Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piripiri x Kurka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piripiri x Kurka. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2022

Od Piripiri CD Kurki

Mruknięcie, syknięcie i krzyk. Nie będzie chciała mieć z nią nic do czynienia, a to, czego chce, to spokój. Orchidea nie będzie jej uczniem i powinna nie być taka nachalna.
Poirytowany szczeniak rzucił kwiatami o ziemię, próbując wysilić się na jakieś dumne słowa, którymi mogłaby to zakończyć i odzyskać utraconą godność.
— Nie nadajesz się na medyka. Swoje preferencje przekładasz nad dobro Bezgwiezdnych. Ciekawe, czy widzę to tylko ja, czy może też inni — syknęła więc, w nadziei, że zaboli i wzbudzi wątpliwości. Potem z dumą odmaszerowała, pozostawiając Kurkę samą sobie. Nie będzie już więcej ranić swojej dumy i walczyć ze swoim ego poprzez podlizywanie się medyczce. Po prostu zostanie wojownikiem. Być może tego chce od niej los.
Albo tego chce od niej durna Kurka, a los nie istnieje. Albo Kurka jest losem. Albo Kurka jest jednym z tych durnowatych wyznawców gwiezdnych i zwyczajnie nie chce uczyć ateisty. To by oznaczało, że jest zdrajcą.
Gdybym ja była liderem — pomyślała — to samodzielnie postarałabym się, aby wszyscy wierzący zniknęli z tego klanu.
Często słyszała pogłoski, że ktoś wierzy. Psy wokół niej nie wydawały się nawet zaskoczone tymi plotkami. Wprost akceptowały to, co było dziwaczne, zważywszy na to, że dla Bezgwiezdni, jedynym, czym wybijali się na tle pozostałych klanów, była niewierność przodkom. Jedyne, co ich różni, to brak lojalności wobec kości rozkładających się w ziemi i odrobina rozsądku, mówiąca, że kości te wcale nie latają po niebie. Widocznie niektórzy z klanu „rozsądniejszych” zatracili nawet tę ostatnią ścianę, wyznaczającą, kto jest inteligentniejszy i komu należy się miano Bezgwiezdnego.
Była przekonana, że problem zostanie rozwiązany, kiedy tylko Jazgot zostanie liderem. Musiała jedynie cierpliwie poczekać, aż Dym da kopniaka. To było takie niesprawiedliwe — to czekanie. Powinni mieć jakiś system, który uwzględni możliwość wycofania przywódcy ze stanowiska dzięki głosowaniu.
 
✴ ✴ ✴
 
W klanie rozeszła się wieść, że znaleziono ucznia medyka. Będzie nią Pełnia. Wcale nie szczeniak, a prawdziwie dorosły pies i to w dodatku z Flumine, który wcześniej kształcił się na wojownika. Kiedy domysły Orchidei — teraz już Piripiri — okazały się trafne, uczennica prawie zagotowała się ze złości. To była prawda. Kurka wierzyła w Gwiezdnych, dlatego na swojego ucznia wybrała kogoś, kto należał do tych durnowatych wierzących klaników. Teraz będzie mogła wyszkolić swojego pupilka na pierwszorzędnego idiotę.
Kurka straciła w jej oczach jeszcze bardziej. Jak dużo psów, podobnie jak ona, posiada ukryte źródła debilizmu? Co dziesiąty pies? Co piąty? A może połowa klanu? Albo nawet większość psów w Bezgwiezdnych, być może żyjąca w zmowie.
Postanowiła dwie rzeczy. Raz, będzie używała tylko poprawnego imienia w stosunku do przyszłej medyczki. Ćmia Skóra. Dwa, zostanie liderem i naprawi ten klan, ponieważ widocznie ani Jazgot, ani Dym nie dają sobie z tym rady. Albo są ślepi? Robią to nieświadomie? A kiedyś może nawet oboje będą z niej dumni, kiedy uświadomi im ich błędy i będzie lepszym liderem niż oni. Ach, oni nie będą przecież już wtedy żyć.
To trochę uspokoiło Piri, ponieważ oznaczało to, że nie będą oni mogli wyrazić swojej dezaprobaty ku zmianom, które wdrąży w życie klanu.
Siedziała w kościele, łapami trącając kamienie walące się na ziemi. Niebo się ściemniało, a słońce schodziło ku dołowi, pozostawiając po sobie szlaki różu. Uczennica miała jednak ważniejsze zajęcie niż obserwacja zbliżającego się wieczora — miała powrócić do obozu ze zwierzyną, jednak jakoś nie potrafiła wzbudzić w sobie motywacji. Te dwie zasady-cele, które wprowadziła przed chwilą, wydawały się ciągnąć za nią cieniem po ziemi i przykuwać ją do podłoża. Musiała mieć nadzieje, że kiedyś, kiedy będzie ich potrzebowała, pozwolą jej latać.
— Nie jestem taka głupia, jak myślą. Nie jestem ślepa — powiedziała szeptem, układając na ziemi przedmioty. Grzyb, oderwane skrzydło motyla, pokrzywa. Symboli pojawiało się coraz więcej, a każdy przedstawiał jednego psa, który powinien zostać naprostowany i naprawiony. Albo całkowicie zbudowany od nowa.
Gdzieś w rogu kościoła wyrosła mała, biała roślinka o zaokrąglonych płatkach i przyglądała się tym oznaczeniom.
 
