Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chaber × Rudzik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chaber × Rudzik. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2021

Od Chabra CD Rudzika

— Nie, nie wiedziałem. — Rozpromienił swój wcześniej zmartwiony pyszczek. Czyżby obcy mu, czarny uczeń chciałby wejść w nim w milszą relację? Podbiegł do niego, z głową uniesioną w górę, byle by nie stracić ptaka z oczu. Trzeba przyznać, dziwnie biega się z głową uniesioną w górę. Czerwono brzuchy odleciał spłoszony, czując, że wielki i potężny Chaber nadbiega. Biedak, nie wiedział, że nie powinien się tyle trudzić, w końcu Chaber to naprawdę dobrotliwy maluszek. Cóż, nie można mu mieć tego za złe, niemożliwe byłoby przemówienie do tego ptasiego móżdżka. Chaber mógł sobie pozwolić jedynie na wyobrażenie, jak to karci ptaka za to, że nie poznał go za pierwszym razem.
Starszy jednak nie przejmował się tak błahymi sprawami, jak myśli i wyobrażenia. Wściekły, obwinił i obwarczał Chabra za to, że ptaszyna odleciała, po czym oburzony siadł kilka długości lisa dalej. Chaberek przekrzywił łebek, nieco zdziwiony spoglądając na uczniaka. Szkoda, naprawdę sądził, że uda mu się urzec twarde serce starszego. Po kilkunastu, dłuższych chwilach, niebieskooki nieśmiało zbliżył się do ucznia.
— Jak... Jak masz na imię? — wymamrotał, siadając plaskaczem przy nim.
— A co ci do tego? Spadaj — odfuknął i obrócił się tak, że Chaber mógł co najwyżej podziwiać jego grzbiet.
— Czemu jesteś taki niemiły...? — mruknął, grzebiąc łapą w ziemi i bawiąc się kamyczkiem. No czemu do jasnej cholery on był taki niemiły?!
 <Rudzik?>
[217 słów: Chaber otrzymuje 2 Punkty Doświadczenia i 1 Punkt Treningu]

