Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Konwalijkowy Zagajnik•. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą •Konwalijkowy Zagajnik•. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2021

Od Konwalijkowego Zagajniku CD Krzaczastego Cienia (Krzaczastej Łapy)

Mimo tego, że między Krzaczastą Łapą a Konwalijkowym Zagajnikiem przez większość drogi panowało napięcie, suczka nie zawahała się ani przez chwilę, kiedy tylko usłyszała skrzypnięcie śniegu i poczuła odór Ventus.
— Krzaczasta Łapo, uważaj! — wyrwało się z jej pyska. 
Jej ciało zdążyło zareagować szybciej niż jej mózg. Popchnęła rudego ucznia na bok i zasłoniła go swoim ciałem. Odetchnęła głęboko, napinając wszystkie swoje mięśnie. Taka sytuacja była dla niej czymś zupełnie nowym, dlatego trzymała się na baczności, mierząc wzrokiem suczkę z obcego klanu. Zmrużyła oczy, kiedy poczuła coś więcej niż tylko Ventus. Choć jej rudo-czarne futro przesiąknięte było innymi Wietrznymi, ciągnął się za nią też nieco stłumiony smród karmy dwunożnych.
— Co robicie na terenach Ventus?! — suczka fuknęła, najpewniej nie zdając sobie sprawy z sytuacji, w której się znajduje. Zresztą podobnie jak Konwalijka, którą z zaskoczenia wzięło pytanie nieznajomej.
— Zaraz, terenach… co? — wyjąkała wojowniczka, gubiąc się w tym wszystkim i tracąc na chwilę swoją wcześniejszą pewność siebie. Czuła się, jakby trafiła do jakiegoś cyrku. Cała ta sytuacja była niedorzeczna. Zmieszana zerknęła na Krzaczastą Łapę. Była pewna, że nie przekroczyli swoich terenów.
Wszystko to dobrze podsumowało jego niezręczne parsknięcie śmiechem, na które nie stać było Konwalijki.
— Ven-tu-su — przeliterowała młoda, marszcząc czarny nos. — Wy też jesteście nowi? Nie wiecie co to klany?
Ha? Teraz naprawdę nie rozumiała już podpalanej suczki. Nowi? Co to za niedorzeczność? Odruchowo przysunęła się bliżej do Krzaka, w razie gdyby stanowiła jakieś zagrożenie, choć nie wyglądała groźnie. Jednak nigdy nie powinno się bagatelizować niebezpieczeństwa, obojętnie na jak błahe by nie wyglądało, prawda?
Zastanawiała się dłuższą chwilę jak powinna rozwiązać tę sytuację - bo w końcu to ona z ich dwójki dzierżyła wyższą rangę — i czemu do diaska ta suczka śmierdziała jak samotnicy. Lecz zanim zdążyła zareagować, za uczennicą pojawiła się kolejna para Wietrznych. Pysk Konwalijki zadrżał. Skupiła się na niej tak bardzo, że nawet nie wyczuła, że nadchodzi więcej psów! Wyszczerzyła kły, przybierając bojową pozycję podobnie jak Krzak. Kto by się jednak spodziewał, że zamiast walki rozegra się przed nimi kolejna dzienna porcja cyrku? Z pewnością nie ona.
— Ktoś mi powie, co tutaj się dzieje? — fuknęła Konwalijkowy Zagajnik, przerywając wymianę zdań między członkami Ventus.
— Wybaczcie — odezwała się jedna z suczek z obcego klanu. Konwalijka na jej słowa nieco się rozluźniła. — Spalona Łapa jest u nas nowa. To dopiero jej drugi patrol przy granicy. Wojowniczka zmarszczyła brwi na jej słowa, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo coś śmierdziało jej w tym wszystkim. Zmrużyła na krótką chwilę oczy, analizując sytuację. Uczniowie i jedna wojowniczka przekroczyli granicę, ale ich wyrazy pyska wskazują na to, że - przynajmniej część z nich - zupełnie nie zdawała sobie sprawy. Nawet jeśli osobiście coś jej tutaj nie pasowała, po co miałaby ich tu zatrzymywać? Dopóki nie stanowili zagrożenia dla jej klanu, mogła przymknąć oko na takie wpadki.
Kiedy wreszcie otworzyła oczy, jej pysk zdobił już delikatny, spokojny uśmiech.
— Nic się nie stało. Wróćcie na swoje tereny i nauczcie swoich uczniów, jak daleko one leżą — powiedziała Konwalijka, a kiedy tylko te słowa uciekły z jej pyska, Pstrokate Skrzydło wraz z uczniami jak najprędzej oddaliła się w tylko im znanym kierunku.
Kiedy wreszcie zniknęli im z oczu, wojowniczka zaskoczona spojrzała na Krzaczastą Łapę, zastanawiając się w głowie, dlaczego w ich szeregach znajdował się ktoś „nowy”. W końcu otworzyła pysk:
— Pójdziemy dokończyć patrol i potem wrócimy do obozu. Mam nadzieję tylko, że już ich tu nie zostaniemy.
Westchnęła.

***
 
Minęło parę dni.
Mimo tego, że jeszcze nie usłyszała, po co została wezwana przez liderkę zaraz po ogłoszeniu planu ataku na Industrię, mogła się z łatwością domyślić przyczyny. I choć gdzieś głęboko miała co do tego mieszane uczucia, starała się tego otwarcie nie okazywać.
Konwalijka spojrzała prosto w oczy Nakrapianej Gwiazdy, która stała tuż przed nią. W obozie nadal panował gwar spowodowany oburzeniem i zagorzałymi dyskusjami innych psów na temat wypowiadania wojny Industrii. ”O zachodzie słońca Irysowe Serce, Pajęczy Odwłok, Krzaczasta Łapa i dwóch wybranych Wodnych wyruszą na bitwę z Industrią”. Słowa Nakrapianej Gwiazdy nadal tkwiły w jej pamięci, choć kiedy pierwszy raz je usłyszała, nie wiedziała jeszcze, że będzie jedną z tych dwóch tajemniczych wybranych Wodnych.
— Na pewno słyszałaś moje słowa, Konwalijkowy Zagajniku — zaczęła liderka, utrzymując kontakt wzrokowy z młodszą od siebie suczką. — Zatem wiesz, czemu chciałam z tobą porozmawiać. Pójdziesz z nimi.
— Rozumiem.
— Mam nadzieję, że jesteś gotowa, żeby się tego podjąć. To rozkaz.
Cisza.
— Flumine zawsze może na mnie polegać, Nakrapiano Gwiazdo — odparła po dłuższej chwili, chcąc dobrze dobrać swoje słowa. — Będę bronić mojego klanu, obojętnie czy jest to kwestia jedynie jego honoru, czy bezpieczeństwa — i to nie dlatego, że to od ciebie dostaję ten rozkaz, zdawało się mówić jej spojrzenie. I choć te myśli pozostały niewypowiedziane, wydawało się, że liderka doskonale zrozumiała to, co Konwalijka chciała przekazać. Gdy tylko na szali było stawiane dobro jej rodziny, nic innego nie miało znaczenia. Tak długo jak Flumine pozostanie jej rodziną, tak długo liderka miała ją w swojej garści.
— Ha — parsknęła liderka. Konwalijka obawiała się, że zaraz usłyszy kazanie, jednak ku jej zdziwieniu pysk starszej suczki zdobił uśmiech i jakiś dziwny wyraz ulgi — Oczywiście... to mi wystarczy. Jestem pewna, że dobrze sobie poradzisz.
Wojowniczka uniosła głowę ku górze, podzielając jej uśmiech.
— Dziękuję.
Po tym jednym słowie odwróciła się i ruszyła w kierunku swojego legowiska. Jej kroki były spokojne, prawie dumne.
Jednak kiedy tylko przestała czuć na sobie spojrzenie liderki, zatrzymała się i spojrzała w przestrzeń. Jej oddech przyśpieszył, a tętno podskoczyło. Przełknęła ślinę, starając się zapełnić czymś pysk pełen gorzkiego posmaku. Bitwa. Wojna. Zamknęła oczy, starając się uspokoić swój oddech.
To przecież idealna okazja, żeby pokazać innym swoją wartość. Dlaczego więc miała aż tak złe przeczucie co do tego wszystkiego?

***

Śnieg prószył delikatnie tego wieczoru. Świat mienił się w bieli, sprawiając, że rdzawe futra Wodnych można było z łatwością dostrzec nawet z daleka. Ta myśl sprawiła, że jej ciało zesztywniało. Zawahała się, spoglądając na swoje łapy. Dzieliła ich tylko krótka chwila od starcia z Industrią. Już dawno minęli ostatnie drzewa oznaczone zapachem Flumine, co równało się tylko jednej rzeczy. Znajdowali się na terenie wroga. Podniosła głowę dopiero wtedy, kiedy poczuła na sobie spojrzenie Krzaczastej Łapy. Odetchnęła powoli, unosząc głowę ku górze. Musiała być dumna z tego co robi, inaczej… inaczej nie byłaby godna dzierżenia tytułu wojownika, odbijało się echem w jej głowie. Wzdrygnęła się, czując, jakby wszyscy mogli z łatwością usłyszeć jej myśli. Przytłaczająca cisza sprawiała, że nawet najcichszy szept stawał się słyszalny. Kiedy wreszcie dotarli do obozu obcego klanu, Konwalijka zbyt przytłoczona wszystkimi emocjami nieco odsunęła się od reszty, skupiając się na ich otoczeniu. To właśnie z tego powodu najprawdopodobniej jako pierwsza usłyszała podejrzane skrzypnięcie śniegu. Zastygła.
— Co, do cholery? — krótko po tym dobiegł do niej obcy głos.
Zanim zdążyła zareagować, suczka już rzuciła się w ich stronę.
— Jagodowa Mgło, powinniśmy załatwić to subtelniej-...
— Też mi subtelniej, Ciepły — warknął jeden z psów. — Na pohybel skurwysynom!
W przeciągu paru kolejnych sekund wcześniej spokojne miejsce zmieniło się nie do poznania. Różne psy nacierały się na siebie tylko z jednym, wszystkim jasnym celem. To nie były już dziecięce zabawy w żłobku. Tutaj naprawdę warzyło się życie członków jej klanu. Poczuła, jak adrenalina zaczyna buzować jej w żyłach.
Widząc, że dwa psy jednocześnie rzucają się na Krzaczastą Łapę, kłapnęła na jednego z nich, starając się odwrócić jego uwagę. Splunęła jego rdzawą sierścią, która była jedynym, co zatrzymało się na jej zębach. Odskoczyła do tyłu, widząc, jak pies od razu kieruje całą swoją uwagę na nią. Przez dłuższą chwilę próbowali się dosięgnąć, lecz żaden nie zdołał zranić swojego przeciwnika.
To właśnie wtedy zobaczyła przed sobą rudawą plamę. Krzaczasta Łapa rzucił się na przeciwnika Konwalijki, pozwalając jej wreszcie odetchnąć. Nie była to jednak pora na czucie ulgi. Sytuacja nie prezentowała się najlepiej, a śnieg z sekundy na sekundę przybierał coraz bardziej szkarłatny odcień.
Warknęła pod nosem, rzucając się na kolejnego psa. Tym razem jej kły zanurzyły się głęboko w mięśniach przeciwnika. Odskoczyła, odrywając kawałek jego skóry. Prawie od razu skoczyła na niego ponownie, chcąc rozerwać coś więcej niż tylko kawałek skóry. Zatrzymała się w połowie i poleciała na bok po śliskim śniegu, widząc, jak Sowi ignoruje jej atak i rzuca się na innego psa.
Zacisnęła zęby, odwracając się w jego kierunku. Zastygła. Nie przygotowała się na widok, który rozgrywał się jej teraz przed oczami. Pajęczy Odwłok, z którym jeszcze nie tak dawno była na patrolu leżał teraz nieruchomo, niczym zimny kamień wśród szczypiącego śniegu. A nad jego ciałem zastępca Industrii, z pyskiem oklejonym czarniejącą krwią.
W uszach odbijało jej się bicie serca, jak gdyby walka na chwilę przycichła. Leżało przed nią kolejne ciało. Czego innego mogła spodziewać się po bitwie? Stała na linii frontu. Po naruszeniu granic mieli po prostu wymienić się grzecznościami i polizać po pyskach na pożegnanie? Powoli zdawała sobie sprawę, jak niedorzeczne było jej myślenie. Tutaj nie było kompromisów.
Dlatego Sowi musiał zapłacić.
Nie zwracając uwagi na nikogo innego, wybiła się w kierunku Sowiego. Przejechała kłami po skórze, czując, jak metaliczny posmak wypełnia jej pysk. Zaryła pazurami o śnieg, mając zamiar uderzyć znowu. A jeśli teraz się nie uda to kolejny raz, i kolejny, i kolejny.
— Wycofajcie się! Flumine!
Przerwała swoje plany, słysząc głos Irysowego Serca. Dopiero wtedy poczuła, że odzyskuje władzę nad własnym ciałem. Cofnęła się parę kroków w tył, półprzytomnie rozglądając się po polu bitwy. O nie, nie, nie… dopiero teraz dostrzega, że zaraz obok większego ciała Pajęczego, przesiąkniętego krwią i śliną, leży nieco mniejsze, rudawe ciało. W panice rozejrzała się na boki, a kiedy wreszcie dostrzegła Krzaczastą Łapę, podparła jego bok.
— Krzaczasta Łapo, uspokój się — wyszeptała do niego przez zaciśnięte zęby. Wskazała mu pyskiem dwa ciała leżące zaraz przed nimi, a kiedy on wyrwał się do przodu, odwróciła wzrok.
Czy obydwaj żyli? Jakaś część Konwalijki nie chciała znać prawdy. Chciała tylko wrócić jak najszybciej do domu. W końcu była tylko tchórzem. Tchórzem bojącym się śmierci.
I kiedy wracali w ciężkiej ciszy do swojego obozu, ta jedna, nieprzyjemna myśl była jej wiernym towarzyszem.

