Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drżący Szept. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drżący Szept. Pokaż wszystkie posty

6 czerwca 2022

Od Drżącego Szeptu CD Pustynnego Wiatru

W czasie panowania Piaskowej, potem się przybliżamy do teraźniejszości
Miałam dwie opcję. Opcję A stanowił jeden z tych tekstów, jakimi często rzucałam w podobnych sytuacjach. Coś w stylu „nie zesraj się” albo „twoja stara”. Opcją B było długie i zmęczone westchnięcie, jakbym naprawdę miała dość Pustynnego. Co nie było tak dalekie od prawdy. W międzyczasie, podczas zastanawiania się nad swoją niedaleką przyszłością, zakaszlałam. Żeby nie było zbyt cicho.
Postąpiłam według planu B, wiedząc, że powinnam zostać pozytywnie zmieniona przez jak najdłuższy czas. Nie uśmiechało mi się wracać do dawnych nawyków i zachowywać się jak wrzód na dupie Industrii. Zresztą, mój klan miał teraz wystarczająco dużo problemów i nie potrzebował dodatkowych ukąszeń — Piaskowa Mara odgryzła im głowę, koszmarnie reprezentując wszystkich Ognistych i rujnując naszą reputację.
Czy kaszel i westchnięcie nie wygląda nienaturalnie w tak krótkich odstępach czasowych?
Nie, nie wygląda na to, żeby Pustynny zauważył lub zamierzał jakoś zareagować nienaturalność. Tfu, jakby takowa istniała. Myślę, że mogę zadecydować, czy zakaszlę, czy westchnę. Albo czy zrobię jedno po drugim.
Moja buntownicza natura kazała mi powtórzyć swe zachowanie. Znowu zakaszlałam, a potem przeciągle wypuściłam powietrze ze swoich płuc. Nikt nie będzie mi się sprzeciwiał.
— Widzisz, ja mam problemy z kręgosłupem a ty z oddychaniem — mój ojciec odwzorował moje westchnięcie (a niech cię Infernum pochłonie, odgapiaczu) jakby też chciał mieć trudności ze wciąganiem i wyciąganiem powietrza. — Usiądź sobie obok mnie, córko, i złap trochę oddechu.
Padłam na ziemię w istocie jak nieżywa. Ta rozmowa prawdopodobnie, tak czy siak, doprowadzi mnie do tego stanu. Wyprostowałam się więc, by oddać żywot godnie a mój umysł pracował na najwyższych obrotach, by znaleźć jakiś dobry sposób na wykorzystanie tej chwili.  
— Co sądzisz, o tym, co się dzieje z twoją córką? — spytałam, chcąc poznać opinię eksperta.
— Nie wiem, o kim mówisz. Piaskowa Mara już nie jest moją córką.
— O mnie. Wczoraj zjadłam TAKIEEEGO ślimakaaa, i chciałam wiedzieć, czy zjadłeś kiedyś większego?! Był TAAKI wielki, jak mój ogon, albo twoje przyrodze-
— Zdradziła nasz klan — przerwał mi. — Nie zasługuje na temat naszych rozmów.
— No nie wiem, ja bym tam chciała porozmawiać z kimś starszym, na temat tego, co o tym uważa. Wyglądasz na takiego, który przeżył już co najmniej dwieście księżyców, a mądrość masz równą pięknu. Zresztą, jeżeli omijalibyśmy nieprzyjemne tematy, a rozmawiali o motylkach, to wszyscy stalibyśmy się jak Promyczek. A jeden Promyczek wystarczy na każdy klan.
Postanowiłam zamknąć się w tym momencie i pozwolić mu mówić. Po części wzięło się to z powodu, iż mój brat w ostatnim czasie nie zachowywał się jak on. Jeżeli dokładnie teraz wszyscy mielibyśmy być Promyczkami, to sądzę, że Industria masowo, w szeregu, poszłaby popełnić samobójstwo.
(Gdyby Wieczorynka mnie usłyszała … Załamałaby się, biedne dziecko)
Jeszcze do późnego wieczora rozmawiałam z moim ojcem, a ten widocznie zapomniał o patrolach i o moim ślimaczym posiłku, ponieważ nawet nie próbował przerywać rozmowy, aby móc uciec służyć klanowi. Chociaż większość czasu zrzędził lub obdarowywał mnie bezsensownymi gadkami moralnymi, to dobrze było kogoś posłuchać kogoś oprócz własnego mózgu w tej sprawie. Nie czułam się dobrze, kiedy psy omijały ten temat, jakby udając, że Piaskowa nie istnieje. A istniała. I była realnym zagrożeniem. Oprócz tego była moją siostrą. Siostrą, którą ignorowałam. Teraz ignorować jej nie będę, a jeżeli wybuchnie do wojny pomiędzy nią a Industrią, zamierzam własnoręcznie wydłubać jej oczy — za to, co zrobiła mojej rodzinie. Za to, co zrobiła mojemu rodzeństwu, mojemu ojcu, i za to, co musi przechodzić moja matka, kiedy ogląda to z góry.
Jak się okazało, wcale nie byłam tą, która zrobiła jej kuku.
Musiałam co prawda czekać księżyce, jednak wszystko nastąpiło w swoim czasie i nastąpiło całkiem sprawnie. Piaskowa Gwiazda powróciła do miana Piaskowej Mary i została zabita przez prawowitego władcę Flumine. Gwiezdni jedyni mogli wiedzieć, jak osądzić jej duszę, o ile to nie oni ją zesłali — ten lęk pojawił się znikąd tuż po jej śmierci, jednak razem z czasem rozwiewał się. Ja zaś utwierdziłam się w przekonaniu, że sprawiedliwości stała się zadość, chociaż moje serce zdecydowanie protestowało, iż miałam w wyroku zbyt mały udział.
Zerowy, mówiąc wprost.
Wiecie, kiedy nachodziły mnie przemyślenia dotyczące życia, nie byłam pewna, jak przyzwyczaję się do myśli, że brałam czynny udział w tworzeniu tego potwora, a potem nawet nie przyłożyłam łapy do cofnięcia zdarzenia. Nachodziło mnie też wiele innych przemyśleń: dlaczego jeszcze żyję, ile czasu minie, zanim stanę się jak ona, oraz czy geny Malwowej miały wpływ na tok rozumowania Piasek.
Tymczasem mój ojciec dochodził do siebie. Ponownie zaczął wytykać mi błędy i oferować swoje towarzystwo na polowaniach, widocznie chcąc zjednoczyć rodzinę. Ja sama zresztą nie wiedziałam, czy to cokolwiek da, ponieważ pustynni sypali się w oczach. Nie zdziwiłabym się, gdyby Płomienni plotkowali o tym, iż Gwiezdni uwzięli się na naszą rodzinę czy inne brednie. Mówić im nikt nie zabroni. W końcu faktem było to, że wszyscy rozdzielaliśmy się od siebie. 
Kiedy chwilami patrzyłam na mojego ojca, zastanawiałam się, kto odejdzie następny. Jednak nie wydawało mi się, żeby to on był pierwszy w kolejce. Był zbyt rozpoznawalną postacią w moim życiu, żeby mógł tak nagle z niego zniknąć. Przynajmniej nie teraz, kiedy jeszcze nie wyjaśniłam sobie z nim wszystkiego. 

<Pustynny Wietrze?>
[831 słów:Drżący Szept otrzymuje 8PD]

3 kwietnia 2022

Od Drżącego Szeptu CD Omszonej Krtani

Fakt został dokonany i Ciepły odszedł, pozostawiając całą swoją rodzinę dla nowej. Wiedziałam, co mam o tym myśleć — przez długie godziny rysowałam w swojej głowie wykresy i sporządzałam listy przyczyn oraz obliczałam prawdopodobieństwo wydarzeń, które nastąpią potem, na każdym z tych etapów utwierdzając się w przekonaniu, że Ciepły to istotnie debil, dla którego najpiękniejszą przyszłością byłoby zmielenie przez jedno z tych dziwnych urządzeń dwunożnych. Zanim jednak postanowiłam wymierzyć sprawiedliwość, pohamowałam swoje emocje, starając się zrozumieć, że dla Ciepłego naprawdę wiele znaczy Żałobna Pieśń i jej szczeniaki (szczerze mówiąc, nie udało mi się to, ponieważ nigdy nikogo nie kochałam, a ze szczeniakami miałam tyle wspólnego, co moje nieszczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa).
„Żałobna Pieśń i jej szczeniaki”. Nikt mnie nie zmusi, bym zaczęła mówić „Żałobna Pieśń i ich szczeniaki”, najlepiej z uśmiechem na pysku i zachowując się jak jedna z tych wkurwiających samic, które odwiedzały mnie w żłobku, gdy byłam mała i doprowadzały mnie do myśli autodestrukcyjnych.
Cóż, być może pomysł doprowadzenia do ich samobójstwa nie byłby-
Drżąca, debilu, Gwiezdni na ciebie patrzą.
— Co racja to racja, lojalne to nie było — przyznałam, a na moim pysku brakowało aprobaty. — Szwenda się za jakąś staruszką z innego klanu, robiąc sobie z nimi dzieci — pohamowałam się od brzydkich stwierdzeń, używając czegoś milszego — lekka kraksa można by rzec.
— Lekkie wgniecenie — byłam pewna, że to właśnie odpowiedział Omszona Krtań, chociaż jego roziskrzony wzrok przywodził mi na myśl bardziej wykwintne sformułowania.

⨯ ⨯ ⨯
 
Niańczenie Nagietka musiało się kiedyś skończyć, a chociaż chłopak był dobry i posłuszny, to i tak wolałam wrócić do starej, słodkiej sielanki i nicości. Co prawda, poczucie obowiązku było dość przyjemne, aczkolwiek po jakimś czasie te dodatkowe godziny spędzone na doskonaleniu czyichś, nie swoich, umiejętności, zaczęły być męczące. Kiedy więc Ciepły wrócił, ze znużeniem oddałam gówniaka pod jego skrzydła, próbując jednocześnie nie zabić Żałobnej Pieśni. To nie tak, że ją za coś winiłam. Mogłaby po prostu nie zachodzić w durną ciążę i nie rodzić tych tandetnych kulek sierści (kocham małe dzieciątka), albo chociażby nie mieć tej dziwnej twarzy, która wprost zachęcała, by w nią walnąć.
Prędko zauważyłam, że Żałobna jest nieco szybsza ode mnie, musiałam więc porzucić myśl o morderstwie. Dobra, morderstwo byłoby przesadą: musiałam porzucić myśl o powiedzeniu Aha.
Co do samych szczeniąt, to nie do końca wiedziałam, co mam o nich sądzić. Takie kurduple głupie, nieróżniące się od innych głupich kurdupli. Nie zamierzałam mieć o nich gorszego zdania niż o pozostałych, tylko dlatego, że ich rodzice byli nieodpowiedzialni. Chociaż byłam pewna, że takową negatywną opinię zdążą sobie wyrobić.
Jednak patrząc na Wieczorynkę, musiałam stwierdzić, że z tego głupiego kurdupla może coś wyjść. Fundamenty miała dobre. Jeżeli przekonałaby się do tatusia i została w klanie, mogłabym przeżyć ten fakt. Ale reszta niech wypierdala.
Spędzałam kolejne dni, tak właśnie uroczo rozmyślając o tej rodzinie, nawet nie zauważając, że młode rosną przerażająco szybko, a o Ciepłym i Żałobnej myślę coraz gorzej.
 
⨯ ⨯ ⨯
 
No kurwa, ale te pchły gryzą — pomyślałam, będąc u medyka. Chociaż pierwsze objawy zignorowałam (bo serio, iść do medyka przez to, że cię dupa swędzi? Coś nie halo) to gdy ledwo mogłam usiedzieć w spokoju przez dwa mrugnięcia okiem, postanowiłam zrobić cokolwiek w kierunku powrotu do normalnego funkcjonowania. Nie przysłużę się klanowi, jeżeli jedyne, do czego będę w stanie, to drapanie się w kroczu. 
Westchnęłam, kiedy Szara Skała nareszcie skończył. Wymamrotałam jakieś słowa podziękowania, i nawet nie czekając aż odpowie, czym prędzej wyszłam z legowiska medyka. Do moich uszu doszedł dobrze mi znany głos Omszonej Krtani, prawdopodobnie właśnie na coś narzekający. Standardowo.
Myśląc, że powinnam coś zrobić, poszłam sobie pospać. Też standardowo. Na wytłumaczenie mam tylko to, że przez to cholerne swędzenie od dawna nie mogłam porządnie się wyspać. 