9 kwietnia 2021

Od Rudzika CD Chabra

Rudzik wykrzywił cierpko wargi, widząc nieokiełznaną chęć mordobicia u białawej. Z oczu jej źle patrzyło, ukazując równocześnie światu kompletnie inną naturę niźli aurę rodzonego brata. Tamten ewidentnie był ciapą. Bez dwóch zdań. Zaś ta pani, gdyby przynajmniej była trochę większą, mogłaby mu bez chwili zawahania się przegryźć gardło. A może była taka tylko dla niego? Wyprostował się, naprężając szczenięce ciałko. Nie da sobie jakiemuś podlotkowi w kaszę dmuchać, nieważne, jak wielkie miałby gdzieś ukryte pokłady miłosierdzia. Facet babie nierówny. Dzikie prawo dżungli. A przynajmniej nie wtedy, gdy jedna ze stron chce bezpodstawnie skoczyć drugiej do gardzieli. Może i się względnie mylił, ale wszak mleczna damulka ugodziła szablą w jego dumę i przejechała po niej traktorem.
Dziękował w duchu swemu szczęściu, iż biała wyhamowała niecały metr przed nim i zawróciła łeb w przeciwną stronę, tracąc nim zainteresowanie. Choć na te kilka sekund. Jakim popieprzonym prawem ona w ogóle pomyślała, by do niego startować? Była ślepa czy po prostu nie zważała na jego wyższą posturę, jak i silniejszy chód? Czuł, jak płynąca w jego żyłach jucha wręcz rozkazuje mu walczyć o utracony honor, nawet jeśli odebrał mu go nieco młodszy od niego szczyl. Mógłby ją zabić. Oboje nie umieli walczyć, bynajmniej on na pewno nie, więc wypadek wcale nie byłby niczym dziwnym. Wystarczyłoby, że chwyciłby ją zębami w czułe miejsce. Albo ta przeklęta cholera wydrapałaby mu oczy, mówiąc, że chciała się tylko pobawić. A potem wytarłaby pazurki o trawkę i jak gdyby nigdy nic odeszłaby w podskokach, zostawiając Rudzikowi kalectwo. Zacisnął szczęki, czując, jak jego trzonowce wołają o pomstę do nieba za takowe traktowanie. Dopiero po chwili opuścił gardę, cofając o kilka kroków.
Był tu nowy. Głupotą byłoby pchanie się w jakiekolwiek spory. Stał więc cierpliwie na deszczu, czekając na dalszy rozwój wydarzeń spod przymkniętych ślepi. Deszcz był miły, chłodny. Taki przyjemny. Jak się na niego rzuci, odepchnie ją tylko, a potem sobie pójdzie. Nie musi tutaj przecież być.
A potem ta mała kulka wydała z siebie coś na wzór warkotu wymieszanego z jękiem, wywołując u Rudzika nieukrywane zaskoczenie. Prawie podskoczył, spinając wszystkie łapy.
Nie przejął się tym, że pisnął. Wyć potrafi niemalże każdy pies, robiąc to bez większego trudu w swym zbytecznym żywocie. Ale rozeszło się o to, że w ogóle miał odwagę zainterweniować. Postawić się siostrze, która ewidentnie przewyższała go we wszystkim — rozmiarze, chęci do działania czy choćby życiowej energii. I na pewno była wyżej w ich małej familijnej hierarchii. Odgonił małą cholerę, bezlitośnie odpychając od Rudzika. Coś do niej mówił, stał przy niej chwilę. Rudzik odwrócił łeb, chcąc odejść.
W każdym miejscu, w którym się pojawia, stwarza chaos. Może warto rozważyć...
Rudzikowi wymsknął się spomiędzy kłów donośny pisk, niemalże natychmiastowo stłamszony płochliwym mlaśnięciem jęzora. Czemu ten karzełek kurdupel wraca do niego z podkulonym ogonem?
Mały wziął rzęsisty oddech. Przeprosił.
A Rudzik zaś zadławił się własnym.
Bez wahania wyciągnął łapę i zdzielił szaraka po łbie, delektując się ciepłotą jego futra przy pysku. Nie chciał go mocno uderzyć, więc zrobił to wierzchem łapy, od boku. Odepchnął go jednak od siebie, gdy ten, straciwszy równowagę, poleciał w jego stronę. Przytrzymał jedynie, by nie zaorał kłami w betonowym żwirowisku i postawił prosto, przytrzymawszy. Pal licho, gdyby jednak wylądował mordą w ziemistej brei, bo deszcz zrobił z tego miejsca niezłe bajoro. Chwila i będzie można gonić za żabami.
— Czy ty jesteś normalny!? — wydarł się mu do ucha, miażdżąc spojrzeniem — Nie przeprasza się innych — wysyczał — Popieprzony jakiś.
Rudzikowi stanął przed oczyma kochany tatuś. A potem matka, przy której czuwał do ostatniej chwili, błagając, by ta kiedykolwiek wybaczyła mu jego bezsilność.
— Nie rozumiem... — zaczął nieco żywiej szary, czując zapewne ból od strzału w szczękę — To moja wina...
— Nie! — warknąwszy, okrążył i rzucił przelotne spojrzenie mniejszemu. Nie miał siły dyskutować — Nie przeprasza się za innych. Zrozum! Nie masz wpływu na zachowanie obcych!
— Ale...
— Żadnych ale, knypku! 
A potem fuknął, jęknął litościwie, jakby do samego siebie i obróciwszy się gwałtownie, odmaszerował ze zwieszonym łbem i mętlikiem w głowie. Głupi. Czyżby więc powinien matkę przepraszać za ojca, gdy tamten wyrwał jej flaki?

