
Na liście Leonisa, kim ona była, żeby wymawiać stare imię medyka? Klematisowy Korzeń kiedyś prawie wyleciał przez okno, kiedy nazwał Irysowe Serce po prostu Iryską, jakby znowu byli szczeniakami.
Trzy komórki odwiesiły się, kiedy Fiołkowa Skałka postanowiła unieść się na chwiejących się przednich łapach.
— Nie wstawaj! — wrzasnął, rzucając się, żeby przywrócić ją z powrotem do pozycji leżącej. — Nie wstawaj, bo… eee…
— Bo co? Przecież nie umieram.
— Bo Lisi Wrzask przyjdzie i odgryzie ci wszystkie pazury, widziałem, jak zrobił to Słodkiemu Pyskowi!
Oczekiwał przerażonej miny szczeniaka, który po raz pierwszy zasłyszał straszne legendy od starszyzny, ale Fiołek spojrzała na niego, jakby był wariatem.
<kakałko?>
[1274 słowa: Wojowniczy Mróz otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
19 czerwca 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Sosnowej Łapy
Wracał do miejsca, do którego już nigdy nie chciał wrócić.
No dobra, przynajmniej próbował sobie wmówić, że nie chciał. Biała Gwiazda zapewne degradowałaby go do stanowiska ucznia, Jasne Serce przydzieliłby mu Płomiennego Krzewa do patrolu, ale głęboko zakodowana moralność próbowała przekonać Wojowniczego, że nie może w nic uwierzyć, dopóki nie usłyszy drugiej strony.
Tylko jak miałby oszukać swój własny wzrok?
Bryzowa Gwiazda próbowała zabić Nakrapianą Gwiazdę, a mimo to obie liderki milczały na zgromadzeniu, jakby wzajemne podduszenie się wnykami na granicach klanów było u przywódców na porządku dziennym. (Szczerze zastanawiał się, czy tak faktycznie jest, bo w tym przypadku nie tyle, ile przestałby marzyć o byciu liderem, a raczej zostałby prywatnym ochroniarzem Białej Gwiazdy 24/7).
Musiał wierzyć w Bryzową Gwiazdę. Czemu osoba, która pomagała dążyć mu do własnych marzeń, miałaby spróbować kogoś zabić?
Czemu… Czy to było jedyne rozwiązanie, żeby Wojowniczy Mróz pewnego dnia został liderem?
A potem zobaczył tą zapłakaną, mniejszą od niego suczkę, która śmierdziała równocześnie jak największy zbiór zielska, jaki Wojowniczy kiedykolwiek wywąchał i największa wola walki, jaką kiedykolwiek widział i przypomniał sobie, dlaczego pewnego dnia chce opiekować się członkami swojego klanu jako przywódca.
— Masz… masz bardzo ładne stopy — wydukał nieśmiało, całkowicie szczerze machając ogonem na boki. — W sensie wiesz, rozumiesz. Nie takie ładne, że śliczne, tylko takie ładne, że wyglądają całkiem sprawnie. Co prawda nie widziałem ich jeszcze w akcji, ale skoro je masz, to znaczy, że musisz ich jakoś używać. Wiesz, mój tata, znaczy się, Odważny Kieł, był wojennym weteranem, opowiadał mi kiedyś o psie bez nóg, który stał na rozstaju dróg- nie, czekaj, to chyba nie tak szło. W każdym razie też była jakaś rymowanka, i był pies, i stopy, a to zupełnie jak ty.
Rzuciła mu podekscytowane spojrzenie, jakby wcale nie pogubiła się w jego potoku słów.
— Na Gwiezdnych, naprawdę?! Pies jak ja? I co dalej, co dalej, Wojowniczy Mrozie?
Pochylił głowę, żeby stanąć na poziomie Sosnowej Łapy.
— No wiesz, nie pamiętam dokładnie, bo mnie tam nie było, ale…
— Opowiedz, proszę, chciałabym być jak on.
— No to uszy do góry, młoda damo — kogo obchodzi, że dzieliła ich różnica niecałych trzydziestu księżyców — bo to będzie długa opowieść. Znaczy chyba długa, bo może pomyliłem ją z tą drugą opowieścią, o tym, jak Odważny Kieł prawie załamał równowagę czterystu wymiarów, a ta historia już była krótka, ale co tam. No to ten pies był Pieszczochem i… — zamrugał, kiedy Sosenka wzdrygnęła się na wspomnienie o Pieszczochu — ale spokojnie, ty nie musisz być Pieszczochem. Chyba. W sumie to nie wiem, czy to jest kluczowe dla tej historii. Ale nieważne, ważne jest to, że ten Pieszczoszek stracił łapy, nazwijmy go Mini Majk. No i Mini Majk nie miał chyba jednej łapy, Gwiezdni, nie wiem, to chyba też nieistotne, w każdym razie Dwunożni zrobili dla Mini Majka takiego Mini Potwora, który pomagał mu chodzić.
— Potwora?
— Mhm — potwierdził. — Dwa kółeczka, może sznurek i…
— Czyli jednak musiałabym być Pieszczochem? — westchnęła smutno.
— Och, nie! — Rozejrzał się w pośpiechu dookoła, aż w końcu dorwał dwa kasztany o nie do końca okrągłym kształcie i potoczył je w stronę Sosnowej Łapy. — Widzisz? Mamy kółeczka.
Nie wydawała się przekonana. Zamiast tego ponownie oparła smutny pysk na łapach, wpatrując się w legowisko kilka lisich susów obok, w którym spała łaciata suczka, co jakiś czas wstrząsana dreszczami.
Wojowniczy dosiadł się więc do niej. Nagle Bryzowa Gwiazda, Nakrapiana czy nawet Biała przestały być ważne; cały ten galimatias mógł poczekać. Wojowniczy Mróz zawsze miał czas, kiedy ktoś go potrzebował, nawet jeśli jego niewielki, chaotyczny móżdżek pozwalał mu skupić się maksymalnie na okres trzech kremówek na godzinę.
Położył głowę na łapach, ale wzrok niebieskich oczu utkwił w Sosnowej Łapie, jak gdyby widział teraz tylko ją.
— Wiesz co, wcale nie potrzebujemy Mini Majka i jego Mini Potwora.
— Nie potrzebujemy? Czyli nie potrzebujemy też mnie?
— Nie, nie. — Pokręcił głową tak pośpiesznie, że futro Sosnowej Łapy połaskotało go w nos. — Możemy zacząć powoli. Ty będziesz Mini Majkiem, a ja twoim Mini Potworem.
— Wojowniczy Mrozie, chyba nie masz dwóch kółeczek i…
Odwrócił łeb w drugą stronę, ale nie potrafił ukryć już wkradającego się w kącik pyska uśmiechu.
— Uważasz, że ja nie dam rady ci pomóc?
— Nie, ja…
Wyszczerzył się do niej całym zestawem zębów i zaśmiał się wesoło, podnosząc na równe łapy tak szybko, że zrzucił kilka jabłuszek ze spiżarni Manaciego Olbrzyma.
— No, dalej! Idziemy!
Sosnowa Łapa nie była żadnym Mini Majkiem. Uniosła się na przednich łapach, podpierając drżącymi tylnymi i Wojowniczy Mróz pomyślał, że uczennica jest o wiele silniejsza od psa z opowieści.
Przeniesienie Sosnowej Łapy poza legowisko medyka okazało się trudniejsze, niż przejście obok wędrownego handlarza bez zabijania go i kradzieży jego lam (w Minecrafcie, oczywiście, nie żebym na co dzień widział wędrownych handlarzy i ich lamy).
Z każdym kolejnym krokiem Sosnowa Łapa posyłała mu spojrzenie pełne radosnych iskierek, machając wesoło łapą i powtarzając przed pyskiem Wojowniczego Mrozu: „Widzisz? Idę, idę!”. Nie miał serca jej uświadomić, że własnym zadkiem podpierał jej tylne łapy i całą drogę do wąwozu asekurował, ale uznał to za niewinne kłamstwo; ba, nie było to nawet kłamstwem, tylko zachowaniem dla siebie prawdy. Każdy mały krok Sosnowej Łapy, nawet jeśli był wspomagany przez niego, nadal był krokiem.
W końcu stanęli przed krańcem z wąwozem i nawet jeśli ten nie był szczególnie głęboki, to Sosnowa Łapa wstrzymała oddech, chwiejąc się na swoich przednich łapach.
— Wojowniczy Mrozie? — jęknęła, zerkając na niego nerwowo. — Przecież to granice Ventus.
Zamerdał ogonem, jakby to była najoczywistsza odpowiedź na świecie.
— Tak.
Szturchnął ją nosem, żeby poszła dalej, ale mięśnie Sosnowej Łapy jakby zwiotczały, kiedy patrzyła kilka metrów pod siebie.
— Wojowniczy Mrozie, ja… ja nie bardzo chcę spadać i…
— Spadać? — powtórzył. — Eee… myślałem raczej o przejściu.
Ich oczom ukazało się zwalone drzewo, które równo przecinało drogę pomiędzy wgłębieniem a dwoma stronami skarpy. Drugą stronę zajmowały drzewa, gęstniejące z każdym krokiem przed siebie i tym samym swoimi gałęziami ochraniające bezpieczny dom dla psów.
Pozornie bezpieczny.
— Jeśli chcesz, mogę pójść pierwszy — zasugerował Sosence, stawiając pierwszą łapę na korze, która rozsypała się pod jego pazurami i głuchym szeptem potoczyła w dół.
Nie czuł się na tyle, ale miał już blisko sześćdziesiąt księżyców na karku i coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że pewnego dnia powinien wydorośleć. Nie wyobrażał sobie siebie jako poważanego wojownika w wieku Odważnego Kła i szczerze mówiąc, miał ochotę wyrzucić całą zawartość swojego żołądka prosto w przepaść na myśl o starości, tym bardziej że czas wiązał się z powolną utratą jego poprzedników, ale jakim przykładem byłby dla swojego następcy? Pewnego dnia pod jego łapą spocznie uczeń. Nie mógłby z dnia na dzień przejść do odpowiedzialnego, rutynowego trybu życia, który wpajali mu od dzieciństwa, ale jeśli komukolwiek, nawet Sosnowej Łapie, będzie w stanie przekazać choćby kawałek swojej naiwnej woli walki…
Postąpił krok naprzód i odwrócił się tyłem do drugiej strony, żeby móc stanąć pysk w pysk z krucho stąpającą Sosnową Łapą.
— No, dalej — zachęcił. — Tylko kawałek.
Pod wpływem wagi dwóch psów gałązki zaczynały się chybotać. Sosenka kroczyła powoli, zachęcana powtarzanym przez Wojowniczego „mamy czas”, ale sierść jeżyła mu się na grzbiecie z każdym kolejnym trzaśnięciem patyczka. Na samym końcu wreszcie Wojowniczy pociągnął ją za skórę na karku, wtaszczając oba cielska na polankę.
— Wilczy Cień mówił, że na terenach Dawnego Domu jest niebezpiecznie — mruczała Sosnowa Łapa, kiedy Wojowniczy Mróz prowadził ją przez polanę prosto do odgłosu strumyka.
— Wilczy Cień?
— Mój mentor! — odpowiedziała, jakby chwilowo zapominając, że powinna martwić się niebezpieczeństwem. — Wiesz, jaki Wilczy Cień jest super? Zabrał mnie w miejsce, gdzie było widać gwiazdy. Chciałam pokazać potem to samo swojemu uczniowi, ale… ale…
— Och, mentor. — Wojowniczy Mróz odwrócił wzrok, kiedy jemu samemu zrobiło się przykro, ale nie dał tego po sobie poznać, a nuż tylko pogorszy to humor Sosnowej Łapie. Czasem zapominał, że uczniowie miewali zdrowe relacje ze swoimi mentorami i zapiekła go zazdrość, ale nie mógł winić Sosenki za coś, na co oni oboje nawet nie mieli wpływu. — Wiesz, też kiedyś chciałem być wojownikiem tak bardzo, jak ty.
— Nie mogłeś być? Przecież jesteś zdrowy.