***

Konwalijkowy Zagajnik mogła się jedynie przyglądać, kiedy kolejni uczestnicy bitwy wchodzili i wychodzili od medyka, z opatrzonymi mniej lub bardziej poważnymi ranami. Westchnęła, kładąc pysk na łapy. Zazwyczaj po zrobieniu swoich obowiązków oddawała się jakimś przyjemnym czynnościom, jak pogawędka z innymi wojownikami czy doglądanie żłobka. Niewątpliwe jednak było, że po ostatniej walce nikt nie miał nastroju na tego typu rzeczy. Sytuacja była napięta, każdy to wiedział, choć większość psów nie mówiło o tym na głos.
Zatrzymała wzrok na Krzaczastym, który skończył właśnie jedną z jego rutynowych kontroli u medyka. Przez ten krótki okres czasu jego rany zdążyły się już prawie zagoić, a przynajmniej tak wnioskowała z jego kroków. Zdążył się nawet dorobić nowej rangi. Kiedy tylko zbliżył się do niej wystarczająco blisko, podniosła się i rozciągnęła.
— Gratulacje — odezwała się. — Mam na myśli rangę wojownika. Krzaczasty Cień… ciekawe imię.
Naprawdę musiała się nudzić, skoro stwierdziła, że dobrym pomysłem będzie zaczepienie go. Jej pysk jak zwykle zdobił jej popisowy uśmiech.
Jednak obojętnie jak bardzo Krzak doszukiwałby się nieprzyjemnych podtekstów za jej słowami, nie mógłby ich znaleźć. O ile nie miałby urojeń. Mówiła dokładnie to, co miała na myśli. Skoro dostał nową rangę, to najwyraźniej przeszedł w końcu trening i na nią zasługiwał. Chociaż co do ostatniego mogła mieć wątpliwości, ale nie miała zamiaru podważać autorytetu ani zastępczyni, ani liderki. Nie podczas tej i tak napiętej sytuacji.
Wewnętrzne spory nie wyjdą im na dobre.
< Krzaczasty Cieniu? >
[1863 słów, niewpisane]

16 lipca 2021

Od Konwalijkowego Zagajnika do Krzaczastej Łapy

Promienie słońca delikatnie muskające jej pysk, a to oznaczało tylko jedno. Dreszcze przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa. Otworzyła powoli oczy, uspakajając swój drżący oddech. Została zmuszona do popołudniowej drzemki, żeby przygotować się na nocne czuwanie, ale tak naprawdę nie potrafiła zmrużyć oka. W jej głowie jak zacięta płyta cały czas powtarzały się słowa Nakrapianej Gwiazdy: „Mianowanie odbędzie się, kiedy słońce skryje się za budynkami, a szkarłatne niebo zacznie ciemnieć. Bądź gotowa”.
Podniosła się ze swojego legowiska i rozejrzała po obozie. Parę psów spojrzało na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Najwyraźniej słowo o jej mianowaniu już rozniosło się wśród społeczności Wodnych. Uśmiechnęła się delikatnie, kiwając głową na powitanie przechodzącym obok wojownikom i zagadując niektóre znane jej psy. Wtedy właśnie dojrzała dobrze znaną jej sylwetkę zbliżającą się do niej w pośpiechu.
— Och, mamo! Tata też już idzie-?
— Konwalijkowa Łapo — przerwała jej bliska płaczu Muszelkowy Nos, wtulając pysk w futro swojej córki — och, nawet nie wiesz, jaka jestem z ciebie dumna. Już za niedługo będziesz miała zupełnie nową rangę i imię… oj, córeczko…
Zaskoczona nagłą wypowiedzią swojej mamy otworzyła szerzej oczy, choć tylko na chwilę. Robiły teraz scenę, ale nie przeszkadzało jej to. Rozluźniła się i odetchnęła z ulgą. To słowa, które najbardziej chciała teraz usłyszeć. Nie czekała na uznanie ani reszty klanu, ani nawet samej liderki. Nowe imię mogło dać chwilę na złapanie oddechu, ale nie było końcem jej drogi. Jeszcze nie nadszedł moment, w którym będzie mogła spocząć na laurach. Jednak tak długo, jak jej rodzice ją wspierali, była pewna, że uda jej się iść naprzód.
Po dłuższej chwili Muszelkowy Nos wreszcie odsunęła się od swojej córki, na chwilę zatapiając wzrok w jej kasztanowych oczach. Przerwały dopiero wtedy, kiedy ostatni promień słońca zaczął się coraz bardziej kurczyć, zwiastując koniec dnia. Konwalijka wyjrzała kątem oka przez okno, widząc wyraźnie, jak słońce chowa się za konstrukcje Dwunożnych. To oznaczało tylko jedno. Czas ceremonii.
Wymamrotała pożegnanie do swojej mamy — chociaż nie była pewna co dokładnie — odwracając się w stronę środka obozu. Rozejrzała się dookoła, zauważając, że niektóre psy już czekały ze zniecierpliwieniem na przemówienie Nakrapianej Gwiazdy. Konwalijkowa Łapa, widząc to, również zaczęła czuć przyjemny ucisk w klatce piersiowej i uśmiech mimowolnie pchający się na pysk. Prawie każdy szczeniak czekał na ten właśnie dzień bardziej lub mniej. Na dzień mianowania.
I wtedy właśnie z tłumu wyszła ona, Nakrapiana Gwiazda, z uniesioną głową wskakując na stół w samym centrum Opuszczonego Domu.
— Niech wszystkie psy na tyle dorosłe, by samodzielnie polować, przyjdą na zebranie Klanu! — po obozie rozniósł się krzyk liderki. Szepty ucichły, a wszystkie oczy skupiły się na uczennicy stojącej na środku. Nakrapiana Gwiazda odchrząknęła, upewniając się, że zapanowała cisza. Dopiero wtedy zaczęła swoje przemówienie. — Ja, Nakrapiana Gwiazda, liderka Flumine, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Konwalijkowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Przełknęła gulę w gardle. Bicie jej serca odbijało się po całym ciele, a jedyne co słyszała to krew pulsującą w jej uszach. Nie miała jednak czasu na wahanie się. Niepewność mogła jej jedynie zaszkodzić w osiągnięciu celu. Uniosła nieco wyżej pysk, otwierając go z zamiarem wypowiedzenia słów, które miały zaważyć na jej przyszłości:
— Obiecuję.
Być może to wzrok płakał jej figle, ale mogła przyrzec, że delikatny uśmiech zagościł na pysku liderki, kiedy ta usłyszała odpowiedź.
— A zatem mocą Coelum nadaję ci imię wojowniczki. Konwalijkowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Konwalijkowy Zagajnik. Gwiezdni honorują twoją wytrwałość i odwagę, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Flumine.
Starsza suczka zeskoczyła na pustce miejsce przed świeżą wojowniczką i oparła pysk o jej głowę. W tym samym momencie Konwalijkowy Zagajnik przejechała językiem po jej barku. Czas dłużył się niemiłosiernie, kiedy liderka powoli cofała się i jednocześnie dodawała jakieś słowa od siebie. W końcu jednak kiwnęła głową wszystkim zebranym, a następnie się oddaliła.
I to wtedy cisza została przerwana, a w obozie wybuchł gwar. Większość psów zaczęła skandować imię nowej wojowniczki, niektórzy skorzystali z okazji i rozpoczęli rozmowy z innymi psami, a inni… płakali? Konwalijka skrzywiła się nieco, widząc Klematisowego Korzenia smarkającego w futro Irysowego Serca.
— Ach, moja uczennica jest już wojowniczką… co teraz będę robił, samotny... — załkał pies, wycierając swoje załzawione oczy.
— Wszystko dobrze, Klematisowy Korzeniu? — spytała, pochylając się nad swoim — właściwie już nie — mentorem. Szturchnęła go nosem, starając się ocenić jego stan. Nie spodziewała się, że aż tak będzie przeżywał jej ceremonię. Chociaż… ona również z pewnością czuła jakieś ukłucie w serduszku na myśl o tym, że już nie będą spotykali się na wspólnych treningach.
— Nie zwracaj na niego uwagi, Konwalijkowy Zagajniku. Klem jest po prostu z ciebie bardzo dumny — odpowiedziała Irysowe Serce, uśmiechając się ciepło. Wymieniły między sobą jeszcze parę słów. Przynajmniej dopóki jej partner nie smarknął kolejny raz w jej futro, co poskutkowało odciągnięciem go siłą od centrum obozu. Konwalijka patrzyła na scenę rozwijającą się przed jej oczyma i Klematisa znikającego w tłumie. Przez dłuższą chwilę zostawiła wzrok utkwiony w przestrzeni, jak gdyby zapomniała o tym, gdzie właśnie się znajdowała. Być może tak było. Przytłaczające ją emocje, obojętnie czy pozytywne, czy negatywne, były zbyt mocne, żeby była w stanie myśleć trzeźwo.
Minęła dłuższa chwila. Większość psów zdążyła się już udać do spania lub śpieszyła się do innych spraw, dlatego mogło się wydawać, że stała w centrum obozu sama. Chociaż tak nie było.
Obojętnie jak przytłoczona by nie była, istniała jedna rzecz, którą mogła zawsze z łatwością dostrzec. Jasnoniebieskie, łagodne oczy patrzące na nią z oddali. Brzozowy Kieł stanął parę kroków od swojej córki, patrząc na nią z niepisaną radością.
Zerwała się i podbiegła do niego, uśmiechając się o wiele szerzej niż zwykle.
— Nie sądziłem, że tak szybko nastanie ten dzień, Konwalijko! Będziemy teraz mogli razem polować, patrolować, może nawet mentorować jakimś uczniom w tym samym czasie! — zaczął wymieniać Brzozowy Kieł, nagle brzmiąc o wiele młodziej, niż faktycznie był. Wyglądał na o wiele bardziej podekscytowanym nową rangą Konwalijkowego Zagajnika niż ona sama. Suczka zamachała ogonem, kiwając głową na jego słowa.
— Będziemy mogli upolować jakieś ryby i… — zamilkła nagle, wpatrując się w swojego ojca, który wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem. Jej wyraz pyska jednak w przeciwieństwie do jego nieco spoważniał — nadal kulejesz?
— Oj, Konwalijko, to nic poważnego. Och, zapomniałem się! Konwalijkowy Zagajniku, tak?
Zaśmiał się Brzozowy Kieł, najpewniej starając się pocieszyć swoją córkę. Konwalijkowy Zagajnik wtuliła pysk w jego futro, przyduszając go do jego głowy i mamrocząc po cichu:
— Twoja łapa już nigdy nie będzie taka sprawna jak kiedyś, prawda? Już tyle księżyców minęło. A co z Krzaczastą Łapą? Jak on się ma? Na pewno świetnie, prawda? Może powinnam...
— Przestań. Nie bądź jak ja i pakuj się od razu w kłopoty, Konwalijko — w jego głosie słuchać było jakiś dziwny wydźwięk, jak gdyby chciał się zaśmiać. Żaden z nich się jednak tego nie zrobił. Przez parę bić serca panowała między nimi zupełna cisza. Wojowniczka zacisnęła zęby, jeszcze bardziej wtulając się w futro swojego ojca. Obiecała, że ich obroni. Czy widok Brzozowego Kła z kulejącą łapą nie niszczył zupełnie jej celu? Wypuściła powoli powietrze, zdając sobie sprawę z tego, że nie może tak trwać w nieskończoność. Siłą powstrzymując łzy, odsunęła się od psa. Ekspresja na jej pysku powróciła do poprzedniego stanu rzeczy, zdobiona delikatnym uśmiechem.
Nie mogła być słaba. Coelum dało jej imię Konwalijkowego Zagajnika dzięki jej „wytrwałości” i „odwadze”. Tak powinno zostać.
 