✴ ✴ ✴
 
Ostatnim razem nie czuła się najlepiej, ale to musiało przejść w ciągu godziny. Ćmia Skóra dała jej w końcu wzmacniające zioła, aby mogła z dobrym samopoczuciem przejść test na wojownika, a chociaż Piri nie przepadała za uczennicą, nie mogła wątpić, że ta posiada potrzebne jej umiejętności, aby móc sukcesywnie określić działanie paru ziółek.
Aby przygotować się na ten ostateczny sprawdzian, przypomniała sobie i sporządziła krótką mentalną listę rzeczy, na które Lucerna zawsze zwracała jej uwagę i o których wspominał jej były mentor Dym. Ta dwójka miała małe schematy błędów, które zauważali łatwiej i tych, których dostrzeżenie zajmowało im chwilę. Podczas polowania skupi się jedynie na ważniejszych, aby nie interesować się niepotrzebnymi rzeczami i posiadać wolny i gotowy do szybkiego analizowania umysł.
Po raz pierwszy od dawna jej poczucie bycia obserwowanym miało jakieś przełożenie na rzeczywistość. Ktoś faktycznie za nią chodził i obserwował każdy jej ruch. Teoretycznie nie powinna była wiedzieć, że sprawdzian jest w tej oto chwili, jednak zauważyła małe niuanse wyprzedzające go. Lucerna poświęcała jej więcej uwagi na treningach i dzieliła się z nią technikami może nie tyle, ile poprawnymi, a bardziej faktycznie działającymi. Zresztą podsłuchała rozmowę swojego ojca, który wyraził zgodę na mianowanie Piri i to było ostatecznym znakiem, że będzie mogła dać sobie spokój z czyszczeniem legowisk.
To wcale nie było takie trudne; zwyczajne zamordowanie zwierzęcia. Piripiri zastanawiała się, czy odebranie życia uderzyłoby do niej bardziej, gdyby podczas testu polowałoby się na wojowników obcych klanów. To z pewnością sprawdziłoby umiejętności ucznia w większym stopniu i dałoby mu namiastkę prawdziwego życia. Nie tego z treningów.
Kiedy powróciła do obozu, z jej pyska zwisała bezwładna masa. Rozległy się gromkie gratulacje, które Piri przyjmowała uprzejmym skinieniem głowy. Cieszyła się, że ma zajęty pysk, dzięki czemu nie musi na nie wszystkie odpowiadać.
Najpierw: 
Zebranie klanu.
Potem: 
Zaproszenie Piri, aby podeszła.
Teraz:
— Jako przywódca Bezgwiezdnych, mianuję tego ucznia wojownikiem. Poświęcił wiele cennego czasu, aby poznać niezbędną wiedzę i uczyć się od swojego mentora. Piripiri, czy przyrzekasz być oddaną wojowniczką Bezgwiezdnych?
Och, tak, bardzo, bardzo oddaną. Nie masz pojęcia, ojcze, jak bardzo.
Ale mówi tylko: 
Tak.
— A zatem witamy cię jako pełnoprawnego członka Bezgwiezdnych.
Zasady:
1. Jako klanowiczów traktujesz tylko psy, które na to zasłużyły. Do reszty zwracasz się po starych imionach.
2. Dążysz do bycia liderem, aby klanowi wiodło się lepiej.
3. Koniec z akceptacją przygarniania obcych, wierzących psów do Bezgwiezdnych.
4. Całkowicie oddanie klanowi.
5. Co za tym idzie, brak szczeniąt i partnera.
6. Jedynie logika. Emocje idą na dalszy plan.
Wiadomość do zasad:
Moje wszystkie sześć zasad, starsze, i młodsze, jeżeli zamierzałyście kiedyś przestać uprzykrzać mi życie i sprawić, aby było ono proste i przyjemne, proszę bardzo. Oto chwila, w której zaczniecie to robić.  
Wiadomość do Piripiri:
Słuchaj bezwzględnie zasad.