— Ja… eee… urodziłem się włóczęgą tak jakby. W sensie nie wiem, kim jestem. Rodzice porzucili mnie, jak byłem taką o, wiesz, dzidzią, a znalazł mnie dopiero Odważny Kieł. Więc kiedy dołączyliśmy do klanu… chciałem być najlepszym uczniem. I najlepszym wojownikiem. Mentorem. Liderem. Cokolwiek. Mógłbym być nawet najlepszym medykiem, jeśli tylko Gwiezdni by mnie wybrali. Ale moja mentorka nigdy nie uważała, że będę najlepszy, więc postanowiłem być najlepszy bez niej.
— Och, to smutne…
— Ćśś! — przerwał jej. — Nie widzisz? Udało mi się, jestem najlepszy. — Oboje zachichotali. — Tobie też na pewno się uda.
Mina zrzedła jej z pyszczka dopiero kiedy przestali się śmiać i ujrzała przed sobą połyskującą rzeczkę, która oddzielała ich od lasu.
— Wojowniczy Mrozie, j-ja chyba nie dam rady pływać, bo…
Plusk.
Wpadł do wody, radośnie utrzymując się pod wpływem prądu. Gwiezdni niech dziękują Flumine!, pomyślał, wyciągając szyję w stronę Sosnowej Łapy.
— No, chodź! — powiedział, próbując przekrzyczeć się przez rozbijające się o brzeg fale. — Pomogę ci!
Znał ją marne kilka godzin, a wolałby się utopić w tej cholernej rzece, niż dać jej powód do poddania się.
Sosnowa Łapa wystawiła niepewnie łapę przed siebie. W końcu zamknęła oczy, nabrała powietrza w nozdrza i zamoczyła przednie kończyny w strumyku, aż Wojowniczy Mróz do niej nie podpłynął, podpierając boki i utrzymując ciężar ich obojga nad powierzchnią tak, żeby Sosenka nie wpadła pod wodę.
Na drugim końcu strumienia oparł się przednimi łapami o brzeg i ponownie zaczął wciągać Sosnową Łapę pod górę. Krople wpadały mu do oczu i odbierały oddech, a on pływał coraz słabiej, nie mając siły walczyć z prądem, ale wyszedł na ląd dopiero kiedy Sosenka stała na polance mokra, ale cała.
— Nie wiedziałam, że mogę pływać bez tylnych łap, Wojowniczy Mrozie!
Wypluł wodę.
— Ja też nie.
— Ale tak właściwie, to gdzie idziemy? — Rozejrzała się pomiędzy drzewami.
— Och, nigdzie, to jest koniec.
— Więc przechodziliśmy przez wąwóz i rzekę, żeby zobaczyć… drzewa? — Wzdrygnęła się.
— Eee… tak. Ale patrz, zobaczyłaś je sama! — brzmiał jak pseudomotywująca postać z kreskówki czy innego tam Kubusia Puchatka, ale Sosnowa Łapa, zmoczona, zziębnięta pod wpływem wysychającym na jesiennym wietrze futrze i połowicznie niesprawna, ani trochę nie wyglądała na przekonaną. — No i nie ma tu też gwiazd. Pewnie dlatego, że jest środek południa. Ale przynajmniej mamy góry. Wiesz, Odważny Kieł opowiadał mi, że tam, o, wysoko, są kozy, ludzie przechodzą turystycznie i całkiem podobne to miejsce do lasu. Chciałbym to kiedyś zobaczyć.
— Dobrze mi w mieście — zaśmiała się Sosenka — ale też chciałabym to zobaczyć. Moglibyśmy zobaczyć to razem, ale ja jestem, cóż, niemobilna, a ty nie powinieneś przekraczać granic i w zasadzie ja nie powinnam być aktualnie też tutaj z tobą, ale…
— Hola hola, młoda damo — żachnął się, strzygąc uszami. — Dla przyjaciół mogę wejść nawet na do gardła niedźwiedziowi, co mi po granicach klanów?
Po raz kolejny w swoim życiu Wojowniczy Mróz upewnił się, że rodzina nie była tylko klanem czy nawet więzami krwi.
Wspomniał o rzuceniu się prosto w kły niedźwiedzia, ale w planach absolutnie nie było nadzianie się na cały klan Ventus.
— Sosnowa Łapo, na Gwiezdnych! Szukaliśmy cię wszędzie! — Suczka, wyglądająca praktycznie identycznie jak Sosenka i grzesznie cuchnąca ziołami, obejrzała ją praktycznie pod każdym możliwym kątem, pod jakim można spojrzeć, nie zauważając przy tym nawet obecności Wojowniczego Mroza.
— Przepraszam — wybąkała Sosnowa Łapa, nieśmiało stulając uszy do siebie — byłam na spacerze.
Cynamonowa Pestka, widząc ich dwójkę całą w błocie, patyczkach, strzępach trawy, ociekających wodą i Gwiezdni wiedzą co jeszcze, nie wydawała się ani trochę przekonana.
Wilczy Cień przebił się przez tłum gapiów i oparł głowę na karku Sosenki.
— Sosnowa Łapo, wyczuliśmy zapach obcego na naszych terenach i…
Kilka par oczu zwróciło się w stronę Wojowniczego.
— O, cześć — zaśmiał się niezręcznie.
— Intruz? — syknęła jedna z wojowniczek. — Bryzowa Gwiazda nie potrafi upilnować już nawet własnych terenów?
— Przestań, Dmuchawcowy Locie — warknęła druga, od rudawej znacznie wyższa, wyszczerzając swoje kły. — Nie powinnaś być uprzedzona do liderki.
W tłumie rozpoczął się armagedon i Wojowniczy Mróz był pewien, że to nie pierwszy raz, kiedy wojownicy kłócą się o Bryzową Gwiazdę (swoją drogą, zapominając o tym, że w centrum ich obozu znajduje się obcy, a ich uczennica wróciła ze „spacerku” z kilkoma siniakami).
— Brązowa Blizno — wyjęczał Wilczy Cień, odsuwając się od Sosenki, żeby móc znaleźć kogoś wśród gapiów — czy mógłbyś…
Pies o czekoladowej sierści odsunął się, ale umilkł, nim z jego pyska wydobyła się choćby jedna nuta. Przez tłum przepychała się jasnoruda suka, posyłająca wszystkim dookoła nieprzyjemne spojrzenia, a po drodze nienagannie nadepnęła na łapę swojemu zastępcy i pozostawiła na niej znak w postaci wbitych pazurów.
— Wojowniczy Mrozie, to ty? — zagaiła.
Ktoś za jej plecami wyszeptał jakąś plotkę, ale Bryzowa Gwiazda obrzuciła go spojrzeniem z furią w oczach i nawet Wojowniczy wstrzymał oddech, żeby się nie poruszyć.
— T-to ja — potaknął.
— Chciałam cię widzieć — wymruczała, odgarniając go ogonem od Sosnowej Łapy, jak gdyby Sosenka była gruźliczką. — Musimy porozmawiać na osobności.
Nikt się już nie odezwał; jedynie Wojowniczy Mróz odwrócił się, żeby posłać Sosnowej Łapie bezradne spojrzenie.
<Sosnowa Łapo?>
[2114 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]
27 maja 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy i Jasnego Serca
TW: Wymioty (drugi fragment, trzy pierwsze zdania trzeciego)
Lekcja do zapamiętania: jeśli kiedykolwiek trafisz pod opiekę medyka z Tenebris, potraktuje cię najbardziej śmierdzącymi ziołami (poważnie, Wojowniczy Mróz mógł przysiąc, że te w składziku Podgrzybkowej Sierści były perfumami przy tym… czymś) i w gratisie spróbuje cię otruć.
Gdyby miał ułożyć hierarchicznie psy w Tenebris, których się bał, od najbardziej do tych najmniej, w tej bezpiecznej, niegroźnej strefie pozostałyby maksymalnie dwie osoby: Biała Gwiazda i Jasne Serce.
Czające się na jego życie pazury Płomiennego Krzewu, które dziwnym przypadkiem pokrywała cienka warstwa krwi? Ee tam. Krwawy Zew, który przypatrywał mu się z odległości bez choćby mrugnięcia, chichocząc, jakby dostał czkawki? Kogo on obchodzi? Skalny Potok, który bez kontekstu warknął na jednego z uczniaków, bo, ot co, tamten krzywo się na niego spojrzał? Wojowniczy Mróz nie był już uczniem, nie mógł się przecież bać starych, zgryźliwych staruszków, którzy wyglądali, jakby wymordowali pół Quintusa zszywaczem.
W całej tej zgrai byli też medycy i, cholera jasna, naprawdę powątpiewał, że tutejsi medycy zajmują się leczeniem. Lisi Wrzask wyglądał, jakby głosował na Donalda Trumpa, mamrocząc coś pod nosem o tym, że nie ma nic za darmo, cholernej liderce, przeklętych jagodach cisu, dziwnych zbiegach okoliczności i ogółem Wojowniczy Mróz czuł się, jakby już poważnie się zadłużył, mimo że klany w założeniu nie miały kapitalistycznej gospodarki.
Ciemny Kieł nie głosowałaby na Donalda Trumpa. Byłaby tą słodką babcią, którą spotykasz na rynku. Taką, która z uśmiechem kupuje bułki i opowiada o swoich wnusiach, mówiąc, jaki to świat jest piękny. I, cholera, taką, która potem zdzieli cię po łbie torebką za to, że masz tęczową przypinkę na plecaku, a niedługo potem okazuje się, że mniej lub bardziej sekretnie głosuje na PiS.
— Cholerna Biała Gwiazda. — Lisi Wrzask klepnął Wojowniczego Mroza w kark tak mocno, żeby ten się pochylił, że Wodny niemal poczuł, jak wszystkie kręgi przestawiają mu się miejscami. — Czy ja jej wyglądam, jak, kurwa, Caritas?
Medyk wcierał uspokajająco zimną maść w skórę pacjenta.
— Obrzydliwe — mamrotał — obrzydliwe, obrzydliwe, obrzydliwe. Muszę powiedzieć Ciemnemu Kłowi, żebyśmy wprowadzili zakaz wstępu psów z pchłami.
— Trochę w prawo — zaśmiał się sucho Wojowniczy — tam nie ma maści.
W odpowiedzi Lisi Wrzask zdzielił go łapą w łeb.
Do końca dnia Wojowniczy Mróz udawał, że śpi tylko po to, żeby nie patrzeć w oczy któremukolwiek z medyków; a i tak ledwie powstrzymywał się od pojedynczych syknięć, kiedy Lisi Wrzask niby „przypadkiem” deptał jego ogon, nagle stojący mu na drodze.
W zasadzie pobyt u medyka był całkiem przyjemny. Okej, być może i wolał umiejętności Podgrzybkowej Sierści i Rumiankowej Łapy razem wziętych, ale w Tenebris poczuł się ważny. Nawet jeśli Lisi Wrzask na niego warczał i prawdopodobnie połowa wojowników Ciemnych myślała, jak to będzie go zabić, to nadal były chociaż dwie osoby, które się nim absolutnie szczerze przejmowały. Udając, że śpi, słyszał przychodzących na zmianę Białą Gwiazdę i Jasne Serce, którzy pytali (z irytacją w głosie, jak zauważył Wojowniczy, choć biorąc pod uwagę ton głosu odpowiadających na pytania medyków, to wiedział, że irytacja nie dotyczyła jego) o poprawiający się stan zdrowia młodziaka.
Miał rodzinę. We Flumine jedyną osobą odwiedzającą go byli medycy, okazjonalnie Irysowe Serce. Wojowniczy Mróz od dawna wierzył, że tam, gdzie jest jego rodzina, tam i jego dom, ale dopiero w Tenebris zdawał sobie sprawę z wagi swoich słów.
Nad ranem obudziło go pacnięcie łapy przez Ciemnego Kła.
— Suń się — westchnęła. — Mamy nowego pacjenta.