<Omszona Krtanio?>
[602 słów: Drżący Szept otrzymuje 6 PD i może się wyspać]

3 lutego 2022

Od Drżącego Szeptu CD Agatowej Łapy

8 księżyców temu, potem teraźniejszość
Kiedy tylko zobaczyłam wroga w obecności młodego, nie zastanawiałam się nazbyt długo. Runęłam z całym swym impetem na borsuka. Obok mnie zawisł zdziwiony krzyk uczennicy, którą ominęłam, by móc wykonać ów wybicie.
Wiedziałam, że nie zabije go w pojedynkę. Może chociaż uda mi się go przepędzić? Albo co najmniej zajmę go na wystarczająco długo, by ten bezmyślny przydupas zdążył uciec?
Mogłaby wychodzić z kimś starszym — przeszło mi przez głowę, gdy zadawałam zwierzęciu kolejny cios. — Nie wydaje się aż tak doświadczona, by stawiać czoła czemukolwiek oprócz liści.
Prychnęłam, gdy przed oczami stanęła mi wizja Agatki walczącej z martwą naturą. Byłoby zabawnie, gdyby nawet rośliny ją pokonały, w jakiś dziwny sposób obezwładniając ją. Czy coś takiego. Ale ja mam żałosne myśli, nie? Jednocześnie odskoczyłam od mojego jakże walecznego wroga, który wyglądał, jakby ktoś mu przywalił. Zresztą, co mu się dziwić? Pewna Drżąca przywaliła mu już nie raz, nic więc dziwnego, że parę sekund później nie było to wśród nas. Uciekł do swojej mamusi, pokazując męstwo godne borsuka.
Chyba był młody — pomyślałam. — Dorosły tak szybko nie uciekłby. I nie byłby taki mały. I walka byłaby trochę trudniejsza. Bądźmy szczerzy, mogłoby mnie wtedy już tutaj nie być.
Czułam na sobie niedowierzający i pełen zachwytu wzrok młodzika. Automatycznie poczęłam starać się o brak kontaktu wzrokowego, swoje spojrzenie kierując w innym kierunku. Oczywiście sądziłam, że to genialne, kiedy inni cię podziwiają. Ale gdy dotarło do mnie, że nie myślałam o niej zbyt dobrze, a w dodatku jeszcze niedawno sama traktowałam w ten sposób innych, poczułam zażenowanie. Niezbyt mi się to należało, jakby tak trzeźwo nad tym pomyśleć.
Och, niech zabierze te gały. Inni przecież też będą się na nią kiedyś tak patrzyć, o ile nie zginie na tym obozie survivalowym.
— Wracaj do obozu — mruknęłam do Agatki. Zaraz też dodałam ciszej, do siebie, drugą część zdania. — Trzeba zobaczyć, czy jest ich więcej i zrobić sprawozdanie.
Uczennica powróciła do żywych, nagle podskakując.
— Pomogę ci! — zaoferowała się. — Mogę być naprawdę przydatna — próbowała siebie sprzedać, i może udałoby się jej to, gdyby nie fakt, iż rozmowa ta prowadzona była z Drżącą.
— Następnym razem zje cię borsuk, i nie będzie nikogo, kto cię uratuje — westchnęłam, odchodząc. Pozostawiona sama sobie Agatka wyglądała na dość zdezorientowaną. Po chwili postanowiła ponownie wziąć głos, delikatnie mnie szturchając. Widocznie proszenie o pomoc nie przychodziło jej tak łatwo, jak jej rówieśnikom, ponieważ robiła to z wyraźną niechęcią, wzrokiem szybując gdzieś po niebie.
— A pokazałabyś mi, w którą stronę obóz? — zapytała niespokojnie, chociaż lekko, na pozór nic wielkiego nie kryjąc za zwyczajną prośbą.
Przypomniało mi się, iż ktoś z klanu wspominał, że jeden ze szczeniąt Sowiego Pazura ma problem z orientacją w terenie. Trochę gówniane zaburzenie, patrząc pod uwagę, że w mieście większość terenów wygląda i pachnie podobnie (wiecie, domy dwunożnych są takie same, i są ich całe stada). Dość niechętnie kiwnęłam głową, postanawiając, iż najwyżej później wrócę w to miejsce. Chociaż borsuki nie załatwią się same, to Agatowa Łapa również samodzielnie nie wróci szczęśliwie do domu. Kto wie, co czekałoby na nią w odmętach tej jakże długiej drogi (jest cholernie krótka, ale szczeniak chyba chodził w kółko)?
— Następnym razem zaznaczaj sobie jakoś drogę, bądź też zostań w obozie — pouczyłam ją, lekko znudzona.
Szczeniak powiedział coś cicho, jednak nie zamartwiałam się, czy jest to grzeczne przytaknięcie, czy też jakaś wredna uwaga. Niezbyt dobrze ją znałam, jednak nie zależało mi na tym; to, jaki ma do mnie stosunek, jest jej sprawą. Póki nie robi mi nic złego. No, ale obstawiałam to pierwsze, wciąż czując na sobie to jej pełne szacunku spojrzenie.
 
⨯ ⨯ ⨯
 
Niezbyt uroczy ranek, niezbyt dobrze się zaczynający. Szare chmury zasłaniały całe niebo, płynąc po nim ospale, zaś powietrze było suche i zmęczone — zapowiadało najbliższy deszcz. Nie mając szczególnej ochoty, siedziałam w magazynie, na swoim posłaniu, obserwując psy, które podjęły takie same działania jak ja. Lenienie się. Nie był to jednak każdy, bowiem choćby Agatowa Łapa widocznie próbowała podjąć swój właściwy trening, wychodząc na polowanie. Spokojnym wzrokiem obserwowałam ją, gdy wróciła z myszą w pysku. Ja również wstałam na nogi, szykując się, by również zrobić coś pożytecznego. Starałam się nie marudzić, tyle, co dawniej, także najzwyczajniej wyszłam na pole, zmuszając samą siebie do aktywności. Poprawa; zrobiłabym to, gdyby nie ulewa, która właśnie się rozpętała.
— Super — cicho powiedziałam, uśmiechając się krzywo i z powrotem kierując się do swojego legowiska.  Zanim jednak dotarłam do niego i smacznie zasnęłam, ruszyłam w głąb magazynu. Postanowiłam rozruszać swoje stare kości, zamiast spać połowę dnia.
W miarę, gdy zwiększałam ilość wykonanych kroków, półek z kwadratowymi paczkami było więcej, a kartonów na ziemi ubywało. Panował tutaj większy porządek, chociaż na ziemi wciąż było pełno kurzu i brudu, jaki zostawiali po swoich wizytach dwunożni. Obwąchałam jeden ze śladów, utwierdzając się w swojej tezie.
Korytarze, albo chociażby przejścia pomiędzy metalowymi konstrukcjami znikały w oczach, podczas gdy samych gigantycznych szaf pojawiało się coraz więcej, zaludniając większość dostępnej przestrzeni. Gdy do mojego nosa dotarł świeższy zapach dwunożnych, postanowiłam nie iść dalej. Zaciekawiła mnie natomiast inna woń, mianowicie małego potwora dwunożnych. Powzięłam sobie za zbadanie ów obiektu, kierując się za zapachem, by dojść do niezidentyfikowanego obiektu.
Stał pod jedną z półek, jakkolwiek dwunożni zwali rzecz, na której postawiali swoje przedmioty. Był dziwnej konstrukcji, płaski, jakby zapraszający do przejażdżki, z dziwnym, wysokim i żółtym uchwytem. Wyglądając niemal nieszkodliwie, spokojne spał. To, co mnie zdziwiło, to była siedząca obok niego Agatka. Obwąchiwała przedmiot, ja natomiast w tym samym czasie podbiegłam do niej szybko i bezszelestnie, bojąc się obudzić wroga.
— Czyś ty… — syknęłam, na co ona przestraszona podskoczyła, lądując na potworze. Wielkimi oczami obserwowałam, jak ten się budzi i spokojnym truchtem rusza w głąb swojego terytorium.
— Zatrzymaj go! — krzyknęłam zdziwiona, co wyglądało zabawnie, ponieważ pojazd jechał mocne trzy długości ogona na dwa mrugnięcia okiem (na dwa naturalne, rzecz jasna, pojawiające się same, bez naszej zgody).
— Nie potrafię! — w jej głosie słyszałam wzburzenie.
Podbiegłam do pojazdu, próbując złapać go zębami, co jednak zakończyło się tylko jego przyśpieszeniem. Budziła się we mnie obawa, że Agatka najzwyczajniej odjedzie w stronę świeżego zapachu dwunożnych (ponieważ właśnie tam się kierowała) i spotka któregoś z przedstawicieli ów gatunku, szybko więc zdecydowałam nad swoją rozterką i wskoczyłam na potwora. Agatowa Łapa krzyknęła zdziwiona, ponieważ siła mojego skoku prawie ją zmiotła z powierzchni auta. Może byłoby to lepiej dla niej.
Niestety, przedmiot nie zwolnił — to właśnie chciałam osiągnąć, dokładając do masy Agatkę swoją, dość pokaźną wagę. Wbrew moim wszelkim życzeniom przyśpieszyliśmy i zmieniliśmy kierunek, o długość włosa mijając najbliższą szafę.
— Święci Gwiezdni — mruknęłam. — Zatrzymajmy to coś, zanim rozwali parę pudełek. Dwunożni spostrzegą wtedy, że ktoś tutaj był. A chyba nikt nie chce mieć z nimi konfrontacji.

<Agatowa Łapo?>
[1084 słowa: Drżący Szept otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

5 stycznia 2022

Od Drżącego Szeptu

Zapowiadał się kolejny, nudny acz normalny dzień. Nasza społeczność była całkowicie spokojna, chodziła na patrole i polowania oraz grzecznie wypełniała swoje inne obowiązki. Jak zawsze. Moje rodzeństwo, o dziwo, wciąż zdobywało wiedzę by móc zostać wojownikami. Nie mówię oczywiście o Piasek. Ona akurat od dawna przestała być uczennicą.
A co do uczniów…
Właśnie jednego dostałam.
Dobra, może nie „dostałam”. Zgodziłam się nim zaopiekować, podczas gdy jego pełnoprawny nauczyciel będzie przebywał w Ventusie. Mentorem ów szczeniaka był sam Ciepła Pleśń. Doskonale wiedziałam, iż ma z nim niesamowitą relację, i nigdy nie podejrzewałabym go o porzucenie Nagietka. W końcu co jest dla niego ważniejsze od własnego klanu i swojego ucznia? I od przyjaciółki?
— Cześć, Drżąca — przywitał się ze mną z uśmiechem. I tak to wszystko się zaczęło. —Czy poprowadziłabyś trening Nagietkowej Łapy przez trzy księżyce? Nie chcę, by miał zaległości.
Wyglądał na zmieszanego. Czyżby to przez to, że prosi mnie o pomoc? Przekrzywiłam zamyślona głowę, uważnie go obserwując. Nie. Powód musi być inny.
— Dlaczego? — krótko spytałam. Wyglądał, jakby spodziewał się tego pytania, co wcale nie ułatwiało mu odpowiedzi na nie.
— Cóż… — zaczął niechętnie. — Mam parę spraw do załatwienia w Ventusie, które nie cierpią zwłoki.
Patrzyłam się na niego w ciszy, rozważając, czy powinnam drążyć temat. Z jednej strony nie musi mi mówić o wszystkim, jednak z drugiej… Tak — postanowiłam. Czułam, że najzwyczajniej powinnam wiedzieć, co dzieje się w życiu mojego przyjaciela. Tym bardziej, iż oblał mnie wielki niepokój, gdy Ciepły wspomniał o Ventusie. Co mogło się takiego stać, iż on sam musi się tam udać? Chyba nie ma żadnego konfliktu między naszymi klanami?
— Pójdziesz z kimś?
— Nie.
Ponownie zamilkliśmy. Czyli nie zgodzi się, bym wyruszyła z nim? Szkoda. Zdecydowanie nie chciałam puszczać go samego. Jest dobrym wojownikiem, ale jeżeli napadnie na niego cały patrol Wietrznych, nawet on nie zdoła się obronić.
— A co się tam takiego stało? — łagodnie zapytałam, jednocześnie zaniepokojona i ciekawa odpowiedzi.
— No… Ja… — wiedziałam, że prawda będzie go wiele kosztować, jednak kłamstwo będzie dla niego cięższe. — Mam szczenięta.
Co.
Moja mina drastycznie się zmieniła. W zasadzie żałuję, że sama jej nie widziałam. Musiała to być mieszanka rozczarowania, żalu i bezsilności, której obiektem był czyn, jakiego dopuścił się mój przyjaciel.
— Z … kim?
— Raczej się nie znacie.
— I jest z Ventusu?
— Tak.
Ponownie zapanowała cisza. Tym razem była niezręczna. Czy Ciepły oczekiwał ode mnie więcej zrozumienia? Jeżeli tak, to przykro mi. Ja też czegoś od niego oczekiwałam! Lojalności wobec klanu. Wobec członków tego klanu. Wobec jego rodziny! Wobec przyjaciół! Czy tak wiele by to go kosztowało? Czy naprawdę nie mógł się powstrzymać?!
Emocje opadły. Serce nie sługa, jak powiadają. Muszę patrzeć na to bezosobowo. Miłość nie może być traktowana jako błąd. Chociaż czasami nim jest.
— Jasne — niezbyt naturalnie, gdyż zbyt szybko, zgodziłam się. — Zaopiekuję się Nagietkiem.
— Dziękuję — widać było, że kamień spadł mu z serca. — Nie chcę, żeby stał w miejscu. Jeżeli będą problemy, to powtórzę z nim to, co ty go nauczyłaś. Jak tylko wrócę. Ostatnio przerabialiśmy pozycje łowieckie. Zobaczysz zresztą, co już umie, a umie bardzo dużo — wyjaśnił mi, szykując się do wyjścia.
— Już teraz? Idziesz? — zdziwiona spytałam się go. Myślałam, że pożegnamy się bardziej oficjalnie. I zajmie to nieco dłużej.
— Cóż… Tak. To była ostatnia sprawa, którą musiałem załatwić — nieco zmieszany odparł. — Jeszcze raz dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
Ciekawe, co zrobiłby bez swojej dziewczyny? Chyba jeszcze mniej. Wojownik zbliżył się do wyjścia z naszego legowiska, w którym odbyła się cała ta rozmowa. Teraz już mojego. Zszokowana i znieruchomiała obserwowałam, jak odchodzi.
— Baw się dobrze, Ciepły.
Zdanie to zatrzymało go w ostatniej chwili, jaka dzieliła go od opuszczenia tego miejsca. Ponownie się odwrócił, uśmiechając się. I zniknął.