Miał świadomość, że zachował się paskudnie. Okropnie. Przeklęcie źle. Ten młody był dla niego naprawdę miły. Czy to jakaś chora zaraza tego klanu, każdy miłosierny? A on wręcz na odwrót, zachował się jak szuja. Jakby dopiero do niego teraz to dotarło, wracając ze dwojoną energię, by bez cienia litości napsuć mu krwi. Wystarczał mu już problem z ojcem. A teraz na dokładkę dodali mu kolejnych?
Żywił do siebie urazę, że nie potrafi poradzić sobie z własnymi emocjami. Im bardziej starał się niektórych wyzbyć, z większą siłą takowe wracały. Nie był już pewien, co może zrobić. Z jednej strony uważał się za silnego, co przywali czy dogada każdemu, gdy zajdzie taka potrzeba. Ale w praktyce wychodził jednak na leszcza kulącego przed wszystkim ogon. Przemykał z cienia w cień, ukrywając swe istnienie. Miał jednak cichą nadzieję, że kiedyś będzie miał odwagę wyjść z dołka i zatrząść światem, nieważne już, z jakim efektem.
Zagryzł więc zęby, robiąc ku temu pierwszy krok. Szarego znalazł niemalże od razu, wracając w miejsce ich pierwszego spotkania. Od ich poznania minęła niecała godzina czy dwie, ale Rudzik odczuł to, jakby nie było go w tej okolicy co najmniej kilka księżyców. Bez lęku przed białawym hultajem wkroczył na tereny małego sadu, poznając spotkane wcześniej drzewa. Doszukiwał się szczeniaka, ale gdy nie znalazł go w przedniej części osiedlowego parku, skierował się w jego dalszą część. Mały siedział tam, gdzie wcześniej, z żałośnie zwieszonym łbem. Nie wyglądał zbyt radośnie. Rudzik zawahał się początkowo, ale potem jedynie przyśpieszył. Gdy znalazł się obok niego, usadził swe dupsko pod drzewem i nie zwracając uwagi na podejrzliwy wzrok niebieskookiego, zaczął młócić spojrzeniem pomiędzy liśćmi.
— Przestało padać — zauważył, wypatrując przy koronie drzew wszelakich ptaków — O, patrz, rudzik!
— Gdzie? — spytał nagle, również kierując swe jasne oczęta w stronę wierzchołka.
— Na prawej gałęzi, przy samej górze.
Mniejszy musiał go dostrzec, bo wydał z siebie ciche, aczkolwiek łagodne westchnięcie. A potem gapili się na ptaka przez parę dobrych minut, nie odrywając od niego spojrzenia choćby na sekundę.
— Wiesz, że Rudziki są mega? Normalnie takie badassy — zapytał po chwili, mając na myśli jedynie rudego ptaka, jak i cały jego gatunek. Dopiero po chwili zdał sobie jednak sprawę o swojej drobnej gafie, bojąc się, że nowy kolega spyta go o imię — Ekhem, ptaki. Rudziki ptaki.

<Chaberek?>
[1037 słów: Rudzik otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