Wojowniczy otworzył jedno oko, żeby ujrzeć rudą mordkę niewielkiej uczennicy. Nerwowo przestępowała z łapy na łapę, co jakiś czas wzdrygając się pod wpływem bólu, a gdyby przez grubą warstwę futra byłoby cokolwiek widać, wojownik był pewien, że właśnie zzieleniała.
— Nie mogę — jęknął teatralnie. — Chyba mi się pogorszyło.
Ciemny Kieł rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, obmacując kontrolnie jedną z jego łap.
— Gwiezdni! Widzę Gwiezdnych! O, jak boli!
— To twoja jedyna łapa, która nie była zraniona.
— Och.
— Przesuniesz się, czy mam powiedzieć Białej Gwieździe, że jesteś tu na wakacjach?
Rzucił jej spojrzenie ze skruchą i wydeptał legowisko z mchu dla nowej pacjentki. Sikorkowa Łapa nawet nie zdążyła do niego dotrzeć; zamiast tego zatoczyła się, wywróciła białka oczu do góry nogami i wyrzuciła zawartość żołądka u stóp Wojowniczego Mrozu.
Skoro Ciemny Kieł już mówiła o tych wakacjach, to Wojowniczy jednak wolałby być na Hawajach.
— Zatrucie — skwitowała medyczka. — Lisi Wrzasku, potrzebuję paru liści trybuli!
Z legowiska medyków wyszedł dopiero wieczorem.
Sikorkowa Łapa zasnęła, cały dzień męczona bólem brzucha i wymiotami. Lisi Wrzask narzekał na sprzątanie, a Ciemny Kieł gadała sama do siebie, pół dnia nie robiąc właściwie nic poza wylegiwaniem się w słońcu. Letnia bryza omiotła futro Wojowniczego Mrozu, na co on przystanął pod wiatr, strzygąc łagodnie uszami i, jak zdał sobie sprawę, od dawna nie czuł się tak szczęśliwy, nawet jeśli w głowie dzwoniły mu wyzwiska medyków, a smród zawartości żołądka Sikorkowej Łapy nadal krążył mu po nozdrzach.
— Nie możemy przechowywać go tutaj długo — usłyszał głos Nocnej Furii.
Czarny ogon Ciemnego wojownika zamiatał podłogę podczas wieczornej straży. Ten letni wieczór jeszcze bardziej sprawiał, że Wojowniczy czuł się jak w domu — otaczał go spokój, przerywany jedynie łagodnymi, cichymi głosami Nocnej Furii i Białej Gwiazdy.
— Z całym szacunkiem, Nocna Furio — westchnęła liderka — ale Flumine zapewniło nam schronienie podczas niedawnego ataku. Może zostać tu tak długo, jak potrzebuje.
— Nie podważam twojej decyzji, Biała Gwiazdo — parsknął — ale czy nie jest to nieco, no, subiektywna opinia, biorąc pod uwagę twoją relację z tym dzieciakiem?
Liderka parsknęła śmiechem, szczerym i promiennym, który pozostawiał jej wojownika z wielką niewiadomą w odpowiedzi, ale Wojowniczy Mróz doskonale wiedział, o co jej chodzi.
Uśmiechał się sam do siebie, kiedy usłyszał ciche stąpania pazurów o marmurową posadzkę. Pysk Białej Gwiazdy wyjrzał zza murów ruin, kiedy napotkała wzrok z Wodnym.
— Tu jesteś.
Przysiadła obok niego. Świerszcze grały pomiędzy kłosami trawy, uniemożliwiając Wojowniczemu skupienie się, ale z tyłu głowy myśli dochodziły zawsze do tego samego, więc tylko westchnął cicho, kładąc głowę na łapach.
— Coś się stało? — zapytała. Miała głos zimny i spokojny jak zawsze, ale on znał ją na tyle, że wiedział, że się martwi.
— Nie — wymruczał. — Nie. Jeszcze nie. Ale chyba może się stać.
Poczuł na sobie jej spojrzenie, ale go nie odwzajemnił, podobnie jak Biała Gwiazda tego nie skomentowała, cierpliwie spodziewając się, że sam zacznie mówić.
Westchnął.
— Boję się — szepnął. — Nie wiem, czy mogę już wrócić do Flumine i nazwać ich swoją rodziną. Ja… nie urodziłem się tam, wiesz, prawda? Przyjęli mnie, jakby nigdy nic, ale tak naprawdę… nigdy nie byłem Wodnym. Byłem po prostu włóczęgą, któremu przypięto łatkę wojownika, i to jeszcze na siłę, bo mój trening się przedłużał i byłem zbędnym ciężarem dla liderki. — Przełknął ślinę. Miarowy oddech Białej Gwiazdy go uspokajał; wiedział już, co czują szczeniaki, które na oczy mogą widzieć jedynie swoją matkę. Tym właśnie dla niego była Biała i nie wahał się ani przez moment, żeby powiedzieć jej, o czym myśli. — Jesteś moją rodziną, Biała Gwiazdo. I ty, i Jasne Serce… nawet Ciemny Kieł traktowała mnie mniej obco, niż własny klan. Nie jestem pewien, czy chcę, żeby Flumine dłużej było moją rodziną.
Podniósł głowę, kiedy zawisł nad nim przyjazny pysk Jasnego Serca, który dołączył do ich dwójki.
— No dobrze, kochaniutki — zaczął — dla ciebie zawsze znajdzie się tutaj gdzieś miejsce.
<Jasne Serce?>
[1164 słowa: Wojowniczy Mróz otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
9 maja 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy
Gdyby głupota była śniadaniem, to Wojowniczy Mróz codziennie polewałby ją jakimś tanim słodzikiem i popijał sokiem pomarańczowym (no bo kto normalny, do cholery, pije sok pomarańczowy?).
Tego dnia porcja była wielka, on głodny, a droga na szczyt głupoty usłana wnykami.
Przystanął dopiero kiedy zapach Tenebris wymieszał się z Ventusem, ukrywając ogołocone ze żniw pola.
— Biała Gwiazdo, nie musisz się chować — westchnął.
Odpowiedziała mu cisza.
Był impulsywny, cholernie roztargniony, ale był też wojownikiem z nadwrażliwym uchem, którego rozpraszał najdrobniejszy szelest z okolicy kilku metrów. Jakkolwiek głupi by nie był, wiedział też, że Biała Gwiazda nie ufa Bryzowej Gwieździe; albo gorzej, nie ufa jemu.
— Wiem, że nie ufasz Bryzowej Gwieździe, ale możesz zaufać mi, okej? Wiem, co robię.
— Uważaj.
— Co?
— Uważaj!
Ufał Białej Gwieździe. Odwrócił się w jedno uderzenie serca i, zamachnąwszy się łapami, odrzucił od siebie skaczącego wojownika wielkości Podgrzybkowej Sierści, ba, może nawet mniejszego.
— Pieszczoch? — jęknął, robiąc krok w tył, podczas gdy napastnik otrzepywał się ze śniegu.
— Pieszczoszka, jeśli już — mruknął Wietrzny o złotym futrze.
— Ty kretynie — warknęła trzecia z patrolu — wojowniczka, nie pieszczoszka.
— Czemu…
— Bo stałeś na naszych terenach. — Bananowa Skórka ani trochę nie przejmowała się rozmowami za jej plecami i zdekoncentrowanym Wojowniczym Mrozem, patrząc mu w oczy tak, jakby była co najmniej jego wzrostu, albo, o zgrozo, większa. — Już nie stoisz.
Wojowniczy spuścił wzrok na swoje łapy. Od suczki dzieliła go gałązka.
— Poważnie? To jakaś długość króliczego ogona…
— Nie interesuje mnie, co robi tu młodzik Flumine i liderka Tenebris tak długo, jak nie stoicie na naszych terenach — westchnęła.
— ...tylko poprawiałem… — dobiegało zza pleców najniższej Wietrznej.
— Jesteś idiotą! ...skupiasz się na…
Wojowniczy szybko uznał, że szczurosuczka stanowiła największe zagrożenie z całego patrolu.
— Chcielibyśmy pomówić z Bryzową Gwiazdą — odezwała się Biała Gwiazda.
Bananowa Skórka rozejrzała się to po Wojowniczym, to po Białej.
— Ja rozumiem dwie liderki… ale tak w zasadzie, to na Gwiezdnych on ma z nią rozmawiać?
— Ja… yyy… byłem świadkiem, jak jeden z członków Tenebris zaplątał się we wnyki i…
— Gdzie? Musimy mu pomóc! — syknęła Bananowa Skórka.
— Nieaktualne — przerwała im Biała, gromiąc wzrokiem Wojowniczego. — Wojowniczy Mróz i ja chyba znaleźliśmy nowy sposób neutralizowania pułapek na lisy. Chcielibyśmy go przedstawić Bryzowej Gwieździe.
Bananowa Skórka westchnęła, posyłając zmartwione spojrzenie dwóm kłócącym się debilom za nią, po czym odwróciła się i przemaszerowała kilka centymetrów w głąb klanu.
— Niech będzie, jeśli to dla dobra klanu — mruknęła — ale nie spuszczę was z oka nawet na chwilę przy legowisku liderki.
Bananowa Skórka spuściła ich z oczu, bo — jak Wojowniczy Mróz i Biała Gwiazda chwilę później poznali ich imiona — musiała pilnować Jaskółczą Burzę i Brunatny Horyzont, żeby się nie pozabijali.
Dla Wojowniczego był to nawet dobry znak; pierwszy raz to on mógł krzyczeć na Białą Gwiazdę, że pieprznęła głupotą, z której teraz nie będą umieć się wytłumaczyć, no bo przecież, cholera, jak mają neutralizować te wnyki…
— Jeszcze słowo i wylądujesz z łopianem w pysku.
Zatkał się. Nie na długo.
— Czemu traktujesz mnie jak dziecko, Biała Gwiazdo? — jęknął. Niesprawiedliwość przejęła uczucie złości; zawsze myślał, że skoro Flumine traktuje go jak bachora, który nie zasłużył na bycie wojownikiem, to chociaż Biała Gwiazda, jego prawdziwa mentorka będzie w niego wierzyć.
— Bryzowa Gwiazda śmierdzi. — Wojowniczy otworzył pysk z dezorientacją, ale Biała Gwiazda zgromiła go wzrokiem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. — Nie, nie tak śmierdzi. Śmierdzi, jakby coś ukrywała.
— Ty też nie jesteś ze mną do końca szczera — warknął. — Jesteśmy z różnych klanów, nie pamiętasz, Biała Gwiazdo? Klany powinny dbać tylko o siebie.
Pierwszy raz od dawna jego impulsywne paplanie nabrało emocjonalnej barwy, prawdziwej kwintesencji tego, co leżało mu na sercu. Wyobrażał sobie księżycami, jak przez łzy wygarnia całemu cholernemu Flumine to, że zostawiło go samego po śmierci Odważnego Kła, myślał o pogardzeniu Nakrapianą Gwiazdą w taki sposób, w jaki ona potraktowała jego, ale nigdy w życiu przez łeb nie przemknęło mu, żeby nakrzyczeć na Białą Gwiazdę.
— Co tu się dzieje?
Na rudej kufie Bryzowej Gwiazdy zakwitł równocześnie szeroki uśmiech do Wojowniczego Mrozu i zaciekawione spojrzenie posłane Białej Gwieździe.
— Wojowniczy Mróz wszystko ci opowie — mruknęła liderka Tenebris, oddalając się w stronę granicy.
— Biała Gwiazdo…
Bryzowa Gwiazda zatrzymała go machnięciem łapy.
— Przyszedłeś na trening, prawda, Wojowniczy Mrozie? Biała Gwiazda sobie poradzi.
Uśmiechnął się krucho do Wietrznej. Nie było to w żaden sposób przekonujące, a jego myśli pływały daleko w Tenebris; ale wiedział, że nie przyszedł tu na marne i udowodni Białej Gwieździe, że i Bryzie, i jemu można ufać.
Śnieg topniał pod łapami Wojowniczego Mrozu z każdym kolejnym dniem. Pora nowych liści zajrzała do obozu Flumine i tak jak wiosna jest zazwyczaj zwiastowaniem nowych początków, tak Wojowniczy Mróz nabrał motywacji na to, żeby przybrać na sile.