[602 słów, Drżący Szept otrzymuje 6 punktów doświadczenia]

3 stycznia 2022

Od Dreszczki (Drżącego Szeptu) CD Jazgotka (Jazgoczącej Łapy) i Kruczka (Kruczej Łapy)

Opowiadanie dzieje się strasznie dawno temu. Fenkułowa Plamka żyje. Drżący Szept i rodzeństwo są jeszcze szczeniętami. 
Znudzonym wzrokiem patrzyłam raz na rodzeństwo, raz na obecnego tu wojownika. Pustynia, gdyż był to oczywiście on, miał widocznie wystarczająco dużo własnego wolnego czasu, by móc poświęcić chwilkę swego cennego życia nam. Chociaż „chwilka” nie jest właściwym sformułowaniem. Używamy go, by ktoś na nas zaczekał, gdy nie mamy czasu (a przynajmniej używają go ci, którzy nie znają wielu dwunożnych odpowiedników jak wait), a Pustynnemu Wiatrowi ewidentnie czasu nie brakowało. Mógł z radością opowiedzieć swoim potomkom o ich wszelakim błędach, każdemu dając reprymendę z osobna oraz przydzielając wspaniałą, oraz niezwykle budującą ich w potulnym zachowaniu karę. Drżąca nie mogła się doczekać. 
Tak, to ironia. I tak, mówię o sobie w trzeciej osobie.
— Moje kochane dzieci…
— A skąd wiesz, że jesteśmy twoje — mruknęłam, jednocześnie będąc poirytowana jak i bliska płaczu. Ale dzielnie powstrzymywałam łzy. 
Poczułam na sobie zimny wzrok ojca. Westchnęłam i zniżyłam głowę. Kiedyś nadejdzie ten dzień, kiedy się mu przeciwstawię i poprowadzę w podobny sposób piękną, acz nieprzyjemną dla niego dyskusję. Zwycięsko, rzecz jasna. Miażdżąc go i ćwiartując.
W sumie, w tym co powiedziałam, było trochę racji. Nie, że coś, ale jak z Pustyni mógł wyjść ktokolwiek z nas? Dobra, genetyka charakteru Kruczego jest dość zrozumiała, ale jakim cholernym trafem Promyczek? Przecież z takiego matoła-
Chociaż, czekaj, nikt nie powiedział, że Promyczek jest inteligentny.
Poczułam przypływ ekscytacji. Już mam zajęcie na tę resztę mojego życia, którą spędzę w zamknięciu dzięki mojemu ojcu. Suka będzie rozstrzygała wieczny spór, o to, czy jej brat jest jak Jazgotek, czy jak Dreszczka.
Znowu mówię o sobie w trzeciej osobie. Nie zwracajcie uwagi. 
— Tato, ale co my mamy teraz zrobić? — Promyczek widocznie był bardzo rozżalony po swoim uczynku.
— Zacznij się zastanawiać, jak spędzisz resztę swojego życia w zamknięciu — odparłam ze spokojem. Grzeczna jestem. Ładnie dzielę się swoimi pomysłami i daję dobre rady. 
— Skąd wiedziała- — Pustynny przerwał, gdy uświadomił sobie, co mówi. Dla mniej domyślnych czytelników: on prawdopodobnie nie zamierzał walnąć nas na dożywocie, ale na jakieś parę dni. Dla bardziej domyślnych: przepraszam, że psuję wam zabawę, ale musiałam waszym kolegom naprostować parę spraw. Nie martwcie się. Już nie będę. 
— Bo podobno inteligentne psy posiadają coś takiego jak mózg — znudzonym wzrokiem zlustrowałam swego zajebistego opiekuna. Moje rodzeństwo znieruchomiało.
— DRESZCZKA, IDŹ DO FENKUŁOWEJ! — bomba zwana sercem Wiatru wybuchnęła, jednocześnie pokazując jego brak cierpliwości, jak i to, że tak naprawdę jego serduszko jest sztuczne. Było. Smutne. Pewnie ta galareta w jego głowie też nie jest mózgiem (na co wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi).
— Spoko, i tak nie zamierzałam tutaj siedzieć. Zanudzasz — ziewnęłam, oddalając się w stronę żłobka.
Chyba przegięłam. Ale tylko trochę. Tak po swojemu to załatwiłam.

⨯ ⨯ ⨯

W środku miałam wiele czasu na obserwację najbliżej znajdującej się przyrody. Moi nudni towarzysze zabaw naradzali się wraz z pewnym osobnikiem, uważającym się za dilfa, a ja siedziałam w ciepełku, patrząc na żaby, podczas gdy moja matka mnie myła.
Fuj, muszę jej kiedyś powiedzieć, że tego nienawidzę.
— Dreszczczka? — bo zwrocie, jakiego użył mój brat, doskonale wiedziałam, iż to on. Ale jeżeli ktoś nie wie, to mogę napomknąć, że to:
— Promyczek? Nie wiem, kto to Dreszczczka, ale wiem, kto to Dreszczka — odparłam z wymuszonym uśmiechem.
Fenkułowa Plamka upomniała mnie swoim przeszywającym spojrzeniem. No tak, pseplasam, biedny Plomycecek!
— Tak synku, co chciałeś?
— Mamy przeprosić liderkę — wyjaśnił mój rówieśnik z uśmiechem i radością. Jebany ekstrawertyk. Nie widzi, że mam zrypany humor?
— Nie teraz — cicho odpowiedziałam.
— Ale tatuś woła.
Przewróciłam oczami, ale wstałam. Sił dodała mi myśl, że będę mogła sprać Kruczka, za to, że nas wydał. Nieprzyjemna sytuacja. My mu ufamy i powierzamy jakże ważną rolę, idealną dla jego mysiego móżdżku, a on nawet jej nie umie dobrze wykonać. Kim zostanie następnym razem? Chyba tym gównem, które rozsmaruje po szlaku, by nie zapomnieć drogi do domu.
Dobra, on tak cuchnie, że wystarczy, że zostanie w obozie. Nawet nie potrzeba mi dobrego węchu, by wywęszyć tę norę.
Wyszłam za Moim Ulubionym Bratem na wewnątrz, gdzie czekała reszta Mojego Ulubionego Rodzeństwa.
Nie będę taka zła, ten pierwszy tytuł nie był ironiczny.
— Czyli? Mamy powiedzieć Rzepakowej, że przepraszamy za naszego ojca? — zapytałam.
— Dokładniej za to, że wymknęliśmy się z obozu — sprostował Jazgotek.
— I za to, że Pustynia za nami poszedł. I jeszcze za to, że zrobił aferę. I że zaśmieca genetykę tego klanu — dodałam z promiennym uśmiechem. Trzykolorowy szczeniak cicho westchnął.
— Co wy tak milczycie? — zdziwiona zadałam pytanie Kruczkowi i Piasek.
— Po prostu to ty tyle paplasz — normalnie niesamowicie odwarknął mi Kruczek, majestatycznie prężąc swe muskuły, a wszystkie samice znajdujące się w zasięgu paru kilometrów zawyły. Chciałby, jeden idiota. Jego teksty są żałosne, jak na mój gust. (Ustalmy proszę, że moje też, dobrze? Nie jestem wyjątkowo narcystyczna, cokolwiek sobie myślicie).
Gdzieś tam poszliśmy, coś tam powiedzieliśmy, ojciec zadowolony, liderka wesoła i trochę zdziwiona, my również zadowoleni i trochę zdziwieni, chociaż ja akurat tylko to drugie, no i generalnie słońce nadal świeci, o dziwo nie spalając wszystkie żywe istoty na popiół. Wow. Chyba muszę mu za to podziękować. Odmówię przy okazji modlitwę do Gwiezdnych, przepraszając za moją rodzinę, i jeszcze do członków Infernum, by ci nie traktowali ich wyjątkowo źle. Na czym stanęłam? Ach, tak, na tym, że świat ma się dobrze, chociaż nie jestem liderką klanu. I jakby tak się nad tym zastanowić, to chyba poradzi sobie beze mnie.
Ale to debata na dłuższą rozterkę.
Teraz została tylko sprawa Kruczka. Musimy wszyscy zgodnie podejść do tego tematu. To znaczy: sprać go, wyrzucić z klanu i nasikać na jego pysk. Albo do jego otwartego pyska. I wyłożyć uszy gównem myszy. A nos zalać mysią żółcią.
Jakby tak o tym nie myśleć, jest jeszcze wiele interesujących propozycji tortur! Posłuchajcie, a gdyby tak…

<Jazgotku? Jakie to były tortury, bo zapomniałam?>
[925 słów: Drżący Szept otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

24 grudnia 2021

Od Drżącego Szeptu CD Jazgoczącej Łapy

tw: lekkie opisy walki, krew.
Opowiadanie dzieje się, kiedy drżąca była uczennicą. Potem jest wojowniczką.

Nie no, super. Byłam zajebiście zadowolona, że mam okazję poćwiczyć z Jazgoczącą Łapą. Kolejna szansa, by pokazać mu, że jest ode mnie w czymś lepszy, co?
Wspinanie się na drzewa może i nie było jakąś mega rzadką umiejętnością, której nie da się opanować, ale z jakiegoś powodu to po prostu nie chciało mi się udać. Koniec, kropka. Natomiast mój ulubiony brat nie wyglądał, jakby obawiał się tego drzewa, także już mogłam pogodzić się z przegraną.
Przynajmniej mogę obmyślić, jak przegrać nieżałośnie. Mam sporo czasu, zanim dojdę  na szczyt drzewa.
— Wpadłem na jeszcze lepszy pomysł! — po minie mojego mentora mogłam poznać, że to, na co wpadł, zakopie mnie jeszcze głębiej w swojej beznadziejności. — Zrobimy wyścig. Kto pierwszy się wespnie na szczyt, wygrywa!
Wespnie?! Chyba zabije! Jaka patologia! Co on brał? Przecież to będzie cholernie niebezpieczne!
— Przygotujcie się — rzucił niby od niechcenia Pustynny Wiatr, a ja zmierzyłam swoje spojrzenie z bratem. Jazgoczący wyglądał dość spokojnie, jak gdyby nie traktował to jako konkurs, a jedynie trening. I chociaż pozornie spokojny, w jego oczach dostrzegłam nutki podekscytowania.
Jakim cudem, gdy byłam mała, bałam się obcych psów, skoro największy szaleniec był tuż obok? Pustynny-
— Start!
Wyruszyliśmy.
I naprawdę nie trzeba komentarza do tych dwóch pierwszych sekund. Wystarczy wam, że powiem, iż bardzo bolało zderzenie z drzewem z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę i wolę tego ponownie nie próbować. Zresztą, rozpędzenie i skok chyba nie jest zbyt dobrą strategią do tego typu zadań.
Warknęłam zdenerwowana. Wątpliwe, że wyprzedzę mojego ukochanego brata, jeżeli ten nadal będzie się tak wspinał. Szło mu naprawdę nieźle — mi też powinno tak iść, biorąc pod uwagę, iż moi rodzice są członkami Industrii. Chociaż mogłabym to zwalić na niepełne pochodzenie Fenkułowej Plamki…? Nie, chyba nie. To ja jestem jakaś beznadziejna. Otrzepałam się ze złością, ignorując ponaglające komentarze obecnego tu wojownika, który zamiast mi nimi pomóc, tylko rozpraszał.
Dobra, lecę po wygraną. Albo raczej przegraną.
Za drugim razem udało się wskoczyć bez wpadki. Dąb ten nie był wymarzonym miejscem do wspinaczki: gałęzie do niego należące były od siebie oddalone w sporych odległościach i nie wydawały się zbyt wytrzymałe, chociaż okropnie szorstkie i twarde. Niebezpiecznie trzeszczały pod moim każdym krokiem, a ja byłam bliska dostania zawału jakieś dziesięć razy.
Znajdowałam się na jakiejś połowie wysokości do pokonania, gdy usłyszałam z góry:
— Dalej się wspinać? Gałęzie są tutaj trochę łamliwe! — wywrzeszczał mój brat, któremu struktura drzewa nie stanowiła problemu, zaraz przed tym, jak jedna z ów gałęzi spadła na mój łeb.
I tak zleciałam po raz któryś, z wielkim łomotem, kiedy Jazgoczący schodził z drzewa w pełnej chwale. Pustynny Wiatr najpierw pogratulował mojemu bratu, mówiąc mu, że będzie wielkim wojownikiem i niezmiernie się ekscytując, polizał go. Jazgocząca Łapa pękał z dumy.
Potem natomiast mój mentor w ciszy podszedł do mnie, gratulując, że „Nie było tak źle, jak się spodziewał”..
To czego on się do jasnej cholery spodziewał? To nie był mój pierwszy raz.
Szybko zilustrował mnie wzrokiem, by upewnić się, że żadna z łap nie jest wygięta pod niewłaściwym kątem.
— Poćwiczymy jeszcze — odparł krótko, niechętnie, a w jego oczach bez problemu zdołałam ujrzeć zawód.
Rzucając Jazgoczącej Łapie zimne spojrzenie, wróciłam do swojego legowiska, co mój brat odebrał niezmiernie zaskoczony.
Nie miałam tutaj czego szukać.
Cholera. Jestem do niczego. 