Koniec wątku Piripiri i Kurki
[1080 słów: Piripiri otrzymuje 10 PD i brakujące PT, zostaje wojownikiem]

15 lipca 2022

Od Kurki CD Orchidei (Piripiri)

Akcja dzieje się gdy Orchidea (Piripiri) była szczenięciem.
Orchidea to najbardziej irytujące stworzenie, jakie tylko znam. Nie sądziłam, że dla któregoś z dzieci Jazgota zioła będą ciekawe. Poprawka — miałam taką nadzieję.
Sama wizja tego, że jakiś kurdupel miałby chodzić za mną krok w krok i być zainteresowany tym, co ja robię, zdawała mi się nierealna i przerażająca. Ale, no proszę, kto by się spodziewał — Orchidea najwyraźniej nie zamierzała siedzieć w żłobku i bawić się z rodzeństwem — czy co tam robią szczeniaki.
— A ten kwiatek? Co on robi?
Wzdycham tak głośno, że mogę uchodzić za jakiegoś uruchamianego potwora dwunożnych.
— Leży i się suszy, jak sądzę — mamroczę, zastanawiając się, ile minut mojego życia zmarnuje ta mała kreatura.
Orchidea sapie i wbija zagniewany wzrok w mój pysk.
No co.
— Słuchaj, może poszłabyś do tatusia i zainteresowała się dla odmiany, jak to jest być zastępcą? — proponuję, chociaż z rezygnacją zdaję sobie sprawę, że znam odpowiedź.
— Nie.
Aha. Czyli tak, jak myślałam.
Moje pytanie jednak coś dało, a choć nie był to zamierzony skutek, to pozwala mi chociaż na chwilę ciszy. Najwyraźniej Orchidea albo rzeczywiście zastanawia się nad robotą jej ojca, albo (co bardziej prawdopodobne) próbuje odgadnąć nazwę kolejnej rośliny, która znajduje się w moim legowisku.
— Oooo!
Oooo, możesz się zamknąć?
— A to, co to jest? — szczenię zezuje, gapiąc się na wrotycz.
Zaciskam zęby i przewracam oczami. Jednak zanim zdążę otworzyć pysk, mała gówniara dorzuca swoje trzy grosze. Kolejny, pierdolony raz.
— Odpowiesz mi chociaż na jedno pytanie? Czy już totalnie ogłuchłaś? Masz kryzys wieku średniego, czy co?
Nie wiem, co jest bardziej irytujące w niej — ten jej cienki, dziecięcy głosik w połączeniu z lodowymi oczami, czy umysł, który najprawdopodobniej nie różni się za bardzo od ptasiego.
— W-r-o-t-y-c-z — odpowiadam niebezpiecznie spokojnym tonem, po czym odwracam się do niej tyłem. Zastanawiam się, w jak bardzo widowiskowy sposób mam ją wyrzucić z legowiska.
Wtem — kto by się spodziewał, mówię serio — Orchidea milknie. Zamiast kontynuować tę rozmowę, rzucając co jakiś czas głupie komentarze, pyskować i pytać się: ,,Acotoatocotojest???’’, gówniara wreszcie zamyka pysk.
Zerkam na nią kątem oka. Jestem zdziwiona jej decyzją, ale też z niej zadwolona. Bardziej to drugie.
Orchidea wącha wrotycz i ogląda go z każdej strony, jakby to był najbardziej interesujący badyl świata. Po krótkiej chwili ogarnia wzrokiem całe moje zapasy, a ja czuję falę nadziei na widok jej zamyślonego wyrazu pyska. Mam nadzieję, że już jej się znudziło.
Nie mylę się. Szczenię wychodzi bez słowa, a je odprowadzam je wzrokiem. Dobra, gówniara z głowy. Idzie sobie, byle nie wracała.