Z Białą Gwiazdą nie widział się już niemalże księżyc i sam Wojowniczy nie wiedział, co było tego przyczyną. Było mu głupio, że wytknął jej rzeczy, które przecież nie były barierą ku ich relacji. Podczas ostatniego księżyca trenował także ciężko z Bryzową Gwiazdą, co — o, ironio — wywoływało u niego wyrzuty sumienia, przez co znowu było mu głupio przed Białą Gwiazdą.
— Wojowniczy Mrozie, widziałeś gdzieś Nakrapianą Gwiazdę? — Irysowe Serce zajrzała do obozu.
Wojownicy trudzili się zwyczajnymi codziennościami, choć jeszcze chwilę temu wszyscy Wodni biegali w popłochu pomiędzy sobą, w totalnym chaosie próbując pomóc sobie wzajemnie. Brzozowy Kieł został ranny podczas patrolu wzdłuż granicy z Ventus. Dwunożny postrzelił go w łapę, ale pozostali wojownicy doczołgali go aż do legowiska medyka i, choć zarówno Podgrzybkowa Sierść, jak i Rumiankowa Łapa byli obecni, wszyscy chcieli w jakiś sposób im pomóc.
Pokręcił głową w odpowiedzi.
Irysowe Serce westchnęła. Gdyby była człowiekiem, pod oczami prawdopodobnie rozwinęłyby się jej zmarszczki od ciągłego marszczenia czoła i zamartwiania się. Zastępczyni była jedną z niewielu osób w życiu Wojowniczego, które nie wystawiły go po śmierci Odważnego Kła i szczerze pragnął odciążyć ją od problemów, ale był co najwyżej nie do końca lubianym wojownikiem, który nijak nie wspomoże ją po stracie córki czy po postrzeleniu jednego z wojowników.
— Przejdę się — mruknął, otrzepawszy się z niewidzialnego kurzu — i przy okazji jej poszukam.
Nie trzeba mieć więcej niż dwie komórki mózgowe, żeby domyślić się, że Wojowniczy Mróz wybrał drogę do Tenebris.
Zakradł się do obozu jak ninja, w popłochu rozglądając po wszystkich pyskach w poszukiwaniu Białej Gwiazdy, a nuż ktoś go zauważy, zanim go wyciągnie.
— Biała Gwiazda jest tam — odezwał się znajomy głos za jego plecami.
— Ćśś, Jasne Serce! Muszę być in-co-gni-to!
— Ejże, Wojowniczy Mrozie, wypad z obozu, nie będziemy znowu wietrzyć Ruin po twoim smrodzie! — Paru półgłówków zaśmiało się razem z Nocną Furią.
Rutynowe przekrzykiwanie się nad kamuflażem Wojowniczego Mrozu zaalarmowało Białą Gwiazdę, która wyszła ze swojego legowiska. Zaskoczona na widok Wodnego zamrugała oczami, szybko jednak wróciła do swojego chłodnego jak cień pyska.
— Dzień dobry, Wojowniczy Mrozie, co…
— Biała Gwiazdo, słuchaj, jest taka sprawa życia i śmierci, możemy porozmawiać, wiesz, na boku? — Odchrząknął, odpędzając od siebie Jasne Serce.
— Czy ta sprawa dotyczy Bryzowej Gwiazdy?
Nie usłyszał. Albo chociaż udawał, że nie słyszy.
W grobowym milczeniu przeszli na ścieżkę neutralnych terenów, omijając łagodnym krokiem pagórek Szczytu, dopóki Wojowniczy Mróz nie wyprzedził liderki i nie stanął z nią nos w nos.
— Biała Gwiazdo, przepraszam!
Uniosła brew.
— Nie chciałem być… półgłówkiem. Znaczy, wiem, że zawsze jestem półgłówkiem, ale takim większym niż zawsze półgłówkiem, rozumiesz? Byłem niemiły, bo myślałem, że mi nie ufasz, ale zobacz, żyję, Bryzowa Gwiazda nie zrobiła mi krzywdy! Wiem, co robię! Dzięki temu będę mógł być silniejszy, a jeśli będę mógł być silniejszy, będę mógł cię ochronić, a wtedy wiesz co? Nie będę potrzebował cię już jako mentorki. Ale będę potrzebował cię jako swoją rodzinę! I ty mnie też będziesz potrzebować! A rodzina powinna się chronić razem, i… i…
— Cholera jasna.
— Co?
— Cholera. Jasna.
Odwrócił się w kierunku, w którym patrzyła Biała Gwiazda. Zanim zdążył jednak przetrawić jakikolwiek obraz, realia rozmazały mu się, kiedy liderka wepchnęła go w krzaki.
Wychylając się spomiędzy liści, wreszcie zobaczył „cholerę jasną”. Była to Bryzowa Gwiazda i choć początkowo Wojowniczy Mróz myślał, że Biała klęła, bo jej nie lubi, to kiedy jego oddech się uspokoił, dostrzegł drugi punkt, rozmazaną, różnokolorową plamę futra, która brodziła we własnej krwi, próbując się wyszarpać.
— Bryzowa Gwiazda zabiła… lisa?
Biała Gwiazda mu nie odpowiedziała. Wpatrywała się przerażonymi oczami we wnyki, a kiedy Wojowniczy Mróz spojrzał jeszcze raz, dostrzegł szamoczącą się, półżywą Nakrapianą Gwiazdę, nad której karkiem dyszała Bryzowa.
<ty wez jej nie zabijaj bo nie będę miał kogo torturowac>
[1352 słowa: Wojowniczy Mróz otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]
18 kwietnia 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy i Jasnego Serca
Naprawdę bardzo chciałoby się rzec, że kiedy Wojowniczy Mróz skocznym krokiem zmierzał w stronę Białej Gwiazdy i Jasnego Serca, miał w głowie ułożony genialny plan na to, jak najlepiej wypaść przed liderką wrogiego przecież klanu i… no, kimkolwiek on do cholery był. Mózg Wojowniczego zawrzał, kiedy próbował przypomnieć sobie jego imię — w końcu założył bezpieczną opcję, że obcy kiedyś skopał mu dupę, no bo, bądźmy szczerzy, kto jeszcze tego nie zrobił? Sekundę później wpadł na to, że jeszcze jakieś pół godziny temu Wilczy Wicher darł się przez pół obozu Flumine, wrzeszcząc coś o wzruszającym pojednaniu z braciszkiem Jasnym Sercem, a Wojowniczemu przypomniało się, że w sumie to ostatnio taszczył jakiegoś trupa do Tenebris.
Nie, Wojowniczy Mróz nie był najbardziej ułożoną osobą na świecie, ale ważne, że czasem potrafił odnaleźć się w swoim chaosie.
Nie dzisiaj. Nie teraz.
— Biała Gwiazdo, jaśni Gwiezdni! — Chłodne oczy nagle roziskrzyły się letnimi ognikami. — Jak ty pięknie wyglądasz!
— Grabisz sobie — warknęła Biała Gwiazda takim tonem, jakby Wojowniczy Mróz właśnie powiedział coś głupiego, po czym z pełnią gracji i aury emo z lat ‘90 wyminęła znajomą dwójkę i zainteresowała się czymś w teorii ciekawszym, to jest: piorunowaniem wzrokiem Nakrapianej Gwiazdy.
— Słuchaj młody, możemy na chwilę na słówko? — Jasne Serce dał Mrozowi kuksańca między żebra. — Wiesz, jak facet z facetem.
Jasne Serce nie czekał na odpowiedź. Po prostu przyłożył Wojowniczemu z łapy w krzyż. Przeraźliwe chrupnięcie zmusiło wodnego do siadu i głośnego zastanawiania się, czy nie powinien zapisać się na jogę.
— Kochasz Białą Gwiazdę?
Wojowniczy Mróz zapowietrzył się jak piszcząca zabawka. Wytrzeszczył oczy z pełnym szokiem, zawiercił się w miejscu i z żołnierską postawą wypowiedział na jednym wdechu:
— Oczywiście, że kocham Białą Gwiazdę! Jest mi najbliższa, naprawdę! Mógłbym zajmować się jej szczeniakami, co z tego, że są już trochę duże, każdy czasem potrzebuje trochę uwagi, no i gdybym był członkiem Tenebris, to przynosiłbym jej do legowiska świeżo upolowaną zdobycz o poranku, mówię ci, wychodziłbym o świcie tylko po to, żeby złapać mysz specjalnie dla niej!
Wydech.
— Zbliża się pora nagich drzew, co jeśli byłoby jej zimno?! Każdy czasem potrzebuje przytulasa. Albo kilku. Kilkunastu. Więc przytulałbym Białą Gwiazdę, dopóki przez śnieg nie przebiją się pierwsze kwiaty!
Wdech.
— Chroniłbym ją do ostatniej kropli krwi. Wiesz, w walkach akurat jestem dobry, bo codziennie ktoś pierze mi dupę. Ale z Białą Gwiazdą byłoby inaczej! Liderzy są delikatniejsi od wojowników, każdy klan czai się na ich życie, a z drugiej strony czują do nich szacunek, co jeśli coś jej zagrozi? Jak ja mam zostać liderem Flumine, jeśli coś lub ktoś zabije mi Białą Gwiazdę?!
Wydech.
— Panie Jasne Serce, jak mógł pan pomyśleć, że nie kocham Białej Gwiazdy?
Wdech.
— To oczywiste, że kocham ją jak własną matkę!
Gdyby Wojowniczy Mróz był paczką, to na czole dumnie nosiłby naklejkę z napisem: „OSTROŻNIE!”, bo mina Jasnego Serca wyglądała, jakby zrzucił przesyłkę z siódmego piętra.
Wycieczki do Tenebris przestały być dla Wojowniczego Mroza tak stresujące, jak wtedy, kiedy był uczniakiem i po raz pierwszy poczuł kły Płomiennego Krzewu na zadku. Po pierwsze: Tenebris chyba zaczęło myśleć, że w sumie gdyby Wojowniczemu wcisnęło się parę emo wskazówek, to mógłby nawet wyglądać jak rodowity członek Ciemnych. Po drugie: odkrył wszystkie fakty o tajemnych i mniej tajemnych przejściach do ruin (to jest: przechodząc przez Industrię, atakują go komary, a obok Ventus raz prawie rozjechał go pług). Śnieg skutecznie maskował jego zapach, a opadające na czarny płaszcz płatki przypominały mu o tym, że minął już niemal rok, odkąd został mianowany.
Pola wyglądały jak cmentarzysko wszystkiego, co zasadziła wiosna. Nie mógł się skryć pod osłoną labiryntu kłosów — polegał tylko na tym, że zapach ostatniego patrolu był odległy, a śnieżne chmury przysłaniały jego ślady. Głowę Wojowniczego zaprzątała właśnie zima — ale nie w rozumieniu chłodu, chorób i głodu, nie myślał też o jej piękności i surowości zarazem, bowiem pora nagich drzew kolejnymi podmuchami przywiewała kolejne wspomnienia. Minął niemal rok, a on ciągle podążał tymi samymi ścieżkami, które zawsze doprowadzały go do Tenebris. Chciał być wojownikiem, tak, jak powiedział Białej Gwieździe; ale czy na pewno chciał być wojownikiem pod okiem Flumine?
Gdyby jeszcze kiedykolwiek miał czas na takie dywagacje.
— Cholerne Flumine. Pieprzone, głodujące rybojady.
Wojowniczy Mróz zamarł. Uderzenie serca później zdał sobie sprawę, że jedynym ratunkiem będzie albo ukrycie się, albo ucieczka; i tak jak w okowach pory nowych liści kręciłby się pomiędzy zbożowymi korytarzami, tak teraz nawet niezbyt czujne oko Wietrznego dojrzałoby mysz pomiędzy zamarłymi grządkami.
Odgłosy tętentu biegnącego patrolu za nim zagłuszała mu krew w uszach i kolejne powiewy wiatru. Jeśli tylko dobiegnie do pagórka znaczącego Gwiezdny Szczyt; żaden patrol nie będzie bronił terenu, który powinien przecież pozostać neutralny, nie?