 ⨯⨯⨯
 
 
Jak szalona biegałam dookoła drzewa z zaciętym wyrazem pyska, targając za sobą gigantyczną gałąź. To oto ćwiczenie, wyglądające jak durna zabawa dla szczeniaków, było moją rozgrzewką przed faktycznym treningiem… Ta gałąź serio była ciężka.
Oczywiście po moim mentorze nie było tutaj nawet śladu. Nie zamierzałam znosić go na oczy więcej, niż jest to potrzebne; moje umiejętności, w miarę możliwości, doskonaliłam sama. Czułam się z tym o niebo lepiej niż pod krytycznym wzrokiem Pustynnego Wiatru, który zawsze był gotowy wykryć i ujawnić moje wszystkie wady, przekreślające to, iż zostanę ideałem wojownika. Czy jednak w ogóle istnieje jego wymarzony wojownik? Nie licząc jego samego?
Zaciskając pysk, zmusiłam się do kolejnego okrążenia. Moje obolałe łapy brodziły w jesiennych liściach, skutecznie utrudniających mi sprawny bieg. Chociaż wydawałoby się, że zbliża się Pora Nagich Drzew, i tak naprawdę ich spadanie z drzew nie powinno mieć miejsca, to miało. Raz po raz zasłaniały mi one widok, lądując idealnie na mym pysku, że można by pomyśleć, iż robią to specjalnie.
Niebo pełne chmur rozpościerało się nade mną, jak gdyby zamierzało pożreć cały obóz Płomiennych wraz ze mną samą. Czy to one było winne temu przygnębieniu, które zawsze nachodziło mnie podczas jesieni? Jeżeli tak, to obiecuję, że będąc Gwiezdną, sprawię, iż chmury będą pojawiać się tylko na śnieg i deszcz. Przecież tak naprawdę nie są potrzebne do czegoś innego… Chyba. Nie znam się na tym. W każdym razie otoczenie przedstawiało wspaniały obraz świata, który zdychał. Miejmy nadzieję, że to wszystko potem odrośnie.
Przez zamyślenie potknęłam się o swoje własne nogi, upadając na ryj.
Może na dzisiaj wystarczy?
Zaraz też przypomniałam sobie o tym, jak przegrałam z Jazgotkiem. Zacisnęłam szczęki, jak gdybym chciała je sama sobie wyrwać.
Nie. Nie wystarczy.
Robiłam kółko, po kółku. W głowie mi się kręciło, łapy krzyczały, a wszystko oprócz umysłu chciało zwolnić. Jednak to ja kontroluje moje ciało. I zatrzymam się wtedy, kiedy sama będę tego pragnąć.
Nie tym razem. Nie dałam rady. Najzwyczajniej padłam na ziemię, wygrażając ze złością wszystkim Gwiezdnym, że nic dla nich nie znaczę. Że nie pomogli mi nawet w głupim treningu. Jakie wsparcie dostanę więc od nich na wojnie?
Żadne. Będę musiała poradzić sobie sama. 


 ⨯⨯⨯  


Tak. Zgadza się. Zostałam wojowniczką. Drżącym Szeptem — a Jazgoczący był nadal Łapą, i nic nie zapowiadało się na to, by jego status miał ulec zmianie.
Satysfakcja? Radość? Wzruszenie? Może połączenie tego wszystkiego, z nalepką „Spierdalaj, Jazgot”? A potem tańczenie do nocy, i krzyczenie, że mój brat to dureń i nieuk?
Myślicie, że nie? Że się rozczarowałam, bo to się nie zdarzyło?
Macie rację.
To wszystko częściowo odebrał mi sam brat, gdyż zamiast zacząć przeklinać, iż się urodził i zwyzywać mnie do białego rana, pogratulował mi ze spokojem. Rozumiecie? Tyle się trudziłam, tyle ćwiczyłam, by zobaczyć coś takiego? Żadnego uznania? Albo żadnej złości? Cokolwiek, oprócz durnej obojętności?!
Częściowo wzięło się to też z powodu mentora. Wydawał się mieć to w dupie. Chodził po obozie i rozpaczał za Fenkułową, nie rozumiejąc, że jej już nie ma. Dlaczego? Bo nie mógł z nią świętować mojego sukcesu? A może po prostu nie miał się komu wyżalić, że dopiero teraz skończyłam trening?
Dławiła mnie okropna niepewność. Skąd mam wiedzieć, co on o tym myśli, skoro mi tego nie powiedział? Przecież się nie spytam.
… A dlaczego nie?
Nie, no, co ty?! Nie spytam się! To nie wchodzi w rachubę.
Aha.
No to ustalone.
Zacisnęłam szczęki z bezsilności. Moje życie to jedna wielka kupa śmieci, a ja nie umiem się z niej odkopać. Gdybym umiała, może zdołałabym powstrzymać Fenkułowę od śmierci.
Żałosne. Za życia miałam ją gdzieś, a jej losem zaczynasz interesować się dopiero wtedy, kiedy już jej nie ma?
Przyznaj się. Tak naprawdę wszystko, co robisz, jest na pokaz. Nie odczuwasz praktycznie niczego szczerze, bo walczyć o cudzą sympatię.
Skrzywiłam się. Nie chciałam tego słuchać, ale… Przecież nie mogłam uciec od samej siebie. Nie no, mogłam. Przecież zostaje samobój-
Użalasz się nad swoim życiem, zamiast patrzeć na pozytywy. Przedstawiasz siebie jako ofiarę. Nie masz mózgu, żeby myśleć samodzielnie? Może wreszcie patrząc na siebie zobaczysz coś innego niż biedną-małą-sunię, której nikt nie kocha? I nie myśl o samobójstwie, bo to najbardziej żałosny ze sposobów ucieczki od swojego życia.
Niby taka silna, a nawet nie umie żyć.
Tak, miałam dosyć. I tak potrzebowałam to gdzieś wyładować. Miałam dosyć sama siebie, swojego durnego zachowania, i tego, że mój mózg traktuje mnie jak jakąś koleżankę. Czułam ogromny, niepohamowany wstyd, kiedy przypominałam sobie swoje żarty, mające być zabawne. Z jakiegoś powodu nikt się z nich nie śmiał, prawda? Kiedy zadufana w sobie przedstawiałam światu Drżącą jako kogoś, kogo kopnęło życie, a on oddał mu podwójnie. Skoro jednak kopiesz życie, kopiesz też żyjące istoty, prawda? Za mój egoizm płacili inni. Ciągle. Non stop.
— Drżąca…
— Odwal się — warknęłam w stronę Jazgoczącej Łapy.
Mój brat był zdziwiony. Nie zasługiwał na moje humory. Ale ja przecież również nie zasługiwałam, by dostać tą cholerną szansę urodzenia się. Ktoś inny może lepiej wykorzystałby swoje życie. Nie, nie może. Na pewno. Nie dało się zrobić tego gorzej niż ja.
— O co ci znowu chodzi? — warknął poirytowany.
Im dalej idę w to życie, tym bardziej uświadamiam sobie, że powinnam słuchać tego, co podpowiada mi mój mózg. Może wydaje się wam, że go nie mam, ale to nie prawda. Po prostu mam go w dupie… Nie dosłownie, oczywiście. Tylko jakoś dobrze idzie mi ignorowanie go.
— W zasadzie to o wszystko, co zrobiłeś — uśmiechnęłam się sarkastycznie. — Jakbyś kiedyś przestał zgrywać księcia idealnego, to może nawet by ci to na dobre wyszło, wiesz?
Wkurzałam go. Wiem. Robiłam to celowo. Ale to nadal lepsze od otwartego rzucenia się na niego. Wolę wyładowywać się na kimś psychicznie niż fizycznie… To trochę bardziej… Cywilizowane? Nie wiem, jak się na kogoś rzucisz, to wychodzisz na szaleńca, a przecież nikt tak naprawdę nie zwraca na nękanie psychiczne.
Czy ja kogoś nękam psychicznie? Tak często, ze świadomością czynu?
Zastanowiłam się.
Nie. Chyba tego nie robię. Może c z ę s t o jestem czepialska i chamska, ale na pewno nie wyniszczam nikogo świadomie.
— Drżąca, czemu ty ciągle coś ode mnie chcesz? — Jazgotek był poirytowany. Biedny, mały, młody uczeń! Żałosne. — Co ja ci takiego zrobiłem?
Zacisnęłam szczęki. Co on mi takiego zrobił?
Czy on naprawdę chce wiedzieć, co on mi takiego zrobił?
Proszę bardzo.
— Mam zacząć od początku? — warknęłam, niebezpiecznie się do niego zbliżając. Zniżyłam głos. — Cóż, kiedy byłeś młody, rządziłeś się i ustawiałeś wszystkich po kątach. A wszyscy ci się podporządkowali, nie mając nic do powiedzenia. Oprócz mnie.
Wyszczerzyłam kły, przygotowując się do ataku.
— I wiesz, co się wtedy stało? — syknęłam. — Doskonale wiesz, kurwa! Całe rodzeństwo, oprócz tego cholernego Promyczka miało mnie gdzieś. Ty traktowałeś mnie jak powietrze. Kruczy jak worek do wyładowywania humorów. Piasek jako obiekt dowolnego, doborowego chamstwa. Do tego dochodzą rodzice; ojciec, fan patologii rodzinnej, moja matka, och, niech nie spoczywa w pokoju, zachowująca się, jakbym była zabawką.
Widziałam nieopisane emocje w oczach mojego brata, kiedy zbliżyłam się do tematu Fenkułowej Plamki.
Czy oszalałam?
Całkiem możliwe.
To … przyjemny stan. Chociaż zależy, czy ktoś lubi czuć się psychopatą.
— A ty? Zgarnąłeś naszą babcię, Malwowy Ogon, dla siebie. Dobra, może Piasek się doczepiła do paczki — moja mina przypominała bardziej walniętego włóczęgę niż rozżalonego psa, jakim byłam minutę wcześniej. — A wszyscy nadal mnie ignorowali. Ciągle byłam na ostatnim planie, wiesz? Ty zawsze jesteś na pierwszym miejscu. To ciebie, kurwa, rodzice chcieli wsadzić na lidera! Mnie nawet nie rozważali na zastępcę! — zawyłam, rzucając się na niego.
Nie miał ze mną szans. Z jakiegoś powodu zostałam wojowniczką szybciej. Z jakiegoś powodu spędzałam te liczne godziny w samotności, nie posiadając rozumiejącego mnie mentora, by szkolić się. By stać się tym, kim się teraz stałam.
Tylko…
… Kim ja się stałam?
Agresatorem, wstrętnym oszustem, żywiącym się uczuciami innych. Pragnącym zemsty. Nie wierzącym w Gwiezdnych. Tym, który najchętniej wybiłby swoją całą żyjącą rodzinę i klan.
To było złe. Cofnęłam się od Jazgoczącej Łapy i położyłam uszy do tyłu. Moje oczy zaszły łzami. Sprawiłam sobie tyle refleksji, by teraz wyładowywać ból i żal na bracie? To nie jego wina, że był faworyzowany i że ma talent przywódczy.
W wirze ataku i krwi nawet nie zauważyłam, w jakim stanie znajdował się Jazgotek. Mój brat mógłby nie przeżyć, gdybym nie opamiętała się. Poturbowany, krwawiący, leżał tuż przede mną, sprawiając wrażenie martwego. Wyrzuty sumienia opanowały mnie, wyciskając łzy z oczu.
— Ja…
Rzucił się na mnie. Zaatakował mnie. Tak, powtórzył mój błąd. Tylko że to ja byłam winna. On nic nie zrobił. Tylko się bronił.
Ja natomiast nie miałam już siły go powstrzymywać. W głowie krążyły mi wszystkie wspomnienia, w których zawiniłam. Ból psychiczny był silniejszy od fizycznego.
Przed oczami stanęła mi ciemność. Ciemność?... Nie, łzy. Widziałam tylko własne łzy.
Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz płakałam. Nie jestem pewna, czy chcę pamiętać. Chociaż… Tak, chcę. To okropne, że tylko teraz umiałam okazać emocje. I że umiem okazywać tylko żal.
Słyszałam przytłumione głosy innych, ale mój szloch zagłuszał je wszystkie. Rzuciłam się do tyłu, pragnąc uciec przed wszystkimi. Wydawali się cieniami, które zawisły nad tym światem. A ja byłam po drugiej stronie.
— Drżąca? — to był zdziwiony głos Ciepłego.
— Dreszczczka? — Promyczek był bliski płaczu.
Wszyscy wiedzieli, że to ja zaatakowałam. Widzieli to. Obwiniali mnie i mieli doskonały powód. Mieli rację.
Oto stał się koniec.
To koniec.
Koniec.
K o n i e c.   