Coś jednak podpowiada mi, że ona tu wróci. Odpycham jednak te przypuszczenia na bok. Gdyby zamartwiałam się każdym bachorem, który ma możliwość wejścia do mojego legowiska, zwariowałabym. A Bezgwieznym potrzebna jest medyczka. Jasne, mogliby mieć lepszą medyczkę. Ale mają tylko mnie. Muszę im wystarczyć.
Nagle przypominam sobie, że miałam pomóc Mięcie.
Cholera.
Miałam jej przynieść coś na stawy.
Nie chcąc kazać czekać jej jeszcze dłużej, szybko biorę do pyska garstkę wysuszonych stokrotek i korzeni żywokostu.
Dobra, przyznaję. Nie wiem, co mi odbiło, że zaproponowałam Mięcie, że sama jej przyniosę te zioła. Zwykle, jak pies ma jakiś problem, to przychodzi prosto do mnie i to mi najbardziej odpowiada. Nie chce być jak uczeń na posyłki. Ale słysząc, jak wczorajszego wieczoru, podczas kolacji, Mięta narzeka na te swoje stawy, coś mnie trafiło. W tamtej chwili byłam gotowa obiecać jej wszystko, byle zamknęła jadaczkę — denerwowała mnie prawie tak samo, jak Orchidea. Plus, Mięta niedawno przeszła do starszyzny. Jej mózg i ogólnie organizm nie działa tak, jak dawniej. Starszyzna to ostatnie, co chciałabym mieć w swoim legowisku. Wolę chodzić do nich, niż żeby oni chodzili do mnie. Podeptaliby mi zioła, czy przez niedowidzenie zeżarli jakąś truciznę. A potem miałabym kolejnego psa na sumieniu.
Mijam grupkę uczniaków, którzy wymądrzają się, pokazując szczeniakom jakieś wojownicze triki. Za każdym ochem czy achem dochodzącym ze strony młodszych, mam ochotę zdzielić ich po głowach. Niestety musi im wystarczyć poirytowane syknięcie, a ono i tak nie do końca mi wychodzi przez zioła w moim pysku.
Mija może z dwadzieścia sekund marszu, a ja mam przed sobą jaskinię dziadów.
Dobra, to nie jest jaskinia. Legowisko starszyzny jest spoko. Cały obóz generalnie wygląda jak no, stare blokowisko, bo nim jest, ale starszyzna ma farta. Ich miejscówka jest wyjątkowo przytulna, moim zdaniem. Za dobra jak dla takich zgrzybiałych ameb.
— Mięto?
Pomieszczenie pachnie sierścią, materiałami dwunożnych i często używanymi tu lekarstwami — miodem, podbiałem i wszystkimi ziołami, które dodają siły. Stary materac leżący w rogu pokoju usłany jest mchem i ubraniami dwunożnych. Od samego patrzenia mam ochotę przespać się na tym legowisku. Przez małe okienko wpada do środka promień światła, ale mocne ściany i fajna lokalizacja powodują, że jest tu zawsze nie za ciepło, nie za zimno. W sam raz.
— O! Jesteś wreszcie — Mięta drapie się za uchem, leżąc w plamie światła, które wpadało z zewnątrz. — Trochę na ciebie czekałam, ale dzisiaj jest super dzień. W takie dni mogłabym czekać na ciebie znacznie dłużej.
Wypuszczam powietrze. Mam szczęście. Dziś Mięta ma dobry dzień, nie to, co wczoraj. Z nią albo jest banalnie prosto, albo piekielnie trudno. A po Orchidei wybuchłabym tutaj, gdyby ta starucha znowu zachowywała się tak, jak zwykle.