— Brunatny Horyzoncie, zaczekaj!
— Krzemienna Łapo, co ty znowu…
Tętent ustał. Wojowniczy Mróz obejrzał się za siebie, by zobaczyć dwójkę rosłych wojowników, a wśród nich jednego, mniejszego uczniaka, nazwanego właśnie Krzemienną Łapą, który uśmiechał się triumfująco. Zanim Wojowniczy zastanowił się, z czego uczniak ma powód do dumy, skoro nawet go nie dogonili, coś szarpnęło jego przednią łapę i wyrzuciło go pyskiem prosto w zaspę.
Zamrugał powiekami, żeby strząsnąć z nich płatki śniegu, a kiedy szerzej otworzył oczy, zamiast bieli ujrzał czerwień. Zapach szkarłatu uderzył otępiałe nozdrza Wojowniczego Mrozu, którego jak na zawołanie łapa zabolała tak, jakby właśnie była rozrywana żywcem — i w zasadzie podobnie się działo.
Zbliżające się kroki wcześniej goniącego go patrolu uciszyły się do spokojnego skrzypienia śniegowej okrywy. Wojowniczy spróbował się wyrwać, ale zamiast tego wrzasnął, kiedy wnyki zacisnęły się mocniej na jego kończynie, a oczy zaszły mu niepodobnymi do pory roku mrówkami.
— Zostawcie go — burknął czarny, smukły wojownik. — Widzieliście, co stało się z Borówkową Chmurą. Wykrwawi się.
Za Berberysowym Wzgórzem już podążał jego uczeń; jedynie Brunatny Horyzont chwyciła kij między kły i wyciągnęła go z podłoża, dając Wojowniczemu Mrozowi upragnioną wolność. Nie zdała się na większy przebłysk empatii — ruszyła za resztą patrolu, zostawiając intruza czołgającego się we własnej kałuży krwi.
A Wojowniczy Mróz miał trzy komórki mózgowe, skoki adrenaliny i przebrzydłą wolę walki. Ustał na trzech pozostałych łapach, ciągnąc za sobą pozostałości po wczepionych w skórę wnykach, i ruszył dalej w stronę obozu Tenebris — cholera wie, czy wraz z upływem krwi krwotokiem wyleciał mu także mózg, czy jaki inny motyw się za tym krył, ale padł tuż przed ścieżką do ruin, rzucając się w dół zbocza niczym na desce snowboardowej, bo jego ciało wywołało falę śnieżnej lawiny, która zwróciła na siebie uwagę (na szczęście) Jasnego Serca i (jednak nie) Płomiennego Krzewu.
— Wojowniczy Mrozie, to chyba nie jest dobry moment… — zaczął niezręcznie Jasne Serce.
— Panie Jasne Serce...
Chwilę później szkarłat zabłysł mu w bursztynowych oczach, na co wydukał jedynie:
— Niech ktoś zawoła Ciemnego Kła i Białą Gwiazdę!
— Dobijmy go — wymruczał Płomienny Krzew, jeżąc sierść na karku. — Panoszy się, jakby wniósł do tego klanu coś więcej, niż parę wszy.
Syknięcie biegnącej Białej Gwiazdy przywróciło Płomiennego do porządku na tyle, że fuknął i ponuro odszedł w stronę obozu.
<Jasne Serce?>
[1124 słowa: Wojowniczy Mróz otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
10 kwietnia 2021
Od Wojowniczego Mrozu CD Białej Gwiazdy
— Tak jest, daj czadu, Biała Gwiazdo! Pokaż jej! — wykrzyczał entuzjastycznie Wojowniczy Mróz. — Zaraz, co?
— Ten przygłu- znaczy, ten młodzieniec tutaj, miał rację — westchnęła wspomniana nieznajoma, otulając pysk Wojowniczego swoim ogonem, jakby chciała elegancko, acz niezbyt subtelnie przekazać mu, żeby się zamknął. — Po co te nerwy? Przyszłam tutaj w pokojowych zamiarach, porozmawiać jak liderka z liderką, bez żadnych gapiów — tok zwieńczony syknięciem zakończyła posłaniem wojownikowi Flumine surowego spojrzenia.
— Liderka z… Och. — Biała Gwiazda wlepiła w nią oczy.
— Och? — powtórzył Wojowniczy.
— Złota Gwiazda nie żyje. Dopiero wróciłam z Płycizny. Gwiezdni zaakceptowali moje stanowisko i mój wybór zastępcy, Berberysowe Wzgórze. — Wojowniczy Mróz nie miał pojęcia, o kim mowa, ale był przekonany, że Berberysowe Wzgórze chociaż raz udziabał go w tyłek, kiedy próbował przegonić intruza ze swojego terytorium. — Możemy pogadać na osobności? Myślę, że przyda ci się moja pomoc.
Sposób, w jaki Bryzowa Gwiazda nacechowała swoje słowa, wywołały gęsią skórkę u Wojowniczego. Nie, żeby się bał — do nowej liderki czuł jedynie podziw, jak zresztą do każdego na tym stanowisku — ale duma, jaka od niej biła, jeżyła mu sierść na karku. Ciekawość związana z nową przywódczynią Ventusu mieszała się razem z chęcią odgryzienia jej futra za samą sugestię, że Biała Gwiazda może sobie nie radzić bez pomocy innego klanu.
— CHWILECZKĘ! — jęknął, stając z Bryzową Gwiazdą pysk w pysk. — Tak się składa, że ja też chcę zostać liderem. Trochę mi do tego brakuje, wiesz. Trochę bardzo. I oczywiście nie chcę, żeby Nakrapiana Gwiazda albo Irysowe Serce umarły, nie, nie! Ale rozumiesz, memento mori, parostatkiem w ostatni rejs, życie się kiedyś kończy, więc muszę się uczyć, kiedy tylko mam okazję! A TAKA WSPANIAŁA LIDERKA JAK TY…
Biała Gwiazda wzruszyła ramionami.
Ego Bryzowej Gwiazdy wzruszyło ramionami.
Bryzowa Gwiazda wzruszyła ramionami, po czym spojrzała na drugą liderkę, jakby Wojowniczy Mróz nigdy nie istniał.
— Nasz patrol doniósł o obecności Hycla na waszych terenach. — Sierść Białej Gwiazdy zjeżyła się. — Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że każdy patrol w ostatnim czasie o tym donosi. Nie zniknęło wam paru wojowników w ostatnim czasie?
— Gwiezdni jaśniejący, co jeśli porwą moją mentork- znaczy, co jeśli porwą ciebie, Biała Gwiazdo?! — zawtórował Mróz, nagle przypominając o swojej obecności. — Co jeśli zaginie jedno z twoich dzieci?! Jestem- eee, znaczy, będę liderem! Muszę rozwiązywać sprawy jak lider! Muszę zaprowadzić was do Nakrapianej Gwiazdy, dopóki niebezpieczeństwo nie minie! Słyszałaś kiedyś, żeby były trzy klany? Trzy pory roku? Nie?! NO WŁAŚNIE!
Biała mamrotała coś pod nosem o Lisim Wrzasku i o tym, że w sumie to załatwiłoby jej problem, wspomniała też coś o Ciemnym Kle, ale zanim Wojowniczy Mróz otrzymał od niej odpowiedź, Bryzowa Gwiazda posłała mu zaciekawione spojrzenie, uśmiechając się ukradkiem.
— Będzie z ciebie niezły lider, co?
— Tak jest, madam! — skromnie przytaknął.
— Odwiedź mnie czasem — westchnęła. — Dobrze byłoby mieć przyszłego lidera za sojusznika.
— Czy to nie nielegalne, madam? No wiesz… wchodzenie na tereny innych klanów. — Odchrząknęła tak głośno, że nawet Biała Gwiazda uniosła głowę. — Och, no tak.
— Muszę to przemyśleć — bąknęła Biała Gwiazda, zawracając w kierunku obozu. — Bryzowa Gwiazdo, jeśli zaraz nie znikniesz z terytorium Tenebris, poszczuję cię Płomiennym Krzewem. Wojowniczy Mrozie, ciebie też.
Do Wojowniczego Mroza można przypiąć odznakę dzielnego debila, może nawet kilka takich oznak, ale kto, do chuja, przypiął ją Białej Gwieździe?
— Taaak się cieszę, Biała Gwiazdo! — westchnął. Liderka nastąpiła mu na ogon, żeby choć na sekundę powstrzymać energiczne merdanie, kiedy obok rozbitego tymczasowo obozu klanu Tenebris przeszli członkowie Flumine. — Jesteśmy teraz prawie jak rodzina!
— Wojowniczy Mrozie, dogadujesz się już ze swoją nową liderką? — Brzozowy Kieł wystawił mu język.
— T-to nie tak!
Jasne Serce przycupnął pomiędzy wojownikiem Flumine a swoją przywódczynią, jakby próbując osłonić jej zanurzony z zażenowaniem w jesiennych liściach pysk przed atakiem przyszywanego uczniaka.
— Nie przejmuj się nimi, kochaniutki — mruknął, poklepując przyjaźnie młodszego po głowie. — Kodeks wojownika nie zakazuje przyjaźni pomiędzy klanami. Najważniejsze, żeby zawsze bronić swojego klanu, nawet jeśli będziesz musiał bronić go przed Białą Gwiazdą.
— Bi-białą Gwiazdą? — powtórzył, niezręcznym śmiechem ukrywając zająknięcie.
Był głupi. Może i należał do tych osób, które bez czytania instrukcji obsługi próbowałyby włączyć odkurzacz młotkiem, ale bliskość była jedną z dwóch najważniejszych wartości w jego życiu i, nawet gdyby miało to zaważyć na tej drugiej, to jest: zostaniu liderem, nie odpuściłby czyjegoś życia na rzecz kompletnie niezgodnych z jego moralnością zasad.
Był przecież dobrym wojownikiem, prawda? Byłby jeszcze lepszym liderem. Nikt nie powinien podawać wątpliwości jego lojalności dla klanu, a jednak nagle poczuł się zupełnie obco, jak wtedy, kiedy opuścił go Odważny Kieł. Patrząc na członków Tenebris — Białą Gwiazdę, która nigdy mu nie odmówiła, Jasne Serce, który mimo niespełna dwudziestu księżyców różnicy zachowywał się jak dziadzio, nawet Ciemny Kieł, która okazała mu dobroć przez tak prostą czynność, jak pomoc w zbieraniu ziół. Dopadła go nagła ślepota: dlaczego wcześniej nie doszedł do tego, że gdyby nie Biała Gwiazda i reszta Tenebris, we Flumine nadal czułby się tak osamotniony, jak po śmierci Odważnego Kła? Stali się jego nową rodziną, a jednak zasady wpajane od szczeniaka piekły głębiny jego duszy.
Otrzepał się, posyłając Jasnemu Sercu niemrawy uśmiech.
— Dziękuję, Jasne Serce! Już będę wiedział, co robić! — Chuja wiedział.
Skończył, przepychając się pomiędzy dwoma klanami. Nie miał gwiezdnego pojęcia, jakim cudem Nakrapiana Gwiazda i Biała Gwiazda dogadały się w kwestii sojuszu, bo teraz wolały posyłać sobie wzajemnie piorunujące spojrzenia z bezpiecznej odległości, co jakiś czas przekrzykując się w rozkazie: „Wojowniczy Mrozie, chodź tu na chwilę!”. Członkowie obu klanów jedynie napędzali się wzajemnym gniewem liderek, a Nakrapiana Gwiazda uroczyście obwieściła, że jeszcze jeden raz, kiedy Krwawy Zew rzuci się na jakiegokolwiek wojownika Flumine, wypieprzy ich wszystkich na pożarcie Hyclom. „Spróbuj”, otrzymywała odpowiedź. Tylko Irysowe Serce była w stanie udobruchać obie przywódczynie na sześć minut maks.
— Burza — wysapał Brzozowy Kieł, przemoczony wracając z wieczornego, ostatniego już patrolu. — Może pozbędziemy się Tenebris szybciej, niż przy pomocy Hycla.