⨯⨯⨯

 
Nie pamiętam, co było dalej. Pamiętam tylko, że tchórzliwie uciekłam z obozu, nie wiedząc, gdzie się kieruję. Gwiezdni nie mieli nade mną pieczy. Nikt nie chciałby zaopiekować się takim potworem.
Tej nocy zasnęłam w całkowicie obcym miejscu, patrząc w zachmurzone niebo. Zaczął padać deszcz. Byłam niemal pewna, że opady zesłało Infernum. Widocznie podzielali mój nastrój.
Marne pocieszenie.
Westchnęłam, przeciągając się na posłaniu. Obok mnie było sporo deszczowej wody i mimowolnie poczułam się dumna, iż nie są to moje łzy. Nucąc jakąś melodię zasłyszaną od dwunożnych, zwinęłam się w kłębek. Nie rozumiałam jej słów, ale była ona spokojna i budująca w swojej tragiczności. Miałam wrażenie, że właśnie żegnam się ze światem z uśmiechem na ustach, ciesząc się, że zaraz go zostawię. Trochę jak ostatnie popatrzenie się za siebie, kiedy odchodzisz od domu. Wydaje się smutne, ale ty jesteś szczęśliwy, bo wreszcie samodzielnie wybrałeś drogę. I czy okaże się ona dobra, czy będzie zła, ty będziesz wiedział, że jest twoja.
Proszę, chcę umrzeć spokojnie tej nocy. We śnie, mając wszystkie swoje marzenia i myśli na wyciągnięcie ręki. Widząc świat takim, jakim mógłby być, gdyby nie było na nim psów podobnych do mnie. Jeżeli ktoś jeszcze mnie kocha, niech teraz podaruje mi śmierć. Zresztą, nawet jeżeli ktoś mnie nienawidzi, niech to zrobi; w końcu śmierć może być zarówno nagrodą, jak i karą.
Dla mnie byłaby najwspanialszą nagrodą. Ale wiedziałam, że na nią nie zasługuję. Nie zasługuję na taką nagrodę. Będę musiała brnąć w to wszystko, a następnego ranka wstać i wrócić do obozu.
Ale mam przecież jeszcze czas, prawda? Nie muszę tak szybko wracać. Mogę wybrać się na spacer. W końcu nikt mnie nie obudzi jutro rano.
Z takimi myślami zasnęłam. Chociaż przekreśliłam swoje marzenia, uciekając z obozu, to teraz byłam sama. Sama i szczęśliwa. Już nikogo nie raniłam, nikogo nie atakowałam. Odseparowana od wszystkiego, co znałam, zalazłam wreszcie jakiś spokój w życiu. Znalazłam, to, czego szukałam, chociaż nie wiedziałam, że dążę do właśnie tego stanu.
Wszystko było skończone, a ja wreszcie miałam kontrolę nad swoimi czynami. Teraz mam szansę sama zadecydować o sobie. 


 ⨯⨯⨯

 
Następnego ranka obudziło mnie słońce przebijające się przez otaczające góry, stworzone ze śmieci. Otworzyłam powoli oczy, nareszcie widząc otoczenie.
Ewidentnie należało ono do gatunków śmietników. Wszędzie brud, ohydny zapach, co niemiara pyłu i kurzu. Niepotrzebne dwunożnym rzeczy tutaj znalazły swoje miejsce, tworząc cmentarz. Nie było tu jednak ponuro; powiedziałabym nawet, że wesoło. Pełno kolorów, dużo zapachów i ładne otoczenie. W niedalekiej odległości mogłam ujrzeć inne psy, przeszukujące ów miejsce. Zapewne rozglądały się za jedzeniem. Najpierw obstawiłam, iż są to Bezgwiezdni, jednak wykluczyłam tę możliwość. To nie wygląda na ich terytorium, a te psy pachniały obco.
Z racji, iż szczególnie nie śpieszyłam się z powrotem do mojego rodzinnego klanu, postanowiłam rozejrzeć się trochę po najbliższym otoczeniu. Teraz domyślałam się, że nie należy ono do nikogo. Budynków nie było zbyt wiele w zasięgu mojego wzroku, a jedynie wielkie pola i małe laski. Zaczęłam zastanawiać się, czy jeżeli poszłabym w odwrotną stronę, ilość siedlisk tych dwunogich robali zwiększyłaby się.
Musiałabym przejść przez teren Industrii, więc jak na razie tego nie sprawdzę.
Przeciągnęłam się. Zaraz też poczułam pod łapami coś twardego. Skierowałam tam swój wzrok.
Martwa mysz.
Nigdy nie lubiłam myszy, wiecie? Ale jeżeli jest się głodnym i widzi w miarę świeżą zdobycz, to nie zastanawiasz się, co ci zbrzydło, a co być chętnie wciągnął. Wzięłam zwierzę i szybko zjadłam, w tym samym czasie okrążając wysypisko. Nie było ono szczególnie interesujące. Z jednej strony stał pojedynczy, samotny budynek. Z drugiej zaś sterczało stare ogrodzenie składające się z prętów, posiadające w sobie znaczną ilość dziur. Gdy podeszłam do niego bliżej, mogłam zauważyć na nim strzępki różnokolorowej sierści. Był to znak, że przychodziła tutaj znaczna ilość zwierząt. Z jakiego innego miejsca miałyby brać jedzenie, skoro pięć klanów zagarnęło najlepsze lokalizacje? Musieli być sfrustrowani.
Poszłam w stronę pól. Poprawa: pobiegłam. Pobiegłam, najszybciej jak mogłam. Ziemia była wysuszona, na niej zaś rosły szkielety krzewów i nagie drzewa, otaczając rozległe pola po obu stronach. Ciężkie powietrze zwiastowało burzę, podobnie jak czarne chmury przepływające nad światem. Gdy rozwinęłam swoją prędkość do maksimum, zwolniłam, aby móc dokładniej przypatrzeć się otoczeniu.
Czy był w tym jakiś sens?
Nie wiem. Chciałam sobie pobiegać, to sobie pobiegałam. Jakkolwiek dziecinne nie było moje spełnianie zachcianek, to zamierzałam robić to, co tylko przyjdzie mi do głowy. Przez cały dzisiejszy dzień. Może to pomoże mi w bezstresowym powrocie do klanu i zachowaniu resztki optymizmu, gdyż miłe nie będzie ów spotkanie.
Teraz jednak nie zamierzałam myśleć nad tym, co ma się zdarzyć. Wolałam pooglądać ostatnie kwiatki i nieliczne zielone drzewa, by potem nie mieć wyrzutów sumienia, że tego nie zrobiłam.
Mój wzrok zatrzymał się jarzębinie.
Za paręnaście księżyców nie będę pamiętać, że ją widziałam.
Nie odrywałam wzroku od rośliny.
Cóż… Zawsze mogę postarać się o niej zapamiętać. O ile jest o czym pamiętać. 

 ⨯⨯⨯

 
Powrót w rodzinne strony. Znajome tereny, znajome drzewa, znajome zapachy i powracające wspomnienia. Tym razem nie były one negatywne. Nareszcie nie patrzyłam na to wszystko, jak na sprawcę wszystkich moich krzywd. Tak naprawdę całemu złu w moim życiu byłam winna ja sama, a nie wszystko, co miało nieszczęście znaleźć się w pobliżu.
Westchnęłam, wciągając głęboko jesienne powietrze. Niedługo Pora Nagich Drzew. Mam na co czekać.
Nie oczekiwałam zbyt wiele litości od swoich pobratymców, gdyż nie zachowałam się jak ktoś zdrowy psychicznie. Mimo to cieszyłam się, że to wszystko miało miejsce. W jakiś sposób ta bójka pomogła mi spojrzeć żywo i w nowy sposób na moje życie.
Niezauważona wślizgnęłam się do obozu, kierując się prosto do legowiska Rzepakowej Gwiazdy. Wiedziałam, że rozmowa z nią powinna być pierwszą rzeczą, jaką teraz zrobię. Nie mogłam pójść na polowanie z innymi członkami klanu, tak, jakby nic się nie zdarzyło. Najzwyczajniej oberwałabym od nich.
— Rzepakowa Gwiazdo? — rzuciłam.
— Jestem! — padła odpowiedź.
Powoli weszłam do środka, ukazując podporządkowanie. W psyku zaschło mi, kiedy próbowałam znaleźć słowa, rozpoczynające mój cały monolog.
— Wiem, że nie powinnam tego robić. Przepraszam — w końcu moje myśli przybrały najprostszą postać, jaką tylko mogłam znaleźć.
— Dobrze, że to rozumiesz, Dreszczka! — Rzepakowa Gwiazda, chociaż wyglądała na zmartwioną, to nie była szczególnie zła na wojowniczkę. Cud, że Drżący Szept nie wykrzywiła swojego pyska w grymasie, słysząc swoje szczenięce imię. To jednak byłoby przegięciem, patrząc na zaistniałą sytuację.
— Nie możesz atakować psów ze swojego klanu! — przywódczyni kontynuowała. — Musisz panować nad swoimi emocjami.
— Czyli… Mogę zostać? — spytałam z ulgą.
— Oczywiście! Każdemu się zdarza! — liderka uśmiechnęła się promiennie. — No, ale lepiej, żeby to się nie powtórzyło. Nie chcemy żadnych zgonów. 
Pokiwałam głową na znak zgody. Zawsze szanowałam Rzepakowa Gwiazdę, ale od tego momentu zaczęłam najnormalniej ją kochać. Jeżeli ktoś zapyta się mnie, za kogo życie mogę trafić do Infernum, to chyba wymienię tylko ją, Ciepłego i Promyczka.
— Dziękuję — odpowiedziałam najbardziej ciepłym i pogodnym głosem, na jaki było mnie stać, biorąc pod uwagę moje drżące nogi i eksplodujący umysł.
Oto jest okazja, aby lepiej poprowadzić swoje dalsze życie.
Nie wiem, Jazgocząca Łapo, co powinnam teraz Ci powiedzieć.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że przeprosiny nie wystarczą, ale chyba nie mogę ci nic innego zaoferować. Przykro mi. No, chyba że chcesz ten kamień, który został mi z naszej ucieczki z obozu, gdy byliśmy szczeniętami.