Księżyce mijały spokojnie. Liście na drzewach stopniowo przestawały opadać, a ziemię pokrywał pierwszy śnieg. Przez ten czas do klanu Flumine zawitały trzy małe pyszczki, które były rodzeństwem Konwalijkowego Zagajnika. Suczka wiedziała, że nikt nie zastąpi jej rodzeństwa z miotu, ale na widok niewinnych szczeniaczków każdemu mięknie serce. Dlatego też odwiedzała swoją mamę w żłobku bardzo często, doglądając trójkę szczeniąt.
— Zanim się obejrzycie, będziecie duzi i dostaniecie nową rangę oraz imię — opowiadała Konwalijka, szczerze się uśmiechając.
— Hihi! Wtedy wszyscy będziemy się razem uczyć, a potem zostaniemy wojownikami — zawołała Leszczynka z entuzjazmem, jak gdyby przez tę chwilę zdążyła sobie już wyobrazić cały swój trening i jeszcze trochę. Prawdopodobnie tak było. Przez chwilę bujała się z zadumą, dopóki nie doznała jakiejś realizacji. — A jakie to będą nowe imiona? Jakie, Konwalijkowy Zagajniku?
— Hmm — zastanawiała się przez chwilę, po czym wymieniła je, patrząc na każdego z osobna — Popielna Łapa, Chmurna Łapa i Leszczynowa Łapa.
— Nie chcę się nazywać „Popielna Łapa”, to imię brzmi słaaabo — stwierdził Popiołek, który dotychczas siedział w ciszy. Wojowniczka zachichotała na jego słowa i zaraz pośpieszyła, żeby pocieszyć swojego brata:
— Jeśli przyłożysz się do treningu, to szybko dostaniesz imię wojownika, więc nie musisz się tym zamartwiać, Popiołku.
Zabawiała swoje młodsze rodzeństwo, do chwili, w której w obozie zaczął narastać gwar. Postawiła uszy, przysłuchując się głosom. Hałas był najpewniej spowodowany zakończeniem Dzielenia Zapachami. Psy powracały do swoich poprzednich zajęć i obowiązków. To oznaczało, że i ona powinna. Kiwnęła głową swojej mamie i wyściskała swoje młodsze rodzeństwo, a następnie udała się ku wyjściu z Opuszczonego Domu. W powietrzu jak zawsze unosił się zapach stęchlizny i mokrego futra, dlatego popołudniowy patrol zapowiadał się na udany. Chwila na świeżym powietrzu każdemu dobrze zrobi. Kiwała każdemu psu po drodze, będąc w o wiele lepszym humorze niż zazwyczaj. To właśnie tak wpływało na nią spotkanie z jej najsłodszym, najbardziej pociesznym i najulubieńszym rodzeństwem!
Wreszcie doszła do miejsca, w którym miała spotkać się z resztą patrolu. Przyszła trochę przed czasem, ale jak to mówią lepiej dmuchać na zimne, skoro i tak nie miała aktualnie innych obowiązków. Wtedy jednak dostrzegła, że na miejscu stał już inny pies. Otworzyła pyszczek, myśląc przez chwilę, że to Klematis, ale… szybko zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się myliła. Krzaczasta Łapa. Jej wyraz pyska na sekundę zmarkotniał, ale nie trwało to na tyle długo, aby ktoś miał szansę zauważyć.
Nie mogła pozwolić, żeby jej prawdziwe uczucia wypełzły na wierzch. Nie chciała zaszkodzić ani swojej rodzinie, ani swojej drodze do celu, a jej słabości były oczywistymi przeszkodami.
— Cześć, Krzaczasta Łapo — przywitała się, jak nakazywało dobre wychowanie. Zanim zdążył coś odpowiedzieć — choć wątpliwe było czy w ogóle miał taki zamiar — dołączył do nich ostatni członek patrolu. Pajęczy Odwłok podszedł do nich powolnym krokiem, kiwając im obydwóm głowom. Wojowniczka odpowiedziała tym samym.
Nie czekając ani chwili dłużej ruszyli na patrol, idąc równo wzdłuż granicy z innymi klanami. W większości panowała cisza, nie licząc raz po raz dziwnych komentarzy starszego wojownika. Żaden z nich nie tłumaczył nic Krzaczastej Łapie, mimo tego, że był uczniem. Pajęczy Odwłok z natury niewiele mówił. Za to Konwalijka niezbyt wiedziała, czy uczenie czyjegoś ucznia było to na miejscu. Zresztą byli prawie w tym samym wieku, syn Klematisowego Korzenia spokojnie mógł być już wojownikiem. Pewnie przyprawił Nakrapianą Gwiazdę o taki ból głowy, że nawet jeśli mógł, ona i tak nie chciała go mianować. To brzmiało bardzo prawdopodobnie.
Przed nimi rozciągały się dobrze znane im tereny. Jedyną różnicą był śnieg skrzypiący pod ich łapami i cisza, którą pozostawiły po sobie ptaki. Dwunożnym również niezbyt chciało się wychodzić w takie zimno, dlatego na ulicach panował spokój. Konwalijkowy Zagajnik odetchnęła rześkim powietrzem… i wtedy właśnie poczuła dziwny zapach. Był na tyle delikatny, że musiała go powąchać jeszcze raz, żeby się upewnić.
— Jacyś samotnicy weszli na nasze tereny — odezwała się, patrząc w kierunku, z którego dochodził odór.
— Wiesz co, nie zauważyłem — parsknął Pajęczy Odwłok z wyraźnym sarkazmem. — Wy możecie pójść dalej patrolować, a ja pójdę zobaczyć, skąd dochodzi ten zapach.
Konwalijkowy Zagajnik nieco zmarszczyła brwi. Czarny pies wyraźnie patrzył na nich z góry przez jego wiek, ale przecież ona też była wojowniczką. Przez ten krótki odcinek czasu przez jej głowę przeleciało wiele myśli. Może nie powinna się zbytnio wychylać, ale czy wtedy coś osiągnie? Mimowolnie zerknęła kątem oka na Krzaczastą Łapę.
<Krzaczasta Łapo?>
[1913 słów: Konwalijkowy Zagajnik otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia]

17 maja 2021

Od Konwalijkowej Łapy CD Klematisowego Korzenia

— Następnym razem będziemy gonić za samochodami. — Głos mentora zadzwonił jej w głowie. Łapa Klematisa musiała jej mocno przydzwonić, skoro nawet nie mogła złapać równowagi... — Goń ją!
Zamrugała parokrotnie, podnosząc się z wody. Po jej ciele strugami spływała stęchła, śmierdząca woda. Była pewna, że będzie śmierdzieć truchłem ryby i innej zgniłej zwierzyny przez resztę dnia. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Wypluła wodę z pyska. Ropucha… ropucha. Huh? Ach, tak!
Po tej chwili ogłuchnięcia w końcu się wybiła. Ten krótki okres zawahania się zwiększył odległość między nimi, ale miała jeszcze szansę ją dogonić!
I chociaż jej gęste, długie futro przesiąknięte wodą skutecznie spowalniało jej ruchy, suczka skutecznie przyśpieszała coraz bardziej. Skoro już zaczęła biec z tą upartą ropuchą, to musiała ją złapać. Coś blokowało ją przed daniem sobie chwili wytchnienia i popełnienia błędu, a zawiedzenie Klematisa z pewnością błędem było. Z tą myślą przyśpieszyła jeszcze bardziej, kłapiąc zębami, aż w końcu!, zahaczyła nimi płaza. Nieco poszerzyły się jej oczy. Chaps! Zacisnęła szczękę na delikatnym ciałku, zabijając zwierzę niemal natychmiastowo.
Ciesząc się smakiem zwycięstwa, zapomniała o tym, jak bardzo się rozpędziła. Zaczęła hamować wszystkimi łapami, to jednak nie ocaliło ją od przykrego losu.
Przywaliła głową w drzewo.
Impet uderzenia skutecznie przewrócił ją na plecy. Auć, auć… znowu?
— Ajjj… — wymamrotała, kładąc pysk pod łapy i przejeżdżając nimi po swoim czole. Kolejny raz tego dnia w coś przydzwoniła. Była pewna, że zostanie po tym guz, o ile nie coś poważniejszego. Nie chciała przypadkowo zgłupieć przez te wypadki.
— Wszystko okej, młoda? Złapałaś piękny okaz! — Klematisowy Korzeń wyskoczył zza krzaków i szybko podbiegł do swojej uczennicy. Konwalijka podniosła się i pokazała mentorowi swoją zdobycz. Trochę dudniło jej w głowie, ale nie na tyle, żeby nie mogła wstać. Jeszcze przez dłuższą chwilę widziała mroczki przed oczami, dlatego zamknęła oczy. Po tym w końcu otworzyła powoli pyszczek:
— Upolujemy jeszcze więcej?
— Nie będziemy latać za tymi upierdli…! Znaczy… nie, nie, tyle wystarczy — odparł, trącając nosem grubą ropuchę. Jego nos zadrżał parokrotnie, jak gdyby obawiał się, że to ohydne coś zaraz się obudzi i ucieknie. Blech. Na samą myśl o powtarzaniu gonitwy uczennica wzdrygnęła się gwałtownie. Zatrzymała na dłuższą chwilę wzrok na ropusze, aż w końcu podniosła go na nieco zachmurzone niebo. Westchnęła.
Chciała jak najszybciej dostać wyższą rangę i nowe imię, a powrót do obozu wiązałby się z kolejnym przedłużeniem treningu. Dzień, w którym wreszcie będę miała swoją własną ceremonię, wydawał się jednocześnie bardzo blisko, a jednocześnie strasznie daleko.
— Upoluję ich jeszcze dziesięć razy tyle, tylko patrz! — zawołała nagle, a jej głos poniósł się echem między drzewami, powracając do nich niczym bumerang. Zamerdała ogonem i obróciła się w stronę stawu w pełnej gotowości. Zostanie wojowniczką w przeciągu tego księżyca… nie, zostanie nią w przeciągu następnych paru dni. Po prostu wysili się jeszcze bardziej, a potem jakoś pójdzie. Już widziała wyrazy pyska swoich rodziców!
— Po kij? Chodź, chodź. To wszystko, co dzisiaj upolowaliśmy, jest wystarczające.
Klematis ziewnął przeciągle, podnosząc na tyle, żeby widzieć swoją uczennicę.
— Na pewno szczeniaki nie pogardzą!
Zaczęła przydreptywać, czując, jak świerzbią ją łapy z chęci kolejnej gonitwy. Chociaż bardziej prawdopodobnie łapy próbowały jej przekazać, jak bardzo są zmęczone.
— Huh, czemu aż tak zależy ci na tych obślizgłych… śmierdzących… małych… upierdliwych… — zaczął wymieniać Klematis, wpatrując się śmiertelnie poważnie w Konwalijkę. Dopiero po dłuższym czasie w końcu zatrzymał się na chwilę w swoim słowotoku — ehh, straciłem tok! Ale w każdym razie możemy wrócić do obozu i tam pomożesz ogarnąć starszyźnie ich legowiska, skoro tak baaardzo chcesz się zapracować na śmierć.
Zaczęła grzebać łapą w ziemi, tworząc w niej dziurę. Patrzyła na ziemię, nieco omijając wzrok mentora i wzdychając teatralnie. Kiedy jednak to nie podziałało, w końcu spojrzała mu prosto w oczy i wymamrotała:
— Chciałabym już skończyć trening i wreszcie zostać wojownikiem…
— Żeby mieć nieograniczone możliwości polowania na hot-dogi, kebaby, zapiekanki i inne, jak mniemam? — skomentował pies ze złośliwym uśmieszkiem. Jego uczennica rzuciła na niego spojrzenie spod byka. Nie tylko to miała przecież w głowie! Chociaż, kłamstwem byłoby powiedzieć, że pogardziłaby tą opcją.
— N-nie o to chodzi, wujku Korzeniu! — wreszcie wydusiła z siebie, po krótkotrwałej debacie w środku głowy. Jednocześnie skoczyła w jego kierunku, widząc, jak ten faktycznie zmierza w kierunku obozu.
— Jasne, jasne, znam cię wystarczająco długo — odparł. Przekomarzanki w trakcie treningu nie były już czymś dziwnym, dlatego reakcja mentora wcale nie zaskoczyła suczki. Zdziwił ją za to powoli łagodniejący pysk psa zaraz po jego słowach. I chociaż często jego pysk zdobił pozytywny i przyjazny wyraz, tak ten rodzaj ostatni raz widziała najpewniej zaraz po śmierci Bursztynka.
O tak, pamiętała — choć jak przez mgłę — jak żaliła się swojemu mentorowi za to wszystko, co ją spotkało. Z perspektywy czasu było to z jej strony egoistyczne. Jeszcze nie wiedziała wtedy zbyt dobrze jakim psem jest Klematisowy Korzeń ani przez jakie problemy mógł wtedy przechodzić.
Zamilkła. Ta dziwna atmosfera przypominała jej o czymś, o czym od dawna chciała zapomnieć. Po krótkiej przerwie Klematis się odezwał:
— Jestem z ciebie dumny, Konwalijkowa Łapo. Bardzo dobrze się spisałaś podczas ostatnich paru księżyców.
Jest z niej… dumny? Gdyby nie fakt, że jej całe ciało okrywało futro, najpewniej właśnie teraz by się zarumieniła. Jej wzrok spoczął na ziemi, a mózg przetrawiał pochwałę, którą przed chwilą dał jej mentor. Zawsze wmawiała sobie, że będzie świetną wojowniczką, ale czasami, kiedy przypominała sobie o swoich o wiele silniejszych rówieśnikach, zaczynała tracić nadzieję. Uśmiechnęła się delikatnie, powtarzając sobie w głowie te słowa.
— Dziękuję — powiedziała powoli, po dłuższej chwili podnosząc wreszcie spojrzenie z powrotem na rudego psa. Ku jej zdziwieniu — albo i nie? Zdążyła już przywyknąć — Klematis próbował pohamować wyraz triumfu pchający mu się na wargi.
— Fufufufu, prześcigniemy tego Brzozowego Kła i Krzaczastą Łapę! Nie uda im się nas już dogonić, jesteśmy prawie na mecie, o tak! — zaczął śmiać się niczym najpodlejszy czarny charakter, najpewniej nie zdając sobie sprawy z tego, że Konwalijka patrzyła prosto na niego. Przekrzywiła głowę, chociaż nie zadawała więcej pytań. Być może lepiej było nie wiedzieć.
Koniec wątku Klematisowego Korzenia i Konwalijkowej Łapy
[973 słowa: Konwalijkowa Łapa otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