Muszelkowy Nos zdzieliła go po uszach.
— Powinniśmy im pomóc. To nie ich wina, że stracili dom.
— Pomóc? W czym? Nie ułaskawimy Gwiezdnych, żeby przepędzili burzę — prychnął Burzowe Gardło, zgarniając do siebie Tulipanową Łapę, której długa sierść przypominała teraz mopa.
— Na jedną noc przygarniemy ich pod swój dach do obozu? — zasugerowała Słoneczko, spotykając się jedynie z głośnymi syknięciami dezaprobaty.
— Zwariowałaś? Ta banda emo szczurów wykorzysta każdą chwilę, żeby przepędzić nas z terenów! Nie mają nic do stracenia, jeśli Hycel zajął ich obóz, to teraz oni zajmą nasz! — Brzozowy Kieł fuknął, podjudzany przez równie zirytowanego syna.
— Właśnie! Widzieliście kły Płomiennego Krzewu?! — dodał Płonąca Łapa.
— Pokażę im miejsce, gdzie mogą się schronić przed deszczem i piorunami — wymruczał na wpół do siebie, na wpół do reszty klanu Wojowniczy Mróz, nie oglądając się za siebie, szturmując drzwi obozu.
— Nie są mysimi móżdżkami — zaprotestowała Irysowe Serce. — Znajdą sobie miejsce. To niebezpieczne wychodzić z obozu podczas burzy.
— Nie znają naszych terenów tak dobrze, jak my!
— Niech poznają je lepiej — wysyczał Burzowe Gardło. — Niech poznają każdą najlepszą kryjówkę, żeby wiedzieli, od której strony zacząć nas atakować.
Kodeks moralny Wojowniczego Mroza miał swoje zasady, wśród których jedną z nich było: „Nie denerwować Burzowego Gardła”. Szacunek do starszych pozwolił mu tylko na zirytowane kłapnięcie szczękami, zanim nie wyszedł z obozu, mokrymi łapami uderzając w gwieździste kałuże.
Nie czuł takiej złości, odkąd Nakrapiana Gwiazda nie przestała go doceniać jako swojego ucznia. Gniew wezbrał w nim jak wtedy, kiedy umarł Odważny Kieł, a Flumine zostawiło go niemalże samego. Dlaczego każdy klan to banda narcystycznych egocentryków, którzy myślą tylko o sobie? Złość smagała go niczym ulewa, a wraz z nią pytanie bez odpowiedzi: dlaczego klany stawiają siebie ponad czyjeś życie, nawet jeśli chodzi o głupią burzę?
<poszczuj go płomiennym krzewem>
[1230 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
24 lutego 2021
Od Wojowniczego Mrozu do Białej Gwiazdy (i Bryzowego Szeptu)
— Wojownicza Łap- Wojowniczy Mrozie, jakiś kot nasrał na wycieraczkę, posprzątaj to!
Wojowniczy Mróz sam nie wiedział, czego się spodziewał. Zakończenie treningu miało być przepustką do… no właśnie, czego? Nie wiedział, co będzie kryć się za obowiązkami wojownika, ale z całą pewnością nie przeszło mu przez myśl, że reszta klanu będzie traktowała go dalej jako ucznia.
Przynieś, wynieś, pozamiataj. Średnio trzy razy dziennie przeganiał koty z werandy Starego Domu, średnio trzy razy dziennie wybierał kleszcze z sierści Burzowego Gardła i średnio trzydzieści razy dziennie poprawiał wszystkich dookoła: „Nie jestem już Wojowniczą Łapą, jestem Wojowniczym Mrozem, proszę pana”.
Starał się znaleźć pozytywy. Przecież jest już wojownikiem, nie? Co prawda nie otrzymał imienia Wojowniczy Wojownik jak oczekiwał, ale zaliczył pierwszy krok w hierarchii swojego klanu. Ma jeszcze dwa cele!
W zasadzie to nawet trzy, jeśli uznać za cel umocnienie członków klanu w tym, że nie jest już uczniem.
Poza tym przestał mieć problemy z bezsennością. Do tej pory nie rozumiał podwórkowych pieszczochów, którzy — całymi dniami jedynie goniąc dachowce — wieczorem padały w kompletnej ciszy w budach. Teraz był tak zmęczony, że był w stanie przymknąć oczy i odpłynąć z poczuciem, że nie ma czasu nawet na sen. (Ostatnio w pogoni za kotem prawie wlazł na dach, wspiął się po kontenerach i z gracją ześlizgnął się z dachówki. Wojowniczy sam nie wiedział, czy Podgrzybkowa Sierść jest zawiedziony tym, że Mróz znowu wylądował u medyka, na szczęście tylko ze skręconą łapą, czy uszczęśliwiony, że jego najczęstszy pacjent nie skręcił sobie karku. Przy okazji odkrył, że jego ulubionego towarzysza ziół dopadło choróbsko, czego — mimo zatkanego nosa — Wojowniczy Mróz nawet nie zauważył. Mimo wetknięcia w pysk epidemicznej mieszanki zielska odmówił zostania w zielarskim legowisku dłużej niż kwadrans).
Dni mijały. Miał wrażenie, że — przeciwnie do oczekiwań — jego życie stało się nudniejsze. W środku skręcało go od rutyny i nawet jemu samemu zaczęło brakować wrodzonego debilizmu, ale, czy tego chciał, czy nie, nie mógł wrócić do dawnego debilizmu, dopóki nie wypełni wszystkich klanowych obowiązków.
Wyrwał się, kiedy klan nie mógł już się nim zasłaniać. Wiosenne porządki zwiastowały zmiany w obozie. Co prawda Flumine mogło co najwyżej sprzątać dla Gwiezdnych, a nie dla Jezusa, ale klan przemienił się w organizację przestępczą konserwatorów podłóg™. Burzowe Gardło grzmiał nad hordą wojowników, którzy porządkowali omszone legowiska, krzyczał coś o pizd… to znaczy, słabeuszach, lamusach i takie tam, którzy dostawali ataku kaszlu od tumanów kurzu, nawijał, że kiedyś to szczyle były silniejsze, żadnych alergii porą nowych liści i finalnie dyrygował czarnym ogonem, a niezdolna do przeciwstawienia się mu była nawet Nakrapiana Gwiazda.
Wojowniczy Mróz miał wyrzuty sumienia, że znowu wystawił klan, nawet jeśli chodziło o taką głupotę, jak sprzątanie Starego Domu. Ale wiedział też, że istnieje jedna osoba, która będzie traktować go jak (idiotę) równego sobie, nieważne czy jeszcze byłby uczniem, czy stałby się właśnie liderem. Jeszcze większe wyrzuty sumienia niż przekroczenie terenów klanu chodziły za nim, kiedy osobiście nie przedstawił się Białej Gwieździe nowym imieniem, a przecież nawet jego mentorka zmieniła swoją funkcję w klanie.
Wychodząc z parku, szedł wzdłuż granicy Ventus. Ciepły wiatr biegnący z pól owiewał jego futro — tęsknił za chłodem pory nagich drzew, ale wiosna napawała go świeżością, czymś, czego teraz naprawdę potrzebował: poczuciem, że w końcu zbliża się coś nowego. Wyminął Gwiezdny Szczyt, nie mogąc doczekać się swojego pierwszego zgromadzenia jako wojownik i — już bardziej czujny — skierował się w stronę Ruin.
Wreszcie zobaczy Białą Gwiazdę stojącą przy Srebrzystym Drzewie, oko w oko z Nakrapianą Gwiazdą. Nie mógłby być dumniejszy.
Postanowił nie popełniać tego samego błędu co poprzednio. Nie mógł opanować żwawego machania ogonem z ekscytacji — wreszcie robi coś ciekawego! Miło znowu było poczuć tętent adrenaliny w żyłach, która wyostrzała wszystkie jego zmysły. Miał wrażenie, że usłyszy nawet stąpanie myszy w trawie, tym bardziej nie powinien zaskoczyć go więc patrol Tenebris.
Zaskoczyć może i nie, ale to, jak uciec, byłoby już kwestią sporną. Mianowanie nie dodało Wojowniczemu Mrozowi dodatkowych komórek mózgowych, więc zwyczajnie nawet o tym nie pomyślał.
Trochę go zaskoczyło, kiedy jego ogon omiótł coś ciepłego i futrzastego. Początkowo pomyślał, że to drzewo, nagrzany kamień, cholera, cokolwiek, nie byłby przecież tak głupi, żeby przeoczyć zapach osoby stojącej obok! Najwyraźniej jednak epidemia zapchlonego COVID-19 miała swoje powikłania w postaci utraty węchu, bo kiedy się odwrócił, stanął pysk w pysk (to jest: dosłownie pysk w pysk) z rudo-białą suką, wyglądającą na tak samo zaskoczoną jak on.
Oczy obojga rozszerzyły się z zaskoczenia pomieszanego z przerażeniem. Co prawda nie wiedział, dlaczego wojowniczka wyglądała na wystraszoną — to on wkradł się na teren Tenebris. Jak na kodeks przystało, właśnie powinna go przegonić. Ale ona stała jak kołek, nie poruszając nawet gałkami ocznymi, tylko tępo wpatrując się w oczy Mroza.
Podobno im dłużej patrzy się sobie wzajemnie w oczy, tym bardziej jest się zakochanym. Wojowniczy Mróz niekoniecznie chciał spojrzeć w oczy swojej potencjalnej śmierci.
— Eee… eee — odezwał się.
Nie dałoby się lepiej podsumować jego osobowości niż tym nagłym zwarciem.
— Ja… yyy… przyszedłem do Białej Gwiazdy.
W odpowiedzi nieznajoma jedynie zamrugała.
Na zgromadzeniu nie był już od paru księżyców, więc kompletnie nie kojarzył nieznajomej; nawet zapach wydał mu się obcy, a przecież na terytorium Tenebris wkradał się już wielokrotnie. Zwalił to na wiosenną alergię (co z tego, że wcale nie był alergikiem) i multum świeżych bodźców. Ptaki zagłuszały jego słowa, promienie słoneczne czyniły sierść wojowniczki złocisto-brzoskwiniową, pąki kwiatów mieszały mu w nosie, debilizm tańczył makarenę z komórkami mózgowymi.
— W sensie… Biała Gwiazda to… to moja… jestem jej kuzynem — wydukał. — Tak, kuzynem. Przepraszam, nie chciałem wchodzić na twój teren, zaraz pójdę, po prostu… zerwałem z… chłopakiem… nie, znaczy, z dziewczyną. Zerwałem z dziewczyną. Bo… yyy… moja dziewczyna, znaczy, była dziewczyna, powiedziała, że nie umiem pływać. Tak, właśnie dlatego.
— I? — Wojowniczy prawie zemdlał na widok jej szczerego zaciekawienia.
Chociaż stała kilka dobrych kroków dalej, poczuł, że wojowniczka rozluźniła swoje mięśnie. Może faktycznie uwierzyła w jego bajeczkę? Makaron zamiast mózgu jednak czasem się przydaje.
— I… i chciałem się wypłakać Białej Gwieździe. Nasmarkać jej w futerko, wiesz, jak przyjaciel z przyjaciółką. Z rodziny została mi tylko ona! Moi rodzice… och… eee… zjedli za dużo mięsa. Tak, oboje. A w mięsie były owsiki. Zmarli przez owsiki.
Pokiwała głową z dziwnym błyskiem w oczach.
— To już czwarty raz podczas tego księżyca! — kontynuował. Wczuł się na tyle, że naprawdę poczuł potrzebę wysmarkania się komuś w futerko, a przecież rodziców nigdy nie poznał, a o partnerstwie wiedział tylko tyle, co… no, nie wiedział. Nigdy wcześniej nawet o tym nie myślał. Zachlipiał, pociągając cieknącym nosem.
Nieznajoma odwróciła się od niego. Wydało mu się, że nie jest już nim zainteresowana, albo że zaraz wezwie patrol Ciemnych, ale ona — ponownie sparaliżowana strachem, jak wtedy, kiedy go zobaczyła — cofnęła się o krok, nieumyślnie wpadając zadem w pysk Wojowniczego Mrozu.