<Jazgocząca Łapo?>
[3240 słów, Drżący Szept otrzymuje 32 punkty doświadczenia]

9 grudnia 2021

Od Drżącego Szeptu CD Pustynnego Wiatru

— Tatuś! Tatuś!
Dużo o tym myślałam.
Rzecz jasna chodzi mi o moje relacje z Pustynnym Wiatrem. Nie są one zbyt korzystne. I chciałabym to zmienić, zanim będzie zbyt późno.
Szczególnie śmierć Fenkułowej Plamki uświadomiła mi coś, czego do wiadomości przyjąć przed nią nie chciałam; mowa tu o tym, że choćby świat się właśnie zawalił, to i tak mój mentor będzie moim ojcem. I choćby nie wiem, jak bardzo wypierałam się, że to dzięki niemu tutaj jestem, to jednak bez jego nieszczęsnych genów nigdy bym nie powstałam – jakkolwiek to brzmi. Ooh, to brzmi strasznie kiczowato, ale to prawda. Jesteśmy rodziną, a rodzina powinna się wspier-
Dobra, tamto sramto, ale to mi przez gardło nie przejdzie.
Idźmy dalej z tym tematem, o ile nie popełnię samobójstwa z tego, jak to, co mówię, jest żałosne (te zdanie naprawdę trudno było stworzyć, ale nie musicie klękać).
To on mnie wyszkolił, to on przekazał wiedzę. Kiedy byłam durnym szczeniakiem, który jeszcze nie zdawał sobie sprawy, ile na tym świecie jest okropności; to on się ze mną bawił. Oczywiście, były słabsze momenty, jednak komu się one nie zdarzają? Ile razy ja sama zachowywałam się jak bezmózga mysz?
Nie urażając myszy. Nie twierdzę, że nie mają mózgu, bo pewnie jakiś mają (nie zamierzam tego sprawdzać), ale inteligencją nie grzeszą. No, wiecie, w porównaniu do nas wychodzą prawie gorzej od dwunożnych.
Najtrudniejsze było powiedzenie mu czegoś w stylu „Hej, Pustynny, sorry, że byłam taką córką. Nie wydziedziczyłeś mnie czasem?” … Znaczy, ten, chodziło mi o „Elo, ojciec. Widzisz? Powiedziałam OJCIE-
Chyba rozumiecie, jakie to trudne – powiedzieć coś tak, aby się nie ośmieszyć powagą tego zdania, ale jednocześnie nie wziąć twardego tematu jak zwykłej rozmowy. To wymaga wprawy, a ja nie zdążyłam nabyć zbyt wiele charyzmy. Także to musiało stanowić samobójstwo. Ale wszyscy wiemy, że nie jestem normalna, także i do tego mogę się posunąć! Jebać życie!
– Hej, Pustynny, może pójdziemy na patrol? – nie miałam specjalnego pomysłu jak zagadać do mentora, gdyż nie jestem zbyt kreatywna… Zresztą, wątpliwe, że odmówiłby sam sobie kolejnego, żmudnego patrolowania granic, także to nie było takie złe.
Całkiem… Inteligentne posunięcie, jeżeli mogę tak zaryzykować.
– Jasne – krótko odparł, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie powiedziałam czegoś niewłaściwego.
Wiecie, taka krótka odpowiedź może oznaczać wiele rzeczy.
a) Pustynny prawdopodobnie zachowuje czujność, gdyż wie, co się święci (albo wie, że chcę go na tym patrolu żywcem zakopać lol)
b) Jest zmęczony i nie chce mu się składać nic dłuższego.
c) Ma mnie w dupie.
d) Planuje mnie zabić.
W sumie głupio czułabym się, gdybym obstawiła inną opcję niż b, ale coś mi świeciło, że prawidłową jest d. Także ze zdwojoną czujnością wzięłam udział w tym cholernie nudnym patrolu, na którym nic
ciekawego się nie wydarzyło, a ja nie mogłam zebrać się na odwagę, by coś z siebie wydusić. Pustynny Wiatr ani mnie nie zabił, ani zabicia nie oczekiwał, ani jakoś mnie specjalnie nie ignorował. Słowem; żałowałam, że został moim ojcem.
Aby poprawić sobie humor, zaraz po patrolu poszłam coś zjeść. Kiedy już miałam wybrać jakiegoś ładnego ptaszka ze stosu, ubiegł mnie Pustynia. Patrzył się na mnie, ot tak.
Ee… Kodeks wojownika? O to mu chodziło?
— Powinieneś bronić swojego klanu za cenę życia — powiedziałam, ale zaraz przypomniało mi się pytanie, jakie zadałam kiedyś Ciepłej Łapie. Wyjaśniłam więc: — Oczywiście można zawierać przyjaźnie z psami z innych klanów, ale wtedy być może będziesz musiał z nimi walczyć.
Zarówno mentor jak i Jazgotek ucichli. Zamrugali synchronicznie.
— Cóż… Już się go nauczyłaś? To super! — entuzjazmem zastąpił pierwsze zdziwienie.
— No… nie całe—
— Kontynuuj, Dreszczko. Jazgotku, powtarzaj za nią.
Poczułam złość. Traktuje nas jak szczeniaki i mówi do nas, jak do szczeniaków. „Jazgotek” natomiast, jako pies idealny, w ciszy przyjął tę wiadomość do informacji. Jego jedyną reakcją było powtórzenie za mną, i staranie się podnieść rangę słów oraz ująć to ładniej.
Przetrawiłam wszystko, i wreszcie dotarło do mnie, że umiem tylko kilka pierwszych wersów. Ups.
— Trzymaj się swoich granic i nie poluj na obcą zwierzynę — niepewnie oznajmiłam, a Pustynny pokiwał głową. Jazgocząca Łapa bezmyślnie powtórzył, i gdyby nie spokój, nie wyglądałby zbyt inteligentnie. Szkoda. Nie mam nic przeciwko oglądaniu go w słabszym momentach. Tylko on nie ma słabych momentów. Jak mnie to denerwuje!
— Ee… No, obowiązuje zasada karmienia, że najpierw są ranni, w ciąży i … karmicielki. I starsi — dodałam szybko.
— Uczniowie i wojownicy mogą pożywić się dopiero po starszych, szczeniętach i suczkach ciężarnych lub karmiących. Uczeń nie może zjeść, dopóki nie nakarmi starszych lub nie otrzyma pozwolenia — Jazgocząca Łapa rozwinął moją myśl, przez co wyszedł bardziej profesjonalnie. Ledwo powstrzymałam się przed ukazaniem złości. Ale dupek! — Chorzy i zranieni wojownicy oraz uczniowie mogą jeść wraz ze starszymi.
— Wspaniale — powiedział zadowolony Pustynny. — Kontynuuj, Dreszczko.
— No… Zapomniałam — mruknęłam, kierując swój wzrok w podłoże. Nie zraziło to mojego ojcmentora.
— To nic. Powtarzajmy od nowa, a potem może sobie przypomnisz.
He… He…
 — No, cześć, ojciec, jak widzisz… Znaczy, to nie tak jak myślisz.
Dlaczego wyglądał na wzruszonego? Nie rozumiem. Ale kto go do jasnej ciasnej zrozumie?! 
 
<Pustynny Wietrze?>
[840 słów: Drżący Szept otrzymuje 8PD]

22 listopada 2021

Od Drżącego Szeptu do Kolorowego Wiatru — Zgromadzenie klanów

Razem z innymi członkami Ognistych zmierzałam w stronę Gwiezdnego Szczytu, na którym miało się odbyć zgromadzenie. Nad nami gwiazdy świeciły spokojnie, przyglądając się naszej wędrówce; ja sama stałam się kłębkiem nerwów, gdy tylko na horyzoncie zajaśniał cel naszej wyprawy.
Na zgromadzeniu byłam dotychczas tylko raz. Wtedy jednak moje imię brzmiało Drżąca Łapa, a u mojego boku szedł Jazgotek. O ile raźniej było iść w towarzystwie ucznia, kiedy sama byłam jeszcze młodzikiem! Teraz jednak musiałam wziąć na siebie obowiązki wojownika — branie udziału w zgromadzeniu, jeżeli nasza liderka tak zarządzi. Zresztą, nie było na co narzekać: nowo mianowani uczniowie musieli przyjść na zebranie, aby klan mój się przechwalać wzrastającą liczbą wojowników. Być może będzie to moja ostatnia wizyta na Gwiezdnym Szczycie?
— Wszystko w porządku? — spytał Ciepły. Bardzo cieszyłam się, że idzie ze mną, tak samo jak szliśmy razem na moje pierwsze zgromadzenie. Wynagradzało mi to brak kogoś z rodzeństwa u boku.
— Oczywiście — odparłam, co równe było Nie. – Jak zdechnę, to pochowaj mnie w jakimś ładnym miejscu. — Dodałam po chwili. Nie mogłam darować sobie jednej z moich sławnych głupot.
Ciepły zaśmiał się cicho, lekko tym rozbawiony. Przynajmniej on nie ma nic przeciwko moim wspaniałym żartom.
— Spokojnie, jeżeli dobrze pójdzie, Gwiazda zapomni o tobie wspomnieć — spróbował mnie pocieszyć.
— Miejmy nadzieję — z powątpieniem odparłam.
Powoli usiedliśmy na naszym miejscu, razem z pozostałymi członkami klanu. Wciąż stresując się, nie wierciłam się. A przynajmniej nie tyle, ile bym chciała, ze względu na zasady kultury.
– Nie stresuj się, Słoneczko. Nikt cię nie zostawi tutaj samej na umieranie — Kolorowy Wiatr odwołała się do mojej poprzedniej wypowiedzi. — Jeżeli coś się zacznie dziać, mamy niezawodnego medyka, który na pewno pomoże.
Posłała mi ciepły uśmiech. Dobrze wiedziałam, że nie wątpi w umiejętności Szarej Skały — byli ze sobą bardzo blisko. I chociaż może ów sympatia wpłynęła na jej ocenę, iż ktoś mnie uratuje od zawału, i tak byłam za nią wdzięczna. Zawsze jest miło usłyszeć słowa otuchy.
— Dziękuję — odpowiedziałam uśmiechem.
Kiedy tylko skończyłam mówić, Sowi Pazur chrząknął, oznajmiając, że chce rozpocząć zgromadzenie. Większość psów, w tym ja, zamieniło się w słuch.
— Hej, słuchajcie, mam newsa! — krzyknęła Rzepakowa Gwiazda. — Zalało nam magazyn! Nieźle, co?
Z niedowierzaniem pokręciłam głową.
— Jak ty to przeżyłeś to przeżyje i ja — mruknęłam cicho do Ciepłego.
Mój przyjaciel westchnął cicho, widocznie zagubiony we własnych myślach.
— Tak — cicho odpowiedział, szukając czegoś, a raczej kogoś, wzrokiem. Zaraz też ponownie się wyprostował.
Lider Ventusu, Brązowa Gwiazda, postanowił również się odezwać:
— U nas również było bardzo dużo wody w ostatnim czasie — spokojnie oznajmił starszy pies.
— Okej, fajnie. — Rzepakowa Gwiazda rzuciła. Teraz głos wziął Podgrzybkowa Sierść.
— Tak, Rzepakowa Gwiazdo oraz Brązowa Gwiazdo. W naszym klanie, przez ostatnie tygodnie, Gwiezdni również zesłali dużo wody. Być może jest to rekompensatą za lato?
Parę psów wydało zgodne pomruki. Mi również wydawało się to bardzo prawdopodobne.
— Brązowa Gwiazdo, jak się miewa ostatnio Ventus po zmianie lidera? — kontynuował medyk Flumine.
— Cóż, śmierć Bryzowej Gwiazdy była dla nas szokiem — wyjawił nowy przywódca, trochę pokrętnie z prawdą. — Klan ma się dobrze. Będziemy jeszcze silniejsi niż dotychczas — mówił z godnym podziwu opanowaniem.
— Życzę wam tego — pogodnie powiedział Podgrzybek. — Wasza siła to nasza siła. Równowaga w klanach jest najważniejsza.
Rozejrzałam się po miejscu zgromadzenia; wiele obcych mi psów rozmawiało ze sobą i śmiało się razem, chociaż także spora część wyglądała, jak gdyby zamierzała wyciągnąć jakieś tajne informacje z rozmówców. Ja sama nie czułam się na siłach, by przynależeć do którejś z tych grup. Zdecydowanie bardziej odpowiadało mi spokojne siedzenie w miejscu i słuchanie liderów, gdyż nadal nie zdążyłam się oswoić z taką ilością psów w jednym miejscu.
Zauważyłam, iż Cytrynowy Liść, zastępca ciemnych, wystąpił do przodu. Widziałam jego wcześniejsze spojrzenia, pełne niepewności, które posyłał w stronę Jasnej Gwiazdy. Współczułam mu. — Ruiny również ucierpiały w powodzi — zaczął ostrożnie. — Jednak sytuacja została opanowana. Nasi uczniowie starają się, jak tylko mogą, i uważam, że już za niedługo otrzymają wojownicze imiona.
Uśmiechnęłam się, kiedy zobaczyłam, jak dwójka młodych z Tenebris popatrzyła po sobie z wesołym niedowierzaniem. Cytrynowy z ulgą wycofał się.
Wtedy zaobserwowałam kremowobiałą sukę, zapewne należącą do wietrznych. Ze zdziwieniem spostrzegłam jej spojrzenia rzucane w kierunku Ciepłego. Oho, jego dziewczyna. Mój przyjaciel natomiast wydawał się nie zdawać z tego sprawy; spokojnie rozmawiał z swoim uczniem o kodeksie wojownika.
— Będę się bardzo starał, żebyś był ze mnie dumny! — powiedział cicho, ale z zapałem Nagietkowa Łapa. Zrobiło mi się ciepło w sercu, chociaż jednocześnie smutno, że ja sama nie posiadam jeszcze ucznia. Halo, jesteś wojowniczką od dwóch dni, idiotko. Kiedy miałabyś go dostać?
Odwróciłam się do tyłu, chcąc powiedzieć coś do mojego brata. Gdy otwierałam pysk, by zapytać „Hej, Jazgotek, jak odczucia?”, zorientowałam się, że całe moje rodzeństwo zostało w obozie. Psy siedzące za mną wyglądały na zdziwione. Ale wtopa.
Liderzy poczęli gadać o nowych wojownikach. A ja zorientowałam się, że nadeszła chwila, „na którą tyle czekałam”. Cholera, da się jeszcze wycofać? Chyba wolę być medykiem.
— Mamy nowego wojownika w naszych szeregach — oznajmił Brązowa Gwiazda. — Pszczeli Taniec, gdyż takie zdobył wojownicze imię Pszczela Łapa, jest teraz naszym nowym wojownikiem.
Zgromadzone czworonogi z grzecznością wykrzyczały nowe imię ucznia.
— No, generalnie to my też mamy nowego wojownika. — Na luzie powiedział Sowi Pazur. — Jest nim Drżący Szept. Dumna wojowniczka naszego klanu.
Nie powiedział tego zbyt miło, chociaż z powagą. Cieszyłam się, że mam grubą sierść, bo gdyby nie to, wszyscy pomyśleliby, że utaplałam się w pomidorach.
Drżący Szept! Drżący Szept!
— Kto to jest? — zapytał Nagietkowa Łapa swojego mentora. — Czasami na ciebie patrzy.
Domyśliłam się, że mówią o tej suce z Ventusu. Zastawiłam uszy, ciesząc się, że mogę skupić się na czymś innym, niż setka psów krzyczących moje durne imię.
— Gratuluje wam — z grzecznością odparł Podgrzybek, który raczej nie pomógł mi w podsłuchiwaniu. — U nas w klanie również zawitała nowa wojowniczka: Zroszona Ptaszyna.
Okrzyki o jakiejś rosie też mi nie pomagały. Dziękuję serdecznie wam wszystkim, a teraz się zamknijcie.
— To moja przyjaciółka z Ventusu — jakimś cudem dosłyszałam Ciepłego. — Może chciałbyś iść porozmawiać z innymi uczniami? Chyba im się trochę nudzi i przysiedli się do Kłacz…astej Łapy. Moje spojrzenie momentalnie stało się kawałkiem lodu, dlatego też skupiłam je na swoich łapach.
— Mogę spróbować — powiedział Nagietek, pewnie tylko dlatego, aby jego brat mógł spokojnie flirtować z moją „już najlepszą przyjaciółką”. Parę psów co jakiś czas spoglądało na Ciepłego i sukę z Ventusu, z uśmiechem. Zostali zauważeni. Zajebista atrakcja.
Poszli razem rozmawiać, a ja zostałam sama.
— Wszystko w porządku, Skarbeńku? Minę masz jakąś niemrawą — Kolorowy Wiatr spytała zmartwiona.
— Wszystko w najlepszym – odpowiedziałam szybko. — Szczeniaki wesołe, słońce świe… — przerwałam, bo zauważyłam, że jest noc. — Spoko jest. Ale dziękuję za troskę.
— To dobrze. Jakby cię coś trapiło, to zawsze możesz ze mną porozmawiać — odpowiedziała doświadczona wojowniczka pogodnie. Coraz bardziej ją lubiłam.
Pokiwałam głową, uśmiechając się. O dziwo, przyszło mi to naturalnie. Momentalnie zrozumiałam, że przy niej nie da się martwić – i dziękowałam jej za to w myślach.
Do końca zgromadzenia miałam na pysku uśmiech. Szczery uśmiech.
<Kolorowy Wietrze?>
[1129 słów, Drżący Szept otrzymuje 11 punktów doświadczenia]