18 kwietnia 2021

Od Konwalijkowej Łapy

Szur, szur. Delikatny podmuch wiatru przejechał po karku Konwalijkowej Łapy, która wpatrywała się uważnie w żabę siedzącą tuż przed nią. Szelest trzciny skutecznie zagłuszał jej oddech, a długie cienie kamuflowały każdy jej ruch. Jeszcze trochę, jeden malutki krok… wtem nagle jej wzrok spotkał się ze spojrzeniem żaby. Zwierzę zastygło, widząc drapieżnika czającego się jeden skok przed nim. Uczennicy nagle przyspieszyło bicie serca, a oddech stał się nieco bardziej chropowaty. Jedno bicie serca. Po tym żaba zerwała się do ucieczki. Jednak ta niewielka luka starczyła. Hop! Konwalijka wyskoczyła z ukrycia. Wyciągnęła się, jak najbardziej mogła, starając się dosięgnąć zębami płaza. Wydawało jej się, że poczuła ten obślizgły posmak, chociaż ugryzła jedynie powietrze. Jej obiad uciekł.
Psy w oddali mogły jedynie usłyszeć głośne „plum!”, kiedy ciało Konwalijki wpadło do mętnej wody. Grzbiet suczki uderzył w kamienie na dnie, przeszywając jej ciało bólem. Świat zawirował przed jej oczami. Zamrugała parokrotnie, powoli się podnosząc i próbując odkaszlnąć wodę.
— Konwalijkowa Łapo, wszystko dobrze? Możesz wstać? — usłyszała wołanie z oddali.
— Wszystko… — odchrząknęła jeszcze raz, słysząc swój głos, który brzmiał bardziej jak chrapliwy szept — wszystko dobrze, Puchate Serce! Już stąd wychodzę. Niestety, nie udało mi się złapać żaby.
Zatrzymała wzrok w kierunku, w którym najpewniej uciekło zwierzę. Powinna bardziej się starać. Zmarszczyła brwi, patrząc na swoje łapy. Jeśli wyskoczyłaby trochę szybciej, mogłaby je złapać. Westchnęła. Skierowała swoje kroki ku brzegowi, wytrzepując swoje futro po drodze. Widząc na sobie spojrzenie wojownika, uśmiechnęła się radośnie.
Puchate Serce. Na ostatnim treningu Klematis powiedział, że powinna spróbować chodzić na polowania z kimś innym niż on. Miał rację, za bardzo się na nim opierała. Nie chciała pokazać innym, jak bardzo nieudolna jest, jednak… nie mogła cały czas pozostać słaba. Zostanie wzorową wojowniczką Flumine. To właśnie dlatego zaraz po treningu poprosiła Puchate Serce o to, żeby zabrał ją ze sobą na łowy.
— W takim razie szybko, szybko, musimy jeszcze trochę upolować, zanim zajdzie słońce — zaświergotał pies, przeskakując z uśmiechem z łapy na łapę. — Jeśli dobrze nam pójdzie, to upolujemy jakieś kaczki! Słyszałem, że przesiadują na stawie w parku.
Kiwnęła ochoczo głową, ledwo nadążając za o wiele mniejszym od niej psem. Łapy nieco bolały ją od tamtego uderzenia, ale opanowała ukrywanie swoich słabości już prawie do perfekcji. Zresztą do zachodu słońca zostało niewiele czasu, więc przecież nic się nie stanie.
 
Jak powszechnie wiadomo, wykrakać przykry los trudno nie jest. Kaczki tego dnia były wyjątkowo nadpobudliwe, przez co każda najmniejsza pomyłka kończyła się ich spłoszeniem. Ciało Konwalijki stawało się coraz bardziej ociężałe, a każdy ruch zużywał o wiele więcej energii niż zwykle.
Poruszyła nosem jak królik, czując, jak opada na nie pióro. Znowu zaprzepaściła swoją szansę. Westchnęła głęboko, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą siedział ptak.
— Następna kaczka będzie moja — stwierdziła, starając zachować się swój optymizm. Jednocześnie patrzyła kątem oka na dorodną kaczkę, którą udało się schwytać o wiele mniejszemu od niej Puchatemu Sercu. A może właśnie jego wielkość dawała mu przewagę w skradaniu się? Zresztą nie to było ważne. Musiała dać z siebie wszystko, byleby nie zawieść swojego mentora, który ją tu wysłał.
Czas płynął szybko, a słońce powoli zaczynało zahaczać o pobliskie drzewa. Konwalijkowa Łapa nie rzucała jednak słów na wiatr, dlatego jak powiedziała — tak zrobiła. I chociaż czuła piekący ból od samych czubków palców aż po barki, smak zwycięstwa wystarczająco to koił.
— Och, udało ci się! — wykrzyknął wojownik, podbiegając do uczennicy. — Raczej już nic nie złapiemy… hm, w takim wypadku będziemy wracać do obozu, dobrze, Konwalijkowa Łapo?
Pokiwała głową na jego sugestię, uśmiechając się szeroko. Cieszyła się, że złapała chociaż jedną kaczkę. W końcu jak wyglądałaby, gdyby wróciła do obozu z pustymi łapami? Miała jednak nadzieję, że na następnym polowaniu pójdzie jej lepiej, aż po paru kolejnych złapie dorodną liczbę. Wtedy będzie godna tytułu wojowniczki w dalekiej (lub niedalekiej?) przyszłości.
Ruszyli żwawym krokiem do obozu, obydwoje z jedzeniem w pyskach. Nie mogli niczego zostawić w parku, mając na uwadze dzikie psy i inne klany — w końcu zapuścili się poza własne tereny, a nie mogli liczyć od nieznajomych na uszanowanie wyników ich polowania. Konwalijka rozglądała się dookoła z zainteresowaniem, kiedy przechodzili przez ciemne uliczki w celu uniknięcia wzroku przechodniów. O dziwo, czasami przez chwilę dostrzegała zarysy miejsc, które dobrze znała z treningów. Dotarli do obozu, jeszcze szybciej niż się spodziewała, wraz ze słońcem chowającym się za dachami budynków. Zmęczona całym dniem ledwo pamiętała, co potem robiła, nie licząc tego, że w końcu położyła się w swoim legowisku i odpłynęła w objęcia snu.
 
Zamrugała parokrotnie.
Miała dziwne wrażenie, jakby obudziła się zaledwie chwilę później i najpewniej zamknęłaby znowu oczy, gdyby nie promyki słońca łaskoczące ją w nos. Westchnęła, podnosząc się na swoje zdrętwiałe łapy. Widząc, że inni uczniowie również wychodzą na treningi, stwierdziła, że czas również na nią. Ruszyła do miejsca, w którym zazwyczaj czekała na swojego mentora.
— Uch, znowu bolą mnie łapy… — wymamrotała do siebie, czując, jak ból stopniowo zaczyna rozchodzić się po jej kończynach. Wpatrzyła się w nie, wzdychając już drugi raz tego fatalnego ranka.
— O nie nie nie, nie wybieramy się na żaden trening jeśli coś cię boli! Nie mam wystarczająco dużo czasu na zastanowienie się co zrobiłbym z truposzem jeśli coś naprawdę by ci się stało — usłyszała nagle czyiś głos.
— W-w-wujek Klematis?
Zaśmiała się nerwowo, widząc ten dobrze jej znany, rudy pysk. Nie spodziewała się, że przyjdzie tutaj tak szybko, a tym bardziej że usłyszy, o czym gada do siebie. Przeżyła potem to, czego obawia się każdy… „poważna rozmowa”. O ile poważna rozmowa była możliwa z tak trudnym przypadkiem jak Klematisowy Korzeń. Lepszym określeniem byłoby „poważniejsza niż zwykle”. Obojętnie jednak jakby to nazwać, koniec byłby taki sam — Konwalijka została wysłana do medyka, a trening przełożony na popołudnie. Dlatego też bez zwłoki udała się do miejsca, w którym przesiadywał Podgrzybkowa Sierść, aby jak najszybciej poczuć się lepiej. Po prostu trochę się zmęczyła, nie mogło być tak źle.
Powoli weszła do legowiska medyka. W jej nozdrza uderzył nie tak subtelny słodki zapach kwiatów rozłożonych na wysuszenie, zgrywający się idealnie z czymś gorzkim wydobywającym się z drugiego końca przestrzeni. Przejechała spojrzeniem po wnętrzu, zatrzymując wzrok w miejscu, w którym pożegnała się z Bursztynową Łapą. Jej ekspresja stwardniała, a przynajmniej dopóki nie skierowała w końcu wzroku na Podgrzybkową Sierść, który zajęty był sortowaniem ziół.
Wtedy zobaczyła rudego psa siedzącego przy medyku. Klematis? Nie, nie, widziała go chwilę temu, przecież nie mógł się rozdwoić. W takim razie musiało siedzieć przed nią któreś z jego dzieci. Myśl, Konwalijko…
— Dzień dobry, Podgrzybkowa Sierści i... — myśl, myśl… — Miodowa Łapo.
Do jasnej ciasnej, przecież wychowali się w jednym legowisku, powinna wiedzieć to od samego początku. Może za mało skupiała się na psach ze swojego klanu? Trudno było jednak nie przypomnieć sobie takiej persony jak Miodek. Tak, z pewnością pamiętała jego wywody na temat Gwiezdnych, kiedy zaczęła nad tym głębiej myśleć.
— Co cię tu sprowadza, Konwalijkowa Łapo? — zagaił medyk, odrywając wzrok od ziół. Za to Konwalijka spojrzała w bok, odpowiadając z zawstydzeniem:
— Przyszłam po coś na ból mięśni, Klematisowy Korzeń mnie przysłał.
[1146 słów: Konwalijkowa Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 4 Punkty Treningu]