Wyjrzał zza jej futerkowego kuperka i ujrzał przed sobą białą plątaninę sierści.
— Kim, na Gwiezdnych, ona jest?
<Biała Gwiazdo?
psst, kolejność Wojowniczy>Biała>Bryzowa>Wojowniczy>(...)>
psst, kolejność Wojowniczy>Biała>Bryzowa>Wojowniczy>(...)>
[1120 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i zostaje wyleczony z choroby]
1 lutego 2021
Od Wojowniczej Łapy (Wojowniczego Mrozu) CD Białej Tęczy (Białej Gwiazdy)
Ledwo członkowie Tenebris (na czele z Irysowym Sercem) zdążyli wyjść.
Nakrapiana Gwiazda pchnęła drzwi z takim trzaskiem, jakby chciała to samo zrobić z Białą Tęczą. Najwyraźniej liderka wyczerpała wszystkie zasoby swojej cierpliwości podczas pobytu zastępczyni Ciemnych na terenach Flumine. Nawet Burzowe Gardło cofnął się o krok, kiedy suka przeszła wzdłuż tabunu zebranych wojowników Wodnych, piorunując schody na wyższe piętro takim wzrokiem, jakby jedno jej spojrzenie bursztynowych oczu miało zaraz zawalić cały obóz klanu.
Wojownicza Łapa być może i miał poważne problemy z myleniem odwagi z głupotą, ale nie wymagało od niego godzin dedukcji, żeby zrozumieć, że Nakrapianej Gwieździe lepiej nie wchodzić w drogę. Dręczyła go mieszanina uczuć, kiedy myślał o tym, jak właśnie czuje się jego mentorka. Zawiodła się nim? Zawiodła się sobą, że nie była w stanie wytrenować swojego ucznia? Oddzieliła kodeks od własnego honoru i jedyne, na co mogła się wkurzać, to pycha Tenebris? Przez chwilę miał ochotę pójść za nią. Wyjaśnić, przeprosić. Mimo tego, co między nimi się wydarzyło w ciągu ostatnich księżyców, uczeń nadal czuł silne przywiązanie do swojej nauczycielki — takie samo, jak wtedy, kiedy Nakrapiane Ucho prowadziła go wzdłuż portu, uśmiechając się z dumą, kiedy złapał swoją pierwszą rybę. Podgrzybkowa Sierść stanął mu na drodze, kręcąc głową z politowaniem.
— Daj jej czas — mruknął medyk, przestępując nerwowo na swoich sarnich łapkach. — Lepiej poczekać, aż Irysowe Serce wróci.
Irysowe Serce? Wojownicza Łapa nie miał pojęcia, co zastępczyni ma do rzeczy, ale szczurzy zielarz wydawał się jakoś inteligentniejszy od małego móżdżku czarno-białego uczniaka.
Kiedy Irysowe Serce wróciła do obozu podczas pory dzielenia się zapachami, wojownicy udawali, że wcale nie podsłuchują rozmowy z legowiska przywódcy. Brzozowy Kieł i Rozżarzony Język nadstawiali uszu jak najbliżej dzielących pomieszczenia drzwi, próbując wyłapać każdą najmniejszą plotkę. Wojownicza Łapa karcił się w myślach za to, że w ogóle ma czelność podsłuchiwać; przecież to niegrzeczne, poza tym uczniowie (ani nawet wojownicy) nie powinni mieszać się w sprawy głowy klanu. Ale Nakrapiana Gwiazda nie oszczędzała swojego głosu, delikatniejąc jedynie pod wpływem kojących zdań swojej zastępczyni.
— Za długo zwlekasz z jego mianowaniem.
— Gdyby Wojownicza Łapa był gotowy, już dawno jakiś wojownik przeprowadziłby jego test.
— Nakrapiana Gwiazdo, to ty jesteś jego mentorką. Jesteś odpowiedzialną liderką, dlaczego nie możesz być taką samą mentorką?
Westchnęła. Kiedy drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, wszyscy Wodni odwrócili nagle wzrok, udając niezainteresowanych rozmową przywódczyni z Irysowym Sercem. Wojownicza Łapa wbił wzrok w swoje łapy, wystraszony, że Nakrapiana Gwiazda zaraz zruga go i wyrzuci z klanu za bycie najgorszym uczniem Flumine.
— Wojownicza Łapo. — Stanęła przed nim, mierząc go spojrzeniem z góry. W jej oczach przez chwilę tliła się życzliwość, która tak samo szybko zgasła, jak i się pojawiła. — Jutro odbędziesz swój test. Jeśli przejdziesz go dobrze, ceremonia mianowania powinna odbyć się jeszcze podczas pory wysokiego słońca.
Wojownicza Łapa nie wiedział, czy powinien dziękować Gwiezdnym, Nakrapianej Gwieździe czy Irysowemu Sercu, która ostatecznie przekonała liderkę do tej decyzji. Miał wrażenie, że zaraz zza drzwi wychyli się twarz Marcina Dubiela w akompaniamencie „Never Gonna Give You Up” Ricka Astleya, a wszyscy wojownicy zaczną klaskać przy towarzyszącym im nagraniu śmiechu z sitcomu. Kiedy nic takiego się nie pojawiło, podskoczył, jakby rażony piorunem, po czym rozpoczął swój słowotok powtarzanego: „dziękuję, dziękuję, dziękuję”, ale Nakrapiana Gwiazda oddaliła się z powrotem do swojego legowiska.
W pierwszej chwili miał ochotę pobiec z powrotem do Tenebris, aby oznajmić Białej Tęczy, że w końcu może być z niego dumna, ale powstrzymał się, przypominając sobie incydent przecież jeszcze z tego samego dnia. Z drugiej strony zdał sobie sprawę, że kiedy zostanie mianowany, prawdopodobnie relacja z jego przyszywaną mentorką na zawsze się skończy. Biała Tęcza zajmie się życiem jako zastępczyni, on wreszcie będzie upragnionym wojownikiem, ale… co z tego?
Nagle poczuł się niespodziewanie przytłoczony faktem, że obowiązki wymagają od niego porzucenia wszystkiego, do czego udało mu się przywiązać. Czy jeśli pomiędzy Flumine a Tenebris wywiązałaby się bitwa, musiałby zaatakować sukę, która przez kilka księżyców uczyła go — o, ironio — jak walczyć? Czy Biała Tęcza udawałaby, że nigdy nic ich nie łączyło i potraktowałaby go jak faktycznego wroga?
W nocy na zmianę prześladowały go koszmary i bezsenność. Wykończony targanymi go problemami moralnymi od razu zerwał się na równe łapy, kiedy Irysowe Serce przyszła o świcie, aby obudzić go na test.
— Musisz iść sam, Wojownicza Łapo. — Usiadła przed nim, tłumacząc wszystko łagodnym tonem. — Nakrapiana Gwiazda będzie gdzieś w pobliżu, żeby obserwować cię, jak sobie radzisz.
Zjeżyła mu się sierść na karku, ale postanowił ukrywać strach. Co, jeśli Nakrapiana Gwiazda uzna, że tak naprawdę nie jest godny zostania wojownikiem? Będzie uczniem już do końca życia czy własna mentorka wyrzuci go z klanu?
— ...na plaży.
— Co? — dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że kompletnie się wyłączył.
— Mówiłam, że twój test powinien odbyć się na plaży.
— Na plaży? — Zmarszczył czoło. — Nie powinienem iść gdzieś, gdzie będzie więcej zwierzyny?
— Choćbyś miał ukraść rybę Dwunożnemu. Idź. Na. Plażę. — Nie rozumiał, czemu Irysowe Serce tak bardzo na to naciskała, ale po chwili rozchmurzyła się, wyglądając na dziwnie zbyt miłą wobec niego. — Kto wie, może kiedy niebo zbieleje, ujrzysz na nim tęczę?
Jego trzy komórki mózgowe tańczyły makarenę, próbując ruszyć synapsy na tyle, żeby zrozumieć, co Rysa miała na myśli. Tęcza? W zimie? Nie widział deszczu od pory opadających liści; prędzej spodziewałby się zamieci, niźli burzy. Otworzył pysk, chcąc zalać rudą falą kompletnie zbędnych, ale zaprzątających jego mysi móżdżek pytań, ale Irysowe Serce przerwała mu, zanim w ogóle zaczął mówić:
— Idź już.
Więc ruszył, a za nim poszły także nurtujące go zmartwienia.
Kierując się w stronę plaży, rozglądał się dookoła, jakby za każdym krzakiem czy budką z kebabem miała się kryć Nakrapiana Gwiazda. Jej zapach kompletnie nie wyróżniał się spomiędzy smrodu spalin, dlatego zaczął się zastanawiać, czy to wszystko faktycznie nie było jedynie żartem wobec niego. Najwyraźniej jego mentorka w ogóle nie miała zamiaru się pojawić, albo wręcz przeciwnie; sam nie nadawał się na wojownika, bo był na tyle tępy, że nie potrafił rozróżnić zapachu własnej liderki od przechodzącego pieszczocha. Niezawodnie poznał jednak wtłaczający się do jego nozdrzy świeży zapach morza, który uderzył go wraz z pierwszym postawieniem łapy na zaśnieżonym piasku.
Psy rzadko odwiedzały plażę zimą. Wiało tutaj pustkami, zupełnie przeciwnymi do tych latem, kiedy ciężko było znaleźć skrawek wolnego miejsca na piasku bez obecności Dwunożnych. Nawet morze wydawało się martwe, zbyt lodowate, żeby cieszyć się zabawą z falami. Wojownicza Łapa uznał to jednak za najpiękniejszy widok, jaki było mu dane poznać; szum koił jego nerwy, śnieg i piasek przyjemnie chłodziły łapy, a otaczająca go cisza, przerwana jedynie miarowymi odgłosami morza, kompletnie nie rozpraszała jego myśli.
Podążając jak najbliżej brzegu, postanowił iść w stronę portu. Zaświerzbiły go łapy na myśl, że być może nie zda testu właśnie przez to, że plaża wydawała się martwa. W morzu co najwyżej mógł znaleźć meduzę, na deptaku pochwaliłby się jedynie lichą mewą; jak skromnym łupem miałby udowodnić pozostałym, że zasługuje na miano wojownika? Choćby miał wrócić do obozu dopiero porą nowych liści, postanowił, że za nic nie zawiedzie Flumine.
Rzucił się w wir sprzecznych emocji z kolejnym uderzeniem serca. Momentalnie miał wrażenie, że — nim w ogóle zdążył cokolwiek zrobić — zawiódł klan. Równocześnie wypełniło go ciepło, adekwatne do pory nagich drzew, jakby wracając do domu z ciężkiego, zimowego dnia, sączyłby gorącą herbatę pod kocem. Zaraz potem młócił łapami zwalające go z nóg fale, które przejmującym chłodem pozbawiały jego płuca powietrza.
Tak właśnie czuł się przy Białej Tęczy i Nakrapianej Gwieździe.
— Szukasz może kogoś?
Biała Tęcza wyszczerzyła się z nutą rozbawienia i złośliwości równocześnie. Szczerze cieszył się, że zastępczyni Tenebris o nim nie zapomniała; uratowała go w oczach Nakrapianej Gwiazdy poprzedniego dnia i nie wyglądało na to, żeby miała się poddać z jego szkoleniem, nawet jeśli jej klan miałby w tym przeszkodzić.
A potem przypomniał sobie, że jego prawdziwa mentorka tym razem jest w pobliżu. Nie wiedział, czy Nakrapiana Gwiazda najpierw wydłubie oczy Białej Tęczy, czy jemu, ale niezaprzeczalnie by się nie powstrzymywała.
— Eee… tak, w zasadzie to tak — wymamrotał, unikając kontaktu wzrokowego z suką. Zmarszczyła czoło, najwyraźniej znając już mimikę Wojowniczej Łapy na tyle, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. — Szukam mew. Dla klanu. Tak, właśnie, mew dla klanu.