17 listopada 2021

Od Drżącej Łapy (Drżącego Szeptu)

– Tatuś! Tatuś!
Dreszczka podbiegła w stronę Pustynnego Wiatru, z rozwianą sierścią i szerokim uśmiechem przemierzając kolejne kroki. Jej małe łapki nieporadnie pląsały w tę i we w tę, wpadając do każdej dziury i rozchlapując brunatną wodę z każdej kałuży; zostawiały brązowe piętna na delikatnej powłoce śniegu, która przykryła ziemię i była świadectwem nadejścia Pory Nagich Drzew, która ukazywała się coraz widoczniej wraz z dorastającym miotem w klanie Płomiennych.
Wyniosły wojownik rozejrzał się na boki, powoli wstając ze swojego legowiska. Na widok swojej córki począł machać ogonem. Kiedy odwrócił się w jej stronę, śnieg chrupał pod jego łapami. Na jego pysku zaś, podobnie jak u córki, malował się uśmiech.
— Tak? — spytał przyjemnym dla ucha głosem, zniżając swój łeb, by zrównać się z potomkinią.
— Tato, tato, czy możemy pójść do młodych dwunożnych?! Proszę?! – rozemocjonowana Dreszczka wykrzyczała, pytająco świdrując swojego opiekuna spojrzeniem. Mina wojownika natomiast mówiła „Ach, te dzieciaki!”.
— Nie możemy zbliżać się do dwunożnych — rzeczowo stwierdził Pustynny Wiatr, przyjmując pełen pewności głos. — Nie jesteśmy ich pieszczoszkami, a ci mogą zrobić nam krzywdę. Przecież ci już to-
— Tato, tato, ale oni lepią dwunożnych ze śniegu! — sunia przerwała mu niegrzecznie, wciąż nie mogąc ustać w miejscu.
— Co robią? — pies zmarszczył brwi.
— Lepią dwunożnego ze śniegu! Dlaczego my nie możemy ulepić wojownika? Prooszę! Tak bardzo ładnie proszę! Będę grzeczna cały dzień, nie będę się kłócić, będę…
Jej opiekun westchnął, gdyż za sobą miał już poranny patrol. Patrząc w roziskrzone oczy szczenięcia, jednak nie potrafił odmówić, dlatego powiedział tylko:
— Zawołaj swoje rodzeństwo.
I począł przygotowywać się na kolejną mękę.
Dreszczka natomiast, bardzo zadowolona, zaczęła szukać swoich braci i siostry. Dobrze wiedziała, że zapowiada się wspaniała zabawa; i chociaż w taki piękny dzień wolałaby nie oglądać Kruczka na oczy, szczęście na lepienie wojowników ze śniegu okazało się silniejsze od niechęci.
Kiedy szczeniak biegł przez obóz, krzątające się wokoło psy nie zwracały na niego większej uwagi. Tylko pojedyncze oczy odwracały się, a na pyskach starszyzny zakwitały uśmiechy, chociaż wydawałoby się, że o tej porze roku nie zakwitnie nic; starsi członkowie klanu mieli koło siebie krąg uczniów, którym opowiadali swoje historie z lat młodości, śmiejąc się wesoło — po krótkiej zaś chwili wśród towarzystwa uczniaków dostrzec można było jednego szczeniaka, jakim był Jazgotek. Brat Dreszczki z otwartymi oczami słuchał niestworzonych bohaterstw byłych wojowników, zapewne bojąc się, że on sam może takich nie dokonać. A to równałoby się z klęską. 
— Jazgotek! — krzyknęła Dreszczka, która przerwała właśnie historię o zabiciu borsuka i uratowaniu klanowych szczeniąt. — Tato woła! Będziemy się bawić!
Beżowy szczeniak poruszył się niespokojnie. Obdarzył swoją siostrę zdziwionym spojrzeniem, pełnym nieufności i niechęci. On również na co dzień nie dogadywał się z Dreszczką zbyt dobrze, a teraz ta dodatkowo przerwała mu pełną ekscytacji historię. Zgromadzone psy zachichotały cicho, chociaż niektóre wydawały się walczyć z chęcią pozbycia się białej kupki sierści. Nie każdy tolerował wtrącanie się i przerywanie ze spokojem.
— A w co? — spytał ostrożnie Jazgotek.
— W lepienie wojowników ze śniegu — wesoło oznajmiła Dreszczka, nie zrażając się postawą swojego brata. Ów osobnik, po tej odpowiedzi, wydawał się zdziwiony i bliski wesołej paniki.
— Powiecie mi potem, jak to się skończyło? — spytał się starszyzny, a ci z pobłażliwym uśmiechem potaknęli głową. Natychmiast wrócili do opowieści.
Oba psy odeszły z miejsca zdarzenia, i podskakując w zaspach śniegu, postanowili poszukać reszty rodzeństwa. Tych znaleźli w magazynie, w żłobku: suki rozmawiały miękkimi głosami, liżąc dwoje obecnych szczeniąt. Wśród dorosłych samic znajdowała się Fenkułowa Plamka, która swoim językiem myła Promyczka, obok którego siedziała Piasek. Pierwszy z tej dwójki wyglądał na zadowolonego, jednak druga przeciwnie. Wierciła się niespokojnie, cicho zawodząc, gdy przyjaciółka jej matki delikatnie pielęgnowała jej sierść. Widocznie nie każdy przepada za byciem czystym.
— Och, Jazgotek i Dreszczka — matka szczeniąt podniosła zdziwiony wzrok. Jej czarny ogon delikatnie się podniósł, aby zaraz ponownie opaść. — Co tutaj robicie?
Oba szczenięta przekrzykiwały się w tłumaczeniu, w co będą się bawić, przez co ich rodzicielka niewiele zrozumiała. To jednak nie przeszkodziło jej w wypuszczeniu swoich podopiecznych z pogodnym uśmiechem, rozjaśniającym zimową pogodę.
— Bawcie się dobrze — powiedziała tylko, kiedy czwórka z pięciu szczeniąt wybierała się do wyjścia.
Prawie skompletowane towarzystwo ruszyło raźno odnaleźć Kruczka, którego — o dziwo — nie znaleziono w żadnym z legowisk. Pewnie zachodziliby głowy jeszcze przez długi czas, gdzie się znajduje, gdyby nie to, że ten sam do nich podbiegł, ewidentnie niezadowolony.
— Wiecie, co się stało ze zwierzyną? — markotnie spytał — Pustka! A ja myślałem, że szczeniaki mają pierwszeństwo!
— Ale przecież my dopiero zaczęliśmy ją jeść — zdziwiony Jazgotek powiedział — Nie mieliśmy czasem korzystać ze stosu tylko pod opieką kogoś dorosłego?
— Nieważne — Dreszczka przerwała tę interesującą dyskusję, wybawiając Kruczka, chcąc lub nie, z kłopotu. — Zaczynają mnie boleć nogi od tego chodzenia, a my nawet nie zaczęliśmy się bawić!
— Bawić? — Kruczek leniwie się przeciągnął. — No nie wiem, czy mi się-
— No weź się pobaw — warknęła niezbyt miło Piasek — Jak tata każe, to każe, nie?
Najmłodszy z rodzeństwa nie odezwał się, lecz powlókł za pozostałymi, mimo iż wciąż zostawał na końcu, jak gdyby czyhając na okazję, by czmychnąć czym prędzej.
Piątka psów zatrzymała się na chwilę, wdychając zimowe powietrze. Im oczom ukazał się Pustynny Wiatr, który wyszedł swoim szczeniętom na spotkanie; jego trzykolorowa sierść mieniła się w słońcu, wyglądając, jak gdyby sam pies miał zaraz spłonąć. Szedł on zmęczonym, ociężałym krokiem, chociaż gdy dotarł do szczeniąt, ożywił się nieco.
— Śnieg! — wrzasnęła Dreszczka, nie czekając dłużej.
Pobiegła w stronę największych zasp, a za sobą słyszała tupot łap rodzeństwa. Ich wesołe okrzyki mieszały się ze sobą, tak, że Księżniczka nie była w stanie odróżnić głosów; jedynie donośny krzyk Pustynnego Wiatru odcinał się na tle wrzasków młodzików, gdy dorosły pies próbował nie pogubić żadnego z nich. Ci jednak nie przejmowali się staraniami opiekuna, wciąż rozbiegając się na wszystkie strony i atakując z całą siłą, na jaką było ich stać — niewielką.
— A masz! — wydarł się wniebogłosy Kruczek, atakujący Promyczka.
— Ała — cicho pisnął beżowy szczeniak, jednak prędko oddał swojemu bratu. Kiedy czarna kępka sierści nie poruszyła się, Promyk szeroko otworzył oczy.
— Kruczku? — zapytał przerażony, szturchając brata nosem. Jak można było przewiedzieć, Kruczek przewrócił Promyczka, śmiejąc się z wesołym szaleństwem.
Dreszczka obserwowała wszystko z daleka, gdyż zatrzymała się na chwilę, aby objąć swoim wzrokiem całe swoje rodzeństwo. Biały płatek spadł jej na nos, uderzając zimnem, jednak sunia się nie poruszyła.
— Jest wspaniale — powiedziała drżącym szeptem.
To wspomnienie na zawsze pozostało w mojej głowie.