2 kwietnia 2021

Od Konwalijkowej Łapy CD Klematisowego Korzenia

 Zapach parówki w ciepłej, chrupiącej bułce roznosił się po okolicy. Sprawiał, że pysk Konwalijkowej Łapy wypełniał się śliną na samą myśl o tym, że może ta pyszność wylądować zaraz w jej pysku. Musiała dobrze odegrać swoją rolę, żeby zdobyć to, co aktualnie znajdowało się w ręce dwunoga. To on rzucił na nią klątwę? Niedoczekanie! Bardziej prawdopodobna byłaby wersja parówki rzucającej klątwy swoim pysznym zapachem.
Kiedy tylko zobaczyła, jak ręka z parówką zbliża się w jej kierunku… chaps! Chwyciła ją zębami i od razu zaczęła biec przed siebie. Nie była szczególnie zwinna, a refleksu praktycznie nie posiadała, więc nie powinno dziwić, że z rozpędu wpadła na swojego mentora. Gwałtowne uderzenie sprawiło, że obydwoje się przewrócili.
— Ahah, pzeplasam — wymamrotała z pełnym pyskiem, ostrożnie z niego schodząc. Szybko jednak wróciła do swojego poprzedniego nastroju, przypominając sobie o tym, co ma w pysku. Było zawinięte w coś dziwnego i na razie nie czuła żadnego smaku, ale była pewna, że zdobyła to, co miała zdobyć. — Ale za to mam palówkę!
Zaczęła machać nią przed nosem swojego mentora. Nie chciała mu tym dokuczać, w żadnym wypadku. Wydawało jej się jednak, że powinna dostać za tą dobrze wykonaną akcję jakąś pochwałę. Jej mentor jednak jak zahipnotyzowany podążał za nią wzrokiem. Śledził ruch delikatnego mięsa tuż przed jego nosem, jakby przygotowując się do nadgryzienia go, aż… chaps! Kłapnął zębami powietrze.
— Gdzie jest to głupie psisko?!
Gdyby nie to, że z oddali akurat dobiegły krzyki, a Konwalijka podniosła głowę, wyborne jedzenie byłaby już tylko ulotnym wspomnieniem.
— Musimy chyba stąd uciekać — stwierdziła, kierując głowę w kierunku, z którego słychać było głos dwunoga. Przestąpiła z nogi na nogę, patrząc na psa.
— Chodź za mną — westchnął Klematisowy Korzeń, podnosząc się z ziemi i otrzepując swoje rude futro. Okręcił się, mierząc wzrokiem przestrzeń i najwyraźniej zastanawiając się, która droga szybciej zaprowadzi ich do obozu. Zanim jednak ruszył przed siebie, dodał jeszcze: — Ale musisz mi obiecać, że dostanę parówkę.
Zanim suczka zdążyła kiwnąć głową, usłyszała głośne kroki zaraz za sobą. Po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz, a głowa powoli obróciła się w stronę kroków. Wtedy zobaczyła dwunoga. Tak, dokładnie tego, któremu przed chwilą ukradła świeżo kupionego hotdoga!
Widząc Konwalijkę, jego oczy rozszerzyły się, a zmarszczka pomiędzy brwiami pogrubiła. Wydawał się o wiele większy i straszniejszy niż przed chwilą. Zastygła, patrząc mu w oczy przez dłuższą chwilę. Wtem jednak!, usłyszała pazury stukające o posadzkę. Klematisowy Korzeń zerwał się do biegu. Bez chwili wahania rzuciła się za nim.
Wymijała wszystkich przechodniów, nieumiejętnie się między nimi ślizgając. Przez uliczny tłok i nowe przeszkody wyskakujące na nią na każdym kroku, uczennica miała wrażenie, jakby powoli traciła panowanie nad swoim ciałem. Ryk potworów i wrzaski dwunoga dodawali jej jakieś dziwne uczucie adrenaliny. Gorąc rozchodzący się po ciele, ciężki oddech, bicie serca. To wszystko sprawiało, że nie czuła nawet bólu w łapach, chociaż nigdy jeszcze nie zmuszała ciała do takiego wysiłku.
W końcu jednak Konwalijka zaczęła zostawać w tyle, aż przestrzeń między nią a tupiącym nogami dwunogiem niebezpiecznie się zmniejszyła. Próbowała nadążyć za swoim mentorem, ale na próżno. Zaczął wysyłać jakieś dziwne sygnały i wyginać się w różne strony. Przekrzywiła głowę, próbując się go zrozumieć, ale niezbyt jej to wychodziło. Wtedy nagle Klematis gwałtownie skręcił, przeciskając się przez szparę w płocie.
Zamrugała parokrotnie. Jak miała to wywnioskować z tych dziwnych sygnałów? Przez swój rozpęd nie udało jej się skręcić tak szybko, jak Klematis. Wysoka postać rzuciła na nią cień, zasłaniając źródło światła. Przydusiła swoje ciało jak najbardziej do płotu, tworząc przestrzeń między nimi. Dwunóg jednak coraz bardziej do niej zbliżał, wyciągając rękę. Jego napięte mięśnie i zmarszczone czoło wyraźnie zaznaczało, jak bardzo zirytowany był.
— No psinko, oddasz mi teraz tego hotdoga. To ja za niego zapłaciłem — wysapał, jedną ręką opierając się o ścianę budynku.
Konwalijkowa Łapa obserwowała go uważnie, czując na sobie spojrzenie mentora. Powoli pochyliła pysk, ostrożnie odkładając swoją zdobycz na ziemię. Opakowanie zaszeleściło po zetknięciu z ziemią, a dwunóg otworzył szeroko oczy. Już miał się pochylić i odebrać Konwalijce swoje jedzenie, ale wtem! Chaps!
Opakowanie rozdarło się, kiedy suczka przejechała po nim swoimi ostrymi kiełkami, a parówka razem z bułką równie szybko znalazła się w środku jej pyska. W pośpiechu połknęła to wszystko, ledwo gryząc. Czuła jak powoli przesuwa się to w jej gardle, nic jednak nie żałowała.
— NIEEEEEE! — usłyszała prawie płaczliwy wrzask Klematisa z drugiej strony płotu.
— AAA, MÓJ HOTDOG! — wrzasnął również dwunóg, najpewniej żałując całej tej bezskutecznej pogoni.
No cóż, miał czego żałować. Konwalijka jeszcze nigdy w swoim życiu nie jadła jeszcze czegoś tak dobrego.
<Klematisowy Korzeniu?>
[738 słów: Konwalijkowa Łapa otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

15 marca 2021

Od Konwalijkowej Łapy CD Klematisowego Korzenia

O ile Konwalijka tak jak każdy inny szczeniak wyczekiwała dnia, w którym wreszcie będzie mogła wystawić łapę poza obóz, tak na pewno tamte emocje nie równały się z tym co odczuwała teraz. Lekka szczypta strachu wymieszana przede wszystkim z podekscytowaniem, które podwajało się za każdym razem jak przed jej oczami rosły kolejne budynki, kolejne nowe miejsce, kolejne dwunogi. Chmury powoli przestawały zasłaniać słońce, jak się okazało nie tylko wysoko na niebie, ale też gdzieś głęboko w niej. Podążała za Klematisem, próbując dotrzymać mu kroku, a jej nos mimowolnie próbował wepchnąć się w każdy kąt.
Czas nagle zaczynał mijać szybko, kiedy skupiałeś się na tu i teraz. Tak, z pewnością gdyby nad tym głębiej pomyślała, Konwalijkowa Łapa była niezmiernie wdzięczna losowi za to, że dał jej akurat takiego mentora. Nie miała jednak czasu aktualnie głębiej o czymkolwiek myśleć, skupiając się na wykopywaniu ziół. Co prawda Klematis nie wyglądał na kogoś, kto się na tym zna, ale nie miała innej opcji niż po prostu mu zaufać. Starając się nie uszkodzić delikatnych korzeni roślinki, powoli odgarniała ziemię wokół niej. Z tego też powodu nie patrzyła na to, co robił jej mentor. Szkoda, bo jak wiemy, pan mentor bawił się doskonale. Nawet jeśli o tym teraz nie wiedział, zaraz miał zacząć taniec ze wściekłymi pszczołami.
Trach! Coś spadło na ziemię. Nie było to na tyle głośne, żeby ją zestresować… w przeciwieństwie do wrzasku, który usłyszała raz po tym.
— MŁODA, ODWRÓT! ODWRÓT, NATYCHMIAST! AAAAAA, NA GWIEZDNYCH, NIE DZIABNIJ MNIE, NIE, AUĆ, NIE!
Jak możecie się domyślić, wrzask należał do Klematisa.
Konwalijka poderwała się gwałtownie, zostawiając w połowie rozkopane zioła. Rozglądając się wokoło nietrudno było dostrzec Klematisowego Korzenia, który biegł w jej kierunku z chmarą pszczół depczącą mu po piętach. Cofnęła się do tyłu z rozszerzonymi szeroko oczami. Serce zaczęło bić nieco szybciej, a łapy odmówiły posłuszeństwa. Zdała sobie sprawę z tego co ma robić, dopiero kiedy mentor przeleciał tuż przed jej nosem. Rzuciła się za nim, starając się nadążyć.
Niestety, o ile chęci do ucieczki aktualnie suczce nie brakowało, tak jej sprawność fizyczna była uboga. Wyciągała łapy przed siebie, raz po raz się potykając o nierówny teren. Oddech urywał się spontanicznie… o ile mogło to być nazwane oddechem. Wdech. Wdech. Wdech. Klematisowy Korzeń odwrócił się w jej kierunku, a jego oczy nieco się rozszerzyły na widok swojej zdyszanej uczennicy. Zwolnił nieco, chwycił ją za kark, a następnie skręcił z nią w bok. Rozejrzał się powoli dookoła, a następnie się zatrzymał.
— Wszystko dobrze? — zapytał, pochylając się nad nią i patrząc jej prosto w oczy.
— Tak, wszy-wszystko dob... — jej głos nagle się załamał i nie zdążyła dokończyć zdania. Zaczęła kaszleć, na tyle mocno, że aż sama się zdziwiła. Czuła na sobie wzrok mentora, nie potrafiła jednak przestać. Minęło pewnie trochę czasu, zanim wreszcie się uspokoiła. To ze zmęczenia biegiem? Co jeśli… zachorowała na to samo, na co zachorował Bursztynek, a przedtem Żabka? Być może obydwie myśli były trafne.
— O nie, nie, droga panno, nie jest dobrze. Idziemy do obozu, już, już!
Delikatnie trącił ją nosem, na co Konwalijka posłusznie się podniosła. Ruszyli powolnym krokiem w kierunku obozu, jak mogła się domyślić. Słońce powoli chowało się za horyzontem, malując niebo na wszelakie kolory. Cienie powoli się wydłużały, sprawiając, że otaczające ich krajobrazy nagle wydawały się bardziej ponure.
Kiedy w końcu doszli do obozu (co trwało dłuższą chwilę), od razu podbiegli do niej rodzice. Po chwili przyszedł Podgrzybkowa Sierść. Nie do końca wiedziała, co się dzieje, ale posłusznie dała się zbadać i nawet zjadła jakieś okropnie smakujące ziołowe mieszanki. Werdykt przyszedł dosyć szybko. Miała zostać w legowisku medyka wraz z Bursztynkiem, dopóki nie wyzdrowieje. Na początku bardzo się ucieszyła, przypominając sobie, że dawno nie spała ze swoim bratem w jednym legowisku. Miała nadzieję, że szybko wyzdrowieją i będą mogli wreszcie odwiedzić razem ich nowe legowisko, w których należało się im miejsce, jako uczniom klanu Flumine.
Ciekawy pierwszy dzień treningu, prawda? Klematis na pewno chciał jakiegoś silniejszego ucznia — była to ostatnia myśl, jaka przeszła przez jej głowę, zanim dała się ponieść zmęczeniu. 
***
Słońce wschodziło i zachodziło. Jego promienie raz po raz trafiały przez różne szpary do legowiska medyka, zwiastując nowy dzień. Tak naprawdę Konwalijka bardzo szybko poczuła się lepiej, nie chciała jednak zostawiać boku swojego brata. Wyglądał coraz mizerniej. Też ją zostawi? Tak jak Żabka? Jej oczy raz na jakiś czas zaczynały się szklić, a głowę przytłaczały coraz czarniejsze myśli.
— Wiesz co, Klematis opowiadał mi o koniach. Myślę, że ci się spodobają, więc jak następny raz przyjdzie, to zapytam się go czy może będziemy mogli z nim pójść je zobaczyć kiedy wyzdrowiejesz, okej? — świergotała radośnie większość dnia. Nie posiadała za dużo tematów, zważywszy na to, że zdążyła tylko przez jeden dzień nacieszyć się treningiem, urozmaicała to jednak, jak mogła.
— Tak... brzmi... super — wycharczał z uśmiechem Bursztynek, chociaż ledwo mogła usłyszeć jego głos. Widząc to, poczuła, jak rośnie jej gula w gardle. Nie potrafiła wydusić z siebie żadnej odpowiedzi. Cisza. Położyła się obok Bursztynka, wciskając pysk w jego futerko. Nie mogła się pogodzić z tym co widzi. Wszystko będzie dobrze. Wyzdrowieje.
Czas jednak mijał nieustannie, a Bursztynek wyglądał coraz gorzej. We śnie wierzgał się we wszystkie strony, jakby dopiero w takim stanie mógł swobodnie okazywać swój ból. Miał ją na uwadze? Bał się, że ją zrani? Odczuwała podziw do brata, że nawet teraz nie myślał o sobie. Był o wiele odważniejszy od niej. Za to ona?... Cóż. Konwalijka bała się śmierci, ale powoli zdawała sobie sprawę z tego, że znowu zobaczy, jak zbiera swoje żniwa. Burzowe chmury gromadziły się powoli nad obozem Flumine.
W końcu uznali ją za zdrową i została rozdzielona z bratem, a parę dni później dostała pozwolenie na kolejny trening. Chłonęła wiedzę jak gąbka z myślą o tym, że będzie mogła opowiedzieć o tym swojemu bratu. Potem każdego dnia, o tej samej porze udawała się do legowiska medyka, siadając obok Podgrzybkowej Sierści. Jej nadzieje na spotkanie z bratem nie miały jednak żadnego uzasadnienia, bo w każdy kolejny dzień nie pozwalali jej wejść do jego legowiska. Wtedy z westchnięciem kładła się nieopodal wejścia, obserwując uważnie wszystko, co robi medyk.
To właśnie wtedy, kiedy kolejnego dnia znalazła się u progu legowiska medyka, usłyszała głośny, bolesny kaszel i głośne charkotanie. Pierwsze grzmoty zaczęły uderzać o ziemię. Poderwała się, wbiegając wprost do legowiska Bursztynka. Nie zważała nawet na krzyki medyka, który najpewniej chciał ją powstrzymać.
— Sz-Szybko, zrób coś! — wrzasnęła, patrząc na swojego brata. Nie wyglądał już jak Bursztynek, którego znała. Przez chwilę poczuła, jak kłębi się w niej jakaś niepewność. Nie powinna tutaj być. Nie chciała go widzieć. Chciała zapamiętać Bursztynową Łapę, tak jak wyglądał, kiedy jeszcze był radosny i pełny życia. Zaraz za nią pojawili się Podgrzybkowa Sierść oraz Muszelkowy Nos. Próbowała odciągnąć Konwalijkową Łapę, ale bez skutku. Rozpaczliwie przyduszała swoje ciało do ciała brata, starając się go uspokoić, żeby medyk mógł podać mu lekarstwa.
— Mamo… Konwalijko… — zdołała dosłyszeć swoje imię, pomiędzy jednym napadem kaszlu a drugim. Spojrzała mu prosto w oczy, przysłuchując się temu co powie i jednocześnie powstrzymując zbierające się łzy. — Wiecie, że... was... kocham?
Wyglądał, jakby już całkowicie się poddał. Tym razem nie mogła już powstrzymać łez, które wielkimi kroplami zaczęły płynąć po jej pyszczku. Nie potrafiła nic z siebie wybełkotać i patrzyła się jedynie na swojego brata wielkimi oczami. Najpierw Żabka, teraz on. Nie chciała stracić też jego, nie chciała widzieć go w takim stanie. Cofnęła się nieco chwiejnym krokiem, pozwalając innym się do niego zbliżyć, a następnie odwróciła się i wybiegła stamtąd. Biegła przed siebie, w jak najdalszy kąt obozu, próbując powstrzymać łzy i nie patrzeć na współczujące pyski innych psów. Wcisnęła się pomiędzy zakurzone krzesła, starając się o tym wszystkim zapomnieć. Chciała, chociaż na małą chwilę przerwać kłujące uczucie w sercu. Wtedy jednak kątem oka dostrzegła rude futro swojego mentora. Nie potrafiła jednak podnieść nawet na niego wzroku.
Klematis również nic nie mówił, jedynie usiadł koło niej.
— Czemu to on musiał odejść? Cz-czemu Bu-Bursztynek? Chciał zostać św-świetnym wojownikiem, a te-teraz… — łkała, nie wiadomo czy do siebie, czy z myślą o Klematisie siedzącym obok niej. — Zo-Zostawili mnie. On i Żabka…
Mamrotała jeszcze dalej pod nosem, chociaż trudno było wyciągnąć z tego sensowne zdania. Poczuła, jak Klematis kładzie się koło niej. Podniosła na niego swoje zaczerwienione oczy.
— Możesz się wypłakać — powiedział jedynie, ale to wystarczyło, żeby Konwalijkowa Łapa całkowicie się rozkleiła, a jej szloch rozniósł się po obozie. Czuła się zdradzona. To ją mogło to spotkać, nie jego! Co ona może zrobić dla klanu? Co ona może zrobić dla rodziny? Była bezużyteczna. Nikogo nie mogła uratować. Włożyła pyszczek między łapy, czując pochłaniającą ją rozpacz.
Za to burza powoli ucichała, pozostawiając po sobie jedynie gorzki zapach.
<Klematisowy Korzeń?>
[1425 słów: Konwalijkowa Łapa otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia i 3 Punkty Treningu]