— Psyniosłam ci sioła na stawy — mamroczę, a przez stokrotki i żywokost na moim języku seplenię jak szczeniak.
Mięcie świecą się oczy.
— Domyśliłam się — mówi, wstając i człapiąc do mnie. — Dziękuję. To miło z twojej strony!
Uśmiecham się półgębkiem i podaję jej zioła. Mówię, że powinny jej pomóc, a w razie, gdyby tak nie było, albo potrzebowałaby kolejnej dawki, niech da mi znać.
— Możesz kogoś przysłać do mnie z wiadomością, jak tam u ciebie. Albo yy, no, przyjść osobiście.
Gryzę się w język, żeby nie dodać czegoś kąśliwego. Nie będę drażniła się ze smoczycą. Nie dziś.
— Dzięki jeszcze raz — powtarza Mięta, zgarniając łapą zioła do siebie. — Do widzenia, Kurko.
Żegnam się z nią, po czym wychodzę. Kierując się w stronę mojego legowiska, mam całkiem niezły humor. A z pewnością lepszy, niż miałam, wychodząc z niego.
Gdyby na świecie nie było Orchidei, albo żeby chociaż nie interesowała się moimi sprawami, a starszyzna zawsze byłaby w dobrych humorach, życie byłoby o wiele fajniejsze. Mogłabym mieć też kogoś do pomocy. Tylko nie bachora. Kręcę głową. Zostawiam tą myśl, zanim zwykłe ‘szkoda’ zmieni się w coś większego. Nie mogę wracać do tego, co było.
— Kurko!
O nie, nie, nie nie.
Zaciskam zęby, widząc przed wejściem do mojego legowiska tą puchatą, irytującą kulkę sierści. Małe, świdrujące oczka w kolorze niezapominajek patrzą prosto na mnie. Za późno na jakiś szybki unik.
Nie jestem pewna, jak wyglądam, ale chyba na wystarczająco wkurwioną, bo Orchidea aż nie wie, co powiedzieć więcej.
— Czego chcesz?
Próbuję ją minąć, ale ona nagle schyla się i bierze w zęby bukiet jakiegoś zielska. Marszczę nos, gdy moim oczom ukazują się róże, stokrotki, mlecze, dmuchawce i te wszystkie inne kwiaty, których nie potrafię nazwać. (Nie jestem pewna, co ona napchała do tego bukietu, skoro nawet ja, jako medyczka nie potrafię stwierdzić, czym to jest. Ale z drugiej strony nie jestem jakąś super medyczką, więc jest to możliwe).
— Mam prosbę — sepleni. Trzyma łodyżki kwiatów w zębach tak mocno, że aż się w nie wgryza. Raczej nie smakują za dobrze. — Albo raczej pytanie. Ale najpierf chcialabym ci dac te zdumiewajace kfiaty.
W jednej chwili zdaję sobie sprawę z tego, jak okropnie musiał się czuć Leonis, gdy ja go tak męczyłam o to całe bycie jego uczennicą. To, jak mu trułam dupę, jak niemal stawałam na głowie, by być kimś innym, niż każdy. To nie było tego warte.
Byłam w stu procentach pewna, że wiem, co Orchidei chodzi po głowie. Dotychczas łudziłam się, że jej zainteresowanie zielarstwem jest po prostu szczenięcą, głupią ciekawością. Liczyłam, że Orchidea nie liczy na nic więcej, niż poznanie nazw kilku roślin.
Oczka Orchidei wyglądały jak złotówki dwunożnych.
Nie chciałam pracować z gówniarzem.