***

— Ja, Rzepakowa Gwiazda, przywódczyni Industrii, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, aby zrozumieć wasz kodeks, a że jej się to udało, polecam wam ją jako wojownika.
Odwróciła się w moją stronę.
— Drżąca Łapo, czy obiecujesz bronić kodeksu wojownika i przestrzegać go?
— Obiecuję — odparłam z uśmiechem. – Czy mogę nazywać się Drżący Szept?
— Ale emo — ktoś z tłumu skomentował.
Rzepakowa zamrugała parę razy oczami. Kontynuowała z uśmiechem:
— Mocą Coleum nadaję ci imię wojownika. Od tej chwili, Drżąca Łapo, będziesz się przedstawiała jako Drżący Szept. Gwiezdni honorują twoją zawziętość i pracowitość, a my witamy Cię jako pełnoprawnego członka Płomiennych.
Poczułam, jak liderka kładzie głowę na moim pysku, a następnie polizałam ją w bark. Do uszu dotarły mi krzyki klanu, spośród których rozróżniłam głos mojej rodziny. Jak przez mgłę zdawało mi się, że w tłumie widzę również Fenkułową Plamkę. Podeszłam do grupy psów, czując ich spojrzenia na sobie.
— Dziękuję — odezwałam się zarówno do Pustynnego Wiatru, jak i Fenkułowej Plamki, stojącej obok niego.
— Nie ma za co — oboje zgodnie powiedzieli, uśmiechając się.
[1204 słów, Drżący Szept otrzymuje 12 punktów doświadczenia i 3 punkty treningu]

15 listopada 2021

Od Drżącej Łapy

Zaliczanie oceny parę wschodów słońca po śmierci matki nie jest dobrym pomysłem. Ostatnie, o czym myślałam, to było zamartwianie się wojowniczym imieniem i błaganiem przodków, abym złapała cokolwiek. Nawet mysz. Mimo tego rozumiałam Pustynnego Wiatru — mój mentor widocznie chciał odciągnąć zarówno swoje, jak i moje myśli od tragicznego wypadku. Być może dla niego podwojenie swojej pracy było właściwą koncepcją, ale dla mnie ewidentnie nie; nie mogłam się na niczym skupić, ciągle będąc rozproszona najmniejszymi myślami i czynnikami otoczenia. Wciąż zamyślałam się, a trzeźwość przychodziła zbyt późno. Akurat w momentach, kiedy ptak, spłoszony moją nieostrożnością, odlatywał z gałęzi.
Po każdym polowaniu, które do najlepszych nie należało, przychodziłam do mojego mentora ze zwieszoną głową. Tych każdych tak naprawdę nie było dużo, bo o ocenie dowiedziałam się trzy polowania po nocnym czuwaniu.
 — Myślę, że jesteś gotowa zostać wojowniczką — odezwał się wtedy do mnie mój mentor, delikatnie uśmiechając. Wiedziałam, że przysparza mu to trudność, więc odwzajemniłam uśmiech. Oboje mieliśmy okazję poćwiczyć umiejętności aktorskie.
 — Będę cię oceniał podczas łapania zwierzyny — dopowiedział Pustynny Wiatr. — Nie przejmuj się twoimi ostatnimi… nieudanymi próbami. Każdemu zdarza się pech.
Kiwnęłam głową, a mój egzamin się zaczął.
Tak naprawdę nie byłam szczególnie zdenerwowana — nigdy nie słyszałam o zawalonej ocenie. Jeżeli ktoś miał zostać wojownikiem, logiczne, że potrafił upolować choćby mysz. Nie takie rzeczy robi się na treningu.
Kiedy wyszłam z obozu w poszukiwaniu świeżego tropu, moje łapy dotknęły mokrej, chłodnej ziemi. Poczułam w swojej sierści ciepły, wiosenny wiatr, który wydawał się przenikać mnie na wskroś i ogrzewać od środka. Mocniej oparłam się łapami o ziemię, ciesząc z okazji do pokazania swoich umiejętności. Wyruszyłam spokojnie, rozglądając się na boki.
Miasto w ten wieczór prezentowało się spokojnie: lampy świeciły ciepłym blaskiem, łagodnie zalewając swym światłem ulice. Młodzi ludzie spacerowali, śmiejąc się i żywo gestykulując. Patrząc na nich, mimowolnie poczułam się samotna. Przystanęłam, spoglądnęłam na nich pogodnie, obserwując czystym wzrokiem. Usiadłam, zamiatając swoim ogonem twardy chodnik.
Przez szare chmury blask księżyca i gwiazd jedynie prześwitywał delikatnie, jednak ich wsparcie nie było mi potrzebne — miałam pewność, że Fenkułowa Plamka i tak obserwuje mnie. W końcu tyle czekała na tę chwilę, prawda? Zapewne siedzi teraz obok nie. Popatrzyłam się w bok, jednak nikogo nie dostrzegłam. 
Cicho przemknęłam w stronę kempingu, idąc w śladzie wyznaczonym przez cienie rzucane przed domy. Wydawało mi się nieodpowiednie podążać teraz w świetle. Zresztą, zdarzenie sprzed chwili odebrało mi chęć pokazywania się światu. Chociaż mogło to być głupie, czułam dziwny żal na myśl, że moja matka być może nie istnieje. Skąd wiemy, że po śmierci nie czeka nas pustka?
Wydaje się, że medycy rozmawiają w snach z Gwiezdnymi. Równie dobrze...
Na tym skończyłam swoje rozmyślania, gdyż w taki piękny wieczór nie chciałam niepotrzebnymi myślami zaprzątać swojej głowy. Ważniejsze było teraz zadanie, jakie zostało mi zlecone.
Ruszyłam więc przed siebie, a z każdym susem domy dwunożnych ustępowały na rzecz bujniejszej roślinności. Z racji, że teren ten znałam doskonale, dobrze wiedziałam, że zbliżam się do jeziora. Nawet gdyby znalazłby się tu szczeniak, po mokrej ziemi i odorze wody musiałby się domyślić, że gdzieś niedaleko jest zbiornik wodny.
Moim oczom ukazała się tafla wody, w której odbijały się pojedyncze legowiska ludzi; ich żółte światełka tańczyły po delikatnie falującym jeziorze, na której powierzchni pływały kaczki. Obrałam sobie za cel jedno z ptaszysk, gdyż uznałam je za godne tak ważnego egzaminu.
Jedna z nich podpłynęła blisko brzegu, a ja chciałam wykorzystać okazję: bez większego przygotowania czy przemyślenia sytuacji zareagowałam nagłym skokiem, tak odmiennych od perfekcyjnych manewrów, jakimi mentorzy karmią swoich uczniów. Wiadome było, że kaczka zwiała.
— Po pierwsze — zaczął — nie kłócimy się i szanujemy siebie nawzajem. Jesteśmy sprawiedliwi i umiemy znieść porażkę. 
Wymieniłam z moją matką porozumiewawcze spojrzenie, mówiące „Ale on jest upierdliwy”. 
— Po drugie nie obniżamy mi poziomu prestiżu i wkładamy wszystkie starania w to, co robimy. Musicie przysłużyć się klanowi do ostatniej kropli krwi.  Sranie w banie. Nikt go już nie słucha. 
— Kolejną zasadą jest… 
— Zaczynamy — mruknęła Fenkułowa Plamka. Fajna jest w sumie. — Tylko się nie pozabijajcie. 
Miałam szczęście, że ptaki były przyzwyczajone do dziwnych zdarzeń. Skoro przyjmowały pożywienie od dwunożnych, dlaczego miałyby uciekać od zdziczałego, brudnego drapieżnika?
Opadłam na ziemię, w ciszy czekając, aż któreś ze zwierząt podpłynie wystarczająco blisko by dać się złapać.
 — Jeszcze chwila — mruknęłam sama do siebie, próbując nie wiercić się na widok apetycznych stworzeń. Od samego czekania czułam duże zmęczenie, spotęgowane stresem i uczuciem, że jestem obserwowana.
— Zmęczona? To jeszcze tylko chwilkę. Możemy poćwiczyć teraz podchodzenie do zwierzyny — powiedział Pustynny Wiatr. Niemal niezauważalnie kiwnęłam głową, przyzwalając na dalsze prowadzenie treningu. Niezrażony wojownik zaprezentował pozycję, którą przybierały czające się psy. 
Obserwowałam z uwagą, które mięśnie napina, a które pozostają rozluźnione. Starałam się odtworzyć jego ruchy, kierując wzrok w kierunku, w którym patrzył mój mentor, i ignorując dławiące poczucie zmęczenia. Pustynny nosem zmienił ustawienie moich łap i obniżył ogon. Przyglądał się mi krytycznym wzrokiem, chcąc wyłapać wszelkie niedogodności. 
— Hm… — zastanawiał się przez chwilę, ale koniec końców się rozluźnił. — Dobrze jak na pierwszy raz. Koniec treningu.
Przyjęłam właściwą pozycję, widząc kolejną nadarzającą się okazję.
Skok.
Szarpnięcie.
Ała.
Gotowe. Miejmy nadzieję, że to zobaczył. Dobrze mi wyszło.
Otrzepałam się z wody, kładąc moją zdobycz na ziemi. Na moim pysku pojawił się grymas bólu, gdy poczułam ucisk w miejscu, w którym ptak w desperacji uderzył mnie dziobem. Była to jednak całkiem nieznacząca przeszkoda, dlatego – jak uznałam – powinno mi się udać bez problemu dotrzeć do obozu.
– Dobra robota – usłyszałam głos mojego mentora. Odwróciłam się nagle, przestraszona.
Na pysku Pustynnego Wiatra zakwitł delikatny uśmiech. Momentalnie pomyślałam o swojej matce.
Widziałaś to?

***

Położyłam moją zdobycz na stosie zwierzyny. Z delikatnym uśmiechem do kaczki dołożyłam mysz i kawałek mięsa dwunożnych, które znalazłam w drodze powrotnej. Rozejrzałam się po obozie, w samą porę, aby dojrzeć Promiennego biegnącego w moją stronę.
 — Dreszczczko! Zaliczyłaś ocenę? Jak super, super, gratulację! — merdał ogonem pełen entuzjazmu. Zaraz mina mu zrzedła, a oczy zaszły łzami. — Szkoda... Że... Mama tego nie widziała.
W ciszy wysłuchałam mojego brata, który po chwili znowu się uśmiechnął. Widocznie nie chciał dopuszczać do siebie negatywnych emocji.
— E tam, na pewno na ciebie patrzyła. Byłab- Je-e-st z ciebie dumna!
Skinęłam krótko głową, pochylając łeb. Czułam się obserwowana. Ukradkiem spoglądnęłam w prawą stronę, a w moim polu widzenia znalazł się Kruczy. Czarny uczeń ze złośliwym uśmiechem podbiegł do mnie, trącając nosem upolowaną przeze mnie mysz.
 — Nieźle, szczur. Normalnie jak na pierwszych polowaniach, prawda? — ironicznie spytał. Domyśliłam się, że mi zazdrości, a w dodatku nie umie sobie poradzić ze zmianą mentora, dlatego jedynie obdarzyłam go twardym spojrzeniem. Każdy ma czasem gorszy dzień, chociaż ten ekhem... szczeniak... chyba naprawdę nie umie być w dobrym humorze.
— Dre- żącą? Gratuluję, dobra robota? — powiedział zdziwiony Jazgoczący. — To była twoja ocena?
— Tak — krótko oznajmiłam. Jazgot wydawał się być szczerze zdziwiony, jednak jego pochwała również zdawała się być szczera.
Nie mogę się doczekać, kiedy dostanę wojownicze imię.
Chciałabym, żeby było ono ładne. Najważniejsze jednak, abym wreszcie je dostałam. Ooh, i ten, abym dożyła tej chwili. Zabawnie by było, gdybym teraz się wyjebałam pod jakiegoś potwora.

[1180 słów: Drżąca Łapa otrzymuje 11PD oraz 3PT]