1 marca 2021

Od Konwalijki (Konwalijkowej Łapy) do Klematisowego Korzenia

Słońce wschodziło nad horyzont równie szybko, jak się za nim chowało. Dni mijały zaskakująco szybko, a myśli o tym co będzie się z nią działo po mianowaniu, coraz bardziej ją przytłaczały, chociaż tego nie okazywała. Od śmierci Żabki wszyscy byli flegmatyczni, a dni ich radosnych, głośnych zabaw wydawały się odległe. Od tego czasu starali się jednak o niej nie wspominać. Jedynie Muszelkowy Nos czasami mamrotała jej imię przez sen, budząc Konwalijkę. Jak podle. Żyła z nimi jak każdy inny pies, a teraz nagle to wszystko zniknęło. Co innego mieli jednak zrobić? Nie chcieli rozdrapywać ran, które piekły bardziej, niż ktoś z zewnątrz mógłby sobie wyobrazić. Może kiedyś się zagoją i wreszcie Konwalijka będzie mogła o niej wspomnieć bez bólu w sercu. Teraz jednak towarzyszyła jej inna myśl.
Uśmiechaj się i bądź szczęśliwa.
Podobno kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, co w tym przypadku mogła potwierdzić. Albo po prostu sama się oszukiwała? Trudno powiedzieć, pewnie nawet ona nie wiedziała. W każdym razie było to dla niej bez różnicy, tak długo jak nie dodawała rodzinie więcej zmartwień.
Otworzyła powoli oczy, nieco niemrawo rozglądając się po żłobku. Muszelkowy Nos najprawdopodobniej poszła po śniadanie, bo nigdzie nie mogła jej zauważyć, dostrzegła jednak w oddali rude futro Irysowego Serca i jej miotu.
— Dzisiaj zostajemy uczniami! — powiedział jej głośno do ucha Płomień, skutecznie ją wybudzając. Westchnęła głęboko, przejeżdżając językiem po Tulipance leżącej obok niej. Powoli się podniosła, wymijając ją i jednocześnie się rozciągając. W momencie, w którym wychyliła pyszczek z jej legowiska i rozejrzała się wokół, nagle dopadło ją olśnienie. Mianowanie na ucznia. Wpatrując się w budzący się do życia obóz, również w jej ciele budziły się nowe uczucia, często sprzeczne. Niepokój, ale i chęć spotkania nieznanego. Czy będzie przydatna? Nie zawiedzie swojego mistrza? Kim będzie jej mistrz? Pytania tylko się mnożyły, chociaż nie była w stanie w tym momencie na nie odpowiedzieć. Musiała cierpliwie czekać aż Nakrapiana Gwiazda zwoła klan. Czekała na to od sześciu miesięcy, kolejny dzień nie będzie dla niej problemem.
Odwróciła głowę w stronę rodzeństwa, które jeden po drugim otwierało oczy i ziewało przeciągle. Suczka wciągnęła w nozdrza (niezbyt świeże) powietrze, a następnie spytała:
— Przejdziemy się po obozie?
Płomień prychnął, podnosząc się z posłania na tyle szybko, że w powietrze uniósł się jakiś kurz. Spojrzał na swoją siostrę jakby z urazem, że w ogóle to zasugerowała, a następnie dumnie wypiął pierś.
— Nie wiem jak wy, ale ja nie mam czasu na jakieś zwiedzanie obozu, który i tak znam już doooskonale! Idę teraz ćwiczyć, żeby jak najszybciej zostać wojownikiem — zawołał wyniośle, a następnie odszedł równie szybko jak wstał, zostawiając dwie suczki same. Ona i Tulipanka. Konwalijka spojrzała się na siostrę, licząc, że chociaż ona nie będzie miała innych planów. Na jej szczęście kiwnęła głową, dlatego obie poszły się przejść.
Właściwie to słowa ich brata były całkowicie uzasadnione. Po tym czasie znały każdy kąt obozu, wliczając w to wszystkie robaki kręcące się w ciemnych, pełnych pajęczyn zakamarkach.
— Nie mogę się doczekać tej ceremonii — westchnęła z zamyśleniem Tulipanka, kładąc się na ziemi i wlepiając z zamyśleniem wzrok na sufit. Konwalijka położyła się obok niej, również wpatrując się w puste sklepienie nad nimi. Przez dłuższą chwilę trwały w ciszy.
— Tulipanka będzie cudowną wojowniczką — stwierdziła z uśmiechem, bardziej do siebie niż do siostry leżącej koło niej.
— Ty na pewno też!
Uśmiech Konwalijki zadrżał, na parę bić serca zamieniając się w grymas. Ona? Chciałaby mieć tyle pewności siebie, żeby szczerze to potwierdzić. Jednak stan jej ciała nieustannie przypominał, że droga wojownika nie będzie dla niej przyjemna, a tym bardziej łatwa. O ile w ogóle ją skończy. Mimo to jednak po chwili wahania w końcu odpowiedziała, unosząc nieco wargi:
— Pewnie.
Tylko dla nich. To dla nich zedrze sobie skórę, połamie kości, a nawet połknie tysiąc igliwi. Jeśli tylko będzie mogła obronić Tulipankę leżącą przy jej boku, to będzie wystarczające. Czy jednak miała w ogóle prawo, żeby o tym myśleć, skoro to ona prawdopodobnie będzie dla nich ciężarem? Jeśli nie teraz, to w przyszłości. Kto wie? Jedyne co mogła teraz zrobić to brnąć na przód, nawet jeśli będzie to dla niej zgubne.
Z błogiego spokoju wyrwało je dopiero głośne wołanie.
Poderwały się prawie równocześnie, wpatrując się w środek obozu, z którego dochodził głos. W obozie nagle zapanował gwar, a suczka nagle przestała słyszeć własne myśli. Albo po prostu przestała myśleć? Tak, to było prawdopodobne. Nastała w jej myślach kompletna pustka, przynajmniej dopóki nie poczuła, jak siostra skubie jej ucho w ponagleniu. Ruszyła do przodu do przodu, potykając się o własne łapy. Wciągnęła głęboko powietrze. Sprawi, że rodzice będą dumni. Doprowadziła się do porządku, przejeżdżając językiem po futrze na piersi i przybierając pewny siebie wyraz pyska. Kiwnęła głową do Tulipanki. Suczka od razu rozumiejąc jej znak, zaczęła iść. Dosyć szybko zbliżyły się do tłumu zgromadzonego przy centrum obozu.
Muszelkowy Nos podeszła do nich i wtuliła nos w futro każdej z nich. Płomień i Bursztynek też tu byli. Jedynie Żabki nie było. Ach. Tak… czyli wszyscy byli obecni. Uśmiechnęła się delikatnie do mamy, liżąc ją po pysku ostatni raz przed otrzymaniem nowego tytułu i imienia. Wyglądała, jakby miała się rozkleić, w końcu jednak ponagliła ich i kazała wyjść na środek obozu, żeby nie kazać Nakrapianej Gwieździe czekać. Wszyscy bez zwłoki wykonali jej polecenie. Postąpiła tak również Konwalijka, stawiając łapę za łapą i rozglądając się po obozie. Wszyscy patrzyli się tylko na nich.
Krew buzowała jej w żyłach i szybkie bicie serca odbijało się w jej uszach. Czuła jak wzdłuż jej kręgosłupa przechodzą dreszcze.
— Konwalijko, Tulipanko, Płomieniu, Bursztynku! — przemówiła liderka, przerywając szepty, a jej donośny głos poniósł się po obozie. Gdyby ktoś lepiej jej się przyglądał, to zauważyłby, że delikatnie się uśmiechała — Jesteście z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniecie swój trening. Konwalijko, od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Konwalijkowa Łapa. Twoim mentorem będzie Klematisowy Korzeń.
Wujek Korzeń? Tego się w każdym razie nie spodziewała, ale oprócz zdziwienia poczuła również ulgę. Jego pysk był dla niej przynajmniej znajomy, bo często widziała, jak zaglądał do żłobka, doglądając Irysowego Serca. Rudy pies wyłonił się z tłumu, a Nakrapiana Gwiazda kontynuowała. Tym razem jednak zwróciła się do niego, zamiast do młodych członków klanu:
— Zostaniesz mentorem Konwalijkowej Łapy. Klematisowy Korzeniu, okazałeś się pracowitym i przydatnym wojownikiem. Na pewno przekażesz temu młodemu uczniowi całą swoją wiedzę.
Nowa uczennica i jej mentor stuknęli się (tak jak głosiła tradycja) nosami, a klan zaczął wykrzykiwać jej imię. Przez chwilę wokół znowu zapanował hałas, wywołany okrzykami. Szybko jednak uciekł, a ceremonia ciągnęła się dalej. Suczka jednak nadal powtarzała w głowie swoje nowe imię.
— Konwalijkowa Łapa — wyszeptała do siebie z niedowierzaniem.
— Tak, to właśnie ty — powiedział ściszonym głosem Klematisowy Korzeń, który nadal stał obok niej. Podniosła na niego spojrzenie, uśmiechając się trochę. Pierwszy raz od dawna ten uśmiech był szczery. Zapomniała na chwilę o wszystkich swoich zmartwieniach związanych z treningiem, skupiając się jedynie na wszystkim dobrym, co może spotkać ją w przyszłości — Cieszę się, że mogę być twoim mentorem.
<Klematisowy Korzeniu?>
[1144 słowa: Konwalijkowa Łapa otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i 2 Punkty Treningu]