<Piripiri?>
[1285 słów: Kurka otrzymuje 12 PD]

24 stycznia 2022

Od Orchidei do Kurki

Mogłaby mieć takie podejście przez całe życie, a już na pewno przez cały okres szczenięctwa. W końcu suka, jak na razie, nie wiedziała jeszcze nic o nieprzyjemnych aspektach istnienia, toteż nie czuła się na obowiązku wymazywania ich z życia innych. No, albo choćby pomagania im. A już ostatecznie, chociażby zdobycie się na zostawienie ich w spokoju, by mogli dokończyć swoją pracę i udać się na spoczynek.
Kurka, medyk klanowy, miała się o tym jeszcze nieraz przekonać. Orchidea ewidentnie musiała ją wkurwiać; wszędzie łaziła za nią, ze znudzoną miną dopytując się, czy to, co usłyszała o ziołach, jest prawdą. Nie zamierzała się poddać, oj nie. Planowała wykonywać swoje cudowne zadanie uprzykrzania jej życia aż do momentu, w którym ta poczwara nie zgodzi się przygarnąć ją na uczennicę. A potem jeszcze tylko przez kilka księżyców. Kto wie, może po mianowaniu na medyka Piri całkowicie zejdzie jej z drogi?
O, a ta Piripiri to był jej niedawny pomysł. Jak zostanie medyczką, to na mianowaniu zmieni sobie imię na jakieś bardziej zabawne —  Orchidea brzmi strasznie poważnie, a to drugie wprawia ją w wesoły nastrój (o ile kiedykolwiek miewa wesoły nastrój).
— To coś jest na ból dupy? Przyda ci się — powiedziała do Kurki, wąchając ostrożnie nieznaną roślinę.
—  Jestem gotowa odstąpić ją tobie —  mruknęła dorosła, prawdopodobnie bliska brutalnego wyrzucenia szczeniaka z legowiska.
Były do siebie całkiem podobne. I to właśnie był jeden minus, jedyny słaby punkt w całym planie Orchidei, gdyż ona sama wątpiła, że wytrzyma z inną marudą niż ona sama cały trening. A gdyby o tym pomyślała, mogłaby dojść do wniosku, iż gdyby zachowywała się bardziej przyjacielsko i miło to Kurka polubiłaby ją. Albo chociaż coś w ten deseń.
Wojownicze życie wydawało się Orchidei nudne i notoryczne. Wciąż patrole, polowania i… walka. Tego ostatniego bała się skrycie. Nikomu o tym nie mówiła, jednak wątpiła, że byłaby w stanie kiedykolwiek nauczyć się samoobrony, nie wspominając o ataku. Myśl, że stałaby na polu bitwy, z założonymi łapami, przyprawiała ją o dreszcze. Że ona? Ona miałaby się bić za Bezgwiezdnych, którzy nawet nie są jej rodzinnym klanem?
Zdawała sobie sprawę, że Jazgot robi wszystko, by zapewnić im dobry dom. Patrząc logicznie, to nie powinno być trudne; co drugi pies w Bezgwiezdnych urodził się poza klanem i przybył tutaj jako przybłęda. To jednak była ich własna decyzja. A Orchidea nie była pewna, czy mogłaby ją podjąć.
Nie myślcie nawet, że wierzyła w Gwiezdnych. Uważała to za wymysł pogrzybkowy i miała ochotę się śmiać, kiedy uświadamiała sobie, że ktoś naprawdę w to wierzy. W gromadę psów z sierści z Gwiazd, chodzących po niebie i zsyłających nam sny. To wszystko nie trzymało się kupy. A w tych czterech klanach jacyś idioci naprawdę wierzyli w te brednie.
Mimo wszystko doskonale wiedziała, że tutaj powinna być. Należy się to choćby Jazgotowi, który przygarnął ich; bez niego Orchidea mogłaby już nie żyć. I chociaż miała wątpliwości przed nazywaniem go ojcem, to zdecydowanie czuła się na obowiązku okazywania mu lojalności. A to lojalność powinna przejawiać się obecnością w tym klanie.
Orchidea bez pożegnania wyszła z legowiska Kurki, w zamyśleniu nawet nie zastanawiając się, czy to na pewno dobry pomysł; w końcu kiedy wróci, może być ono zabarykadowane, i nici z dalszego prześladowania klanowej medyczki.
W jej szczenięcej głowie zakwitł pomysł, czy nie mogłaby prosić swojego opiekuna o rozkazanie Kurce, by ta przyjęła ją na uczennicę? W końcu jest zastępcą! To nic nie kosztowało-
Aż zatrzymała się, z przekąsem uświadamiając sobie swoją naiwność. Przecież to żałosne. Jazgot musi traktować wszystkich równo, a z pewnością już traktować równo swoich podopiecznych. Ewidentne stawianie wyżej kogoś, ponieważ ten jest z nim związany, raczej nie poprawi zdania klanu na temat samca. Orchidea podrapała siebie po nosie, wykrzywiając pysk. Że też nie patrzy tak szeroko…
Rozejrzała się po obozie, bystrym wzrokiem szukając czegoś ładnego. Nie oczekiwała niczego konkretnego, jednak powinna spróbować planu B. Cóż, bycie miłym nie wychodziło jej najlepiej, skoro jednak nie da się osiągnąć swojego celu inaczej, co innego ma zrobić?
Zebrała z ziemi parę liści, tak naprawdę nie oglądając ich wcale. W miarę możliwości ułożyła je w jakiś sensowny bukiet. Nie starała się i doskonale o tym wiedziała, ale była leniwą kreaturą.
Był jeden mały problem. Kurki nie było w legowisku medyka.
Piripiri syknęła z oburzeniem, że ta debilka odważyła się zostawić ją samą w obozie.
Rzuciła swoimi liśćmi o podłogę i postanowiła, że odszuka samicę. Nie ma innej możliwości; przecież nie zdołała odejść daleko.

<Kurko?>
[733 słowa: Orchidea otrzymuje 7PD]