Naprawdę chciał, żeby Biała Tęcza zapolowała z nim. Pokazałaby mu dokładne ustawienie, które najefektywniej łapało zwierzynę. Mówiłaby powoli, co chwilę rzucając jakimś złośliwym komentarzem, niekoniecznie oznaczającym szczerą niechęć do ucznia; od razu po wrednych uwagach wracała do cierpliwego tłumaczenia zasad.
Miał już dzisiaj zostać wojownikiem. Nie powinien potrzebować niczyjej pomocy w polowaniu, a tym bardziej, o zgrozo, pomocy członkini innego klanu.
— Poradzę sobie. Widziałem spore stado w okolicach portu — dodał, wymijając sukę.
— Masz zamiar spłoszyć stado samym oddychaniem?
Nie podążyła za nim. Wydawało się to błahe, ale poczuł, jakby coś stracił; musiał dokonać wyboru pomiędzy własnym klanem a bliską mu mentorką, ale nie był do końca pewien, czy jego decyzja była właściwa. To nie był jednak czas na odwracanie swojej uwagi osobistymi problemami. Flumine go potrzebowało. Nakrapiana Gwiazda go potrzebowała. Czy Biała Tęcza też będzie z niego dumna, jeśli udowodni wszystkim swoją wartość?
Mógł tylko wdrapać się na betonowy pomost. Dwunożni krzątali się tutaj w nużącym zawirowaniu, na tyle wielkim, że nikt nie zwrócił uwagi na bezpańskiego (nieco śmierdzącego) psa. Wojownicza Łapa przysiadł kilka metrów dalej, nagminnie upominając siebie w myślach: skup się, skup się, skup się (co, o, ironio, tylko odwracało jego uwagę, bowiem skupił się na tym, żeby się… skupić).
Jego poświęconą autoskupieniu atencję odwrócił zapach. Ślina napłynęła mu do pyska, kiedy rozpoznał ulubiony smakołyk praktycznie wszystkich Wodnych: ryby. Słyszał, jak starsi opowiadali o rzece przepływającej na dawnym terytorium. Flumine od wielu pór roku znane było z tego, że doskonale pływali, a w ich jadłospisie zdecydowanie dominowała wyciągnięta z wody zwierzyna. W takich chwilach czuł silne powiązanie ze swoim klanem; nawet jeśli nie urodził się w lesie, idealnie wpasowywał się w stereotyp Wodnego wojownika. No, może mniej konserwatywnego.
Dwunożni wyciągali ogromne sidła ze swojego dużego, pływającego Potwora. Najwyraźniej to ze statku pochodził znajomy psu zapach; ludzie musieli wrócić ze świeżym połowem. Uderzenie serca później Wojowniczą Łapę olśniło. To nie mógł być przypadek. Co Flumine będzie po jednym, wychudzonym ptaku, jeśli ich uczeń przyniesie im cały wór pełen ryb?
Przemykał pomiędzy zaśnieżonymi straganami. Latem ludzie wystawiali tutaj kuszące do kradzieży pojedyncze ryby, nawołując przy tym swoich klientów, choć niekoniecznie cieszyli się entuzjazmem na widok śliniących się psich pysków. Teraz stragany były zamknięte, a codzienny gwar portu ograniczał się jedynie do naglących pokrzykiwań Dwunogów na statku.
Prawdopodobnie nie uniknie spostrzeżenia. Będzie musiał działać tak, aby złapać sidła, ale nie pozwolić złapać siebie. Z całą pewnością zadanie utrudniała mu otwarta przestrzeń portu i chaos, jaki roztaczali Dwunodzy samą swoją liczebnością.
Skrył się pod najbliższym od morza straganem. Myśli zagłuszało mu wycie ludzi, którzy na zmianę krzyczeli coś do siebie, podając rzeczy ze statku z rąk do rąk. Zapach naprawdę obfitej zwierzyny mącił mu w głowie; zapasy, jakie zebrali Dwunodzy, starczyłyby przecież Flumine do końca pory nagich drzew, chociaż Wojownicza Łapa najchętniej przekąsiłby wszystko na popołudniowym obiedzie.
Musiał wziąć pod uwagę kilka czynników: przede wszystkim nie dać się złapać ludziom, znaleźć idealny moment, żeby porwać sidła i zaciągnąć je w oddalone miejsce, nim Dwunożni zorientują się o kradzieży.
Czołgał się w stronę brzegu. Znajdując się pod straganem, mógł czuć się bezpieczny, ale wraz ze znalezieniem się na odkrytym terenie, będzie miał tylko jedną szansę na udany połów. Adrenalina dodawała mu determinacji; nie chciał wrócić do klanu z niczym, albo z tak marnym łupem, że nie starczyłby nawet na wykarmienie dwóch szczeniaków Muszelkowego Nosa.
Zanim zdążył stanąć na czele portu, biała smuga przemknęła przed jego nosem, rzucając się prosto do upatrzonego przez Wojowniczą Łapę celu. Spojrzał na swoje łapy i, upewniwszy się, że z całą pewnością to nie on jest białą smugą, wytrzeszczył oczy, żeby ujrzeć Białą Tęczę. Suka chwyciła najbliżej leżącą siatkę wypełnioną rybami i zaczęła ją ciągnąć przez labirynt straganów. Nawet nie udawała przed Dwunożnymi niewinnej — wyglądało na to, jakby specjalnie się z nimi bawiła, złośliwie naprzemiennie przybliżając i oddalając od nich o krok. Wsunęła nos do materiału i kłapnęła szczękami na jedną z ryb, co wywołało niewyjaśnioną wściekłość u jednego z goniących ją Dwunożnych.
Odczekał kilka uderzeń serca. Rick Astley nie wyszedł na rufę statku, komórki mózgowe Wojowniczej Łapy zdawały się siedzieć w miejscu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że Biała Tęcza nie przyszła tu bez powodu, nie droczy się z ludźmi też z czystej złośliwości psiej damy; Biała Tęcza próbuje dać mu czas.
Wyskoczył spod straganu, jakby włożył całą swoją kilkuletnią energię w osobisty motorek w dupie. Schował się za najbliższą statku budką, a kiedy Dwunożni ruszyli na pomoc pozostałym, żeby odzyskać ukradziony przez Białą Tęczę łup, wykorzystał daną mu szansę. Rzucił się przodem, szczękami łapiąc za materiał, który zaciął ciągnąć wzdłuż portu. Kiedy ludzie zorientowali się, że brakuje kolejnej porcji ryb, Wojownicza Łapa ciągnął już torbę przez piasek, modląc się do Gwiezdnych, żeby jego komórki mózgowe dały siłę łapom do ciągnięcia tego ustrojstwa.
Kiedy jego oczom ukazał się chodnik, spojrzał w stronę oddalonego już portu. Zmartwienie wypełniło ucznia aż po koniuszek ogona; czy Biała Tęcza została schwytana przez Dwunożnych? Wytężył wzrok, a kiedy dostrzegł, że widziana wcześniej biała smuga wymyka się z rąk ludzi, pędząc w przeciwnym do Wojowniczej Łapy kierunku, odetchnął z wyraźną ulgą. Uśmiechnął się ukradkiem, chwytając ponownie siatkę w zęby. Zalało go przyjemne uczucie, jakiego nie czuł już, odkąd oddalił się od Nakrapianej Gwiazdy. Biała Tęcza, w przeciwieństwie do tej „właściwej” mentorki, nigdy go nie zawiodła. Poczuł się bezpiecznie na samą myśl o tym, że kiedy zaczął wątpić w lojalność Ciemnej, ta postanowiła udowodnić mu przywiązanie choćby drobnym gestem.
Nawet jeśli drobny gest był kradzieżą. Bonnie i Clyde; chociaż Wojownicza Łapa nie bardzo zdawał sobie sprawy z moralności złodziejstwa, a w związku z tym nie czuł się winny za ukradzione Dwunożnym ryby, to przez chwilę nadal cieszyły go przebiegające przez ciało wesołe iskierki, wywołane nieoczekiwaną współpracą.
Na końcu drogi do Starego Domu poczuł znajomy zapach przedzierający się przez falę rybiego smrodu. Nakrapiana Gwiazda chwyciła zębami drugi koniec siatki, pomagając Wojowniczemu dociągnąć zapas do końca. Stanąwszy przed nim, uśmiechnęła się zadziornie kątem pyska — tak samo, jak na początku ich relacji.
— Jakie imię chciałbyś mieć jako wojownik?
Wojownicza Łapa nieszczególnie się nad tym zastanawiał. Miał zmienić imię już trzeci raz: wcześniej, nazywany przez Odważnego Kła Nate, dopiero po dołączeniu do Wodnych zaczęto nazywać go Wojowniczą Łapą. Obecne imię oddawało jego osobowość idealnie, a sam pies szczycił się szczególnie pierwszym członem. W klanie były najróżniejsze imiona, pochodzące od kwiatków, kolorów czy innych pierdół, ale czuł, że to jego imię naprawdę było mu przeznaczone. Wojowniczy. Człon, który wyznaczał mu jego ścieżkę do tego, kim ma zostać.
— Wojowniczy Wojownik byłoby wspaniałe! — powiedział, z pełnią radości machając ogonem.
Nakrapiana Gwiazda na początku wpatrywała się w niego, czekając na puentę, aż jej uczeń skwituje swoją wypowiedź śmiechem. Kiedy jednak to się nie stało, sama zachichotała niezręcznie, popychając barkiem drzwi obozu, żeby zrobić Wojowniczej Łapie przejście ku stosowi jedzenia.
— Wydaje mi się, że mam lepsze imię, które będzie do ciebie pasować.
Część wojowników parsknęła na widok zdobyczy Wojowniczej Łapy. Część wpatrywała się zdumiona. Jakby nie było, podzielał zdanie ich obu; być może i kradzież jedzenia Dwunogów nie była najgodniejszą miana, ale zmęczone porą nagich drzew kundle nie powinny narzekać na całkiem soczysty łup.
— Niech wszystkie psy zdolne polować zbiorą się pod Wyszczerbionym Stołem!
Wodni przeciągnęli się, wiedząc, czego się spodziewać. Wojownicza Łapa z błyskiem w oczach wpatrywał się w gromadzących się wojowników, tak dumny z siebie jak nigdy. Szczeniaki Muszelkowego Nosa wychyliły się zza ścian żłobka, żeby obejrzeć ich pierwszą w życiu ceremonię, której kiedyś sami będą świadkami, stojąc naprzeciw Nakrapianej Gwieździe, kiedy będą otrzymywać nowe imiona.
— Wojownicza Łapo, podejdź. — Drżał na całym ciele, ale posłusznie zbliżył się do mentorki. — Ja, Nakrapiana Gwiazda, liderka Flumine, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tego ucznia. Ciężko pracował, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam go jako wojownika. Wojownicza Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Wyobrażał sobie tę chwilę wielokrotnie, ale kiedy tylko otworzył pysk, głos uwiązł mu w gardle. Jego napędzany nieskończoną energią ogon gibał się na boki, wywołując wśród zgromadzonego tłumu ciche podśmiechiwania; czuł się szczeniak, jak zresztą traktowali go pozostali wojownicy Flumine, ale nie potrafił nic poradzić na przejmujące go szczęście.
— O-obiecuję.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojownika. Wojownicza Łapo, od dzisiaj będziesz znany jako Wojowniczy Mróz. Gwiezdni honorują twoją determinację i dobroć, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine.
Nakrapiana Gwiazda położyła głowę na szyi ucznia. Wojowniczy Mróz wciągnął znajomy zapach swojej (byłej już mentorki) i liznął ją w bark, ale — zamiast skupić się na tym, że wreszcie osiągnął swój cel, a jego klan właśnie skanduje nowe imię, jego myśli zaprzątały tylko to, żeby wymknąć się z klanu i móc z dumą obwieścić nowe miano Białej Tęczy.
Koniec wątku Wojowniczego Mrozu i Białej Gwiazdy.
[2759 słów: Wojowniczy Mróz otrzymuje 27 Punktów Doświadczenia oraz nowe imię i rangę wojownika]
Subskrybuj:
Posty (Atom)