25 lutego 2021

Od Konwalijki CD Bursztynka

Konwalijka zmarszczyła brwi, wpatrując się w leżącą Żabkę. Nie wiedziała, dlaczego znajduje się w takim stanie. Już od paru dni widziała, że zachowywała się nieco nieswojo, ale teraz wyglądała naprawdę kiepsko. Zanim jednak zdążyła przemyśleć, co się dzieje, Bursztynek już wybiegł do przodu. W końcu do niej również dotarło, że powinna zobaczyć co dzieje się z siostrą, dlatego ruszyła zaraz za bratem. Może gdzieś się zraniła? W takim razie nie musiała się martwić, jej nieco starsza siostra zaraz się nią zajmie i wszystko będzie dobrze… tak? Prawda?
— Żabko? Hej! — wymamrotała Konwalijka, wkładając nos w futerko siostry. Nie słysząc jednak żadnej odpowiedzi, a jedynie przerywany oddech, wzrok Konwalijki skierował się na brata. Co teraz? — wydawały się błagać jej oczy, chociaż nic nie powiedziała. Najwyraźniej jednak Bursztynek doskonale zrozumiał jej myśli, bo bez chwili wahania zawołał:
— Coś jest z nią nie tak! Musimy ją zabrać do medyka!
Suczka pokiwała szybko głową, podnosząc się. Łapy zaczęły się trząść, kiedy patrzyła na Żabkę w tak mizernym stanie. Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie nieustannie w myślach. Słowa brata nie do końca do niej docierały, chociaż wykonywała wszystkie jego polecenia. Zanim się obejrzała, udało jej się jakoś znaleźć siły na położenie Żabki na grzbiecie swojego brata, a następnie już biegli w stronę medyka.
Szybciej!
Wpatrywała się kątem oka w biały pyszczek siostry, przytrzymując ją swoim ciałem. Pyszczek Żabki poruszał się nieznacznie, jednak nie wydobywały się z niego żadne słowa. Co chciała przekazać? Co kłębiło się w jej małej, młodej główce, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że są to jej ostatnie chwile? Nigdy się nie dowiedzieli. Jej ruchy powoli ustępowały, a bok przestawał się unosić. Oczy Konwalijki otworzyły się szeroko, kiedy wpatrywała się w ciało Żabki. Nie wiedziała jak zareagować. Pochyliła się nad nią i zaczęła ją trącać nosem, chociaż nie reagowała. Powtórzyła to parokrotnie, ale na nic. Konwalia cofnęła się gwałtownie. Na ten widok jej ciało zaczęło mimowolnie się trząść.
— Konwalijko, idź… po kogoś... — wycharczał Bursztynek, wyraźnie zmęczony. Nie zatrzymując się nawet, żeby kiwnąć mu głową, odwróciła się i pobiegła za najświeższym zapachem, który mogła wyczuć. Potykała się o własne łapy, starając się dotrzeć do źródła jak najszybciej. W końcu jednak dotarła do psa, którego przedtem spotkali. Stanęła, starając się opanować swój oddech.
— Ż-Żabka… ona… coś się z nią stało — wydusiła z siebie, kuląc się. Na szczęście jednak pies nie pytał dalej i jedynie kazał jej poprowadzić go do siostry. Konwalijka nie czekała nawet, żeby odpocząć, rzucając się przed siebie z obolałymi łapami. Jeśli będzie szybka, to uratują Żabkę. Musi być szybka. Musi biec!...
Wychyliła wreszcie głowę zza dywanów i zobaczyła Bursztynka, unoszącego pysk znad nieruszającej się suczki. Konwalijka zatrzymała się w miejscu, wpatrując się w jej ciało. Starszy pies wybiegł zza suczki, ale po zobaczeniu Żabki zatrzymał się momentalnie. Podszedł powoli, sprawdzając jej oddech. Cisza. Wziął ją delikatnie na plecy, a następnie bez słowa pognał z nią w kierunku medyka. Zostali sami. Znajomy zapach nadal unosił się w powietrzu.
Łzy zaczęły powoli spływać po pyszczku, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co przed chwilą się wydarzyło. Gwar w obozie ustał, a przynajmniej dla niej. Usiadła powoli, wpatrując się w pustą przestrzeń. Wydech. Wdech. Wdech... Zaczęła krztusić się własnymi łzami, wciągając gwałtownie powietrze. Bursztynek zbliżył się do niej powoli, a ona włożyła pysk w jego futro, przytulając się. Nie spojrzała na niego, wiedząc, że nie chce okazywać swoich słabości. Czuła jednak jak jego łzy kapią jej na kark.
Nie była wystarczająco szybka. Nie uratowała Żabki.
Czas rozciągał się niewyobrażalne, tak jakby ta chwila trwała całą wieczność. W końcu jednak usłyszała jakieś psy i delikatny głos taty przy uchu. Spojrzała na niego swoimi zaczerwienionymi i spuchniętymi od płaczu oczami, wtulając się w jego futro. Wszystko jej się mieszało, a głowa bolała przeraźliwie. Jakoś udało jej się dojść do legowiska. Była tam reszta rodzeństwa oraz Muszelkowy Nos, przesiąknięta zapachem Żabki, z również podkrążonymi oczami. Bez słów przytulili się wszyscy do siebie, a niedługo potem zasnęli w ciszy. Konwalijka zdawała sobie sprawę z tego, że płakała przez sen.
Był to ostatni dzień, w którym było jej to dane. Nigdy więcej. Przynajmniej tak sobie obiecała, powoli zasypiając, ze spojrzeniem skierowanym na łagodne pyski rodziny. Jej głowę wypełniała jedynie prośba, żeby nikt inny już jej nie zostawił.
<Bursztynek? lecz się chłopie>
[698 słów: Konwalijka otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

23 lutego 2021

Od Konwalijki CD Bursztynka

Konwalijka patrzyła z szeroko otwartymi oczami, jak robak skacze na boki, kiedy tylko Bursztynek się do niego zbliżał. Nie wiedziała, że małe stwory są aż takie inteligentne! Właściwie to było to jeszcze bardziej przerażające niż jego bzyczenie… no dobrze, te dwa aspekty znajdowały się na równi. Nie chciała jednak wyglądać na przestraszoną, dlatego w dalszym ciągu podskakiwała, kibicując swojemu bratu. Zapach kurzu wzniesionego przez ich dzikie ruchy i szczekanie Bursztynka sprawiły jednak, że Konwalijka mimowolnie sama dołączyła do zabawy. To łapy niosły ją, nie na odwrót.
Powarkiwała radośnie, skacząc wokół robaka, który niezbyt wiedział co ze sobą zrobić. Jej mięśnie nie były na tyle silne, żeby mogła raz po raz gonić się z dorosłymi albo chociaż siłować się z rodzeństwem, ale to jej nie przeszkadzało. Była tylko szczeniakiem, jednym z wielu, które miały jeszcze długą drogę przed sobą. Nie zwracała uwagi na swoje niedogodności, ciesząc się chwilą. Troski? Zmartwienia? Teraz istniał dla nich tylko robak. Za chwilę może tego robaka zastąpi co innego, to bez różnicy. Ważne, że bawili się wyśmienicie, a cierpienie nie zaprzątało ich głów. Wydawało się daleko, a oni poza jego zasięgiem. Szkoda tylko, że nikt nie powiedział im, że przed Bursztynkiem i Konwalijką myślały tak całe pokolenia. 
***
Kap. Kap. Równomierny dźwięk kropel deszczu uderzających o blachy gdzieś na zewnątrz obudził Konwalijkę. Uchyliła powoli powieki, podnosząc się i nie do końca wiedząc co się wokół niej dzieje. Odzyskała zmysły dopiero wtedy, kiedy tuż przed nią pojawiła się para brązowych ślepi. Kąciki warg uniosły się w odruchu, formując na pyszczku suczki niezgrabny uśmiech.
— Cześć, Bursztynku — przywitała się radośnie, wpatrując się w swojego brata, a właściwie w swoje własne odbicie w jego oczach. On szybko jednak odwrócił się, nieco skulony. Zamrugała parokrotnie, czując się trochę nieswojo przez to, że jej brat tak dziwnie się zachowywał. Zbliżyła się do niego i przekrzywiła głowę, żeby lepiej go zobaczyć.
Wtedy jednak!, głośne kichnięcie rozbrzmiało w obozie, przez które Konwalijka odsunęła się gwałtownie w tył. Jego właścicielem był nie kto inny jak Bursztynek. Suczka z resztą również kichnęła, ale bardziej z zaskoczenia niż czegokolwiek innego. — ...wszystko z tobą dobrze?
— Jak najbardziej! Czemu miałoby nie być dobrze, Konwalijko?! — wrzasnął Bursztynek, jak gdyby chciał zagłuszyć pytanie Konwalijki, tak jakby nigdy go nie było. Zresztą poszło mu całkiem dobrze, bo z jego głosu biła taka pewność siebie, że gdyby nie jego zasmarkany nos byłaby w stanie mu uwierzyć, że to wszystko było snem. Zanim jednak zdążyła coś dodać odnośnie do tej sprawy, Bursztynek już nabrał pełni sił, a jego pysk pchał ją w jakimś bliżej nieznanym kierunku. Wymamrotał w jej futro:
— Znalazłem dzisiaj świetną stertę śmierdzących ubrań, na którą można się wspiąć! Musisz to zobaczyć, musisz! Normalnie nikomu bym nie pokazał, ale ty i tak tego nie rozwalisz.
Przyzwyczajona do zaczepiania ze strony brata tylko pokazała mu język, na co on odpowiedział tym samym i wybiegł przed nią, machając głową. Był to znak, żeby za nim podążała. Kierunek: tajemnicza sterta ubrań, której i tak nie rozwali!
Dreptała za nim, rozglądając się po obozie, który nadal wyglądał dla niej jak wielka niezbadana kraina pełna skarbów. Błądziła wzrokiem po swoim otoczeniu, uśmiechając się i kiwając głową na powitanie do każdego, kto ich mijał. W końcu jednak jej wzrok z powrotem spoczął na bracie.
— Ekhe, no dobrze! Teraz musimy się przecisnąć pod tym czymś i będziemy na miejscu — zawołał dumnie, wskazując głową na kolejną bliżej nieokreśloną stertę wszystkiego, w większości pudeł i jakiś dziwnych materiałów. Obóz Fluminie praktycznie słynął z takich dziwnych, pachnących stęchlizną rzeczy, z których psy robiły sobie legowiska, dlatego nikogo to nie dziwiło. Bursztynek pobiegł przed siebie, pociągając ząbkami materiał ze sterty i ze zgrzytem go rozrywając. Konwalijka przyglądała się temu uważnie, nie będąc pewna czy rozerwanie tkaniny było w planie, ale nie mogła nic rozpoznać po nadal dumnym wyrazie pyska psa. Wtedy jednak zauważyła jak jego pysk się krzywy i już miała zaśmiać się, że najwyraźniej jednak coś zepsuł, ale wtedy Bursztynek zaczął kaszleć. Podbiegła do niego szybko, zastanawiając się, co się znowu stało.
Tym razem jednak jej zainteresowanie podzielały też psy dookoła, dlatego jeden z dorosłych szybko znalazł się przy nich, pytając z troską:
— Źle się czujesz, Bursztynku?
Konwalijka otworzyła już pyszczek, chcąc powiedzieć o tym, że chyba się rozchorował, szybko jednak go zamknęła. Delikatnie szturchnęła starszego psa, śmiejąc się przy tym radośnie. Otworzyła od razu pyszczek, z którego wypłynął potok kłamstw wyśpiewanych jak z nut:
— Bursztynek to prawdziwa ciamajda, ledwo wetknął nos w jakieś stare dywany i już zachłysnął się kurzem. Gdybym go nie wyciągnęła za ogon, to pewnie by się zakaszlał na śmierć, ale na szczęście go wyciągnęłam. Chyba jest już dobrze.
Dotknęła nosem szyję swojego brata, który spojrzał na nią z nieukrywaną goryczą, ale chyba stwierdził, że nie będzie tego ani potwierdzał, ani zaprzeczał. O dziwo, siedział cicho! Jak mysz pod miotłą. Było to tak dziwne uczucie, że miała ochotę to ciągnąć, ale nie było jej to dane.
— Skoro tak, to bawcie się dobrze, dzieciaki — odparł starszy pies, wzdychając i mamrocząc coś pod nosem, ale koniec końców odwrócił się i odszedł. Konwalijka nadal ze swoim uśmiechem na pysku spojrzała na Bursztynka, który odsunął się od niej, unosząc brew.
— Co to było? Chciałaś zniszczyć mój honor, tak? Nie spodziewałem się tego po tobie! Może jednak nie powinienem pokazywać ci mojej sterty — burknął, wywalając swój język po raz kolejny swojego dnia. Konwalijka westchnęła, przewracając oczami. Mogła się tego po nim spodziewać, ale nie miała zamiaru rezygnować ze swoich planów, nawet kosztem sterty. O ile sterta istnieje.
— Powinieneś mi dziękować, Bursztynku. Dam ci szansę samemu dotargać się do medyka, zamiast być ciągniętym przez kogoś innego. Wiesz, co Płomień by powiedział, jakby to zobaczył? 
<Bursztynek?>
[929 słów: Konwalijka otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