31 marca 2021

Od Chabra do Rudzika

Szara kula puchu spoczywała niedaleko drzewa, gdzie to siostra ów kuli puchu, nakazała mu zostać. Oczywiście, spełni życzenie kochanej siostrzyczki, za którą mógłby skoczyć w ogień. Nie. On by nie pozwolił jej skoczyć w ogień. Jednak, gdyby już była w katastrofie, byłby w tej katastrofie wraz z nią. Mógłby się poświęcić również dla Cienia, który również powinien być gdzie w pobliżu.
Skulił się, czując, jak to pojedyncze krople deszczu spływają po jego sierści. Czy naprawdę wyglądał teraz tak mizernie? Rzeczywiście przypominał teraz bardziej porzuconą przytulankę młodego Dwunoga niż szczeniaka? Tak. Na pewno tak, ale czy go to teraz interesowało? Czy zwracał na to uwagę? Nie, nie myślał teraz o stanie swojego futra i nie dbał o swój dobry wizerunek. Po prostu słuchał się tego, co miało mu to powiedzenia rodzeństwo. Jego umysł znajdował się w znacznie innym miejscu. Nikt dokładnie nie wie gdzie, może nawet sam Chaber tego nie wie. Po prostu tam był, ale też nie musiał wiedzieć, gdzie zabłądził swoimi myślami. Może siedział na zielonej łące z dala od deszczu i zmartwień albo powoli tonął w oceanie, czując, że z każdą chwilą traci na siłach i opuszcza go duch? Być może, ale równie dobrze mógłby być gdzieś zupełnie indziej.
— Ey, mały kundlu? Co ty tu robisz? Z legowiska dla szczyli spieprzyłeś? — Do jego uszu dotarł nieprzyjemny głos. 
Uniósł nieśmiało łebek, spoglądając niebieskimi ślipiami na czarnego uczniaka. W tym deszczu mógł zobaczyć jedynie jego sylwetkę, w dodatku nie miał nawet sił, czy chęci, by bardziej wytężyć wzrok i lepiej przyjrzeć się nieznajomemu, jednak już po zarysie jego ciała można było wywnioskować, że do silnych i potężnych wojowników nie należy. Był to raczej uczniak, starający się na swoich treningach, jednak ledwo nadganiający za resztą. W Chabrowym serduszku pojawiła się iskierka współczucia. Podświadomie myślał, że ów uczeń dużo przeszedł w swoim życiu, mimo młodego wieku i w środku nie umie zaakceptować siebie i swojego nędznego losu. Szary przeleciał wzrokiem po okolicy, jakby spodziewając się, że lada moment pojawi się Szyszka i pomoże mu wykaraskać się z tej niezręcznej sytuacji. Cóż, nie wiedział zbytnio, co odpowiedzieć. W końcu, czarny nie wydawał się przyjaźnie nastawiony, a Chaberek obawiał się, że palnie jakąś głupotę i obcy go wyśmieje. 
— Czyli nie dostanę odpowiedzi? Świetnie — parsknął czarny, śmiejąc się cicho. Szczeniak spiął mięśnie, zażenowany samym sobą. Jak nie mógł nic odpowiedzieć przez tak długi czas? Idiota. Głupek.
Wtem poczuł, że staje koło niego inne ciało. Z początku myślał, że to uczeń coś kombinuje i znacznie się przeraził, jednak ów ciało znacznie różniło się od marnego, ale wyższego ciała czarnego. Już z samego poczucia.
— Czego chcesz od mojego brata?! — warknęła niewiele większa od brata sunia. 
Uczeń zdawał się z początku zdziwiony obecnością drugiego szczeniaka, którego w końcu tu być nie powinno, jednak szybko pokazał, że kpi również z białej suczki.
— Wracajcie lepiej do swojej mamusi, łajdaki!
— Łajdaki?! Ja ci dam łajdaki! — Szyszka wyszczerzyła białe kiełki, szarżując na czarnego. 
Szary poczuł, jak serce podskakuje mu do gardła, przed oczami miał już scenę, jak to Szyszka zostaje brutalnie odepchnięta i poraniona albo to bezimienny uczniak obrywa od ostrych kiełków małej suni.
— STOP! — Niewiele myśląc, wydobył z siebie dźwięk. 
Z początku, jakby jedynie jego pyszczek się otworzył i zamarł bez ruchu, tak przynajmniej wydawało się naszemu Chaberkowi. Mimo jego obaw, po okolicy odbiło się echo krzyku, a Szyszka gwałtownie wyhamowała i spojrzała nieco zdziwiona na brata. Niebieskooki zgadywał, że będzie na niego zła, w końcu ktoś ją obraził, a ten zabronił jej zemsty. — Nie możecie teraz się kłócić! Szyszko, wracajmy już lepiej do żłobka. O-on... — Kątem oka spojrzał na ucznia, jakby próbując przypomnieć sobie jego imię, którego i tak nie znał. Mniejsza o to. Zapewne jeszcze dowie się, jak nazywają tego młodego samca. — On ma rację.
Biała już rwała się, by ostro zaprzeczyć, jednak brat pchnął ją w stronę opuszczonego budynku, chcąc jak najszybciej oddalić ją od niebezpieczeństwa i uniknąć problemów. Gdy był już pewny, że ta zostawiła nieznajomego w spokoju i poczłapała w swoją stronę, wrócił szybkim krokiem do ucznia, narażając się na przemoczone futro, jednak nie zważał na to.
— J-ja... — Uniósł niebieskie ślipia na młodego wojownika. On był... Ciekawy. Interesujący. Chciał bliżej go poznać i dowiedzieć się, co kryje się za jego brązowymi oczyma. Był... Naprawdę piękny. Na swój sposób. — Przepraszam za Szyszkę.
<Rudziku?>
[707 słów: Chaber otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