6 lutego 2021

Od Konwalijki CD Płomienia

Rozmazane pyski, szczekanie w tle, oczy mamy. Jakkolwiek na to nie spojrzeć sny Konwalijki były zazwyczaj bardzo przyjemne. Przeskakiwała z jednego rozmazanego wspomnienia na drugie, oglądając swoje własne wspomnienia. Przynajmniej do momentu, w którym nagle usłyszała bardziej zaciekłe szczekanie, a następnie wstrząs. Otworzyła gwałtownie oczy. Przez chwilę wszystko było niewyraźne. Ale nie na długo, bo szybko nieprzyjemny ból wyrwał ją z amoku. Zamrugała parokrotnie.
— Dawaj Konwalia! Bawimy się!
Płomień. Bez wątpienia. Kto inny mógł rzucić w nią tym… tym czymś? Odwróciła się w jego stronę, zatrzymując wzrok. To nie tak, że nie chciała nic powiedzieć. Jednak przed jej oczami nadal migotały senne obrazy, a w uszach brzęczało. Być może z perspektywy Płomienia to tak nie wyglądało, ale Konwalijka nie miała nawet szansy zareagować, zanim poczuła ból w ogonie. Pisnęła. Uszy przylgnęły do jej czaszki, a z pyska wydobył się pisk. Znowu!
— P-Płomień! — wymamrotała, starając się jakoś wyswobodzić z ząbków o wiele większego brata. Prawdopodobnie nawet jej nie usłyszał. Wierzgnęła parokrotnie łapkami, spoglądając błagalnie to na psa przed nią, to na mamę, aż w końcu zobaczyła, jak ten ustaje w szarpaniu jej ogona. Wdech. Wydech. Wciągnęła gwałtownie powietrze, powstrzymując się od płaczu na myśl o bólu w jej ogonie. Z każdą chwilą odczuwała go coraz bardziej.
Podniosła się powoli, spoglądając na siedzącego przed nią brata. Postawi się mu, ot co. Nawet jej przyzwolenia mają swoje granice, a w końcu Muszelkowy Nos cały czas bacznie na nich patrzyła. Chyba nie będzie pozwalać na takie zabawy… prawda?
— Nie będę się z tobą b-bawić, jeśli będziesz mnie ciągnąć za ogon — powiedziała w końcu. Nie była do końca pewna swoich słów, ale nie chciała, żeby jej ogon ponownie znalazł się w pysku kogoś z rodzeństwa. — Możesz poprosić o to… Bursztynka.
Spojrzała niepewnie na swojego drugiego brata, który w przeciwieństwie do niej wydawał się bardziej dobranym towarzystwem dla Płomienia.
— Ale ja chcę się bawić z tobą! Powinnaś się cieszyyyyć! — zaszczekał Płomień, który już dawno zapomniał o tym jak siedzieć w jednym miejscu więcej niż parę sekund i aktualnie obskakując Konwalijkę... Pisnęła nieco wystraszona tym, jak szybko się tu znalazł. Tym bardziej że z jego pyska czuć było potężny fetor glonów. Wyprężył się, osaczając ją. Mlasnęła z niesmakiem, nieco się kuląc i tracąc swoją dotychczasową pewność siebie.
— Możemy się bawić bez gryzienia ogonów — zauważyła, przystępując z łapy na łapę.
— Ale ja nie chcę!
— A ja chcę — wymamrotała. Zaczęła powoli cofać się do tyłu, tworząc odległość między nią a bratem. Dopiero wtedy ponownie złapała z nim kontakt wzrokowy.
— Nie umiesz się bawić! Mam pomysł, jak cię złapię, to się pobawimy, tak? Tak? — słowa brzmiały jak pytanie, chociaż mowa ciała mówiła co innego — Okej. Raz. Dwa. Trzy. Uciekaj!
To właśnie tak zaczęła się pogoń, która dla Konwalijki brzmiała jak ta o śmierć i życie. Prawdę mówiąc, nie do końca przetrawiła słowa Płomienia. Po prostu rzuciła się do ucieczki, widząc, jak ten skacze przed siebie. Gnała na oślep, potykając się o własne łapy. Szumiało jej w uszach, kiedy omijała nieudolnie inne psy. Niech ją zostawi! Teraz! Trzymając się tej myśli, jak gdyby miała ją uratować, uderzyła w końcu głową w stęchły, włochaty dywan. Kichnęła, upadając na swój zadek. Musiało to wyglądać co najmniej komicznie.
Cóż, dla innych. 
<Płomień?>
[529 słów: Konwalijka otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

22 stycznia 2021

Od Konwalijki do Bursztynka

 Promienie słońca przebijały się między kamienicami, oświetlając miejskie ulice. Wczesny poranek. W ciasnych uliczkach słychać było pierwsze dźwięki budzącego się przedmieścia. Nierównomierne kroki, rozmowy, ćwierkanie ptaków. Od ścian odbijał się ryk samochodów. Każdy szedł w swoją stronę, nie zważając na to, co robią inni, a tym bardziej na parę kundelków jak zawsze biegnących w znanym tylko sobie kierunku.
Gdyby jednak zastanowić się nad tym bardziej, dałoby się zauważyć subtelną różnicę w tym nierzucającym się w oczy widoku. Jaką? Dodatkowe jedzenie niesione przez jednego z psów. Tym psem był Brzozowy Kieł. Poruszał się widocznie szybciej, ale i radośniej niż zwykle. Skręcał bez zawahania się w kolejne rozgałęzienia miasta, prawie nie patrząc na drogę. Lewo. Prawo. Naprzód. Aż w końcu zatrzymał się gwałtownie, obwąchując blachę leżącą pod ścianą. Przesunął ją z brzdękiem, pozostawiając ślad na świeżym śniegu. Oczom ukazała się szczelina w ścianie, a następnie już tylko znikający ogon.
Stęchlizna uderzyła w jego nozdrza, była jednak na tyle znajoma, że aż przyjemna. Mieszała się z zapachem znanych mu psów. Obóz Flumine. O tej porze dnia nadal wypełniony Wodnymi, którzy przygotowywali się do rozpoczęcia kolejnego dnia. Brzozowy Kieł wrzucił część swoich zdobyczy na stos zwierzyny, zostawiając jednak największą rybę w swoim pysku dla Muszelkowego Nosa. Odwrócił się, gnając czym prędzej w stronę legowiska swojej partnerki… i wtem zauważył wielkie, brązowe oczy.
– Tato – udało mu się usłyszeć ten głos chyba tylko dlatego, że akurat znajdował się bardzo blisko. W innej sytuacji gwar po prostu zagłuszyłby to słowo. Konwalijka. Tak, to właśnie ona stała przed Brzozowym Kłem.
Suczka uśmiechnęła się delikatnie, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć do swojego ojca. Pachniał zupełnie inaczej niż jej rodzeństwo. Dziwnym, ostrym fetorem mieszającym się z czymś pysznym, choć nieznanym. Zanim jednak zdążyła o to zapytać, wskoczył przed nią Bursztynek. Podążyła za nim wzrokiem, przekrzywiając łebek.
Od kiedy tylko pamiętała, często kręciła się po obozie właśnie z nim. Albo on z nią? Cóż. Każdy, kto spędził tylko parę chwil w jego towarzystwie, mógł szybko zauważyć jakie zapędy miał do ochrony swoich sióstr, a tym bardziej Konwalijki. Cieszyła się oczywiście szczerze z jego towarzystwa. Po części. Bardziej myślała o tym, że teraz wreszcie mogła mieć na niego oko. Obawiała się, że raz Bursztynek wpadnie w jakieś poważne tarapaty albo zniknie. I co wtedy?! Co zrobi Konwalijka sama jak palec bez swojego braciszka?
– Byłeś na zewnątrz?! Poza obozem? – wreszcie wykrzyknął Bursztynek, skutecznie przerywając tok myślowy swojej siostry.
– Oczywiście! Polowałem na rybę dla waszej mamy.
– Lybę, tę lybę? Jak?!
Suczka wyjrzała zza brata, aby przyjrzeć się rybie, która zwisała z pyska Brzozowego Kła. W porównaniu do niej ryba wydawała się gigantyczna. Gdyby tylko nagle ożyła… chaps! Pożarłaby za jednym chapnięciem...
– Żeby zdobyć tę rybę, Bursztynku, twój tata musiał wyruszyć w bardzo niebezpieczną podróż – ciągnął dalej Brzozowy Kieł, machając ogonem jak mały szczeniak. – Kiedy jeszcze na dworze było ciemno, ja powoli przesuwałem się wzdłuż brzegu. Aż nagle! Trach! Ciach! Wycelowałem w rybę! Zaczęła się szastać to w lewo, to w prawo. Balansowałem na linii życia i śmierci… ale!, wtedy, to ja zadałem decydujący cios i wyszedłem z walki zwycięsko.
Wypiął się dumnie, unosząc rybę do góry. Bursztynek wlepił wielkie oczy w swojego ojca, zresztą podobnie jak Konwalijka. Chociaż z innych powodów. Jej ojciec? Otarł się o śmierć?
– Nic się tacie nie stało? – spytała powoli, przełykając gulę w gardle. Zanim jednak Brzozowy Kieł zdążył odpowiedzieć, jej wzrok powoli przejechał po nim od góry do dołu. Żadnej rany. Zmrużyła delikatnie oczy, a następnie odwróciła się już z uśmiechem w stronę brata, nie czekając na odpowiedź – Nas tata jest plawdziwym bohaterem, skoro tak lyzykuje dla nas życie.
Bursztynek pokiwał ochoczo głową, dodając zaraz:
– Ja tez taki będę!
– O tak, na pewno – potwierdziła, kiwając szybko głową. Jej bratu zalśniły oczy w nagłym przebłysku geniuszu. Zanim jednak zdążyła zapytać, on zaczął warczeć i skakać na boki, jak gdyby z kimś walczył. Raz po raz nawet skakał na Konwalijkę, starając się zrobić z siebie żywą tarczę przed niewidzialnym wrogiem. Nawet nie zauważyli, kiedy ich ojciec się oddalił. Wraz z wielką rybą.
Zresztą ryba w tym momencie bezpowrotnie straciła ich zainteresowanie. Skupieni byli za to na udawanej walce. Przynajmniej Bursztynek, bo Konwalijka była jedynie kibicem. Zaśmiała się radośnie, w dalszym ciągu się uśmiechając… aż nagle! Usłyszała dziwny dźwięk koło jej ucha. Bzzz. Nie brzmiało to z pewnością jak Bursztynek, chociaż dla pewności się rozejrzała. Bzzz. To wtedy kątem oka dostrzegła dziwne, zielone coś. Odskoczyła w bok, wpadając na swojego brata. Stwór! A przynajmniej tak w tym momencie myślała. Tak naprawdę tuż przed nią latał robak o lśniącym pancerzu, bzycząc głośno. Skąd on się tu wziął?!
<Bursztynek?>
[755 słów: Konwalijka otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]