19 marca 2021

Od Rudzika do Chabra

Z gardła Rudzika wydarło się ciche westchnięcie, pogonione karykaturalnym powtórzeniem jego własnych słów. Jakiś wojownik odgonił go od granic obozu z pobłażliwym wyrazem pyska, mówiąc równocześnie, żeby nie wychylał nosa, póki nie pozna terenów pod własnymi łapami. Rudzik przez chwilę gapił się na niego z widocznym zaciekawieniem, szukając w głowie odpowiednich słów, by grzecznie zapytać się go o imię. Nie zdążył jednak, pacnięty w bok łapą. Cudem utrzymał równowagę, ratując się tym, że cios skierowany był w bark i ledwo zahaczył o jego grzbiet. Ziemia zaś zadrżała, ale wojownik przyjaźnie się uśmiechał. Rudzik przełknął ślinę, nie wyobrażając sobie, jakie uderzenie mógłby od niego otrzymać, gdyby był wrogiem klanu. Przez kręgosłup przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz. Posłusznie jednak przyjął odmowę, nie chcąc wyjść na pyskacza i ruszył szwendać się w inne okolice, nie mając ochoty pozostać w miejscu. Miał wrażenie, że każda sekunda w bezruchu cofa go niewyobrażalnie na tle innych uczniaków i wiążę nieumiejętnością nadążania za innymi — a na to pozwolić sobie nie może. Pierwszym krokiem było ogarnięcie otoczenia wokół siebie. A bynajmniej na tyle, by nie zgubić się przy pierwszej lepszej okazji.
Stare blokowisko roztaczało wokół siebie postrzępione cienie a on, czując na sobie nieprzyjemne promienie słońca, chował się więc pod nimi i przeczekiwał, aż wielka kula ognia nie zniknie za chmurami, choć na chwilę. Potem kontynuował swoją wędrówkę, wlepiając ciemne ślepia w każdy nieznany mu obiekt. Niby wiosna, ale czuł się jak prażynka. Iście przypalona prażynka. Ratowała go jednak perspektywa deszczu, bo na horyzoncie zbierały się brunatne kłęby powietrza. Rudzik zmrużył ślepia, szczerząc radośnie kiełki. Ich ciemne zabarwienie raczej nie zwiastowało dobrej pogody.
Jeśli zaś chodzi o jego istotę w klanie, to był nowy, cholernie przerażony i niemalże nagi emocjonalnie, szczękając nerwowo zębami i chadzając w koło jak popieprzony wariat. Ekspedycje traktował jak ucieczkę przed innymi, którzy mogli zadać niewygodne pytanie. Wystarczy już, że przywódca tego zlepka wszelakich psów, jak i Szałwia dowiedzieli się o jego przeszłości — uważał, że nikt inny na razie nie musi. Nie bał się odrzucenia, bo tego wręcz po niektórych oczekiwał. Ale nie był w stanie przyjąć do siebie faktu, że te głupie psy przyjęły go bez słowa sprzeciwu. Ba, gdyby tylko przyjęły! Jego nowi towarzysze pozwolili mu się najeść do syta, dali bezpieczne schronienie i poinstruowali, co musi zrobić, by dołączyć w ich szeregi i to w taki sposób, jakby nie byli w stanie przyjąć odmowy. Już traktowali go jak swojego. Mimowolnie poczuł się przez to małym trybikiem w ich wielkiej społeczności. A to wszystko zrobiły w ciągu dwóch dni, mianując go niemalże od razu uczniem i wciskając do ich legowiska. 
A on jak skończony dureń potakiwał im za każdym razem, podwijając pod sobą ogon.

Miał wrażenie, jakby był najsłabszy ze wszystkich zebranych tutaj uczniów. Większość umiała już polować, nadążać cwałem za biegiem swojego mentora i umykać przed jego kłami, gdy ćwiczyli walkę, która wyglądała jak prawdziwe starcie. Wyłapywał jednak, że nauczyciele nie ranili pazurami delikatnych tkanek i nie biorą takie rozmachu, gdy celują w okolice łba czy brzucha. Nie gryźli też. Przed oczyma stanął mu wojownik, który dzień wcześniej klepnął go w bark i podpatrzył, jak jeden ze szczeniaków unika ciosu kilkakrotnie silniejszego. Przypominali już małych wojowników, których jedynym uszczerbkiem był młody wiek — ale upływ czasu jest jedynie... kwestią czasu. Rudzik przełknął ślinę, starając się stanąć prościej. Szałwia nie może go zobaczyć w takim stanie. Co, jeśli stwierdzi, że jest zbyt miękki, by walczyć? Odrzuci jego kandydaturę i pozbawi statusu ucznia, niemalże obdzierając z resztek szansy na morderstwo ojca? Nie, nie mogłaby. Ale co, jeśli jednak?
A potem zobaczył jego, akurat wtedy, gdy zaczęło kropić letnim deszczem.
Rudzik kierował się do legowiska uczniaków, chcąc znaleźć Szałwię. Wiedział, że ma szczenięta i może nie mieć czasu, ale musiał spróbować ją gdzieś złapać. Chciał z nią porozmawiać. Odwiedzić. Może po prostu poznać? Podpytać o rady, jak ma się zachować. Jeśli była wojowniczką, mógłby ją podziwiać. Spotkał ją jednak tylko raz i to przelotnie, więc nie był pewien jej osoby. Wydawała się przyjaźnie nastawiona. Nie znał jednak tu jeszcze nikogo i logicznym posunięciem wydawało się znalezienie nici porozumienia z przydzielonym mentorem. Jakimś cudem znalazł się na placu porośniętym drzewami z nieharmonijnym tłem dziwnie powyginanych prętów, z których odrywały się płaty wypłowiałej farby. A potem dostrzegł miarowo oddychającą kulkę futra wciśniętą pomiędzy pniem wiśni.
Gościu wyglądał jak siedem nieszczęść, których jakaś tajemna siła magicznie zdublowała działanie. Szary zerkał na boki apatycznym spojrzeniem, kiwając pyskiem na boki. Jakby coś nucił. Z tej odległości ciemny nie był w stanie wyłapać słów, więc zbliżył się w jego kierunku o długich kilka kroków. Tamten jednak zauważył go niemalże od razu, bezwładnie zatrzymując w miejscu. Gdy młodziak spojrzał Rudzikowi w oczy, ten aż podskoczył. Nie, że ze strachu. Nie z lęku. Ale z zaskoczenia. Szczerego i kłującego w piersi. Aż zabolały go żebra od oddechu, który mimowolnie znalazł się w jego płucach. Do pustego łba przyszło mu tylko jedno słowo — piękne. Nie był w stanie wypowiedzieć tego na głos, bo gardło zacisnęło mu się w supeł. Nawet chrząknąć nie mógł. Dopiero po kilku sekundach odzyskał sprawność w kończynach, gwałtownie skracając pomiędzy nimi odległość. Ale w międzyczasie na jego pysku pojawił się raczej wyraz podejrzliwego zmarkotnienie. Nie, mógłby wyjść na debila. Co nie zmieniało faktu, jak bardzo spodobały mu się cudowne ślepia małego towarzysza. Chciał powiedzieć „popatrz na mnie jeszcze raz i nie mrugaj”, ale od razu wyzbył się tej szurniętej propozycji i zastąpił ją chłodną kalkulacją jego możliwości bojowych. Szczeniak wydawał się młodszy. A co za tym idzie i mniejszy.
Nie, nie wydawał się mały — to ogromne drzewo wokół karykaturalnie go zmniejszyło, jakoby tworząc z podlotka zwierzę dwukrotnie mniejsze. A potem Rudzik wziął głęboki wdech, podrywając łeb do góry. Korona przyjemnie pachnącej wiśni mrugała do niego, łaskocząc wiatrem w ślepia i podgardle. Spodziewał się kwiatów na drzewie, ale zobaczył jednak niewyraźne i nierozwinięte pąki. Pewnego rodzaju zawód wyszeptał mu innego rodzaju prawdę. On też był kurduplem pod liściastym płaszczem.
Co nie zmieniało faktu, że ewidentnie przewyższał wzrostem siedzącego w kącie pnia psiaka. Deszcz unikał jego futra, brodząc w korze. Rudzik zaś stał w jego zasięgu, czując, jak kropelki kaskadowo spływają mu między oczyma czy karkiem.
— Et, mały kundlu — warknął, pozwalając równocześnie, by z gardła wyrwał mu się nieco stłumionych charkot. Nie chciał zostawić tego szaraka samego, ale bał się okazać swoje zainteresowanie nawet ewentualnym zawarciem przyjaźni czy sojuszu — Co ty tu robisz? Z legowiska dla szczyli spieprzyłeś?

<Chaberek?>
 [1054 słowa: Rudzik otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]